- Opowiadanie: Filip - Gnilny Almanach

Gnilny Almanach

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Gnilny Almanach

Unoszę się w mętnym, zielonkawym płynie. Jest lekko kwaśny, a w każdym razie delikatnie kwasowy. Cytozol krąży leniwie w ramach wyznaczonych przez błonę komórkową, a rybosomy z wolna, jak ogłuszone, drukują białka niezbędne do przeżycia. Co jakiś czas cząsteczka kwasu mlekowego opuszcza moje ciało i wzbogaca roztwór.

Syk otwieranego słoika, wibracja wstrząsnęła cytozolem. Rozdąłem się do ośmiu mikrometrów – to ciśnienie ośrodka uległo obniżeniu. Ogórki wyjęto. Wpuszczono zabójczy tlen. Moje enzymy sobie z nim nie radzą. Lecz cóż to? Do mojego ciała coś przywarło, rozstawiło nogi. Poznaję, to bakteriofag. A więc tak przyjdzie mi skończyć? Już rozpuścił błonę komórkową i wprowadził agresywną nić nukleinowych kwasów. Teraz nie dla siebie będę pracować, tylko dla niego. Jednakowe białka, jak spod sztancy, zimne, nie-żywe. I stanę się martwą planetą, gdzie nic nie gnije i nic nie rośnie, odartą najpierw z najdrobniejszych form życia, lecz pozostałe wkrótce podążą ich śladem na śmierć. Gleba się wyjałowi i przestanie rodzić. Symbioza podtrzymująca środowisko na swym grzbiecie skończy się i żywy świat legnie w powirusowych gruzach. Dogorywamy więc: bakteria, Ziemia i ja.

 

Obudził mnie alarm telefonu. Pamięć o dziwnym śnie zaczęła ulatywać szybko, jak spirytus ze zdezynfekowanych rąk. Gdy wstawałem z łóżka, została mi już tylko chęć na kiszone ogórki. Ale tych nie ma od lat. Od czasu Wydarzenia, kiedy zastąpiliśmy antybiotyki bakteriofagiem. Wirus okazał się zbyt doskonały. W ciągu sześciu miesięcy cichej epidemii zabił niemal wszystkie bakterie na Ziemi. Od tego czasu wielu ludzi znalazło zajęcie w zastępowaniu ich pracy. A i tak czuję, że jeżeli czegoś nie wymyślę, ja właśnie, to życie rok po roku będzie stawało się coraz bardziej nieznośne. Aż w końcu faktycznie go nie zniesiemy i pomrzemy co do jednego.

 

Z rozmyślań wyrwał mnie widok własnej twarzy, odbijany przez lustro w łazience. Orzechowe oczy spoglądały spod gęstych, czarnych brwi, z których byłem całkiem dumny. Dalej tylko gorzej. Wychudzona, ospowata twarz, kilkudniowy zarost. Włosy… posiwiałem ostatnio, co prawda tylko na skroniach. Spróbowałem zmusić uszy, by przytuliły się nieco bardziej do czaszki, ale odstawały na boki, nieugięte.

Opłukałem usta. Zysk z Wydarzenia był taki, że próchnica zębów odeszła w zapomnienie. Niestety próchnicę glebową miał czekać podobny los.

Witamina K, biotyna, enzymy. Wszystko przygotowałem sobie już wczoraj, inaczej o braniu suplementów przypominało mi krwawienie, pojawiające się w najmniej spodziewanych momentach. Pobrałem sobie wymazy z różnych miejsc w niedorzecznej nadziei, że wyhoduję coś oprócz candidy. Wczorajsze, przedwczorajsze i wcześniejsze szkiełka – jałowe. Odnotowałem. Jeszcze tylko samotne, szybkie śniadanie, zmiana garderoby na wyjściową i mogłem ruszać do pracy.

 

Było piękne, lipcowe przedpołudnie. Pomimo wczesnej pory słońce przygrzewało zdrowo, co w połączeniu z chłodnym wiaterkiem dawało przyjemne uczucie. To znaczy na zewnątrz, bo powietrze w rozpalonym tramwaju, którym jechałem, było tak nieruchome, jak to tylko możliwe. Pociłem się więc, wciśnięty między chudego wyrostka w bluzie z kapturem a nobliwą matronę pachnącą perfumami eau de kulki na mole. Zastanawiałem się też, kiedy ramię wyskoczy mi ze stawu, bo motorniczy szarpał maszyną, a ja uwiesiłem się uchwytu przy górnej poręczy. W pewnym momencie moja twarz znalazła się blisko kasownika. Polizałem go dokładnie. Ludzie robili miny na mój drobny zwyczaj, ale nie przejmowałem się. Tlił się we mnie cień nadziei, że w końcu złapię jakąś bakterię. Dryń-dryń! 

– Przystanek: Osiedle Saprofityków – odezwał się uprzejmy głos. Mój przystanek. Z ulgą powitałem otwarcie drzwi.

 

Wysiadłem z tramwaju i pozwoliłem sobie na chwilę oddechu. Przymknąłem oczy i uniosłem twarz w stronę słońca, chwytając ostatnie powiewy porannej bryzy. Pukanie w ramię. Odemknąłem powieki i ujrzałem starszego jegomościa, który z pewnością wiele już przeżył i niejedną flaszkę wypił. Sądząc po zapachu, ostatnią całkiem niedawno. Ech, szkoda, że ze wszystkich rodzajów fermentacji została nam akurat alkoholowa. 

– Szefuniu, poratuj mzymem, kiszki mi już szwankują.

“Mzym”, czyli enzymy proteolityczne, mające w założeniu zastąpić te naturalne. Szczęśliwie biotechnologom udało się zaprząc drożdżaki do ich wytwarzania. Spojrzałem na kloszarda, no i dałem mu tabletkę. Etyka zawodowa zobowiązuje. Sam też postanowiłem zażyć swoją dawkę. Popiliśmy wodą z jednej butelki, taka okazja nie trafiała się często. Mężczyzna skinął lekko i uniósł dłoń.

– Podziękował, szefuniu. Wszystkiego septycznego!

Spoglądałem za nim jeszcze przez chwilę, jak odchodził w boczną uliczkę, dyskutując zażarcie sam ze sobą. Musiałem zebrać myśli. Co robiłem w tej części miasta? A tak, stwierdzenie zgonu. Pan Drożyński zmarł w swoim domu w dojrzałym wieku osiemdziesięciu i ośmiu lat. Teraz tylko ja, jako lekarz, a ponadto miejski koroner, musiałem to potwierdzić.

 

Wszedłem na piętro odrestaurowanej kamienicy. Przed drzwiami czekali policjanci, wezwani przez sąsiadów, zaniepokojonych dłuższym brakiem aktywności pana Drożyńskiego. Funkcjonariusze mieli dziwne miny, spięte i tajemnicze. Nie wymieniliśmy zwyczajowych żartów że: "hoho, patomorfolog wie wszystko najlepiej, ale za późno". Przywitali mnie zdawkowo i wpuścili do mieszkania.

Gdy tylko weszliśmy, poczułem coś dziwnego. Jakiś zapomniany zapach, raczej nieprzyjemny, wydaje mi się, że istotny. Poszedłem do sypialni denata. Woń narastała i w końcu sobie uświadomiłem: gnicie! Ale czy to możliwe? Pewnie tylko sobie wmawiałem, ale serce zabiło mi mocniej z podekscytowania. Tylko czujne spojrzenia policyjnej obstawy powstrzymywały mnie przed polizaniem czegoś w nadziei, że złapię gnilne bakterie. Poczułem nieprzyjemne napięcie, które objawiło się wkrótce uciskiem na skroń i bólem głowy.

 

Ostre światło południa wpadało do pokoju przez rozchylone lekko żaluzje, rozpraszając się na drobinach kurzu. Białe ściany, proste biurko, komputer, modułowe regały, uginające się pod ciężarem książek medycznych, czasopism i dokumentów sprawiały, że czułem się, jakbym pracował z domu. Temu wrażeniu przeczyły jednak zwłoki, leżące pośrodku dużego, małżeńskiego łóżka. Pan Drożyński był odwrócony od okna plecami. Oczy miał zaciśnięte, twarz wykrzywioną w wyrazie cierpienia. Obok, na podłodze, leżała szklanka i tabletki. Schyliłem się i korzystając z ukrycia, dopiłem wodę z naczynia a także liznąłem ramę łóżka. Ucisk na skroń zelżał.

 

Wróciwszy do denata, stwierdziłem obecność stężenia pośmiertnego. Dla pewności i uspokojenia zerkających z korytarza policjantów, wybadałem też brak tętna, oddechu i odruchów z pnia mózgu. Odsłoniłem zmarłego. Spod kołdry buchnął zaduch i rozczarowująco słaba nuta zgnilizny. Inne znalezisko wydało mi się ciekawsze. Otóż na stopach, prócz spodziewanych plam opadowych, zauważyłem liczne wybroczyny. Wraz z plamami wymiocin, które właśnie dostrzegłem, rodziły ciekawą hipotezę, co do przyczyny zgonu. Gdyby tylko coś mogło potwierdzić… Rozejrzałem się i zauważyłem mały niebieski notatnik przy lampce nocnej. Przekartkowałem – dziennik chorobowy. Doktor Drożyński prowadził go bardzo skrupulatnie, praktycznie jak na oddziale. Serce zabiło mi mocniej. Z dodatkowych objawów zanotował światłowstręt, sztywność karku. Do tego krótki i dynamiczny wykres gorączki. Czterdzieści stopni od rana a potem się urywa. Jeśli tak, to wyglądało na pierwszy od Wydarzenia przypadek posocznicy meningokokowej.

 

Ta konstatacja była na tyle niesamowita, że przez chwilę stałem i nie mogłem nic zrobić. W głowie szumiało mi, jak po butelce dobrego wina. W końcu postanowiłem poszukać czegoś, by racjonalnie wytłumaczyć moje obserwacje. Wróciłem wzrokiem na półki. Stare, albo klasyczne, podręczniki mikrobiologii i chorób zakaźnych: Virella, Murray, skrypt Borgera, no i pozycje bardziej szczegółowe. Do tego poradniki antybiotykoterapii oraz receptariusze szpitalne.

Doktor Drożyński z pewnością zajmował się tematem. Ale to nie było to. Jestem pewien, że nie szukał pomocy, gdyż skrywał jakiś sekret, który teraz zabrał ze sobą do grobu. Podręczniki to żadna wiedza tajemna, więc idę dalej. Karty pacjentów w kopertach z szarego papieru, stare, sprzed Wydarzenia, notatki do publikacji naukowych, też nie to. 

W końcu moja dłoń natrafiła na niebieski, gruby segregator. Na grzbiecie napis: "pacjent #1". Poczułem mrowienie na karku, serce przyśpieszyło nieznacznie. Otworzyłem i zacząłem kartkować. Moim oczom ukazało się kilkadziesiąt stron, z których wynikało, że doktor Drożyński prowadził pacjenta, który nadal był skolonizowany przez bakterie! Jakim cudem? Miałem nadzieję się tego dowiedzieć.

 

Chciałem przeglądać dalej, ale nagle z korytarza usłyszałem rozmawiającego przez telefon policjanta.

– Jasne, prokuratorze. Powiemy, żeby poczekał na pana.

Te słowa z jakiegoś powodu mnie przeraziły. Jakbym zaczął słyszeć cichy głos, szepczący do ucha: Oni pewnie już wiedzą, na co trafiłeś i nie pozwolą, żebyś żył. Ten pacjent jest naszą najlepszą nadzieją na ratunek. Ale czy oni chcą, żeby ratunek przyszedł?

Z gonitwą podobnych myśli w głowie, rzuciłem się ku drzwiom. Zamknąłem je na rygiel i przywaliłem szafką. Huknęło zdrowo.

– Doktorze, co pan? – odezwał się głos skonsternowanego policjanta. – Wszystko w porządku? Proszę otworzyć!

Otworzyłem okno i spojrzałem w dół. Niezbyt wysoko, do tego daszek od śmietników. Powinno mi się udać. 

Stój! – odezwał się głos w mojej głowie. Nie zapomniałeś o czymś?

Cofnąłem się i zastawiłem wejście drugą szafką. Zobaczyłem szarpanie klamki, potem dobiegły mnie głuche uderzenia o drzwi i wzburzone głosy. Zamknięcie jednak było solidne i chyba miałem dość czasu, o ile będę się streszczał. Wrzuciłem segregator do torby, a wyciągnąłem z niej strzykawkę i najgrubszą igłę. Szczęśliwie denat był już ułożony prawie jak do nakłucia lędźwiowego. Drżącymi rękoma zdezynfekowałem skórę (stare przyzwyczajenie dało o sobie znać w stresie) i wprowadziłem igłę… Pękła. Miałem jeszcze jedną próbę. 

Bum! Bum! Usłyszałem za drzwiami. Strzelają, do cholery!? Strzelają! Jeśli tak, to doktor Drożyński chyba miał w sypialni zbrojone drzwi, bo kule ich nie przebiły. Mimo to skuliłem się za łóżkiem i prawie zwymiotowałem ze strachu. Wymacałem w torbie futerał ze skalpelami, wyciągnąłem największy i naciąłem skórę zmarłego, odsłaniając więzadła kręgosłupa. Raz jeszcze wprowadziłem igłę. Tym razem płyn mózgowo-rdzeniowy wypłynął. Mam nadzieję, że były tam meningokoki.

Bum! Bum! Skulony podszedłem do okna, otworzyłem je i skoczyłem na blaszany daszek. Siła wstrząsu i ból w nogach mnie zaskoczyły. Upadłem i sturlałem się na bruk. Zerwałem się i popędziłem przed siebie. Serce waliło mi jak młotem. Gorączkowo kartkowałem skoroszyt i stało się dla mnie jasne, że sam mogę sobie nie poradzić. Musiałem zadzwonić do Anki. Wiedziałem, że ona nie odmówi pomocy. A w razie potrzeby mnie powstrzyma.

Hm… 

Napiłbym się tych meningokoków.

***

Zapadał zmrok. Ostatnie promienie słońca kładły swoje blaski na granitowe nagrobki. Janek nalegał, błagał wręcz, byśmy spotkali się właśnie na tym cmentarzu. W jego tonie było coś niepokojącego. I jeszcze ta prośba o przyniesienie broni… Ale z tego co pisał, miał źródło neisserii, a obiecywał dużo więcej. Dla mnie, jako bakterionautki, było to dość, by ukoić nerwy. Zwłaszcza w połączeniu z dobrym papierosem.

Zapaliłam, spoglądając na alejkę, którą miał przyjść Janek. Był już chwilę spóźniony. Na wszelki wypadek sprawdziłam, czy glock gładko wychodzi z kabury, po czym usiadłam na ławeczce przed jednym z grobów. Był dość nowy, z nieboszczykiem w szklanej trumnie. Urocze. Ciała po Wydarzeniu nie gniły i niektórzy woleli mieć swoich zmarłych na widoku.

W końcu go zobaczyłam. Szedł szybkim krokiem i rozglądał się czujnie. Ubrany był niedorzecznie.

– Nie za zimno ci w tym prochowcu? I jeszcze te okulary – odezwałam się. Na mój widok aż podskoczył z przestrachu. Rany, wyglądał naprawdę źle. Blada, spocona twarz, potargane włosy (widocznie nie miał kapelusza "tajnego" agenta). Zachowanie wskazywało, że był kłębkiem nerwów. Często mrugał, mówił coś do siebie pod nosem, w drżących dłoniach zaś kurczowo ściskał niebieski segregator. Na te obserwacje miałam dosłownie chwilę, bo szybko minął mnie ze słowami:

– Anka, dobrze że jesteś. Kwatera B, szukamy kwatery B. – I poszedł dalej.

– Co? Ale o co chodzi? Po co? Byłeś bardzo tajem… Hej, mówi się! Ech… – Zupełnie mnie nie słuchał, tylko szedł dalej, aż zniknął w bocznej alejce. Nigdy wcześniej nie widziałam go w takim stanie. Pobiegłam za nim.

 

Szedł szybko i bezładnie, jak w amoku. Rozglądał się błędnym wzrokiem. W końcu dostrzegłam plan cmentarza. Szarpnęłam go mocno za poły płaszcza i wskazałam palcem tablicę. Oprzytomniał na chwilę. Niedługo później dotarliśmy do kwatery B i nawet udało nam się porozmawiać.

– Masz pistolet? – zaczął.

– Mam – odpowiedziałam po prostu na jego pytanie, nie drążąc, po co nam broń na cmentarzu.

– Dobrze, trzymaj ją blisko przy sobie, a gdyby zaszła potrzeba, bądź gotowa jej użyć.

– Zawsze jestem. Nie nosiłabym jej, gdyby było inaczej.

– Tym razem może być inaczej. – I tę zagadkę przemilczałam, choć poczułam lekkie ukłucie irytacji na jego frazesy.

 

Stanęliśmy przed dużą, rodzinną kryptą, prawie mauzoleum.

– To tu – powiedział. – Tutaj musimy się dostać. – Pociągnął za klamkę dużych, metalowych drzwi. Ani drgnęła. Zerknął na mnie bezradnie. Podeszłam i też spróbowałam otworzyć wrota. Zamknięte na głucho. No dobrze, jeśli tam gdzieś na dole miały być bakterie, to postanowiłam wziąć się do roboty.

Łom nie zdał egzaminu, widocznego zamka nie było. Obmacałam i opukałam cegły dookoła futryny. Nic. W końcu, przy mosiężnej płycie z wypisanymi imionami zmarłych, zauważyłam źle ukryty przewód. Ciekawe. Naparłam na tablicę, a ta ustąpiła, otwierając się na bok. Aż zagwizdałam z zaskoczenia.

Naszym oczom ukazał się zupełnie nowoczesny, dotykowy ekran z klawiaturą numeryczną. Janek prawie podskoczył, przyłożył skoroszyt do ucha i, jak się wydawało, wsłuchiwał się przez chwilę w napięciu. Trochę za długo, jak na mój gust. Zauważyłam perlisty pot, jakby rosa osiadła na jego skroniach. Zaczął mruczeć coś pod nosem.

– Janek – zaczęłam ostrożnie. – Janek, dobrze się czujesz?

– Co? Co, ja? Tak, mhm, tak – odpowiedział nerwowym, nieobecnym tonem.

W tym momencie padł strzał i posypały się na nas odłamki trafionej kulą cegły. Skoczyłam i kucnęłam za najbliższym nagrobkiem, przytulając do niego głowę.

– Jak tak, to się, cholera, pośpiesz! W coś ty dał się wrobić, co?!

Powiedziawszy to, wychynęłam na sekundę ponad granitową płytę. Dostrzegłam błyski niebieskich świateł a ci, którzy strzelali… wyglądali na brygadę antyterrorystyczną. Boże, jeśli nie zginę, to pójdę siedzieć! 

Tymczasem Janek najwyraźniej przypomniał sobie kod, bo stalowe drzwi drgnęły i rozsunęły się. Ruszyłam czym prędzej do środka. Policjanci zaczęli od strzelania, a nie zadawania pytań, więc coś tu było mocno nie tak. Postanowiłam ratować swoje cenne życie, a więzieniem przejmować się później.

 

Gdy drzwi się zamknęły, początkowo znaleźliśmy się w zupełnej ciemności. Dopiero po chwili, bucząc cicho, zamigotała świetlówka. Znajdowaliśmy się w kabinie windy o metalowych, chromowanych ściankach. Słyszeliśmy głuche dudnienie kul o pancerne drzwi. Choć czułam się raczej, jakby to krople deszczu uderzały o blaszany parapet. Winda wydawała się bezpieczna i przytulna. Może warto byłoby tu zostać i poczekać, aż antyterroryści się znudzą? Nie, ilość ołowiu, jaką przyjmowało na siebie wejście do mauzoleum, świadczyła o determinacji naszych prześladowców.

A więc w dół. Janek znów wystukał jakiś kod na klawiaturze windy, ale tym razem nic się nie działo. Popatrzył na mnie z jakąś rozpaczą w oczach, unosząc skoroszyt.

– Nie rozumiem. Kod powinien zadziałać!

Przyjrzałam się uważnie konsoli. Cyfry od zera do dziewięciu i to chyba wszystko. Żadnych czytników, kamer, nic. Przynajmniej na pierwszy rzut oka. Ale nie po to jestem bakterionautką, żeby nic nie wymyślić. Sięgnęłam do plecaka i wyjęłam z futerału gogle rozszerzonej rzeczywistości. Świat zamigotał pomarańczowo, gdy włączył się filtr. Na obrzeżach pola widzenia zamigotały białe iskierki. Ustawiłam polaryzację, zakres widma i wyregulowałam ostrość, po czym rozejrzałam się raz jeszcze. Tym razem bez większego trudu dostrzegłam drobny rowek tworzący prostokąt, tuż obok klawiatury. Przycisnęłam. Okazało się, że była to kasetka z okrągłym gniazdem. Kręciła się mniej-więcej jak bęben rewolweru.

– To chyba… wirówka laboratoryjna – Mruknęłam.

Janek pomyślał przez chwilę, po czym sięgnął za pazuchę i wyciągnął probówkę z jasnym, opalizującym płynem, po czym umieścił ją w kasetce. Ta zamknęła się z cichym stuknięciem. Przez chwilę nic się nie działo, a potem winda ruszyła gwałtownie w dół, aż wszystkie flaki mi się uniosły. 

Mój towarzysz zaś jakby nieco wydobrzał i nabrał kolorów. Zerknął na mnie i wskazał oczami trzymany przez siebie segregator.

– Znalazłem historię choroby pacjenta, który po Wydarzeniu nadal miał w sobie bakterie. Podobno trzymali go tutaj, ale coś poszło nie tak. Nic więcej konkretnego nie napisali. Dalej zaczynają się zagadki.

Kiwnęłam głową. 

– Policzymy się po wszystkim – powiedziałam, siląc się na żartobliwy ton. Janek nie zrozumiał. Uniósł tylko brew, zdziwiony.

– Nie mówiłeś przez telefon, że w grę wchodzi narażanie życia! Jak mogłeś mnie w ogóle o coś takiego poprosić?! Opuszczony ośrodek? Jakaś lotna brygada wysłana, żeby nas zabić?

– Nie wiedziałem, że się pojawią – próbował się bronić. 

Milczałam. Jechaliśmy tak jeszcze przez chwilę.

– Przepraszam cię – wydukał w końcu i więcej się nie odzywał. Wzruszyłam ramionami.

– Oby było warto. – Drzwi windy otworzyły się z sykiem. Potrząsnęłam wymazówkami w woreczku. – Liczę na ładny łup.

 

Drzwi windy zamknęły się, pozostawiając nas w mroku czerwonych, awaryjnych jarzeniówek. Długi, wyłożony białymi płytkami korytarz z blaszanymi drzwiami po obu stronach ciągnął się dość długo.

Mój wzrok jednak przykuła szyba na przeciwległym końcu. Nawet gdy próbowałam patrzeć na coś innego, magnetyczna siła zmuszała mnie ponownie do wlepienia oczu w taflę szkła i znajdujące się za nią pomieszczenie – oświetlony białymi lampami, pusty pokój. Powietrze w środku wydawało się wirować, a do tego było jakby gęste. Jak w letni dzień nad rozgrzanym asfaltem, tylko w drugą stronę.

Niepokojące uczucie, jakie temu towarzyszyło, zmusiło mnie do sięgnięcia po glocka. Choć przecież ośrodek wydawał się opuszczony. Widziałam, że Janek też wpatrywał się w szybę. Miał przy tym dziwny wyraz twarzy, jakby zachwyt, ale jednak pomieszany z odrobiną obrzydzenia. Wyglądało to tak, jakby faktycznie coś w pustym pomieszczeniu widział.

***

Ucisk na skroń stał się niemal nie do wytrzymania, zbierało mi się na wymioty, byłem też rozpalony, jak piec. Pomyślałem o probówce z meningokokami. Nie mogłem się powstrzymać. Po tylu latach, bezpośredni kontakt z bakteriami. Oczywiście nie miałem odporności za grosz i teraz przyjdzie mi za to zapłacić. Spojrzałem na Ankę. Wstrząsnął mną dreszcz złych przeczuć. Czy to świadomość, że zaraz ponownie wypuszczę na świat ogrom chorób, przenoszonych przez bakterie?

Zerknąłem na trzymany pod pachą, niebieski segregator, który zdawał się być teraz jak wspierający mnie przyjaciel. Warto. Szkarlatyna, róża, angina. To niska cena za przywrócenie normalności. Zresztą, teraz miałbym się wycofać, gdy sam zgodziłem się tak skończyć? Nie po to spaliłem za sobą mosty, żeby zrezygnować. Nie ma odwrotu dla mnie, nie będzie i dla świata.

 

No i ten cały szlam za szybą. Ta wspaniale gnijąca, przelewająca się w sobie, burozielona masa. Wydawała się żyć własnym życiem. To znaczy, z pewnością tak było, ale do tego sprawiała wrażenie zupełnie samoświadomego bytu. Czułem, że podlegamy jej percepcji. Nie mogłem się jej oprzeć. Przyśpieszyłem kroku, idąc, nie – biegnąc ku szybie.

– Hej! Nie pędź tak! – Zaniepokojony głos Anki brzmiał irytująco. Nie powstrzymuj mnie w tak historycznej chwili.

Przypadłem do tafli szkła i przyłożyłem czoło. Jej chłód koił mnie w gorączce. Szlam po drugiej stronie przywarł chciwie do mojej głowy.

– Człowiek. Przyszedłeś odkupić swoje winy? Błagać o przebaczenie?

Wiedziałem, że bakterie gniewają się o tego niszczycielskiego wirusa.

Przez eony broniliśmy was przed wirusami, tą milczącą inwazją kosmosu. A wy tak się odpłacacie!

– Wybacz. To nie byłem ja – odparłem, szepcząc. Tak łatwiej było mi skupić myśli. Przyłożyłem segregator do szyby.

Ach tak, doktor. Zajmował się naszym pierwszym nosicielem, dopóki go nie pożarliśmy.

– Wracajcie. Wracajcie do naszego świata. Widziałem, że potraficie pokonać bakteriofagi.

Skąd mamy wiedzieć, czy nas nie zwodzisz. Może na górze czeka nas zagłada.

– Widzicie, że jestem chory. Przetrwała. Neisseria przetrwała.

To za mało, za mało. Po tylu latach łakniemy ofiary!

***

– Nie! – Janek oderwał się w końcu od szyby. Z okrzykiem głośnym, aż rozbolały mnie uszy. Rozejrzał się błędnym wzrokiem. Wsparł o ścianę.

– Nie – powtórzył, teraz bezgłośnie. W końcu jego spojrzenie padło na mnie. Zacisnął powieki i zaczął uderzać potylicą o ścianę. Mógł sobie zrobić krzywdę! Gdy podbiegłam, żeby go przytrzymać…

 

Rzucił się na mnie. W jego oczach, zaszłych mgłą, kryło się szaleństwo. Poczułam uderzenie i drugie. Przed oczami zrobiło mi się czarno. 

Janek, co się z tobą dzieje?! Próbowałam osłonić się przed razami, ale był jak w amoku. Czytałam kiedyś o tym. "Berserk"? To chyba było właściwe określenie. Oddałam jeden, czy dwa ciosy ale to było na nic. Łzy napłynęły mi do oczu. Cholera, to niedorzeczne jak zły, chory sen! Zginąć w katakumbach pod cmentarzem. Z takich rąk, jego rąk? Zobaczyłam kątem oka, jak zamierza się na mnie tym niebieskim segregatorem, do którego ciągle mówił. Zacisnęłam powieki. Nie chciałam patrzeć na to, czym się stał. 

 

Ale nie poczułam decydującego ciosu. Zamiast tego odepchnął mnie od siebie na kilka metrów.

– Mówiłaś, że jesteś gotowa, pamiętasz?! – Usłyszałam jego głos. Pełen rozpaczy i wewnętrznej walki, ale z pewnością jego.

– Pamiętasz?! – Powtórzył.

Nie, nie ma chyba na myśli… O nie.

Ruszył na mnie. Widziałam, że przegrał i znów nie był sobą. Do piersi przyciskał swój niebieski almanach. Przez chwilę jeszcze szukałam innego wyjścia, ale go nie znalazłam. Przełknęłam łzy, odbezpieczyłam pistolet i władowałam w niego cały magazynek.

 

– Braciszku? – Podeszłam ostrożnie tuż po tym, jak zwymiotowałam. Leżał tam skąpany w czerwonej krwi i czerwonym mroku jarzeniówek. Gdyby to był dobry film, kule utkwiłyby w niebieskiej teczce, on odzyskałby zdrowe zmysły i razem byśmy uciekli. Ale to nie był film. Nie żył. Myślałam, że przytulę go na pożegnanie, ale chciałam tylko wydostać się z tego przeklętego miejsca.

Zaczęłam biec w stronę windy. Nagle usłyszałam za sobą trzask pękającego szkła i huk, jakby rozpędzonej fali czegoś obrzydliwie lepkiego i gęstego. Poczułam fetor zgnilizny. Nie odwróciłam się, tylko przyśpieszyłam. Wpadłam do windy w ostatniej chwili. Drzwi zamknęły się, nim uderzyła w nie nawała szlamu. Zwinęłam się w kącie i ruszyłam ku powierzchni.

***

Nie wiem, czemu do tego wracam. Ale kolejny raz siadam w fotelu, włączam wiadomości nagrane tego dnia i słucham: "ośmiu funkcjonariuszy Samodzielnego Pododdziału Kontrterrorystycznego Policji poległo na służbie. Ciała znaleziono w znacznym stopniu rozkładu". Pamiętam. Bakteryjny szlam był szybszy niż winda. Gdy drzwi się otworzyły, ciała już stygły, a zgnilizna rozpełzała się po ulicach coraz cieńszymi strużkami.

Informacje z kolejnych tygodni: "ludzie znów zapadają na choroby bakteryjne", "ruszyły pierwsze fabryki antybiotyków", "rolnicy cieszą się z udanych zbiorów", "mikrobiota odbudowana u 90% populacji". Przegryzam kiszonego ogórka i płuczę gardło. Angina. Potem liżę coś niehigienicznego. Uśmiecham się ciepło do zdjęcia wiszącego na ścianie. Wiem, że on by tego chciał.

 

Koniec

Komentarze

Fajne to jest. :) Pomysłowe i widać research. Przyłożyłeś się. Najlepsze są przywary Janka i lizanie. :) Wszystko domykasz takim lekko sarkastycznym humorem, który tutaj pasuje. Co mogę dodać? Jest zadowolenie z lektury. :)

Pozdrawiam.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Ciekawe opowiadanie, połączenie horroru z kryminałem. Najbardziej podobał mi się pomysł z urozmaiceniem narracji oraz wiarygodnie przedstawiona postać Janka z jego specyficznymi problemami. Zgadzam się z Darconem, widać porządny “risercz” i oryginalny pomysł. Czytało się dobrze i szybko. Zgłaszam do wątku bibliotecznego. :)

Dziękuję za komentarze. Cieszę się, że się podobało. :)

Oparte na ciekawym pomyśle i porządnie napisane opowiadanie z dobrze wykreowanym głównym bohaterem. Obrazowe, działające na wyobraźnie opisy.

Jestem zadowolona z lektury i oczywiście klikam bibliotekę :)

Nie kliknęło się :(

Przynoszę radość. A CMowi ból i pożogę.

Wiem, wiem, już kliknęłam. Dzięki Anet :)

No wiesz, pilnuję porządku ;)

Przynoszę radość. A CMowi ból i pożogę.

Dzięki za komentarz i dzięki Anet. ;)

Anet – i bardzo dobrze ;)

Pociągnął za klamkę dużych, metalowych drzwi. Ani drgnęła. – nic dziwnego, bo klamkę się naciska, a nie ciągnie :P

 

Sen bohatera – wybitny.

Akcja do sceny na cmentarzu – znakomita. Potem coś się zacięło. Trudniej zaczęło mi się czytać i nawet chwilami nużyło. Jeszcze nie wiem, co jest nie tak, muszę to przegryźć jak kiszonego ogórka.

 

Dzięki za komentarz. Cóż, z pewnością do sceny na cmentarzu również pisało mi się łatwiej. Potem musiałem się trochę natrudzić, może to ma związek. Jak wpadniesz na to, co jest nie tak, to daj znać. ;)

Możliwe, że na początku pisałeś o czymś, na czym się świetnie znasz, lub do czego sumiennie się przygotowałeś, chcąc żeby tekst był wiarygodny. I byłeś wiarygodny. Czułem, że dobrze wiesz, o czym piszesz. I to było faktycznie znakomite

Mimo wszystko po namyślę postanowiłem dać ci klika..

Na pewno pierwsza część jest bardziej "medyczna", a na tym faktycznie znam się lepiej, niż na włamywaniu się do opuszczonych ośrodków badawczych, więc to może być to. ;) Dzięki za domykającego klika.

Kapitalny sen, otwierający tekst.

Doskonała postać Janka, z jego fiksacją na punkcie złapania bakterii (lizanie, picie z żulem z jednej butelki, łykanie meningokoków).

Epicka zagłada świata z braku bakterii (no właśnie, jak długo wytrzymałby świat bez nich?).

Ciekawy finał, choć komunikacja ze szlamem to już totalna litentia poetica.

 

Generalnie: bardzo ok.

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Dzięki za komentarz. Cieszę się, że się podobało. :)

Hejka!

Momentami było troszkę nudno, momentami bardzo ciekawie.

Niektóre zdania (zwłaszcza na początku) napisane zostały całkiem zabawnie (fragment w tramwaju). Ogólnie humor jest tu solidną podstawą do tego, że opowiadanie odbieram pozytywnie. 

No i przyznam, że niezły pomysł.

Pozdrawiam i życzę powodzenia w konkursie ;D!

 

 

Do góry głowa, co by się nie działo, wiedz, że każdą walkę możesz wygrać tu przez K.O

Dzięki za komentarz. Które fragmenty najbardziej nużyły?

Początek, pierwsza połowa tekstu – enzymy, bakterie itp. W sumie może słowo “nużące” jest nieodpowiednie bo tekst jednak w większości taki nie był, a i w ogóle chyba jest za krótki by mógł mnie do takiego stanu doprowadzić ;p Po prostu na tej części traciłem większe zainteresowanie. Później jest lepiej. 

Do góry głowa, co by się nie działo, wiedz, że każdą walkę możesz wygrać tu przez K.O

Dzięki. :)

Kolejne ciekawe ujęcie motywu zarazy, chyba z wiadomych przyczyn mamy tego prawdziwy wysypsmiley Przekonuje mnie poczucie humoru w tekście, które odciąża go trochę. To nie jest tak, że mi się nie podoba, ale to jedno z tych opowiadań, nad którym trzeba się skupić, by je przetworzyć, przynajmniej w pierwszej części, a nie tylko płynąć z nurtem słów. Satysfakcjonująca lektura w każdym razie smiley

Dzięki za komentarz. Początkowo pomyślałem, że obecna sytuacja nie miała wpływu na wybór tematu zarazy, ale pewnie gdzieś podświadomie coś tam było. ;) Cieszę się że pomimo trudniejszego odbioru, lektura była satysfakcjonująca.

Bardzo ciekawy pomysł na świat bez bakterii (choć zastanowiło mnie, jak wtedy pracowałby ludzkie jelita? nie jestem ekspertem, ale chyba by nie pracowały). Niezły główny bohater i dość wciągająca historia. 

Sprawnie napisane i w zgodzie z wylosowanym hasłem. Za almanach posłużył tu podręczny skoroszyt, niemniej – był on i spełnił swoją, jakże gnilną, funkcję.

Przedstawiłeś naprawdę ciekawą koncepcję świata, z którego zniknęły drobnoustroje chorobotwórcze. Widać solidny, acz nienachalny research, bardzo zgrabnie wplecione elementy socjo-sf; ten cały stosunek ludzi do sprawy, przewartościowanie, obsesyjne wręcz poszukiwanie śladu choroby. Bardzo ujęło mnie „Wszystkiego septycznego!”. Ciekawy temat do przemyślenia, szczególnie na bieżące czasy.

Językowo sprawnie, chociaż przy narracji pierwszoosobowej sugerowałabym silniejsze zaznaczenie, że następuje zmiana perspektywy z jednego bohatera na drugiego.

Uważam, że masz tutaj sporo tematu do pociągnięcia dalej – może już nie w konwencji weird fiction i absurdu, a poważniej potraktowanego socjologicznego SF z zakrojeniem globalnym. Taka sytuacja, jak zastanowić się głębiej, powodowałaby naprawdę znaczne zmiany w populacji człowieka: zmniejszenie śmiertelności (zwłaszcza w krajach 3 świata, gdzie udział śmierci z przyczyn zakaźnych jest najwyższy), spadek higieny (bo po co ją zachowywać?), zmiana postrzegania zmysłowego (ludziom obce byłoby zjawisko chociażby smrodu), nierozwiązywalny problem kumulowania odpadów, może i zmiana modelu podejścia do ryzyka środowiskowego (już bez madczynego „Wyjmij to z buzi, bo brudne, będziesz chory!”). Już w „Gnilnym almanachu” wprowadziłeś ciekawą koncepcję bakterionautów. Fajne i możliwe do drążenia dalej, mam nadzieję, że nie zarzucisz tego tematu.

Bardzo fajny pomysł, dobrze zrealizowany. Interesujący świat stworzyłeś. Cud, miód i orzeszki. BTW, ciekawe, czy miód by był, czy pszczoły się wspomagają jakimiś bakteriami. Ale świat bez ogórków kiszonych brzmi strasznie!

Widać research i według mnie ilość informacji jest dobra.

Babska logika rządzi!

Pochwała za utrzymanie koncepcji do końca, widać wypełniony szczegółami świat, który nie zawodzi klimatem. Bohater jest wiarygodny, jego ekscytacja posocznicą podekscytowała i mnie. Ciężko mi jednak nazwać tekstem weirdem, widzę w nim bardziej horror SF. Łup-łup w drzwi jest rasowo kafkowe, ale seria niefortunnych zdarzeń pozostaje na tyle bezgatunkowa, że nie ma ode mnie specjalnych punktów. Dalsze pistolety, kody i walka o przetrwanie jest albo klasycznym, przyprószonym "bakteryjną" tematyką kinem akcji, albo prześmiewczą z nim zabawą. Znacznie bardziej jednak zaciekawił mnie sam świat, niż quest bohatera go ratującego. Szkoda, że wszystko zostało odkręcone tak szybko, ale cieszę się, że ludzkość w czas doceniła kiszone ogórki.

Wracam po przerwie. Dziękuję za wszystkie komentarze. Tak właśnie myślałem, że za bardzo weird nie wyszło, ale cóż, może innym razem. Cieszę się, że świat przypadł do gustu. Może pociągnę coś dalej.

Nowa Fantastyka