- Opowiadanie: Texic - Tajemniczy nieznajomy

Tajemniczy nieznajomy

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Tajemniczy nieznajomy

Gwizdanie czajnika słychać było w całym mieszkaniu. Maria zmierzała wolnym, ociężałym krokiem w stronę skromnie urządzonej kuchni. Obolałe plecy i zmęczone nogi dokuczały jej od samego poranka. Rozmyślając o swoim życiu, leniwym ruchem dłoni, zalewała wrzątkiem herbatę.

„Starość to same problemy” – pomyślała.

Zażyte po śniadaniu leki rozpuściły się w żołądku, wywołując nieznośną zgagę.

Przyszedł czas na jej codzienny rytuał.

„Herbatka, ciasto i dobra książka. Tego mi właśnie potrzeba” – rozmarzyła się staruszka.

Kierując się w stronę olbrzymiego salonu, powoli odwróciła głowę, aby spojrzeć na spadające za oknem liście.

Na zewnątrz było ciepło. Promyki słońca delikatnie ogrzewały rosnące w ogródku błonczatki oraz dalie. Były to jedyne towarzyszki sędziwej Marii, gdyż w promieniu trzech kilometrów nie było ani jednej żywej duszy.

Maria żyła niczym pustelnik… Z dala od ludzi i cywilizacji. Jedynie młodziutka Franciszka odwiedzała ją dwa razy w tygodniu, aby przynieść zakupy i pomóc w codziennych obowiązkach. Była dla staruszki szczególnym wsparciem, gdyż rodzina odwiedzała Marię tylko raz w roku, na święta Bożego Narodzenia, a i to nie zawsze.

Powojenny zegar z kukułką wskazywał godzinę jedenastą.

Maria usiadła właśnie w wygodnym fotelu, aby umilić sobie wolną chwilę powieścią Kornela Filipowicza, jej ulubionego pisarza. Z chwilą, gdy drobne kobiece dłonie sięgały po leżącą nieopodal na kredensie książkę, do jej uszu dobiegł znajomy dźwięk dzwoniącego telefonu. Niewiele myśląc, kobieta wstała i powolnym krokiem ruszyła do przedpokoju.

Telefon wciąż dzwonił.

– Halo, kto tam? – powiedziała Maria, podnosząc słuchawkę.

Odpowiedziało jej milczenie

– Halo, jest tam ktoś? – ciągnęła staruszka.

Po chwili, wśród szumów i trzasków, można było usłyszeć niewyraźny męski głos.

– Okalecz się… – wyszeptał nieznajomy.

Maria zadrżała.

– Słucham? Kto mówi?

– Weź nóż i oszpeć swoją twarz…

Maria nie mogła uwierzyć własnym uszom. Ze strachu, nie była w stanie skleić żadnego spójnego zdania.

– Masz rozciąć swoje wargi i wyłupać oczy! – krzyknął tajemniczy rozmówca. – Zrób to! W przeciwnym wypadku zasmakuję krwi twoich najbliższych!

Maria instynktownie pomyślała o Franciszce.

– Co? Jak to? Kim jesteś? – zapytała drżącym głosem kobieta.

Nieznajomy wybuchnął donośnym śmiechem.

– Znasz mnie doskonale… – powiedział. – Chowam się w cieniu twojego nędznego żywota. Leżę tuż obok, gdy śpisz w wygodnym łóżku. Spoglądam na ciebie, gdy ze złożonymi rękami modlisz się do swojego żałosnego stwórcy.

Poczucie grozy zalało Marię nim niczym fale na oceanie. W ułamku chwili poczuła, jak strach ogarnia całe jej ciało.

– Czego ode mnie chcesz? – zapytała, chwytając się za serce.

– Nie słyszałaś, głupia suko? Chcę twojego poświęcenia!

Lęk i obrzydzenie sprawiły, że Maria szybkim ruchem odłożyła słuchawkę. Nie wiedziała, co ma ze sobą zrobić. Czuła dreszcze i uderzający do głowy podmuch gorąca.

– Panie najdroższy – wyszeptała. – Miej mnie w swojej opiece.

 

 

* * * *

 

 

Franciszka była młodą, niebieskooką blondynką, mieszkającą trzydzieści minut drogi od domu Marii. Jej bujne, kręcone włosy sprawiły, że stała się obiektem westchnień wszystkich mężczyzn w okolicy. Pomimo młodego wieku, doskonale dogadywała się ze starszą od niej o sześćdziesiąt lat Marią, którą traktowała jak własną babcię.

– Dzień dobry! – krzyknęła Franciszka na powitanie.

– Witaj! Jak miło cię widzieć – odpowiedziała Maria.

– Przyniosłam zakupy dla pani. Wszystko, co było na liście – chleb, jajka, mleko, cukier i wiele innych produktów, o które pani prosiła.

– Jesteś kochanym dzieckiem – powiedziała z radością staruszka, wręczając dziewczynie stuzłotowy banknot. – Reszty nie trzeba.

– Jak się pani dziś czuje? Nie wygląda pani najlepiej…

– Wszystko w porządku moje dziecko. Spotkała mnie tylko dziwna sytuacja przedpołudniem. Jakieś dzieciaki stroiły sobie ze mnie żarty przez telefon. – Na twarzy Marii pojawił się grymas wymuszonego uśmiechu. – Rozwydrzone bachory… Opowiadaj lepiej, kruszynko, co u ciebie.

Południe, spędzone razem, minęło im na sprzątaniu i wspólnym gotowaniu. Franciszka, pomimo młodego wieku, była doskonałą kucharką. Jej kulinarne zdolności napawały dumą sędziwą Marię.

Chwile spędzane z młodą dziewczyną przypominały kobiecie o jej własnych wnukach. O Karolinie i Tomaszu. Pomimo dzielącej ich prawie siedmiuset kilometrowej odległości, kochała je całym sercem. Oddałaby wszystko, aby móc częściej je widywać.

„Ciekawe, co słychać u moich małych brzdąców” – pomyślała.

Pomimo ich dorosłego wieku, wciąż traktowała je jak małe dzieci.

Z chwilą, gdy Maria odpływała myślami, z pokoju obok zadzwonił telefon.

– To pewnie znowu te okropne bachory! – krzyknęła. – Już ja im pokażę, co znaczy zadzierać ze starszą panią!

Szybkim krokiem ruszyła w kierunku przedpokoju. Franciszka mimowolnie oderwała wzrok od gotującej się zupy. Widok żwawo truchtającej Marii rozbawił młodą dziewczynę na tyle, że z założonymi rękami, bacznie obserwowała staruszkę, podnoszącą właśnie słuchawkę.

– Gówniarze, znowu wam się zachciewa żartów! – krzyknęła Maria, głosem pełnym irytacji.

– Halo, babcia? To ja, Tomasz… Masz chwilę? – zapytał mężczyzna, nie kryjąc smutku.

– Tomasz? Ja… Przepraszam… Myślałam, że to ktoś inny. Coś się stało?

Głos w słuchawce milczał.

– Halo, jesteś tam?

– Tak, tak… Jestem. Słuchaj, nie mam zbyt dobrych wiadomości. Dziś rano dostałem telefon od Andrzeja, męża Karoliny. – Mężczyzna delikatnie pociągnął nosem. – Podczas porodu Karoliny, zdarzyły się pewne komplikacje.

– Komplikacje? – zdziwiła się Maria. – Co masz na myśli?

– Babciu, powiem wprost. – Tomasz wziął głęboki wdech. – Dziecko zmarło.

Wiadomość trafiła w kobietę niczym piorun w samotne drzewo.

– Ale jak to? – zapytała drżącym głosem.

– Na razie, nic więcej nie wiem. Zadzwonię, gdy tylko poznam szczegóły. Trzymaj się babciu.

Maria nie odpowiedziała. Powolnym ruchem odłożyła słuchawkę. Starała się coś powiedzieć, lecz szok, w jakim się znalazła, odebrał jej mowę.

– Pani Mario, wszystko w porządku? – zapytała niespokojnie Franciszka.

Staruszka milczała. Jej tętno niebezpiecznie się zwiększyło. Czuła, że kręci się jej w głowie.

Usiadłszy na podłodze, zakryła posmutniałą twarz dłońmi. Powoli, cichutko, zaczęła płakać.

 

 

* * * *

 

 

Minęły dwa tygodnie, zanim Maria zdążyła się pozbierać po traumatycznym telefonie od Tomasza. Jej stan zdrowia nie pozwalał na uczestnictwo w pogrzebie dziecka. Pozostała jej tylko modlitwa, której oddawała się każdego ranka.

Śmierć prawnuka odcisnęła piętno na psychice Marii. Przez dwa tygodnie, przepełnione smutkiem i cierpieniem, zdążyła już zapomnieć o tajemniczym telefonie od nieznajomego. Nie wiedziała jednak, że to dopiero początek jej koszmaru.

Staruszka odgadła właśnie ostatnie hasło w krzyżówce. Delikatnym ruchem pióra, wpisała słowo „skowronek”.

– Czuję się taka samotna – powiedziała na głos.

Oprócz sporadycznych telefonów od dzieci i wnuków Maria nie miała za bardzo kontaktu z rodziną. Jej mąż, Zygfryd, zmarł piętnaście lat temu w tragicznym wypadku samochodowym. Czołowe zderzenie z tirem – śmierć na miejscu.

Historia Marii pełna była smutku i cierpienia. Jednakże, z tą samą miłością, którą darzyła własną rodzinę, kochała również Franciszkę. Nie wyobrażała sobie życia bez jej częstych odwiedzin.

Za oknem padał deszcz. Maria wstała z wygodnego fotela, aby skorzystać z toalety. Jej blada, oklapła twarz odbiła się w lustrze wiszącym w przedpokoju.

Czas odcisnął na niej swoje piętno, pozbawiając piękna, które napawało ją dumą za młodu. Chory kręgosłup i niewydolność nerek – oto prezenty, które otrzymała od losu na starość.

Maria pogłaskała się po łysiejącej głowie.

W chwili, gdy złapała za klamkę od łazienki, zadzwonił telefon. Momentalnie stanęła jak wryta. Czuła, że nadchodzi coś złego.

– Halo – powiedziała, podnosząc słuchawkę.

Ktoś po drugiej stronie wyraźnie sapał. Maria zadrżała.

– To znowu ja… – powiedział szyderczo nieznajomy.

– Nie mam ochoty na żarty!

– Ostatnim razem mnie nie posłuchałaś! – przerwał jej krzykiem głos w słuchawce.

Maria przełknęła głośno ślinę.

– Nie wiem, o czym mówisz – wyszeptała ze strachem.

– Ach, tak? Wiesz doskonale, o czym mówię. Zignorowałaś moje polecenie, więc musiałem cię ukarać. Jesteś winna śmierci dziecka, które nie zdążyło nawet zakosztować życia.

Maria poczuła strużkę moczu, spływającą po udzie.

– Czego ode mnie chcesz, szatanie? – zapytała.

– Chcę tego, co wcześniej. Poświęcenia.

Maria poczuła ukłucie w sercu.

– Chcę, abyś włożyła ręce do pieca. Do buchającego ognia – kontynuował nieznajomy. – Chcę, abyś cierpiała, tak jak ja cierpię w piekle. Masz poczuć, jak płomienie rozrywają ci ścięgna. Jak skóra i mięśnie spływają po kościach. Masz czuć ból!

Maria milczała.

– Ignorancja nie będzie tolerowana. Krew za krew! – wrzasnął demon. – Wybieraj. Poświęcenie albo śmierć twoich najbliższych.

Dłonie Marii drżały z przerażenia.

– Dobrze. Zrobię to – wyszeptała po chwili milczenia. – Zrobię to…

Odłożyła słuchawkę. Stała w bezruchu przez kilka minut, serce waliło jej jak młot. Wyciągając przed siebie ręce, spojrzała z przerażeniem na spocone dłonie.

„Zrobię to” – pomyślała.

 

 

* * * *

 

 

Żar buchającego ognia ogrzewał jej twarz. Maria czuła zapach palonego drewna. Jej wzrok skupiony był na iskrzących się płomieniach, które wystawały przez otwartą klapę pieca. 

„Zrobię to” – powtarzała w myślach bezustannie.

Chciała, tak bardzo chciała, lecz jej ciało odmawiało posłuszeństwa. Kobieta czuła przerażenie na myśl o nadchodzącym cierpieniu.

Powolnym, drżącym ruchem, zbliżyła dłonie do ognia. Bała się. Wiedziała, że ból, który za chwile poczuje, będzie ogromny, będzie nie do opisania. Staruszka zamknęła oczy, modląc się pod nosem.

– Zdrowaś Maryjo, łaski pełna… – szeptała po cichu.

Koniuszkiem palców czuła buchające płomienie. Centymetr po centymetrze, wkładała dłonie coraz głębiej i głębiej.

Nagle poczuła kłujący ból. Zadrżała. W ułamku sekundy cofnęła ręce. Instynktownie otworzyła oczy.

– Nie dam rady! – wrzasnęła. – Panie Boże, przebacz mi…

 

 

* * * *

 

 

O śmierci swoich dzieci, Michała i Anny, Maria dowiedziała się z wiadomości. Wszystkie programy informacyjne huczały o tej tragedii. Rodzeństwo oraz pięcioro innych ludzi zginęli w pożarze kamienicy we Wrocławiu.  

– Tak bardzo pani współczuję – powiedziała ze smutkiem Franciszka. – Najpierw nieudany poród Karoliny, teraz to… Mogę pani jakoś pomóc?

Maria milczała. Ślepym spojrzeniem wpatrywała się w kwiaty za oknem. Wiedziała, że to jej wina – śmierć niewinnych ludzi, zwłaszcza jej dzieci. Wiedziała, że z biegiem czasu telefon zadzwoni ponownie. Bała się tylko, co może nastąpić tym razem.

– I pomyśleć, że akurat w ten dzień Michał odwiedził Annę – wtrąciła Franciszka. – Cóż za zrządzenie losu.

– To nie był przypadek – powiedziała Maria, ciągle wpatrując się w dalie.

– Sądzi pani, że to przeznaczenie? Że tak miało być?

– Sądzę, że to wszystko moja wina.

– Masz rację, głupia suko. Zabiłaś ich – powiedziała Franciszka demonicznym głosem.

Marię przeszły ciarki. Instynktownie odwróciła głowę w kierunku dziewczyny.

– Coś ty powiedziała? Powtórz to! – krzyknęła przerażona staruszka, rzucając się na Franciszkę. W przypływie złości, oplotła dłońmi szyję dziewczyny i zaczęła ją dusić. Mocno, z całych sił.

– Ależ pani Mario, co po wyprawia? – wykrztusiła z trudem Franciszka. – Powiedziałam tylko, że nie ma się pani czym przejmować.

– Kłamiesz, szatanie! To ty zabiłeś moje dzieci!

Franciszka czuła, że powoli traci przytomność. Była cała sina. Ostatkiem sił, chwyciła stojący obok niej wazon z kwiatami i rąbnęła staruszkę prosto w skroń. Brzdęk rozbitego szkła rozniósł się echem po całym mieszkaniu.

Maria poluzowała ucisk dłoni. Cofnęła się o krok i pobladła. Krew spływała jej po twarzy.

– Przepraszam. Ja… chyba wariuję. Nie daję już rady – powiedziała, osuwając się na podłogę.

Franciszka odchrząknęła, odzyskując oddech. Niewiele myśląc, chwyciła wiszącą na krześle torebkę i uciekła z mieszkania.

 

 

* * * *

 

 

Maria leżała w kałuży krwi dobre dziesięć minut. Ból głowy był nie do wytrzymania. Powoli, wspomagając się stojącym obok krzesłem, dźwignęła się na nogi. Instynktownie wyciągnęła rękę ku głowie, aby sprawdzić jak głęboka jest rana. Spojrzała po chwili na dłoń: była cała we krwi.

Chwiejnym krokiem ruszyła w kierunku telefonu, aby wezwać pogotowie. Z chwilą, gdy dotknęła słuchawki, telefon zadzwonił. Maria wiedziała, kto dzwoni.

– Jak długo jeszcze będziesz mi się przeciwstawiać? – zapytał głos w słuchawce.

– Ty parszywy demonie! Pomiocie szatana! Bądź przeklęty na wszystkie czasy! – krzyczała staruszka.

Głos w słuchawce się roześmiał.

– Nie ty pierwsza mnie tak nazywasz. Przed tobą było wielu. Nikomu nie udało się wypełnić ostatecznego polecenia.

– Czego chcesz tym razem? – zapytała, płacząc Maria.

– Masz szansę to wszystko skończyć. Właśnie teraz, masz jedyną możliwość, aby odkupić swoje winy. Możesz zrekompensować swoją ignorancję.

Kobiecie było już wszystko jedno. Straciła bliskie jej osoby, straciła Franciszkę, straciła zdrowie psychiczne i wiarę w Boga. Była załamana.

– Co mam zrobić? – zapytała drżącym głosem.

– Zabij się.

Polecenie, które usłyszała, sparaliżowało ją. Była gotowa na wiele, ale nie na to.

Milczała, nie mogąc uwierzyć w to, co słyszy.

– Zabij się – powtórzył nieznajomy. – Gdy to zrobisz, żądza krwi zostanie nasycona – będziesz moją ostatnią ofiarą. Jednakże, jeżeli i tym razem zawiedziesz, krąg cierpienia przejdzie na inne osoby. Będę zabijał bez przerwy, wciąż i wciąż…

Maria opadła na kolana. Płakała. Nie chciała umierać, lecz wizja odpowiedzialności za śmierć innych, być może dziesiątek ludzi, przyprawiała ją o mdłości.

Odłożyła słuchawkę. Bała się, że nieznajomy może zadzwonić kiedyś do Franciszki.

Podjęła decyzję. Pogodziła się z własną śmiercią.

Powolnym krokiem ruszyła do drzwi mieszkania. Przekręciła kluczyk i odwróciła się w stronę kuchni. Z najniższej szuflady wyciągnęła stojące w rogu żelazko. Lewą ręką chwyciła ogromny tasak, służący jej do krojenia mięsa. Łzy spływały jej po policzkach. Zgrzytała zębami z przerażenia.

Przełykając ślinę, zamachnęła się i ucięła sznur żelazka. Zamierzała się powiesić.

 

* * * *

 

Dyżurny miejscowej policji odebrał zawiadomienie o dziwnym ataku starszej pani na młodą dziewczynę. Franciszka, po ucieczce z mieszkania, natychmiast zadzwoniła pod numer alarmowy.

Minęło sporo czasu, zanim patrol przyjechał pod dom napastniczki. Dwóch wysokich, dobrze zbudowanych mundurowych wysiadło z radiowozu i popędziło w stronę domu pani Marii. Młody, świeżo upieczony policjant, chwycił klamkę, próbując otworzyć drzwi. Były zamknięte.

– Niech to szlag! – wrzasnął.

Drugi, starszy, podszedł do okna. Jego oczom ukazał się widok stojącej na taborecie kobiety z zaciśniętą pętlą na szyi. Maria, wpatrzona w powojenny zegar z kukułką, stała tak przez dłuższą chwilę. Zauważając w oknie funkcjonariusza policji, powoli zamknęła oczy.

– Przepraszam – wyszeptała.

Silnym ruchem nogi odrzuciła stojący pod nią taboret.

Widząc to, mężczyzna odepchnął nowicjusza, próbującego siłować się z klamką.

– Wyważamy!

 

Koniec

Komentarze

Brawo! Jest całość :)

 

 

http://altronapoleone.home.blog

Z uwag, wyłącznie zły zapis “Oddała by” – powinno być łącznie. Poza tym historia wciągająca, akcja rozwija się w dobrym tempie i naprawdę przyjemnie się czyta. Podobają mi się bardzo rzucane konkrety, np. o skromnie urządzonej kuchni czy daliach – takie szczegóły działają świetnie na wyobraźnię.

Cześć!

 

Przełykając ślinę, wzięła zamaszysty wymach i ucięła sznur żelazka. Zamierzała się powiesić. – Wywaliłbym to dopowiedzenie. Każdy sam się domyśli, po co jej sznur w tej sytuacji.

 

No, całkiem całkiem. Piszesz dość gładko, czytało sie bez większych zgrzytów. Sama historia może mnie jakoś szczególnie nie porwała, bo była mocno przewidywalna (dla mnie), oraz też nie jakoś wielce oryginalna. Jednak udało Ci się sprawić, że losami staruszki się przejąłem i mimo wszystko czekałem, aż w końcu zrobi sobie coś okropnego niczym Zgredek (tak, wiem, jestem straszny). Ale to chyba przez to żelazko, w pierwszej kolejności myślałem, że zacznie się przypalać albo coś :P Więc reasumując: Nie porwałeś mnie jakoś mocno, ale zaangażowałeś w historię, którą całkiem nieźle napisałeś :)

A, jedna kwestia na koniec. Ostatni akapit związany z policją niewiarygodny jak dla mnie.

 

Policja, zaalarmowana przez Franciszkę, przyjechała po paru minutach. – Wcześniej piszesz, że Maria mieszkała na pustkowiu gdzie w promieniu paru kilometrów nie było nawet żadnego domu, nie mówiąc o centrum jakiegoś miasteczka, gdzie byłby najbliższy komisariat. Oczywiście patrol mógł akurat sobie przejeżdżać nieopodal i dostać wezwanie, ale wiesz, jak to brzmi…

– Niech to szlag! – wrzasnął. – Reakcja policjanta na zamknięte drzwi? To chyba był jakiś nowicjusz, chłystek, nie wiem. Powinien wywalić drzwi, wybić okno itp. od razu, a on mocuje się z klamką (o czym sam piszesz) jak dziecko.

Pozdrawiam :)

 

 

 

Realuc – poprawiłem lekko zakończenie, aby było bardziej realistyczne. 

 

“Przełykając ślinę, wzięła zamaszysty wymach i ucięła sznur żelazka. Zamierzała się powiesić. – Wywaliłbym to dopowiedzenie. Każdy sam się domyśli, po co jej sznur w tej sytuacji.”

 

Nigdy nie wiadomo o czym pomyśli czytelnik. Równie dobrze ktoś może sądzić, że Maria zamierza się biczować cheeky Dlatego to dopowiedzenie, wg mnie powinno się tu znaleźć. 

 

 

 

 

Jedynie młodziutka Franciszka odwiedzała ją dwa razy w tygodniu, aby przynieść zakupy i pomóc w codziennych obowiązkach. Była dla staruszki jedynym wsparciem – powtórzenie 

 

Maria usiadła właśnie w wygodnym fotelu, aby umilić sobie wolną chwilę powieścią Kornela Filipowicza, jej ulubionego pisarza. Z chwilą, gdy jej drobne kobiece dłonie sięgały po leżącą nieopodal na kredensie książkę, do jej uszu dobiegł znajomy dźwięk – tu również 

 

Jej bujne, kręcone włosy sprawiły, że stała się obiektem westchnień wszystkich młodocianych mężczyzn w okolicy. – młodzieńców; młodociany to może być przestępca :) 

 

Maria poczuła strużkę moczu, spływającą jej po udzie. – bez “jej”; na cudzym by nie czuła

 

– Zabij się – powtórzył nieznajomy. – Jeżeli to dla mnie zrobisz, nie będę cię już więcej nachodził. – dostrzegam tu małą niespójność :) 

 

Podzielam opinię, że mundurowi w finale nie pasują. Myślę, że być może lepszym rozwiązaniem okazałoby się, gdyby babkę znalazła Frania i przez to sama zaczęła cierpieć z powodu urojeń winy :) 

Opowiadanie czyta się w miarę dobrze. Do horroru brakuje jednak jakiejś aury tajemniczości, nienazwania. Tak wyszła opowieść o starej schizofreniczce :) 

I po co to było?

Hej.

Tak sobie pomyślałam, że mógłbyś spróbować wykreślić z tego tekstu niektóre szczegóły i nic nie wnoszace zdania np : „Starość to same problemy” – pomyślała.“ – buuu . Po co komu takie banały. To nie reklama ;) Może łatwiej wtedy będzie uzyskać Ci pewną atmosferę surowości i narastajacej grozy. Niech bohaterowie będą trochę tajemniczy i niejednoznaczni np. Franciszka. Nie szukaj schematycznych opisów ludzi. Daj im jakąś dziwną cechę, będzie ciekawiej. 

 

Początek po wykreśleniu kilkunastu wyrazów: Dźwięk gwiżdżącego czajnika rozchodził się po całym mieszkaniu. Maria zmierzała wolnym krokiem w stronę skromnie urządzonej kuchni. Ból pleców znów dokuczał jej od samego poranka. Uważnie zalała wrzątkiem herbatę. Zażyte leki rozpuściły się w żołądku, wywołując nieznośną zgagę.

Przyszedł czas na jej codzienny rytuał. Herbata, kawałek ciasta i książka. itd.

Ogólnie to ja jestem zwolennikiem minimalizmu ;), ale to oczywiście subiektywne odczucie.

 

Piszesz: „Herbatka, ciasto i dobra książka. Tego mi właśnie potrzeba” – rozmarzyła się staruszka.” – To jest jej codzienny rytuał. Robi tak dzień, w dzień, to chyba nie jest powód do rozmarzania się :) 

Powojenny zegar – czy nie miało być przedwojenny?

 

Ogólnie nieżle się czytało :)

 

Masz bardzo fajny styl, od razu się wciągnąłem. :D Jeżeli miałbym się czegoś przyczepić to brakuje mi trochę zarysowania postaci diabła. Jakby wyjaśnić dlaczego zadzwonił do babci, albo dać chociaż jakieś wskazówki pobudzające do domysłów, wtedy byłoby jeszcze lepiej. Szczególnie podobał mi się moment gdy młoda Franciszka mówi głosem diabła, na coś takie liczyłem i mogłoby być to bardziej pociągnięte. Ale to tylko moje zdanie. Opowiadanie super, oby tak dalej!

Matka Chrzestna – rozumiem, iż jesteś zwolenniczką minimalizmu, ja natomiast wolę się w pewnych wątkach rozwinąć, w innych dodać na pozór nieistotne informacje, aby całość nie była okrojona wyłącznie z treści napędzających fabułę. 

 

gylo24 – dziękuję za pochlebny komentarz. Jeżeli chodzi o postać demona, specjalnie nie rozwijałem teraz zbytnio tej postaci, gdyż zamierzam wykorzystać ją w innym opowiadaniu w którym skupię się głównie na niej ;)

“…aby umilić sobie wolną chwilę powieścią Kornela Filipowicza;”

 

Ciekawy wybór na ulubionego pisarza staruszki. Filipowicz był wybitnym nowelistą, ale powieści napisał tylko parę i to naprawdę dawno temu – w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Dziś raczej nikt ich nie czyta. Nie to, żebym się czepiał wyboru akurat takiego pisarza, ale jest to jedna z cegiełek, które sprawiają, że to opowiadanie wydaje się trochę nieautentyczne. Bo sztucznie brzmią tu dialogi pomiędzy panią Marią a Franciszką. Poza tym dziś się raczej nie spotyka, by młoda dziewczyna rezygnowała ze swojego wolnego czasu, aby usługiwać staruszce. A nawet gdyby, to obie nie mówiłyby takim drewnianym językiem.

Potem jest telefon z demonicznym głosem, który również nie przekonuje. Jest to jakieś szyte zbyt grubymi nićmi. No ale to, że element fantastyczny odkleja się od warstwy realistycznej, zdarza się dość często. Gorzej, gdy nie klei się sama warstwa obyczajowa. Bo końcówka z policjantami znów fatalna…

Na plus pozostaje sam warsztat – zwięzły i do rzeczy, co sprawia, że tekst czyta się szybko i bez bólu.

Agroeling – ramy czasowe historii nie są osadzone w czasie. Równie dobrze mogą być to lata 90. Co do Franciszki, znam wiele osób (zwłaszcza na wsi) które odwiedzają starsze osoby aby im pomóc i dotrzymać towarzystwa. Absolutnie nie widzę w tym niczego nadzwyczajnego. 

 

Co do Filipowicza, osobiście zdarza mi się czytać powieści i opowiadania z lat 70. 80. Itp. Tym bardziej, Maria miała ponad 60 lat, więc absolutnie nie powinien dziwić jej wybór. Wg mnie, to szukanie dziury w całym.

Texic – co do Filipowicza, nie czepiałem się, wydało mi sie to tylko trochę niezwykłe. Jego powieści trudno byłoby dziś znaleźć, może na giełdach staroci czy w antykwariatach, są naprawdę mało znane. Co innego jego liczne zbiory nowel, z których słynął i nawet niedawno wydano jakiś ich zbiór. I mimo tego można go uznać za pisarza mocno niedocenianego. Wielu tak uważa, w tym i ja.

Ramy czasowe i miejsce akcji. Faktycznie nie są określone. Przyjąłem, że akcja dzieję się współcześnie i w jakimś mieście, bo nic nie wskazywało, że miałoby być inaczej. W każdym razie nie zauważyłem żadnej takiej sugestii.

A dziewczyna pomagająca staruszce, napisałem tylko, że rzadko spotykane, ja nie spotkałem na przykład. A nie napisałeś, że to wolontariuszka, co już byłoby prawdopodobniejsze.

Hmm, a dlaczego właściwie ona? Czym zasłużyła sobie Maria na zainteresowanie demona? Cały czas czekałam, aż na jaw wyjdzie jakiś dawny grzeszek Marii, a tu nic.

 

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Jak na horror to, moim zdaniem, bardzo mało tu horroru. Już po pierwszym telefonie nabrałam przekonania, że sprawa nie skończy się dobrze, a późniejsze wypadki tylko utwierdzały mnie w tym przekonaniu.

Owszem, rozumiem przestrach staruszki, a potem, kiedy groźby zaczęły się  spełniać, jej zagubienie i rozpacz po stracie bliskich, ale demon wydający rozkazy przez telefon jakoś nie przemówił do mojej wyobraźni. Zastanawiam się też, jaki miał powód, by dręczyć akurat Marię?

Wykonanie pozostawia sporo do życzenia.

 

Dźwięk gwiż­dżą­ce­go czaj­ni­ka roz­cho­dził się po całym miesz­ka­niu. ―> A może: Gwizdanie czajnika słychać było w całym mieszkaniu.

 

de­li­kat­nie od­wró­ci­ła głowę, aby spoj­rzeć na spa­da­ją­ce za oknem li­ście Na ze­wnątrz było cie­pło. Pro­my­ki słoń­ca de­li­kat­nie ogrze­wa­ły… ―> Powtórzenie.

 

Głos z dru­giej stro­ny mil­czał. ―> Raczej: Odpowiedziało jej milczenie. Lub: Odpowiedziała jej cisza.

 

Po­czu­cie grozy roz­la­ło się po Marii nim ni­czym fale na oce­anie. ―> Raczej: Po­czu­cie grozy zalało Marię nim ni­czym fale na oce­anie.

 

wszyst­kich mło­do­cia­nych męż­czyzn w oko­li­cy. Po­mi­mo mło­de­go wieku… ―> Nie brzmi to najlepiej.

 

Po­mi­mo dzie­lą­cej ich pra­wie sied­miu­set ki­lo­me­tro­wej od­le­gło­ści… ―> Po­mi­mo dzie­lą­cej ich pra­wie sied­miu­setki­lo­me­tro­wej od­le­gło­ści

 

po­zba­wia­jąc pięk­na, które na­pa­wa­ło dumą za młodu. ―> Czy oba zaimki są konieczne?

 

chwy­ci­ła za wi­szą­cą na krze­śle to­reb­kę… ―> …chwy­ci­ła wi­szą­cą na krze­śle to­reb­kę

 

Ból głowy był dla niej nie do wy­trzy­ma­nia. ―> A dla innych? Wiemy, kto czuł ból, więc wystarczy: Ból głowy był nie do wy­trzy­ma­nia.

 

Po­wo­li, wspo­ma­ga­jąc się sto­ją­cym obok krze­słem, wsta­ła na równe nogi. ―> Brzmi to nie najlepiej – czy Maria mogłaby korzystać z krzesła, gdyby stało gdzieś dalej?

Skoro powoli, to nie na równe nogi – wstać/ zerwać się na równe nogi, znaczy tyle, gwałtownie podnieść się, wstać bardzo szybko, a Maria podnosiła się powolutku i z trudem.

Proponuję: Po­wo­li, wspierając się o krze­sło, wsta­ła.

 

Szyb­kim ru­chem ręki do­tknę­ła roz­cię­tą na gło­wie skórę, aby spraw­dzić jak mocne są ob­ra­że­nia.  ―> Czy Maria mogła dotknąć głowy czymś innym, nie ręką? Obawiam się, że ruchy staruszki nie były szybkie.

Proponuję: Wyciągnęła rękę ku głowie, aby sprawdzić jak głęboka jest rana.

 

Po­le­ce­nie, które usły­sza­ła, spa­ra­li­żo­wa­ło całe jej ciało. ―> Czy polecenie, które usłyszała Maria mogło sparaliżować cudze ciało?

Proponuję: Po­le­ce­nie, które usły­sza­ła, spa­ra­li­żo­wa­ło ją.

 

Po­wol­nym kro­kiem ru­szy­ła do drzwi miesz­ka­nia. ―> Przecież Maria była w mieszkaniu, więc jak mogła ruszyć do jego drzwi?

Na początku opowiadania wspomniałeś, że Maria mieszka w sporej odległości od innych ludzi, więc przypuszczam, że był to najpewniej dom, nie mieszkanie.

Proponuję: Po­wol­nym kro­kiem ru­szy­ła w stronę kuchni.

 

Lewą ręką chwy­ci­ła za ogrom­ny tasak… ―> Lewą ręką chwy­ci­ła ogrom­ny tasak

 

słu­żą­cy jej do kro­je­nia mięsa. Łzy spły­wa­ły jej po po­licz­kach. ―> Czy oba zaimki są konieczne? Może zamiast drugiego zdania wystarczy: Płakała.

 

Prze­ły­ka­jąc ślinę, wzię­ła za­ma­szy­sty wy­mach i ucię­ła sznur że­laz­ka. ―> Brzmi to fatalnie.

Proponuję: Prze­ły­ka­jąc ślinę zamachnęła się i ucię­ła sznur że­laz­ka.

 

Dy­żur­ny po­bli­skiej po­li­cji ode­brał za­wia­do­mie­nie… ―> Raczej: Dy­żur­ny miejscowej po­li­cji ode­brał za­wia­do­mie­nie… Lub: Dy­żur­ny pobliskiego posterunku ode­brał za­wia­do­mie­nie

 

Fran­cisz­ka, po uciecz­ce z miesz­ka­nia, mo­men­tal­nie za­dzwo­ni­ła… ―> Raczej: Fran­cisz­ka, po uciecz­ce z miesz­ka­nia, natychmiast za­dzwo­ni­ła

 

Dwóch wy­so­kich, do­brze zbu­do­wa­nych mun­du­ro­wych wy­sko­czy­ło z ra­dio­wo­zu, pę­dząc w stro­nę miesz­ka­nia pani Marii. ―> Z tego wynika, że mundurowi pędzili w stronę mieszkania Marii, wyskakując jednocześnie z radiowozu.

Czy ludzie naprawdę wyskakują z samochodów?

Proponuję: Dwóch wy­so­kich, do­brze zbu­do­wa­nych mun­du­ro­wych wysiadło z ra­dio­wo­zu i popędziło w stro­nę domu pani Marii.

 

chwy­cił za klam­kę, pró­bu­jąc otwo­rzyć drzwi. ―> …chwy­cił klam­kę, pró­bu­jąc otwo­rzyć drzwi.

 

– Wy­wa­ża­my! – krzyk­nął. ―> Czy po tym, co zobaczył policjant, nie lepiej byłoby wybić okno i wejść przez nie, zamiast tracić czas na wyważanie drzwi?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Poprawione, dziękuję za wskazanie błędów :)

Bardzo proszę. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka