- Opowiadanie: fizyk111 - Żeby cię diabli, braciszku!

Żeby cię diabli, braciszku!

Pierwsza moja próba w “wired”. Trochę “soft” wyszło, ale może zmieści się w definicji gatunku.

Hasło – “Czarna drabina”

 

Wielkie dziękuję dla  betujących (w kolejności pojawiania się pod tekstem):

Gekikaira - za bardzo szczegółowe przeczytanie i całe morze cennych uwag.

Rosebelle - za wyłapanie Aleksandra.

Niebieski_kosmita - za leczenie szalejącej epidemii zaimkozy i repetycji.

Asylum - za piękny ogląd całości od strony, na którą nikt nie zagląda.

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Żeby cię diabli, braciszku!

…Żeby cię diabli, braciszku! Żeby cię, kurwa, ogień piekielny pochłonął!

Złość buzowała we krwi. Pedał gazu wciśnięty do dechy, prawie dwieście na liczniku nie robiło na mnie wrażenia. Podobnie jak rzędy wyprzedzanych tirów. Gdy jednak kolejny z nich zajechał mi drogę, rozpoczynając niekończący się manewr wyprzedzania, nie wytrzymałem. Zjechałem na środek autostrady, włączyłem długie i wcisnąłem klakson. Nie wiem, czego oczekiwałem, ale wściekłem się jeszcze bardziej, gdy wyprzedzający tir złośliwie zwolnił. Zjechałem na prawo i wyprzedziłem je pasem awaryjnym. Będąc już przed nimi, dałem po hamulcach, hamuj teraz, chuju – pomyślałem. Otworzyłem okno, wystawiłem rękę i pokazałem środkowy palec, moja wściekłość wreszcie znalazła ujście.  Zerknąłem w lusterko wsteczne. Zobaczyłem majestatycznie zbliżającą się płaską maskę oznaczoną logiem Mercedesa. Nie wierzyłem, że we mnie wjedzie, aż do chwili gdy uderzenie wcisnęło mnie w fotel,

– Ja pierdolę, kurwa, ty jebany debilu! – Zadziałały układy kontroli trakcji, a ja odruchowo wcisnąłem pedał gazu. Włączyłem awaryjne, zacząłem powoli zwalniać i zjeżdżać na prawo. W lusterku widziałem wyszczerzone w złośliwym uśmiechu zęby kierowcy. Ciężarówka zbliżała się, najwyraźniej nie mając zamiaru się zatrzymać. Ponownie przyśpieszyłem.

– Kurwa, kurwa, kurwa – zakląłem.

Zaklęcie niestety nie zadziałało i nadal nie miałem pojęcia, co zrobić. Jechać za tym cholernym tirem do samych Niemiec? Zadzwonić na policję? Ale jak udowodnię, że to on we mnie wjechał? Chromowany grill potwora nie wykazywał najmniejszych znamion kolizji.

Po chwili problem rozwiązał się sam. Silnik mojej renówki zakrztusił się raz i drugi, aby po kilku sekundach zgasnąć na amen. Zjechałem na pas awaryjny, patrząc, jak z prawego okna mijającego mnie tira wysunęła się dłoń pokazująca charakterystyczny gest. Ty też – pomyślałem.

 

Pomoc drogowa odholowała mnie tylko do najbliższego serwisu. Takie, kurna, assistance załatwił mi braciszek. Warsztat był już zamknięty. Właściciel wyszedł ze stojącej obok willi i wskazał nam miejsce do rozładowania. O samochodzie zastępczym mogłem oczywiście zapomnieć. Zapytałem o możliwość noclegu w pobliżu. Pokazał mi ręką na odległe o jakiś kilometr wzgórze.

– Agroturystyka – powiedział ochrypłym głosem – jedyna w okolicy, ale ludzie se chwalą. A samochodem zajmę się jutro rano. Pan zajrzy koło południa, to może będę już coś wiedział.

Spakowałem do torby najpotrzebniejsze rzeczy i wyruszyłem na spacer we wskazanym kierunku. Jak się tu w ogóle znalazłem?

*

To miał być taki radosny dzień. Coś w końcu ruszyło się w mojej firmie. Dwa duże zamówienia załatały dziury w moim budżecie i wreszcie mogłem kupić ojcu porządny telewizor, o którym ostatnio coraz częściej wspominał. Wzrok mu się pogarszał i potrzebował większego, a osiemdziesiąte urodziny były wymarzoną okazją na taki prezent.

Gdy otworzyłem drzwi do mieszkania ojca, od razu wiedziałem, że będą kłopoty. Podniesiony głos Euzebiusza mieszał się z odgłosami strzelaniny i policyjnych syren.

– Twoje zdrowie – usłyszałem donośny głos brata. – Sto lat!

Wszedłem do salonu i pierwsze, co zobaczyłem, to olbrzymi ekran i błękitno-czerwone, stroboskopowe światła wozów policyjnych.

Brat z ojcem siedzieli na kanapie, ściskając w dłoniach kieliszki. Na stoliku stała butelka Marella.

– Co ty, kurwa, odpierdalasz? – nie wytrzymałem.

– Może byś „dzień dobry” powiedział, braciszku? – spokojnie odrzekł Zibi.

Ten jego opanowany ton w nerwowych sytuacjach każdego wyprowadzał z równowagi. Ale ojciec to uwielbiał, zawsze stawiał nam za przykład opanowanie Euzebiusza.

– Przepraszam, tato. Dzień dobry. – Cmoknąłem ojca w policzek. – Wiesz, że tata nie może pić alkoholu? – zwróciłem się ponownie do brata.

– E tam, odrobina koniaczku jeszcze nikomu nie zaszkodziła. A dzisiaj okazja jest szczególna. Prawda, tatusiu?

„Tatusiu”, tym go kupował, jako jedyny tak się do niego zwracał.

– Czy ty cokolwiek wiesz o ojcu?

– Czego się czepiasz? Do tej pory nie miałeś nic przeciwko moim odwiedzinom!

– Bo do tej pory tata był zdrowy. Wiesz, że niedawno miał udar?

– No wiem, ale sam pisałeś, że już jest dobrze, to w czym problem?

– W tym, kurwa, że ojciec nie może pić alkoholu! Każdy wzrost ciśnienia jest zagrożeniem. A przede wszystkim w tym problem, że ty masz to wszystko w dupie.

– Kubuś, daj spokój. O ten telewizor się tak wściekasz? – zapytał cicho ojciec. – No Zibi pytał, co bym chciał na urodziny. Nie myślałem, że ty też kupisz.

Złość gdzieś uleciała.

– Nie tato, nie o telewizor. Zły jestem o alkohol. O to, że nie zadzwonił do mnie, nie zapytał. I jest mi przykro, bo tak naprawdę wcale go nie obchodzisz.

– Chyba przeginasz. – W głosie brata zabrzmiało zdenerwowanie. – Nie będę cię pytał, czy mogę odwiedzić tatę, albo kupić mu prezent.

– No właśnie, Kubuś. Ja się cieszę, że Zibi mnie odwiedził.

– Tato, twój Zibi jutro się stąd zabierze i wróci może za rok. A zakupy trzeba ci przywieźć w piątek.

– Ale Zibi to dobry chłopak.

Ręce mi opadły. Po cholerę się męczyć, po cholerę starać, aby ojciec ostatnie lata swojego życia przeżył godnie? Syn marnotrawny przywiezie prezenty, naleje koniaku i to jemu przypadnie wdzięczność i błogosławieństwo. Niech cię diabli, braciszku!

– To niech ten dobry chłopak się tobą zaopiekuje przez następny tydzień, tato. Ja mam dość, jadę odpocząć. – Odwróciłem się, a zmierzając do wyjścia, potknąłem się o karton z telewizorem. Kopnąłem go i wyszedłem, trzaskając drzwiami.

*

Dotarłem na wzgórze. Stodoła, obora i drewniana chata pamiętały początki zeszłego wieku. Natomiast willa i szklarnia wręcz biły po oczach nowoczesnością. Kolektory grzewcze na dachu, generator wiatrowy za stodołą i panele fotowoltaiczne na pobliskim wzgórzu wskazywały na technologiczne zaawansowanie gospodarstwa.

Przywitałem krzątającą się po podwórku kobietę i wyjaśniłem swoją sytuację.

– Sezon się jeszcze nie zaczął, to i pokoje wolne stoją – odpowiedziała i kazała mi iść za sobą. Nie zaprowadziła mnie jednak, jak oczekiwałem, do dwupiętrowej willi, lecz do niskiej, krytej strzechą drewnianej chałupy przytulonej do budynku, który kiedyś pełnił pewnie rolę obory. Drzwi wejściowe były niskie i wąskie, a korytarz, do którego prowadziły, ciasny i ciemny. Wszedłem do wnętrza, schylając głowę. Po każdej stronie znajdowały się dwa pomieszczenia, a na końcu drabina wiodąca prawdopodobnie na strych. Kobieta otworzyła drzwi po lewej.

– To pana pokój – powiedziała. – Łazienka jest naprzeciwko. Jak by czego było trzeba, to znajdzie mnie pan w domu. Ale nie później niż do dziesiątej, bo dzieciaki idą spać. Śniadanie o siódmej, drzwi będą otwarte, nie musi pan dzwonić. – Wręczyła mi klucz i już chciała sobie pójść, ale zatrzymałem ją pytaniem.

– Przepraszam, mógłbym dostać hasło do wi-fi?

– Tu nie ma wi-fi. Ani telewizora – odrzekła z uśmiechem. – I radia też pan nie znajdzie.

Spojrzałem na nią zdziwiony.

– No, jak agro, to agro – stwierdziła. – To taka tutejsza atrakcja, miastowe lubią – dodała na odchodne.

Pal diabli – pomyślałem. Najdzie mnie ochota, to sprawdzę wiadomości na smartfonie.

Wszedłem do pokoju i rozejrzałem się. No, luksusów to tu nie ma.

W oczy rzucało się drewniane łoże z pierzyną i trzema olbrzymimi poduchami. W pokoju znajdowały się jeszcze stół z dwoma krzesłami, szafa i nabijana ćwiekami skrzynia, wszystko z solidnego drewna. Obrazu dopełniał kaflowy piec w rogu.

Nie tylko wi-fi nie było, sieć telefoniczna też nie miała tu zasięgu. Powinienem zadzwonić do ojca, ale pewnie i tak odebrałby Zibi, żeby go chuj… Do czytania też nic nie wziąłem. Nie chciało mi się już iść do gospodarzy, a tym bardziej do auta. No i dobrze, pomyślałem, przynajmniej się wyśpię. Nastawiłem budzik i położyłem się do łóżka. Zasypiając, pomyślałem jeszcze, że nie spałem pod pierzyną chyba od czasów dzieciństwa.

 

Cisnąłem gaz do dechy, ale podążająca za mną ciężarówka z wymalowanym na masce szkaradnym, czerwonym pyskiem diabła i jak najbardziej prawdziwymi rogami zbliżała się nieubłaganie. No i na chuj było na nich trąbić, idioto? – naszła mnie odkrywcza refleksja. Nie było żadnego zjazdu ani nawet pasa awaryjnego – cholerne, tanie państwo! Były za to barierki po obu stronach. Spojrzałem we wsteczne lusterko. Poczułem uderzenie.

Ciałem wstrząsnął dreszcz. Otworzyłem oczy i przewróciłem się na drugi bok. W oknie zobaczyłem zwiastujące świt ognisto-purpurowe obłoki na tle granatowego nieba. Chyba będzie pogoda, pomyślałem.

Zaczął padać deszcz, a w oczy uderzył mnie ostatni, czerwony promień słońca. Diabeł we wstecznym lusterku trzymał się jakieś pięć metrów za mną. Białe linie oddzielające dwa pasy autostrady ustawiły się nagle w poprzek i łącząc barierki, rozjarzyły się krwawą czerwienią zachodzącego słońca. Samochód zaczął podskakiwać, najeżdżając na kolejne poprzeczne przeszkody. Spojrzałem w lusterko, tir był tuż za mną. Poczułem następne uderzenie w tył. Skierowałem wzrok przed siebie, prowadząca wprost na wysokie wzgórze autostrada wyglądała jak płonąca drabina. Wspinałem się po niej, uciekając przed goniącym mnie wysłannikiem piekieł. Płonące szczeble parzyły w dłonie, nie mogłem się nawet na chwilę zatrzymać. Gdzieś wysoko siedział anioł, który zdawał się na mnie czekać. Wiedziałem, że gdy do niego dotrę, będę bezpieczny. Zaczynało mi brakować sił, a chrapliwy oddech goniącego zbliżał się nieubłaganie. Do anioła pozostało mi niewiele, gdy poczułem, że ktoś złapał mnie za kostkę. Anioł wstał i rozpostarł skrzydła, dłonie pulsujące koszmarnym bólem poparzeń trzymały szczebel resztką sił. Spojrzałem za siebie i zobaczyłem nadjeżdżającą ciężarówkę z wymalowanym na masce szkaradnym, czerwonym pyskiem diabła. Anioł majestatycznie szybował w dół, zacząłem krzyczeć ze strachu.

Z gardła wydobył mi się nieokreślony jęk. Podniosłem głowę z poduszki i otarłem ślinę cieknącą z kącika ust. Spojrzałem w okno i przez długą chwilę podziwiałem przepiękny wschód słońca.

 

Po śniadaniu poszedłem sprawdzić, co z moim samochodem. Mechanik wprawdzie powiedział, że zajmie się nim koło południa, ale pomyślałem, że zobaczę, jak się sprawy mają, a przy okazji wezmę jakieś ciuchy do joggingu i trochę poćwiczę. Niestety, warsztat zastałem zamknięty, a mój samochód stał tak, jak go wczoraj zostawiłem. Wielokrotne wciskanie dzwonka nie dawało efektu. Zerknąłem na zegarek – była prawie dziesiąta.

Rozejrzałem się i nie zobaczyłem w pobliżu żywej duszy, tylko w oddali, na ścieżce biegnącej wzdłuż jeziora, ktoś spacerował z psem. Ponieważ i tak nie miałem nic do roboty, ruszyłem w tamtą stronę. Przy brzegu napotkałem szeroką, wysypaną białym piaskiem alejkę. Liczne ławki i latarnie sugerowały, że w sezonie jest to uczęszczane miejsce. Usiadłem i delektowałem się pięknym widokiem. Spokój, cisza, oprócz mnie przechadzał się tędy jedynie dostrzeżony wcześniej właściciel czworonoga. Gdy zbliżył się do mnie, uchylił kapelusza i zagaił:

– Dzień dobry, rzadko tu widujemy gości. – Znak zapytania zawisł w powietrzu.

– Dzień dobry – odpowiedziałem. – Wczoraj wieczorem zepsuł mi się samochód. Odholowali go do tego warsztatu. – Wskazałem ręką. – Właściciel obiecał, że dziś się nim zajmie.

– Dziś? – Staruszek spojrzał na mnie spode łba. – Panie, dziś sobota, to i warsztat nieczynny. Pan Władziu w weekendy jeździ do Zalesia, do matki.

– Jak to, sobota? – zapytałem zdziwiony. – Obiecał, że dzisiaj… – Zamilkłem przygwożdżony dziwnym spojrzeniem rozmówcy.

– A pan co? Może tira na autostradzie spotkał? I samochodzik do naprawy, co? – zachichotał. – Nie pan pierwszy, oj, nie pierwszy.

Włożył dwa palce do ust i gwizdnął tak, że każdy kibic mógł mu pozazdrościć. Pies, próbujący do tej pory wygrzebać coś w pobliskich krzakach, przybiegł do właściciela.

– Chodź, Skritek – pogłaskał zwierzaka. – Wracamy do domu. Zdrzemnąć się trzeba. Oj, będzie się działo tej nocy – mamrotał pod nosem, odchodząc w stronę wsi. – Będzie się działo.

 

Coś mi nie pasowało z tą sobotą. Po pierwsze, braciszek nigdy nie przyjeżdżał w piątek. Po drugie, mechanik obiecał, że zajmie się samochodem dziś koło południa. Skoro jest jednak sobota, to co ze sobą zrobić? Wracając już w stronę agro, w pewnej chwili zakręciło mi się w nosie od kurzu i szukając chusteczki, natrafiłem na komórkę. Telefon, cholera, jak mogłem o nim zapomnieć? Wczoraj wprawdzie nie było zasięgu, ale pewnie to gospodarze zagłuszali sygnał, żeby goście mieli poczucie odcięcia od świata. „Sieć niedostępna”, uderzył mnie komunikat zaraz po odblokowaniu ekranu, dodając po chwili wiadomość: „niski stan baterii”. No tak, ładowarka została w samochodzie.

 

Dotarłem do swojej kwatery i postanowiłem poprosić gospodynię o możliwość skorzystania z telefonu. W obejściu panowała kompletna cisza, nie było nawet słychać głosów hodowlanego ptactwa.

Zapukałem do drzwi, potem zadzwoniłem raz i drugi, wreszcie nacisnąłem klamkę i wszedłem do otwartego na salon i kuchnię przedpokoju.

– Halo, dzień dobry – rzuciłem w przestrzeń. – Jest tu ktoś?

– Mama poszła nakarmić diabła – dobiegł mnie dziecięcy głosik. – Pewnie prędko nie wróci.

Diabła? – pomyślałem. – Ciekawe imię dla zwierzęcia.

– A macie tutaj telefon? Taki stacjonarny? – dodałem.

– Mamy, jest w salonie. – Drobna, jasnowłosa dziewczynka pojawiła się na szczycie schodów wiodących na piętro. – Ale nie działa. W ogóle dzisiaj nic nie działa. Prądu nie ma w całej wsi. Mama mówiła, że w nocy piorun trafił w transformator.

Na pierwszy rzut oka dziewczynka nie wyglądała na więcej niż dwanaście lat, ale coś w jej głosie i w sposobie wysławiania się sugerowało, że jest znacznie starsza. Na chwilę zapadła cisza.

– A mama gdzie poszła?

– Nie wiem. – Wzruszyła ramionami. – Zawsze, jak coś się złego we wsi dzieje, to mama z innymi idzie do lasu. Mówi, że diabła trzeba nakarmić, bo inaczej szkody może narobić. I wraca późno w nocy. Kazała mi napalić w piecu, bo ma być chłodno.

Spojrzała na mnie taksującym wzrokiem.

– Może by mi pan pomógł? Węgla trzeba do pieca nasypać.

– Czemu nie? Gdzie macie ten piec?

– Kotłownia jest w piwnicy. – Zeszła po schodach, schyliła się do podłogi w kącie przedpokoju i podniosła niewidoczną dla mnie do tej pory klapę, odsłaniając zejście. Na dół nie wiodły jednak schody, lecz staroświecka, drewniana drabina. Na pierwszy rzut oka wyglądała, jakby przed chwilą została wyjęta z pogorzeliska – czarna, matowa i nierówna. Schodząc oczekiwałem, że ubrudzę dłonie sadzą, ale nie, drabina była wprawdzie chropowata w dotyku, ale jej kolor nie był efektem działania ognia. Stanąłem na posadzce i rozejrzałem się. W pomieszczeniu znajdowały się dwa duże piece. Przez lekko uchylone drzwiczki w dole palenisk widziałem żółte odblaski płomieni. Słychać było syk pary i pojękiwania rozgrzanych rur.

– Te służą do ogrzewania szklarni – stwierdziła dziewczynka. – Ogrzewanie domów jest tam.

– No to chodźmy.

Ruszyła pierwsza, a ja uświadomiłem sobie, że nie znam jej imienia.

– Mam na imię Jakub. A ty?

Przystanęła i odwróciła się do mnie.

– Lilia – powiedziała, wyciągając rękę. – Ale wszyscy mówią do mnie Lily – dodała, dziwnie akcentując ostatnią głoskę.

Uścisnąłem jej drobną, zadziwiająco silną dłoń. Po chwili doszliśmy do metalowych, zaokrąglonych drzwi, przypominających wrota w bunkrach. Pociągnęła wajchę i drzwi ze zgrzytem otwarły się w naszą stronę. Lily puściła mnie przodem. Przekroczyłem wysoki próg i spojrzałem na dziwnie sklepione pomieszczenie, oświetlone jedynie smugą światła wpadającego z korytarza. Po chwili zgasło, wraz z hukiem zamykanych stalowych drzwi. Zapadła ciemność.

– To nie jest śmieszne, Lily – zareagowałem filmowym tekstem.

Walnąłem jeszcze pięścią w drzwi, aby dopełnić rytuału, a potem oparłem się o nie, rozmyślając, co dalej.

 

Ciemność. Przed oczami miałem powidok pomieszczenia lekko rozjaśnionego smugą światła z korytarza. Po prawej stronie stał piec, z którego szczytu wychodziło kilka rur. Worki z opałem leżały nieco z tyłu w zgrabnym stosiku. Po lewej, przy ścianie, były półki z przetworami, a trochę dalej stół zawalony różnymi rupieciami. Przy przeciwległej ścianie jakaś kupa piachu. Na wprost znajdowały się lekko przymknięte drzwi. Najdziwniejszy w tym obrazie był jednak strop. Opadający w obie strony od szczytu do ścian, zupełnie nie pasował do piwnicy.

No, dobra, czas się rozejrzeć – pomyślałem i sięgnąłem do kieszeni po komórkę. Odblokowałem ekran, telefon zajaśniał błękitną tapetą, by po krótkiej chwili wydać przeciągły dźwięk i zgasnąć. Szlag by to.

Włożyłem telefon z powrotem do kieszeni i z wolna zacząłem się przesuwać w stronę przeciwnego końca pomieszczenia. Drzwi stwarzały nadzieję na odnalezienie… no nie wiem, drugiego pomieszczenia z jakimś oknem przynajmniej, a może i wyjściem? Macałem grunt nogą i machając wkoło rękami, przemieszczałem się krok po kroku, aż wyrżnąłem w coś głową.

Wymacałem belkę biegnącą w poprzek pomieszczenia. W moim powidoku jej nie było – co się tu, do cholery, wyprawia? Czemu ta przeklęta dziewczyna mnie zamknęła? Nie potrafiłem wymyślić żadnego uzasadnienia. Chyba że to miał być dowcip, ale czas mijał, a radosnego „Ej, to tylko żart” wciąż nie mogłem się doczekać. Stałem oparty o drewnianą belkę, w kompletnym mroku, w pomieszczeniu, które miało być kotłownią, a okazało się nie wiadomo czy bardziej strychem, czy stodołą. Zacząłem przypominać sobie amerykańskie horrory. Nie obejrzałem ich wiele, ale zwykle kręciły się wokół psychopatycznych morderców. Mała Lily świetnie się nadawała na bohaterkę. Nikt by przecież takiej przemiłej dziewczynki nie podejrzewał o mordercze instynkty.

Wydało mi się, że słyszę jakiś szelest. Po chwili zaś szum – jakby wiatru albo skrzydeł. Delikatne skrzypienie. Trzask. Lekki metaliczny brzęk. Zacząłem też wyczuwać zapachy. Wędzonka? Nie, po prostu dym. Jakiś ostry zapach, techniczny. Ozon?

Lily, mała okrutna morderczyni, pewnie jak już dokonam żywota, przyjdzie i wytnie mi serce. A potem usmaży sobie na obiad. W filmie miałaby pewnie na imię Lilith. Czyż nie tak właśnie się przedstawiła? No, dobra, to nie jest film ani nawet Ameryka – trzeba znaleźć wyjście, a potem racjonalne wytłumaczenie tej sytuacji.

Postanowiłem zmienić strategię. Uklęknąłem na podłodze i zacząłem macać teren wokół siebie, powoli przesuwając się w stronę, gdzie miałem nadzieję znaleźć drzwi. Chociaż już wcale nie byłem pewien kierunków. Nic. Pod dłońmi wyczuwałem tylko paprochy, zwykły brud na betonowej posadzce, aż wreszcie natrafiłem na zaokrągloną, drewnianą krawędź. Po chwili macania stwierdziłem, że jest to spory otwór w podłodze, z którego wystawała drabina. Nachyliłem się i zawołałem.

– Halo! Jest tam ktoś?

Odczekałem chwilę i ponowiłem wołanie.

– Halo, halo! Słyszy mnie ktoś?

Drabina była stroma, a ja nie miałem pojęcia, jak tam jest głęboko i trochę się bałem. Ale nie będę tu przecież tkwił, gdy mam możliwość wydostania się z pułapki. Położyłem się na brzuchu, opuszczając nogi w czeluść. Uff, udało się wymacać szczebel. Powoli schodziłem coraz niżej, za wszelką cenę starając się nie stracić równowagi. Byłem już tak nisko, że musiałem oderwać ręce od krawędzi otworu i chwycić boki drabiny.

Nie udało się. Dziwne, ale spadając, nie czułem strachu, nie przewinęło mi się przed oczami całe życie, nie składałem Bogu żadnych obietnic, byłem jedynie ciekaw, jak długo będę spadał. Niedługo. Po prostu klapnąłem na tyłek, na podłogę, do której zostało mi nie więcej niż pół metra. Nadal nie wiedziałem, gdzie jestem, ale odczuwałem jakąś ulgę i rodzaj szczęśliwości. Żyłem. Siedząc na posadzce i kontemplując tę radość, dostrzegłem cienki pasek nieciemności. Inaczej nie potrafiłem nazwać czegoś, co było jaśniejszą ciemnością. Przesunąłem się ostrożnie w tamtym kierunku i stwierdziłem, że nieciemność przesącza się przez wąską szczelinę w ścianie, trochę powyżej podłoża. Wstałem i z niemałym zdziwieniem znalazłem klamkę. Powoli ją nacisnąłem i otwarłem drzwi.

Poczułem lekki powiew wiatru, na zewnątrz panowała noc. Taka bez księżyca, bez gwiazd i bez miejskich świateł. Jednak widziałem zarysy domów, płotów i drzew. Znajdowałem się w wejściu do mojej agroturystycznej chałupy. Zdziwiło mnie, że jest noc. Zupełnie nie odniosłem wrażenia, aby minęło aż tyle czasu, odkąd Lily zamknęła mnie w piwnicy. No właśnie, w piwnicy. Jak to możliwe, że znalazłem się tutaj, schodząc z góry po drabinie? W pierwszym odruchu chciałem iść do gospodarzy i to wyjaśnić, ale pomyślałem sobie, że jeśli jest jakieś racjonalne wytłumaczenie, wyjdę tylko na głupka. Wróciłem do swojego pokoju i położyłem się do łóżka.

Ze snu wyrwał mnie warkot silnika i przesuwające się po ścianie smugi świateł i cieni. Duża maszyna przejechała obok, wywołując drgania całej chaty, i zaparkowała gdzieś po drugiej stronie. Potem usłyszałem przytłumione głosy rozmawiających ludzi i trzask zamykanych drzwi.

Chyba wrócili rodzice Lily, pomyślałem. To mogło znaczyć, że prąd już jest. Sięgnąłem po omacku do lampki, pstryknąłem kilka razy włącznikiem. Bez efektu. Głosy na zewnątrz ucichły, prądu nadal nie było, ale za to coś zaczęło się dziać w korytarzu.

 

Najpierw usłyszałem metaliczny chrobot łańcucha, później przeciągły jęk i wycie, jakby stado wilków przebiegło pod moimi drzwiami, gonione przez chmarę przeraźliwie piszczących nietoperzy. Po chwili spokoju usłyszałem tupot podkutych buciorów i skrzypienie drewna, potem trzepot dużych skrzydeł i odgłosy szamotaniny. Zapadła cisza, w której wyraźnie dało się słyszeć trzaskanie szczap płonących w kominku. Znowu pomyślałem, że to wszystko to są atrakcje fundowane gościom. „Jak agro, to agro” – przypomniałem sobie dewizę gospodyni. Myśl ta dodała mi odwagi, abym wyjrzał za drzwi.

Drabina wiodąca na strych stała w płomieniach. I wcale nie prowadziła na strych, raczej można by przypuszczać, że do nieba, bo jej końca nie było widać. Oczekiwałem buchającego z jej strony gorąca, ale oprócz dźwięku wesoło trzaskających szczap i blasku ognia nie było żadnych innych efektów. Gdzieś wysoko widziałem sylwetki białych ptaków, po drabinie wchodziły i schodziły jakieś postaci, usiłujące się nawzajem zrzucać. Spadających łapały krążące wokół ptaki… nie, nie ptaki – to były anioły! Jeden ze schodzących był bardzo agresywny, za wszelką cenę chciał jak najszybciej znaleźć się na dole. Człowiek ten z zawziętością kopał każdego napotkanego na drabinie. Dookoła fruwał biało-błękitny anioł, który usiłował go z tej drabiny zrzucić. W pewnej chwili prawie mu się to udało. Uciekający zachwiał się i puścił szczebel, osunął się o kilka następnych, aż w końcu się zatrzymał. Spojrzał w dół i zawahał się przez chwilę, gdy mnie zobaczył. Miałem wrażenie, że rozważa, kto jest dla niego większym zagrożeniem: ja czy anioł. Gdy tak patrzyliśmy na siebie, zrozumiałem, że go znam, ale nie mogłem uwierzyć, w to co widzę.

– To twoja wina – rzucił mi w twarz. – Wszystko przez jedno pierdolone przekleństwo.

– Zostawiłeś tatę samego? – Nie mogłem w to uwierzyć.

– I co z tego? Może powiesz, że się będę w piekle przez smażył, co? – Wybuchnął dzikim, nieludzkim śmiechem i rzucił się do drzwi wyjściowych. Wybiegł na podwórko, a za nim przez korytarz z piekielnym wyciem przeleciała ognista zjawa.

Wybiegłem na zewnątrz, na niebie pojawiły się gwiazdy, w ich blasku widziałem uciekającego brata i goniącą go zjawę. Dreszcz przerażenia mieszał się z obawą o zdrowie taty. Usłyszałem ryk silnika i zza stodoły powoli zaczęła wyłaniać się ciężarówka. Brat stanął zdezorientowany. Postanowił zawrócić i teraz uciekał przed powoli rozpędzającym się tirem, tym samym, który gonił mnie w moim śnie. Kierowca zatrąbił. Z kominów po bokach kabiny wydobył się czarny dym. Po okolicy rozniósł się smród siarki. Odległość między samochodem i człowiekiem szybko malała. Gdy diabelska maska była tuż za plecami Zibiego, czerwona paszcza się rozwarła i złapała uciekającego.

– Tatusiuuuuu! – rozpaczliwy krzyk zjeżył mi włosy na głowie.

Paszcza kłapnęła raz jeszcze i połknęła brata, tłumiąc jego wrzask.

 

Diabelski śmiech przetoczył się przez okolicę wraz z rozpędzoną ciężarówką. Pozostała cisza, ciemność, zapach siarki i ja, stojący przed chałupą gospodarstwa agroturystycznego. W oknie zapaliło się światło, ktoś odchylił firankę, wyglądając na zewnątrz. W kieszeni zaczął mi wibrować telefon, wyciągnąłem go i odblokowałem. Na ekranie zobaczyłem słowa:

 

Połączenie przychodzące – Ojciec.

Koniec

Komentarze

fizyku, brakuje w przedmowie podanego hasła. Chyba, że jest takie jak tytuł? 

*dopiero zaczynam czytać*

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Sy, hasło jest rzeczywiście tożsame z tytułem, już nadrabiam niedopatrzenie. 

(A chciałem pomyśleć nad innym tytułem. sad)

To zmień, CM też tak zrobił. :-)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Trochę za bardzo onirycznie, jak dla mnie. Sen przeplata się z rzeczywistością, czas szaleje, a ja nie wiem, co jest grane. Lubię zależności przyczynowo-skutkowe, a tu ich mało. Fajna wizja diabelskiego tira pod koniec.

Wydaje mi się, że drabina pełni rolę tylko dekoracyjną, ale niech się tym Jurki martwią.

Wracając już w stronę agro, w pewnej chwili zakręciło mi się w nosie od kurzu

W takich zdaniach nie wolno zmieniać podmiotu, bo bzdury wychodzą.

Babska logika rządzi!

Widzę, że wrzuciłeś opowiadanie do poczekalni, więc pokuszę się o czysto subiektywny komentarz dotyczący moich wrażeń – uwag odnośnie wykonania już nie będzie, bo już nic moje amatorskie oko nie wyłapie :) 

Więc co do samego pomysłu i fabuły:

Z początku myślałem, że to jest jeden z tekstów, które nie są dla mnie – przygody kierowców to nie mój konik – ale szybko zmieniłem zdanie. Przy wątku z wizytą u ojca zacząłem zastanawiać się, dokąd tekst zmierza, szczególnie, że zaraz potem wylądowaliśmy na jakiejś wsi, w gospodarstwie agroturystycznym. Trochę mnie to zbiło z tropu, przyznam szczerze, że nie miałem pojęcia, jak ta historia się potoczy i o czym opowiada. Po dalszej lekturze już wiedziałem, że przygotowywałeś grunt pod mocne weirdowe uderzenie. Czemu mocne? O tym za chwilę. 

Pierwszy przyszedł sen, to moment przełamania – tutaj kończy się realizm, a zaczyna weird. Tutaj tak naprawdę udaje ci się wywołać szczere zainteresowanie czytelnika, a przynajmniej mojej skromnej osoby. Dlatego tak obstawałem za tym, byś go pozostawił. :) 

Potem jest już tylko lepiej, zamieszanie w czasie i przestrzeni wyszło genialnie. Rozpoczyna się od niepewności co do dnia tygodnia, by przejść w przemieszanie dnia z nocą, góry z dołem, snu z jawą. To klasyczny element weirdu, wcale nie łatwy do opisania tak, by nie wyszedł sztucznie – powtórzę się, ale wykonałeś to zadanie wzorowo. 

Lilith, aniołowie, drabina do nieba – to popularne elementy fantasy, ale nie mogę nie polubić tego nawiązania do Jakubowej drabiny z Księgi Rodzaju. Obraz ten zawsze do mnie mocno przemawiał i nie inaczej jest tym razem. 

Pomysł z diabelską ciężarówką trąci nieco kiczowatym horrorem, ale kurde, w tym jego urok! 

Wszystkie te elementy udało ci się sprawnie połączyć, nawet wstęp z zakończeniem, wątek obyczajowy z weirdem – wszystkie prowadzą do, może nieco zbyt bezpośredniego jak na weirda, finału… choć czy on jest taki oczywisty? Domyślać się można, czemu Zibi został przeklęty, ale czy to rzeczywiście była wina brata, czy jego samego, czy obydwu? To pozostawiłeś czytelnikowi. 

Nie wiem, czy zgłoszenie do biblioteki w przypadku betujacego nie będzie pewnym faux pas – w innym wypadku miałbyś mój głos. :) 

Gekikaro, czy betujący zgłasza do Biblioteki, zależy tylko od niego. Nikt się nie będzie czepiał, jeśli to zrobisz.

Babska logika rządzi!

Ciekawe opowiadanie, czytało się naprawdę przyjemnie. Poziom absurdu w pełni mi podpasował. Mogę powiedzieć, ze bym odpowiednio wyważony, przez co realizm i fikcja nie gryzły się ze sobą. 

 

Zastanawiam się tylko w jakim celu Lily zamknęła bohatera. I czemu, po wszystkim, nie poszedł z nią porozmawiać? 

Finklo, nie mogę się zgodzić z twierdzeniem, że drabina pełni rolę dekoracyjną – można ewentualnie czepiać się jej koloru, ale drabina jest osią tego opowiadania. 

Dziękuję za komentarz. Szkoda że nie przypasowało. sad

Gekikara, aż się zarumieniłem, na widok aż tylu pochwał. Zupełnie nie rozumiem, jak w ogóle mogłem na serio rozważać pomysł wycięcia snu – cała konstrukcja by się wtedy zawaliła. Dzięki za klika, no i raz jeszcze za całokształt pomocy. heart

Texicu, dziekuję za komentarz, cieszę się, że się podobało. Gdybym wyjaśnił, dlaczego Lily zamknęła Jakuba, to chyba by już nie było wired. Ma być przecież tajemniczo. Dobra, wyjaśnię to w ostatnim odcinku siódmego sezonu. wink

Przede wszystkim na plus zakończenie i diabelski tir. Poza tym jest trochę absurdalnie, trochę onirycznie… Czyli cos dla mnie ;) Podoba mi się też oderwanie od ograniczeń czasu i przestrzeni. Przyjemnie się czytało.

Powodzenia w konkursie, a ode mnie biblioteczny kliczek :)

Dziękuję, Katiu, za miłe słowo i kliczka. Cieszę się, że czytałaś z przyjemnością.

Fizyk111, świetne opowiadanie! Masz bardzo przyjemny styl:-) Lubię ciemne piwnice, tam zawsze dzieje się coś ciekawego:-)

Początek ok, później zrobił się lekki chaos, ale jakoś się połapałam. ;)

 

tylko w oddali, na ścieżce biegnącej wzdłuż jeziora, ktoś spacerował z psem. Ponieważ i tak nie miałem nic do roboty, ruszyłem w stronę jeziora.powtórzenie

 

– Kotłownia jest w piwnicy. – Zeszła po schodach, schyliła się do podłogi w kącie przedpokoju i podniosła niewidoczną dla mnie do tej pory klapę, odsłaniając zejście do piwnicy.

 

Po chwili doszliśmy do metalowych drzwi, przypominających mi filmowe wrota w bunkrach. → spróbuj bez “mi”

 

Masz więcej powtórzeń w tym tekście, może warto się temu przyjrzeć? Moim zadaniem nadużywasz też form czasownika “być”. 

 

Pomysł fajny. Lektura sprawiła mi przyjemność, jednak takie małe wpadki nieco jej ujmują. 

To drugie twoje opowiadanie, które czytałam i każde podobało mi się z innego powodu. Na przykład, w tym zupełnie nie zauważyłam, kiedy przestałam czytać poszczególne słowa i zdania, a zaczęłam widzieć autostradę, ciężarówkę i gospodarstwo agroturystyczne – tak się wczułam! Z początku przypominało mi to trochę wczesne opowiadania Kinga, choć w którymś momencie (chyba od momentu zamknięcia bohatera w piwnicy) trochę zaczęły mi się plątać informacje. A zaczęły dominować odczucia: "co?", "ale dlaczego?", a potem "ale, że to już?" Niemniej lektura bardzo zajmująca :)

Ponadto, trochę zaczęłam się zastanawiać, czy rzucane cicho pod nosem przekleństwa w stronę sąsiadów wiecznie remontujących mieszkanie, nie powinny jednak pozostać tylko w mojej głowie.

Olciatka, dzięki za komentarz, bardzo mi miło.

Saro, no przykro mi, że jednak niedokładnie posprzątałem. A musze powiedzieć, że starałem się jak nigdy dotąd. Dzięki za pochwałę, i miło mi, że sprawiłam przyjemność. 

Kasjopejatales, bardzo miły ten twój komentarz. Że tak wciągnęło, że się wczułaś, no i to porównanie do Kinga – ho, ho. laugh

A przekleństw, to rzeczywiście nie warto rzucać – licho nie śpi.devil

Po prostu lubię jego stare opowiadania. A ta ciężarówka z początku skojarzyła mi się właśnie z jednym z nich: Ciężarówki (ze zbioru opowiadań Nocna zmiana); nie mylić z filmem, który o pomstę do nieba się prosił. I, mimo że wiem, że za kierownicą siedział człowiek (bo to napisałeś) to i tak miałam wrażenie klimatu tamtego opowiadania. No a jak bohaterowi przyśniła się ciężarówka, to już w ogóle ;)

Fajne opowiadanie. Szczególnie urzekła mnie pierwsza część. Od razu wpadamy do samochodu, jest akcja na drodze, kilka klasycznych wiązanek za kierownicą, a potem szybka retrospekcja, żeby dostać trochę więcej informacji przydatnych w późniejszej części tekstu.

Potem akcja trochę spowalnia i dalej jest dobrze, ale nie tak dobrze jak w pierwszej części, przynajmniej według mojej opinii :)

A na koniec fajnie puentujesz opowiadanie i jego tytuł.

Niemnie jednak przyjemna, sprawnie napisana lektura. Idę zgłosić do biblioteki.

Kasjopeatales – muszę znaleźć te opowiadania Kinga, koniecznie. smiley

Edwardzie, jak to miło, gdy kogoś urzeka moje opowiadanie (nawet, jeśli tylko pierwsza część). Podziękował za kliczka. laugh

Fizyku, tak jak wspominałam ci przy jakiejś tam okazji – mam ogromny problem z twoim opowiadaniem. Zaczyna się intrygująco, wrzucasz od razu czytelnika w wir wydarzeń, które co prawda zwalniają po chwili, ale pozostają w pamięci i zahaczają czytelnika na dłużej. Potem niestety zauważalny jest spadek jakości. Liczyłam na dobre weird, a dostałam w ostateczności coś między thrillerem, a angel fantasy – którego, całkiem subiektywnie stwierdzam – nie lubię.

Czytałam opowiadanie dwa razy, ale nadal nie rozumiem, dlaczego bohater został zamknięty w tej piwnicy, kim była Lily i przede wszystkim dlaczego Zibi został aniołem.

Tir z pyskiem diabła jest całkiem w porządku pomysłem i ma dość jednoznaczny sens, podobnie jak czarna drabina, choć w jej przypadku żałuję, że pojawiła się w opowiadaniu tak późno. 

Wykonanie również mogłoby być lepsze, ale na szczęście mowa jest o kilku elementach, które bez problemu możesz poprawić – widzę, że przedpiścy ci je wypisali :)

Ostatecznie pozostawiasz mnie z mieszanymi odczuciami, aczkolwiek bibliotekę jak najbardziej kliknę.

 

Tyle. Powodzenia w konkursie! ❤

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Sy, dzięki za komentarz. 

O gustach… wiadomo.

Wykonanie… mimo starań, ciągle jest co poprawiać.

Mało drabiny… no, wiem. Nie było z czego ciąć, żeby coś móc dodać.

Fajnie, że coś się jednak podobało. smiley

Ale… skarżysz się, że…

nadal nie rozumiem, dlaczego bohater został zamknięty w tej piwnicy, kim była Lily i przede wszystkim dlaczego Zibi został aniołem.

No, to pozwolę sobie przytoczyć kawałek Twojej definicji:

Weird cechuje się tym, że nie zdradza źródła dziwnych wydarzeń, a wszystko odbywa się w atmosferze niedopowiedzenia.

Gdybym wyjaśnił kim jest Lily i dlaczego zamknęła bohatera w piwnicy, to wtedy pozbył bym się owej tajemniczości i niedopowiedzenia, charakterystycznych dla wiredu.

 

Dzięki za kliczka. wink

 

Ja wiem, ale mimo wszystko angel fantasy nie będzie weirdem, no ni ma jak :C

 

Gdybym wyjaśnił kim jest Lily i dlaczego zamknęła bohatera w piwnicy, to wtedy pozbył bym się owej tajemniczości i niedopowiedzenia, charakterystycznych dla wiredu.

To chociaż zdradź, dlaczego Zibi umar i zamienił się w anioła, skoro grzecznie sobie siedział przy ojcu, gdzieś tam daleko od głównego bohatera.

 

Dzięki za kliczka.

A nie ma sprawy :3

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Sy, naprawdę nie wiem, jak w poniższym fragmencie wypatrzyłaś przemianę w anioła? devil

 

Gdy diabelska maska była tuż za plecami Zibiego, czerwona paszcza się rozwarła i złapała uciekającego.

– Tatusiuuuuu! – rozpaczliwy krzyk zjeżył mi włosy na głowie.

Paszcza kłapnęła raz jeszcze i połknęła brata, tłumiąc jego wrzask.

Sy, naprawdę nie wiem, jak w poniższym fragmencie wypatrzyłaś przemianę w anioła? devil

Coś mję się uzbdurało w takim razie, że Zibi na tej drabinie był :C

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Bo był, ale przed aniołem to on uciekał. angel

Dwa duże zamówienia załatały dziury w moim budżecie i reszcie mogłem kupić ojcu porządny telewizor, o którym ostatnio coraz częściej wspominał.

“Wreszcie” – literówka.

 

Fajnie się to czytało, dobrze napisany tekst z ciekawą historią. Czy to jest weird – nie wiem, ale na pewno o niego zahacza.

Trochę brakuje mi rozwinięcia motywu leśnego diabła, do którego chodzili dorośli, i Lilith, która zamknęła głównego bohatera w piwnicy, a także soboty, która ponoć nie powinna być sobotą. Tak naprawdę nie wiadomo, co te wątki miały do reszty.

Zostaw ten żyrandol.

Dzięki, Verus, za komentarz. Też nie wiem czy to wired, coraz bardziej wygląda na to, że jednak nie. Ale jak nie spróbujesz, to nie skusisz – jak mawia stare chińskie przysłowie. wink

Wszyscy, niestety skarżą się na tą Lily, że nie wiadomo o co jej chodzi. Ty dodatkowo wyciągasz jeszcze diabła. To taka tajemnicza wioska jest. Wspominałem już wcześniej, że wszystko wyjaśni się w ostatnim odcinku siódmego sezonu. cheeky

Zaczyna się od mistrza kierownicy i jego szesnastotonowej Carrie (nie znoszę jednego odcinka a4, przez narwanych kierowców aut wszelkiego tonażu), przeskok, wracamy, wsi spokojna, wsi wesoła, wsi złowieszcza… wiadomo, będzie się coś działo. I czekam co się powydarza, a tu hyc, skręt w konwencję oniryczno-mistyczną.

I ten oniryzm najmniej mi przypadł do gustu, bo nie wiem, czy był tak naprawdę potrzebny. Wszak jest plugawe dziecię, potrzask w piwnicy, dziura w podłodze, był sen/koszmar o drodze zmieniającej się w drabinę Jakubową, tajemnicze wzmianki o karmieniu diabła – dużo elementów, które zdecydowałeś się rozegrać w sumie, jak mi się wydaje, w takim mixie a la Lynch spotyka horror. Pamiętam taką świetną scenę z "Zaginionej autostrady" gdy typ odbiera telefon i rozmawia z samym sobą. Po tym to już konie mogłyby rzygać mózgiem, niesamowitość wprowadzona bardzo prostą sceną, paranormal jedynie zasugerowany, niepokój rośnie. I u ciebie też tak jest, do momentu dziury w podłodze. Po zatrzaśnięciu tych drzwi napięcie urosło, a potem fsiut, poooszlo w konwencję snu. Wizyjność i dosłowność, wydaje mi się, trochę tekst krzywdzą w drugiej połowie – za to w medium wizualnym to byłyby świetne kadry.

Spodobała mi się klamra. Spodobał mi się diabolus ex machina. Na wielkim propsie swojski krajobraz i świat przedstawiany. Dziadek z psem, Lilka, odcięcie od świata. Dygresje w narracji pierwszoosobowej trochę wybijały mnie z tempa.

 

Dziękuję za.przyjemną lekturę :-) 

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Śwyrybie (ta ksywa mi bardziej pasuje, więc pozwól, że tak będę się do Ciebie zwracał), bardzo mi miło, że wpadłeś i raczyłeś zostawić tych kilka miłych zdań. Za bibliotekę też dziękuję.smiley

Czytam, czytam i naczytać się nie mogę, a co trafię na Lyncha, to dreszcz jakiś dziwny mnie przechodzi. Ale coś jednak uwiera, coś nie daje spokoju i każe zapytać:

– A jakież to dygresje w narracji wybijały szanownego czytelnika z tempa? Czytelnik może jakimś przykładem rzuci, aby autor coś poprawić mógł i tekst nie wybijał z tempa jurków.

– Któryż to oniryzm nie przypadł do gustu? Bo czytelnik chwali przecież autostradową drabinę, a więcej snów autor do tekstu nie włożył.

Podziękował raz jeszcze. laugh

Dygresje: O ciuchach do joggingu. O nie pasowaniu mu soboty. O szukaniu chusteczki do kichania. O Lily-lilith. Każdą z nich dałoby się pewnie, w razie konieczności, zamknąć w jednym, eleganckim zadaniu.

 

Oniryzm/mistycyzm: od momentu zejścia drugą drabiną wszystko wygląda jak sen, wizja, w dodatku nacechowana odniesieniami religijnymi. Płonąca drabina i anioły to już szczególnie. Rozumiem, że taki miałeś pomysł, mi po prostu mniej on pasuje. Doceniam plastyczność koncepcji, ale jakoś tak… Odjechane za gwałtownie. Przez to końcowy diabeł (czy dowolna inna nazwa czegoś potwornego) już nie robi tak piorunującego efektu, pojawienie się brata praktycznie znikąd nie wprowadza wtf do głowy.

 

 

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

pojawienie się brata praktycznie znikąd nie wprowadza wtf do głowy.

O, że się wtrącę, ja o tym bracie też. Skąd on się tam wziął, do kroćset. 

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Dzięki Świrybie - jurków tu jeszcze nie było, to może jutro uda się coś przyciąć (jogging, sobotę, kichanie). Z bratem pewnie nic już się nie uda, ale dzięki Sy za wzmacniacza.

Cieszę się Fizyku, że jużeś w biblio:), moje zdanie znasz, więc powielać nie będę. :-)

Powtórzę tylko jedno: fajny, realistyczny weird, budujący niepokój nie na rozłażących się i tajemniczością pachnących, przydługawych zdaniach ale na konkrecie. Dużo trudniej jest zbudować nastrój w ten sposób, za to więcej warty IMHO. 

Przesłanie w tle mi się spodobało, ale jak widzę, łapie je co któraś osoba. wink Straszliwie ciekawi mnie, dlaczego tak się dzieje? Dlaczego czytelnikom zniknęło, co jest że nie ujawnia się pełną parą? Czy powodem jest czytelnicza szybkość czytania, długość sceny drogi. A może trzeba było na końcu infodump wstawić, ale przecież nawet tytuł zmieniłeś, więc nie ma tu nic do rozumieniach – podane wprost. 

 

No właśnie, syPsychofishu wink, wtf i do kroćset - skąd ten brat się tam wziął. wink

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Dla mnie akurat pojawienie się brata, po doczytaniu do końca – no jest uzasadnione, klamra musi być i już! ;-) Pomijam na razie, dla ułatwienia interpretacji, aspekt klątwy tirowca, któraż mogła się właśnie na protagoniście zrealizować, któregoż to klątwa na bracie się realizuje, pamiętniki znalezione w Saragossie, fraktale i inne takie ;-) Pomijam, a cieszę się, że się pojawił, motyw obyczajowy, rodzinny, życiowy taki.

 

Oczywiście na wprowadzenie brata jest pierdylion sposobów. Fizyk, jako autor, wybrał taki, a nie inny. Mi, jako czytelnikowi, w tekście pisanym, pasuje on mniej, zdaje się być za jednoznaczny w odniesieniu – Jakub, drabina i jasne, wspina sie i spada, o znaczeniach i interpretacjach można sobie poczytac, dopasować.

 

 

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Ha, no to dobrze, bo jużem myślała, że zupełnie nie zrozumiałeś, choć jak widzę dalej nie do końca, stąd już chyba podejrzewam, co należałoby podkręcić, aby ujednoznacznić odbiór. :-) Nie chcę  jeszcze spojlerować. Za wcześnie. 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Dzięki Asylum za komentarz i przybycie z odsieczą. 

Och, ten brat, ten brat. Nie wiem, może powinienem inaczej przedstawić Lily?

Na przykład tak?

 

 

Ale Śwyryb też trochę ma rację. Jakoś grunt pod braciszka mogłem chyba lepiej przygotować.

No i będę czytał to zdanie milon razy: surprise

aspekt klątwy tirowca, któraż mogła się właśnie na protagoniście zrealizować, któregoż to klątwa na bracie się realizuje, pamiętniki znalezione w Saragossie, fraktale i inne takie ;-)

Historia od razu zaciekawia i do samego końca trzyma w napięciu. Moim zdaniem, weird był. Zakończenie niespodziewane, przewidywałam, że bohater stanie się pożywieniem dla diabła. Fajnie rozegrałeś konkursowe hasło, drabina do piwnicy, a jednocześnie – drabina bytów. W tle poważne problemy obyczajowe, końcowa scena wydaje się symbolicznym poszukiwaniem sprawiedliwości. Zwróciłam też uwagę na plastyczne opisy. Sama tematyka przeklętej osady nie jest nowa, ale ratuje ją wątek obyczajowy i właśnie te opisy.

ANDO, nie mam słów, dzięki.

Fajne, podobało mi się :)

Przynoszę radość :)

Och, jak się cieszę. Dziękuję. Przyniosłaś radość.

Czyli: uważaj, czego życzysz innym, bo może się spełnić ;)

Pogubiłam się, wiem, co się działo, ale nie wiem, ile z tego było realne, a ile jedynie snem. I to mnie nieco irytuje. Nie jestem nawet do końca pewna, czy bohater utkwił w tym koszmarze, czy też wrócił do rzeczywistości. I to też mnie irytuje.

Z plusów, masz tu całe mnóstwo literackich wątków: Lilith, drabina jakubowa, anioły, a do tego czarownica, czy raczej szeptucha, która idzie karmić diabły i oczywiście nieśmiertelna ciężarówka. Totalny misz – masz, ale jakoś Ci się to tak zgrabnie udało połączyć, że świetnie do siebie pasuje. W ogóle podoba mi się pomysł, może jest jakoś specjalnie nowatorski, ale fajnie i odjechanie rozegrany.

Czytało się dobrze. Zadowolona po lekturze jestem, ale byłabym bardziej, gdybym, cholera, wiedziała, co tam się właściwie zdarzyło. Bo ja tak trochę przyziemna jestem i lubię wiedzieć, na czym stoję ;)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Irko, dzięki za komentarz i wszystkie miłe słowa. Co do Twoich wątpliwości to:

Czyli: uważaj, czego życzysz innym, bo może się spełnić ;)

Tutaj, jest to na trochę głębszym poziomie niż zwykłe życzenie. To jest rzucona klątwa, która odbija się echem w zaświatach. A zaświaty te całkiem realne są i maja swoje sposoby oddziaływania na naszą rzeczywistość. devil

Pogubiłam się, wiem, co się działo, ale nie wiem, ile z tego było realne, a ile jedynie snem.

Tak, że wszystko co się zdarzyło bohaterowi było realne. Sen zaznaczyłem kursywą.

Aż mnie korci, aby napisać następny odcinek. wink

Fizyk111, napisz :-)

Wciągające opowiadanie i wywołujące emocje, zwłaszcza na początku. Razem z bohaterem przeżywałam jego frustracje. Na drodze, bo te tiry rzeczywiście wkurzają i braciszek też wkurzający. Miejscami niektóre sceny wydawały mi się nienaturalne, np. reakcja bohatera na zamknięcie go w piwnicy – od razu jakby uznał, że długo nie wyjdzie i to zaakceptował? Nie krzyczał czegoś w stylu “wypuść mnie, mała gówniaro”? Poza tym klimacik był.

Sonato, dzięki za komentarz, cieszę się, że wywołało emocje. Ten mój bohater, to taki analityczny umysł jak ja – jak go zamknęła, to przecież nie po to, żeby zaraz wypuścić. A pierwsza reakcja przecież była, potem już chłodna kalkulacja.

Żąglerko, fajna ilustracja, ciekawe czy do każdego tekstu tak dobierasz.

Tekst jest fajny, udany, miesza kilka konwencji – od lekkich elementów weirda po przede wszystkim bardzo klasyczny horror o upiornym miasteczku – i dobrze się go czyta. Mnie też się wydało, że napięcie trochę siadło pod koniec, jak chodzi o fabułę, ale generalnie tekst na plus. 

Bardzo dziękuję, ninedin, za miłe słowo. Cieszy mnie, że zauważyłaś lekkie elementy weirda.

Nie załapałam zbytnio całej tej symboliki, więc znaczenie drugiej połowy opowiadania jakby mnie trochę ominęło. Pierwsza jednak podobała mi się, a ogólnie całość dobrze się czytało. Konflikt braci – czuję ten ból… Przypadła mi do gustu lekkość tekstu i trzeźwe myślenie bohatera, miło w końcu poczytać o kimś, kto w dziwnych sytuacjach zachowuje się rozsądnie ;)

Silva, bardzo dziękuję za komentarz. Symboliką nie powinnaś się zbytnio przejmować, bo nawet jeśli są tu nawiązania (a nawet inspiracja) do drabiny Jakubowej, to potraktowane nadzwyczaj swobodnie. To co najważniejsze, to wyłapałaś. Relacje międzyludzkie i ich konsekwencje. A dekoracja służy podkreśleniu i jest tylko dekoracją.

Motywy biblijne użyte w konteście weirda i opowieści z lekkim dreszczykiem bardzo mi się spodobały. Czytało się niezwykle przyjemnie.

Dziękuję oidrin za przeczytanie, cieszę się, że się podobało. smiley

Uczciwie przyznaję, że pierwsze akapity skłoniły mnie – dyżurnego bluzgacza i przekleństwomiota – do skrzywienia pyszczka; było tego bardzo dużo. Chociaż może i nie bezzasadnie, a ja po prostu nie potrafię należycie imaginować sobie ogromu wkurwienia tak rozsierdzonego kierowcy, któremu drogę zajeżdża jeszcze TIR (ech, trzeba kiedyś zrobić to prawo jazdy…). Ale do rzeczy:

Napisałeś naprawdę rewelacyjnie skrojone opowiadanie, w którym motyw konkursowy stał się punktem wyjścia do wykreowania kompletnego i spójnego, niepokojącego świata. Wydaje mi się, że (świadomie lub nie) odwołujesz się tu do klasycznych motywów amerykańskiego horroru, gdzie awaria samochodu na zadupiu staje się zaczątkiem upiornej opowieści pełnej tajemniczo mruczących ludzi, creepy dziewczynek i dziwnych widziadeł.

I wiesz co? Przeniesione na grunt polskiej agroturystyki, polskich dziewczynek, polskiego problemu z opieką nad niepełnosprawnym ojcem – wyszło Ci z tego bardzo solidne opowiadanie. Wymagana czarna drabina staje się w sposób naturalny ważnym i nieodzownym elementem tekstu, ale zarazem nie wymachujesz tą drabiną na prawo i lewo, by nas upewnić, że ona tu jest i tekst spełnia warunki konkursowe! Jak na dość krótki tekst, świetnie odmalowałeś nieodpowiedzialność brata (młodszego? Wypisz wymaluj młodszy) i frustrację człowieka, który wziął na barki ciężar odpowiedzialności, za którą nie spotyka go wdzięczność.

Tym, co mnie naprawdę zachwyciło, było niewymuszone, subtelne wplecenie do tekstu motywu biblijnego – drabiny Jakubowej; scena finałowa miałaby swój sens i uzasadnienie, nawet gdyby bohater nie miał na imię Jakub, ale że miał – i to jeszcze podane w dyskretnie zakamuflowanym zdrobnieniu – całość nabrała zupełnie innego wydźwięku.

W warstwie emocjonalnej dajesz podstawę do przemyślenia skutków nieopacznie wypowiedzianych słów, a Zibiego, mimo że był zwykłym skretyniałym szczylem chcącym dobrze (a może właśnie dlatego?) po prostu szkoda. A to sztuka, w opowiadaniu na ledwo 10, może 12 stron zawrzeć historię i bohatera takiego, żeby było go szkoda.

No, kurde, dobre to było. Gratuluję!

Aleś, Wiktor dosłodził, jeju – czytanie twojego komentarza, to jak miód wyjadany prosto z ula.

Razem z pszczołami, niestety (:circus_tent: ).

XDDDDD Zrobiłeś mi wieczór.

Mocno otwierasz. Podobno przekleństwa sprawiają, że łatwiej nam zrozumieć i wczuć się w sytuację. Bohater ma prawo być zły – trochę jak Ricky Gervais w After Life, więc wypada wiarygodnie. W dodatku okazuje się, że przekleństwa pełnią w tekście diabelną rolę. Dobrze wplatasz piekielne nawiązania (chłonące piekło, pal diabli). Tatusiowanie autentycznie wkurzające. Chodź wydaje się, że tekst pędzi (autostrada wymaga), to znajdują się przerywniki w postaci ładnych, statycznych obrazów – chociażby ten, w którym bohater po wybudzeniu się z snu podziwia wschód słońca.

 

Nie jestem fanką "niestetowania", ale w pierwszoosobowej narracji jest bardziej akceptowalna. Choć kreacja bohatera jest na tyle przekonująca, że nie pasuje mi takie pasywne "niestety" w jego wykonaniu/pomyśleniu.

 

Topos drabiny niby znany, wielokrotnie powracający, jednak udało Ci się podejść do tematu własną ścieżką (podoba mi się nieustanne "schodzenie", nie tylko w dół – piwnica, drabina, ale chociażby i schodzenie z "właściwej" drogi – zepsuty samochód; chcący dopatrzy się nawet i piekielnych kręgów Dantego), choć może aniołki wymagałyby jakiejś ewolucji – ale miało być biblijne, to jest.

Zakończenie z kategorii "zwis z klifu" jest okej, ale ucina podsumowanie/przemyślenia bohatera po całej przygodzie – może rozmowa z ojcem mogłaby pełnić rolę podsumowania, podsumować można przecież równie enigmatycznie i groźnie. Czegoś mi tutaj zabrakło.

Przepraszam, że tak późno, ale tym bardziej gorąco dziękuję za recenzję opowiadania.

Czytam te Twoje bardzo miłe słowa i nadziwić się nie mogę.surprise

No, nie – nie chcę marudzić, ale zerknąłem na punktacje konkursową (dostałem od Wiktor), i coś mi się nie zgrywa.

Podrzucisz może jakieś słówko wyjaśnienia. wink

Nowa Fantastyka