- Opowiadanie: fishandchips - Reynisfjara

Reynisfjara

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Biblioteka:

Agroeling, Finkla

Oceny

Reynisfjara

Nie mogła zasnąć. To nie wina podłoża. Była przyzwyczajona do twardej ziemi, w domu też spała wyłącznie na cienkim materacu. Szczerze mówiąc, już od dziecka wybierała niewygody. Nie hotele i luksusy, ale namiot i pola kempingowe. Nie nęciły ją podróże all inclusive czy kameralne wycieczki. Czerpała pełną radość życia dopiero wtedy, gdy znajdowała się sam na sam w centrum natury. Tym razem dochodził jeszcze jeden czynnik. Nie stać jej było na islandzkie hotele. Wybrała nocowanie na dziko.

Wyszła z namiotu, żeby jeszcze raz spojrzeć na Reynisfjarę. Morze buzowało, z ciemności wyłaniały się klify i jedynym widocznym elementem na tej plaży była żółta, odblaskowa deszczówka, którą udało się upolować w lumpeksie na tydzień przed wyjazdem. Chłonęła świeże powietrze i słuchała dźwięków oceanu. Kojących, ale i wzbudzających grozę. Musiała wyjechać kilka tysięcy kilometrów, żeby w końcu poczuć, że człowiek w obliczu natury jest niczym. Zaledwie prochem, który można z łatwością zdmuchnąć. Stała tak boso na czarnym piasku i rozmyślała, dlaczego od zawsze ciągnęło ją właśnie do tego miejsca. Jej znajomi wybierali Majorkę, Prowansję, słońce, drinki, wyspy kanaryjskie i destynacje, które pozwalały przysiąść na hamaku i opalać się.

Tymczasem ją pociągała zawsze Skandynawia ze swoim surowym klimatem. Wyobrażała sobie, jak to jest widzieć za oknem zorzę polarną i jak żyje się podczas długich nocy polarnych. Może w jej charakterze również było coś mrocznego, co pozwalało jej zaprzyjaźnić się z klimatem skandynawskim?

Od lat walczyła z depresją. W końcu przyszedł czas, w którym musiała się z nią pogodzić. Wiedziała, że nie uratuje własnej duszy przed grozą, jaką kreowała jej wyobraźnia. Wiedziała jedno, że ten wyjazd, na który odkładała równy rok, przyniesie jej ukojenie. Znacie to uczucie? Kiedy wcale nie racjonalizm ani zdrowy rozsądek, ale przeczucie każe wam coś zrobić?

Adela posłuchała się swojego wewnętrznego głosu. Spakowała plecak 35 litrów The North Face (pamiątka po byłym chłopaku) i udała się w podróż. Bez konkretnego celu. Jej dewiza brzmiała: byle dalej wzdłuż jedynej drogi krajowej. W przeciągu zaledwie kilku dni udało jej się dotrzeć stopem do tak zwanej Czarnej Plaży. Miejsca, które najlepiej oddaje jej mroczny, pełen tajemnic i smutku charakter.

Jedna z wyłaniających się z oceanu skał przypominała jej fallusa. To dość zabawne, że nawet z dala od wszystkiego i wszystkich znajomych wciąż miała skojarzenie z seksem. Nigdy nie narzekała na brak powodzenia i brak urozmaicenia życia seksualnego. Prowadziła raczej bujne życie towarzyskie i erotyczne, miała wielu kochanków i kochanek, ale w pewnym momencie i od tego musiała wziąć urlop. Zrobiła ostatnie zdjęcie z flashem, opustoszałej od turystów plaży i weszła z powrotem do namiotu. MSR Hubba, model, który odpowiadał jej samotnym podróżom. Zawinęła się w śpiwór i zasnęła z melodią w głowie – Holocene Bona Ivera. Przed oczami miała islandzkie krajobrazy z teledysku. Planowała dotrzeć do wszystkich z tych miejsc.

Rano obudził ją gwar turystów. Słowa wypowiadane w różnych językach, po angielsku, niemiecku, rozpoznała też włoski, hiszpański, w tle również któryś z języków azjatyckich. Dużo Azjatów spotkała podczas swojej kilkudniowej podróży. Wyszła na zewnątrz z palnikiem i kubeczkiem. Zagrzała w nim wodę na kawę – miała ze sobą kilka litrów wody ze strumyka. Piła ją powoli, delektując się widokami, z którymi musiała się rozstać. Turyści pozdrawiali ją, machali, kiwali głowami, a niektórzy starali się nie zwracać na nią uwagi, żeby nie zaburzyć porannego rytmu zaraz po przebudzeniu. Nabierała siły do dalszej podróży.

Dawka kofeiny zawsze była dla niej zbawienna. Wypiła kawę i zaczęła zwijać namiot, śpiwór i inne rzeczy, które poprzedniej nocy wyciągnęła z plecaka. Nie trwało to długo. Adela doszła do wprawy, jeśli chodzi o porządkowanie i sprzątnięcie swojego obozowiska. Zajmowało jej to zaledwie dziesięć, góra piętnaście minut. Przytroczyła swój ekwipunek do plecaka, odwróciła się raz jeszcze w stronę Reynisfjary i poszła wzdłuż drogi, którą sunęli, w przeciwnym kierunku, kolejni turyści żądni pięknych widoków.

W linii prostej, na mapie, Vik nie był daleko, ale droga prowadziła na okrętkę. Jakieś przeczucie podpowiadało jej, że gdzieś musi być skrót. Przeszła przez otwartą furtkę i zapukała do jednego z domów. Otworzyła starsza kobieta, która od razu zawołała męża. Adela powiedziała, że jest turystką i szuka najkrótszej drogi do Vik. Starsi Islandczycy wytłumaczyli, że na piechotę można dotrzeć przez przełęcz, która znajduje się obok tutejszego kościoła. Dodali, że sami na zakupy chodzą właśnie tą trasą.

Podziękowała za pomoc i ruszyła dalej. Po stu metrach ujrzała w końcu z bliska opisywany kościół i znalazła właściwą ścieżkę. Szła pod górę, czując ciężar swojego plecaka – mimo że wzięła tylko najpotrzebniejsze rzeczy, czuła jego wagę na ramionach. Co kilka metrów musiała zatrzymać się, wziąć kilka głębszych oddechów i chwilę odpocząć. Mogła sobie na to pozwolić, bo nic ani nikt jej nie poganiało. Odwracała się co kilka minut i patrzyła na krajobraz, na rozciągający się ocean. Na przełęczy mocno wiało, osłoniła się kapturem i próbowała dostrzec stamtąd Vik. Niestety mgła przesłaniała wszystko.

Szła więc dalej. Myślała o zakupach i złapaniu kolejnego stopa. Schodziła dłużej, niż się spodziewała. Miała wrażenie, że droga w dół jest czterokrotnie dłuższa i bardziej męcząca. W końcu ujrzała skrzyneczkę, a w niej księgę turystów. Pisana w różnych językach. Nie wszystkie notki rozumiała, ale udało jej się przetłumaczyć kilka wpisów – pogoda nam dopisuje, widoki są nieziemskie, A. i M., zakochałem się w Islandii, jest cudowna, K. Ale w trakcie zauważyła jeden niepokojący: Nie mogę się stąd wydostać, pomóżcie mi. Adelę przeszył dreszcz, ale starała się długo nad tym nie namyślać i sama dopisała swoje zdanie: tato, żałuję, że nigdy nie pokazałam ci tego miejsca.

Szła dalej. Mgła wciąż przysłaniała Vik. Widziała tylko dwa metry przed sobą i nic więcej. Pozornie, była to krótka trasa, ale czuła się tak zmęczona, jakby szła całą dobę. Marzyła tylko o tym, żeby rozbić namiot i pójść spać.

Gdy była już na dole, nie dowierzała. Szła cały czas przed siebie, nie miała nawet możliwości, żeby zboczyć w innym kierunku, a przed sobą… Ujrzała znowu kościół i drogę do Reynisjary. Co więcej, gdy ruszała, mogła być dziesiąta rano, tymczasem zastał ją wieczór. Była szarówka, spośród której wynurzały się tylko światła aut jadących do Czarnej Plaży. O tej porze nie warto podróżować, czuła się zmęczona, więc rozbiła namiot, w tym samym miejscu. Była zaniepokojona, a ocean nie ujawniał już swojego piękna. W tym momencie był wyłącznie groźny. Zupełnie jakby fale miały odebrać jej duszę. Zanim położyła się spać, łyknęła hydroksyzynę na uspokojenie, aby ten dzień mieć już za sobą.

Nazajutrz turyści przychodzili i odchodzili, robili zdjęcia. Nie odczuwali grozy tego miejsca. Tym razem nie wypiła kawy, szybko zwinęła obóz i poszła w stronę drogi. Kierowała się trasą wyznaczoną przed mapę, na około. Próbowała złapać stopa, ale nikt się nie zatrzymywał. Maszerowała dalej, wytrwale, sądząc, że dotrze do miejsca, w którym zrobi zakupy i skieruje się w nieznane rejony Islandii.

Droga nie miała końca. Mijały ją samochody, ale żaden nawet nie zwolnił. Na Islandii jeszcze ani razu jej się to nie zdarzyło. Wydawało jej się, że w końcu widzi Vik, a tymczasem jej oczom ukazał się znowu ten sam kościół. Dalej, wszystko, co znajome – wzburzony ocean, czarny piasek, ciemne klify. Było ciemno i tylko gdzieniegdzie spacerowali turyści.

Nie wiedziała, w którym miejscu rozbić namiot. Wszędzie czuła się obserwowana. Tej nocy nie mogła zmrużyć oka. Odnosiła wrażenie, że błąkające dusze próbują się z nią kontaktować. Chcąc zagłuszyć głosy w głowie, wzięła cztery tabletki i zasnęła.

Następnego dnia znowu obudzili ją turyści. Mogłaby nawet się nabrać, że wszystko jest w porządku. Mimo to czuła jedynie niepokój. Nie zostało jej wiele zapasów jedzenia ani wody, a w okolicach plaży nie było żadnego strumyka, z którego mogłaby pobrać wodę pitną. Musiała za wszelką cenę dostać się do jakiejkolwiek miejscowości i uzupełnić swoje zasoby.

Zaczęła zwijać obóz. Tym razem była na tyle roztargniona, że zajęło jej to dłużej niż zawsze. Jej system kompaktowego pakowania również uległ pogorszeniu i nie mogła zmieścić się ze swoim całym ekwipunkiem do plecaka. Po trzydziestu minutach w końcu ruszyła w drogę. Miała wrażenie, że to wszystko jej się tylko śni, albo znalazła się w samym środku dziwnego eksperymentu. Ale nie, wszystko było realne i namacalne. Po pewnym czasie ujrzała dom, do którego pukała już wcześniej. Postanowiła znów porozmawiać z jego mieszkańcami. Czekała na podwórku, aż ktoś otworzy jej drzwi. Ku radości znów ujrzała znajomą twarz starszej kobiety.

– Dzień dobry, pukałam już dwa dni temu, powiedzieli mi państwo, że…

– Niemożliwe, dwa dni temu nie było nas w domu – odpowiedziała Islandka.

– No to może trzy dni temu, straciłam rachubę, ale powiedzieli państwo, że… – kontynuowała.

– Nikomu nie otwieraliśmy, nikt do nas nie pukał od tygodnia. Nie znam pani, coś się stało?

– Podali państwo drogę na skróty przez przełęcz, poszłam nią, ale ona z powrotem skierowała mnie na Raynisfjarę.

– Proszę już iść – powiedziała szorstko kobieta.

– Proszę mi pomóc. Uraziłam panią?

– Do widzenia.

Drzwi zamknęły się przed nią. Adela miała ochotę rozpłakać się, usiąść na kamieniu i ryczeć jak dziecko. Jednak w sytuacji kryzysowej musiała wziąć się w garść. Potrzebowała pożywienia oraz wody, więc postanowiła znowu iść na skróty. Przy kościele znów stanęła na ścieżce prowadzącej w górę i łzy same napływały jej do oczu. Wzięła głęboki wdech i ruszyła w drogę. Każdy krok sprawiał jej ból, fizyczny i psychiczny. Była osłabiona. Myślała wtedy o swoim ojcu, który wzbudził w niej zamiłowanie do podróży, szczególnie górskich. Przypominała sobie te wszystkie reportaże o zdobywaniu wysokich gór, Mackiewicza, Kukuczkę i trudach, z jakimi zmagali się himalaiści. Przy nich jej wysiłek to zaledwie pikuś. Wtedy robiło jej się odrobinę lżej. Czuła, że nie jest sama i dusze zmarłych himalaistów w jakiś sposób nad nią czuwają.

Dotarła na przełęcz. Przeraźliwie wiało, a mgła znowu przysłaniała widok. Choć nie była wierząca, zrobiła znak krzyża i poszła dalej wzdłuż ścieżki do miasteczka. Bolały ją kolana, wzięła ostatni łyk wody, którą jeszcze ze sobą miała, ale wciąż czuła suchość w ustach. Im niżej była, tym mgła robiła się mniejsza, aż w końcu mogła dostrzec, co znajduje się po drugiej stronie przełęczy. Znowu kościół. Ten sam, niewielki kościółek, który mija od kilku dni. Znalazła się w punkcie wyjścia i próbowała odpowiedzieć sobie, dlaczego wszystkie drogi prowadzą do Reynisfjary. Nie pozostało jej nic innego jak znowu skierować w swoje kroki w stronę plaży. Turyści radośnie robili zdjęcia przy klifach. Teraz nie widziała ich piękna. Czuła tylko grozę. Nie wiedziała też, dlaczego Islandka zareagowała w taki sposób.

Adela nie miała siły rozkładać namiotu. Położyła się bezpośrednio na czarnym piasku, zupełnie jakby zlała się z krajobrazem. Była głodna, spragniona i odnosiła wrażenie, jakby była niewidoczna dla turystów. Prosiła o pomoc, po angielsku, o coś do jedzenia, o butelkę wody lub chociaż kilka łyków, o podwózkę, już nie do Vik, ale gdziekolwiek. Byle z dala od tej przeklętej plaży. Ludzie albo jej nie rozumieli, albo nie chcieli rozumieć. Jakaś mroczna siła chciała ją zatrzymać w tym miejscu. Zastanawiała się, czy jest jedyna. Czy Reynisfjara w przeszłości wchłonęła już jakieś istnienia. Zasnęła.

Kilka tygodni później jej ciało wyrzucił na brzeg ocean. Islandczycy z domu sąsiadującego z Reynisfjarą nie byli zdziwieniu. Co roku giną ludzie. Miejscowi zwykle tłumaczą te wydarzenia nieuważnością, ale oni jako jedyni znali prawdę. Policjanci nie chcieli ich słuchać. W końcu przestali nawet pytać, szczególnie, że nigdy nie zebrali wystarczająco dużo dowodów, aby ich oskarżyć. Czarna Plaża wybiera zbłąkane dusze i zabiera je ze sobą. Zawsze odnajduje je spośród tysięcy przyjezdnych. Znaczyło to jedno. Że Adela nie umarła tak po prostu. Jej dusza zacznie błąkać się po Islandii, bo została tu na zawsze.

Koniec

Komentarze

Czytało się dobrze, czegoś mi jednak brakuje. Może za szybko potoczyły się wszystkie nadnaturalne wydarzenia, w porównaniu do “zwykłego” wstępu, w którym poznajemy bohaterkę. Osobiście nie miałabym nic przeciwko temu, żeby tekst był dłuższy.

Ciekawe, wciągające opowiadanie. Podoba mi się przedstawiony przez Ciebie pomysł. Pomijając drobne błędny jak brak przecinków czy przejęzyczenia, czytało się naprawdę dobrze. Masz dobry warsztat.

Potencjał jest, szkoda, że zdecydowałaś się wykorzystać dobrze znany motyw z zapętleniem miejsca. Cała historia rozwija się trochę za szybko, brakuje spowolnienia akcji i pogłębienia psychiki postaci. Piszesz o depresji, można było pociągnąć ten temat, zwłaszcza, że daje duże pole do popisu.

Językowo nie najgorzej, ale pojawiły się powtórzenia i sporo zbędnych dla fabuły rzeczy, chociażby opis zwijania obozowiska, czy też czas na to przeznaczany. 

 

Na przełęczy mocno wiało, osłoniła się kapturem i próbowała dostrzec stamtąd Vik. Niestety mgła przesłaniała wszystko.

Szła więc dalej, w dół, w stronę Vik.

Niepotrzebnie powtarzasz informację o Vik, czytelnik nie ma aż tak słabej pamięci, żeby nie wiedzieć, co czytał w poprzednim akapicie.

 

Jako wprawka całkiem nieźle, ćwicz dalej.

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Wprowadziłam kilka poprawek. Nie sądzę jednak, że postać bohaterki jest mało głęboka. Wprowadziłam wiele wątków, dzięki którym ją poznajemy. Szczególnie na tak krótkie opowiadanie nie warto, moim zdaniem, zgłębiać psychiki.

Muszę przyznać, że spodobało mi się to opowiadanie. Owszem, tak jak niektórym, czegoś mi zabrakło. Głębszego wejścia w głowę bohaterki, mniej statycznych wydarzeń… Ale mimo wszystko, historia jest spójna i dobrze napisana. Masz calkiem fajny styl. Poczułem klimat opisywanych przez Ciebie miejsc i wydarzeń, a to najważniejsze. Podsumowując: całkiem niezłe, choć szkoda, że nie zostało troszeczkę rozbudowane. Ale to w zasadzie możesz odebrać za plus. Jeśli czytelnik chciałby więcej to świadczy wyłącznie dobrze :) Pozdrawiam :)

Zwabił mnie tytuł. Na początek będzie trochę marudzenia: 

 

Musiała wyjechać kilka tysięcy kilometrów, żeby w końcu poczuć, że człowiek w obliczu natury jest niczym. – jakoś mi to nie brzmi, jakby czegoś brakowało – np. wyjechać kilka tysięcy kilometrów od domu 

 

wyspy kanaryjskie – nazwa własna

 

Adela posłuchała się swojego wewnętrznego głosu. – się zbędne

 

Spakowała plecak 35 litrów The North Face (pamiątka po byłym chłopaku) i udała się w podróż. – kompletnie mi to nie brzmi; po pierwsze liczebnik lepiej słownie, po drugie litrów brzmi fatalnie, moim zdaniem lepiej by było napisać trzydziestopięciolitrowy

 

W przeciągu zaledwie kilku dni udało jej się dotrzeć stopem do tak zwanej Czarnej Plaży. – tak zwanej zbędne; 

 

Zrobiła ostatnie zdjęcie z flashem, opustoszałej od turystów plaży i weszła z powrotem do namiotu. – przecinek zbędny; po co obce słowo, skoro jest polskie flesz?; osobną kwestią jest robienie zdjęcia w nocy na czarnej plaży z fleszem – kompletnie pozbawione sensu, ale nie będę się sprzeczać, bo może Adela nie zna się na robieniu zdjęć i jest takim właśnie pstrykaczem

 

miała ze sobą kilka litrów wody ze strumyka – na Islandii nawet woda spod lodowca nie jest wystarczająco czysta, by można ją nabrać do picia; za dużo w niej choćby wulkanicznych pyłów; a nic nie wspominasz o filtrowaniu i uzdatnianiu; może przesadzam, ale od razu rzuciło mi się to w oczy (takie zboczenie outdoorowo-survivalowe)

 

Starsi Islandczycy wytłumaczyli, że na piechotę można dotrzeć przez przełęcz, która znajduje się obok tutejszego kościoła. – raz: jeśli to kościół, który mam na myśli, to przełęcz nie może być obok niego – ale to raczej zła konstrukcja zdania; dwa: ja bym tego miejsca przełęczą nie nazwała, droga prowadzi nie między dwoma wzgórzami, ale grzbietem

 

Szła pod górę, czując ciężar swojego plecaka – mimo że wzięła tylko najpotrzebniejsze rzeczy, czuła jego wagę na ramionach. – powtórzenie i zbędne swojego

 

Ujrzała znowu kościół i drogę do Reynisjary. – literówka

 

Kierowała się trasą wyznaczoną przed mapę, na około. – literówka

 

Musiała za wszelką cenę dostać się do jakiejkolwiek miejscowości i uzupełnić swoje zasoby. – zbędne swoje;

 

Choć nie była wierząca, zrobiła znak krzyża i poszła dalej wzdłuż ścieżki do miasteczka. – a dlaczego nie ścieżką, tylko wzdłuż niej? 

 

Gdyby mi się gładziej czytało, to pewnie miałabym lepsze wrażenia z lektury. Temat i pomysł nie najgorszy (aczkolwiek tego typu zapętlenie nie jest niczym szczególnie nowym), podoba mi się miejsce akcji, może dlatego, że mam do niego sentyment.

Oznaczyłaś gatunek jako horror, ale brakło mi tu klimatu grozy. Jest pewien niepokój, ale to trochę mało w moim odczuciu. Jednak, jak mówi przysłowie, praktyka czyni mistrza, wierzę, że kolejne teksty będą już tylko lepsze, mocniej oddziałujące na odczucia czytelnika. 

 

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Całkiem fajny, udany tekst, przyjemnie się go czyta. Spokojna, naturalna narracja i egzotyczne miejsce akcji budzą zaciekawienie. Plusem jest również według mnie niewielka ilość dialogów, nic tak bowiem nie szkodzi utworom grozy, jak zbędna paplanina.

Z małych minusów – w paru miejscach można by nieco podszlifować styl, oraz zakończenie odrobinę rozbudować.

Też lubię skandynawskie klimaty, są wdzięcznym materiałem dla autorów horrorów ;) Sama mam tu opko z akcją na Spitsbergenie. Myślę, że tekst jest całkiem niezły. Czytało się płynnie (może pierwszą część bym nieco skróciła), no i dałam się ponieść.

Nie chodziło tu przecież ani o pomysł, ani o akcję tylko specyficzny nastrój. To ten nastrój tworzy to opowiadanie. Według mnie umiesz ładnie, klimatycznie pisać. 

Pozdrawiam i czekam na dalsze opowiadania.

 

Pomysł jest, ale brakuje klimatu narastającej grozy. A przede wszystkim wykonanie jest mocno chropowate. Wyjśnię na przypadkowym akapicie.

 

Gdy była już na dole, nie dowierzała. Szła cały czas przed siebie, nie miała nawet możliwości, żeby zboczyć w innym kierunku, a przed sobą… Ujrzała znowu kościół i drogę do Reynisjary. Co więcej, gdy ruszała, mogła być dziesiąta rano, tymczasem zastał ją wieczór. Była szarówka, spośród której wynurzały się tylko światła aut jadących do Czarnej Plaży. O tej porze nie warto podróżować, czuła się zmęczona, więc rozbiła namiot, w tym samym miejscu. Była zaniepokojona, a ocean nie ujawniał już swojego piękna. W tym momencie był wyłącznie groźny. Zupełnie jakby fale miały odebrać jej duszę. Zanim położyła się spać, łyknęła hydroksyzynę na uspokojenie, aby ten dzień mieć już za sobą.

Na początek rzuca się w oczy byłoza.

 

Gdy była już na dole, nie dowierzała. – Przede wszystkim niedowierzała, razem. Po drugie czemu niedowierzała. To zdanie brzmi dziwnie, jakby czeegoś w nim brakowało. Nie mówiąc już o tym, że fajniej byłoby to pokazać. Co zrobiła bohaterka, kiedy zobaczyła widoczek, którego nie miała prawa zobaczyć, jak zaragowała.

 

Szła cały czas przed siebie, nie miała nawet możliwości, żeby zboczyć w innym kierunku, a przed sobą… Ujrzała znowu kościół i drogę do Reynisjary. – Przed siebie nie jest kierunkiem geograficznym i nie gwarantuje, że wędrowiec nie zrobi kółka i nie wróci w to samo miejsce. Zboczyć w innym kierunku to masło maślane, przecież nie da się zboczyć w tym samym kierunku ;) Znowu, a wcześniej nawet wydają mi się zbędne, to zapychacze tekstu. A na dodatek lekka siebioza się tutaj zrobiła.

 

Co więcej, gdy ruszała, mogła być dziesiąta rano, tymczasem zastał ją wieczór. – To zdanie wydaje mi się niezrozumiałe, szła przez cały dzień, uwzględniając przerwy, które robiła i ewidentny brak kondycji, mogło jej to zająć prawie cały dzień. Co więc jest niezwykłego w wieczorze?

 

Była szarówka, spośród której wynurzały się tylko światła aut jadących do Czarnej Plaży. – Była szarówka nie brzmi ładnie, a może: szarzało. Do tego błędnie użyte słowa.

spośród

1. «przyimek komunikujący, że to, o czym mowa w zdaniu, dotyczy wyróżnionej części jakiegoś zbioru, np. Wybrano go spośród zebranych.»

2. «przyimek komunikujący, że z miejsca położonego między jakimiś obiektami wysunęła się, wyjrzała lub wyszła rzecz lub osoba, o której mowa w zdaniu, np. Spośród zarośli wyłaniała się zabytkowa wieża.»

wynurzyć sięwynurzać się

1. «wypłynąć na powierzchnię cieczy»

2. «wychodząc, wydobywając się skądś, stać się widocznym»

3. «zwierzyć się komuś»

 

O tej porze nie warto podróżować, czuła się zmęczona, więc rozbiła namiot, w tym samym miejscu. – Czy początek zdania to stwierdzenie narratora, czy raczej myśl dziewczyny, bo trochę to odróżnia się od reszty akapitu. Daj po prostu: Pomyślała, że o tej porze…

Eee, w jakim tym samym miejscu rozbiła namiot. Wydawało mi się, że zatrzymała się na Czarnej Plaży, ale w poprzednim zdaniu widzimy światła aut, zmierzających do Czarnej Plaży, czyli musiała być gdzieś dalej.

 

Była zaniepokojona, a ocean nie ujawniał już swojego piękna. W tym momencie był wyłącznie groźny. Zupełnie jakby fale miały odebrać jej duszę. – Słowo ujawnić nie pasuje w tym kontekście. Poza tym nie ma połączenia logicznego między pierwszym, a drugim członem zdania. Może tak: ocean nie szumiał już uspokajająco.

Co oznacza, że ocean był groźny? Fale podchodziły bliżej, narastał huk oceanu, a może piana fal przypominała zęby jakiejś bestii. Zdania z był są prostymi stwierdzeniami, nie oddają emocji i nie tłumaczą skąd wrażenie dziewczyny, że fale chcą zabrać jej duszę.

 

Zanim położyła się spać, łyknęła hydroksyzynę na uspokojenie, aby ten dzień mieć już za sobą. – Rozumiem, że położyła się spać, aby ten dzień mieć już za sobą, a lek wzięła, aby móc zasnąć, ale z konstrukcji tego zdania wynika, że łyknęła lek, aby dzień mieć już za sobą.

 

To są niby drobiazgi, ale mocna przeszkadzają w czytaniu. Opko trzeba wygładzić, dopieścić :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Jak na mój gust, za mało tu horroru w horrorze – ot, zapętliła się Adela w czasie, skutkiem czego kilkakrotnie przemaszerowała tę samą trasę, ale poza tym to nie bardzo wiem, co tam się wydarzyło.

Wykonanie, co stwierdzam z ogromna przykrością, pozostawia bardzo wiele do życzenia.

 

gdy znaj­do­wa­ła się sam na sam w cen­trum na­tu­ry. ―> Na pewno sam na sam, czy może raczej całkiem sama? Gdzie znajduje się centrum natury?

Za SJP PWN: sam na sam I «tylko we dwoje, bez świadków» sam na sam II «spotkanie dwóch osób bez świadków, na osobności»

 

Morze bu­zo­wa­ło… ―> Czy to znaczy, że morze płonęło?

Za SJP PWN: buzować, buzować się «palić się dużym płomieniem»

 

je­dy­nym wi­docz­nym ele­men­tem na tej plaży była żółta, od­bla­sko­wa desz­czów­ka, którą udało się upo­lo­wać w lum­pek­sie na tydzień przed wyjazdem. Chło­nę­ła świe­że po­wie­trze i słu­cha­ła dźwię­ków oce­anu. ―> Co sprawiło, że deszczówka była żółta i odblaskowa, i dlaczego trzeba było polować na nią w lumpeksie?

Czy dobrze rozumiem, że deszczówka chło­nę­ła świe­że po­wie­trze i słu­cha­ła dźwię­ków oce­anu?

deszczówka 1. «woda deszczowa» 2. «rura kanalizacyjna służąca do odprowadzania wody deszczowej»

 

Jej zna­jo­mi wy­bie­ra­li Ma­jor­kę, Pro­wan­sję, słoń­ce, drin­ki, wyspy ka­na­ryj­skiede­sty­na­cje, które po­zwa­la­ły przy­siąść na ha­ma­ku i opa­lać się. ―> …Wyspy Kanaryjskie

Czy destynacje można wybrać?

 

No cóż, Fishandchips, na tym kończę łapankę, bo skoro do tej pory nie poprawiłaś błędów i usterek wskazanych przez wcześniej komentujących, uznałam że szkoda mojego czasu na coś, co nie jest Ci do niczego potrzebne.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Pomysł niespecjalnie oryginalny, ale przynajmniej otoczenie nieco egzotyczne i na wykonanie nie narzekam (acz mogło być lepsze).

żółta, odblaskowa deszczówka,

Mnie tam deszczówka kojarzy się głównie z wodą…

Babska logika rządzi!

Sympatyczne :)

Przynoszę radość :)

Nowa Fantastyka