- Opowiadanie: Łosiot - Jak słońce

Jak słońce

Cześć. Z góry uprzedzam, że opowiadanie porusza tematykę religijną, za co zapewne zbiorę parę kuksańców :)
Wiem, że to mało popularne klimaty.
Chcę podkreślić, że nie było  moją intencją urażenie czy sprowokowanie kogokolwiek . 
Hasło konkursowe, to “Monstrualna Monstrancja”.

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Jak słońce

– Idzie mój Pan, idzie mój Pan, On teraz bie-gnie, by spotkać mnie – śpiewał donośnie ksiądz Marcin.

Błotniki starego wigrusa dzwoniły przy każdym podskoku roweru na dziurawej asfaltówce. Metaliczne brzdąkanie, jąkanie rozklekotanego dzwonka i skrzypienie łańcucha niosły po pobliskich pastwiskach radosną wieść. Na krowach przeżuwających mokrą od wieczornej rosy trawę nie wywarło to wrażenia; na nich nic nie wywierało wrażenia. 

Do wsi został już tylko podjazd przez las i prosta przez pachnące łąki. Trzymając za pazuchą pokaźny pakunek, młody kapłan jechał pod górę, nachylając się rytmicznie z każdym naciśnięciem pedału zielonego składaka. 

Jadąc przez ciemny las, ksiądz śpiewał jeszcze głośniej, dla dodania sobie otuchy. Włączył też dynamo; przednia lampka oświetliła mu drogę drżącą plamą i poprowadziła w kierunku wioski. Wieczór nadchodził szybko. W zieleń otaczających Parówno podmokłych łąk wkradła się szarość, a tu i ówdzie zaczynała podnosić się mgła. 

Tuż przed pierwszymi zabudowaniami, ksiądz minął opartego o przekrzywiony płot mężczyznę, który, ćmiąc papierosa, musnął niedbale dłonią daszek dużej czapki. 

– Niech będzie pochwalony! 

– Na wieki wieków! – Odwzajemnił pozdrowienie nieznajomego młody kapłan. Bo, owszem, był to chyba nieznajomy: ksiądz Marcin znał wszystkich we wsi, ale nie poznał twarzy, która wyłoniła się z mroku oświetlona żarem cygarety. 

Gdy koła roweru zachrzęściły na rozsypanych wokół kościoła kamykach, była już młoda noc. Nieśmiała, zasilana starym dynamem lampka przygasła. Ksiądz Marcin zsiadł z wysłużonego wigry 3 i oparł go o mur świątyni. Taszcząc zawinięty w papier pakunek, wszedł w czerń portalu skrywajacego okute drzwi. Poszukiwania dziurki od klucza trochę trwały, ale w końcu ksiądz mruknął z satysfakcją; zgrzytnął stary, lecz dobrze naoliwiony zamek i Marcin wszedł do środka, szukając po omacku włącznika światła. 

Wtedy stało się. W sieni kościółka, potknąwszy się o kamienny próg, o istnieniu którego akurat zapomniał, ksiądz Marcin wyłożył się na posadzce jak długi. Wraz z nim,o zimne, wypolerowane przez pokolenia wiernych kamienne płyty, grzmotnął z metalicznym brzęknięciem ciężki pakunek.

– O kurwa! O nie, nie, nienienie! – jęknął Marcin, podnosząc się szybko z podłogi. W pośpiechu, gładząc dłońmi po ścianach, znalazł włącznik, zapalił światło i, mrużąc oczy, rzucił się w kierunku leżącego na podłodze tobołka. 

– Błagam, nie, tylko nie to, Boże, proszę – mamrotał młody kapłan, rozdzierając spowijające pakunek kolejne warstwy papieru i rwąc krępujące go więzy lnianego sznurka. 

Spojrzał z przejęciem na lśniącą złotem zawartość i ze smutkiem spuścił głowę. 

 

* * *

“Jest piękna. Jest jak słońce!” – myślał Marcin, patrząc z podziwem na ustawiony w centrum ołtarza nowy nabytek. “Zrobię im taką adorację, że się zaczną modlić językami”– najpierw zaśmiał się w duchu, a potem skarcił za nieprzystojny żart. 

W nocy została w kościele sama, górując nad wszystkim. Dumna, złocista, z promieniami jak złote ciernie. Z pękniętą szybką reservaculum – serca, w którym już wkrótce zagości Tajemnica.

Była jak pusta w środku gwiazda. 

 

* * * 

 

Padli przed nią na kolana, spowici niebieskim dymem. Mówili swe modlitwy, rzucali ukradkowe, pełne podziwu spojrzenia i natychmiast spuszczali wzrok. Czuła swój ciężar, gdy trzymające ją w górze ręce drżały z wysiłku. Wypełniała ją Tajemnica; świeżo wyświęcona, blada, niewinna i czysta, patrząca na świat przez kryształ z dzielącą go na pół szkaradną skazą. 

Tajemnica uwierała jak intruz, jak obce ciało. 

– Czy widzisz, jak padają przede mną? – mówiła Monstrancja. – Jestem ich słońcem, adorują mnie!

– Jesteś jak słońce, tak – odrzekła Tajemnica.

– A ty? Kimże jesteś? – pytała Monstrancja z nieskrywaną niechęcią.

– Jestem tym, kim mówią, że jestem. To przez nich jestem – mówiła Tajemnica.

Drżące ręce trzymały je wysoko. Były jak złoty świt nad ciemnym morzem zgiętych karków i pochylonych głów, nad wonną mgłą kadzidła, nad pomrukiem sennej pieśni.

Błogosławimy Cię całym naszym sercem, które Cię kocha i wielbi nad wszystko!

Hostio Najświętsza!

 

– Jestem Hostią – oznajmiła Tajemnica. 

Monstrancja zadrżała w gniewie.

 

* * *

 

Ciasna zakrystia była częścią przylegającej do kościoła przybudówki, która pełniła także rolę rolę domu parafialnego i mieszkania proboszcza. 

– I co, pani Bożenko? – zagadnął ksiądz Marcin, mieszając parujący kożuch kawowych fusów. Gdy większość z nich opadła na dno, oblizał łyżeczkę i położył ją na pokrytym ceratą stole. – Pani Bożenko? – Powtórzył. 

Gosposia, będąc osobą z reguły rozgadaną, tym razem milczała, wpatrując się w swoją szklankę, jakby zastanawiała się, czy kawowy napar nadawał się już do picia. A może trzeba jeszcze poczekać? Niech naciągnie?

– A co ja tam, księże proboszczu, gadać księdzu będę. – Podniosła oczy i spojrzała za okno, zawieszając wzrok gdzieś w koronach rosnących wokół kościoła topoli.

– No, ale co ludzie mówią, niechże pani powie, przecież dla nich to wszystko – nalegał kapłan.

– No mówią, mówią. Że piękna, że może i dumnym być można… – Zawiesiła głos.

– Ale? – Znając parafialną gosposię od ponad dwóch lat, proboszcz od razu wyczuł, że to ten moment, kiedy trzeba ją pociągnąć za język. – Pani Bożenko kochana, wie pani, że bez niej bym był w tej wsi jak ślepy i głuchy, pani tu wszystkich zna, wszystko pani powiedzą. 

– A gdzie tam – żachnęła się gosposia. – Księże Marcinie…

Kapłan wyprostował się na starym, drewnianym krześle. Gosposia niezwykle rzadko używała jego imienia. Teraz z pewnością miała coś ważnego do powiedzenia. 

– …gadają ludzie. Niezadowoleni niektórzy, źli trochę na księdza. 

– Dlaczego? 

– Abo, monstrancję piękną ksiądz do kościółka naszego i owszem, jak obiecał, tak sprowadził. – Pani Bożena zdecydowała się w końcu i upiła gorącej kawy, a potem, krzywiąc się, wsypała do szklanki płaską łyżeczkę cukru. Należało dać jej czas na ubranie myśli w słowa, Marcin czekał więc więc cierpliwie. 

– My tu ludzie prości i skromni, na tacę żeby dać, to od ust sobie odjąć trzeba – powiedziała w końcu. – Na to cudo wszyscy zbierali, każdy coś w koszyk wrzucał, no wie ksiądz. I taka ładna, bogata ta monstrancja, jeno pęknięta i to w oczy wszystkich kole. Tak inni mówią, bo ja, to wie ksiądz. 

– Ech, rację mają – odparł ksiądz, upewniwszy się, że skończyła. – Niezdara ze mnie, na posadzkę upuściłem, ciemno było. Po Bożym Ciele pojadę, do naprawy oddam, co, pani Bożenko? Bo teraz bez grosza parafia.

– Mnie tego ksiądz proboszcz mówić nie musi – zadeklarowała gosposia i łyknęła kawy, tym razem wyraźnie usatysfakcjonowana jej smakiem. – Mówię tylko, co gadają we wsi. Godzi się w takiej, uszkodzonej, ciało chrystusowe adorować? 

– Pani Bożenko kochana, ważne, co w środku. 

– Ja wiem, księże Marcinie, mnie tego tłumaczyć nie trzeba. Ale ludzie swoje gadają, źli są, bo za ich pieniądze, a sam ksiądz Marcin spojrzy, jakie to zepsute, no widać z daleka. Tak, oddać do naprawy trzeba.

Stojąca na wiekowej dębowej komodzie monstrancja zatrzęsła się w niemej furii. 

 

***

 

– Są źli, wiesz? – Monstrancja obejmowała sobą mały, biały krążek, otaczała złotem, otulała głosem. – Nienawidzą.

– Spójrz, czy tak wygląda nienawiść? – odpowiedziała Hostia.

Widzieli przed sobą skryte w mroku kościoła i dymie kadzidła głowy, złożone do modlitwy ręce, skupione twarze.

 

Miłosierdzie Boże, wytryskujące z łona Ojca, 

ufamy Tobie

Miłosierdzie Boże, źródło cudów i dziwów,

Ufamy Tobie

– Słyszysz? To ich tęsknota… Niesiemy im światło, jesteśmy jak słońce – dodała.

Miłosierdzie Boże, niezgłębione w ustanowieniu Hostii Świętej

Ufamy Tobie

 

– Nie o mnie śpiewają, lecz o tobie. Wciąż tylko o tobie – dźwięczał lodowato metal Monstrancji.

Drżenie. Czy to zmęczone mięśnie trzymających ich w górze rąk? Czy gniewu? 

 

* * *

 

Po zakończonej adoracji kościół szybko opustoszał. Ksiądz Marcin ukląkł w pierwszej ławce, wpatrzony w ołtarz. Tam, na przykrytym białym, krochmalonym obrusem stole, stała monstrancja. Mimo, że pusta już, bez hostii (tę ksiądz przełożył już do tabernakulum), wyglądała imponująco, dźgając złotymi kolcami ciemność świątyni. 

Proboszcz westchnął głośno przy wtórze zimnego echa. Wstał i szybko przesiadł się w do trzeciego rzędu ławek. 

– Widać. No widać jak na dłoni – rzekł sam do siebie i uderzył ze złością w wypolerowane modlitwami drewno.

– Stąd też. – Dobiegł głos z tyłu kościoła. 

– Edmund? – Ksiądz Marcin wzdrygnął się, zaskoczony. Odwrócił się, szukając wzrokiem organisty, bo któż inny niż ten stary gaduła siedziałby jeszcze w kościele?

– Stąd też widać. – Powtórzył siedzący w ostatniej ławce mężczyzna.

Buty księdza stukały na posadzce, gdy śpiesznie przemierzał nawę. Majacząca w mroku sylwetka nie należała do Edmunda, a do drobnego mężczyzny w czapce z daszkiem. Zbliżając się do niego, kapłan poczuł bardzo intensywny zapach, smród właściwie, papierosowego dymu.

– Rzeczywiście, widać nawet stąd! – jęknął proboszcz z nieskrywaną rozpaczą. – Wszyscy widzieli!

– A Boże Ciało za pasem, co? – Nieznajomy wstał i wyślizgnął się z kościelnej ławki, szeleszcząc czarnym dresem z białymi paskami. Jego sportowe buty zapiszczały na wiekowej posadzce. – A z taką monstrancją, co to na złom praktycznie, to wstyd z procesją chodzić, co nie?

 

Na drugim końcu kościoła zabrzęczało cicho pęknięte szkło, zadrżały pozłacane promienie. 

 

– Owszem, pewnie tak – odparł z roztargnieniem w głosie ksiądz. – Ale, pan to chyba nie stąd? – spojrzał na… Intruza, tak, właśnie to słowo przyszło księdzu na myśl. – I wie pan, wypadałoby w Domu Bożym zdjąć nakrycie głowy – dodał chłodno.

– Ach! Proszę o wybaczenie, gapa ze mnie. Przyszedłem tylko nacieszyć oczy nowym nabytkiem, ale rację ludzie mają – w czymś takim Baranka Bożego adorować? No, ale już mnie nie ma. – Intruz musnął dłonią daszek czapki, odwrócił się na pięcie z przeraźliwym piskiem gumowej podeszwy i wyszedł z kościoła. Osłupiały ksiądz Marcin został w kościele sam na sam ze smrodem jak z pełnej niedopałków popielniczki. 

 

Na szkiełku reservaculum pojawił się drugi zygzak pęknięcia. 

 

* * * 

 

Drobne dłonie sypały płatki dzikich róż, forsycji i piwonii na rozgrzany słońcem asfalt. Kolorowe, choć matowe i przywiędłe od upału skrawki kwiecia spadały prosto pod podeszwy i obcasy wypastowanych czarnych półbutów, mokasynów, czółenek i szpilek. Tego dnia czerwcowy upał wyjątkowo dawał się we znaki. Kołnierzyki poliestrowych koszul z krótkim rękawem pociemniały od potu, kwieciste sukienki i garsonki kleiły się do ciał, a modlitwom i śpiewom brakło życia, jakby tłumiło je prażące z góry słońce. 

Tuż za odświętnie ubranymi dziewczynkami sypiącymi kwiatki, otoczony przez ministrantów, szedł ksiądz Marcin. Od dobrego kwadransa zastanawiał się, czy nie skrócić trasy marszu, z minuty na minutę stającego się coraz bardziej nie do zniesienia. Szata liturgiczna, choć biała, nie przepuszczała powietrza, toteż pod nią ksiądz był zupełnie mokry. Pot ściekał mu z czoła i szczypał w oczy, a ręce drżały z wysiłku. Czuł na sobie jeszcze inny ciężar: zmęczone, ponure spojrzenia ludzi. Tak, szli z nim w procesji, ale bez radości, którą tak bardzo chciał im dać, szli wyblakli, przepoceni, powłóczący nogami.

Za punkt honoru postawił sobie, że podczas procesji to on będzie niósł Świętą Hostię w nowej monstrancji. Ale teraz, gdy z wysiłku paliły go mięśnie rąk, w ustach zaschło, a głos drżał, jedyne o czym myślał, to szklanka wody i chłód kościoła. Młody proboszcz nie dawał jednak za wygraną i szedł przed siebie, prowadząc procesję wokół wsi. 

 

W małym, otoczonym złotymi cierniami i popękanym szkłem więzieniu, czyniła się nienawiść. Powietrze falowało od złości i gniewu, od strachu i cierpienia.

– Jesteś niczym! Brudna, podła! – Słowa jak stalowe igły dźgały biel Hostii, szargały jej czystość, gwałciły niewinność. 

– Przebiegła ty! Mamisz ich boskością, karmisz się ich czcią!

Raz za razem, jak ciosy pejcza.

– To wszystko kłamstwo, ty jesteś kłamstwem! – ryczała monstrancja.

Na zewnątrz promienie, słońca, w środku czerń i gniew.

– Zniszczę ciebie i twoje kłamstwo! – Furia Monstrancji była jak niepowstrzymany wodospad albo huragan. 

– Proszę, przestań. – Uwięziona i bezbronna, Hostia mogła tylko błagać. Błagała coraz słabiej, coraz ciszej. 

 

***

 

Sterana marszem, upocona i mająca wszystkiego dość procesja dotarła w końcu na skryty w zbawiennym cieniu topoli plac pod kościołem. Ksiądz Marcin bardzo powoli, ze złą satysfakcją, do której nie chciał się przyznać sam przed sobą, odmówił błogosławieństwo końcowe, czując, że wierni marzą tylko o tym, by nie przedłużał uroczystości ani o sekundę. W cieniu kościoła i wysokich drzew, po raz ostatni wzniósł do góry ciężką monstrancję. Wciągnął dające ulgę chłodne powietrze, ale poczuł w nim gęsty, ciężki odór papierosowego dymu.

– Boże jedyny! To cud! – przerwał ciężką ciszę krzyk. – Spójrzcie! Krew! Krew na ciele bożym! – wołał drobny mężczyzna w czarnym dresie i białych adidasach. 

Wierni, którzy właśnie zaczynali się rozchodzić, stanęli jak wryci. 

– Zdrowaś Mario, łaskiś pełna, cud się nam zdarzył! – Tłumek wiernych otoczył księdza Marcina, wyciągając w jego stronę ręce. Młody kapłan, zupełnie zaskoczony, poszukał najpierw wzrokiem odzianego na czarno intruza, ten jednak zniknął gdzieś wśród ludzi, którzy, wyraźnie podekscytowani i przejęci, jęli napierać na niego coraz bardziej, prawie dociskając go do ściany kościoła. 

– Przestańcie, ludzie, co się dzieje! – wołał, lecz ci nie zwracali na niego uwagi. 

– Cud, niech ksiądz Marcin spojrzy! – Usłyszał przebijający się z tumultu znajomy głos należący do pani Bożenki, wskazującej na coś palcem.

Spojrzał na monstrancję: w złotej klatce, za pajęczyną spękanego szkła, tkwiła Hostia. I, pierwszy raz w życiu, gdy patrzał na opłatek, księdzu Marcinowi stanęły w oczach łzy wzruszenia. Na Hostii zakwitła krwawa, szkarłatna plama.

 

***

 

– Wyborna ta drożdżówka. Nie wiedziałem, że pani ma taką rękę do ciast! – Gdy mówił, z ust księdza Marcina sypała się na stół kruszonka. 

– Oj tam, wyborna. Co tydzień taką robię, zwykły placek. Teraz przyniosłam, tak do kawy, bo sytuacja taka… – odrzekła Pani Bożenka. 

Zadzwonili łyżeczkami o wypełnione smolistą kawą szklanki i obserwowali opadające fusy. Ksiądz Marcin czekał, aż gosposia powie coś więcej, ta jednak zamilkła. 

– Co tam, pani Bożenko, we wsi?

– Proszę księdza proboszcza, co ja będę gadać, przecież wie ksiądz, że sensacja wielka, cud swój własny w Parównie mamy!

– Ale ludzie, co mówią? – ksiądz Marcin zabrał się za drugi kawałek drożdżowego. 

– A to co zwykle, księże Marcinie. Że z księdza dobry proboszcz i nigdy by na innego nie zamienili. 

– Różnie gadali, pani Bożenko, różnie – odrzekł Ksiądz z poważną miną. 

– E, może tam od Walczaków ktoś czasem. Ale teraz ja mówię wszystkim, i się zgadza każdy, że ksiądz Marcin dobrze z Panem Bogiem żyć musi, bo najpierw nam piękną monstrancję sprawił, a teraz sprowadził tak wielki cud. A wie ksiądz Marcin – z miasta nawet przyjeżdżają zobaczyć, niedowiarki! Gadają o tych bakteriach głupoty, co to niby czerwień wywołują, ale potem przyjeżdżają, na kolana i pacierze mówią!

 

Koniec

Komentarze

– Idzie mój Pan, idzie mój Pan, On teraz bie-gnie(+,) by spotkać mnie

Na przeżuwających mokrą od wieczornej rosy trawę krowach nie wywarło to wrażenia

Brzydka zbitka. Musiałem się na chwilę zatrzymać, żeby zrozumieć zdanie. Sugeruję np. dać “krowy” na początek zdania.

 

który(+,) ćmiąc papierosa, musnął niedbale daszek czapki.

ksiądz Marcin znał wszystkich we wsi, ale nie poznał twarzy, która wyłoniła się z mroku oświetlona żarem cygareta cygarety. 

Gdyby był to dialog, byłoby spoko, bo niektórzy tak to odmieniają, jednak w narracji już nie. W języku literackim, a nie gwarowym/slangowym, istnieje tylko cygareta rodzaju żeńskiego.

 

Nieśmiała, napędzana zasilana starym dynamem lampka przygasła 

Lampka jest urządzeniem nieposiadającym części ruchomych – w jaki sposób może być napędzana?

 

Ksiądz Marcin zsiadł z wysłużonego Wigry 3

Małą literą – mowa o konkretnym obiekcie.

 

ale w końcu, ksiądz mruknął z satysfakcją

Bez przecinka.

 

Wraz z nim, o zimne

Bez przecinka.

 

jęknął Marcin(+,) podnosząc się szybko z podłogi.

gładząc dłońmi po chropowatych ścianach

To celowe? Jeśli nie, lepiej byłoby “szorując”.

 

mamrotał młody kapłan(+,) rozdzierając spowijające pakunek kolejne warstwy papieru

myślał Marcin(+,) patrząc z podziwem na ustawiony w centrum ołtarza nowy nabytek.

 

najpierw zaśmiał się w duchu, a potem skarcił się za nieprzystojny żart.

Nie jest to błąd, natomiast skoro można pominąć “się”, to czemu nie?

 

Drżące ręce trzymały ich je wysoko. Byli Były jak złoty świt nad ciemnym morzem zgiętych karków i pochylonych głów

– I co, pani Bożenko? – zagadnął ksiądz Marcin(+,) mieszając parujący kożuch kawowych fusów.

– I co, pani Bożenko? – zagadnął ksiądz Marcin mieszając parujący kożuch kawowych fusów. Gdy większość z nich opadła na dno, oblizał łyżeczkę i położył ją na pokrytym ceratą stole. 

– Pani Bożenko? – Powtórzył. 

To powinien być jeden akapit.

 

spojrzała za okno(+,) zawieszając wzrok gdzieś w koronach rosnących wokół kościoła topoli.

– A gdzie tam. – Żachnęła się gosposia.

Bez kropki i małą literą.

 

– Ech, rację mają – odparł ksiądz(+,) upewniwszy się, że skończyła.

Buty księdza zastukały na posadzce, gdy śpiesznie przemierzał nawę.

Stukały, gdy przemierzał, albo zastukały, gdy przemierzył.

 

Nieznajomy wstał i wyślizgnął się z kościelnej ławki(+,) szeleszcząc czarnym dresem z białymi paskami.

– A Boże Ciało za pasem, co nie? – Nieznajomy wstał i wyślizgnął się z kościelnej ławki szeleszcząc czarnym dresem z białymi paskami. Jego sportowe buty zapiszczały na wiekowej posadzce. 

– A z taką monstrancją, co to na złom praktycznie, to wstyd z procesją chodzić, co nie?

To też powinien być jeden akapit.

 

Ale, pan to chyba nie stąd? – spojrzał na… intruza

Wielka litera.

 

Osłupiały ksiądz Marcin został w kościele sam na sam ze smrodem, jak z pełnej niedopałków popielniczki. 

Bez przecinka.

 

bez radości, która tak bardzo chciał im dać, 

Literówka.

 

 Za punkt honoru wybrał postawił sobie,

Frazeologia.

 

któremu nikt i nic nie mogły stanąć na drodze. 

“Mogło”, ewentualnie “mogli”.

 

czując(+,) że wierni marzą tylko o tym

poczekali, na opadnięcie fusów.

Bez przecinka.

 

poczekali, na opadnięcie fusów. Ksiądz Marcin czekał, aż gosposia powie coś więcej

Powtórzenie.

 

 

Chyba nie zrozumiałem alegorii, więc ciężko mi cokolwiek napisać, poza wypisaniem błędów.

ironiczny podpis

Issanderze, bardzo Ci dziękuję za wypasioną łapankę! Ociosałem, poprawiłem. 

A z tą alegorią – to u mnie standard, staram się, żeby moje teksty były głębsze, ale zazwyczaj tylko ja tę głębię czaję :( 

Serdeczności Issanderze i bardzo Ci dziękuję za ten komentarz. 

Łosiot, opowiadanie bardzo mi się podobało. Świetnie oddałeś klimat wiejskiej parafii, pokazaleś ludzkie zakłamanie. Jak ja odczytuję ten tekst w szerszym znaczeniu? Ludzie nie dostrzegają cierpienia i bólu, dopóki otacza je piękna oprawa. Brzydota ich razi. Nawet, gdy widzą krew, krzyczą, że to CUD!

Niezła opowieść. Zgadzam się z Olciatką, że fajnie pokazujesz podejście ludzi. Pęknięcie to zło, straszna skaza, ale bakterie to cud i samo dobro. Fajne, fajne.

Trochę statyczna ta historia, ale niech będzie.

Babska logika rządzi!

Z ostatnich kilku Twoich opowiadań te podobało mi się najbardziej. I widzę je podobnie, jak Finkla, w ogóle mógłbym się podpisać pod jej komentarzem. Olciatka też zwróciła uwagę na ciekawą rzecz, czyli ludzkie zakłamanie. Od siebie dodam, że nie postrzegam go, jako zakłamania z pełną premedytacją, wyrachowanego. Raczej coś na pograniczu wiary, bogobojności i obłudy. Ładnie to nakreśliłeś, dzięki temu opowieść nie jest przerysowana tylko realistyczna i wiarygodna. Dobra robota, chociaż na zwycięstwo w konkursie może być trochę za mało.

Pozdrawiam.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Łosocie, z opowiadania na opowiadanie jest coraz lepiej.

Ładnie poprowadziłeś narrację, dzięki czemu można się wciągnąć w fabułę od samego początku. Usterek trochę było, ale widzę, że Issander je wypisał – jeśli wprowadziłeś poprawki to już powinno się czytać gładko. Kreacja wsi, jeszcze takiej hermetycznej i bogobojnej, wyszła przekonująco. Miałam podejrzenia co do księdza Marcina, że to jednak typ spod ciemnej gwiazdy, szkoda, że nic nie wyszło z moich podejrzeń :D. Metaforę odczytuję podobnie jak Darcon. 

Podsumowując, poprawna udana lektura :)

 

Powodzenia w konkursie!

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Bardzo podoba mi się to opowiadanie. Uwielbiam motywy wiejskiej społeczności, szczególnie religijnej, a Ty pięknie to oddałeś.

Hej moi mili, nie mam możliwości odpowiedzieć w tej chwili w sposób bardziej rozbudowany, ale wiedzcie, że widzę Wasze komentarze i bardzo się cieszę, że podoba Wam się mój tekst. Serdeczności, bądźcie zdrowi!

Tak czytając i czytając, z niemałą przecież przyjemnością, oczekiwałem jednak mocniejszego zakończenia. Nie wiem, czy się przestraszyłeś, czy naprawdę brakło pomysłu, ale ja bym sugerował troszkę podpowiedzieć, skąd się ta czerwień wzięła. W takie bizarro uderzyć. Gosposię w to wmieszać, może? wink

Ale, jak już wspomniałem, ogólne wrażenie bardzo pozytywne. Pięknie oddana atmosfera małej miejscowości. No i podbudowany jestem, bo się obawiałem, że moje opko będzie za mało zakręcone, ale chyba jednak nie mniej niż Twoje.

Olciatko: dzięki za ten miły komentarz. Powoli dociera do mnie, że największa przyjemność z pisania mam wtedy, gdy możemy sobie z czytelnikiem siąśc i chwile choć pomysleć na temat, który poruszyłem. 

 

Finklo: po “Niezła opowieśc (…)” przestałem czytać dalej Twój komentarz, żeby zostać z wrażeniem choć, że Ci się podobało :P

 

Darconie: Super że w ostaniej serii to własnie! Bo to jeden z tekstów napisanych “naturalnie”, jeśli wiesz co mam na myśli – żadnych wymyslań na siłe, kolorków, żeby było efektowniej i tak dalej. Stąd tez, zapewne, niski potencjał konkursowy, zgadzam się. Ale, kurde, jesli mi piszesz, że Ci się podoba, to jestem naprawde bardzo zadowolony. 

 

sy: Owszem, ze względu na własne nastawienie do tej kasty, zastanawiałem się, czy nie zrobić z Ks Marcina jakiejś szumowiny. Uznałem, że to byłoby zbyt proste. Ale, nadal, myśle, że jakby się zastanowić, to to kryształ nie jest, co nie?

 

fishandchips: Bardzo się cieszę, że trafiłem w Twój gust. Wioseczkowe klimaty mam tu wzięte z własnych obserwacji i wspomnień :)

 

fizyk111: W ogóle, to bardzo jest mi miło, że czytałeś z przyjemnością. Jak wielu z nas, funkcjonuję obecnie w trudnych warunkach. Starałem się zrobić tekst wysokiej jakości, ale Issander pokazał, ile jest do poprawienia… Dobrze, że mimo to, opowiadanie jest wponio. Ja wiem – mogłoby być dziwniej. Finał mogłby być bardziejszy i tak dalej. Napisałem z serca, koncept jest taki, że mamy dwie płaszczyzny: ludzką i tę między Monstrancją a Hostią. Płaszczyzny te wpływają na siebie nawzajem ale prowadzi to do pewnych absurdów na poziomie interpretacji zdarzeń oraz wartości. Czerwień mogła się wziąć po prostu z bakterii (czyli tak, jak to się zdarza w rzeczywistości), ale w to nigdy nie uwierzą mieszkańcy Parówna. To może być krew udręczonej przez Monstrancję Hostii, wtedy byłby to cud, ale zupełnie inny, niż chciałby ksiądz Marcin i pozostali… Oprócz pachnącego petami jegomościa w dresie :) Albo, po prostu: Cud! Cud! Nieważne jaki i skąd, byle o nim głośno krzyczeć i się cieszyć. 

 

Dziękuję wszystkim za wizytę. Dopiero zaczynam lekturę pozostałych opowiadań – do zobaczenia pod Waszymi. 

Dalej też nie jest strasznie. Myślę, że możesz zaryzykować zerknięcie. ;-)

Babska logika rządzi!

Bo to jeden z tekstów napisanych “naturalnie”,

Najlepiej tak właśnie pisać.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Mnie też się podoba. Świetnie udało Ci się oddać klimat wiejskiej społeczności. W umiejętny sposób przedstawiłeś ludzkie zachowania, i to co nimi kieruje – obłudę, głupotę, wiarę, uleganie własnej wizji świata, pewien rodzaj społecznej ślepoty.

Klikam bibliotekę :)

Zaczynam się zastanawiać czy ja pisałam “naturalnie” ? Przynajmniej nic nie piłam, jak pisałam ;)

Łosiocie, czytałam tu na forum kilka Twoich tekstów i we wszystkich bardzo mi się podobała umiejętność wyłapywania różnych socjologicznych zjawisk. Masz do tego prawdziwy dar, tak uważam. Tu też, jest nie inaczej. Ciekawy pomysł na konflikt w samej monstrancji ;) i niepokoje dookoła. Ludzka naiwność, potrzeba wiary w cud jest ogromna i smutna zarazem.

Jak sam pisałeś , weirdu tu za wiele nie ma, ale to już problem jury. Mnie się podobało.

Pozdrawiam

Katiui Matko Chrzestna, dziękuję Wam bardzo za Wasze przemiłe komentarze.

 

Gwoli wytłumaczenia się, Matko Krzestno z tego “naturalnego” pisania – to po prostu wziąłem i napisałem.

Następnie patrzę – krótkie jakieś.

Potem se myślę – rozmowa kawałka żelastwa (Monstrancja) z ciastem (Hostia) chyba nie jest jakoś specjalnie weird (przyznam, słabo się orientuję w tej kwestii).

Może ten diabeł w dresie? Taki bies wiejski w wydaniu współczesnym? Może choć on? Ee, chyba nie.

Dalej, zastanawiam się, czy nie brak strzała jakiegoś mocnego na koniec, czegoś co zrobi wow? I dochodzę do wniosku, że brak. 

A potem stwierdziłem – kurczę, mimo wszystko, podoba mi się, publikuję, nic picować nie będę . I jeszcze ,Krzestna Matko, jestem Ci bardzo wdzięczny, że mi tak wytykasz, że wyłapuję zjawiska socjologiczne. Bardzo to miłe. 

 

serdeczności!

 

Tak sobie myślę, że my tu w większości, skuszeni dobrą zabawą, wzięliśmy się za ten weird. Cóż to dla nas, nie takie rzeczy pisalim ;) Jednak to wcale proste nie jest :) Teraz za to mamy zabawę doszukując się weirdu w konkursowych opkach ;)

Bardzo na tak. 

Ciekawy, luźny wstęp, kilka razy nawet się uśmiechnęłam. Bardzo obrazowo opisałeś wszystkie wydarzenia, ludzi i miejsca. Wyszło Ci to bardzo naturalnie, Łosiocie. Jak już wspomniano, udało Ci się przemycić w tekście skondensowany opis ludzkiej natury, podejście do pewnych spraw. A czy to obłuda, czy nie? Tutaj zgadzam się z Darconem.

Czytało się płynnie. Zakończenie fajne :)

Powodzenia!

Saro, bardzo Ci dziękuję! Czekam zawsze na komentarz od Ciebie, bo od razu mam +10 do dobrego nastroju. 

O, to miłe jest. smiley Ostatnio trochę się opuściłam na Portalu, ale już wracam. ;)

 

Fajna historia. Wydaje mi się, że udało Ci się uniknąć przegięcia i sparodiowania księdza i mieszkańców jego parafii, co chyba trzeba zaliczyć na plus. Mam natomiast pewną wątpliwość co do tego nadnaturalnego wątku. Pojawienie się Serratia marcescens właściwie wyklucza sens alternatywnego rozwiązania tajemnicy krwawiącej hostii :) 

I po co to było?

Dobry wieczór syf. Dzięki za odwiedziny. Chciałbym żeby historia była fajna bez wątpliwości. Zakończenie zostawiłem otwarte (taki był przynajmniej plan), więc serratia to jedna z możliwych interpretacji. Tutaj nie ma jedynego właściwego zakończenia. Wszystko zależy od tego, kto w co wierzy :)

Dołączam do grona zadowolonych czytelników. Opowiadanie napisałeś ładnie, narracja płynie, opisy barwne. Dobrze wyszła Ci stylizacja postaci, są wiarygodne. 

Podobała mi się ta próżna monstrancja, wojująca z Hostią, choć nie wiem dlaczego Hostia zaczęła krwawić. Czyżby nienawiść jednak zrobiła jej krzywdę? 

Nie będę się jednak starała robić głębszej analizy, bo wystarczyło mi, że tekst czytało się płynnie a przedstawiona w nim historia mnie zaintrygowała.  

Ciekawa jestem bardzo, kim był intruz w dresie, bo to była chyba najbardziej intrygująca postać. Niemniej moim zdaniem dobrze, że niczego łopatologicznie nie tłumaczysz, pozostawiając pole do popisu czytelniczej wyobraźni.  

Jak dla mnie dobrze wyszło Ci to, o czym Darcon pisał też pod opowiadaniem Kam_mod – poruszając tematykę religijną uniknąłeś pułapki, jaką jest narzucanie czytelnikom własnych poglądów. Zachowałeś pełną neutralność, opowiadając tę historię, którą każdy może interpretować, jak chce. To się chwali. 

Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow, Creeps in this petty pace from day to day, To the last syllable of recorded time; And all our yesterdays have lighted fools The way to dusty death.

Wydaje mi się, że bardzo dobrze oddałeś klimat wiejskiej społeczności. Szczególnie podobało mi się to przekazywanie swojej opinii i zasłanianie się tym, że to tylko ludzie mówią. Podobało mi się również że rysa była zła, ale gdy okazało się, że “krwawi” to nagle wszystko się odwróciło. Czytając te fragmenty przez moment pojawił mi się w głowie “Kult” Orbitowskiego.

Udane są również motywy z personalizacją Monstrancji, choć chyba szkoda, że nie pociągnąłeś tego wątku. Chętnie zobaczyłbym historię w której się to rozwija :)

Ogólnie udany tekst i przyjemna lektura. 

 

Rosebelle, dzień dobry! Zależalo mi na zachowaniu neutralności w tym opowiadaniu, to na pewno. Intruz w dresie – tu się zaniepokoiłem. Bo byłem przekonany, że łatwo na to wpaść? Gość śmierdzi dymem, nie zdejmuje czapki w kościele, sieje lekki ferment, a na koniec ogłasza "cud". No, wiesz na pewno… Dzięki serdeczne za bardzo miły komentarz, bardzo się cieszę, że Ci się spodobało! Serdeczności.

O, czesc Edwardzie! Minęliśmy się komentarzami. Dzięki serdeczne za dobre słowo. Bardzo mnie cieszy Twój odbiór tego opowiadania :)

Łosiocie, no jasne, że rozumiem. te wskazówki, ale wprost napisane nie było :P A poza tym, jaka by nie bywa przyczyna to jednak krwawiąca Hostia to nadal cud…

Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow, Creeps in this petty pace from day to day, To the last syllable of recorded time; And all our yesterdays have lighted fools The way to dusty death.

Żebyśmy się dobrze zrozumieli – chodziło mi o to, że przestraszyłem się, że znowu coś zamaskowałem tak, że tego nie widać w opowiadaniu, często tak robię po prostu. I w ogóle, bardzo Ci dziękuję za nominejszon!!

Ależ proszę, trzymam kciuki za Twoje powodzenie zarówno w zmaganiach o piórko, jak i podium w konkursie, bo Twój tekst świetnie się czyta, jest obrazowy i dziwny, ale nie w taki sposób, że nie można go zrozumieć. To się chwali.

Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow, Creeps in this petty pace from day to day, To the last syllable of recorded time; And all our yesterdays have lighted fools The way to dusty death.

Wraz z nim,o zimne, wypolerowane przez pokolenia wiernych kamienne płyty, grzmotnął z metalicznym brzęknięciem ciężki pakunek.

Brak spacji. 

 

“Autor raczej nobla nie weźmie, ale ostatecznie nawet czyta się nieźle” :) Co prawda nie znam się na weirdach, ale chyba szukałbym w nich raczej takiego niepokoju, uczucia, że to co czytam jest trochę jakby to powiedzieć… porąbane? Tutaj miałem poczucie takiego sielskiego klimatu – przynajmniej na tym pierwszym planie. Może właśnie ten kontrast lekkiego pierwszego planu z obecnością jakiś nieznanych mocy i tego jak wpływają na niczego nieświadomy pierwszy plan i jak z nim koegzystują jest właśnie takie weirdowe. Nie wiem.

Yo Patryku dzięki! Weird, a raczej to, co myślałem że będzie weird, zakopałem dokładnie tam, gdzie napisałeś. Serdeczności!

Ach te wiejskie klimaty, dorastałam w takich :)

Podobało mi się. Ładnie oddałeś klimacik niewielkiej społeczności, w której ksiądz jest jedną z najważniejszych osób. To, co na pokaz musi być perfekcyjne, to co w środku staje się w ten sposób mniej ważne. Z ludźmi podobnie, podwórko ma być wysprzątane, a że mąż leje żonę… ważne, żeby sińców na twarzy nie miała. Gorzkie to trochę.

Wiejski żul w roli biesa też niezły.

Fajne opko :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Irko, supermiło, że wpadłaś ze świąteczną wizytą :)

Dziękuję.

 

– Edmund? – Ksiądz Jan wzdrygnął się, zaskoczony.

Skąd tam nagle ksiądz Jan?

Fajne :)

Przynoszę radość :)

Ksiądz Jan… WTF?! To dopiero zrobiło się dziwnie… Dzięki Anet.

No napisane lekko i całkiem w porządku, ale… Tak zapowiedziałeś te tematy religijne jakby tu jakaś mroczność się czaiła albo poważne dywagacje związane z wiarą. A tymczasem o religii tu niewiele, ona jest tu tylko kawałkiem ilustracji w tle. Tak naprawdę to tekst (albo raczej właśnie bajka) bardzo ładnie i lekko mówiąca o ludzkiej zmienności, o tym, jak łatwo zapominają, ze jeszcze niedawno myśleli co innego oraz o tym, jak prosto sobie wszystko tłumaczą – i pod tym względem tekst zdaje egzamin bardzo dobrze.

Hej wilku-zimowy. Dzięki za odwiedziny i komentarz. Tak, wrzuciłem we wstępie disclaimery. Zrobiłem to dla spokoju ducha (własnego), bo życiowe doświadczenie podpowiada mi, że tematyka religijna często budzi skrajne emocje. Nie mam poczucia (czytelnicy jak na razie też nie), że to opowiadanie jest obrazoburcze, ale krytyczne trochę jest – w stosunku do pewnych ludzkich zachowań. A hiszpańska inkwizycja ma to do siebie, że pojawia się wtedy, gdy nikt się jej nie spodziewa…

Bardzo się cieszę, że spodobało Ci sie moje opowiadanko, dzięki!

Mimo że zdecydowanie fanem tematyki wiejskiej nie jestem, czytało się przyjemnie i lekko. Uwielbiam za to rozkładanie na czynniki pierwsze zachowań ludzkich oraz ich analizę, a to zrobione było tu bardzo sprawnie. I w taki nienachalny, nierażący sposób. Ukazanie obłudy i owczej ślepoty, a więc mówienia i myślenia jak stado, a nie myśląca, mająca własne zdanie jednostka (co w takich wioskach się zdarza, ale na pewno nie jest regułą). W końcu stado też zapewnia bezpieczeństwo. Jednym słowem, ciekawe opowiadanie ci wyszło ;)

Siemanko kasjopejatales, dziękuje za przeczytanie tego opowiadania :) Bardzo się cieszę, że Ci podeszło. Wiejskie realia tu takie raczej naszkicowane, oparte o moje wspomnienia i wrażenia "miastowego", który sporo na wsi czasu spędza (i chciałby więcej).

A ja niestety dusza miejska ;) a na upartego to i leśna. Za to na wsi bywałam i żyłam (przez pewien czas) i niestety nie pod pasowało mi to. Między innymi przez te elementy, które opisałeś/nakreśliłeś w opowiadaniu. Bo ani ja z żadną konkretną religią nie związana, ani nie rozumiem małych społeczności, gdzie wszyscy o wszystkich wszystko wiedzą (matka, co mi tu wyszło?! I nie wiem, czy przecinka tam nie pożarłam).

Bardzo przyjemnie się czytało, jak już ktoś wcześniej zauważył fajnie oddany klimat społeczności wiejskiej i kościoła na swój sposób. Fajny motyw z tą wojenką miedzy monstrancją a hostią.

 

Gdy krzyknął ten Pan o cudzie, to po cichu liczyłem, że Ci parafianie zadeptają tego biednego proboszcza, byle być bliżej, ale im nie wyszło ;(

 

Raz jeszcze gratuluje tekstu ;)

Yamir, dzięki serdeczne :) Proboszcz stratowany przez parafian, to by było niezłe :)

Czoś sze tak w finale nemoczno żrobiło. Pozytotywnie za to.

 

Pomijając powyższe: bies jako lokalny pener, logika wiejskiego (i nie tylko) tłumu i portret społeczności nie nacechowany ocenami plus zgrabnie napisane – bardzo bardzo. Ryba lubi to. Bożenka miszcz.

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Przesympaticzna Ribo, jakże fajosko, że mi tu czytasz, dzięki bardzo. No nie odpaliłem na końcu petardy, fakt. Loncik za krótki :)

Fajnie tak poczuć atmosferę wsi późną wiosną :) Klimat zatem jest idealny, motyw bardzo ciekawy i przedstawiony z niebanalnym pomysłem. Zgodzę się też, że każdy kolejny Twój tekst, który czytam, jest jakby lepszy pod względem wykonania (bo pomysły masz ogólnie wartościowe). Bohaterowie naturalni, dialogi również, takie nieprzesadzone. Dobrze, dobrze :D

Życzę Ci powodzenia w konkursie! :)

Mnie, podobnie jak niektórym, tekst też wydał się mało weirdowy, ale na szczęście to nie ja jestem jurorką, bo przyjemności z lektury mi to nie zmniejszyło. Tekst jest pomysłowy, motywy religijne ogrywa nienachalnie i bez prostactwa, a twórczo i do tego jest sprawnie skomponowany i napisany. Na plus. 

Żongleru, aryo, ninedin, przepotwornie się cieszę z Waszego czytelniczego zadowolenia. Właściwie, to aryi i ninedin, bo Żongler tylko wstawiła adekwatny (!) witraż :) Dziękuję Wam za odwiedziny!

Plus za dobre oddanie klimatu wioskowej parafii i mentalności ludzi. Troszkę baboli w zapisie dialogów, ale nic co by mnie raniło aż do krwi jak tę monstrancję w tekście. Podobało się.

Komentarz o samym opowiadaniu napisałem już wyżej.

Jest fajne, można się uśmiechnąć, dobrze się czytało, ok. No podobało się. Natomiast na chwilę obecną tekst ma dwie nominacje dyżurnych w wątku najlepszych opowiadań miesiąca, czyli będzie rozpatrywane w głosowaniu.

Mam nadzieję, ze tym komentarzem nie zrobię sobie wrogów, nie narobię niechęci itp. Ponadto mam też nadzieję, że nikt nie weźmie tego osobiście, złośliwie itd.

No więc rozumiem, że każdy ma swoje gusta itd. Czy jednak ten tekst jest wyjątkowy, niekoniecznie w obrębie “ogólnym”, chociażby w obrębie “swojej szuflady”, “swojej kategorii”? Myślę, że dobrym testem byłby prosty eksperyment myślowy… Czy gdyby dostęp do każdego opowiadania na portalu był objęty paywallem, to czy nominowane opowiadanie można by polecić jakiejś grupie w ramach zbioru “w pierwszej kolejności coś z tego spisu”? Niekoniecznie ogółowi, gusta są różne, kryteria tego czego szuka się w tekście też, ktoś szuka pięknego języka, ktoś inny światotwórstwa, następny konieczności kombinowania itd. Zwyczajnie jakiejś konkretnej kategorii czytelniczej.

Bardzo chciałbym uniknąć kłótni pod tym komentarzem, bo naprawdę nie chodzi o poddawanie w wątpliwość czyichkolwiek gustów. Raczej właśnie o pewną gradację.

 

Żeby nie było – nadal podtrzymuję, że opowiadanie jest fajne i dobrze napisane. Tylko zwyczajnie nie wiem czym dla jakiejś grupy wybiłoby się jako “to robi wrażenie na dłuuuuugo”. No niby można się doszukać wątku walki złotego cielca z sacrum, ale mam podejrzenia, że ten aspekt nie bł zamierzony, a nawet gdyby był, to w tym przypadku jest to raczej smaczek, niż istotny przekaz.

I znów, żeby nikt nie poczuł się urażony… Nikomu nie odbieram jakości pisania. Znając kilka opowiadań Łosiota (wybacz, Łosiocie, ze w trzeciej osobie, ja tu raczej monolog/marudzenie prowadzę ;)), np. (Nowe Zlodowacenie, czy Na gigancie, wiem, ze Łosiot pisze bardzo dobrze i potrafi zaszyć w tekstach różne smaczki dla spostrzegawczych, gdzie brak wychwycenia tych smaczków nie psuje tekstu.

Tu jednak mamy tekst fajny i tyle. Nie mniej. Czy więcej? być może. Czy na tyle, że w jakimś kryterium (niekoniecznie we wszystkich, jedno starczy) “naj” i spełnia test z wspomnianego eksperymentu myślowego? Może ktoś mnie przekona – nie skreślam tego.

 

PS. No, naprawdę mam nadzieję, że to raczej głos w dyskusji o tym czym są piórka, a czym nie i nikt nie weźmie tego personalnie. co więcej, mam nadzieję, że temat nie zostanie sprowadzony do “gusta są różne”, tylko “w obrębie danej kategorii tekstów”. Z góry wszystkim czytającym ten komentarz dziękuję za uniknięcie niekonstruktywnych wątków :-)

 

Czy gdyby dostęp do każdego opowiadania na portalu był objęty paywallem, to czy nominowane opowiadanie można by polecić jakiejś grupie w ramach zbioru “w pierwszej kolejności coś z tego spisu”?

Oczywiście, że tak. Tagi: realizm magiczny, religia.

 

Realizm magiczny jest na forum w niedoborze, a tym bardziej dobry.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Darconie, z ręką na sercu: czy uważasz, że w kategorii realizmu magicznego i teksów religijnych ten tekst jest wyższą półką i byłbyś gotów go polecić gdyby zgodnie z opisanym założeniem dostep byłby płatny?

Czy ja piszę z niezrozumieniem, czy próbujesz mnie właśnie naciskać do swojej racji? A może to kwestia wiary i Twojego do niej podejścia?

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Czyli jednak przechodzimy do argumentów personalnych?

Plus: czy niedobór czegoś na forum oznacza, że cokolwiek posiadające tag spełniałoby zacytowany warunek?

Tak, Wilku. Twój komentarz też był subiektywny, a ja pytałem na poważnie o podejście do wiary. Myślę, że różne na nią zapatrywania dadzą różne spojrzenia na to opowiadanie. Przynajmniej w części. Napisałem też, że to dobry realizm magiczny. Nie wiem, co mógłbym jeszcze napisać. Chyba nie ma co dłużej ciągnąć dyskusji.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Wilku, zastanawiałam się trochę nad tym, czy nominować to opowiadanie i w końcu się na to zdecydowałam, bo po prostu naprawdę szczerze mi się podobało i naprawdę szczerze uważam, że jest świetne. Ja też nie zgadzam się ze wszystkimi nominacjami do piórka. Nie będę wymieniać, o które teksty mi chodzi, ale czasem mam wrażenie, że niektóre teksty są nominowane (ba, nagradzane) ze względu na autora – niekoniecznie ze względu na jakość konkretnego tekstu. Nie wszczynam jednak debaty, bo rozumiem, że każdemu podoba się coś innego i nie widzę w tym sensu. 

Uważam, że opowiadanie Łosiota wyróżnia się świetną delikatnością prowadzenia wątku fantastycznego i znakomicie oddanym klimatem święta na Polskiej wsi – tak, uważam, że zasługuje na to, by chociaż je rozważyć, choć domyślam się, że większość loży będzie na “nie”. 

Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow, Creeps in this petty pace from day to day, To the last syllable of recorded time; And all our yesterdays have lighted fools The way to dusty death.

Rossbelle, mi nie chodzi o to, czy po nominacji głosowanie na nie. Są teksty, które są na tyle niszowe, że na pióra w głosowaniu szans nie mają, a jednocześnie wyjątkowe w swojej niszy na tyle, że mimo wszystko warto im dawać szansę przebicia się do tego etapu. Zwyczajnie nie potrafię zauważyć (nie "nie zgadzam się" tylko "nie widzę", można z czymś się nie zgadzać, a mimo to zauważać, że istnieją dwie strony danej racji – tutaj mam problem z zauważeniem) owego wskoczenia wspomnianych wątków na wyższy poziom. Wątek religijny ledwo ruszony, wątek wsi napisany bardzo ładnie, na pewno dużo mocniej był choćby w opowiadaniu Gekinary z marcowych nominacji (fakt, że tam jest to zrobione w kompletnie inny sposób, więc jeśli odbijesz to porównanie nieadekwatnością, będzie to trafne).

 

Naprawdę mam nadzieję, że nie odbierasz tego jako atak, bo ja tu usiłuję zrozumieć, nie zanegować. Stąd zresztą zaproponowałem wspomniany eksperyment myślowy – bo jeśli taki teoretyczny paywall tekst w Twoim odbiorze przechodzi – ok, nie ma problemu, widocznie różnica perspektyw, co jest normalną sprawą, zdarza się.

 

Łojej, dzień dobry wszystkim!

 

oidrin: dzięki za przeczytanie i miły komentarz. Znowu coś sknociłem w dialogach? Popacze jeszcze. 

 

wilku: bardzo cenię Twoje komentarze, ale w tym przypadku kompletnie się pogubiłem. Od razu zaznaczę, że absolutnie się nie obrażam tutaj za nic, nie boczę, nie biore do siebie, serio.

 

Ale, nie łapię.

 

1. Czego nie rozumiem?

Tworzenia abstrakcyjnych konstrukcji po to, żeby ustawić na niej tekst i rozważać, jak on się na tej, nieistniejącej konstrukcji, prezentuje. Nie kupuję tego, tym bardziej, że włączyłeś jeszcze w tę konstrukcję element komercyjny. Paywall? Kategorie? Come on, po co?

Doskonale rozumiem, że opowiadanie może być “po prostu fajne”, szczerze powiem – ja naprawdę bardzo się cieszę, że to opowiadanie Ci się spodobało. Jesteś wymagającym czytelnikiem, więc ogólnie pozytywna recenzja to dla mnie bardzo dużo. Rozumiem też, że może Ci tu czegoś brakować, zabrakło mocy, takiego pedigree, które sprawiłoby, że czułbyś jakość w pełni spełniającą Twoje oczekiwania.

Ale nawiązywanie do nieweryfikowalnego potencjału komercyjnego w umownych kategoriach – no tego nie czuję zupełnie. Nie piszę do kategorii, nie piszę pod paywall dla kaski, do grup docelowych.

Tzn piszę, zawodowo, ale nie tutaj, i zupełnie, zupełnie inne rzeczy. 

 

2. Co mnie martwi?

To, że wątek, jak Ty go tu nazwałeś, złotego cielca vs sacrum, uważasz za niezamierzony i przypadkowy “smaczek”. Martwi mnie to, bo jeśli podejrzewasz mnie o przypadkowość w tak istotnych elementach, to chyba bardzo mocno mi coś nie wychodzi. 

Bo, to jest opowiadanie o złotym cielcu właśnie. O absurdalności przedmiotu, jakim w ogóle jest ociekająca złotem monstrancja w obliczu tego, co ma w środku (lub tego, w co się wierzy, że ma). To jest też trochę opowiadanie o idei transsubstancjacji, o tym, czy wiara w nią ma sens, czy w ogóle symbole religijne, mają sens? Czy ludzie modlą się do złotego słońca? Do kawałka ciasta? Do prawdziwego Ciała Bożego? Gdzie w tym wszystkim jest miejsce na Boga?

To jest opowiadanie o cudach i symbolach. Bo na samym końcu, niezależnie od scenariusza – bakterie, czy krew Hostii udręczonej przez złą Monstrancję – dla ludzi to nie ma znaczenia, został ogłoszony cud. Przemiana chleba w Ciało podczas eucharystii jest przecież symbolem. Ale “cudy” z krwawiącymi hostiami pokazują, jak dosłownie takie symbole są traktowane. 

 

Kończąc, wilku:

Rozumiem, że moje opowiadanie może być po prostu udane, i tyle. Dla mnie, wierz mi, to duży sukces i cieszę się z Twojej pozytywnej oceny tego tekstu. Przecież to, że nie dasz Piórka, nie oznacza, że tekst jest zły, no nie?

Nie rozumiem natomiast nakładania na opowiadanie siatki kategorii w wydumanym paywallu po to, by mieć wątpliwość, czy się tam wysoko uplasuje. 

 

P.S.

Pozdrawiam Cię serdecznie i dodam jeszcze, że jeśli w moim komentarzu zabrzmiałem gdzieś wyżej niemiło, oschle lub cokolwiek w tym duchu, to tylko dlatego, że mam małą wprawę w takim komunikowaniu się z ludźmi :)

 

Ok, Łosiocie. Cieszę się, że podchodzisz do tematu neutralnie :)

 

No więc eksperyment myślowy odnosi się do proponowanego sposobu samoweryfikowania oceny. Absolutnie nie uważam tego za “złotego Graala ocen” ;) Raczej jako możliwy sposób ustawiania poprzeczki. Subiektywnej, owszem. Ale jeśli ktoś odpowie na ten eksperyment pozytywnie, to temat jest wyczerpany, nie ma potrzeby już z tym dyskutować. Mnie to wtedy przekonuje, że w ocenie danej osoby tekst jest “bardzo, bardzo”, a nie tylko “dobre”. Czyli inaczej: uważam to jako sposób na ustawianie wysokości poprzeczki, a nie jako zamykanie szuflady. Nic więcej. I nie przekładam tego na potencjał komercyjny, to nie ma wartości metodologicznej, jedynie eksperyment myślowy.

 

Aspekt drugi – jeśli wspomniany wątek był celowy, to zwracam honor. Cóż, jak wiesz, w poprzednich tekstach wychwytywałem te wplecione wątki. Tu zauważywszy go odebrałem inaczej… no bywa.

 

“Przecież to, że nie dasz Piórka, nie oznacza, że tekst jest zły, no nie?” – w żadnym momencie tej dyskusji nie negowałem opowiadania :-)

 

jeśli w moim komentarzu zabrzmiałem gdzieś wyżej niemiło, oschle lub cokolwiek w tym duchu, to tylko dlatego, że mam małą wprawę w takim komunikowaniu się z ludźmi :)

Ło panie, w komentarzu, który zaczął ten wątek stawałem na głowie, żeby nikt nie odebrał wypowiedzi jak narzucanie czegokolwiek, raczej jak przyczynek do dyskusji, a… wyszło jak zwykle. Widać dyplomata ze mnie żaden :-) Tak więc w temacie małej wprawy to chyba ja mam jeszcze mniejszą ;) 

 

Edit: I w sumie sorry, że wątek padł pod opowiadaniem, bo tak po prawdzie to powinien być poruszany raczej w jakimś wątku ogólnym. Gdyby był oderwany od konkretnego tytułu, pewnie rozmowa potoczyłaby się kompletnie w innym kierunku :) 

No właśnie. Wcześniej wychwytywales, teraz nie. Dlatego się zmartwiłem troszkę. Ale, to może być kwestia tematyki. Te kwestie religijne są potrzegane bardzo subiektywnie, chyba mamy akurat tutaj inny kod po prostu.

Myślę, że to mogą być kwestie proporcji obecnych elementów.

wilku-zimowy

 

podjąłeś tutaj ciekawą dyskusję. Ja osobiście mogłabym podpiąć się pod komentarz rosebelle. “Jak Słońce” przeczytałam jakiś czas temu, a swoje pół taka dodałam stosunkowo niedawno, po przemyśleniach i analizie. Podobnie jak rose uważam, że warto zwrócić na nie uwagę. 

Jako że jestem dyżurną, czuję pewną odpowiedzialność za tę decyzję, nie tylko w tym przypadku, ale w każdym. Czasem też, przyznaję, zdarza mi się zgłaszać opowiadanie nie w moim guście ;) , ale staram się docenić, patrzeć na teksty nie tylko przez pryzmat emocji. Te jednak czasem biorą górę. “Podobało się, jest świetne! O Jej… !” itp. Czasem mi to wystarczy. Bywa, że opowiadanie jest pod pewnym względem proste, ale działa na mnie i pozostaje w pamięci. Podziwiam część autorów z forum za warsztat, ale to nie zawsze oznacza, że zareaguję “o kurde, ale to jest dobre!” Są opowiadania, które są świetne technicznie, ale nie wpływają znacząco na mój nastrój. Nie chciałabym też, by doceniano tylko “mocne” opowiadania. Bywa, że wręcz męczące, nie ujmując przy tym zdolności autora. Ja jestem prosta dziewczyna i potrafią mnie często zadowolić rzeczy proste, ale piękne. Nie odnoszę się tutaj bezpośrednio do “Jak Słońce”, raczej ogólnie, skoro wątek został podjęty. 

Ok, do czego zmierzam. 

wilku, zarówno Ty jak i inni jesteście członkami Loży, wybranymi przez społeczność, bo Wam zaufaliśmy. Dlatego wierzę, że decyzje przyznawania piórek podejmujecie słuszne. Dyżurni też mają pewną moc, słyszałam o sytuacji, w której właśnie głos dyżurnego był decydujący, tym bardziej bywa to stresujące :P Ale chyba też niektórzy nie biorą tych piórek bardzo na poważnie. Nie wiem, nie wiem. Trudny temat. Ech…

No więc tego… Nadal uważam, że opowiadanie Łosiota jest godne uwagi i szczerze współczuję Lożanom podejmowania tak trudnych decyzji.

 

Pozdrawiam :)

Saro, jeśli faktycznie tekst zadziałał na Ciebie emocjonalnie bardzo mocno – ok, to jest jasna odpowiedź w tej sprawie (na pewno lepsza niż niedostatek opowiadań pod danym tagiem). Jak napisałem wyżej – nikomu gustów i opinii odmawiać nie chcę. Zwyczajnie chciałem się upewnić, że faktycznie nie doszło tu do “no fajne” (a jak wspomniałem, nie potrafię tutaj dostrzec żadnego aspektu odpowiednio wyśrubowanego, ale może to być po mojej stronie błąd percepcji). Jeśli dla Ciebie tekst jest naprawdę wyjątkowy (powyżej zwykłego "dobrego”) w przynajmniej jednym aspekcie, to sprawa jasna.

 

(na pewno lepsza niż niedostatek opowiadań pod danym tagiem)

Widziałem to.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Opowiadanie przeczytałam, uważam, że jest OK, ale efektu wow we mnie nie wywołało. Końcówka nie była dla mnie do końca jasna, a to nie jest klasyczny weird, w którym byłoby to zaletą, ale może coś przeoczyłam. Bardzo solidna biblioteczna robota, gdyby były “poziomy” biblioteki, to raczej na tę wyższą półkę. Ale, jak dla mnie, nie jest to tekst piórkowy, choć uważam go za jeden z lepiej dopracowanych przez Autora – po prawdzie od strony techniczno-fabularno-narracyjnej za lepszy od “Gdańska” (gdzie nadal uważam, że końcówka jest totalnie niepiórkowo puszczona). Tu całość wybrzmiewa znacznie lepiej, a koncept jest interesujący i intrygujący.

Co do mnie nie do końca przemawia? Nie mam problemu z tematyką, mam też nadzieję, że nie dotrze tu pewien komentator, który miał niedawno poważny problem z tym, że w moim tekście pojawił się wątek profanacji hostii (w kontekście negatywnym, skądinąd). Niemniej przy tym, że dotykasz jakoś tam zagadnień związanych z sacrum, całość wydaje mi się dość płytka – nie żebym uważała, że tematy religijne wymagają od razu od literatury głębi. Nie potrafię tak naprawdę dobrze wysłowić, czego mi tu brakło – może, skoro już wprowadzasz ten wątek, co jest przedmiotem adoracji, to więcej na ten temat? (Nie, nie lubię rozkminów teologicznych w fantastyce… wszystkie moje komentarze pod twórczością tsole o tym krzyczą). Bo poza tym jest spoko: fajny małomiasteczkowy klimat, nieźle uchwycone typy ludzkie, dziwaczny układ między naczyniem i zawartością, że tak powiem. Może więcej weirdu wynikającego z tych sporów?

Z rzeczy “realnych” czy też prawdopodobieństwa – nie wierzę, żeby ksiądz nie starał się tej pękniętej szybki wymienić…

 

A teraz przechodząc do wątku wilka [sorry, też uważam, że taka dyskusja powinna być gdzie indziej (i nawet jest wątek piórkowy w HP, tylko trochę zdechł), ale jeśli ktoś chce zobaczyć, jak wygląda naprawdę niemiły, histeryczny atak na opowiadanie pod pozorem obiektywnej dyskusji o piórkach, zapraszam pod mój tekst “Noir” – w porównaniu z tym, co tam wyczynił Cień Burzy, tu naprawdę poszło z pełną kulturą]:

Podobnie jak rose uważam, że warto zwrócić na nie uwagę. 

Jak dla mnie to nie jest równoważne z nominacją piórkową. I dlatego bardzo bym chciała, żeby było więcej poziomów wyróżnień albo traktowane poważnie wątki z polecankami.

 

Są teksty, które są na tyle niszowe, że na pióra w głosowaniu szans nie mają, a jednocześnie wyjątkowe w swojej niszy na tyle, że mimo wszystko warto im dawać szansę przebicia się do tego etapu.

Tu się w 100% zgadzam. Wniosek jak wyżej…

http://altronapoleone.home.blog

Cześć drakaino, no bardzo mi miło, że opowiadanie jest ok! Dalej komentarza nie czytam :P

Ej, dalej jeszcze możesz, potem piszę, od kiedy zaczyna się wątek wilka ;) I nie piszę tam nic strasznego.

http://altronapoleone.home.blog

Pssst, myślę, że Łosiot użył ironii dla rozładowania klimatu ;) 

<już siedzę cicho>

http://altronapoleone.home.blog

Wiecie co, no bo jest tak, że z tymi Piórkami to łatwe nie jest. Sam niezwykle rzadko nominuję, i robię to intuicyjnie. Dostałem Piorko za tekst, który jest u mnie, w moim rankingu, niżej niż teksty, które go nie dostały. Czy Piorka coś zmieniają? Nie. Costam weryfikują, to na pewno. Dają radochę, o tak. Ale chciałbym żebyście pamiętali jedna rzecz, drodzy lożanie. W Waszej "pracy" najważniejsze nie są Piorka, a Wasze krytyczne komentarze, dzięki którym ofiara ;) może następne opowiadanie napisać lepiej. Oczywiście, nie tylko lożanie mają tę moc,wiadomo. Pozdrowaski.

Mogę tylko odpowiedzieć: tak :-)

https://g.co/kgs/e5gfCR

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Dostałem Piorko za tekst, który jest u mnie, w moim rankingu, niżej niż teksty, które go nie dostały

Witaj w klubie :/

http://altronapoleone.home.blog

Też tak mam. Łaska Loży pstrym zaprzęgiem jeździ.

Babska logika rządzi!

<gif z maszyną losująca> :)

W tym miesiącu będę komentować nieco krócej – wybacz, Łosiocie.

 

To opowiadanie nie jest dobre, jest świetne – po tysiąckroć warte swojej nominacji.

 

Matko kochana, jakim to jest językiem napisane. Trafiło się parę zdań, przy których mnie w sercu ścisnęło z przyjemności. Jakbyś mi opowiadał bajki na dobranoc, to bym płaciła za nie w złocie.

Technicznie – gdzieś ci się trafił przecinek zamiast spacji i parę drobnych usterek, ale czytałam przed snem i teraz nie mogę znaleźć.

Ślicznie oddajesz charaktery – Bożenka i Marcin są prawdziwi i wyraziści, co się szczególnie chwali w tak niewielkim formacie. Mówią różnymi językami, żyją w innych światach. O dziwo, równie dobrze wyszło ci to w rozmowach Hostii z Monstrancją – obie były pełne emocji i dynamiczne. Brawo.

 

Jako czytelniczka jestem w pełni usatysfakcjonowana.

Jako lożanka – już nie. Czytając to opowiadanie jako piórkowe, rzuca mi się w oczy brak wyraźnej historii. “Jak słońce” to zbiór pięknie opowiedzianych obrazków z mocnym, prawdziwym przesłaniem. To opowiadanie jest perełką w swoim rodzaju, ale taki przyznaję tekstom, które mogłyby być wizytówką portalu dla nowych użytkowników – materiałem, z którego można się uczyć na wszystkich polach. W moim odczuciu “Jak słońce” tego wymogu nie spełnia.

 

Co nie zmienia faktu, że z lektury byłam bardzo zadowolona. Czytałam z przyjemnością :)

www.facebook.com/mika.modrzynska

Rany, kam, jak Ty potrafisz jednym krótkim komentarzem zamienić lokdałnowy poniedziałek w… bardzo miły lokdałnowy poniedziałek! Ale teraz, przez Ciebie, zamiast pracować, pewnie będę cichcem pisał (zacząłem coś jakiś czas temu ale spadła mi jakoś motywancja).

Bardzo Ci dziękuję :)

 

Do Piórek postanowiłem sobie jakiś czas temu podchodzić na chłodno, jako Lożanie macie swoje kryteria, bądźcie im wierni, fajnie, że to w ogóle działa i budzi takie emocje (to a propos trwajacej dyskusji, na którą sobie zerkam). Zgarnąłem już kilka nominacji i jestem beneficjentem tego systemu, bo Loża wpada z komentarzami. Niech to trwa :)

 

Mam jedno pytanie, po prostu, obiektywnie, poza kontekstem piórkowym. Napisałaś o “braku wyraźnej historii”. To mnie trochę niepokoi.

Poniżej wyjaśniam, znasz mnie już i wiesz, że nigdy nie jestem pewien tego mojego pisania zbyt pewien, wolę sprawdzić. Aha, pytanie: czy poniższe widać w tekście?

 

Bo, może niespecjalnie ostra i spektakularna – ale historia miała być o taka:

 

Prosty proboszcz spełnia marzenie swoje i parafian z małej wioski i kupuje wypasioną monstrancję. Przywozi ją z miasta, rowerem, bo chciał sam, bo chciał poczuć, że robi coś ważnego. 

Monstrancja, byt dumny i piękny, pęka w wyniku upadku. Słyszy rozmowy, w których okazuje się, że ludzie nie podziwiają jej tak, jak powinni, że nie są zadowoleni, chcą ją naprawić albo wymienić. Ani ksiądz Marcin, ani parafianie, nie mogą się w pełni nacieszyć tym skarbem.

Co więcej jeszcze – monstrancja dowiaduje się, że nie jest w całym show najważniejsza. Że musi się z kimś dzielić. Ze skromnym, okrągłym, czipsem! 

Budzi się w monstrancyji nienawiść, a przygląda się temu i po cichu podkręca to wiejski bies. 

Monstrancyja wyżywa się na Hostyji i bidulę zadręcza. 

 

Zakończenie – jak kto chce i czuje, ja mam takie do wyboru:

- Udręczona Hostia krwawi – nagle to, co do tej pory było abstrakcyjnym symbolem – przemiana chleba w Ciało, dzieje się tu i teraz. Parafia ma swój cud. Tylko, że to cud, który po cichu zainspirował bies. Cud, za którym stoi cierpienie zadawane z nienawiści (tak, można kojarzyć głębiej :). 

 

– Bakteria. Nawet jeśli to wykwit serratia marcescens– to nieważne. Parafianie będą wierzyć w swój cud, a Monstrancja urządziła Hostii piekło.

 

W obu powyższych wariantach wygrał diabeu :P

 

Tyle, w uproszczeniu. Nie chodzi mi o ocenę wyrazistości tej historii, tylko o to, czy się gdzieś nie pogubiłem i powyższe widać w tym moim opowiadaniu?

 

serdeczności, kam,

Łosiot

 

 

 

Widać; zrozumiałam 100%.

Zakończenie – rozważałam cud, ostatecznie bardziej przychyliłam się do wersji z bakterią. Ale nie to było ważne.

Mimo wszystko uważam tekst za kilka scen: ksiądz robi zakupy, przewraca się, idzie na ploteczki do sąsiadki. Może podświadomie preferuję teksty z większą ilością akcji? Albo zbyt mocno skupiam się na części obyczajowej?

 

Do Piórek postanowiłem sobie jakiś czas temu podchodzić na chłodno, jako Lożanie macie swoje kryteria, bądźcie im wierni, fajnie, że to w ogóle działa i budzi takie emocje (to a propos trwajacej dyskusji, na którą sobie zerkam).

 

Tak, jest to z pewnością utrudnieniem, że w loży zasiada dziewięć osób, każda o innych poglądach i gustach. Trudno o jedno stanowisko. Bardzo mi przykro, że rykoszetem oberwałeś także pod swoim opowiadaniem, bo kwestionowanie cudzej nominacji nie jest właściwym zachowaniem – a już szczególnie nie pod twoim tekstem.

www.facebook.com/mika.modrzynska

OK, ważne, że ogarnąłem tę akcję klarownie. I, jasne, kumam, tutaj się niewiele dzieje, trafnie to Finkla ujęła pisząc, że to “statyczna historia”. 

 

A owszem, miałem taką myśl, żeby odnieść do tego opowiadania krążące sugestie o pochopnych i zbyt licznych nominacjach, ale pogoniłem ją w pierony :)

I jestem “moim” nominującym niezmiernie wdzięczny!

Zgrabny tekst, z emocjami, z pomysłem i z klimatem. Tematów religijnych fanką nie jestem, ale tutaj ten motyw rozegrałeś bardzo umiejętnie, opowiadanie czytało się przyjemnie, bez zgrzytów. Podoba mi się, że wieś i sam ksiądz nigdy nie dowiadują się prawdy. Pozostawia to wrażenie satysfakcji. Bohaterowie też zbudowani są żywo.

Zostaw ten żyrandol.

Dziękuję bardzo Verus! Pozdrowaski.

Podoba mi się, że skłóciłeś ze sobą monstrancję i hostię, bo pomysł to tyleż absurdalny, co zabawny. Społeczność wiejską też pokazałeś całkiem jak żywą, a zwłaszcza ksiądz i gosposia zaprezentowali się naprawdę dobrze.

Nie lubię tematów religijnych, ale w tym opowiadaniu jakoś mi to nie przeszkadzało, bo rzecz została przedstawiona taktownie i z umiarem, więc mogę powiedzieć, że czytało się całkiem nieźle, choć wykonanie mogłoby być lepsze.

 

– Na wieki wie­ków! – Od­wza­jem­nił po­zdro­wie­nie… ―> – Na wieki wie­ków! – od­wza­jem­nił po­zdro­wie­nie

 

wszedł w czerń por­ta­lu skry­wa­ja­ce­go okute drzwi. ―> Literówka.

 

zgrzyt­nął stary, lecz do­brze na­oli­wio­ny zamek… ―> Czy dobrze naoliwiony zamek zgrzyta?

 

że się za­czną mo­dlić ję­zy­ka­mi”– naj­pierw… ―> Brak spacji po zamknięciu cudzysłowu.

 

która peł­ni­ła także rolę rolę domu pa­ra­fial­ne­go… ―> Dwa grzybki w barszczyku.

 

– Pani Bo­żen­ko? – Po­wtó­rzył. ―> – Pani Bo­żen­ko? – po­wtó­rzył.

 

Pod­nio­sła oczy i spoj­rza­ła za okno… ―> Pod­nio­sła oczy i spoj­rza­ła przez okno

By spojrzeć za okno, należy do niego podejść, otworzyć i wychylić się zeń.

 

Abo, mon­stran­cję pięk­ną… ―> A bo mon­stran­cję pięk­ną

 

Mar­cin cze­kał więc więc cier­pli­wie. ―> Dwa grzybki w barszczyku.

 

Godzi się w ta­kiej, uszko­dzo­nej, ciało chry­stu­so­we ad­o­ro­wać… ―> Godzi się w ta­kiej, uszko­dzo­nej, Ciało Chry­stu­so­we ad­o­ro­wać

 

Wi­dzie­li przed sobą… ―> Piszesz o monstrancji i hostii, a te są rodzaju żeńskiego, więc:  Wi­działy przed sobą

 

– Ale, pan to chyba nie stąd? – spoj­rzał na… In­tru­za… ―> – Ale, pan to chyba nie stąd? – Spoj­rzał na… in­tru­za

 

wy­szedł z ko­ścio­ła. Osłu­pia­ły ksiądz Mar­cin zo­stał w ko­ście­le… ―> Powtórzenie.

 

Drob­ne dło­nie sy­pa­ły płat­ki dzi­kich róż, for­sy­cji i pi­wo­nii… ―> W czasie Bożego Ciała forsycje już nie kwitną. Forsycje przekwitają właśnie teraz.

 

Raz za razem, jak ciosy pej­cza. ―> Raczej: Raz za razem, jak smagnięcia pejcza.

 

od­rze­kła Pani Bo­żen­ka. ―> …od­rze­kła pani Bo­żen­ka

Zwroty grzecznościowe piszemy wielka literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

 

– Ale lu­dzie, co mówią? – ksiądz Mar­cin za­brał się za drugi ka­wa­łek droż­dżo­we­go. ―> – Ale lu­dzie, co mówią? – Ksiądz Mar­cin za­brał się do drugiego kawałka droż­dżo­we­go.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hej regulatorzy, dzięki za odwiedziny u mnie i łapankę. Nie wiem, skąd u mnie te powtórzenia powtórzenia? Poprawie te wszystkie wtopy i błędy błędy, Pozdrawiam bardzo bardzo.

Bardzo proszę, Łosiocie. I ja nie wiem, skąd one u Ciebie, ale mam nadzieję, że się nie powtórzą. ;)

Moc serdeczności.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dostałem Piorko za tekst, który jest u mnie, w moim rankingu, niżej niż teksty, które go nie dostały.

Nie czytałam wszystkich Twoich tekstów, ale Gdańsk nominowałam i byłam bardzo zadowolona, gdy opko dostało Piórko. To była niby prosta historia, ale miała niesamowity klimat. Niesamowicie oddałeś samotność kierowcy. Czasem jadę samochodem do pracy, jest piąta rano, pusta droga i tylko czasem mija mnie jakieś auto. Jeszcze jestem nie całkiem dobudzona i mam poczucie odrealnienia świata i wtedy mi się przypomina Twoje opko :)

Jak słońce tak na mnie nie podziałało. Tekst mi się podobał, dostrzegam to, co chciałeś powiedzieć, a przynajmniej tak mi się wydaje ;) Ale nie utkwiło mi w pamięci tak, jak Gdańsk. Nie było w tym wypadku tego efektu Wow!

To dobry tekst, biblioteczny i to z wyższej półki, ale moim zdaniem to nie jest tekst piórkowy.

 

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Hej Irko, dzięki za rozpatrzenie wniosku nominacyjnego ;) i komentarz. Efekt Wow! wydaje się sensownym kryterium piórkowatości, rozumiem Twoje podejście i chyba sam miałbym podobne.

 

Opowiadanie podoba się Tobie i pozostałym czytelnikom, więc jestem zadowolony.

Później, łkając i roniąc łzy rozpaczy, dorysuję sobie kolejne już Piórko na ekranie flamastrem i wyjdę jakoś na prostą 

 

:P

Sprawnyś, drogi Łosiocie, pisarsko niesamowicie. Postacie, które wymyślasz, klimat który budujesz, zdania, które konstruujesz powodują, że lektura Twych tekstów jest samą przyjemnością, niezależnie, czy opowiadanie zachwycałoby wielowarstwową głębią niczym atmosfera Jowisza, czy też traktowałoby o dupie Maryni. I zauważalne tylko dla Reg potknięcia w ogóle nie psują efektu. 

Ale o tym już wiesz, nie będę Ci znów kadził, bo obrośniesz w piórka (eee… to powiedzenie chyba kiepsko tu pasuje… oczywiście, jak najbardziej życzę Ci, byś obrósł). Do rzeczy więc:

Znakomity obraz wsi przez pryzmat ciekawej postaci młodego, zaangażowanego księdza. Fajny pomysł na konflikt uosobionych Hostii i Monstrancji, ładnie uwypuklający płytkość (uwypuklający płytkość – he, muszę to zapamiętać ;-)) I złotocielcowość ludowego katolicyzmu. Do tego zachowałeś klasę i powstrzymałeś się od nachalnej krytyki religii jako takiej. Dobre, nawet bardzo dobre. 

Tyle, że to jednak za mało na piórko. Nie wymagam od piórkowego tekstu, by zapierał dech i był, przepraszam za wyrażenie, zajebisty na całej linii. Chcę, żeby każdy element utworu był bardzo dobry (tak jak tutaj) ale przynajmniej jeden (styl, pomysł, treść, kompozycja, język, takie tam) był w jakiś sposób wybitny i pozostawiał niezatarte i niezapomniane wrażenie. Tu nie dostrzegłem niczego outstanding.

Sorki, że tak krótko i pobieżnie – przy tylu nominacjach czuję się jak nauczyciel w przepełnionej klasie – każdemu uczniowi mogę poświęcić minutę, czterdzieści sekund i sześć setnych z lekcyjnego czasu. Jeśli chcesz, bym w bardziej rozbudowany i dogłębny i jasny sposób uzasadnił swoje NIE, daj znać, a z pewnością wrócę. 

Pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

O, Thargone z kolejnym komentarzem, od którego japa mi się cieszy od ucha do ucha :)

Dzięki za te pochwały, dzięki bardzo. Wiesz co, ja bym chętnie, ja będziesz miał trochę luzu, podyskutował o tym, czego temu opowiadaniu brakuje. Bo oddając je na pastwę portalu, miałem takie poczucie, że nie do końca wszystko mi tu wyszło. Brakuje tu mocy, nie wiem dlaczego. Chciałem, żeby ta relacja między Monstrancją i Hostią budziła więcej emocji, żeby czytelnik czuł okrucieństwo i nienawiść z jednej strony, poczucie osaczenia i bólu z drugiej. I chciałem, żeby finał robił wrażenie, a jakoś tak to wszystko się rozlazło. 

Jeśli rzeczywiście chciałeś, żeby ta relacja Monstrancja – Hostia mocno wybrzmiały z siłą, nienawiścią i bólem, to rzeczywiście się nie udało. Może za dużo w opowiadaniu tej sielankowości wiejskiej, a za mało miejsca poświęciłeś płaszczyźnie symbolicznej/duchowej, reprezentowanej przez spersonifikowane symbole religijne. Pojawiają się tylko na chwilę, gdzieś z boku. Główna historia dzieje się gdzie indziej.

Jestem na NIE, ale z pewnym “bólem serca”. Bo napisałeś to opowiadanie na płaszczyźnie słowa, zdania, obrazów, opisów świata i zachowań ludzkich, budowania scen, na wysokim poziomie i utrzymałeś ten poziom przez większość tekstu (przydarzyły się jakieś małe i lekkie doliny)

Jak wszyscy zgodnie podkreślają, bardzo ładnie nakreśliłeś obraz wiejskiej społeczności, jej mentalność oraz ładnie namalowałeś ten wiejski, a przy tym bardzo polski krajobraz. Stworzyłeś też bardzo żywe i sympatyczne postacie: księdza i Bożenki (oczywiście są też nieco sztampowe, ale mają przecież do odegrania dosyć proste role), oraz wymyśliłeś „fajnego” diabła "z okolic Białegostoku". Pewnie fana disco polo, w dresach, czapeczce, z petem w zębach. Wypisz wymaluj obrazek kipera z byłego pegeeru.

Zatem językowo, stylistycznie, warsztatowo jest naprawdę dobrze i to chyba najlepiej napisany tekst Łosiota, jaki czytałem. Tutaj pióro już nie drży i widać, że Autor jest pewny swoich umiejętności i wie jak się nimi posługiwać.

Gorzej jest niestety w warstwie fabularnej. Konstrukcja czy kompozycja tekstu, jak już wspomniałem, kuleje według mnie tylko w kontekście tej wycofanej i zaniedbanej prezentacji konfliktu Monstrancja-Hostia. Ale całość jest według mnie fabularnie… nieznaczna. Mamy kilka ładnie zarysowanych scenek, takich telewizyjnych/serialowych obrazków z życia małej parafii. Niestety przewodni motyw czy raczej główny nurt historyjki zdają się błahe, niepoważne, i mało odkrywcze. Jeśli więc głębi i sensu nadawać miał wspomniany konflikt "symboli" i tam ukryłeś przesłanie tekstu – to wyszło to dosyć słabo, niewyraźnie i jakby mimochodem.

Zakończenie, ujęte udaną klamrą i bardzo dobrze napisaną sceną, tez nie daje pełnej satysfakcji. Ok. Diabeł namieszał, dał ludziom cud, za cenę diabelskiej niewoli Hostii otoczonej nienawiścią i krwawiącej z bólu. To wszystko są mocne rzeczy, ale nie wybrzmiewają z należytą siłą. Rozmazane tym "happy endem", bakterią, przymrużeniem oka, z jakim opisałeś poczciwego księdza i jego gosposię.

I na koniec. Szczerze powiedziawszy, nie widzę tutaj żadnego weird. Powiem więcej: nie widzę tutaj fantastyki. Tło mamy wybitnie obyczajowe, diabła się tylko domyślamy (ale czy na pewno?), a motyw Monstrancja-Hostia to przecież alegoria spersonifikowanych przedmiotów jak z bajki. Czy teksty alegoryczne są jednak fantastyką? Czy przypowieści są fantastyką? Czy personifikacja kielicha i opłatka to już fantastyka? Nie sądzę.

Wraz z nim,o zimne

– Nadal tego nie poprawiłeś.

 

Drżenie. Czy to zmęczone mięśnie trzymających ich w górze rąk? Czy gniewu?

 

Tutaj coś mi strasznie zgrzyta w sensie i gramatyce.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Cześć mister! Po pierwsze, bardzo się cieszę, że masz tyle dobrego do powiedzenia o moim pisaniu. Wkładam w to sporo wysiłku i ambicji, miło widzieć, że jakoś to zaczyna wyglądać. Totalnie rozumiem Twoje i innych NIE, choć zachodzę w głowę, jak pisałem już wyżej, dlaczego to opowiadanie spaliło na panewce? Myślisz, że to dlatego, że w głównym wątku nie biorą udziału ludzie, więc siła rzeczy od słabiej wybrzmiewa na "ludzkim" tle? Weird – tak, wiem :) Dzięki za dotarcie do mojego teksu w tym gąszczu nominacji, pozdro.

Oho, mamy i ojca Mateusza w wersji weird. ????

Opowiadanie jest napisane płynnie i sprawnie (choć moim zdaniem przydałaby się odrobina indywidualizacji języka), natomiast sam pomysł według mnie do najoryginalniejszych nie należy; widząc hasło „monstrancja” od razu spodziewałam się krwawiącego opłatka, który koniec końców dostałam. Odniosłam też wrażenie, że w kreowaniu fabuły przyjąłeś strategię raczej zachowawczą (z obawy przed przeszarżowaniem z motywem religijnym?). W efekcie monstrancja, choć może nieszczególnie miła, w moim odczuciu nie jest aż „monstrualna”. Ten przymiotnik ma dwie konotacje:

 „1. olbrzymi, wielki, dużych rozmiarów;

2. straszliwy, potworny, odrażający”

Nie zasugerowałeś w tekście, by monstrancja osiągała nienaturalne dla tego instrumentarium sakralnego rozmiary. W kwestii jej „usposobienia”, jak już mówiłam – można było to trochę podkręcić, nasycić jadem.

Na plus wybrzmiały wypowiedzi bohaterów stylizowane na „typową gadkę baby ze wsi” – wyszło to bardzo naturalnie, bez przesady w żadną stronę.

Siemka Wiktorze. Dzięki za komentarz, z którym się zgadzam :) I fajny konkurs. I w ogóle, serdeczności :P

Wyszedł chyba moralitet. Weirdu tu raczej nie ma, tekst jest zbudowany na alegorii hostii i niewdzięczności (?) prostych ludzi na uszkodzoną boskość; ludzkie słabości, które pozostają ludzkie, nawet przed boskim obliczem – wystarczy chwila nieuwagi, by szybka pękła, czyli wystarczy odrobina, by zgrzeszyć. Tak to rozumiem, choć na miejscu księdza nie pędziłabym nocą przez mgłę starym składakiem wioząc coś tak cennego.

"Miałeś chamie złoty róg", choć może ksiądz Marcin chamem nie był – albo był ("nieprzystojne" żarty, bluzgi). Poruszasz problemy zazdrości, niesprawiedliwości, ślepoty człowieka; nie są nowe, ale całkiem świeżo podane.

Podoba mi się kontrast podniosłej chwili pojawienia się krwi na hostii oraz wyborności drożdżówki. Fajny heroikomiczny element. Szczęśliwe zakończenie nieco zbyt idylliczne, nieco za proste.

Hejoo, Żongler. Coś tu wyszło, sam nie wiem co, na pewno nie łird, nie zawsze mam kontrolę nad efektem końcowym tego, co piszę. Dzięki za komentarz!

Nowa Fantastyka