- Opowiadanie: sy - Auris diabolica

Auris diabolica

Hasło: “diabelskie ucho”

 

Pierwsza przygoda z weird, mam nadzieję, że nie ostatnia. Opowiadanie inspirowane dziełami głównych przedstawicieli filozofii egzystencjalizmu, osoby zarażone niepoprawnym optymizmem są proszone o wzięcie tego pod uwagę.

 

Za betę dziękuję ****, Królowej Poprawek i lk, Cesarzowi Niesamowitości. Za pomoc w tłumaczeniu na łacinę – niezastąpionej ninedin.

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Auris diabolica

Od zawsze żyłem w przeświadczeniu, że przyszedłem na świat tylko i wyłącznie po to, aby doświadczać udręki. Zdawałoby się, że żywot mój stanowi pewnego rodzaju upiorny eksperyment, być może nawet zakład o to, ile chwil pełnych cierpienia jest w stanie doprowadzić człowieka do absolutnej, ostatecznej rozpaczy przy wszelkich założeniach dotyczących mojej osoby. I dopóki nie umrę, w niepowszechnym znaczeniu tego słowa, przypuszczałem, że zakład ten będzie trwał. Tak też zresztą mówiła mi matka.

– Dowiedziałam się, gdy byłam w ciąży – powtarzała – że nie dadzą ci spokoju do śmierci.

Ostatnie słowo wypluwała z siebie nagle i cicho, jakby nie chciała, żebym je dosłyszał.

Męczące mnie schorzenie, nazwane przez lekarzy auris diabolica, co znaczy diabelskie ucho, zostało określone jako ekstremalne rozwinięcie przypadłości dosięgającej większości ludzi. Niemal wszyscy doświadczali słyszeń, to oczywiste; niektórzy kilkadziesiąt razy w ciągu życia, inni raptem kilkakrotnie. Ci dotknięci największym szczęściem nie słyszeli niczego. Natomiast do mojego, sprecyzowałbym, lewego ucha, odkąd sięgałem pamięcią trafiały setki, tysiące głosów, skumulowanych w jeden głośny tumult obrzydliwych wyrażeń, których nie śmiałbym przytoczyć w towarzystwie obyczajnego człowieka.

Z oczywistych względów wymieniona przypadłość powodowała u mnie wysoki stopień upośledzenia. Miałem poważną wadę słuchu, właściwie dyskwalifikującą słyszenie znanego mi świata, nie porozumiewałem się werbalnie, a wszelki kontakt utrzymywałem poprzez pisanie krótkich wiadomości, choć i to bywało czasem utrudnione z powodu ciągłego rozproszenia myśli. Ponadto cierpiałem na permanentną migrenę, nerwicę, chroniczne bóle żołądka, wahania nastroju i apatię.

 

Wiek niemowlęcy był nader niespokojnym okresem mojego życia. Od zaczerpnięcia pierwszego oddechu płakałem, płakałem i płakałem, chcąc zagłuszyć głosy wypełniające mój nieświadomy jeszcze wtedy wielu rzeczy umysł. Nie pomagał uspokajający ton, kołysanie, ani pieszczoty. Zbawienne dla otoczenia okazywały się krótkie chwile, kiedy zamykano mi usta sutkiem z płynącym, gorącym mlekiem.

Pierwszą próbę odurodzenia mnie matka podjęła, gdy miałem dwa tygodnie. Można było się spodziewać niepowodzenia; jej podbrzusze, wciąż osłabione i okaleczone ciężkim porodem, zaprotestowało. Zdołała umieścić w sobie ledwo główkę.

Z drugą i ostatnią próbą zwlekała, aż nie skończyłem trzech miesięcy. I ten wysiłek nie przyniósł oczekiwanego skutku przez wzgląd na niewłaściwą wagę wywołaną przekarmieniem. Matka jednak była wówczas bardziej zdeterminowana do tego, aby na nowo połączyć moje skurczone ciało ze swoim, i zanurzyła mnie aż do łokci. Utknąłem, lekarz więc musiał na nowo przeprowadzić poród.

– Odurodzenie to trudna, niepraktykowana sztuka ze względu na zbyt duże ryzyko dla kobiet – tłumaczył matce, próbując ją przekrzyczeć. Wyszarpywał mnie kleszczami z jej dróg rodnych dobrych kilkanaście minut. – Mogła się pani zabić.

Tamtego dnia moje jestestwo nie tylko nie uległo trwałemu zatarciu, lecz, ku rozpaczy rodzicielki, wręcz przeciwnie, zapuściło mocniejsze korzenie. Przyszedłem na świat po raz drugi; ponownie zmuszono mnie do przebycia tej samej drogi, pełnej ciemności, bólu, ciasnoty i strachu. Na końcu zaś, zamiast ciepłych ramion i spojrzenia rozświetlonego łzami radości, czekała mnie jedynie zapowiedź nieszczęśliwego życia.

 

•  •  •

 

Nieustannie towarzyszyło mi przeświadczenie, że przypadłość diabelskiego ucha jest w jakiś sposób powiązana z miastem, w którym przyszło mi egzystować. Zdążyłem dobrze je poznać, przede wszystkim podczas spacerów na trasach prowadzących do domu prywatnego nauczyciela, a w późniejszych latach, do Urzędu Miejskiego, gdzie dostawałem pisma do zredagowania za niewielkie wynagrodzenie, dzięki któremu mogłem wynająć pokój w sutenerach w dzielnicy o przyzwoitej reputacji.

Zagłębiałem się w klaustrofobiczne ulice, spoglądałem na sklepowe witryny niezmiennie straszące pokrytymi grubą warstwą kurzu, połamanymi meblami. Gdzie się teraz znajdowali ich właściciele? Miasto otulał zimny spokój, czego mu wręcz zazdrościłem. Czasami, o odpowiedniej porze, kamienice stawały się niższe, a wtedy dostrzegałem niebo uwięzione w duszącym uścisku nieruchomych chmur. Na ogół jednak wszystko ponad głowami mieszkańców przybierało barwę krwistego karmazynu.

 

Ze społecznością wypracowałem swoisty konsensus, przy czym pomocna okazała się być powszechna sympatia do mojej nieżyjącej matki. Nikt chyba nie liczył, że będę żył tak długo, nawet zajmujący się mną lekarze. Wielu spodziewało się, że mój zbolały wyraz twarzy zwiastuje rychłe samobójstwo już we wczesnym dzieciństwie, kiedy jednak ono nie nastąpiło, większość postanowiła wesprzeć mnie w trwaniu. Ich cicha pomoc głównie przejawiała się drobnymi uczynkami takimi jak podarowanie odrobiny chleba, zupy czy mleka lub sprawdzenie samopoczucia, gdy dolegliwości nasilały się na tyle, że nie byłem w stanie opuścić pokoju bez szkody dla siebie. Twarze sąsiadów wyrażały tylko uprzejme zakłopotanie, niejako dyktowane obawą, że zapytanie o kondycję psychiki i ciała naruszyłoby moją prywatność.

Odmienna sytuacja dotyczyła dzieci, chłopców na posyłki na usługach rodzicielek, tak jakby dostarczenie porcji obiadu dawało im niezbywalne prawo do domagania się zaspokojenia ciekawości.

– A dowiedziałby się pan, gdzie zniknęła moja siostra? – wykrzyczał kiedyś malec, który mógł być zapożyczony z puli najprzeciętniejszych malców świata. – Ani ja, ani mama, ani tata, nikt z nas nie słyszy, może pan mógłby…

Dwa kwadranse zajęło mi napisanie wiadomości.

 

„W natłoku różnych wieści nie posiadam zdolności uchwycenia jakichkolwiek konkretów, a jeśli nawet, mogłyby one okazać się wierutną bzdurą łamiącą serca twoje i twoich rodziców”.

 

Z racji, że ten nie umiał czytać, zaaferowany schował kartkę do kieszeni, chcąc później pokazać ją w domu. Gdy wychodził, przez lewe ucho dotarła do mnie przytłaczająca salwa okrutnego śmiechu. Trwała ona jedną niespokojną chwilę. Czas nie miał znaczenia.

– Próbował je pan odciąć? – Innym razem stała przede mną dziewczynka w nieco dojrzalszym wieku, niż wspomniany wcześniej chłopiec.

Napisałem więc zgodnie z prawdą, że owszem, nawet kilkakrotnie, lecz za każdym razem proces odrastania ucha przysparzał mi mnóstwa fizycznego bólu. Odeszła, kręcąc głową z politowaniem.

– A wie pan, w którym miejscu znajduje się źródło?

Głos nie należał do dziecka i długo zastanawiałem się, z czyich ust padło to pytanie. Tamtego dnia nasilenie mojej niedyspozycji osiągało apogeum; obezwładniająca drętwota nie pozwoliła mi na opuszczenie łóżka ani tym bardziej na sprawdzenie, kto mnie wtedy odwiedził. Mimo to usłyszałem jeszcze raz:

– Wie pan, w którym miejscu znajduje się źródło?

A następnie:

– Dlaczego pan sobie po prostu nie odbierze życia?

Zaraz po tym rozległ się dźwięk zamykanych drzwi, jakby ten ktoś wcale nie był zainteresowany odpowiedzią.

 

•  •  •

 

Zaciśnięcie pętli na szyi nie przyniosłoby satysfakcjonującego dla mnie skutku, ba, wręcz przesadnie dbałem o to, aby nie ulec żadnemu poważnemu wypadkowi. Strach przed śmiercią towarzyszył mi od zawsze, bo od zawsze wiedziałem, że diabelskie ucho wykazałoby na nią wysoką odporność. Nie dałoby mi spokoju, nawet jeśli byłbym martwy, w powszechnym znaczeniu tego słowa.

Po wizycie tajemniczego gościa na powrót podjąłem temat w sposób badawczy. Co by się stało, gdybym znalazł źródło schorzenia? Myśl ta pochłonęła mnie bez reszty, ponieważ podejrzewałem, że to właśnie tam udałoby mi się odistnieć.

 

To, że odistnienie jest jedynym remedium na pozbycie się diabelskiego ucha wytłumaczyła mi matka, kiedy osiągnąłem wiek szkolny.

– To próżne istoty – powiedziała kiedyś przy kolacji. Siadywała blisko mojego prawego boku, żebym lepiej ją słyszał. – Mielą językiem, nie zastanawiając się, jakie tajemnice przy tym wyjawiają.

Dlatego właśnie przed wielu laty zamiast udusić mnie poduszką, podjęła się bolesnego procesu odurodzin. Wiedziała, że tylko zmazanie z kart ludzkości jestestwa własnego dziecka jest w stanie je uratować.

Wielokrotnie potem rozważałem, na własną rękę, jak i z lekarzami, możliwości unieważnienia mojej egzystencji, jednak wszyscy bezradnie rozkładali ręce. Teraz natomiast do serca napłynęła nowa nadzieja, a wszelkie poszukiwania rzeczonego źródła rozpocząłem natychmiast i kontynuowałem w stanach poprawy zdrowia.

 

•  •  •

 

Pierwsze swoje kroki skierowałem do Urzędu Miejskiego, skąd, jak wspominałem wcześniej, zabierałem pisma w celu ich zredagowania, za co dostawałem niewielką pensję. Już z daleka wydawało się, że dobrze mi znany, najwyższy w całym mieście, sześciopiętrowy budynek o ciemnej fasadzie, tego dnia wyjątkowo kontrastował z czerwienią nieba.

W środku zastałem zaufanych referentów. Jak zawsze snuli się między meblami niczym duchy, porządkując dokumentację minionych spraw miasta. Nie odbyliśmy rozmowy ze względu na powagę miejsca, która wykluczała krzyki. Wręczyłem jedynie napisany wcześniej list z zarysem moich oczekiwań, po czym zaprowadzono mnie do archiwum na którymś z wyższych pięter.

Właściwie nie miałem pewności, czego powinienem szukać, zdecydowałem więc, że rozejrzę się za jakąkolwiek wzmianką na temat dziwnej aktywności w okolicy. Sięgnąłem do roczników kilku lokalnych gazet, zaczynając od tych najstarszych. Biorąc pod uwagę ogrom dostępnych materiałów, jak i moją ogólną kondycję, oceniałem czas całego procesu na mniej więcej kilkanaście lat.

Tak zaczęła się batalia, jaką z pełną siłą wytoczyłem przeciwko chorobie. Wzmożona żywotność diabelskiego ucha, choć destrukcyjna, utwierdzała mnie w przekonaniu, że postępowałem słusznie. Do Urzędu zacząłem przychodzić regularnie; referenci, w zamian za zabranie kilku dodatkowych pism wymagających redakcji, pozwalali mi otwierać archiwum wcześniej i zamykać je później niż o ustalonych godzinach.

Po rocznikach gazet przystąpiłem do lektury przekazanych miastu prywatnych pamiętników, następnie zbiorów notatek, a raczej chaotycznych sentencji zapisanych na luźnych kartkach. Szukałem choćby odrobiny bezsensu, rodzaju dysonansu, zamiast tego wciąż natrafiałem na opisy zwyczajnej ludzkiej codzienności.

 

Pewnego ranka poczułem się gorzej i jak zwykle w takich sytuacjach, postanowiłem zostać w łóżku. Odkąd rozpocząłem śledztwo moje lewe ucho atakowano plugastwami z potworną mocą, na mój stan psychiczny nie wpływał dobrze również brak postępów. Nie wychodziłem spod pościeli, pocąc się w drgawkach i poddając okropnej migrenie, aż zatraciłem poczucie czasu.

Leżałem tyłem do drzwi, gdy rozległo się skrzypnięcie. Przywykły do tego uznałem, że to któryś z chłopców na posyłki z porcją zupy od jednej z uprzejmych sąsiadek. W pokoju zabrzmiał jednak głos, ten sam lub podobny do tego, który pytał o źródło.

– A czy szukał pan na siódmym piętrze?

Z oczywistych względów nie odpowiedziałem. Znów zapytał:

– Czy szukał pan na siódmym piętrze?

Odwróciłem głowę, żeby zobaczyć nic. Wyglądało jak dziura w rzeczywistości, najczarniejsza czerń, jaką można było sobie wyobrazić, czerń doprowadzająca do szaleństwa. Miało bliżej niesprecyzowany, zdeformowany kształt, choć z całą pewnością przemyślany. Po wszystkim wyszło, zamykając cicho drzwi.

Zemdlałem przy głuchym niekończącym się wołaniu.

 

•  •  •

 

Incydent z tamtego dnia nie stał się przedmiotem moich dociekań, ponieważ brałem to za – jeśli nie w całości to przynajmniej w dużej mierze – fantazje umysłu zniszczonego gorączką. Niemniej pytanie, podobnie jak poprzednio, potraktowałem jako wskazówkę pomocną przy szukaniu miejsca źródła.

Byłem już wtedy zmęczonym strzępem niekończącej się traumy; bolała mnie każda część ciała, każde złamane marzenie, o jakim zdążyłem pomyśleć, nim zostało ono zdeptane. Przeczuwałem, że mam coraz mniej czasu. Moja wewnętrzna energia ustawicznie stapiała się w jedność ze szkaradnością diabelskiego ucha, dlatego ostatkiem sił musiałem o nią zawalczyć. Udało się któregoś popołudnia, kiedy korzystając z nieuwagi referentów, zdobyłem klucz podpisany numerem siedem.

Teraz, gdy zostawałem dłużej w archiwum, szukałem wyjścia na dodatkową kondygnację. Musiało być ono nietypowe, ponieważ klatka schodowa, zgodnie ze ścieżką zdrowego rozumowania, ucinała się na szóstym piętrze. Opukiwania ścian i sufitów nie dało oczekiwanych rezultatów. Z upływem dni poznałem je do perfekcji, więc wiedziałem już, że nie skrywają niczego.

Wówczas zarzuciłem pomysł szukania wyjścia i postanowiłem skupić się na zejściu. Tak oto odnalazłem zamkniętą klatkę schodową prowadzącą w dół, nie szerszą niż długość ramienia. Jak to możliwe, że wędrówka nią wydała mi się ciężką wspinaczką? Nogi poruszały się w sposób letargiczny, niezależny od ciała; odnosiłem wrażenie, że idę bardzo długo.

Znalazłszy się wreszcie na siódmym piętrze, wkroczyłem do pomieszczenia o wiele mniejszego niż archiwum, które zdążyłem poznać. Właściwie stałem w czymś na kształt niewielkiej salki. Jej ściany były wysokie jak kamienice i podobnie jak one przysłaniały karmazyn nieba tworzący sklepienie. Półki zapełniały zapiski i to pamiętniki oprawione w skórę.

W miejscach osadzonych poza czasem, paradoksalnie ma się go niewiele, dlatego bez dalszej zwłoki rozpocząłem czytanie.

 

W późniejszych refleksjach trudno było mi orzec, czy lektura owych setek stron zapisków, nieokraszonych nigdzie datą czy podpisem autorów okazała się satysfakcjonująca, mimo że przyniosła odpowiedź na najważniejsze pytanie. To, co dostrzegłem, co mimowolnie wysuwało się na pierwszy plan, to podobieństwo do przypadku mojego zachorowania.

Słyszenia opisane w dziennikach, choć niekoniecznie tak zaawansowane jak moje, utwierdziły mnie w przekonaniu, że to jakiś rodzaj okrutnej wyliczanki decydował o tym, kto otrzyma własne diabelskie ucho. Oczywistym stało się, że każdego z nas połączono w korowód cierpienia ku czyjejś uciesze, a wszystko to wzięło swój początek na tyłach pasmanterii znajdującej się siedem ulic dalej.

 

•  •  •

 

Pasmanteria była jednym z nielicznych nadal otwartych sklepów w mieście. Wielokrotnie ją mijałem, raz czy dwa nawet wszedłem do środka, lecz nigdy nie wyczułem tam żadnego rodzaju aberracji. Domyślałem się, że przyczyna tego tkwiła w wieloletnim przyzwyczajeniu.

Jeszcze tego samego wieczoru podjąłem intensywne przygotowania do nieodwołalnego wykreślenia mojej osoby ze wszystkich wymiarów istnienia. Korzystając z okazji zagubienia się w czasie, przewertowałem kartotekę Urzędu Miejskiego w celu znalezienia swojej dokumentacji, zarówno medycznej jak i tej ogólnej, a gdy już mi się to udało, zniosłem ją do nowo odkrytego archiwum. Tam całość podpaliłem. Języki ognia sięgały samego nieba, barwiąc je pasmami oślepiającej czerwieni, choć nie sądziłem, że to możliwe. Mrużyłem oczy i rozkoszowałem się bijącym ciepłem; przez okamgnienie nawet zdało mi się, że zapadło coś na kształt głuszy.

O odpowiedniej porze, uczesany i odziany w swój najlepszy garnitur, po raz ostatni opuściłem pokój, który przestał być moim pokojem. Pusty wyglądał na o wiele większy; wysokie ściany chybotały się, jakby do tej pory spajały je usunięte już ślady obecności. Ruszyłem w mrok nocy, znanymi, nieco okrężnymi drogami, chcąc pożegnać się z miastem.

Teraz, kiedy wiedziałem o sile skrywającej się pod warstwami chodnika i fasadami kamienic, wydało mi się ono bardziej chaotyczne w swym układzie, niejako budowane w szaleńczym pędzie. Uniosłem spojrzenie. Tej nocy budynki niezmiennie górowały, nie dostrzegłem więc niczego, poza pochylającymi się nade mną dachami. Pustą scenerię ulic wypełniał spokój; co prawda nie słyszałem go, ale wciąż mogłem dotknąć. Nie potrzebowałem wiele czasu, by szarpany na wpół martwym wiatrem postanowić wreszcie podążyć do ostatecznego celu mojej podróży.

 

Na miejscu zastał mnie niespecjalny widok. Tyły sklepu oświetlała pojedyncza, naga żarówka zwisająca smętnie z niewielkiego zadaszenia. Pod ścianą z cegieł stały dwa pojemniki na śmieci, obok sterta pustych pudeł. Myśli moje przylgnęły do drzwi po przeciwnej stronie; w słabym świetle dostrzegłem jedynie, że wykonano je z czarnej materii i nie miały klamki.

Stałem oto przed punktem decydującego poznania świadomy, że muszę zdobyć się na jakiś ruch. Lichy układ nerwowy napięty do granic wytrzymałości reagował coraz gwałtowniej na niszczącą aktywność diabelskiego ucha. Rozumiałem, że owa wzmożona udręka – przy której minione ataki brzmiały ledwie jak słodka melodia – starała się przeszkodzić mi w wyzwoleniu od koszmaru.

Po zdobyciu się na muśnięcie drzwi, poczułem pod palcami ciepły niesłabnący puls, niczym u żywej istoty. Pchnąłem je w finalnym, desperackim zrywie, a wtedy czerń zalała mi oczy. To było nic, które niegdyś mnie odwiedziło, ale o wiele pełniejsze, jakby tamto stanowiło jego oderwany fragment.

W dotyku wydawało się rozgrzane i lepkie. Włożona w nie dłoń, zgodnie z przewidywaniami, przestała istnieć. Zanurzyłem więc resztę swojego bytu, zdeterminowany połączyłem z niczym skurczone ciało, aż moje głęboko zakorzenione jestestwo całkowicie uległo trwałemu zatarciu.

Minęła jedna niespokojna chwila lub dwie; takie kwestie na stałe pozostają w sferze domysłów, kiedy czas nie posiada określonych ram.

Przebyłem ostatnią drogę odistnienia, nie doświadczając przy tym żadnych emocji ani doznań. Na końcu zaś, zamiast zapowiedzi nieszczęśliwego życia, czekała mnie wreszcie upragniona cisza.

Koniec

Komentarze

Na razie chyba najlepszy tekst w konkursie. Może zakończenie trochę zawiodło, ale styl i dziwność utrzymują odpowiedni poziom. Pozdrawiam, dałbym klika, ale no nie mogę.

Ślicznie piszesz, Sy. Budujesz fajnie klimat, wpadałaś na super pomysł i świetnie go zrealizowałaś, a moje czepialstwo będzie głównie subiektywne. Pogadam sobie co było dla mnie dobre i czego mi zabrakło, bo mogę, o! Bo mogę, prawda? :D

Klimat jest, bardzo dobry, jak wspomniałem, budujesz go tymi długimi, pięknymi zdaniami, tutaj mam przykład tego, które najbardziej przypadło do gustu:

Już z daleka wydawało się, że dobrze mi znany, najwyższy w całym mieście, sześciopiętrowy budynek o ciemnej fasadzie, tego dnia wyjątkowo kontrastował z czerwienią nieba.

Nie jest napakowany nie wiadomo jak poetyckim słownictwem, ale bardzo obrazowe oddaje to, co chciałaś przekazać. Takie zestalenie klimatu w kilku słowach, bardzo dobre.

Dziwność się nawet utrzymuję, jednak bardzo brakowało mi jednej rzeczy, to co prawda subiektywne, ale mało było tego męczenia ucha. Wspominałaś o tym kilkukrotnie, ale pokazałaś wyłącznie raz w postaci tego śmiechu, motyw dobry, silnie działający, a jednak szkoda, że tylko raz ucho “naprawdę” się odezwało.

Odurodzenie… choć to bardziej ponowne narodziny, czy coś takiego, nie pamiętam niestety nazwy i nie mogę wygooglować. Słyszałem o tym kiedyś, czytałem o czymś właściwie podobnym, jednak nie było to “wciskanie” dziecka z powrotem, tylko zbliżanie warunków do narodzin, jeśli dobrze pamiętam szalenie niebezpieczne i dość głupie, zabili prawie w ten sposób jakąś dziewczynę. Robione u osób, które już nieco podrosły. Taka ciekawostka.

Brakowało mi trochę oddania tego rzeczywistego zagubienia bohatera, oczywiście, otrzymywał pomoc, ale momentami wyglądał, jakby całkiem nieźle sobie radził. Ale to tylko taki już raczej szczególik.

Może nie wyłapałem (przepraszam, ale czasem zdarzy mi się wyłączyć przy dłuższym opisie bez względu jaki tekst, więc i tutaj może dwa zdanie pominąłem), ale nie zauważyłem jakiegoś wyjaśnienia, dlaczego te miejsca były w ratuszu, dlaczego ktoś temu chłopakowi podpowiedział o siódmym piętrze. To troszeczkę zalatuję deus ex machina, nie bardzo, ale chodzi o to, że bez jakiegoś logicznego wyjaśnienia, mam wrażenie, że to było nieco pójście na skróty, żeby opowiadanie nie było zbyt długie.

Z czytanie jestem oczywiście zadowolony, zgrzytów nie było żadnych, flow nienaganne. Niepokój zastałem, zaintrygowany byłem, zakończenie trochę nie usatysfakcjonowało, może zabrakło nieco dramatyczność, ale pozycja porządna.

No chyba to tyle, napisałem wszystko, co chodziło mi po głowie.

Powodzenia w konkursie, idę po klika. ;-)

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

o, leniwy, dzięki ci dobry człowieku, za słowo wsparcia. Miło mi! Klik mentalny też ważny :)

 

MaSkrolu, dziękuję za komplementy!

 

Ślicznie piszesz, Sy.

na dzień dobry się zarumieniłam ❤

 

Co do uwag, to postaram się odnieść niżej.

 

ale mało było tego męczenia ucha

męczenie ucha było, wydaje mi się, w odpowiedniej dawce. Mam nadzieję, że czytelnicy nie mają słabej pamięci i nie muszę im przypominać o niektórych sprawach po sto razy. Myślę, że za często jakbym powtarzała, ile ten nasz bohater cierpi to i czytelnik by zaczął cierpieć z nim w trakcie lektury :D (flashbacki z lektury Cierpień młodego Wertera)

 

okazałaś wyłącznie raz w postaci tego śmiechu, motyw dobry, silnie działający, a jednak szkoda, że tylko raz ucho “naprawdę” się odezwało.

to co trafia do diabelskiego ucha bohatera jest tajemnicą i jest to zabieg zamierzony. Przykro mi, że cię tu zawiodłam, ale musisz uruchomić wyobraźnię :D

 

Odurodzenie… choć to bardziej ponowne narodziny, czy coś takiego, nie pamiętam niestety nazwy i nie mogę wygooglować. Słyszałem o tym kiedyś, czytałem o czymś właściwie podobnym, jednak nie było to “wciskanie” dziecka z powrotem, tylko zbliżanie warunków do narodzin, jeśli dobrze pamiętam szalenie niebezpieczne i dość głupie, zabili prawie w ten sposób jakąś dziewczynę.

Jezu, wat? Gdybys jednak znalazł to chętnie o tym poczytam :O 

 

Odurodzenie w opowiadaniu było formą odistnienia – odwrotny proces tworzenia się życia w ciele kobiety. Nie pykło, nadzieja na coś podobnego pojawiła się później.

 

wyglądał, jakby całkiem nieźle sobie radził

czy ja wiem. Z każdą chorobą można się nauczyć żyć, poza tym raczej fabuła nie byłaby ciekawa, gdyby bohater ciągle zdychał w łóżku, jak to miało miejsce w czwartym fragmencie.

 

ale nie zauważyłem jakiegoś wyjaśnienia, dlaczego te miejsca były w ratuszu, dlaczego ktoś temu chłopakowi podpowiedział o siódmym piętrze. To troszeczkę zalatuję deus ex machina, nie bardzo, ale chodzi o to, że bez jakiegoś logicznego wyjaśnienia, mam wrażenie, że to było nieco pójście na skróty, żeby opowiadanie nie było zbyt długie.

nie wyjaśniłam tego w tekście, bo z założenia w weird, według definicji Lovecrafta, tajemniczych sił nie powinno się tłumaczyć. Chciałam napisać totalnie klasyczne z najbardziej klasycznych weird fiction i oto jest!

Uwierz mi, mogłabym napisać dłuższe, pytanie tylko po co wydłużać tekst na siłę :)

 

Z czytanie jestem oczywiście zadowolony, zgrzytów nie było żadnych, flow nienaganne.

:3

 

może zabrakło nieco dramatyczność, ale pozycja porządna.

miało być bez pościgów i wybuchów :D 

 

Dzięki, mordko, za tak obszerny komentarz jak i klika. Powodzenia takoż, będę trzymać kciuki! ❤

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

męczenie ucha było, wydaje mi się, w odpowiedniej dawce. Mam nadzieję, że czytelnicy nie mają słabej pamięci i nie muszę im przypominać o niektórych sprawach po sto razy. Myślę, że za często jakbym powtarzała, ile ten nasz bohater cierpi to i czytelnik by zaczął cierpieć z nim w trakcie lektury :D (flashbacki z lektury Cierpień młodego Wertera)

Tak było, pewnie, nie czepiam się tego. Po prostu, chciałem zobaczyć, jakby działanie, typu ten śmiech, a nie opis przeszkadzania, ale o tym już wspomniałem. Ehh, zawsze się muszę czegoś czepić xD

to co trafia do diabelskiego ucha bohatera jest tajemnicą i jest to zabieg zamierzony. Przykro mi, że cię tu zawiodłam, ale musisz uruchomić wyobraźnię :D

Czasem do uruchomienia trzeba silniejszego bodźca :D

Jezu, wat? Gdybys jednak znalazł to chętnie o tym poczytam :O 

Postaram się poszukać, ale nie widzę, zapomniałem jak to się nazywało.

czy ja wiem. Z każdą chorobą można się nauczyć żyć, poza tym raczej fabuła nie byłaby ciekawa, gdyby bohater ciągle zdychał w łóżku, jak to miało miejsce w czwartym fragmencie.

Też prawda, marny los piszącego, żeby zdołać jakoś wszystko wypośrodkować… :P

nie wyjaśniłam tego w tekście, bo z założenia w weird, według definicji Lovecrafta, tajemniczych sił nie powinno się tłumaczyć. Chciałam napisać totalnie klasyczne z najbardziej klasycznych weird fiction i oto jest!

No rozumiem, rozumiem, tu masz rację, tutaj trochę pogubiłem się w tych siłach, dużo ich, jedne pomagają, drugie nie. Niepotrzebnie próbuję znaleźć powiązania, ale to mój ogólny przywar podczas czytania czegokolwiek.

miało być bez pościgów i wybuchów :D 

Czyli punkt odhaczony ;)

Dzięki, mordko, za tak obszerny komentarz jak i klika. Powodzenia takoż, będę trzymać kciuki! ❤

^^

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Fajny pomysł na diabelskie ucho, jeszcze lepszy na odurodzenie. Misie.

Też czytałam o powtarzaniu porodu, ale dawno, pewnie z kilkanaście lat temu. Idiotyczny pomysł, to miała być jakaś forma terapii – przygniata się kilkuletnie dziecko poduszkami i innymi rzeczami i niech się przepycha do powietrza. Kogoś zabili w ten sposób i “leczenie” się skończyło.

A odurodzenie jest całkiem nowym pomysłem i dlatego mi się podoba.

Napisane całkiem w porządku.

Babska logika rządzi!

Opowiadanie jest w zasadzie idealne w zarówno formie, jak i treści.

Czytelnika kupujesz już na starcie poprzez pomysłowe, inteligentne słowotwórstwo – intrygując go przedstawionym procesem odurodzenia i obiecując odistnienie – i spełniasz tę obietnicę w końcu tekstu, pozostawiając czytelnika pełnego satysfakcji i przyjemności z odbytej lektury.

Historia, pozbawiona szaleństw i plot twistów, pociąga i uwodzi krok po kroku, a gdy czytelnik budzi się po szyję w szambie, jest już za późno, by uciekać. Każda kolejna scena pogłębia historię, zwiększa stawkę i emocje u czytelnika.

Weird jest mocny i charakterystyczny, idący w stronę znanych motywów, ale grający z nimi na własnych zasadach. Kapitalna robota.

Opowiadanie napisane jest językiem pięknie zgranym z weirdem – poetycznym, ale jednocześnie skromnym i prostym, obrazowym. Mocnym. Czytanie tego opowiadania sprawiło mi ogromną przyjemność.

 

Na chwilę obecną Auris diabolica jest moim absolutnym faworytem w tym konkursie. Powodzenia!

www.facebook.com/mika.modrzynska

Taki stonowany to był tekst w moim odczuciu. Bardzo ładnie wykonany, zbalansowany i takie czarno-białe w poczuciu synestetycznym. Chociaż jest to bardziej przedstawienie “krótkiej historii czyjegoś życia” niż coś co ma wstęp-rozwinięcie-zakończenie i to zakończenie też troszkę rozczarowujące, ale pasujące do całości. Ogólnie mi się podobało, fajny pomysł, klimat oraz poziom niezrozumiałości w granicach akceptowalności (wg mojego wskaźnika :P).

Tak myślę, że chyba jednak bardziej w pozytywną stronę odbieram całość. Czyli: bardzo fajne. Dobra robota. Ode mnie klik.

 

Jestem w trakcie czytania, ale ten “pokój w sutenerach”, to lepiej popraw, chyba, że aż tak weird miało być ^^

I opr dla bet :P

"Nie wiem skąd tak wielu psychologów wie, co należy, a czego nie należy robić. Takie zalecenia wynikają z konkretnych systemów wartości, nie z wiedzy. Nauka nie udziela odpowiedzi na pytania, co należy, a czego nie należy robić" - dr Tomasz Witkowski

MaSkrolu, tak, marny nasz los, jako twórców, co zrobisz, nic nie zrobisz. A mój jeszcze marniejszy, bo od dawna cię nie zachwyciłam, może następnym razem :D

 

Finklo, dzięki za odwiedziny i za klika. Misie, że tobiesie :)

To co piszesz jest przerażające :O Nie słyszałam wcześniej o tych praktykach. Szkoda, że przez debilizm rodziców giną dzieci…

 

kam, nie wiem co odpisać – po prostu bardzo ci dziękuję za budującą, dodającą skrzydeł opinię. Miałam mnóstwo obaw co do tej formy, to mój pierwszy raz z narracją pierwszoosobową, nigdy nie byłam jej fanką, tak samo jak nigdy nie pisałam pełnokrwistego weird. Tym bardziej cieszę się, że ci się podobało :)

 

aryo, dzięki za kliczka i za komplementy :) Stonowany miał być, znaczy, jest dobrze :D

 

Bail, XDD. Poprawiwszy. Zwykła literówka. Dzięki!

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

MaSkrolu, tak, marny nasz los, jako twórców, co zrobisz, nic nie zrobisz. A mój jeszcze marniejszy, bo od dawna cię nie zachwyciłam, może następnym razem :D

Nie martw się, było bardzo dobrze, ten tekst trafił do mnie zdecydowanie bardziej niż poprzedni, choć wciąż w mojej głowie króluje Krampusnacht, to chyba właściwie jedyny tekst, który pamiętam z konkursu świątecznego. :P

Do zachwytu zabrakło, ale za to zachwyciłaś Kam, a to chyba nawet lepiej. ;)

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Nie martw się, było bardzo dobrze, ten tekst trafił do mnie zdecydowanie bardziej niż poprzedni, choć wciąż w mojej głowie króluje Krampusnacht, to chyba właściwie jedyny tekst, który pamiętam z konkursu świątecznego. :P

 

Do zachwytu zabrakło, ale za to zachwyciłaś Kam, a to chyba nawet lepiej. ;)

Ale ja chcę wszystkich zachwycać!

 

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Ja też chcę, ale nie wychodzi!

Ten drugi gif jest przegenialny XD

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Wszystkich się nie da, wyluzujcie.

Babska logika rządzi!

Są opowiadania, które zachwycają wszystkich, więc się da. Gałkiewicz nie miał racji!

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Nawet Lem nie zachwyca wszystkich.

I pod tekstami, które mają same taki od Loży, zawsze się znajdzie jakieś marudzenie.

Naprawdę, nie ma co się napinać i podnosić sobie ciśnienie. 50% plus 1 czytelnik to już jest rewelacyjny wynik.

Babska logika rządzi!

W takim razie, Finko, zarówno Sy jak i ja, wyrabiany normę. :P

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Bardzo mi się podobało. Ślicznie napisane i oparte na świetnym pomyśle, wciągające od pierwszych zdań. Udało Ci się stworzyć niesamowity, weirdowy, mroczny klimat. Cóż, Auris Diabolica okazała się wyjątkowo satysfakcjonujacą lekturą.

Oczywiście klikam biblitokę i powodzenia w konkursie :)

Naprawdę, nie ma co się napinać i podnosić sobie ciśnienie. 50% plus 1 czytelnik to już jest rewelacyjny wynik.

Sama prawda!

Wszystkich zachwycić się nie da – ani nawet zadowolić.

www.facebook.com/mika.modrzynska

dzięki wszystkim za ponowne odwiedziny :3

 

Wszystkich zachwycić się nie da – ani nawet zadowolić.

ale zawsze można próbować!

 

katiu, ale fajnie, że cię porwałam swoim tekstem. Dzięki za klika i miłe słówko!

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Fajny pomysł. Ciekawy rodzaj schorzenia. Spodobało mi się “odurodzenie” i “odistnienie”… 

 

Aguniu – dziękować! ❤

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Bardzo fajny tekst. Myślę, że udało Ci się ciekawie zinterpretować konkursowe hasło, oddając gęsty, niepokojący klimat kafkowskiej prozy, którą doprawiłaś szczyptą Lovecrafta – pyszny miks :)

Mamy już “obcą rękę” i “diabelskie ucho” w konkursowych opkach. Ciekawe jakie jeszcze makabryczne przypadłości czają się w innych tekstach, bo dopiero zaczynam czytać ;)

Podobało mi się opowiadanie. Jest klimat weirdu takiego jak lubię, jest pomysł i dobre wykonanie. Pasmanteria – miodzio, zawsze była dla mnie dziwnym sklepem ;)

Pozdrawiam :)

 

Ładne i klimatyczne opowiadanie. Jest nastrój historii tworzonych w złotym okresie weird fiction. Zakończenie nieco mniej mi się podobalo – jakby zabrakło jednej cząstki tekstu spinajacej odkrycie z archiwum z pasmanteria. Ponadto wydaje mi się, że klasyczne historie stają się nieco ciekawsze, jeżeli dzieją się nie w providence lub nienazwanym miejscu podobnym providence, ale np. W powiatowym mieście gdzieś w kongresówce – oczywiście to tylko kwestia stylizacji :)

I po co to było?

Jejku, ile komentarzy. Dziękuję nowo przybyłym za wizytę i lekturę!

 

adamie, fajnie, że wspominasz o Kafce i Lovecrafcie, bo to były moje wzory przy pisaniu.

 

Mamy już “obcą rękę” i “diabelskie ucho” w konkursowych opkach. Ciekawe jakie jeszcze makabryczne przypadłości czają się w innych tekstach, bo dopiero zaczynam czytać ;)

Matko Chrzestna, jest pobranych ponad setka haseł, myślę, że będzie miała miejsce niezła lekcja anatomii XD

 

syfie, jak wyżej, cieszę się, że wspominasz o złotej erze weirdu, bo dokładnie w tych klimatach chciałam coś napisać na pierwszy ogień. Myślę, że jak będę pisać więcej w tym gatunku to zaszaleję z czymś innym.

 

Ponadto wydaje mi się, że klasyczne historie stają się nieco ciekawsze, jeżeli dzieją się nie w providence lub nienazwanym miejscu podobnym providence, ale np. W powiatowym mieście gdzieś w kongresówce – oczywiście to tylko kwestia stylizacji

Pewnie masz rację, ale moja upartość tutaj wzięła górę, tak sobie uzbdurałam i tak musiało być ¯\_(ツ)_/¯

 

Dzięki jeszcze raz i powodzonko w konkursie!

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Dobre i ciekawe opowiadanie. Kafkowski egzystencjalizm w weirdowym sosie. I przede wszystkim nie sprawia wrażenia udziwnionego na siłę. Bo jednak weird to obce ciało w polszczyźnie, słabo u nas jeszcze zaaklimatyzowane. Dlatego przyglądam się temu konkursowi z zaciekawieniem, ale takim trochę zdystansowanym.

Bardzo ładnie napisane. Styl wydawał mi się piękny, klasyczny. Podobało mi się wiele koncepcji (np.: odurodzenie) i bardzo ciekawe zdania jak choćby:

umrę, w niepowszechnym znaczeniu tego słowa

– Dlaczego pan sobie po prostu nie odbierze życia?

wykrzyczał kiedyś malec, który mógł być zapożyczony z puli najprzeciętniejszych malców świata

Ciekawy jest też pomysł na samo hasło i oczywiście sama historia. Wydaje mi się, że bardzo dobrze oddałaś klimat niepokoju, dziwności i nerwowości, który wynikał z dodatkowego zmysłu/atrybutu jakim został przeklęty bohater.

No w skrócie jest naprawdę bardzo dobrze :) 

Dołączam do grona zadowolonych czytelników. Pomysł kojarzył mi się z historią tego człowieka, który miał z tyłu głowy jakąś zdeformowaną twarz (najpewniej po wchłonięciu bliźniaka w łonie matki). Ten biedny mężczyzna twierdził, że demoniczna twarz przemawia do niego językami i ostatecznie popełnił samobójstwo. 

Twoje opowiadanie jest ciekawe i iście weirdowe. Bardzo mi się podobał pomysł z siódmym piętrem, do którego wchodziło się w dół i nicość w pasmanterii (która też była siedem ulic dalej, ach te siódemki). Pomysł na odurodzenie i odistnienie niebanalny i dobrze zrealizowany. Napisane obrazowo i poprawnie. 

Podobało mi się też jak przedstawiłaś miasto i jego mieszkańców. Ogólnie, satysfakcjonująca lektura, do której nie mogę się przyczepić. Rozważam nominację do piórka, bo imho tekst na nią zasługuje. 

Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow, Creeps in this petty pace from day to day, To the last syllable of recorded time; And all our yesterdays have lighted fools The way to dusty death.

Agroelingu, dzięki za miłe słówko! Mam nadzieję, że dystans ten zmniejszy się i zaprezentujesz nawet coś swojego :)

 

Edwardzie, cieszę się, że ci się podobało i nawet niektóre zdania zapadły ci w pamięć. Jest mi bardzo miło :3

 

O, rose, to ciekawe, że o tym wspominasz, bo właśnie ten biedny pan Mordake był moją inspiracją. Czytałam o tym parę lat temu i tak mi zapadła ta historia w pamięci, że jak dorwałam swoje hasło to od razu sobie o niej przypomniałam. Podobnie jak mój bohater, Mordake też nie chciał zdradzić, co głos do niego mówi i tak samo bał się, że głos będzie go dręczyć również po śmierci.

Dziękuję ci za pochwały, już samo rozważanie nominacji do piórka dużo dla mnie znaczy :)

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Najpierw coś, co piszę pod prawie każdym opkiem z tego konkursu: nie przepadam za tego typu literaturą.

Ale… podobał mi się pomysł, odurodzenie i odistnienie to ciekawe koncepcje. Szczególnie odistnienie, sama śmierć nie pomoże bohaterowi, dobre :)

Napisane klimatycznie, poziom dziwności jeszcze w strefie dla mnie akceptowalnej ;) jest tu jakaś historia. Czytało się nieźle, bo napisane pięknym stylem. Fajne opko, mimo początkowego zastrzeżenia :)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Ostatnie słowo wypluwała z siebie nagle i cicho, jakby nie chciała, żebym je dosłyszał.

Ostatnie słowo czy słowa? Bo jak słowo to chyba wypluła?

Właściwie nie miałem pewności, czego mam szukać,

Można napisać: nie byłem pewien. Albo coś w tym rodzaju.

Incydent z tamtego dnia nie stał się przedmiotem moich dociekań, ponieważ brałem to za – jeśli nie w całości to przynajmniej w dużej mierze – wymysł umysłu zniszczonego gorączką.

A tutaj paskudna zbitka słów. Nie dałoby się zastąpić tego wymysłu jakimś synonimem? Może projekcja umysłu?

To oczywiście wyłącznie luźna sugestia, może tylko mnie to przeszkadzało.

 

I tak, wiem, że to zwykłe czepy, ale zdaje się, że pisałem to już ostatnio, więc powtórzę i tutaj: ładnie piszesz, więc w takich sytuacjach wszelkie drobne niedociągnięcia mocniej rzucają się w oczy.

 

Dobra. A teraz opinia.

Niełatwy wybrałaś sobie tekst do napisania. Niełatwy dlatego, że przy tej koncepcji on raczej musi być statyczny. Nie będzie efektownie, nie będzie porywająco, bo to nie ten typ opowiadania i plus dla Ciebie, że nie jest zwyczajnie nudno, bo Twój pomysł na opowiadanie jest rodzajem pułapki, w którą bardzo łatwo mogłaś wpaść. Tak uważam.

Uważam tak dlatego, że dostajemy tu opowieść bohatera z dużą dozą faktów, informacji i wspomnień. To nie jest łatwe do przedstawienia. Czytelnik czuje się trochę jakby siedział na krześle i słuchał ględzenia gościa, który opowiada swoją historię. I taki czytelnik może mieć tylko nadzieję, że to ględzenie będzie w sobie zawierało jakąś ciekawą treść.

Co ważne, nie krytykuję w ten sposób Twojego opowiadania, tylko określam jego typ z perspektywy czytelnika. Bo jest to typ nieefektowny, statyczny, jak już pisałem wcześniej. Natłok informacji sprawia, że czytający w lekturę wkręca się powoli. Najpierw czujesz się trochę tak, jakbyś czytała wycinek z wikipedii tyle że napisany pięknym językiem. Oczywiście trochę w tej ocenie przesadzam, tym nie mniej pierwsze akapity przyjmowałem pokornym kiwaniem głowy, zwyczajnie odbierając informacje, które mnie, jako czytelnikowi, przekazujesz. Nic więcej.

Później pojawia się już z grubsza jako taki pogląd tego, z jakim typem opowiadania mam do czynienia i jaką “bronią” spróbujesz mnie upolować.

Wiem już, że będzie raczej statycznie. Że nie będą się zabijać, tłuc. Nie będzie fajerwerków. Że nie brniesz w czysty horror. Słowem, że Twoją bronią w tym tekście nie będzie akcja, ale klimat, dziwaczność i przede wszystkim pomysł.

Po kolei. Piszesz ładnie, co już podkreślałem wcześniej. Tekst jest dosyć klimatyczny. Utrzymujesz taką, nazwijmy to, lekką atmosferę dziwaczności. Nie brniesz w jakąś mocną zauważalną, konkretną stylizację, ale zwyczajnie piszesz w stylu dobrze dobranym do koncepcji. Wbrew pozorom jedno nie jest równoznaczne z drugim.

Nie jest, ponieważ konkretna stylizacja jest jakby mocniejsza. Ma być z założenia jednym z fundamentów opowiadania. I to takim, które z góry przesądza, że do jednej osoby tekst trafi, a do drugiej niekoniecznie.

Dobór właściwego stylu jest jakby mniej nachalny. Nie tak charakterystyczny, a raczej tworzący pewien mikroklimat pozwalający skupić się mocniej na innych elementach – u Ciebie na samym pomyśle. Ten brak nachalności oznacza z grubsza tyle, że powinnaś trafić z tekstem do większej grupy osób. Nie oznacza to oczywiście, że mocno zaakcentowana stylizacja jest gorsza, bo choć nieco ogranicza grupę docelową czytelników, to też łatwiej samą stylizacją pewną grupę czytelników kupić.

Dobra, dalej. Mamy więc pewien mikroklimat i mamy też zaakcentowaną dziwaczność. Znów zauważalną, ale bardzo pilnujesz, by nie przekroczyć granicy dziwaczności, przy której czytelnik się pogubi i odpadnie.

No i najważniejszy atut opowiadania. Koncept. Paradoks tego tekstu polega na tym, że to, co można uznać za jego wadę, jest jednocześnie jego największą zaletą. Pisałem na początku, że rzucasz dość dużo informacji, przez co czytelnik czuje się trochę jak przy jakieś hybrydzie opowieści i wykładu. Statycznej. Raczej mało efektownej.

Ale efektywnej.

Efektywnej, bo tym natłokiem informacji pokazujesz, że zbudowałaś sobie pomysł od A do Z. Przedstawiasz go poprzez konkretne dane, konkretne zdarzenia. I jeśli czymś mnie to opowiadanie kupiło to przede wszystkim kompletnością koncepcji. To ważne, bo jeśli już autor czy autorka coś sobie wymyślił to jako czytający przede wszystkim chcę czuć, że on sam (czy ona sama) wie o czym pisze. Że się w swoim pomyśle nie gubi i że nie zostawia nic na słowo honoru.

Tutaj te wszystkie fakty, opisy, informacje, wspomnienia – wszystko to daje właśnie taką pewność. Jesteś w tym konsekwentna. Nie uciekasz w nadmierną emocjonalność ani tanią efektowność, ale konsekwentnie skupiasz moją uwagę na głównym koncepcie.

I tak, jak statyczność opowiadania pewnie nie jest jego zaletą, tak ten pomysł na diabelskie ucho intryguje od początku do samego końca. A że tekst, jak wspominałem jest napisany ładnie i przystępnie (nie przesadzasz też z liczbą znaków) to czytało się w sumie wcale fajnie.

Tyle.

Pozdrowił i poszedł.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Hej, Irko, skoro to nie twój ulubiony typ literatury to tym bardziej cieszę się, że lektura ci się spodobała ❤

 

Czytało się nieźle, bo napisane pięknym stylem.

dziękuję!

 

Witam Samozwańczego Lotnego Dyżurnego-Partyzanta :D

 

Ostatnie słowo czy słowa? Bo jak słowo to chyba wypluła?

Dlaczego? Wypluwała to po prostu aspekt niedokonany, co ma do tego liczba? 

 

O, faktycznie, reszta to nieładne zlepki, zaraz przeprowadzę remont.

 

Przede wszystkim dziękuję za rozbudowany komentarz. Cieszę się, że doceniłeś pomysł i styl. Tak, przyznaję się, że tekst sobie zaplanowałam od A do Z i mocno trzymałam się z góry założonego planu :) Opowiadanie wyszło jakie wyszło; to “ględzenie” wynika z inspiracji pierwszymi weirdami i takie właśnie chciałam zastosować u siebie klasyczne rozwiązanie. Statyczność też raczej z tego wynika, powolne snucie opowieści zauważyłam u Poego i tym przesiąknęłam, zdaje się.

Może następny weird będzie bardziej dynamiczny, o ile podejmę się kiedykolwiek, bo to jednak trudna sztuka, co zresztą sam pewnie zauważyłeś :D

 

Dziękuję za wizytę, CMie, pozdrawiam!

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Dlaczego? Wypluwała to po prostu aspekt niedokonany, co ma do tego liczba? 

Językowo nic do tego zdania nie mam. Mój foch polega na tym, że ono… pokąsało moją wyobraźnię. ;-)

“Wypluwała” kojarzy się z taką czynnością, która trwa… dosyć długo. Wyjaśnię na przykładzie, żeby było lepiej widać o co mi chodziło.

Jeżeli napiszemy wypluwała zęby, to wiemy, że jest to dość długa czynność (bo trochę tych zębów musi wypluć).

Jeżeli jednak napiszemy wypluwała zęba, to pierwsze, co podrzuci mi wyobraźnia, to wielokrotne próby wyplucia jednego zęba.

Dobra, może to średnio rozgarnięty przykład. Przyjmijmy, że to przykład w stylu weird. ;)

W każdym razie czytając “wypluwała słowo”, miałem takie wyobrażenie, że kilkukrotnie próbuje wypluć jedno słowo. I może tak właśnie było, tylko że zapis tej jej wypowiedzi jakoś mi tego specjalnie nie sugerował, dlatego pomyślałem, że może się machnęłaś.

W związku z powyższym uznaje się, że jesteś oficjalnie winna i od powyższego wyroku nie przysługuje odwołanie, nawet jeśli jest on skrajnie niesprawiedliwy. ;-)

Opowiadanie wyszło jakie wyszło; to “ględzenie” wynika z inspiracji pierwszymi weirdami i takie właśnie chciałam zastosować u siebie klasyczne rozwiązanie. Statyczność też raczej z tego wynika, powolne snucie opowieści zauważyłam u Poego i tym przesiąknęłam, zdaje się.

Dlatego pisałem w taki sposób, żeby tej uwagi w żadnym razie nie nazywać zarzutem, ale charakterystyką tekstu. Zresztą, gdybym chciał robić z tego zarzut, to wyszłoby coś z gatunku: przyganiał kocioł garnkowi. Moje opowiadanie specjalnie żwawsze nie było. ;-)

W ogóle odnoszę wrażenie, że weird to taki gatunek, który fajniej się pisze niż czyta. ;-)

to jednak trudna sztuka, co zresztą sam pewnie zauważyłeś :D

Zależy jak spojrzeć. Ja pierwszy raz musiałem interpretować swój własny tekst, żeby cokolwiek z niego zrozumieć. Fajna zabawa…

…nieważne, że kosztem czytelnika. XD

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Dziwne, ale fajne :)

Przynoszę radość

Ale CMie, ja się jednak będę upierać przy wypluwała, bo jest powiedziane, że matka powtarzała w kółko tę informację, więc aspekt niedokonany jak najbardziej pasuje :)

Reszta poprawiona.

 

W ogóle odnoszę wrażenie, że weird to taki gatunek, który fajniej się pisze niż czyta. ;-)

coś w tym jest XD

 

…nieważne, że kosztem czytelnika. XD

:D

 

O, Anet, dzięki za opinię :)

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Ale CMie, ja się jednak będę upierać przy wypluwała

Ależ ja Cię wcale nie namawiam do zmiany. Dla mnie ważne, że ocaliłem własne ego nie przyznając się do błędu. XD

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

CMie, skoro tak twierdzisz :D

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Wiktorze, skaters gonna skate 

 

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Sam pomysł świetny (odurodzenie – wow), a i czytało się to bardzo dobrze. Weird jak namalowany, na granicy realizmu i dziwności. :D

Zostaw ten żyrandol.

Dziękuję, Verus!

 

Czekam z niecierpliwością na twoje opowiadanie ❤

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Przybywam skuszony polecajką Kam. :p

Misię!

Odurodzenie rewelacyjne, odistnienie całkiem w porządku. Dostrzegłem tutaj parę ulotnych śladów “Pachnidła”, np. we fragmencie o powstrzymywaniu wrzasku gorącym sutkiem. Nie wiem, czy to zamierzony zabieg, ale spodobał mi się.

Cudowna Nicość wypowiada się w cudownie dziwny, niepokojący sposób – te partie to w moim odczuciu najlepsze fragmenty tekstu. Muszę jednak wspomnieć, że choć metraż jest tutaj nieduży, to tekst odebrałem jako odrobinę zbyt rozwodniony – po prostu pozbyłbym się paru akapitów traktujących o życiu bohatera lub powtarzających fakt jego cierpienia.

Ale ostatecznie podobało mi się. :)

JasnaStrono, dzięki za odwiedziny i komentarz, a teraz widzę, że i za zgłoszenie do piórka! Niech ci to Fortuna w piccy wynagrodzi. Roztopiłeś mi serduszko tyloma pochwałami.

 

Dostrzegłem tutaj parę ulotnych śladów “Pachnidła”, np. we fragmencie o powstrzymywaniu wrzasku gorącym sutkiem.

O, a widzisz, dawno czytałam, może został jakiś ślad w podświadomości :D

 

Cudowna Nicość wypowiada się w cudownie dziwny, niepokojący sposób – te partie to w moim odczuciu najlepsze fragmenty tekstu.

 

Muszę jednak wspomnieć, że choć metraż jest tutaj nieduży, to tekst odebrałem jako odrobinę zbyt rozwodniony – po prostu pozbyłbym się paru akapitów traktujących o życiu bohatera lub powtarzających fakt jego cierpienia.

Było tego więcej, usuwałam skrupulatnie XD Wydawało mi się, że zostało niezbędne minimum, że do każdego wspomnianego wydarzenia z przeszłości da się znaleźć powiązanie. Widzisz, z kolei MaSkrol uważa, że powinnam cierpienie bohatera jeszcze bardziej podkręcić :D Może nie akurat powtarzaniem tego faktu, ale jednak. Miałam nadzieję na znalezienie złotego środka, żeby nie wyszły mi z tego drugie “Cierpienia młodego Wertera”, ale też żeby nie było zbyt “lekko”. Nie ukrywam, że okazało się to trudną sztuką :D

 

Anyway, dziękuję jeszcze raz i mam nadzieję, że widzimy się pod twoim opowiadaniem! :)

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

No moc mojego głosu ostatnimi czasy ostro zdewaluowała, ale wierzę, że znajdzie się jeszcze jeden ktoś, podzielający moje wrażenia. XD

Nic nie szkodzi, samo zgłoszenie do piórka już jest dla mnie miłą niespodzianką :3

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Moje drugie podejście do tekstu. Za pierwszym razem początek mnie pokonał, ale na szczęściegdy teraz wróciłem, ciąg dalszy jest znacznie lepszy.

Pod względem rzemiosła tekst się broni, ale mam jakieś takie odczucie, że jest trochę… “om”? Choć może to wynika z faktu, że trochę wpada w styl powieści osadzonych w XIX wieku, przynajmniej mam takie wrażenie.

No ale co z tą dalszą częścią… Dalsza część czytało się dobrze, opowieść ciekawa. Miejscami jednak zbyt prosta. No i tu zastrzeżenie: nie uważam, żeby prostota była sama w sobie czymś złym, podobnie jak i linearność nieraz może być całkiem niezłym narzędziem do opowiedzenia różnych historii. Tu jednak to nie wystarczyło. Czy to kwestia tego, że w przypadku Twoich opowiadań nastawiam się na to, że będzie gra na wyobraźni? Możliwe, że po części tak, ale chyba jednak nie tylko w tym rzecz. Tu jest tekst bardzo o nastroju niż z nastrojem. A szkoda.

BTW, końcówka bardzo przypomina mi finał opowiadania, które kiedyś było w Nowej Fantastyce. Tam niemogący umrzeć człowiek wkroczył do podobnego portalu, myśląc, że zakończy on jego żywot i też po jego przekroczeniu nadal myślał. Tylko tam zdał sobie sprawę co to oznacza. Tutaj chyba tez brakło tej drobnej ostrości na koniec, która by zasygnalizowała, że “nadal myślenie” może oznaczać, ze postać wbrew swoim nadziejom niekoniecznie zaraz dozna ukojenia… Choć zawsze czytelnik może to sam sobie dopowiedzieć.

Motyw z ukrytym piętrem, na które nie można wejsć, a do którego można zejść. Drobny, a jednak dobry zabieg.

No, jako całość podobało się, ale nie aż tak jak części przedmówców.

 

"Języki ognia sięgały samego nieba"

Skąd tam niebo, jak to nie było ostatnie piętro?

 

Błyskotliwe. Tekst stoi na wyjściowym koncepcie, spójnie i konsekwentnie później realizowanym. Napisany z narracją (bo już nie językiem) stylizowanym na absurd dawniejszy niż Kafka, przywodził mi przy lekturze na myśl “Nos” Gogola, a to tekst, który wyjątkowo lubię. I pomysł, i wykonanie moim zdaniem naprawdę bardzo dobre. 

Hej, wilku, nie wiem, co oznacza “om”, ale jak słusznie zauważyłeś, inspirowałam się klasycznym weirdem XIX-wiecznym; przez pisaniem wsiąkłam w twórczość Poego i nie tylko :). Może też z tego wynika pewna prostota i linearność, o której wspominasz.

 

Czy to kwestia tego, że w przypadku Twoich opowiadań nastawiam się na to, że będzie gra na wyobraźni?

U, to bardzo miłe!

 

Tu jest tekst bardzo o nastroju niż z nastrojem.

Taka specyfika opowiadania, musiałam trochę skrzywdzić głównego bohatera.

 

BTW, końcówka bardzo przypomina mi finał opowiadania, które kiedyś było w Nowej Fantastyce. Tam niemogący umrzeć człowiek wkroczył do podobnego portalu, myśląc, że zakończy on jego żywot i też po jego przekroczeniu nadal myślał.

Nie miałam niestety styczności, a brzmi intrygująco.

 

Tutaj chyba tez brakło tej drobnej ostrości na koniec, która by zasygnalizowała, że “nadal myślenie” może oznaczać, ze postać wbrew swoim nadziejom niekoniecznie zaraz dozna ukojenia…

Tyle się biedny wycierpiał, zlituj się nad nim :D. A tak na serio, z założenia nie zdradzam w jaki sposób ani kiedy bohater opowiada swoją historię, każdy niech interpretuje zakończenie jak chce ¯\_(ツ)_/¯ Czy coś było po ciszy czy też nie, zostawiam to czytelnikom.

 

Motyw z ukrytym piętrem, na które nie można wejsć, a do którego można zejść. Drobny, a jednak dobry zabieg.

Podziękował :3

 

No, jako całość podobało się, ale nie aż tak jak części przedmówców.

Cieszę się, że w ostatecznym rozrachunku podobało się ❤

 

Skąd tam niebo, jak to nie było ostatnie piętro?

W sumie cholera wie, czy było czy nie było, jest napisane, że sklepienie stanowiło niebo, więc jak najbardziej po podpaleniu języki ognia mogły go sięgać.

 

O, i dziękuję, ninedin, za szepnięcie miłego słówka!

 

przywodził mi przy lekturze na myśl “Nos” Gogola, a to tekst, który wyjątkowo lubię.

Wstyd się przyznać, ale muszę nadrobić niektóre braki czytelnicze ;_;

 

Fajnie, że tutaj wpadliście ❤

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Tu jest tekst bardzo o nastroju niż z nastrojem.

Taka specyfika opowiadania, musiałam trochę skrzywdzić głównego bohatera.

No własnie. Nie wiem jak inni, ale ja bym to bardziej odczuł, gdyby tekst wbijał mnie w nastrój bohatera niż gdy tylko do tego nastroju nawiązuje.

 

z założenia nie zdradzam w jaki sposób ani kiedy bohater opowiada swoją historię

Najpierw pada “Zanurzyłem więc resztę swojego bytu”, dopiero potem reszta rozważań, więc jednak jest informacja kiedy względem punktu końcowego ;-) Pytanie ilu czytelników wychwyci możliwe implikacje tej kolejności, pomimo innych intencji autorki ;-)

 

Cześć, sy!

Przyznaję, że przeczytałam Twoje opowiadanie już kilka dni temu i wywarło na mnie duże wrażenie. Być może się powtórzę, ale muszę. ;)

To, co urzekło mnie najbardziej to język, gra słowami i warstwa emocjonalna. Diabelskie lewe ucho i przypadłość doskwierająca bohaterowi – potrafię sobie wyobrazić ból wywołany bodźcami akustycznymi. Odurodzenie – sama nazwa bardzo trafna, a scena przedstawiona obrazowo, wywołująca skurcz mięśni twarzy, ale nie przesadzona. Czyli w punkt. Brzydkie wydarzenie z wyczuciem opisane. 

W ogóle cały tekst jest napisany spójnym językiem. Niektóre zdania czytałam kilka razy, tak mi się podobały. 

MrB zasugerował, że tekst mógłby być krótszy i tu się z nim zgodzę. Zakończenie lekko zaskakujące, tzn. mogłoby być mocniejsze, ale i tak podobało się, jestem tak usatysfakcjonowana, że ja piórkuję ;)

Wilku, rozumiem twoją uwagę, ale ciężko mi się z nią zgodzić. Ja ten nastrój czuję, moim zdaniem nie przechodzi gdzieś obok :C. Wiadomo, że to zawsze będzie subiektywne.

 

Pytanie ilu czytelników wychwyci możliwe implikacje tej kolejności, pomimo innych intencji autorki ;-)

Let’s play a game :D

 

Sarcio, byłam strasznie ciekawa twojego zdania, i trochę się go obawiałam, bo właśnie zauważyłam, że oznaczyłaś jako “Przeczytane”, a tu komentarza jak nie było tak nie ma :D. Odetchnęłam z ulgą więc, cieszę się, że ci się podobało.

 

W ogóle cały tekst jest napisany spójnym językiem. Niektóre zdania czytałam kilka razy, tak mi się podobały. 

 

Dziękuję za zgłoszenie do piórka! 

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Odurodzenie i odistnienie heart

 

Ależ dziwaczna przypadłość, nieuciekalna, niezbywalna. Klimat. Język. Trochę tak od znaleziska w archiwum do pasmanterii szybciorem poszło, ale dziwność nad dziwnościami. Misie. Zmęczony jestem, lakonicznie więc tak kwalę ;-)

 

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Dziękuję, PsychoRybo, fajno, że się spodobawało ❤

 

Zmęczony jestem, lakonicznie więc tak kwalę ;-)

Nie dziwię się, że zmęczony – maraton po kafkach zrobiłeś błyskawicą. Byłeś jak bulterier! Jak wściekły byk! … jak Tomy Lee Jones w Ściganym! ^^

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Jak Arnubis, chwilę po tym jak rzuci w twarz kam_mod, że jest z Powiśla… ;-)

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

EJ 

 

sio z tymi pomówieniami!

www.facebook.com/mika.modrzynska

laugh

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

A dobry, Żonglerko ❤

 

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

XD

Musiałem dać znać, że rozbawiało. Już sobie idę.

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

XD

Cieszę się, że ci poprawiłam humor, MaSkrolu. Mam sentyment do starej gwardii memów jeszcze z komixxów XD

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Na dzień dzisiejszy, choć z ręką na sercu nie przeczytałam jeszcze wszystkich tekstów, to jest mój faworyt. Nie dość, że sprawnie napisany i z nienachalnymi, ale dobrze wplecionymi nawiązaniami do klasyki gatunku jeszcze z lat 20. ubiegłego wieku, to jeszcze ogranie hasła dość frapujące. Lubię i szanujęyes

Ojej, oidrin, dziękuję, zrobiło mi się bardzo miło ❤

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Bardzo dobre opowiadanie, wyróżnia się w konkursie obok kilku innych. Najbardziej podobała mi się dziwność samego bohatera z pełną naturalnością, z jaką go przedstawiłaś. Ten kontrast jest zdecydowanie na plus. 

Mam tylko jedną małą uwagę. Mleko z piersi jest ciepłe, nie gorące, takie pamiętam. ;) Chyba, że to zamierzone.

Nie nominuję betowanych opowiadań, przynajmniej bardzo rzadko to robię, ale nominację już masz, więc wielkiej straty nie ma. 

Pozdrawiam.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Hej, Darconie :)

 

Mam tylko jedną małą uwagę. Mleko z piersi jest ciepłe, nie gorące, takie pamiętam. ;) Chyba, że to zamierzone.

Zamierzone, aczkolwiek zastanowię się jeszcze nad sugerowaną przez ciebie zmianą już po ogłoszeniu wyników konkursu. Może faktycznie trochę tu przegięłam :D

 

Nie nominuję betowanych opowiadań, przynajmniej bardzo rzadko to robię, ale nominację już masz, więc wielkiej straty nie ma. 

Jakby kto był ciekawy – mówię ogólnie – beta polegała na opinii, czy tekst mieści się w definicji weirdu czy też nie i na wskazaniu paluchem akapitów, które ewentualnie gdzieś tam zgrzytały. Ale to trzeba mi uwierzyć na słowo, że żadne poważne ingerencje w tekst nie zaszły :D

 

Dziękuję za odwiedziny i komentarz!

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Wracam z obiecanym dłuższym komentarzem. Wśród opowiadań, które do tej pory przeczytałem, to wyróżnia się świetnym, spójnym i utrzymywanym na całej przestrzeni tekstu klimatem. Nie jestem fanem dużej ilości ozdobników, opisów, często wręcz wodolejstwa, natomiast tutaj jest to tak świetnie podane, że miałem skojarzenia wręcz z Lovecraftem (wiem, że opinie o nim na portalu są podzielone, ale ja akurat jestem fanem zwłaszcza budowania przez niego właśnie klimatu w opisach, co więcej, u Ciebie jest to mniej przegadane, niż u niego). Dzięki temu tekst jest płynny i można oddać się chłonięciu atmosfery. Co tu więcej dodać – pomysł również fajny, opowiadanie świetne językowo, bardzo dobry balans między formą a treścią. No i całość prezentuje jeden z najrówniejszych poziomów w konkursie, w sensie – od początku do końca trzyma wysoki poziom, bez większych zgrzytów. Podoba mi też długość opowiadania, uważam, że jest optymalna. Tyle ode mnie :)

"Nie wiem skąd tak wielu psychologów wie, co należy, a czego nie należy robić. Takie zalecenia wynikają z konkretnych systemów wartości, nie z wiedzy. Nauka nie udziela odpowiedzi na pytania, co należy, a czego nie należy robić" - dr Tomasz Witkowski

Bailu, dziękuję za rozbudowany komentarzoplement! Przy skojarzeniu z Lovecraftem zrobiło mi się bardzo miło :3

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Z wypowiedzi wcześniej komentujący wnioskuję, że opowiadanie należycie wpisuje się w założenia konkursu, ale cóż, mnie jakoś nie zachwyciło. Owszem, doceniam pomysł na osobliwą przypadłość bohatera i opisy jego trudnego z ową przypadłością życia, ale już poczynania matki, sytuacje w Urzędzie, i finał na tyłach pasmanterii, zdały mi się, delikatnie mówiąc, nazbyt dziwaczne. 

Mimo wszystko czytało się nawet nieźle, bo rzecz jest napisane bardzo porządnie, ale im więcej absurdu dostrzegałam w opowiadaniu, z tym mniejszym zainteresowaniem kontynuowałam lekturę.

 

za nie­wiel­kie wy­na­gro­dze­nie, dzię­ki któ­re­mu mo­głem wy­na­jąć nie­wiel­ki pokój w su­te­re­nach… ―> Powtórzenie.

W ilu suterenach można wynająć jeden pokój?

 

Półki za­peł­nia­ły za­pi­ski i to pa­mięt­ni­ki opra­wio­ne w skórę. ―> Chyba miało być: Półki za­peł­nia­ły za­pi­ski i pa­mięt­ni­ki opra­wio­ne w skórę.

 

Na miej­scu za­stał mnie nie­spe­cjal­ny widok. ―> Na miej­scu za­stałem nie­spe­cjal­ny widok.

Widok nie może nikogo zastać, to ktoś, znalazłszy się w jakimś miejscu, zastaje dany widok.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cóż, reg, uwagi takie jak “nazbyt dziwaczne” i “więcej absurdu” odczytuję jako komplement, wszak to konkurs weirdowy i taki był zamysł na opowiadanie. Może następnym razem, bardziej klasycznym tekstem, wstrzelę się w twój gust. Pocieszająca jest myśl, że chociaż nie narobiłam ci przykrości dużą ilością baboli :)

Za wyłapanie usterek pięknie dziękuję, wprowadzę poprawki po ogłoszeniu wyników konkursu.

 

Pozdrawiam!

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Skoro tak to odczytujesz, Sy… Tylko zważ, że nie jestem członkinią konkursowego jury, a opowiadanie przeczytałam dlatego, że zostało nominowane do piórka. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

W kontekście konkursu absurd i dziwności odczytuję jako komplement :) W kontekście piórek niekonieczne, zwłaszcza, że z tego co czytam, większa część lożan za gatunkiem weirdu nie przepada.

Pożyjemy, zobaczymy :)

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Mam nadzieję, że, zobaczywszy, przeżyjemy. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

O tak, wyniki w tym miesiącu mogą być aż nadto szokujące ;D

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Istotnie, niezbadane są wybory Loży! ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Wpadłam wreszcie :) 

Tekst od razu mnie zaintrygował. Bardzo podoba mi się Twój styl, sy. Przemawia do mnie. Trudno napisać więcej, bo bardzo sprawnie poruszasz się w bardzo “abstrakcyjnych” opisach. Motyw z początku, aby główny bohater wrócił do łona matka zrobił na mnie duże wrażenie. A ten motyw ze słyszeniem? Coś pięknego. Warsztat też bardzo zacny, idealnie opracowany do napisanego tekstu :)

No, podobało mi się bardzo.

Wpadłam wreszcie :) 

 

Dziękuję za piękną laurkę rozpieszczalną, Deir! Bardzo mi miło, że lektura okazała się udana :3

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Kurde, jakie to dobre. Cieszę się, że w końcu posłuchałem ludzi krzyczących, że mam przeczytać to opowiadanie. Nie czytałem prawie nic z konkursu, więc nie jestem w stanie powiedzieć jaki poziom trzymają inne teksty, ale i tak srogo się obrażę, jeśli nie będziesz w antologii albo i na podium.

Całą robotę robi tu fenomenalnie nakreślony klimat. Faktycznie, czuć tutaj te klasyczne, XIX-wieczne inspiracje, ale podane w bardziej przystępny sposób. Naprawdę dobre światotwórstwo, język barwny, ale oszczędny – raczej kilka budujących nastrój zwrotów, niż rozbuchane opisy. Może nie zawsze każdy zwrot jest idealnie zagrany i niektóre wyglądają momentami na wklejone nieco sztucznie, na siłę, niekoniecznie mające sens, a są tylko po to, żeby całą tę dziwność nakreślać, przez co czasem nieco ociera się to o lekki kicz, ale tylko ociera, nigdy granicy nie przekracza. Oczarowało.

Sama historia jest może nieco zbyt prosta jak na mój gust, zwłaszcza jeśli chodzi o zakończenie. Do momentu zejścia na poziom siódmy wszystko gra tak jak powinno, potem dzieje się nieco zbyt szybko. Rozumiem koncepcję i granie niedopowiedzeniami, ale wolałbym trochę bardziej rozbudowaną końcówkę. 

Za to sam koncept – czapki z głów. Mocno przypomina rzekomy przypadek Edwarda Mordake’a, ale ciekawie rozbudowany o wątek nieistnienia i odurodzenia. Palce lizać.

Pisz tak więcej!

Przeczytałam jeszcze przed nominacją i byłam zadowolona z lektury. Kilka dni później robiłam podsumowanie, już z Twoim opkiem jako nominowanym do Piórka i zdałam sobie sprawę, że poza dwoma neologizmami: odurodzeniem i odistnieniem, nic z niego nie pamiętam.

Poziom dziwności okazał się akceptowalny przy lekturze, ale jednocześnie był na tyle duży, że treść mi wyparowała z głowy. Stąd decyzja na NIE.

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Rzeczywiście interesujący tekst, klimatem zbliżony do klasycznych opowieści weird. Miasto jakby trochę z Kafki, trochę ze Schulza, wykonanie też dobre, ale do tego jeszcze wrócę.

Największe wrażenie robi oczywiście pomysł odurodzenia. Rewelacyjny. Niestety nie na nim opierasz fabułę, a szkoda, bo otoczenia fabularne tego znakomitego pomysłu nieco mnie rozczarowało. W sumie jest bardzo prosto, a przy tym niby dziwnie, ale w granicach rozsądku…

Moim zdaniem pomysł ucha diabelskiego nie zostaje w tekście wyjaśniony ani rozwinięty czy też wyciśnięty do końca. Jest przypadłością, która motywuje bohatera do odistnienia siebie, ale powiem szczerze, że o tych cierpieniach jakie owo ucho wywołuje bardziej przekonuje mnie (nieco na siłę) Autorka, a nie zachowanie postaci (dosyć swobodnie i łatwo sobie radzącej z tą przypadłością). Trochę więc ta chęć odistnienia nie współgra z rzeczywistymi cierpieniami bohater i nie do końca jest dla mnie wiarygodna.

Samo odistnienie też oczywiście ciekawe (jednak już nie tak genialne w swej prostocie, jak odurodzenie), ale również niezbyt rozwinięte w tekście. Tajemniczy gość, który ostatecznie sam okazuje się wejściem do nicości, lub samą nicością, ułatwia życie i bohaterowi i autorowi, samemu na siebie wskazując i podpowiadając działania. Od samego bohatera w tej materii otrzymujemy niewiele.

Dosyć pobieżnie opisujesz również działanie owego (tytułowego przecież) diabelskiego ucha, źródło owych męczących głosów, ich naturę, znaczenie, itd. Rozmywa mi się ten koncept w powierzchownych opisach i niejasnych wyjaśnieniach jego przyczyny, działania, wpływu. 

Świat przedstawiony udziwniasz kolorem nieba, dziwacznymi budynkami, ukrytymi piętrami itp., jednak ta dziwność jest niejako doklejona do opisywanej rzeczywistości i nie ma żadnego wpływu na akcję. Akcja nie obfituje w zaskoczenia i zwroty, bohatera mamy tylko jednego, reszta to ledwie cienie wskakujące na scene wydarzeń.

Przyznam szczerze, że spodziewałem się nieco więcej po zakończeniu i rozwikłaniu tajemnicy ( w zasadzie tego rozwikłania jako takiego nie otrzymujemy, ale to przecież weird i można więcej ;)), którą mi "obiecałaś", wprowadzając w historię i dokładnie opisując protagonistę oraz jego wcześniejsze dzieje.

Na poziomie warsztatowym… Powiem tak – tekst potrzebuje porządnej redakcji. Moim zdaniem zaśmiecony jest sporą ilością niepotrzebnych słów, nieco dziwnych konstrukcji, lekkich zgrzytów. Całość robi dobre wrażenie, ale gdy przyjrzeć się tej treści i formie z lupą łatwo dostrzec liczne usterki, które dobry redaktor szybko by usunął (kilka przykładów podaję niżej).

Gdybym był członkiem jury pewnie zadowolony byłbym z procentu weird w tekście, z niepokojącego klimatu, dosyć ciekawej historii i jednego genialnego pomysłu pojawiającego się w fabule.

Jako członek Loży jestem na NIE. Literacko tekst jest nierówny. Fabuła zdaje się nieco szarpana i zwieńczona dosyć bladym, na tle kilku świetnych lub dobrych pomysłów, finałem. Język od czasu do czasu zgrzyta, zdarzają się w nim różne nieczystości.

– Odurodzenie to trudna, niepraktykowana sztuka ze względu na zbyt duże ryzyko dla kobiet – tłumaczył matce, próbując ją przekrzyczeć. Wyszarpywał mnie kleszczami z jej dróg rodnych już dobrych kilkanaście minut. – Mogła się pani zabić.

– tutaj mam problem z tymi minutami dziejącymi się w czasie teraźniejszym. Mamy wspomnienie, potem zaraz wracamy do kolejnych wspomnień, a przez chwilę lokujesz nas w przeszłości dziejącej się w czasie rzeczywistym i wrzucasz te kilkanaście minut poprzedzone "już". To chyba właśnie to "już" psuje mi konstrukcję czasową.

Zdążyłem dobrze je poznać, przede wszystkim podczas spacerów na trasach prowadzących do domu prywatnego nauczyciela, a w późniejszych latach, do Urzędu Miejskiego, gdzie dostawałem pisma do zredagowania za niewielkie wynagrodzenie, dzięki któremu mogłem wynająć niewielki pokój w suterenach w dzielnicy o przyzwoitej reputacji.

– jest w tekście sporo takich zdań. Długich jak towarowy z Polic, nadmiernie rozbudowanych.

gdzie dostawałem pisma do zredagowania za niewielkie wynagrodzenie, dzięki któremu mogłem wynająć niewielki pokój w suterenach w dzielnicy o przyzwoitej reputacji.

– ten błąd chyba już ktoś wskazywał – brzydkie powtórzenie.

Ich cicha pomoc głównie przejawiała się drobnymi uczynkami takimi jak podarowanie odrobiny chleba.

przejawiała się uczynkami taki jak podarowanie – jakieś to mało literackie.

Odmienna sytuacja dotyczyła dzieci, chłopców na posyłki na usługach rodzicielek, tak jakby dostarczenie porcji obiadu dawało im niezbywalne prawo do domagania się zaspokojenia ciekawości.

niezbywalne prawo do domagania się zaspokojenia – jak wyżej.

– Próbował go pan odciąć?

– wiem że to wypowiedź, ale to “go” mnie tu gryzie. Chodzi o ucho więc chyba będzie "je"?

Tamtego dnia nasilenie mojej niedyspozycji osiągało apogeum; obezwładniająca drętwota nie pozwoliła mi na opuszczenie łóżka ani tym bardziej na sprawdzenie, kto mnie wtedy odwiedził.

nie pozwoliła na sprawdzenie – zgrzyta mi to. Poza tym mamy tutaj sporo zaimków.

Nie odbyliśmy rozmowy ze względu na powagę miejsca, która wykluczała krzyki.

 

– tego nie rozumiem. Jakie krzyki. Bohater przecież porozumiewał się pisząc na kartce.

Tak zaczęła się batalia, jaką z pełną siłą wytoczyłem przeciwko chorobie.

– batalię można wytoczyć (chociaż brzmi to w sumie dziwnie), ale skoro jest wytoczona to czy może się zacząć? Znaczenia słowa batalia rozjeżdżają mi się jakoś w wytaczaniu jej i zaczynaniu w jednym zdaniu.

Opukiwania ścian i sufitów nie dało oczekiwanych rezultatów. Z upływem dni poznałem je do perfekcji, więc wiedziałem już, że nie skrywają niczego.

– hmm. Czy sufity i ściany można poznać do perfekcji? do perfekcji można raczej coś opanować.

O odpowiedniej porze, uczesany i odziany w swój najlepszy garnitur, po raz ostatni opuściłem pokój, który przestał być moim pokojem.

– Mamy tutaj swój i moim. Czy to “swój” jest konieczne? “Moim” też można jakoś obejść.

Nie potrzebowałem wiele czasu, by szarpany na wpół martwym wiatrem postanowić wreszcie podążyć do ostatecznego celu mojej podróży.

postanowić wreszcie podążyć – nie brzmi to zbyt ciekawie.

 

Edit. Jak już się ogarnę z 15 tekstami nominowanymi w tym miesiącu, to lecę pod Twój tekst z Dyżuru.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Muszę przyznać, że opowiadanie mnie nie przekonało. Oczywiście doceniam styl, który może mimo pewnych chropowatości, do spółki z samą konstrukcją tekstu tworzy klimat klasycznie weirdowej nowelki sprzed ponad stulecia. Podoba mi się pomysł na odurodzenie/odistnienie, który ma ciekawe filozoficzne implikacje. Fajny również jest pomysł na tytułowe Auris Diabolica (swoją drogą genialna nazwa dla tuningowanej wersji hatchbacka toyoty). Problem w tym, że według mnie pomysły owe nie są należycie wykorzystane.

Diabelskie ucho jest super, lecz jego niesamowity charakter ma znikome znaczenie fabularne. Gdyby to, co bohater słyszy, jak słyszy, od kogo/czego słyszy miało wpływ na akcję, cała para owego świetnego pomysłu nie poszłaby w gwizdek. A teraz, auris diabolica jest tylko efektowną błyskotką. Bo tę samą rolę mogłaby z powodzeniem spełniać jakaś rzadko spotykana, ale zupełnie realna wada lub dysfunkcja, na którą cierpi bohater i która zmienia jego życie w piekło. Poza tym nie widzę konsekwencji w zasadzie działania ucha:

Miałem poważną wadę słuchu, właściwie dyskwalifikującą słyszenie znanego mi świata, nie porozumiewałem się werbalnie, a wszelki kontakt utrzymywałem poprzez pisanie krótkich wiadomości, choć i to bywało czasem utrudnione z powodu ciągłego rozproszenia myśli.

I zaraz potem:

– A dowiedziałby się pan, gdzie zniknęła moja siostra? – wykrzyczał kiedyś malec, który mógł być zapożyczony z puli najprzeciętniejszych malców świata.

Albo:

– Próbował go pan odciąć? – Innym razem stała przede mną dziewczynka w nieco dojrzalszym wieku, niż wspomniany wcześniej chłopiec.

To znaczy on w końcu słyszy zwykłych ludzi, czy nie? Bo jeśli słyszy, to dlaczego nie może mówić? 

Większość "weirdowego" ciężaru tekstu wydaje się spoczywać na opisie świata (miasta). I tu pojawia się największa bolączka gatunku, czyli niekonieczność. Ma być dziwnie i tyle, czy to tak naprawdę potrzebne, czy nie. Twoje miasto tworzy niesamowity nastrój, to fakt. Ale czy jego inność ma tak naprawdę znaczenie? Czy nie ten sam klimat dałoby się uzyskać, opisując realne (choć niekoniecznie istniejące) miasto, przedstawiając je w brudnych, mrocznych, depresyjnych barwach? Wydaje mi się nawet, że tekstowi dobrze zrobiłoby, gdyby przypadłość bohatera i ostateczne spotkanie z plamą nicości wystąpiło w naszym, normalnym (no, powiedzmy normalnym ;-)) świecie. W zwykłej rzeczywistości. 

Cóż, to ciekawy, fajne stylizowany i klimatyczny tekst, z interesującym pomysłem. Ale nie piórkowy. 

Pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

W życiu nie powiedziałabym, że jest to pierwszy kontakt autora z weirdem. Jeśli tak, to chyba właśnie znalazłaś sposób na siebie.

Rytm i nastrój opowiadania wywołał we mnie wrażenie obcowania z prozą Gustava Meyrinka (a jest to wybitnie DOBRE wrażenie, por. „Golem”). Kreujesz cudownie archaiczny świat, który z premedytacją, w naturalny sposób podkreślasz świadomie stylizowanym językiem. Konsekwentnie realizujesz temat konkursowy, który stał się dla Ciebie punktem wyjścia do odmalowania sylwetki intrygującego bohatera. Zmyślność niektórych motywów wbiła mnie w fotel – zabieg odurodzenia to jedna z najmocniejszych rzeczy, jakie czytałam. Kobieto, bój się Boga.

Na początku wychwyciłam parę językowych niezręczności (np. „przeświadczać – doświadczać”), jednak spójność wykreowanego uniwersum i rola, jaką przyjął w nim bohater, w zupełności mi to wynagradzają. I chociaż można byłoby pokusić się o mniej oczywiste zakończenie – wydaje mi się, że taka właśnie puenta utworu jest naturalna i temu tekstowi właściwa.

Gratuluję, mam nadzieję ujrzeć „Auris diabolica” w antologii.

Nowa Fantastyka