- Opowiadanie: lk - Synteza

Synteza

Hasło: żaden rozkład

Dziękuję: WYBRANIETZ, SY, KAM_MOD

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Synteza

Once in our houses, the balls went wild.

Kurt Fawver

 

synteza

 

Nigdy nie pokazałem Bartkowi naszej piwnicy i nie mam pojęcia, jak do niej trafił. Kiedyś wróciłem z pracy, poszedłem do kuchni, zacząłem robić sobie kawę – i nagle usłyszałem skrzypienie. W nowym domu były tylko jedne drzwi, które mogły tak hałasować.

– Zosia! – zawołałem żonę. – On wchodził do…?

– Daj spokój, do cholery. – Musiałem wyrwać ją z drzemki.

Bartek stanął tymczasem w wejściu do kuchni, a jego roześmiane oczy zdradziły mi prawie wszystko.

 

*

 

– Przestaje mi się tu podobać, wiesz?

Zosia najpierw powiedziała to raz, potem powtarzała co drugi dzień, a we wrześniu już codziennie. Nie znałem odpowiedzi, trochę bałem się przytakiwać.

Nasz mały sklep zabawkowy nie prosperował wtedy zbyt dobrze. Mieliśmy wrażenie, że zaraz trzeba będzie zwijać ten interes i znaleźć jakąś normalną, uczciwą pracę – szczególnie w obliczu franczyzowego giganta, który wszedł ostatnio do miasteczka. Istnienie takich gigantów można wypierać, kiedy są daleko, jednak ich widmo ciągle krąży nad mikroprzedsiębiorcami. Jeśli w końcu przyjdą, to robi się naprawdę kiepsko. Najczęściej trudno zareagować.

Żyliśmy niby tylko we trójkę, a już zaczynałem zauważać, że przy obecnych potrzebach Bartka starcza nam na styk. Książki do szkoły, ubrania, bilety miesięczne – wszystko kosztowało.

– Potrzebne nam jakieś nowe rozwiązanie – mówiła czasem Zosia, zmęczona po porannej warcie za kasą.

– Rozmawiałem z Albertem, może załatwi mi pracę u siebie.

– Albert pierdoli głupoty.

To prawda, nie mieliśmy planu ratunkowego. Tym bardziej nie miał go przecież Albert, mój jedyny kolega i najgłupszy człowiek, jakiego znałem.

Czasem chciało mi się płakać, ale wolałem nie robić tego przy Bartku. Ten na szczęście coraz częściej znikał w piwnicy i zostawiał nas samych. Opanował sztukę cichego otwierania i zamykania drzwi tak dobrze, że nie wiedzieliśmy już nawet, kiedy schodzi ani jak długo tam siedzi.

Przyzwyczaiłem się do hałasu, który trwał niemal nieprzerwanie od porodu, i trochę trudno było się przestawić. Wiedziałem jednak o koniecznej zmianie orientacji, którą przechodzą dzieci – z rodziców na ogół świata, na zjawiska inne niż te domowe. Syn się jakoś usamodzielniał, uspołeczniał wręcz. Raz zaprosił nawet tak zwanych kolegów z klasy, czyli losowo przypisanych do tej samej grupy chłopców. Nie spodobali mi się, i jemu – ku mojej radości – chyba też. Po prostu byli jeszcze zbyt głośni, dziecinni. Na szczęście nie zeszli razem do piwnicy, Bartek nie pokazał im wtedy niczego. Poczułem ulgę.

Ja też się zmieniałem, ale zupełnie na odwrót. Nie zaczynałem już rozmowy, kiedy stałem za kasą i nie było jakiejś dużej kolejki. Nie zagadywałem do klientów o pogodę ani nawet o wyniki meczów. Może dojrzałem dzięki Bartkowi. Chyba kontakt z nim, ewentualnie jeszcze z żoną, po prostu mi wystarczał.

– Introspekcja raczej nie istnieje – powiedziała Zosia, gdy podzieliłem się z nią moimi przemyśleniami. – A już na pewno nie w twoim przypadku.

To chyba miał być żart, ale nie zrozumiałem. Często nie rozumiałem różnych rzeczy, może nawet coraz częściej.

– No przecież normalne, że ty spoważniałeś, a on zaczyna się bawić z innymi dziećmi. Wszystko w porządku.

Lubiłem, gdy Zosia była Zosią. Zdarzały się jednak momenty, że trudniej nam się rozmawiało – pewnie przez zmęczenie robotą.

 

*

 

Istnieje takie powiedzenie, że kiedy śmieje się dziecko, śmieje się cały świat. Ostatecznie bardzo się ucieszyłem, gdy synek znalazł swoje własne rozrywki – nie zawsze mieliśmy siły na wspólną zabawę. Nie przypuszczałem jednak, że te jego nowe zajęcia staną się dla nas tak ważne.

– Tatusiu! – krzyknął Bartek piskliwie, kiedy wróciłem z pracy, chyba jakoś w październiku. Jak na siedmiolatka wciąż bardzo seplenił, ale logopeda powiedział, że to musi w końcu minąć. – Tatusiu, pokazać ci?

Podbiegł ze spuszczoną głową. Chciałem go uściskać, jednak zauważyłem, że trzyma coś kurczowo w rękach.

– Mas! – zawołał i podniósł przedmiot, uderzając mnie nim w brzuch.

– Nie mówi się „masz”, tylko „proszę” – poprawiłem i wziąłem podarunek.

Nie pamiętałem, żebym kupował mu taką piłkę – o ile to w ogóle była piłka. Fioletowe, gumowe i obłe, wielkości dłoni, na pewno przeznaczone do zabawy, ale czy piłka? Nie miałem pewności. Upuściłem – nie odbiło się, zostało na podłodze. Podniosłem, powąchałem, podrzuciłem kilka razy nad głowę i obserwowałem, jak spada, dziwnie zafascynowany.

Ten zapach już ze mną został – coś jak papieros odpalony w lesie po deszczu.

– Fajne. Skąd to wziąłeś?

Bartek uśmiechnął się od ucha do ucha tak, że zobaczyłem jego mleczaki. Poczułem ciepło wewnątrz ciała, najsilniej w okolicach mostka. Moje pytanie wydało się nagle bardzo głupie – musiałem je zadać ze zmęczenia, bez jakiegokolwiek namysłu.

 

*

 

Od tamtej pory śniły mi się głównie proste kształty figur płaskich, niekiedy wypełnione kolorami. Raz na jakiś czas zdarzył się cud, i taki kwadrat albo trójkąt się obrócił, tworząc jakąś ciekawą bryłę. To było jeszcze do ogarnięcia.

Problem pojawiał się w snach, w których widziałem rzeczy z piwnicy. Nigdy nie rozumiałem, dlaczego nie znikały po przebudzeniu, i dlaczego wywoływało to we mnie takie podekscytowanie.

Co zrobią dalej? Trochę jak w serialu.

 

*

 

Fioletowych piłek, mówiąc w uproszczeniu, pojawiło się więcej. Miałem przeczucie, że będą dobrze schodziły, więc położyłem je pod ladą i nakleiłem na nich ceny. Nie miały atestów, więc nie dało się ich włączyć do oficjalnej oferty – a szkoda.

Pierwsza osoba, która weszła tego dnia do sklepu na mojej zmianie, szukała właśnie zabawki dla pieska. Nie mieliśmy takich obiektów w naszym asortymencie, więc zaproponowałem zastępstwo – nie mogłem przecież nie zaproponować niczego.

– Proszę popatrzeć, czy się nada – powiedziałem, wręczając kobiecie fioletową piłkę.

Podniosła, powąchała i podrzuciła kilka razy nad głowę. Ludzie nie różnią się zbyt wiele jeśli chodzi o procesy kognitywne, czy jak one się tam nazywają. Swoją drogą, to była działka Zosi: nazwy, procesy i tak dalej.

Na twarzy klientki pojawił się zachwyt, który zapamiętałem na bardzo długo. Poczułem nagle, że ten towar to prawdziwe objawienie, i że nie pomyliłem się, kładąc piłki pod ladą.

– Ładny zapach. Ile płacę? – zapytała kobieta, wyjmując portfel. – Fafik będzie zachwycony.

Podałem cenę.

– To zupełna nowość, wkrótce pewnie zdrożeją – dodałem ze szczerym podekscytowaniem.

– Wspaniale więc, że przyszłam!

Kiwnąłem głową.

Tego dnia przyszło jeszcze kilkanaście osób i kilka z nich, ku mojej radości, odeszło z fioletowymi piłkami.

Być może – być może – zostaliśmy uratowani.

Wróciłem z pracy i popatrzyłem na Zosię. Oddychała regularnie, miała zamknięte oczy i słuchawki na uszach.

– Sprzedawałeś fioletowe piłki – wyszeptała przez sen. – Bartek mi opowiedział.

– Tak.

Pokręciła głową i uśmiechnęła się krzywo.

– Wiesz co? – zagadnęła.

– No? – Zmarszczyłem brwi.

– Chciałabym wrócić na uczelnię – powiedziała, otwierając jednocześnie oczy.

Zabrzmiało poważnie, nawet mimo uśmiechu.

– Jeszcze dużo czasu, nie? Możesz to przemyśleć. Nie mamy pieniędzy.

– Niby tak.

 

*

 

Kazałem Bartkowi nieustannie donosić towar, chociaż pewnie i tak by to robił po szkole. Cieszył się przy tym niesamowicie, a ludzie, którzy kupowali fioletowe piłki, cieszyli się jeszcze bardziej. Dla psa, dla dziecka, do rehabilitacji – przydawały się we wszystkim. Można je było ugniatać, rzucać, wkładać na głowę, pod pachę, gdziekolwiek.

Trochę się zdziwiłem, gdy w drzwiach sklepu stanął nagle Albert. Wyglądał strasznie, miał przetłuszczone włosy i pogniecioną kurtkę. Zbiliśmy pionę.

– Siema – powiedział przyciszonym, zachrypniętym głosem. – Słuchaj, kurwa… – Pokręcił głową i smarknął głośno. – Słuchaj… Ty masz te gówno, nie?

– W sensie?

– No te piłki, kurwa, gadają o tym na osiedlu.

– Mam.

– A dałbyś mi jedną? Nie mam kwitu, a przyda się dla dzieci, zaraz mają urodziny moje bliźniaki. Wiesz, o co chodzi.

– Mógłbym ci pożyczyć, ale…

– Dobra, zapłacę połowę. Muszę mieć to na teraz, wiesz, o co chodzi. Potem oddam, obiecuję. Obiecuję. Widziałem po prostu córkę sąsiada, tego Kuby, ona jest tym zachwycona. Muszę coś kupić, żona mnie zabije. Proszę cię.

– W porządku.

Podałem mu jedną fioletową piłkę, ale, mówiąc szczerze, wybrałem najmniejszą i najbardziej wadliwą, żeby nie było jej szkoda. Albert wręczył mi parę monet i uciekł.

– Dzięki – rzucił za sobą.

Tego dnia, nie wiedzieć czemu, postanowiłem wrócić do domu nieco okrężną drogą. Zamiast przejść po prostu na drugą stronę ulicy, poszedłem do parku, a potem chciałem jeszcze okrążyć stację benzynową. Chyba tak po prostu, bez powodu. Rekreacyjnie.

Coś przykuło moją uwagę – kobieta tankująca akurat samochód. Początkowo nie zauważyłem w tym nic dziwnego, a jednak miałem jakieś niejasne przekonanie, że nie mogę teraz odejść. Stanąłem więc i obserwowałem, ale nie samochód, dystrybutor czy wąż włożony do baku. Obserwowałem tylko jej kości policzkowe, które z tej perspektywy – widząc kobietę od tyłu – wysuwały się śmiesznie na boki, rozciągając skórę twarzy. Wydawała się gumowa.

Dlaczego nie pękała, dlaczego głowa jeszcze się nie rozpadła? Sam spróbowałem zrobić coś podobnego, ale mechanizm mojej żuchwy po prostu tak nie działał. Nawet zbliżony zakres ruchu był zupełnie nieosiągalny – a kości policzkowe stały właściwie w miejscu.

Nie mogłem przestać patrzeć na ten fenomen. W pewnej chwili kobieta, nie przerywając żucia, obróciła się do mnie bokiem – i dostrzegłem kawałek fioletowego bąbla, który wypełniał całe jej usta.

Nie pamiętałem takiej klientki.

 

*

 

– Kiedy ostatnio byłaś…?

– Dawno temu, zaraz po tobie. Później już tylko Bartek.

Więcej nie rozmawialiśmy, ale chyba głównie z mojej winy. Stałem się strasznym milczkiem.

Szalę przechylił chyba ten facet, który przyszedł do nas do domu i zaczął krzyczeć. Pozbawiliśmy go pieniędzy, zostawiliśmy z długami, jego rodzina nie ma co jeść – i tak dalej.

– Chuj ci, skurwielu, na matkę! – powtarzał, waląc pięścią w drzwi.

Nic nas to nie obchodziło, czasem ryzyko się nie opłaca, ale zabawnie było go potem zobaczyć razem ze wszystkimi na ulicy – w fioletowej, gumowej czapce. Wydało mi się to ironią losu, choć nie komentowałem oczywiście na głos tego typu rzeczy. Zrozumiałe, że obok naszych klientów spotykaliśmy także beneficjentów czarnego rynku.

Zosia za to stanęła wtedy jak wryta i dostrzegłem, że coś musiało się w niej zmienić. Już wcześniej odmawiała pracy w sklepie, a gdy mówiła do Bartka, to nawet na niego nie patrzyła.

Następnego dnia podjęła chyba decyzję i wyjechała – nie miałem nawet pojęcia, gdzie ani po co. Może faktycznie na uczelnię, ale przestało mnie to jakoś interesować.

 

*

 

W tamtym czasie, to znaczy już na zimę, spędzałem bardzo dużo czasu na drugim piętrze naszego domu, siedząc na balkonie i po prostu kontemplując widok. Nasz sklep, do którego ustawiały się cholernie długie kolejki, obsługiwał tylko Bartek – i doskonale sobie radził. Wiedziałem, że już mnie raczej nie potrzebuje, że stał się zupełnie samodzielnym młodym mężczyzną. Było to zaskakujące, ale nie niemożliwe. Historia znała co najmniej kilka podobnych przypadków.

Dni się zlewały, przeszedłem w ekstremalnie pasywny tryb. I dobrze, nie przeszkadzało mi to specjalnie – odpoczynek też jest w życiu ważny. Kto jak kto, ale ja akurat miałem po czym odpoczywać. Poza tym kiedyś usłyszałem, że należy się cieszyć dobrą chwilą, bo i tak będzie jeszcze dużo gorzej.

Widząc tych ludzi – te tłumy klientów rozlewających się po całym mieście, niektórych w fiolecie, niektórych jeszcze bez – miałem niby wrażenie, że wszystko znalazło się na swoim miejscu, ale ja nie włożyłem na siebie nic fioletowego. Nie miałem pojęcia, kim tak naprawdę jestem. Na pewno nie swoim własnym klientem! Chyba to był mój problem przez całe życie – że zwyczajnie nie usiadłem i nie popatrzyłem w głąb. Wreszcie nadarzyła się okazja, nie musiałem już pracować – i nadal mi czegoś brakowało. Nie mogłem nic, absolutnie nic wymyślić.

Pierwszy krok ku poznaniu dokonał się bez mojego udziału.

Któregoś dnia Albert włóczył się przy sklepie, żując swoją fioletową piłkę podobnie jak większość ludzi na zewnątrz, i nagle akurat jego piłka – chociaż to chyba musiała być jego piłka – stwardniała mu w zębach, zmieniła się w kamień. Jedynki wyleciały z głośnym, przykrym trzaskiem, i upadły na ziemię. Usta Alberta zalały się krwią. Wszyscy od niego odbiegli i patrzyli bez słowa, a ja wstałem z fotela na balkonie i podszedłem do samej barierki. Stanąłem nawet na palcach, wychylając się do przodu.

Krzyk przeszył całe miasteczko. Był to najstraszniejszy dźwięk, jaki słyszałem, i jaki w ogóle można usłyszeć. Ten pierwszy dysonans brzmiał jeszcze długo na świecie, właściwie do samego końca.

Ludzie wypluli swoje piłki z ust – część także nie była już miękka. Ktoś rzucił jedną w krzyczącego Alberta, ten dostał w tył głowy i zwalił się na ziemię. Zaraz poleciała następna, za nią jeszcze jedna. Pociski masakrowały martwe ciało mojego jedynego kolegi. W końcu została tylko kałuża krwi i odgłos żucia gumy, gdy piłki odzyskały swoje normalne właściwości.

Usłyszałem za sobą kroki Bartka. Stanął przy mnie i zachichotał; coś sprawiło, że lekko zadrżałem.

Ale mieliśmy znów spokój, przynajmniej przez jakiś czas.

 

*

 

W chwilach spokoju ogląda się telewizję, my nie byliśmy wyjątkowi.

Nie ja wybierałem kanał, to Bartek bawił się pilotem. Natrafił na jeden z tych zabawnych programów publicystyczno-informacyjnych, tym razem nawet z gościnią. Rozpoznałem w niej Zosię, chociaż z trudem i niechęcią. Wyglądała tak jak wtedy, gdy się poznaliśmy, jeszcze przed tą historią o wyjeździe z miasta i zamieszkaniu na piwnicy. Poważne okulary, marynarka.

– Dziś w studio mamy przyjemność gościć doktor Zofię… – mówiła drżącym głosem prowadząca programu.

– Dzień dobry państwu – odpowiedziała Zosia, marszcząc nawet brwi.

– C-co pani sądzi o obecnej sytuacji? – zająknęła się dziennikarka i nabrała więcej powietrza. – Niektórzy mówią o konieczności historycznej. Eksperci przyznają, że już dawno temu zrozumiał i przewidział to zjawisko badacz R…

– Częściowo przyznam pani rację – przerwała Zosia – ale nie do końca.

Pokręciła głową i wyprostowała nogi.

Bartek zasłonił usta dłonią i zbliżył się do telewizora.

– Mamy do czynienia z totalnym rozkładem społeczeństwa – podjęła Zosia. – To powszechne pragnienie jest obecnie z pewnością nie do opanowania…

Bartek wybuchnął śmiechem, zaczął tarzać się po podłodze.

– …ale w końcu musi minąć, tak jak wszystko na świecie. Pozostaje nam być cierpliwymi, nie wychodzić z domu, włożyć okulary i myć szkiełka. Unikać fioletu.

Patrzyłem na syna z niepokojem, na szczęście w końcu się opanował. Wziął głęboki oddech i zrobił mostek na dywanie, głowę skierował w moją stronę.

– Synteza – powiedział cicho, ale bardzo wyraźnie. – To jest synteza. Rozkład? To jest synteza.

Odwróciłem wzrok od jego wykrzywionej twarzy i spojrzałem znów na telewizor.

Z piersi prowadzącej wypadła fioletowa piłka, rozrywając elegancką marynarkę. Zosia wstała, westchnęła i wyszła poza kadr. Zgasł ekran. Żółty napis: awaria. Żółć przeszła w dziwny odcień różu, a potem już w czysty fiolet.

Bartek ciągle na mnie patrzył. Nie mogłem mu odpowiedzieć.

Nagle coś się zmieniło.

To była w jakimś sensie synteza, ale na pewno nie w rozumieniu Bartka. Zosia też nie miała racji. Ja też nie miałem racji. Nikt z nas nie miał racji. W pokoju zalegało od cholery fioletowych piłek.

Odkryłem, że drżę – tym razem z wściekłości.

Wziąłem syna za rękę, szarpnięciem podniosłem go z podłogi. Poszliśmy do piwnicy.

 

*

 

Znów się zagotowało.

Patrzyłem na wszystko z góry. Nie myślałem o tej funkcji balkonu, gdy budowaliśmy dom, ale w życiu nie ma chyba przypadków. Dokładny wgląd w naturę rzeczy był ciekawym doświadczeniem. Na razie odpuściłem wychylanie się za barierkę, przynajmniej do końca zabawy. Nawet ja potrzebowałem pewnego iluzorycznego komfortu, poczucia bezpieczeństwa, mimo że nic takiego nie istniało w rzeczywistości.

Na ulicach leżało wiele ciał, podobnie jak wcześniej Albert – wściekle zafioletowanych. Deptali po nich ci żywi. Odkryłem nagle, że pole mojego widzenia sięga aż do wielkiego słupa na środku miasteczka, z okolic którego nowi ludzie napływali do naszego sklepu. Stał teraz pusty – nie miałem pojęcia, co ostatnio działo się z Bartkiem – ale ludzie naprawdę dobrze radzili sobie sami. Brali nowe piłki i je jakoś rozmnażali na czarnym rynku, nie trzeba im było pomagać.

Nie trzeba też było pomagać jednemu człowiekowi, który swoją piłkę wykorzystał do uduszenia trzech albo czterech zafioletowanych, znienacka atakując ich na ulicy. Wtedy zrozumiałem tego generała piszącego o wojnie i innych podobnych rzeczach: że nie mają granic, i że nie można sobie bez nich wyobrazić zgromadzenia dusz. Faktycznie, natura trzymała kulturę na okrutnie krótkiej smyczy. Być może powinno to było zostać stworzone trochę inaczej, ale mleko się już rozlało. Nie popełniłem samobójstwa w stosownym czasie, a więc musiałem patrzeć.

– Śniło mi się, że nigdy nie urodziłam Bartka – powiedziała kiedyś Zosia, jeszcze w starym domu.

– Można wszystko naprawić – odparłem wtedy.

Przetrawiłem ten dialog dopiero później, stojąc na balkonie i sięgając wzrokiem aż do wielkiego słupa na środku miasteczka. Nigdy wcześniej nie widziałem go tak wyraźnie i nie rozumiałem chyba, jak jest ogromny. Bóg jeden wie – albo wiedział – dokąd tak naprawdę sięga.

Bartek w końcu się pojawił.

 

S Y N T E Z A

 

Syn wychodzi zza słupa, tłum nie reaguje. Pojedyncze dusze zerkają z ciekawością albo niechęcią, ale zaraz wracają do gnicia.

Wyrósł, to trzeba przyznać – jest teraz najwyższy wśród rzeczy podbalkonowych. Spuszcza jednak wzrok. Chyba rozumie, że przyszedł czas, o którym rozmawialiśmy. Fioletowe szaty nie falują i nie brudzą się, gdy jedno ze stworzeń przypadkowo na niego wpada. Zastanawiam się, jak długo będzie tu szedł, i jak bardzo spowolnią go przeszkody. Jego głowa jest nieruchoma, kroki niezwykle równe – wydaje się doskonale skoncentrowany. W swojej wędrówce mija kilku niezafioletowanych i tylko oni go rozpoznają. Pozdrawiają się w milczeniu – wrzask pożogi zagłuszyłby ich słowa. Opieram dłonie o barierkę, biorę głęboki wdech.

Każda zabawa ma koniec.

Coś błyska w powietrzu – pierwsza piłka trafia go w skroń i znika wewnątrz ciała, które nadal podąża naprzód. Odważny rzucający nie rozumie, odwraca wzrok. Ktoś jeszcze próbuje swoich sił, później ktoś inny – nic się nie dzieje.

Sztuczne spowolnienie jest niemożliwe. Czuję coś w rodzaju dumy.

Syn upada nagle przed sklepem, ale nie od pocisku, i zastyga na ziemi, rozkładając ręce i złączając nogi.

Teraz dostrzegają go wszyscy. Kule trafiają go po kolei i znikają w jego ciele, w jego świecących na fioletowo szatach. Mam wrażenie, że widziałem to już wiele razy. Rzucającym kończy się amunicja, rzucający nie mają już amunicji. Zaraz spojrzą na nieruchome ciało i jakby ze zdziwieniem podrapią się po głowach.

Nieliczne jednostki jeszcze podrygują, ale tłum jako całość stoi w miejscu, i myślę, że istnieje pewna asymetria w stworzeniu: bardziej prawdopodobny jest spokój niż rzeczy, które się stały. A jeśli już się stały, to na mocy tej asymetrii muszą na szczęście wygasnąć. Dysonans po wściekłym zafioletowaniu Alberta dalej wybrzmiewa, ale on również niedługo ucichnie.

Czy można już przejść do podsumowania?

I wtedy wszystko się pierdoli. Czuję żyłę pulsującą na szyi.

Syn nie powinien – nie powinien – a podnosi się powoli, głowę obracając w moim kierunku. Jego ręka z wyprostowanym palcem wskazującym chce się chyba ułożyć tak, by celować w balkon. W końcu się to udaje.

Zerkają tutaj. Czuję ich spojrzenia, coraz więcej ich spojrzeń. Nikt nigdy wcześniej nie spojrzał na balkon, a oni patrzą z absolutną śmiałością. Mam ochotę uciekać.

Syn idzie przed siebie. Wiem, że umrze przed domem, rozpadnie się zaraz – a jednak idzie.

Niemożliwe. Co mogę zrobić?

Cofam się pół kroku. Wszyscy za nim poszli, teraz już nawet biegną. Nie rozumiem. Przecież zginą, rozbiją swoje zadarte głowy o drzwi domu. Mogli przecież zostać przy sklepie, prawda? To jest tylko jego decyzja. On ma, do cholery, fioletowe szaty, oni mają co najwyżej bąble w ustach. Czemu tak komplikuje?

I on pierwszy uderza w fasadę. Wybuch sięga wielkiego słupa na środku miasteczka, pochłania wszystko dookoła. Niemal tracę równowagę, zaciskam mocno dłonie na barierce i modlę się… i bardzo chcę, by wytrzymała.

Synteza się dokonała, ale nie tak, jak powinna. Świat roztopił się w fiolecie, ale nie w moim ulubionym odcieniu.

Drżę, osuwam się na kolana. Łzy spadają na podłogę.

 

*

 

Niczego nie poznałem, niczego oprócz śmierci.

Nie rozumiem, co się ze mną dzieje, nie umiem tego nazwać. Miałem straszne przeczucia i nic nie poszło tak, jak powinno. Nadal mam okropne przeczucia. Czy ta fioletowa ściana, ten fioletowy bezkres za granicą balkonu, nie jest tylko snem?

Obrzydliwy odcień. Może powinienem spróbować…?

Słyszę za sobą kroki, ktoś idzie na górę. To jej mi brakowało.

– Musimy koniecznie porozmawiać – mówię, pociągając nosem. – Ja…

Ale Zosia mnie mija. Dalej ma na sobie tę marynarkę, co w telewizji, i przypominam sobie jej niedokończone wystąpienie. Naprawdę się aż tak przejęła? Naprawdę wpłynęła na Bartka, żeby się mi sprzeciwił? Ale kiedy z nim rozmawiała? I gdzie się ukrywała?

– Do kurwy nędzy, czy ty mnie słyszysz?! – krzyczę w rozpaczy.

Zosia przeskakuje za barierkę.

 

*

 

Idę powoli, po jednym schodku. Z balkonu nie można zejść ot tak. Zosia wiedziała, co robi, wybierając drogę na skróty.

Upadam przed samą piwnicą, uderzam głową w klamkę i opieram dłonie o drzwi. Nie czuję żadnych drgań – albo wszystko w środku się zatrzymało, albo nic tam już nie ma.

Koniec

Komentarze

Wpadnę tu później z pełnym komentarzem, ale ludu, czytajcie lk, bo to pierwszej wody weird. Warto po tysiąckroć.

www.facebook.com/mika.modrzynska

Tak, czytajcie to, to rasowe wierd i to w dodatku bardzo dobre! 

 

Też wpadnę za moment.

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Chyba jeszcze nigdy tak szybko nie przeczytałem opowiadania na portalu. Nie mogłem się oderwać, może dlatego, że chciałem znać odpowiedź, której właściwie nie otrzymałem i nie spodziewałem się, że ją otrzymam. Niepokojący i wciągający tekst, czuć ten weird i on jest naprawdę bardzo dobry. Są przejmujące wydarzenia, trochę obrzydliwe, trochę straszne i wciągające, nie ma ich przyczyny i wyjaśnienia, a ja jestem bardzo zadowolony z takiej lektury. Spotkałem tylko jedno opowiadanie z gatunku, które wciągnęło mnie na tak głębokim, nieokreślonym poziomie.

Właściwie od samego początku wszystko wydaje się być cholernie nie tak, małe reakcje, które są bardzo nienaturalne, zdania zbudowane w specyficzny, przedstawiłeś normalne rzeczy w nieco inny sposób, a to też budowało ten dziwny, gęsty klimat. Mógłbym się jeszcze rozpisać, ale właściwie nie wiem o czym, wiem, że mnie zachwyciło całością, wszystkimi elementami, ale jak samo opowiadanie jest w pewnym stopniu nieokreślone, ja nie mogę lepiej określić swojego stanowiska.

Mam faworyta i zazdroszczę takiego opowiadania. To tylko jeden głos, ale zgłaszam do piórka.

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Niepokojące, dziwne i porąbane – jak to zwykle u ciebie bywa, lku. No ja po prostu nie umiem pisać pozytywnych komentarzy, a napisać coś muszę, bo chcę zgłosić Syntezę do biblio, więc wspomnę, że to jedno z lepszych weird w wykonaniu fantastów. Sprawnie napisane (sugestie ładnie uwzględnione w poprawkach), fabuła wciągająca. Ładnie zbudowałeś klimat ponurymi dialogami, zwłaszcza między głównym bohaterem a Zosią. 

Zakończenie niejasne i bardzo dobrze. 

No jejku, to jest jedno z tych opowiadań, przy których się zazdrości pomysłu. Jak jurki nie docenią to będę oburzona.

 

Trzymam kciuki! 

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Hej wszystkim, to miłe czytać takie komentarze w przerwie od książki

KIEDY ROZSZALEJE SIĘ PIEKŁO: RZECZY KTÓRYCH POTRZEBUJESZ, GDY NADEJDZIE KATASTROFA

 

Bardzo dziękuję! :3

Lk, uderzyło mnie stwierdzenie, że logopeda powiedział, że seplenienie w końcu minie. Seplenienie samo nie przechodzii:-) pozdrawiam

Olciatko, może to jakiś konował był :D

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Sy, w sumie na takich też można trafić:-)

Szczerze mówiąc, nie zrozumiałam, co chciałeś przekazać :(

Jednak czytało się świetnie, klimat i uczucie niepokoju nie odstępowało mnie ani na krok, a napięcie wraz z idealnie zbalansowaną akcją opowiadania sprawiło, że przez tekst się po prostu leci jak strzała :)

Czyli bardzo dobre wykonanie, szkoda tylko że nie wyłapałam puenty :( Ode mnie również klik.

No i faktycznie nie minęło, wszystko się zgadza ://

 

edit: Chryste, nie zauważyłem, że jest tu ARYA STARK i w sumie nic dziwnego (dobrze się skrada), dzięki za komentarz!!!

Dołączam do grona zadowolonych czytelników, choć nie wszystko do mnie trafiło. Pierwsza część podobała mi się bardziej – dobrze przedstawiłeś obraz niezbyt szczęśliwej rodzinki, wprowadzając przy tym kilka tajemniczych elementów i zapowiadając dziwne wydarzenia.

Dalej w mojej opinii poszło już trochę gorzej – i o ile można powiedzieć, że tekst mnie wciągnął i do końca czytałem z przyjemnością, to jednak brakowało mi jakichkolwiek wyjaśnień (choćby delikatnie zarysowanych, pozostawiających interpretację czytelnikowi). W zasadzie przez większą część tekstu czekałem na jakieś podpowiedzi dotyczące piwnicy czy ogólnie źródła tego całego zamieszania. Nie do końca zrozumiałem też, co chciałeś przekazać w ostatnich akapitach – chyba coś mi umknęło w końcówce.

Mimo wszystko to nadal kawał dobrego tekstu – językowo zdecydowanie dobrze, klimat miejscami gęsty jak powietrze w Krakowie, a różowa siła niesie ze sobą dziwny niepokój. Tak jak pisałem wcześniej, nastrój panujący w domu bohaterów też oddany dość ciekawie – niby zwykła rodzinka, ale wyraźnie coś z nimi jest nie tak.

Podsumowując – jest dobrze, choć według mnie mogłoby być jeszcze lepiej.

Chryste, nie zauważyłem, że jest tu ARYA STARK i w sumie nic dziwnego (dobrze się skrada), dzięki za komentarz!!!

:DDD Potajemnie podbija statystyki xD

Poplątane to opętane fioletem miasto. Główny bohater nie uskarża się na możliwość introspekcji, tak? Czyli projektuje na zewnątrz? No solidnie poplątane. jest ok!

Trop niezły, pewnie kiedyś wyjaśnię, o czym mniej więcej to jest, bo zagadnienie w sumie ciekawe, ale na razie wszystko bym zepsuł, gdybym to zrobił.

g. 03:56

Nie śpisz bo trzymasz kredens? :P

Wbijam dywizję w lolu, wtedy dzieci nie grają…

Wbijam dywizję w lolu, wtedy dzieci nie grają…

I w środku nocy nie ma dzieciaczków na lidze, łatwiej gierkę pociągnąć. :P

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

TYLKO ŻE na przykład dzisiaj lol nie działał o 3.30 przez tych gości z riot games których powinni wywieźć na taczkach i zamiast grać, to czytałem sobie teorie spiskowe o koronawirusie, Trumpie, pizzagate i adronochromie, więc samopoczucie jest obniżone. Jak tak dalej pójdzie to będzie weird fiction na ulicach!!!

A to serwery płoną jak zawsze i być może płonąć będą, bo póki co zapewne większość sił jest skupione na Valorant. Eh, te teorie spiskowe, czego ludzie nie potrafią wymyślić, czasem trzeba sobie zrobić przerwę od internetu i jego mądrości, choć to nie bardzo możliwe xD

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

W pierwszych chwilach miałem skojarzenia z “Coraline” Gaimana, później z “Ciemność i Pleśń” Lema, a później to jakieś Walking Dead niemal. Lektura przypadła mi do gustu, chociaż jakiś atawistyczny niedosyt pozostał – bo zamiast rozkoszować się groteską i absurdem fabuły i formy, dziecko we mnie chciałoby dowiedzieć się czegoś bardziej konkretnego o tych piłkach.

Nie mniej jednak lektura bardzo, bardzo przyjemna. Opko mnie wciągnęło i trzymało do końca.

Pozdrawiam!

— Nie cmyka! Mówiłem, że nie ma zębów.

Mi również bardziej podobała się pierwsza część opowiadania, chyba również wolę otrzymać bardziej jednoznaczne wyjaśnienia co do wątków fabuły. Co oczywiście nie zmienia faktu, że całość jest udana. Jednocześnie rozumiem chec zbudowania nastroju niesamowitosci poprzez niedopowiedzenie :)

I po co to było?

Ochhh dziękuję za komentarze!

 

Żeby nie pisać tylko tyle, to na marginesie jeszcze mogę napisać, że przy pisaniu tego typu opowiadań

[o ile nie są zupełnie losowe i trzymamy kciuki, że ktoś się nabierze (a to nie chyba nie jest z takich!)]

chcielibyśmy kroczyć bardzo cienką granicą, którą narysowałem tutaj:

 

LOSOWE RZECZY | OCZYWISTE RZECZY

 

Załóżmy, że w tym miejscu

– Niektórzy mówią o konieczności historycznej. Eksperci przyznają, że już dawno temu zrozumiał i przewidział to zjawisko badacz R…

napisałem coś więcej, niż sama literka R. Co by się wtedy stało? Czy nie przekroczylibyśmy tej granicy? Czy opowiadanie nie stałoby się tylko prostym wyłożeniem jakiejś… wizji, teorii, spekulacji, halucynacji? Cytat, który zamieściłem na początku opowiadania, jest z fenomenalnego tekstu Kurta Fawvera pochodzącego z troszeczkę późniejszej fazy jego twórczości, w której odkrył on już istnienie linii narysowanej powyżej. Ale istnieją takie teksty Kurta Fawvera, które nie zdają sobie sprawy z istnienia tej linii, i takim tekstem jest moje ulubione opowiadanie (czy raczej meta-dramat!) “THE GODS IN THEIR SEATS, UNBLINKING”. To opowiadanie przebiega przez “oczywiste rzeczy”, i to przez prawą krawędź słowa “rzeczy”. Jest tam nawet linijka, która to otwarcie deklaruje:

“Fine, Mr. Krill. […] Let’s EXPLORE YOUR THEORY YET AGAIN”.

Tylko że, moim zdaniem, i podkreślam że tylko moim, bo myślałem o tym co najmniej kilka tygodni – jedynym elementem, który umożliwia zrobienie tego w tym tekście, zejście do prawej krawędzi rysunku, jest forma. Test jest o tym, że bohaterowie dramatu budzą się z matrixa niejako podwójnie – najpierw paranoiczny pacjent psychiatry orientuje się, że jest bohaterem w sztuce scenicznej, natomiast później oni we dwóch zauważają, że nie tylko istnieje czwarta ściana – publiczność – ale także piąta: kartka papieru. I teraz, gdyby to opisać prozą, efekt by nie powstał.

Stąd te wszystkie opowiadania prozą najnowszej fali: typu Fawver, Padgett i tak dalej, są chyba bardzo dalekie od prawej strony, i ja się z nimi zgadzam. Jeśli jesteś daleko od prawej strony, i jednocześnie nie jesteś na skraju lewej strony, to wszystko w porządku. Ale można napisać tekst – można próbować napisać tekst – podobny do tego, który jest wyżej, i jednocześnie explicite rozpisać cały swój system wierzeń. Tak robił Philip K. Dick, ale moim zdaniem jemu to wychodziło tylko i wyłącznie dlatego, że był pod ciągłym wpływem narkotyków, tj. miał dostęp niejako bezpośredni do rzeczy, o których pisał. I zresztą nie mam pojęcia, czy Philip K. Dick czytany teraz przeze mnie po raz pierwszy zrobiłby takie wrażenie, jak czytany kiedyś. Może właśnie przebywanie po prawej stronie rysunku by mnie odrzuciło.

No nic, są to takie właśnie przemyślenia typu weird fiction. Ostatnio jest to modny termin, ale gdzie się on sytuuje na rysunku? I co to w ogóle znaczy: weird fiction? Czy istnieje jakaś analiza pojęciowa, która mogłaby go pokazać? A jeśli nie, to dlaczego istnieją konkursy weird fiction? Achhhh, tyle pytań bez odpowiedzi!

Czasami bardzo wazne elementy tekstu są w “rusztowaniach” opisanego świata i wcale nie musza być eksponowane. Z różnych powodów. Owszem, fajnie post factum je ujawnić, ale samo zmuszenie czytelnika do kombinowania jest już czymś – o ile oczywiscie nie odpadnie z powodu niezrozumienia. Ale osobna rzecz, czy potem, po miesiącu od napisania nie zdarza się, ze trochę żal, ze czytelnicy nie wpadli na ślad ;-) Ja tak miewam, w teoretycznie jaśniejszych tekstach, w “Gdzie me serce” i w “Sowim pakcie” do dziś w komentarzach nie padły istotne kwestie (bez których teksty są zrozumiałe, ale które nadają dodatkowego kontekstu). Tu może być podobnie. Rozważ czy nie wrócić za miesiąc lub dwa, żeby podsunąć jakiś trop albo… podroczyć się z czytelnikami, dając dodatkową wskazówkę ;-)

Jak widzę, jestem w mniejszości, bowiem nie jestem zachwycony, nawet zadowolony. Niedopowiedzeń za dużo, albo inaczej, wiodąca wizja zbyt pokrętna, i nie wiem, co chciałeś mi, czytelnikowi, przekazać.

Pozdrawiam.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Ja też nie jestem zadowolony, jest nas przynajmniej dwóch :///

Szach-mat, pułapka. Niezadowoleni czytelnicy mogą być zadowoleni z poparcia autora. Zadowoleni są zadowoleni sami z siebie :D 

Krótko mówiąc utopia i luźna atmosferka!

Zgadzam się z Wilkiem. :) Błyskotliwy jesteś, pisać umiesz, więc żalu nie ma. :)

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Wydaje mi się, że możemy tutaj obserwować weird fiction w swoim naturalnym środowisku :).

 

Czytało się bardzo przyjemnie. Świetnie budowałeś atmosferę, zdaniami które normalizowały kolejne dziwne wydarzenia. Miało być dziwnie i było, choć niby, do pewnego momentu przynajmniej, wszyscy udawali, że wszystko jest w porządku.

Fajne są drobne smaczki, jak np. te trzy kropki zamiast nazwisk. Niby niewiele, a jednak robi robotę. 

Końcówka też mi się podoba. Pociąg odjeżdża daleko tam gdzie chce autor i chyba my czytelnicy możemy się tylko z tym pogodzić i interpretować póki starczy sił :)

 

Edwardzie, wspomniałeś o pociągu – to przypomniało mi moją licealną nauczycielkę matematyki, jedną z trzech albo czterech, które miałem w tej dziwnej szkole.

Pani, która miała nas uczyć matematyki w pierwszej klasie, odeszła na emeryturę z powodów politycznych (zmienił się dyrektor i straciła posadę wicedyrektora). Po trzech tygodniach zupełnego braku matematyki przyszła do nas nowa matematyczka, która również była dość niemłoda, i ona, również z powodów politycznych, nie stosowała żadnych półśrodków. Była dość sfrustrowana stanem, w którym znalazła się nasza szkoła, i postanowiła, że przekaże nam – pierwszoklasistom z tak zwanej najlepszej klasy matematycznej, literka D – swój światopogląd dotyczący rzeczy okołomatematycznych (i różnych innych).

Pierwszą lekcję (już pod koniec września) odbyliśmy w ten sposób, że ustawiliśmy krzesła w sali na wzór spotkań terapeutycznych – tak, by każdy mógł widzieć każdego. Tego rodzaju rzeczy w tak dużym gronie (30 osób!) widziałem tylko w serialach, konkretnie w serialu Breaking Bad, gdzie Jesse Pinkman przemawia w tonie, że on wcale nie przyszedł na terapię, tylko przyszedł tam, żeby wam sprzedać, ku*wa, metę. I właśnie to przemówienie mi się wtedy przypomniało, więc musiałem powstrzymywać się od śmiechu.

Pani kazała nam powiedzieć głośno po kolei: jak się nazywamy, jaką mieliśmy ocenę z matematyki w gimnazjum i ile mieliśmy procent z matematyki na egzaminie gimnazjalnym. Ach, zapomniałem – i kto nas uczył matematyki w gimnazjum, to było chyba najważniejsze. Przy niektórych nazwiskach pani prychała, przy niektórych kręciła głową, a przy niektórych mówiła: “O, TO JEST ZNAKOMITY PEDAGOG!”.

Kiedy już wszyscy udzielili jej informacji, o które prosiła, sama zaczęła swoje przemówienie. Niestety – nie pamiętam dokładnie jego treści, ale pamiętam jedno z pierwszych zdań, które wtedy padły. Było to przedziwne twierdzenie, brzmiące jak wyjęte z twórczości Thomasa Ligottiego (którego wtedy jeszcze nie znałem, miałem go poznać dopiero niecały rok później):

POCIĄG ABSTRAKCJI PĘDZI BARDZO SZYBKO I WIELE OSÓB Z NIEGO WYSIĄDZIE

Na początku trudno mi było zrozumieć, co pani ma na myśli, to znaczy – wiedziałem, że jakieś formy matematyki mogą być trudne do pojęcia, mogą stanowić niejako wyzwanie, ale… dlaczego od razu wysiadać z pociągu? I dlaczego nazywać to tak podniośle: POCIĄGIEM ABSTRAKCJI?

Otóż tego rodzaju pytania przestały być pytaniami od razu następnego dnia, na następnej lekcji matematyki. Słowo stało się ciałem.

Pani lubiła pytać, pytać przy tablicy. Mieliśmy wtedy – jak to na początku w liceum – tak zwaną LOGIKĘ. Na logice jest, między innymi, teoria mnogości, w której z kolei są takie obiekty jak ZBIORY. No i pani od matematyki spytała taką jedną dziewczynę – którą, by odpowiedziała na to pytanie, wywołała OCZYWIŚCIE pod tablicę – czy zbiór trójkątów równobocznych zawiera się w zbiorze trójkątów równoramiennych.

Dziewczyna odpowiedziała, że się nie zawiera. Była to odpowiedź błędna.

Co bystrzejsza część klasy zaczęła cicho chichotać, zasłaniając sobie usta. Pani natomiast zdjęła okulary i w milczeniu przyglądała się tej dziewczynie, która z jakiegoś powodu zastygła i patrzyła po prostu w ziemię.

– A narysuj trójkąt na tablicy – powiedziała w końcu nauczycielka, energicznym ruchem głowy wskazując na kredę.

Dostępny był tylko taki mały fragment kredy, ponieważ miasto i szkoła nie miały zbyt wiele pieniędzy, konkretnie to miały same kredyty i były zarządzane w sposób, który eufemistycznie można by określić mianem jednego wielkiego przekrętu. Dziewczyna sięgnęła po ten deficytowy surowiec, i niestety – ukruszył się on jej w dłoni, przez co kawałek zmniejszył się jeszcze bardziej. Mimo to, spróbowała narysować trójkąt i wyszedł krzywy. Bardzo krzywy.

Miałem cichą nadzieję, że nauczycielka to przemilczy, i zauważyłem, że chichoty na sali ustają.

Niestety, nie przemilczała. Wygłosiła tyradę o tym, że ta dziewczyna – ta, która źle odpowiedziała pod presją grupy na pytanie, i która krzywo narysowała trójkąt mikroskopijnym kawałkiem kredy – nie nadaje się do klasy matematycznej i powinna bardzo dokładnie przemyśleć swój wybór życiowy. Jeśli ona nawet nie wie, co to jest trójkąt taki i taki, to co będzie jeśli dojdziemy do trudniejszych zagadnień. To wszystko oczywiście w obecności całej klasy, publicznie.

Dziewczyna, o której mowa, przepisała się już na drugi dzień do humana. Bóg wie, czy przez tę tyradę, czy przez to, że nie rozumiała matematyki, chociaż mam na ten temat swoje zdanie.

Pani, o której mowa, odeszła na zimę na emeryturę – z powodów politycznych. Kolejna pani, która nas uczyła, wytrzymała tylko do wakacji – również odeszła, tym razem w niewyjaśnionych okolicznościach. Myślę jednak, że również z powodów politycznych.

przedziwne twierdzenie, brzmiące jak wyjęte z twórczości Thomasa Ligottiego

A wiesz, że to opowiadanie skojarzyło mi się dośc luźno z opowiadaniem Ligottiego o zarządcach?

 

W sensie, że prawdziwa historia o nauczycielkach skojarzyła Ci się z opowiadaniem “Zarządca miasta”? Akurat nic w tym dziwnego, ponieważ rzeczywistość zdumiewająco często przypomina opowiadania Thomasa Ligottiego. Moim zdaniem tego typu teksty to nie jest fantastyka, tylko po prostu prawda. 

Nie, nie. Opowiadanie o sklepie z piłkami się skojarzyło.

A widzisz. Trochę dziwnie. I co teraz? W każdym razie, to chyba nic złego. Moje poprzednie opowiadanie na tym forum i w ogóle moje poprzednie opowiadania były faktycznie bardzo podobne do Ligottiego. To już skręca w taką stronę, która wydaje mi się docelowa. I parę mam już zaczętych rzeczy, które wydają mi się docelowe, i które nie przypominają zupełnie niczego, co wcześniej czytałem. Ale pewnie jakoś podświadomie też będzie wracał TL. Moim zdaniem jest to bardzo mądry autor. Szkoda, że już chyba nic nie pisze. Podobno siedzi tylko w swoim domu, czyli wirus mu nic nie zrobi. Dobrze się składa.

Swoją drogą, komentarze do tego opowiadania wydają mi się bardzo przyjazne. Nikt nie elaborował jeszcze o tym, że w opowiadanie jest bez sensu, ani o tym, że jest super. To miłe, bo do tej pory raczej nie lubiłem odpisywać na komentarze, nawet i te pozytywne, jeśli były naprawdę długie. Kiedy ktoś napisze długi komentarz pozytywny, zwykłe “haha dzięki za komentarz :3” wydaje mi się głupie. Kiedy ktoś napisze długi komentarz negatywny, chciałbym odpisać mu 5 razy dłuższy, ale niestety – to byłoby jeszcze bardziej głupie. Wtedy człowiek jest w prawdziwej kropce.

Oczywiście nie sprawia mi kłopotu pisanie dłuższych komentarzy – takich jak ten – pod warunkiem, że nie dotyczą bezpośrednio mojego opowiadania. Chryste, najgorsze co można zrobić, to wytłumaczyć swoje własne opowiadanie! Zrobiłem to pod poprzednim i komentarze tam to prawdziwy bałagan.

W każdym razie – pozdrawiam wszystkich ludzi czytających tu komentarze. Wykorzystam je jako rodzaj mikrobloga i polecę serial, serial “Młody papież” i “Nowy papież”. To jeden serial, ale różni się papieżem, stąd zmiana nazwy. Można zobaczyć na HBO. Bardzo fajny.

Twoja historia o pociągu i szkole nadawałaby się moim zdaniem na ten konkurs :)

Złego? Dobrego. Ligotti to dobre skojarzenie :) 

Poległam, ni cholery nie potrafię złożyć do kupy tego, co przeczytałam.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Irka mówi, ze warunki jak na Marsie!

://////////////////////////////////////////////////

Wilku, na Marsie rządzi logika ;)

 

lk, es tut mir sehr leid.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Tutaj też rządzi logika, swoją drogą słowo logika to bardzo ciekawe słowo, pojawia się też w historii o nauczycielkach, którą przytoczyłem wyżej…

Hm, ten świat wydaje się wewnętrznie spójny.

Mam podobne odczucia.

Ty nie musisz mieć odczuć, bo znasz “zaplecze” tekstu i wiesz o czym jest :P  My się co najwyżej domyślamy :P 

Bardzo fajne opowiadanie, dziwaczne, ale wciągające. Dobrze się czyta.

Podobało mi się :)

Przynoszę radość :)

!!!

Przynoszę radość

Wszystko się zgadza.

;)

Przynoszę radość :)

Ekstremalnie przyjazna jest tu sekcja komentarzy!!!

to jest ten antonow???

Spory Antek.

 

Ależ to było dziwne. Tak z normalności w dziwność kapało i wykapało. I męczy mnie ta piwnica, ale i tak było dziwnie. I fioletowa zagłada również niezwyczajna. Dziwne do kwadratu.

 

 

Ale czytało się przednio, uszanowanie dla pióra.

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Dziękuję PSYCHO RYBO

Różowe piłki ale ubranko fioletowe, całkiem fajny obrazek…

Mnie się też czytało bardzo dobrze – może właśnie dlatego, że ten tekst fajnie kontrastuje pewną klasyczność sposobu narracji z konsekwentną niesamowitością świata dookoła. Moją małą prywatną i kompletnie nieprofesjonalną miarą udanego weirdu jest to, że powinien pozostawić mnie z uczuciem niepokoju i niepewności co do natury świata. Ten tekst spełnia to założenie z nawiązką.

 Mimo typowego dla weirdowych tekstów pomieszania z poplątaniem czytało się bardzo dobrze. A może ze względu na nie? smiley Motyw fioletowego szaleństwa urzekająco– wkręcający.

Dziękuję Wam!!!

Prawdziwie weirdowy tekst z bardzo dużą ilością niedopowiedzeń – delikatnie zbyt dużą, powiedziałabym nawet. Podobało mi się, jednak przy końcówce przestałam widzieć czy czuć sens. Klimat i pióro za to świetne.

Zostaw ten żyrandol.

Dzięki Verus, może ktoś napisze kiedyś egzegezę tego tekstu za 1000 lat i będzie religia fioletowizm a ja będę prorokiem…

lub mesjaszem

 

Chryste panie, to opowiadanie jest naprawdę niezłe.

Przeczytałem je pierwszy raz od wrzucenia tu na konkurs i wydaje mi się znacznie lepsze niż było. To pewnie zasługa kam_mod, sy i wybranietz. Czasem zmiana jakiegoś szczegółu jest naprawdę dużą zmianą. Mimo że treść się nie zmieniła, to czyta się nieźle, a przynajmniej lepiej niż na początku. Dobrze jest komuś dać tekst do przeczytania, bo ja naprawdę czytam swoje opowiadania tyle razy, że czasem już nie mogę!!! I zawsze jest ten niepokój, czy nie został jakiś błąd ortograficzny. To byłoby najgorsze. Na szczęście jeszcze nikt takiego błędu nie dostrzegł. Oczywiście zwykły błąd poprawi edytor, ale wyobraźmy sobie np. karze i każe. Och, na szczęście nie tym razem (chyba)!

 

edit3:

wiecie, napisałem to tak jakby żartobliwie, by po prostu uzasadnić ocenę, którą chciałem przyznać sam sobie. Niestety strona jest przed tym zabezpieczona, a ja odkryłem easter egga:

laugh

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

 

Tak mi się skojarzyło. :D

Zostaw ten żyrandol.

Jeden z tych konkursowych tekstów, które najbardziej mi się spodobały. Da się wyczuć, że “siedzisz w weirdzie”. Świetna jest ta stopniowa eskalacja dziwności, świetnie pomyślane tej dziwności sedno. Klimat, klimat i jeszcze raz klimat – tym stoi to opowiadanie, i w tym aspekcie niełatwo je przebić. Wszelkie inne pochwały, które mógłbym tu przytoczyć, przy owym klimacie bledną. Poważniejszych mankamentów nie zaobserwowano, brawo.

"Nie wiem skąd tak wielu psychologów wie, co należy, a czego nie należy robić. Takie zalecenia wynikają z konkretnych systemów wartości, nie z wiedzy. Nauka nie udziela odpowiedzi na pytania, co należy, a czego nie należy robić" - dr Tomasz Witkowski

Dzięki Bailout, naprawdę fajnie czyta się taką informację zwrotną po całym dniu siedzenia na przeróżnych zdalnych zajęciach. Bardzo nie lubię zdalnych zajęć, jest to jakieś nieludzkie.

O, w ogóle to jesteś z Płocka. Macie Furmana, on jest naprawdę dobry i parę razy zepsuł mi kupon w rundzie jesiennej.

fingerguns Discord Emoji

 

Długo już pewnie u nas nie pobędzie, więc może i kupony zaczną wchodzić ;P

"Nie wiem skąd tak wielu psychologów wie, co należy, a czego nie należy robić. Takie zalecenia wynikają z konkretnych systemów wartości, nie z wiedzy. Nauka nie udziela odpowiedzi na pytania, co należy, a czego nie należy robić" - dr Tomasz Witkowski

Świetne opowiadanie, w moim odczuciu jedno z najmocniejszych w stawce konkursowej. Choć wychodzisz od już dość oklepanego sposobu zawiązania akcji – czegoś tajemniczego w piwnicy – obudowujesz na tym dobrze skomponowaną, niepokojącą opowieść, którą dosłownie maglujesz czytelnikowi głowę. Bardzo podobał mi się motyw absolutnego odwrócenia hasła konkursowego, jednocześnie wcale go nie porzucając.

Co podoba mi się w Twojej prozie – absurd i surrealizm nie istnieją dla samej koncepcji napisania czegoś szurniętego; są stłuczonymi odłamkami brudnego lustra, którymi odbijasz czytelnikowi rzeczywistość wprost do oczu. Komentarz, który do tej rzeczywistości załączasz, jest czytelnikowi zaproponowany, a nie nachalnie wepchnięty do gardła, co czyni „Syntezę” utworem dojrzałym.

Językowo – świetnie, minimalistycznie, ale z rysem indywidualnym; bardzo dobrze operujesz nastrojem. Za tenże nastrój dodaję punkt do dodatkowych walorów tekstu.

Gratuluję, mam nadzieję zobaczyć to opowiadanie w antologii.

Nikt nie wie o czym jest to opowiadanie!!!

Polska nie była gotowa…

Nikt nie wie o czym jest to opowiadanie!!!

A to będzie max punktów u jurorki Żongler, tak trzymaj :D

www.facebook.com/mika.modrzynska

Jak każdy wielki, zostaniesz zrozumiany po śmierci, lk. Albo i nie. Skojarzył mi się ten dowcip:

Syn miał mieć 18 urodziny więc ojciec mówi do niego:

– Słuchaj, niedługo masz 18 urodziny, postanowiłem, że kupię ci z tej racji komputer!

Lecz syn odpowiedział:

– Dziękuję tato, ale nie zrozum mnie źle, nie chcę komputera, doceniam to, ale czy mógłbyś zamiast tego kupić mi małą różową kuleczkę?

Ojciec zdziwiony, no ale prośba syna na urodziny, mimo że dziwna, została spełniona.

Po jakimś czasie syn zdał prawo jazdy, więc ojciec mówi:

– Synu! Zdałeś prawko, więc z tej okazji chcę kupić ci samochód.

Lecz znów syn odpowiada:

– Rozumiem cię tato i dziękuję, ale czy mimo wszystko mógłbyś mi kupić taką samą kuleczkę jak na moje 18 urodziny?

Ojciec znów zdziwiony, ale nie pytał i życzenie spełnił. Po prawku przyszła matura, syn zdał świetnie i dostał się na wymarzone studia, tam poznał swoją przyszłą żonę, wziął z nią ślub więc z tej okazji ojciec powiedział:

– Synu, zaczynasz nową drogę w życiu, pięknie ci się to wszystko układa, z tej racji chcę wam obojgu kupić dom.

Lecz po raz kolejny syn odpowiedział:

– Wybacz ojcze, lecz i tym razem chciałbym cię prosić, żebyś zamiast domu kupił taką kuleczkę jak poprzednio.

Ojciec już na maksa zdziwiony, no ale jak syn chciał tak on zrobił. Po pewnym czasie u jego syna wykryto nowotwór. Szpital, syn na łożu śmierci, obok siedzi ojciec i mówi:

– Wiesz synu, dręczy mnie taka jedna sprawa, głupio jest pytać, ale dlaczego jak chciałem ci kupić komputer, samochód czy też dom to ty jednak prosiłeś o małą różową kuleczkę. Dlaczego tak? Powiedz mi proszę.

– Bo wiesz tato, te kuleczki to… – i umarł.

"Nie wiem skąd tak wielu psychologów wie, co należy, a czego nie należy robić. Takie zalecenia wynikają z konkretnych systemów wartości, nie z wiedzy. Nauka nie udziela odpowiedzi na pytania, co należy, a czego nie należy robić" - dr Tomasz Witkowski

Ten dowcip wygrałby konkurs na 100%

Jedno z tych opowiadań, które potrafi zaintrygować i zmusić czytelnika do lektury, aż do ostatniej kropki, jednocześnie nie pozwalając mu pojąć, co przeczytał. ;)

 

– Słu­chaj… Ty masz te gówno, nie? –> – Słu­chaj… Ty masz to gówno, nie? Albo: – Słu­chaj… Ty masz te gówna, nie?

 

W tam­tym cza­sie, to zna­czy już na zimę, spę­dza­łem bar­dzo dużo czasu na… –> Czy to celowe powtórzenie?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki, Reg!

Bardzo proszę. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Zaiste, prawdziwy weird. :-)

Babska logika rządzi!

Fajnie, że siedmiolatek potrzebuje biletu miesięcznego, siedmiolatki, które ja znam, ledwo ogarniają wiązanie butów.

 

Figury płaskie, które bywają ekscytujące, piwnica, która bywa otwarta lub zamknięta, pachnące piłki (inaczej dla każdego?), gumowe twarze – znaczy, mocne, wyraziste szczegóły. Tylko czy współgrają z ogółem?

Wydaje się, że fabuła dotyczy duetu dilerskiego ojca i syna, rozprowadzających narkotyki na dzielni. Pozorna błahość takiej śmiesznej, gumowej piłeczki ładnie kontrastuje z ukamienowanio-zafioletowienie Alberta, obsesją kupujących. Świat, który "gumieje" dla narratora, rozciąga się bez ładu i składu.

 

No, hmm.

Jeżeli syntezą jest tworzenie czegoś dużego z małych elementów… Czy dobrze rozumiem, że Bartek był produktem syntezy? Złożony z elementów fioletu, różnych jego odcieni: matki, która nigdy nie chciała go urodzić; ojca, który traktował go jako upośledzonego (?; albo przynajmniej nie doceniał "geniuszu" syna); społeczeństwa, które można kontrolować i wykorzystywać? Fakt, że na koniec piwnica była pusta… Czy to służy tylko tragicznemu rozczarowaniu bohatera (i czytelnika), pokazuje, że źródło całej historii wcale nie istniało?

 

Po lekturze Twojego opowiadania przeczytałam sobie o piłkach Kurta Fawvera. Podobieństwo jest dość duże, co może być największym minusem opowiadania (samo opowiadanie nie ma dużo minusów, moim zdaniem). U Fawvera grasują pomarańczowe gumowe kuleczki o twarzach dzieci. Przejmują władzę. Kontrolują rutynę bezradnego społeczeństwa, które by ratować swoje "ball-children" prześciga się w wymyślaniu absurdalnych rozwiązań (uprzęże, budynki bez okien, dmuchane zamki), aż absurd nie jest już dłużej absurdem. "Would we, too, be transformed into balls, dead in humanity but vibrant and alive in a new state of being?"

 

Wygląda na to, że Bartek również osiągnął coś w rodzaju "new state of being", zsyntezował się w jakaś ubermenschową purpurę. Albo i nie, a ja zwyczajnie się mylę. ;)

Nowa Fantastyka