- Opowiadanie: Verus - Syropek

Syropek

Tekst był pisany pierwotnie pod Kafkę, ale zbyt zboczył mi z torów – i pod kątem weirdu, i pod kątem hasła. Mam nadzieję, że będziecie się dobrze bawić (przynajmniej tak dobrze, jak ja pisząc). :D

Dziękuję bardzo Mersejkowi, MaSkrolowi i Pendriveowi za betę. Bez ich pomocy tekst miałby więcej luk i błędów. <3

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Syropek

Było już po północy. Tadek marzył o tym, żeby w końcu wrócić do domu i położyć się spać. Jutro rano miał odbyć się pogrzeb, przyjdzie rodzina rzucić okiem na ciało, trzeba będzie zawieźć trumnę na cmentarz. Musiał być przytomny.

Przeklął się w myślach. Skończyłby wcześniej, gdyby nie pozwolił gówniarzom wyjść na wieczór.

Postawił ostatni haczyk na liście rzeczy do zrobienia. Na przypudrowanej przez Alinkę twarzy nieboszczyka malował się spokój. Nikt by nie powiedział, że został zamordowany. Pod koszulą jednak kryły się cztery paskudne rany zadane nożem.

Tadeusz podziękował w myślach wszystkim znanym sobie bogom – od dziecka był święcie przekonany, że zaświaty są bardziej zaludnione niż sądzą ludzie – za to, że zabójcę ujęto, po czym wsunął szufladę z trumną do chłodni i zamknął drzwiczki. Pora wracać do domu.

Fakt, że akurat temu delikwentowi nie zachciało się z Tadkiem porozmawiać należało uznać za szczęście, więc nie zwlekając dłużej właściciel domu pogrzebowego zabrał płaszcz, torbę i parasol, po czym skierował się do wyjścia.  

Zdążył nawet otworzyć drzwi, gdy to usłyszał. Tęsknie pomyślał o ciepłym łóżku i przyjemnej nocy w cichym domu, w którym nie było akurat wnucząt… Wrócił do piwnicy przy akompaniamencie walenia w metal i krzyków. Wysunął szufladę z trumną z chłodni i od razu uskoczył na bok, aby nie dostać pięścią nagle zaskakująco żywego nieboszczyka.

Oczywiście „zaskakująco” dla każdego poza Tadkiem i pewnie jego wnukami, które jak się okazało odziedziczyły talent albo przekleństwo nieumyślnego ożywiania tego, co zdecydowanie żyć nie powinno.

– Kim jesteś?! – warknął trup, wygrzebując się z chłodni. Wyglądało to dość niezdarnie, w przeciwieństwie do próby nokautu właściciela domu pogrzebowego. – Dlaczego wsadziłeś mnie do trumny?!

– Panie Halicki, proszę się uspokoić – powiedział Tadek wyćwiczonym przez lata głosem. Skierował się tyłem, do szafki w rogu. – Napijemy się whisky i wszystko wyjaśnię.

Truposz dyszał ciężko i zaciskał pięści, ale nie protestował, więc właściciel domu pogrzebowego nalał złotego trunku do dwóch szklanek. Gestem wskazał mu wyższe piętro, a potem swoje biuro.

Odsunął na bok monitor, klawiaturę i myszkę, żeby widzieć rozmówcę po drugiej stronie biurka. Był tradycjonalistą, wolałby więc, aby Adam trzymał zajmujący znaczną część blatu komputer w innym miejscu, ale trzeba przyznać, że od kiedy wnuk pomagał mu w interesach, wszystkie formalności załatwiali znacznie szybciej dzięki tej cholernej maszynie. Uśmiechnął się przepraszająco do gościa, czy też klienta, zwał jak zwał.

– Proszę usiąść. – Wskazał tamtemu krzesło. Halicki zajął miejsce, pomrukując coś o policji, bezprawiu i porwaniach. Sięgnął jednak po whisky, ewidentnie nie wiedząc jak się zachować w tej sytuacji.

Dla Tadka to była kluczowa chwila. Po tylu latach nauczył się już rozpoznawać, jak delikwent przyjmie trudne informacje po sposobie, w jaki traktował alkohol.

Halicki wypił pół szklanki na raz. Dobry znak. Nie było potrzeby dłużej czekać.

– Nazywam się Tadeusz Danielak. Niezwykle przykro jest mi to mówić, panie Halicki, ale obawiam się, że jest pan martwy.

Tadek sięgnął po swój trunek, obserwując uważnie twarz tamtego. Przez chwilę bladoniebieskie oczy niedoszłego, czy przeszłego? – przemknęło przez głowę Tadkowi, trupa zwiastowały wybuch śmiechu, zaraz jednak przyćmiły je ciemne chmury. Wypił resztę whisky, potarł nasadę nosa.

– Pamiętam dryblasa z nożem – mruknął Halicki, kręcąc głową. – Pamiętam, jak bolało. Pamiętam, jak jechaliśmy do szpitala… Ciągły sygnał lekarskiej aparatury… A potem już nic. Jeśli umarłem, dlaczego nie jestem, no… martwy?

Wyglądał, jakby te słowa wydusiły z niego wszystkie siły. Zgarbił się, marynarka i koszula napięły się na niewąskim karku.

– Jest pan. A w każdym razie był pan kilkanaście minut temu i będzie pan ponownie, zanim wzejdzie słońce. – Tadek próbował się uśmiechnąć i zastanawiał się, którą wersję wypowiedzi wybrać. Część z przygotowanych była zbyt szokująca, a część należałoby nazwać niedopowiedzeniem, i to wcale niedelikatnym. Nie było niczego pośrodku, tylko jedna albo druga opcja. Napił się whisky, aby zamaskować moment zawahania. – Moja rodzina ma pewien dar, który sprawia, że czasami, bez udziału naszej woli, możemy dać zmarłym jeszcze kilka godzin na świecie. To właśnie się panu przydarzyło, panie Halicki.

– Kazimierz – mruknął ponownie starzec, nie podnosząc jednak głowy. Patrzył w podłogę, jakby widział tam odpowiedź na pytanie, jak powstał wszechświat. 

– Dobrze. Czy jest coś, co chciałbyś zrobić, Kazimierzu?

– Spotkanie z rodziną…

– Niemożliwe. Mogę co najwyżej zgodzić się na napisanie listu, jednak nie może on brzmieć jak zza grobu. Powiemy, że policja nam go przekazała razem z ciałem, abyśmy oddali rodzinie.

– Chciałbym się więc napić – powiedział po kolejnej chwili przerwy truposz.

– Napić? – Tadek nie zdążył powstrzymać zdziwienia. Ostatnim, który powiedział, że chce iść pić, był dziewiętnastolatek. Trafił do nich po długotrwałej chorobie, chyba jakimś raku. Adam zabrał go wtedy na imprezę do klubu.

– No napić. Od lat lekarz wmawiał mi, że nie mogę pić ani odrobiny alkoholu, bo mam zepsutą wątrobę. Niech wyciągnę chociaż tyle z tej pośmiertnej czy tam przedśmiertnej przygody.

Halicki wstał zdecydowanie i ruszył w stronę drzwi wejściowych, które mijali po drodze. Tadek, niewiele więcej myśląc, złapał płaszcz i pobiegł za nim. Zamknął zakład pogrzebowy, wskazując problematycznemu trupowi samochód.

Wsiedli do błotnistozielonej hondy, deszcz strumieniami lał się po szybach.

– Dokąd?

– Kojarzysz tę knajpę na obrzeżach? Tę, co od PRL-u tam stoi?

– Tak. Co by nie mówić, alkohol mają tam przedni, pędzony na miejscu. Ale jedzenie podłe.

Tadek odpalił samochód. Jadźka pewnie by mu nawrzucała, że prowadzi po whisky, ale co gówniara mogła wiedzieć o życiu, miała tylko dwadzieścia lat. Czterdzieści dwa mniej niż on.

Przejechali przez miasto, które wydawało się całkowicie puste. Pewnie przez pogodę, bo przecież o tej porze w piątek normalnie wszędzie byliby jeszcze ludzie. Na parkingu pod bezimienną, popeerelowską knajpą stał tylko jeden samochód, stary polonez. Okazało się jednak, że w żaden sposób nie odzwierciedlało to stanu osobowego wewnątrz lokalu. Od razu po otwarciu drzwi, na Tadka i Kazika buchnęła chmura dusznego powietrza i papierosowego dymu. Wcisnęli się do środka, zajęli pusty stolik w rogu – główna część tłumu tłoczyła się przed barem.

Blat kleił się od rozlanego piwa, śmierdziało ciepłym alkoholem, nikotyną i potem. Średnia wieku obecnych w knajpie na pewno nie była niższa niż czterdzieści pięć lat, tylko jedna grupka studentów siedziała ściśnięta pod ścianą, zbyt pijana, aby przejmować się otoczeniem.

Kazik odetchnął głęboko, wciągając niezbyt przyjemny zestaw zapachów jakby były to najlepsze perfumy świata.

– To co, biorę od razu butelkę?

Tadek nawet nie zdążył przypomnieć, że jednak przyjechał tu samochodem i nie powinien pić zbyt dużo. Nieboszczyk przepchnął się zaskakująco sprawnie do baru i po chwili wrócił z dwoma kieliszkami i butelką mętnego płynu w kolorze zbliżonym do błota.

– Nie mam portfela. Daj pięć dych – powiedział, jakby nigdy nic, nalewając po pierwszym szocie. Wypili, zanim poszedł zapłacić. – Co to za dwa gagatki, których zdjęcia nosisz w portfelu?

Tadek znowu sięgnął do kieszeni.

– Oni? – Wskazał dwa stare portrety włożone do przezroczystej kieszonki. Kazimierz spojrzał dopiero po nalaniu następnej kolejki i skinął głową, przepijając do towarzysza. – Moje wnuki – odparł Tadek. – To jest Adam. Ma już dwadzieścia trzy lata. – Zdjęcie przedstawiało pucołowatego chłopca ze śladem czekolady w kąciku ust i burzą rudych włosów. – A to Alina, jego młodsza o trzy lata siostra. – Dziewczynka na drugiej fotografii miała podkrążone od płaczu oczy i bardzo nieszczęśliwą minę. – Jak była mała, bała się aparatów, bo Adam wmówił jej, że więżą dusze uwiecznianych osób.

Kazik zaśmiał się i znowu chwycił butelkę. Zanim się nachylił, a siwe włosy, usztywnione lakierem wcześniej tego dnia przez Alinę, zakryły mu oczy, Tadeuszowi wydało się, że tamtemu po policzku płynie łza, zostawiając wyraźną ścieżkę w pudrze. Znowu wypili.

– Poznałeś ją? Poznałeś Madzię? – spytał nagle zupełnie innym głosem Kazik.

– Nie. Ale twoja córka o niej wspominała podczas pierwszego spotkania o pogrzebie. Ponoć wnuczka bardzo przeżyła twoje odejście.

– Chciałbym je jeszcze raz zobaczyć…

Tadek w takich chwilach nigdy nie wiedział, co powiedzieć. Gdyby to on powstał z martwych na tę jedną, ostatnią noc, od razu udałby się do Wiesi, Aliny i Adama. Ale oni wszyscy zdawali sobie sprawę z jego daru, dzieciaki również go posiadały, a żona Tadeusza… cóż, grunt to powiedzieć, że żony i tak wiedzą wszystko.

– Też myślisz o swoich, co?

– Ano myślę. Tylko moi byliby przygotowani na to, że mogę wstać… twoim dałbyś tylko kilka godzin nadziei, a zostawiłbyś je z ponownie złamanymi sercami.

Znowu umilkli. Momentami wydawało im się, że siedzą sami, tak bardzo oderwani od rzeczywistości, jak tylko się dało, ale knajpa wcale nie pustoszała. Wręcz przeciwnie, zbierało się coraz więcej ludzi i większość z nich piła ten sam alkohol dziwnego koloru.

Tadek, aby jakoś przerwać ten niezręczny bezruch przy stoliku, chwycił już w połowie pustą butelkę i podstawił ją pod światło.

– Co to właściwie jest? – zapytał, przekręcając naczynie kilka razy. Mętny płyn zdawał się przelewać bardzo powoli.

– Bimber z fig.

– Fig? Figi nie mają takiego koloru.

Halicki wzruszył ramionami. Wypili. Co za różnica, co to takiego, jeżeli smakowało dobrze? Nic nie mówili, kończąc pierwszą butelkę bimbru. Tadek przyniósł następną. Nagle milczenie w towarzystwie trupa zaczęło mu się wydawać jakieś takie… na miejscu. Musiał też przyznać, że alkohol po męczącym dniu smakował naprawdę nieźle.

– Mam dziury w klacie?

Nagle wyrwany z własnych myśli Danielak omal nie udławił się kolejnym kieliszkiem.

– Że co? – wyrzęził pomiędzy kaszlnięciami.

– No, zostałem zadźgany, nie? Mam dziury w klacie? Przecież musiałeś widzieć – powtórzył Kazik.  

– Eee… no masz. Ale nie rzucają się jakoś bardzo w oczy, po policyjnej sekcji zadbali o to, żeby się nie rozłaziły.

Tadek uznał po chwili, że towarzysz raczej się nie obraził za przedstawienie prawdy w tak niedelikatny sposób. Drugą butelkę też dokończyli w milczeniu, każdy pogrążony w swoich myślach.

– Jak to właścifie jest – czknięcie – sze ja też no ten… jestem pijany? – spytał Kazik, obserwując jak Danielak chwiejnym krokiem wraca do ich stolika z trzecią porcją bimbru. Jakiś uprzejmy nieznajomy, niewiele trzeźwiejszy niż oni dwaj, podał mu nawet ramię, aby nie wywrócił się o pozostawioną na podłodze, mocno już skopaną damską torebkę.

– Kietyś obudził się u mnie profesor. – Tadek przybrał poważną minę człowieka, który zamierza dać naukowy wykład podczas nalewania bimbru w zatłoczonym i śmierdzącym barze. – Mófił, że był kiedyś lekarzem, ale odszetł z pracy, bo się nie zgadzał z filozofią szpitala. I on, ten profesr, opowiedział mi, że to jes jak z tymi syropami na kaszel.

– Syropami?

Tadek podniósł rękę w powszechnie znanym geście „poczekaj chwilę”, po czym, aby dodać sobie trochę animuszu i przypomnieć trasy, po których zazwyczaj poruszał się język, wypił i potrząsnął gwałtownie głową.

– No syropu – podjął już znacznie wyraźniej, ale za to zdecydowanie wolniej. Poprawił okulary, które od wieków miały złamany jeden zausznik i nie trzymały mu się dobrze na nosie. – Kojarzysz te wszystkie reklamy, co to puszczajom w telewizji? Bo wiesz, normalnie to jes tak, że jedzenie i napoje trafiajo do brzucha. Ale syropek jest mądry i trafia do puc, jak to mawiają moje wnuki. No i ten… o czym to ja…?

– Profesor – podpowiedział uczynnie Kazik, z kieliszkiem przy ustach.

– A, tak, tak. I on mówił, że alkohol też jest mądry. I trafia do głofy. A jak się czasami po piciu rzyga… to alkohol się pomylił.

– I ty w to, no… wierzysz?

– A kim ja jestem, szeby nie wierzyć? Przecież właśnie gatam z trupem.

Argument ten zdał się nie do podważenia, co kontemplowali, kończąc trzecią butelkę. Po czwartą poszedł Kazik, ale stwierdził od razu, że bimber jest już za ciepły i w tym lokalu raczej nikt im go nie ochłodzi. Zgodnie uznali więc, że nie po to w piwnicy domu pogrzebowego stoi gigantyczna lodówka, aby nie móc z niej skorzystać w razie tak palącej potrzeby.

Wsiedli do samochodu, Tadek przekręcił klucz w stacyjce.

Nic.

– Jadźga, nie rób nam tego, ej – powiedział, jedną ręką gładząc kierownicę, a drugą próbując jeszcze raz odpalić. Silnik zakaszlał, ale nie ruszył.

– Nazwałeś samochód i jeszcze do niego mówisz? – Kazik już odpinał pasy, najwyraźniej gotowy, aby w nagłym przypływie trzeźwości zajrzeć pod maskę.

– Ja tu nikogo nie nasywałem. I zazwyczaj to ona mówi do mnie.

– Ale nie jak się upijesz, ty stary idioto!

Kazik podskoczył, Tadek westchnął, a samochód jeszcze ewidentnie nie skończył.

– Do ciebie mówię! Przestań przewracać oczami! Znowu wsiadasz zalany za kółko! A jakby z miasta wracała akurat Alinka z koleżankami i byś ją potrącił? Nie pomyślałeś o tym, co? – Tadek odwrócił się do towarzysza i usiłował przekazać mu bezgłośnie, że trzeba dać się jej wygadać. Halicki zdawał się jednak nie zwracać na to żadnej uwagi, tylko patrzył z otwartymi szeroko ustami na deskę rozdzielczą auta. – Taki stary, a wciąż taki nieodpowiedzialny – kontynuował tymczasem tyradę samochód czy też, jak w tym przypadku, samochodzica. – I ty Adamowi robisz wykłady, że ma uważać na drodze? Jak możesz?

– Jadzia, Jadzia – przerwał jej w końcu łagodnie Tadek, głaszcząc kierownicę. Mówił powoli, aby brzmieć jak najwyraźniej. – Przecież ja to tak tylko dlatego, sze mam ciebie. I ja wiem, że ty głupjemu starcowi pomożesz. Nie daj się prosić, Jadzia.

Samochód zamilkł, więc Danielak jeszcze raz próbował odpalić. Znowu chwila kaszlu, ale tym razem auto ruszyło.

– Tylko nie waż się nawet dotykać kierownicy czy pedałów, pijaku! – warknęła znowu Jadźka.

Tadek skrzyżował ręce na piersi, ale mimo to auto ruszyło.

– Jak mówiłeś, że trupy z tobą gadają, nie wspomniałeś, że… – Kazimierz zamachał rękami, jakby to miało wyjaśniać wszystko. Zdawało się, że sytuacja zupełnie go otrzeźwiła.

– Nie chciałem cię szochować. Bardzo trutno ubrać to w słowa. 

Halicki otworzył butelkę, którą zabrali sobie na drogę.

– Tapicerki mi nie pobrudź, truposzu! – warknął samochód, na co Kazik po raz kolejny podskoczył i wylał trochę bimbru, za to nie na fotel, a na siebie, plamiąc garnitur. Zaraz potem wypił porządnych kilka łyków.

Samochód zatrzymał się przed domem pogrzebowym i jadowitym głosem kazał im wysiąść, stwierdzając, że z parkowaniem, tak jak z dojazdem, poradzi sobie bez pasażerów w postaci dwóch podstarzałych alkoholików. Odjechał z piskiem opon, zostawiając ich w deszczu na chodniku.

Trafienie kluczem w zamek okazało się zadaniem niezwykle trudnym, które zajęło Tadkowi pięć minut. Kiedy w końcu wtoczyli się do wnętrza, bimber znowu się skończył. Nie dotrwał schłodzenia.

Zeszli na dół – i to „zeszli” tylko cudem, bo na niemal każdym stopniu bliscy byli raczej spadnięcia. Właściciel domostwa pokonał niewielkie, na szczęście, pomieszczenie, po drodze przetrzymując się dwóch ciężkich drewnianych biurek i oszklonej szafy. Z szafki w rogu, tuż nad zlewem, wyciągnął butelkę bez oznaczeń.

– Cytrynówka! – wykrzyknął, odwracając się do towarzysza, który siedział już na ziemi w rozchełstanym garniturze.

Wypili, a zaraz potem Kazik zaczął rozpinać koszulę.

– Co ropisz? – Tadek przekrzywił głowę w zdecydowanie zbyt teatralnym geście.

– Chcę zobaczyć dziury.

W końcu odsłonił klatkę piersiową, która wydawała się zupełnie biała. Faktycznie widać było na niej cztery rany, ściągnięte niezbyt starannie chirurgiczną nicią.

Kazik zmarszczył brwi, dotykając swojego brzucha w kilku miejscach.

– Nic nie czję – powiedział bez zdziwienia, po czym wepchnął palec pomiędzy szwy. Ciało rozstąpiło się z cichym mlaśnięciem.  

Tym razem Tadek wypił kilka porządnych łyków.

– Ty… z moimi narządami tesz mógłbyś gadać? – spytał Halicki, poruszając palcem w ranie.

– Żaden się jeszcze do mnie nie odezwał. A zaswyczaj to jednak martwe rzeszy mówią coś pierwsze. – Tadek, wbrew swoim słowom, nachylił się jednak do brzucha tamtego i odchrząknął. – Wątropo pana Halickiego. Jest tam pani?

Odpowiedziała mu cisza.

– Wicisz, to tak nie ciała – odparł Tadek, znowu opierając się o chłodnię.

– A może po prostu stwierdziła, że nie będzie nic mówić przy gościu, który ją prawie uśmiercił? – rozległ się zdecydowanie niezadowolony głos. Obaj mężczyźni przez chwilę rozglądali się niepewnie w poszukiwaniu jego źródła. – Tutaj, gamonie. – Danielak spojrzał na trzymaną w dłoni butelkę. – W końcu! Brawo! Jakbyś umarł, to też byś się nie zorientował!

Kazik wyjął palec z rany, wyszarpnął Tadeuszowi cytrynówkę i wypił duszkiem połowę tego, co zostało. Z butelki w tym czasie rozlegało się dalsze kwaśne narzekanie, zbyt jednak niewyraźne, aby rozróżnić słowa. Danielak zrozumiał przekaz i wychylił resztę napoju. Wyprawa po kolejną butelkę wydawała się ponad czyjekolwiek siły. Siedzieli więc, patrząc na białą ścianę naprzeciwko. Niebo zaczynało się już powoli rozjaśniać.

– Zostało pewnie tyko kilkadziesią minut – mruknął refleksyjnie właściciel domu pogrzebowego.

– Dźgnąłeś kietyś kogoś? – zapytał Kazimierz, całkowicie ignorując stwierdzenie tamtego.

– Nie.

– A chciałbyś? Taka okazja może się więcej – czknął – nie potwószyć.

Tadek przez chwilę kontemplował tę myśl, w końcu wyciągnął scyzoryk z kieszeni i otworzył największe z ostrzy.

– Tępe – stwierdził po krótkich oględzinach.

– I tak nie poczuję. Uwaszaj tylko, żeby nie wyszło, że likierek miał rację. Bo jak się pokujesz, to jesze umrzesz. Choć pewnie byś nie zaufaszył.

Zamiast zastanawiać się, czy śmierć rzeczywiście umknęłaby jego uwadze, Danielak wbił scyzoryk w brzuch towarzysza. Fałda tłuszczu drgnęła. Popatrzyli po sobie, po czym Tadek wyciągnął nóż i ponownie dźgnął.

– Teraz ja! – Kazik zabrał mu ostrze i wbił je nieco wyżej w klatkę piersiową. – Zero krwi.

– Zakrzepła – odparł Tadek, tym razem słusznie tonem znawcy. Na zewnątrz było już prawie jasno. – Musisz wrócić do trunmy. Bo ja w tym stanie cię nie włoszę.

Kilka minut zajęło im obu pozbieranie się z podłogi. Próbowali podpierać się wzajemnie, ale w końcu i tak najbardziej pomogła im chłodnia, która najlepiej odróżniała pion od poziomu. Halicki bardziej zwalił się do trumny niż położył. Wyciągnął jeszcze rękę do Tadka.

– Mio mi było posnać na ostatniej droce życia. Postaraj się zaufażyć jednak, jak umrzesz i pożegnać się z wnukami. To byłapy wielka strata, jakpyś zmarnował taką okazję – powiedział. Uścisnęli sobie dłonie i drzwiczki chłodni się zamknęły.

Tadek oparł się o nie i wtedy tknęła go myśl. Była to myśl nie byle jaka, bo wstrząsnęła nim pomimo ilości wypitego alkoholu. A co, jeśli umarł? Co, jeśli to dlatego tak nietypowo był w domu pogrzebowym tak późno? Wnuki wyszły, on też miał, ale dostał zawału, nie pierwszego zresztą? Czy mógłby tu paść, a potem obudzić się i nawet nie zauważyć różnicy? Dlaczego nie? Martwi, z którymi rozmawiał od kilkudziesięciu lat życia też nigdy nie wiedzieli, że są trupami. Łzy napłynęły mu do oczu. Przecież pamiętał, jak wieczorem bolała go klatka, jak Adam dopytywał, czy na pewno zostawiać go samego! To dlatego nie czuł, że z żołądkiem po takiej ilości alkoholu dzieje się cokolwiek złego!  

Biedna Wiesława, co ona bez niego pocznie…? Gdyby wiedział, gdyby jego wnuki tu były, żeby mu powiedzieć, mógłby przynajmniej napisać jej list! Teraz jednak przez okno pod sufitem widać było już niemal jasne niebo, zaraz będzie świt, a pierwsze promienie słońca uśmiercą go na zawsze.

Musiał jednak spróbować. Odepchnął się od chłodni i ściany, z trudem przestawiając słabnące nogi ruszył do stołu. Świat zdawał się wirować. Wyrzucał sobie ilość wypitego alkoholu i z całych sił próbował utrzymać równowagę.

Kiedy był już w połowie drogi, do piwnicy wdarły się pierwsze promienie słońca. Z przestrachem zasłonił twarz, łudząc się, że go to uratuje, choć wiedział, że nie – nieraz martwi próbowali. Zatoczył się ostatni raz i padł na podłogę.

 

*

 

– Dziadku? Dziadku?! – Alina zbiegła po schodach w czarnej, eleganckiej sukience, w jednej ręce trzymając swój komplet kluczy, a w drugiej witaminowy koktajl na kaca.

Wpadła do pomieszczenia na dole i natychmiast klęknęła przy mężczyźnie, zaraz jednak musiała się odsunąć. Zapach alkoholu podrażnił jej delikatny po nocnej imprezie żołądek.

– Adam! – krzyknęła w górę schodów do brata, który przeszukiwał pozostałe pokoje.

Przyjechali tu najszybciej jak mogli z samego rana, martwiąc się, że dziadek będzie zły, jeśli się spóźnią. I tak musiał większość przygotowań dokończyć sam… Babcia Wiesia mówiła, że wrócił jak spała i wyjechał, zanim się obudziła. Alina nie spodziewała się znaleźć dziadka totalnie pijanego na podłodze w piwnicy, pochrapującego w najlepsze.

Adam wpadł do piwnicy, zaraz jednak również cofnął się na schody. Problemy żołądkowe męczyły dziś całą rodzinę.

– Co on…?

Alina rozłożyła ręce.

– Zawieź trumnę windą na górę i zajmij się rodziną zmarłego – poleciła. Nabrała powietrza i ruszyła dzielnie w stronę okna, które zaraz otworzyła na całą szerokość. – Ja doprowadzę go do porządku – dodała, starając się wystawić twarz na zewnątrz i wskazując butelką staruszka, leżącego na podłodze.

Adam wziął głęboki oddech na schodach i kilkoma długimi krokami przemierzył pomieszczenie. Wysunął szufladę z trumną nieboszczyka i gwałtownie wypuścił powietrze.

– Alina… mamy tu większy problem – powiedział. Siostra wytrzeszczyła oczy i momentalnie znalazła się przy trumnie. Trup był potargany, garnitur miał wygnieciony i poplamiony, a przy koszuli brakowało dwóch guzików. Rodzeństwo spojrzało po sobie z przerażeniem. – Wygląda na to, że dziadek nie pił sam.

Koniec

Komentarze

Jako betujący zdążyłem już przekazać opinię autorce, ale zawsze można zrobić trochę pozytywnego szumu. A zatem! Opowiadanie jest lekkie ze względu na fabułę, choć sam motyw jest już mroczny. Z tego połączenia wyszła urocza makabreska czy taka krotochwila stylizowana na czarny humor. Verus zbudowała opowiadanie na ciekawym pomyśle, który można odczytać w mniej lub bardziej poważnym duchu. Z całą pewnością mamy tu fantastykę w przyzwoitym wydaniu. Poza tym warto zwrócić uwagę na zręcznie napisane dialogi, które przedstawiają groteskową rozmowę dwóch starszych panów pod wpływem ;-)

“To learn which questions are unanswerable, and not to answer them: this skill is most needful in times of stress and darkness” ― Ursula K. Le Guin, The Left Hand of Darkness

Sympatyczny tekst. Szalony, ale w fajny sposób. Do końca nie wiadomo, jak się skończy(ło) – zgrabnie zasiewasz wątpliwości. Misie.

A od jakiego hasła zaczynałaś?

Babska logika rządzi!

Mnie to nie urzekło. Akcja podziała się za szybko i była dość przewidywalna. Mimo że sam pomysł był dość fajny.

Przyjemne w czytaniu.

Mroczne a komiczne.

 

Dzięki za zaakceptowanie do bety i pokazanie warsztatu :)

Lekkie, zabawne, nieźle napisane. Tekst co prawda dziwny, ale granica absurdu postawiona w odpowiednim miejscu.

Jedynie celowe błędy w dialogach (pijacka mowa) w kilku miejscach mi trochę zazgrzytały (np. to zdanie bardzie przypomina gwarę “Kojarzysz te wszystkie reklamy, co to puszczajom w telewizji? Bo wiesz, normalnie to jes tak, że jedzenie i napoje trafiajo do brzucha.”).

Ale to szczegół, ogólne wrażenia jak najbardziej pozytywne. 

Alina nie spodziewała się znaleźć dziadka totalnie pijanego na podłodze w piwnicy, pochrapującego w najlepsze.

Ja to interpretuję jako zdanie kluczowe zakończenia – pochrapuje czyli chyba jednak żyje. W pewnym momencie myślałem, że bohater dźgnie się nożem (myśli że i tak już po nim), a tak naprawdę jeszcze żyje ;D

Bardzo Wam dziękuję za opinie (nie tylko te pozytywne ;) i za kliki. Cieszę się, że większości osób tekst przypada do gustu i mam nadzieję utrzymać tę tendencję.

 

A od jakiego hasła zaczynałaś?

Od męczącego likieru. :p Odleciałam dość daleko.

 

Dzięki za zaakceptowanie do bety i pokazanie warsztatu :)

Przyjemność po mojej stronie.

 

Jedynie celowe błędy w dialogach (pijacka mowa) w kilku miejscach mi trochę zazgrzytały (np. to zdanie bardzie przypomina gwarę

Przyznaję, pijacką mowę symulowałam pierwszy raz, a i tak Mersejk podczas bety rzucił poprawkami, które pozytywnie na nią wpłynęły.

 

Ja to interpretuję jako zdanie kluczowe zakończenia – pochrapuje czyli chyba jednak żyje. W pewnym momencie myślałem, że bohater dźgnie się nożem (myśli że i tak już po nim), a tak naprawdę jeszcze żyje ;D

Zgadza się, żyje. Ale co to za życie? :D

Zostaw ten żyrandol.

Męczący likier? No to faktycznie, rozlał się i daleko odpłynął. Ale efekt interesujący.

Babska logika rządzi!

Opowiadanie, faktycznie, lekko napisane, więc czytało się prędko i miejscami uśmiechnęło, zwłaszcza dialogi. 

 

Skończyłby wcześniej, gdyby nie pozwolił gówniarzom wyjść wcześniej. takoś jakoś za blisko siebie.

 

“(…) a część należałoby nazwać niedopowiedzeniem, i to wcale nie delikatnym.” → niedelikatnym ?

https://sjp.pwn.pl/szukaj/niedelikatne.html

 

 

“Przejechali przez miasto, które wydawało się całkowicie puste. Pewnie przez pogodę, bo przecież o tej porze w piątek normalnie wszędzie jeszcze ludzie.” → różne czasy. “Są” zamieniłabym na “byli”

 

Tadek nawet nie zdążył przypomnieć, że jednak jest tu samochodem i nie powinien pić zbyt dużo. → Tadek jest samochodem? ;) Może lepiej: przyjechał samochodem?

 

Ale twoja córka o niej wspominała podczas pierwszego spotkania o pogrzebie. → po pogrzebie? Albo czegoś nie rozumiem.

 

Tadek, aby jakoś przerwać niezręczny bezruch przy stoliku → ten

 

 

Miła lektura, ale do mnie szczególnie nie przemówiła. 

 

SPOJLER: Ach, i jeszcze jedno: skoro w panu truposzu zastygła krew, o czym piszesz pod koniec, jak mógł zalać się w trupa? ;)

Ponoć się zdarza, że autor swoje, a bohaterowie swoje – cóż zrobić? :D

Zostaw ten żyrandol.

po pogrzebie? Albo czegoś nie rozumiem.

Nie, “o pogrzebie” jest poprawne. Jego córka organizuje pogrzeb, więc z właścicielem domu pogrzebowego rozmawia o pogrzebie. :D

 

Tadek, aby jakoś przerwać niezręczny bezruch przy stoliku → ten

Dzięki, nie wyłapałam. To chyba pozostałość po niezręcznej ciszy, która pierwotnie była tym miejscu.

 

Miło, że wpadłaś, Saro, jestem wdzięczna za uwagi. :D Poprawiłam.

Zostaw ten żyrandol.

Nie, “o pogrzebie” jest poprawne. Jego córka organizuje pogrzeb, więc z właścicielem domu pogrzebowego rozmawia o pogrzebie. :D

 

Aaa… dobra. Bo ja zrozumiałam, że to pierwsze spotkanie było po pogrzebie xD Bo wcześniej w tym zdaniu masz, że wspomniała o niej…  zakręciłam się xD

Niczego sobie pomysł, a i całe niecodzienne zajście opisane całkiem zabawnie. ;)

Wykonanie mogłoby być lepsze.

 

dla­cze­go nie je­stem, no…, mar­twy? ―> Po wielokropku nie stawia się przecinka.

 

Nie było ni­cze­go po środ­ku, tylko jedna albo druga opcja. ―> Co się stało ze środkiem, po którym były opcje?

Winno być: Nie było ni­cze­go pośrod­ku, tylko jedna albo druga opcja.

 

Kazik ode­tchnął głę­bo­ko, wcią­ga­jąc nie­zbyt przy­jem­ną fe­erię za­pa­chów… ―> Nie użyłabym tego słowa na określenie wielu mało miłych woni.

Może: Kazik ode­tchnął głę­bo­ko, wcią­ga­jąc nie­zbyt przyjemny zestaw za­pa­chów

Za SJP PWN: feeria 1. «bogactwo i różnorodność mieniących się barw, pulsujących świateł lub wibrujących dźwięków» 2. «widowisko teatralne oparte na wątkach fantastycznych, posługujące się efektami muzycznymi, świetlnymi itp.»

 

Ka­zi­mierz spoj­rzał do­pie­ro po na­la­niu ko­lej­nej ko­lej­ki… ―> Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: Ka­zi­mierz spoj­rzał do­pie­ro po na­la­niu następnej ko­lej­ki

 

Tadek, aby jakoś prze­rwać nie­zręcz­ny bez­ruch… ―> Tadek, aby jakoś prze­rwać ten nie­zręcz­ny bez­ruch

 

Da­nie­lak omal nie udła­wił się ko­lej­nym szo­tem. ―> Szot to koktajl z głównym udziałem  mocnego trunku, a panowie nie piją koktajli, jeno czysty bimber.

 

dać na­uko­wy wy­kład pod­czas na­le­wa­nia szo­tów… ―> Jak wyżej.

 

Po­pra­wił oku­la­ry, które od wie­ków miały zła­ma­ne jedno ucho… ―> Okulary nie mają uszu.

 

choć wie­dział, że nie – nie raz mar­twi pró­bo­wa­li. ―> …choć wie­dział, że nie – nieraz mar­twi pró­bo­wa­li.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Po wielokropku nie stawia się przecinka.

Właśnie rozkminialiśmy to w trakcie bety i znalazła się opinia, że to dopuszczalne. Pogrzebałam więc trochę głębiej, skoro występuje taka rozbieżność i w tym przypadku chyba rzeczywiście nie powinno go być. Źródło: https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/przecinek-po-wielokropku;11937.html

 

Szot to koktajl z głównym udziałem  mocnego trunku, a panowie nie piją koktajli, jeno czysty bimber.

Całe życie w błędzie. Byłam przekonana, że szot to po prostu jedna porcja mocnego alkoholu. Mam nadzieję, że “kieliszkiem” w tym miejscu będzie dopuszczalne i nikt nie pomyśli o piciu szkła. ;)

 

Dzięki za wizytę i za łapankę, regulatorzy. Nad wykonaniem, wiadomo, wciąż pracuję. Fajnie, że tym razem pomysł przypadł do gustu. :D

 

Zostaw ten żyrandol.

Bardzo proszę, Verus. Cieszę się, że mogłam się przydać, a przy okazji wyprowadziłam Cię z błędu. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

"Tadek podniósł rękę w powszechnie znanym geście „poczekaj chwilę”, po czym, aby dodać sobie trochę animuszu i przypomnieć trasy, po których zazwyczaj poruszał się język, wypił i potrząsnął gwałtownie głową."

Jakie ładne zdanie. 

 

Tekst jest napisany lekkim, przystępnym stylem – i to głównie motywowało mnie do przeczytania. 

Sam temat interesujący (rozmowy ze zmarłymi i ożywianie przedmiotów, świetne połączenie), ale, niestety, według mnie został bardzo pobieżnie przez Ciebie potraktowany, oddaje pole opowieści pijackiej, która stała się osią tekstu. Opisy donoszonych trunków i coraz to bardziej pijanych mężczyzn zepchnęły na drugi plan to, co mi wydawało się o wiele bardziej interesujące. 

… a aż się prosiło zrobić tu porządną groteskę, już nawet myślałem, że ta wątroba przemówi, albo – jeszcze lepiej – wątroba jednego wda się w pogawędkę z wątrobą drugiego o zgubnych skutkach picia alkoholu, a tu jednak nie. 

Aczkolwiek, jak wspominałem, tekst napisany bardzo dobrze – i nawet prostą opowieść pijacką, tak napisaną, czytało się z przyjemnością. :) 

 

 

Jakie ładne zdanie. 

Też je lubię. :D

 

Planowo to miał być typowo weird, ale uciekł mi w inną stronę. Może następnym razem groteska wyjdzie lepiej. Dzięki za wizytę ;)

Zostaw ten żyrandol.

O, Verus, całkiem sympatyczna historia ci wyszła. Dobrze, że nie dodałaś tego z tagiem konkursowym, bo to jednak jest czyste fantasy, do tego całkiem zabawne w odbiorze. W zakończeniu bałam się, że faktycznie uśmiercisz głównego bohatera, ale na szczęście wszystko szczęśliwie się skończyło (chyba :D). Fajnie się bawiłam podczas lektury :)

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Chrapał, to żyje :D Cieszę się, że przypadło Ci do gustu, dzięki za przeczytanie!

Zostaw ten żyrandol.

Z racji mojej trzeciej setnicy poznęcam się nad tekstem bardzo.

Z góry wybaczenia proszę, droga Verus.

 

Tadeusz podziękował w myślach wszystkim znanym sobie bogom – od dziecka był święcie przekonany, że zaświaty są bardziej zaludnione niż sądzą ludzie – za to, że zabójcę ujęto, po czym wsunął szufladę z trumną do chłodni i zamknął drzwiczki.

Ciężkie zdanie. Zbyt złożone, a to wtrącenie jeszcze je komplikuje.

więc nie zwlekając dłużej [+,] właściciel domu pogrzebowego zabrał płaszcz, torbę i parasol, po czym skierował się do wyjścia.

Wrócił do piwnicy przy akompaniamencie walenia w metal i krzyków.

Nie brzmi dobrze, “uderzeń w metal” brzmiałoby lepiej.

Wysunął szufladę trumną chłodni i od razu uskoczył na bok, aby nie dostać pięścią nagle zaskakująco żywego nieboszczyka.

Tu masz nieładną sekwencję z podwójnym “z”. Do tego akcja jest dynamiczna, a konstrukcja zdania tego nie oddaje. Wskazane byłyby krótsze zdania.

 

Przykład jak mogłoby to wyglądać:

Wysunął trumnę z chłodni. Nieboszczyk spojrzał na niego zaskakująco żywo, a zaciśnięta blada pięść nagle wystrzeliła. Tadek uskoczył.

 

Chcesz dynamikę, to krótkie zdania i akcja w czasie rzeczywistym. I bez żadnych tłumaczeń, kto i po co, to zrobił. Pokazujesz, nie tłumaczysz.

Skierował się tyłem, do szafki w rogu

Raczej “zmierzał tyłem”

Był tradycjonalistą, wolałby więc, aby Adam trzymał zajmujący znaczną część blatu komputer w innym miejscu, ale trzeba przyznać, że od kiedy wnuk pomagał mu w interesach, wszystkie formalności załatwiali znacznie szybciej dzięki tej cholernej maszynie.

Kolejny karkołomny tasiemiec, nie dość, że złożony, to jeszcze chyba trzy różne wątki w nim zmieściłaś (charakterystyka Adama, opis biurka/komputera, info o wnuku, i kilka słów bez znaczenia).

 

NB,

Właśnie na tym bym się na Twoim miejscu skupił.

Naucz się pisać prostymi zdaniami. Tak by łatwo było je zrozumieć. Gdy wejdzie Ci to w krew, to wtedy możesz zacząć je stopniowo wydłużać i zaczną wychodzić Ci perełki. :)

ewidentnie nie wiedząc [+,] jak się zachować w tej sytuacji.

Po tylu latach nauczył się już rozpoznawać, jak delikwent przyjmie trudne informacje po sposobie, w jaki traktował alkohol.

Tadek sięgnął po swój trunek, obserwując uważnie twarz tamtego. Przez chwilę bladoniebieskie oczy niedoszłego, czy przeszłego? – przemknęło przez głowę Tadkowi

“Tamtego” – to słowo nieco bezpłciowe. Zamiast tego warto opisać twarz. Przecież z kontekstu wynika, że jest ich tylko dwóch, za to ciekawy opis twarzy truposza zrobi lepszy klimat.

Co więcej, dalej masz zdanie o oczach, które kuleje. Tu warto to przeredagować.

 

– Pamiętam dryblasa z nożem – mruknął Halicki, kręcąc głową. – Pamiętam, jak bolało. Pamiętam, jak jechaliśmy do szpitala… Ciągły sygnał lekarskiej aparatury… A potem już nic. Jeśli umarłem, dlaczego nie jestem, no… martwy?

A tutaj Cię pochwalę. Krótkie zdania, proste, bez błędów. Od razu to się płynniej czyta. Nawet te celowe powtórzenia brzmią jak należy. Jednak potrafisz. :)

 

Tadek próbował się uśmiechnąć i zastanawiał się, którą wersję wypowiedzi wybrać. Część z przygotowanych była zbyt szokująca, a część należałoby nazwać niedopowiedzeniem, i to wcale niedelikatnym. Nie było niczego pośrodku, tylko jedna albo druga opcja.

Czyli w istocie są dwie opcje, ale Ty opisując je, używasz słowa “część”, jakby to był zbiór wielu wersji.

 

Napił się whisky, aby zamaskować moment zawahania

Znowu tłumaczenie zachowań postaci. To nie jest atrakcyjne.

Patrz i opisuj oczami Tadka.

 

Przykład:

– Czyżby się zawahał? – Tadek nie był pewny. Twarz trupa zasłoniła szklanka z whisky. 

 

Na parkingu pod bezimienną, popeerelowską knajpą stał tylko jeden samochód, stary polonez.

Już wcześniej wspomniałaś, że knajpa była od PRL-u. Dalej piszesz o jednym samochodzie, który tez nazywasz. Tutaj można to napisać bardziej ekonomicznie:

Na parkingu pod knajpą stał tylko wiekowy polonez.

 

Okazało się jednak, że w żaden sposób nie odzwierciedlało to stanu osobowego wewnątrz lokalu. Od razu po otwarciu drzwi, na Tadka i Kazika buchnęła chmura dusznego powietrza i papierosowego dymu.

Tutaj podobnie. Dużo niepotrzebnych słów, a można by krócej:

Mimo to lokal wcale nie był pusty. Chmura dusznego powietrza i dymu buchnęła na Tadka i Kazika już od wejścia.

 

Średnia wieku obecnych w knajpie na pewno nie była niższa niż czterdzieści pięć lat,

przekraczała

 

Zanim się nachylił, a siwe włosy, usztywnione lakierem wcześniej tego dnia przez Alinę, zakryły mu oczy, Tadeuszowi wydało się, że tamtemu po policzku płynie łza, zostawiając wyraźną ścieżkę w pudrze.

Czy to jest istotne? Komplikuje to zdanie i nie brzmi dobrze. Przeredagowałbym. Dalej masz jeszcze przecinek zamiast kropki, i nieszczęsne “tamtemu”. Podmieniaj takie słowa na opisy, np.:

Łza na policzku Kazika zostawiła rozmazaną ścieżkę na pudrze.

podczas pierwszego spotkania o pogrzebie.

Coś tu nie gra.

 

Halicki wzruszył ramionami. Wypili. Co za różnica, co to takiego, jeżeli smakowało dobrze? Nic nie mówili, kończąc pierwszą butelkę bimbru.

Zbędne, bo wcześniej wspominasz, co piją.

 

– A, tak, tak. I on mówił, że alkohol też jest mądry. I trafia do głofy. A jak się czasami po piciu rzyga… to alkohol się pomylił.

Przypomina to trochę wywód Zagłoby w Ogniem i Mieczem :).

 

Podsumowanie.

Wykonanie pozostawia nieco do życzenia, jak widać na załączonym obrazku, i to był główny mankament. Fabularnie wyszło całkiem fajnie. Lekki tekst, z humorkiem. Kompozycyjnie też ma to ręce i nogi. Mamy wstęp, gdzie pokazujesz sytuację i wyjaśniasz, dlaczego Tadek może gadać z trupami. Potem jest rozwinięcie i ich nocne rendez-vous, gdzie stawiasz głównie na humor. Motyw pijackich dysput dość ograny, ale przy lekkim tekście, jak najbardziej do zaakceptowania. No i zakończenie z nutką niepewności, kto właściwie umarł, a kto jeszcze żyje i powrót do rzeczywistości. Uśmiechnąłem się.

Nad czym pracować? Sugestie znajdziesz powyżej. W skrócie: prostsze zdania, więcej dynamiki, zamiast tłumaczyć intencje bohaterów, pokazuj, co robią, a po co, to niech się domyśla czytelnik.

Et voilà!

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Podobało mi się: zarówno pomysł i wykonanie. Było kilka cudnych scen, jak na przykład chwila, gdy samochód zaczyna mówić. Przeczytałam ten fragment i dopiero po chwili było: „Moment. Ale, że co?” i musiałam przeczytać jeszcze raz. Miałam podobnie, podczas czytania czytałam „Łowcy głów” Nesbo. I żeby nie spoilerować: była tam taka charakterystyczna scena nad rzeką, po której zdążyłam przeczytać kolejne dwie kartki, zanim zorientowałam się, że albo a) stało się bardzo coś dziwnego, albo b) nagle z thrillera zrobił mi się horror. Więc wróciłam i doczytałam, okazało się, że jednak opcja "a". I tu miałam bardzo podobnie (tylko w przeciągu 2-3 zdań).

Podsumowując: czytało się przyjemnie i płynnie, choć trochę zgrzytało w momentach dialogu dwóch pijanych (w trupa) bohaterów. Przyznam, że przebrnęłam (wybacz) ten fragment na „przewijaniu”.

Uśmiechnęło mi się przy czytaniu :) Fajny tekst, lekko napisany, z pomysłem i jajem. Kilkakrotnie zaskakujesz, choćby Jadźką :) Bardzo mi się podobało :)

Odsyłam do Biblioteki :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

,,…stwierdzając, że z parkowaniem, tak jak z dojazdem, poradzi sobie bez pasażerów w postaci dwóch podstarzałych alkoholików.”

 

Prychnąłem :)

 

Tekst pokręcony, przypadł mi do gustu :)

Z racji mojej trzeciej setnicy poznęcam się nad tekstem bardzo.

Z góry wybaczenia proszę, droga Verus.

Chro, nie ma co wybaczać :D Dziękuję za poprawki, naniosę wkrótce.

 

Przeczytałam ten fragment i dopiero po chwili było: „Moment. Ale, że co?” i musiałam przeczytać jeszcze raz.

Jest to efekt, który poniekąd chciałam osiągnąć, bo osobiście bardzo lubię doświadczać takiego uczucia podczas czytania. :D

 

Dziękuję Wam wszystkim za odwiedziny i wszelkie uwagi. :D

Zostaw ten żyrandol.

Jaki sympatyczny tekst :) Przeczytałam z przyjemnością, parę razy się uśmiechnęłam, chyba rzeczywiście nie do końca na konkurs z Kafką, ale tak poza tym bardzo mi się podobało. Fajny pomysł i bardzo dobra realizacja :)

Fajne :)

Przynoszę radość :)

Dzięki :D Cieszę się, że się podobało!

Zostaw ten żyrandol.

Koncept ma potencjał. Jednak samo wydarzenie – nocna popijawa z truposzem – nie zaintrygowała mnie ani trochę. Nie wynikł z tego żaden większy kłopot. Nie pojawiło się nic zaskakującego. Ot, pogadali o wnukach, o darze bohatera, a rankiem był problem z pogrzebem.

Technicznie czasem coś się trafi – a tu zgubiona litera, a tu jakieś chroboczące zdanie – jednak nic nie przeszkadza czytać.

Podsumowując: jest potencjał w tym pomyśle na koncert fajerwerków. Ale to szczególne jego wykorzystanie mnie jakoś nie urzekło.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

NoWhereMan, dzięki za odwiedziny. Postać Tadka miałam zamiar wykorzystać jeszcze przy jednym pomyśle, może wyjdzie z tego większy “koncert fajerwerków”. To konkretne opowiadanie z założenia miało być lekkie i właśnie takie – rozumiem, że pewnie przydałoby mu się większe WOW. :D

Zostaw ten żyrandol.

Nowa Fantastyka