- Opowiadanie: Alef - Garage inc.

Garage inc.

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Garage inc.

Siedzieliśmy właśnie wraz z Przyjacielem w jednej z krakowskich kawiarni, kiedy podszedł do nas Pomysł i się dosiadł.

– Nudzicie się.

– No – odparłem. Byliśmy ze sobą szczerzy, choć ledwie się musnęliśmy.

– A ja jestem sam, tylko siebie mam. Znaczy, mam…

– Pomysł?

– Tak.

– No dawaj.

– Znacie ten mit o czakramie wawelskim.

– Znamy.

– Korzysta z niego ludzkość od dziesięcioleci, niekoniecznie świadomie. I wiecie pewnie również, że ośrodkiem leczniczej duchowej energii jest tam pewien kamień, wbudowany w ścianę tamtejszego kościółka.

– Wiemy.

– Tu mam jego kawałek.

Zamurowało. No, niezły kamień. Tyci, ledwo go było widać na dłoni interesanta, a tak nas porobił, jakby zawarto w jego porowatej powierzchni każdy czakram tej planety.

– No, to tyle, chyba czas już na mnie.

– Czekaj! – krzyknęliśmy jednogłośnie.

– Czego jeszcze chcecie? – zapytał niby to znudzonym tonem. Ale usiadł.

– Mam garaż – odpaliłem bez namysłu. – Duży jest. Pomieści kilkanaście osób.

– A ja mam mnóstwo ultraczakraołpening znajomych – dodał Przyjaciel. – Mam całą zgraję newage’owych teozombie żywiących się kosmiczną energią poprzez dredozwoje.

– I?

– No… – zacząłem. Umilkliśmy.

– Naprawdę czas na mnie – wstał i potarł spodnie.

– Zrobimy tajne zgromadzenie.

– Dla nich wszystkich!

– Przyjdziesz, od każdego po pięćdziesiąt złoty.

– Staniemy w kółeczku, trzymając za rąsie, wypowiemy sekretną mantrę czakramu, osiągniemy oświecenie i w drogę, do widzenia państwu, baj, na następną edycję zapraszamy w sobotę. No.

– Już za trzy dni, żeby ich zaszokować tym superodkryciem.

– Hajs się będzie zgadzał.

Uniósł dłoń: – Stoi.

Uścisnęliśmy ją.

***

Tak. To było coś. A jednak bardzo szybko poczułem niepokój. Przed sobą przyznawałem się tylko do tej jego części, która dotyczyła organizacji całego przedsięwzięcia. No, czy przyjdą te zombie niuejdżowe, okultne, różokrzyżowe. Uwierzą? Nie, na bank zwątpią. To raz. A dwa: no, jak już się dowloką, to czy się nie pokapują, że to jeden wielki szwindel?

Druga część niepokoju pozostawała ukryta jak twoja najbliższa loża masońska. Niby nikt nic nie wie, a jednak za sznurki pociąga i jej cień kładzie się nawet na pani Jadzi ze sklepu wydającej ci resztę. Trzy trzydzieści trzy wydała, to na pewno znak – “uważaj”.

Więc ten drugi niepokój, subtelny, choć wielki jak spód góry lodowej – dotyczył samego Pomysłu. Czemu więc przyszedł właśnie do nas, umierających z oczytania studenciaków zamiast do jakiegoś nadzianego biznesmózga, który by zrobił gigantyczne szoł? Czemu wybrał garaż miast klimatyzowanego lokalu na pierdziesięciu okultystów? I wreszcie, dlaczego zakazał robić eventu na facebooku?

***

Nieważne – odparł ten dzień, nadchodząc.

W południe zasiedliśmy przed zamkniętymi drzwiami garażowymi. W garniturach, pod muchą. Za stolikiem z małą kasetką, półotwartą jak usta ze zdziwienia. Jej chłodne wnętrze czekało na ciepłe banknoty.

Chwilę później pojawiły się teozombie. A my zaczęliśmy inkasować. Nie minęła pierwsza, kiedy mieliśmy tysiąc.

Buzowała radość, a jednak krył się pod nią ciężki niepokój. Wzmogło go przyjście tajemniczego czakramistrza. O wpół do drugiej otworzyliśmy. O drugiej start.

Wszystko odbyło się zbyt szybko. Mimo to zdążyłem się w czas ogarnąć i wystąpić z kręgu po zaczęciu wydarzenia. Dwadzieścioro ludków wkoło człowieka ściskającego w dłoni kawałek czakramu. Źle mu z oczu, no i ta czarna kiecka niby jak księdzowska, ale nie do końca.

Przynajmniej mnie nie zauważył, bo cofnąłem się pod drzwi już po zgaszeniu dyndającej pod sufitem żarówy. Tymczasem on zaczął opowiadać dzieje odłamku, które moim nosem nie trzymały się kupy. To wzmogło niepokój. Następnie poprosił uczestników by powtarzali za jego głosem tajną inkantację, która – obiecał – miała otworzyć moc czakramu, zsyłając na obecnych fale duchowej energii. Oczyszczającej, innowymiarowej, wiadomo. To oni powtórzyli.

I zaległa cisza.

I wtem, kiedy stałem plecami do garażowych drzwi, ktoś jednym szarpnięciem otworzył je. Od zewnątrz. Nie zdziwił mnie zarys czakramisty. Choć przecież chwilę wcześniej był w środku. Kręgu, którego nikt nie opuścił. Więc jak. Wiedziałem. Pragnąłem się jedynie upewnić:

– Twoje imię.

Odparło mi naraz dwadzieścia jeden głosów, po czym ich właściciele wyszli zbitą chmarą i odpłynęli w dal czerwcowego wieczoru, nucąc identyczną piosenkę:

– Legion, legion, leeegion, tsalalalala.

Koniec

Komentarze

Póki co – mój faworyt. Niedawno byłem właśnie na spotkaniu teozombie i wyglądało dokładnie tak, jak opisałeś. Doceniam nawiązania:

tsalal

 

Ja znam powód, dla którego nie było fejsbukowego eventu. Gdyby był, to oprócz tradycyjnych zombiaków zwaliłaby się dobra setka ezograżynek z termosami.

Dziękuję! Uśmiechem za Wasze komentarze, no i za przeczytanie z wyłapaniem nawiązania. Kto by chciał ezograżynki do swojej sfory, jakiś akadyjski demon ianush, co go nie chcą nawet w domu znać.

Na samym początku: masz ode mnie NAPRAWDĘ OGROMNY PLUS za tytuł :D

To teraz, żeby nie było tak różowo… Tfu, co ja mówię, czarno*

 

– Przyjdziesz, od każdego po pięćdziesiąt złoty.

“Złotych”.

 

– Staniemy w kółeczku, trzymając za rąsie…

Nie zgubiło Ci “się”? :)

 

Uniósł dłoń: – Stoi.

Uniósł dłoń.

– Stoi.

^ Na moje oko byłby to bardziej poprawny zapis, choć mogę się mylić.

 

Niby nikt nic nie wie, a za sznurki pociąga i jej cień kładzie się nawet na pani Jadzi ze sklepu wydającej ci resztę.

Z kontekstu wynika, że to “nikt” pociąga za sznurki, wypadałoby zaakcentować jakoś, że jednak chodzi o lożę masońską. Nawiasem mówiąc, przed “wydającej ci resztę” zabrakło przecinka.

 

Czemu więc przyszedł do nas, umierających z oczytania studenciaków zamiast do jakiegoś nadzianego biznesmózga…

Przecinek przed “zamiast”.

 

Źle mu z oczu, no i ta czarna kiecka niby jak księdzowska, ale nie do końca.

Po “kiecka” też powinien być przecinek.

 

Następnie poprosił uczestników by…

Przed “by” też.

 

– Nudzicie się.

– Znacie ten mit o czakramie wawelskim.

– Twoje imię.

Mogę się mylić, ale wydaje mi się, że niegłupio by było dać tu pytajniki.

 

Ten dialog na początku jakiś taki przydługi. Nie mówię, że bardzo brakowało mi tam narracji, bo w zasadzie można sobie wyobrazić całą scenę z tymi pojedynczymi zdaniami, które wtrąciłeś tu i ówdzie, ale mimo wszystko jakoś tak… trochę sucho. I w ogóle, nie pogardziłabym, gdybyś nieco rozwinął narrację, bo czytało się, jak dla mnie, aż zbyt krótko, a sam pomysł zaintrygował.

 

Dobra, już się nie pastwię. Lekko się czytało, klimacik też jakiś jest.

A, zapomniałabym, słowotwórstwo mi się podoba.

Miło było zajrzeć :)

Spodziewaj się niespodziewanego

No, jak widać da się krótko i zwięźle, wykorzystując zwartość formy. Plus za to, że dozwolony limit nie okazał się koniecznością.

Formę niby da się podreperować, ale i tak jest dobra. Zwrot akcji też. Niby satyryczny, a niepokojący.

 

Fajne :)

Przynoszę radość :)

Uśmiechnęło :-)

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Językowo sprawne, stoi sposobem opowiedzenia tej historyjki i postacią/podejściem narratora. Zakończenie z twistem i absurdalnym klimatem też bardzo dobre. Podobało mi się.

Było sprawnie i z pomysłem, ale wstęp troszkę się dłużył. I maksimum wyrazu w krótkiej formie zawsze się chwali.

Przybywam z komentarzem jurorskim:

Opowiadanie-Joker: wnosząc z tytułu i krócizny, zapowiadało raczej średniawy pastisz i nie powinno być dobre. A było.

 Bardzo minimalistyczne, a zarazem pojemne, należycie absurdalne, kijwmrowiskowbijne, cyniczne, mimo prostej formy niepozbawione indywidualizmu wypowiedzi. Bazuje na motywach weirdowych, raczej uderzając w charakterystykę odbiorców aniżeli motywy popularnych utworów – ekstra, coś świeżego! W naturalny sposób zrealizowane hasło konkursowe i umiejętnie powplatane smaczki – a wszystko to na raptem pięciu kaflach szorta, któremu w sumie do bycia pełnoprawnym utworem nic nie brakuje – a ma tylko pięć kafli!

Nieźle szurnięte. Czyli po prostu niezłe.

POTĘŻNE NAJSILNIEJSZE OPOWIADANIE MÓWIŁEM OD SAMEGO POCZĄTKU ALEF, PAMIĘTAJ KTO W CIEBIE WIERZYŁ GDY INNI ZWĄTPILI,

AUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUU!!! TSALALALA

Alefie, przyjacielu mój! Skontaktuj się ze mną, proszę, w sprawie publikacji, tylko Ciebie mi na liście brakuje!

Bogate w treść jak na tak krótką formę. Ciekawa personifikacja pojęć i szatański plot-twist w końcówce. Miejscami fajna zabawa stylem, choćby w tym miejscu:

 

I wreszcie, dlaczego zakazał robić eventu na facebooku?

***

Nieważne – odparł ten dzień, nadchodząc.

W Twoich dawnych opowiadaniach było coś mistycznego, intrygującego, tu zmieniłeś nurt na bardziej przejrzysty, humorystyczny. Eksperyment wyszedł ciekawie.

 

Wszystko, co po nas zostanie, to te słowa. Ja zapamiętałem Twoje o tym, że medytacja zawsze zaczyna się tu i teraz. Obyś zaznał pokoju, gdzie teraz jesteś.

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Niezłe.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ciekawy pomysł.

Nigdy Cię blisko nie znałam.

Babska logika rządzi!

Nie wiem, gdzie jesteś, Alefie, ale może to przeczytasz.

 

Naprawdę bawisz się słowem. W wielu tekstach wątpiłam, czy autorzy mieli na myśli odpowiednie myśli. Tutaj nie mam wątpliwości, żeś był sarkastyk i żartowniś. Podszywane to goryczą istnienia i modernistyczną krytyką. Ale. Sensowne. I zabawne, bo bystre.

Nowa Fantastyka