- Opowiadanie: Myślak Stibbons - Szeol

Szeol

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Szeol

Szara postać, jak blade widmo, jak szary duch, mknęła wśród tafli obsydianu, wyrastających po obu stronach, jak przeklęte nadmorskie klify. Pyszniły się one i tętniły kalejdoskopem przekrzywionych wizji, pękniętych wyobrażeń, koślawych form, przypominając przepoczwarzone zwierciadło, które odziera z normalności i wypluwa chaos. Dawało to poczucie lęku, zgryzoty, jednocześnie podziwu nad pięknem możliwości rozbicia formy. Formy, która jest nudna, dopiero gdy coś z niej wypłynie, daję możliwość kreacji, nie zawsze pięknej, nie zawsze budzącej podziw, sama kreacja jednak jest sensem. Tworzyły korytarz śmiejący się z kształtów. Dawały czarujący spektakl o dziwności, odczarowujący z ram, atawizmów, stereotypów, odrzucający setki masek, które spadając, raz za razem, odsłaniały mglisty, jednak coraz prawdziwszy obraz. U stóp postaci, szeleścił drobny żwir, którego szelest, jak kamerton, nastrajał do trudu. Wśród szelestu, dało się czasami słyszeć głosy, które mógłby być zwidami, ułudami, szeptały zaciekle, z trudem dało się z tego szelestu wyłowić znaczenie:

– Czas roztapia twój świat, jak para skraplające lód.

Żwir szeleścił, nadając rytm.

– Dlaczego dałeś im płakać, otumaniony bezczynnością?

Rytm upajał.

– Krzywdy są nieśmiertelne. Wybaczenie to ułuda.

Rytm bolał.

– Skutki określają kontekst bezsensu.

Rytm kaleczył.

– Krew plami trwale, zmycie jej to blaga, szare kłamstwo.

Rytm parzył.

– Przegrałeś z odpowiedzialnością. Przegrałeś, bo chciałeś.

Rytm szeleścił.

Obsydianowy korytarz się skończył. Odsłonił pustą tundrę, po której mknął i jęczał, przeraźliwie zimny wicher, jakby torturowany, jakby krzyczał z bólu. Tundra rozciągała się po horyzont, tu i ówdzie, upstrzona martwymi drzewami, na których dostrzec można było kruki, ogromne niczym orły, zastygłe, jak zamrożone. Ich pióra nie falowały, mimo szalejącego wiatru. Jedynie ich dzioby, rachitycznie, mechanicznie ruszały się w dół i w górę, jednak nie wydawały dźwięku. Wicher wył. Żwir kaleczył opuchłe już stopy szarego wędrowca. Mimo to mknął dalej, obrał tę drogę już dawno, dalsze działania stanowiły jedynie konsekwencję. Podszedł do jednego z drzew i spojrzał na kruka. Ten nie zareagował. Stał tylko, szklanym wzrokiem w dal wpatrzony.

– Jako demon rozmarzony. – pomyślał wędrowiec.

Kroczył dalej i nie wiedzieć kiedy, obok niego, zmaterializowała się postać. Postać posępna, groźna i piękna, postać jego zguby, nadziei i straty. Postać będąca tylko bladym cieniem, jak wszystko wokół. Postać, która zmaterializowała się dla zabawy zorganizowanej przez przeznaczenie, ku poklaskowi przypadku, dla próżnego triumfu przyczynowości.

– Klara? – rzucił głosem wątłym, lękliwym, niepewnym. Poczuł mokre ciepło łez, które po chwili zwiał mroźny wicher. – Ja… Ja… Wiesz, że tego nie chciałem. Tyle bezsensowych decyzji, nie potrafiłem przewidzieć, ciągle myślałem, że jest jeszcze czas. Przecież nie wiedziałem ile go zostało, mogłem to wszystko naprawić, ale nie dostałem więcej szans. – głos załamywał mu się, krtań zaciskała pod nadmiarem rozpaczy. – Powiedz tylko, że mi wybaczasz, że mnie nienawidzisz, ale wybaczasz. Potrzebuję tego Klaro, proszę!

Nie było jednak Klary. Nie było wybaczenia. Był tylko zwid, pusta tundra i kruki patrzące w niebyt. Był szelest żwiru i przeraźliwe wycie wiatru.

– Bezlitosna ostateczność śmierci… – rzucił do siebie.

Podróż bez celu, wśród bezbrzeżnych przestrzeni, obradzała we wspomnienia, wypłowiałe marzenia. W poćwiartowane hausty moralnych rozterek, połykanych jak szklane, rozbite tabletki. Czerstwe nadzieje, amorficzne, blade, płonęły i łkały, rozpostarte na popielatej płachcie wizji, matactw, iluzji, zaściankowych popędów, przepychanych, raz po raz, przez następne próby. Próby, pragnące coś znaczyć, jednak pragnieniem pustym, wywodzącym się z samej idei tego słowa, nie zaś z jego znaczenia. Stanowiące zaledwie pusty, grzechoczący kościec, zasilany sztucznie, nienaturalnie, opity przeźroczystością. Samotne marzenia, obijające się o kolejne skrawki świadomości, szeleściły miarowo, nierozważnie, roiły się jak komary, bzyczały o tym co warto, ulotne jak liście, wciąż spadały, umierały. Denerwujące w swojej prawdzie, którą chciało się odepchnąć, rozepchać, jak tłum turystów patrzących na sztukę, bez zrozumienia, bez sensu, patrzących, bo wypadało patrzeć, bo mówili, że trzeba. Roiło się od tych decyzji, o ich konsekwencjach, które miały być jakieś takie lepsze, pełniejsze, miały smakować jak miód i marcepan, nie jak popiół i błoto. Miały oferować znaczenie, otulone ciepłym kocem, bezpieczne, a nie wybatożone przez męczeński bat wysuszającego dna. Dna bez końca, najdenniejszego dna, którego mroźna otchłań, próbowała opowiedzieć coś o życiu. O smaku, aromacie, o delikatnych kęsach jego kremowej formy. Wiele bólu kosztuje przebicie się przez jej ciemność, by wyskrobać złote fragmenty, wśród gargantuicznych pokładów mułu. Czy odwaga jest coś warta, czy poświęcenie lśni jak diament, czy jak jego kopia? Ropiejące czyraki, rozcinane wciąż na nowo, zasklepiane przez próby odkodowana planu, planu życia, a może planu śmierci, bo celem zawsze jest koniec. Opowieść o życiu, składa się z sumy dążeń do rozczarowań. A największym rozczarowaniem jest śmierć, której nie można zaakceptować, można się z nią tylko pogodzić, co daję pękniętą wskazówkę do prawdy. Całość tego, zaplątane jest w bezkształtnym marzeniu o szczęściu, które wydaję się drwić i śmiać, bo każda próba jego dosięgnięcia, kończy się mignięciem ekscytacji. Mignięcie, jak to mignięcie, znika i zostawia tętniące poczucie pustki. Suma tych rezydualnych mignięć, to nadwartość. Kilka pięknych mignięć, skąpana w pustym, bezsensownym sztormie. To jest właśnie droga, biel i skaza. To droga, na którą był skazany. A właściwie na jej koniec.

Żwir szeleścił wśród szaleństwa wspomnień przeżyć dawnych dni.

– Może trzeba było więcej. Odważniej. Czy odważniej to lepiej? I co to wszystko znaczy? Co mi daje, ta nieskończona pokuta?

Słowa pomknęły gdzieś na wietrze, zaplątane w zapytaniu. W dali znowu coś mignęło, jakaś zjawa wnet przemknęła. Przypominała tańczący w zamieci śnieg, o humanoidalnej formie. Jej oczy za to lśniły czerwienią, złowrogą przestrogą, przypominając dwa pęknięte rubiny. Przypominając dwie okrągłe plamy krwi na śniegu.

– Tyle miałeś czasu, a ten jest skończony, szary cieniu. – Zabrzmiała z mocą, głosem przypominającym huragan szeleszczący w koronach drzew. – Czas ciągle gaśnie, znika, wypala się. Parcieje, marnieje, jęczy i dręczy. To właśnie ten jęk widzisz wokół. Brak tu perspektywy odmiany, nie ma mowy tedy o pokucie. Wszystko stanowi konsekwencje, to najdoskonalszy imperatyw, tętniący w każdym. Zagłuszany jednak, prowadzi do pustki. Czasami nie ma miejsca na zadośćuczynienie. Tak naprawdę nigdy nie ma miejsca, jest tylko jego iluzja. Nie znając czasu końca, plan o odkupieniu win jest marnym żartem. Czerstwym paradoksem. Wsłuchaj się w szelest, to jedyne co zostało.

Mroźny wiatr, mroził bardziej. Mgła otulała mroźnym kocem. Legiony innych pustych skorup, bladych mar, zalały pustą tundrę. Szary cień wkroczył w korowód, miarowo, wręcz odruchowo, niesiony przez wiatr. Szelest nastrojony, zaczął deklamować nieskończenie martwą mantrę: 

 

Szereg Szeolu, szorując podeszwy,

Szedł wśród szadzi, utaplany we śnie.

Szarzy, bez twarzy, bez marzeń, bez gaży,

Szli dalej, szli dalej, szli dalej w tej mgle,

 

Szacując swe szanse, niemal oniemieli,

Tosz nic im nie wyszło, w ich skali szarej,

I szara wichura, zdmuchnęła im skórę,

Nie myśląc o tym, szli dalej w tej mgle,

 

Omszałe szkielety, szły uśmiechnięte,

Co je śmieszyło, nikt nie dowie się,

I szron przykrył ich zimne kości,

Uszyte im szaty, poszatkował cień,

 

Śnieżyca wzrastała, przyspieszona przez nich,

Ku szczytowi szybko, zbliżając się,

Szkielety pobladły, zszarzały im kości

Coraz mniej miały siły, by szorować w śnie,

 

Lecz nadal szły, szły dalej niezłomne,

Szły dalej, szły dalej, szły dalej w tej mgle,

 

Szalenie nihilne, szalenie banalne,

Straciły szacunek, straciły gdzieś cel,

szły jak na szafot, szły nieustannie,

Szły dalej, szły dalej, szły dalej w tej mgle,

 

I doszły i czaszki im pospadały,

Lecz to nie obeszło ich szarych marzeń,

Kolejne ich kości, też wciąż upadały,

Gubiły ich nadmiar, plątając się w śnie,

 

Mimo to szły, szły odruchowo,

Właściwie od mgły już nie różniąc się.

Koniec

Komentarze

Podoba mi się ten mroczny nastrój okolicy, sama fabuła też, ale nie podobają mi się te poetyckie opisy. Są przegadane i miejscami dość banalne, co źle wpływa na utwór, moim zdaniem.

Rzeczywiście, opisy przytłaczają, szczególnie ten na początku. Pewna zgroza też mnie zdjęła, kiedy dotarłam do początku najdłuższego akapitu w tekście i zobaczyłam, ile przede mną skomplikowanych zdań. :) Jakieś drobne literówki rzuciły się w oczy, ale nic wielkiego, może za wyjątkiem “w śnie” → powinno być, jak sądzę, “we śnie”. Tekst nietypowy i ciekawy, przeczytałam z zainteresowaniem.

Forma mnie złamała, jak suchą gałązkę… Opisy i całe morze przymiotników, które w moim przypadku w cale nie podbiły klimatu opowiadania, a znużyły.

 

Dal fanów tego typu pisania opko może się podobać :)

 

Pozdrawiam

Czwartkowy Dyżurny

Ciekawe opowiadanie, czekam na kolejne publikacje i pozdrawiam.

Ponieważ nad prozę poetycką zdecydowanie przedkładam prozę pisaną prozą, Twój Szeol, niestety, nie przypadł mi do gustu.

Wykonanie pozostawia nieco do życzenia.

 

dało się cza­sa­mi sły­szeć głosy, które mógł­by być zwi­da­mi… ―> Literówka.

 

– Czas roz­ta­pia twój świat, jak para skra­pla­ją­ce lód. ―> Literówka.

O ile wiem, skraplanie to przechodzenie substancji lotnej w ciecz, na skutek działania odpowiednio wysokiego ciśnienia lub przez ochłodzenie. A jak odbywa się skraplanie lodu przez parę?

 

– Jako demon roz­ma­rzo­ny. – po­my­ślał wę­dro­wiec. ―> Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać myśli: http://www.jezykowedylematy.pl/2014/08/jak-zapisac-mysli-bohaterow/

 

– Ja… Ja… Wiesz, że tego nie chcia­łem. Tyle bez­sen­so­wych de­cy­zji, nie po­tra­fi­łem prze­wi­dzieć, cią­gle my­śla­łem, że jest jesz­cze czas. Prze­cież nie wie­dzia­łem ile go zo­sta­ło, mo­głem to wszyst­ko na­pra­wić, ale nie do­sta­łem wię­cej szans. – głos za­ła­my­wał mu się, krtań za­ci­ska­ła pod nad­mia­rem roz­pa­czy. ―> Zbędna kropka po wypowiedzi. Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać dialogi: http://www.forum.artefakty.pl/page/zapis-dialogow

 

wśród gar­gan­tu­icz­nych po­kła­dów mułu. ―> Na czym polega gargantuiczność pokładów mułu?

Za SJP PWN: gargantuiczny «rubaszny, nadnaturalnie wielki i niezwykle żarłoczny»

 

Ca­łość tego, za­plą­ta­ne jest w bez­kształt­nym ma­rze­niu o szczę­ściu… ―> Piszesz o całości, a ta jest rodzaju żeńskiego, więc: Ca­łość tego za­plą­ta­na jest w bez­kształt­nym ma­rze­niu o szczę­ściu

 

Kilka pięk­nych mi­gnięć, ską­pa­na w pu­stym, bez­sen­sow­nym sztor­mie. ―> Piszesz o mignięciach, a te masz w liczbie mnogiej, więc: Kilka pięk­nych mi­gnięć ską­pa­nych w pu­stym, bez­sen­sow­nym sztor­mie.

 

– Tyle mia­łeś czasu, a ten jest skoń­czo­ny, szary cie­niu. Za­brzmia­ła z mocą… ―> – Tyle mia­łeś czasu, a ten jest skoń­czo­ny, szary cie­niu – za­brzmia­ła z mocą

 

Tosz nic im nie wy­szło… ―> Toż nic im nie wy­szło

 

Sza­le­nie ni­hil­ne, sza­le­nie ba­nal­ne… ―> Ci to jest nihilność?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Widzę w tym tekście pewien potencjał – powinna znaleźć się grupa czytelników, którą taki rodzaj literatury przekonuje. Widać świadomie budowany, ciężki styl, który jest główną zaletą tego tekstu. Problem w tym, że o ile wygląda na to, że masz konkretny pomysł na styl, to masz jeszcze spore braki warsztatowe – błędy, niezgrabne zwroty, różne zgrzyty powodują, że jeszcze trudniej przebrnąć przez ten i tak trudny tekst. Przede wszystkim jednak styl, który dla jednych może być zaletą, innych z pewnością odrzuci. Tego opowiadania się nie czyta, przez nie się brnie – domyślam się, że taki mógł być cel, korespondujący z treścią opowiadania. Jeśli tak – udało się, ale ciągle mi się to nie podoba, bo z lektury chciałbym przede wszystkim czerpać satysfakcję, a nie wysiłek. Opowiadanie to zdecydowanie cechuje przerost formy nad treścią, co może i nie zawsze jest złe, ale ta forma niestety mnie nie przekonuje. Nagromadzenie dziwnych kompozycji, przymiotników, zawiłych metafor sprawiało, że czytałem, ale nie miałem pojęcia o czym czytam, szybko się gubiłem, co sprawiało że albo musiałem się cofać, albo skakałem nad tekstem. 

Otwarcie opowiadania takim blokiem tekstu, opisem pełnym wygibasów myślowych, trochę chyba bełkotliwym („jednocześnie podziwu nad pięknem możliwości rozbicia formy” WTF?) to ryzykowne ale nieudane zagranie. Zaraz potem mamy jakby nieco eksperymentalny fragment, dosyć dziwaczny jak na fantasy, potem blok ogromniasty, jeszcze bardziej bełkotliwy. W sumie chciałeś powiedzieć nam, że facet sobie szedł przez jakieś “zaświaty”, ale postanowiłeś ubrać to w niemal nieczytelną, efekciarską prozę, pełną dziwnych porównań i przekombinowanych opisów. Od czasu udziwniając jeszcze formę (np. koślawym szykiem zdania: "Stał tylko, szklanym wzrokiem w dal wpatrzony").

Uwierz mi, Myślaku, kiedy w tekście niemal każdy rzeczownik dostaje swój przymiotnik, a autor koniecznie chce nas zasypać szeregiem zbędnych synonimów, to przestaje być literatura („Postać posępna, groźna i piękna, postać jego zguby, nadziei i straty" albo "– Klara? – rzucił głosem wątłym, lękliwym, niepewnym.”) a zaczyna się lanie wody.

Z czasem odkrywamy, że Autor ma po prostu taką manierę, że te litanie, szeregi, ciągi wyrażeń i zwrotów, które powtarzają w większości te same treści i za nic nie popychają akcji do przodu, te zwały niepotrzebnych słów, przez które trzeba brnąć, jak przez śnieżne zaspy, to jest sposób Autora na pisanie. Jego „styl". I muszę przyznać ze smutkiem, że jest to styl wyjątkowo ciężki i mulący podczas lektury („Podróż bez celu, wśród bezbrzeżnych przestrzeni, obradzała we wspomnienia, wypłowiałe marzenia. W poćwiartowane hausty moralnych rozterek, połykanych jak szklane, rozbite tabletki. Czerstwe nadzieje, amorficzne, blade, płonęły i łkały, rozpostarte na popielatej płachcie wizji, matactw, iluzji, zaściankowych popędów, przepychanych, raz po raz, przez następne próby. Próby, pragnące coś znaczyć, jednak pragnieniem pustym, wywodzącym się z samej idei tego słowa, nie zaś z jego znaczenia. Stanowiące zaledwie pusty, grzechoczący kościec, zasilany sztucznie, nienaturalnie, opity przeźroczystością.”).

Poetycka końcówka nie przeszkadza, ale też niczego czytelnikowi nie oferuje poza kolejna próbą popisu, tym razem wierszowaną. Na mnie wrażenia nie zrobiła.

Zaryzykuję stwierdzenie, że tekst nie ma właściwie fabuły, akcji, jakiegokolwiek ciągu wydarzeń, bohatera również nie poznajemy, za to poznajemy dokładnie jakieś przemyślenia (postaci? Autora?), które dotyczą wszystkiego i niczego. Rozumiem, że postawiłeś na klimat, ale jednak samym klimatem niczego nie zwojujesz, zwłaszcza jeśli przytłaczasz czytelnika niestrawną formą. 

Brak wyrażnego zakończenia, brak jakiegoś wyraźnego przesłania, wyjaśnienia, tekst pozostaje przesadzonym popisem, efektowną wydmuszką. Całość to jak dla mnie potok słów bez wyraźnej myśli przewodniej. Do tego Autor skacze między podmiotami w narracji, a od strony gramatycznej często owe podmioty gubi.

A szkoda. Widać, że Autor potrafi umiejętnie budować klimat, że lubi pieścić słowa i tworzyć obrazowe opisy, nawet plastyczne, pomimo że to raczej oniryczne wizje zaświatów (?). Że zdania kleci z wprawą, a słownictwo ma bogate. Niestety brak w tym umiaru, brak sympatii dla odbiorcy, katowanego rozdmuchanymi opisami, które niewiele znaczą, służą "popisywaniu" się formą, przy dosyć lichej treści.

I jeszcze jedna uwaga – jeśli to fantasy, to nie pasują mi określenia typu turysta, imperatyw, gargantuiczne itp.

W tekście znalazłem sporo usterek. Literówki (dopiero gdy coś z niej wypłynie, daję możliwość kreacji), błędny zapis dialogów (– Tyle miałeś czasu, a ten jest skończony, szary cieniu. – Zabrzmiała z mocą), o interpunkcji nie wspominając.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Nie zrozumiałam :(

Przynoszę radość :)

Nowa Fantastyka