- Opowiadanie: MieszkoRusynowicz - Śpij Dobrze... Rozdział I (Noc Pierwsza)

Śpij Dobrze... Rozdział I (Noc Pierwsza)

Przedstawiam Wam niemal cały pierwszy rozdział z mojej pierwszej książki “Śpij Dobrze...”

Jestem ciekaw czy chociaż trochę zaintrygują Was losy Sebastiana Czarta. Dajcie znać co sądzicie.

PS
Książka już gotowa w całości. Została tylko kosmetyka, więc idealny czas na krytykę, żeby jeszcze coś zmienić.

Oceny

Śpij Dobrze... Rozdział I (Noc Pierwsza)

Jestem tylko małym chłopcem planującym samobójstwo. Nie pytam go „dlaczego?” … To, co nadchodzi, to moja przyszłość – nie tylko życzenie dziecięcej wyobraźni. Tym właśnie mi imponuje. Jednak bardziej niż śmierć, intryguje mnie gładka skóra moich dłoni. Dawno takiej nie miałem. Teraz mam może z 11 lat, ale przecież szczęśliwi czasu nie liczą. Tym bardziej samobójcy. Moje małe stópki spokojnie maszerują po skrajnych cegłach dachu nadgryzionej czasem kamie– nicy. Brak jakichkolwiek wątpliwości i podświadoma, totalna kontrola sytuacji nie pozwalają na istnienie strachu w moim świecie. Czy tam, jego świecie! Czuję mój słodki i szczery uśmiech na jego twarzy, kiedy stawiam takie drobne kroczki w szarych, lekko ubrudzonych trampkach. Och, jest przyjemnie, bo to chłodna noc. Latarnie święcą blado – jakby nie chciały ukazać tego, co nadchodzi. Z mojej perspektywy wyglądają jakby grzecznie pochyliły głowy przed absolutnym władcą chwili i z największym lękiem bały się patrzeć.

To tylko jakieś czwarte piętro, ale ja też wiem, że wystarczy… O tak, dokładnie tu. Jestem idealnie nad oknem swojego pokoju. Ta jedna żarówka, którą zostawił włączoną w pośpiechu, pastelowo rozjaśnia atrament mrocznej nocy, dając teatralną aurę dziecięcego samobójstwa. Widzę kamienicę z naprzeciwka pełną znanych mu ludzi, ale jestem pewien, że nikt nas tutaj nie zobaczy. Najzwyczajniej… nie mogą.

Muszę ściągnąć buty. Lubię je i nie chcę ich zniszczyć. Małe szare trampki o czarnej podeszwie i mocno związanych sznurówkach. Nie znam ich historii i nie chcę jej teraz zgłębiać. Wiem tylko, że on je uwielbia. To mi teraz wystarczy. W tej podniecającej chwili, gdy śmierć zbliża się bezkarnie.

Czuję chłodne, suche cegły pod stopami. Nie wiem dlaczego aż tak zwrócił uwagę na to, ale definitywnie mają takie być. Najwyraźniej to dla niego ważne. Stoję na krawędzi dachu i z ciekawości chciałbym chociaż popatrzeć w dal, ale on nie ma na to najmniejszej ochoty… Mały ignorant chce tylko skoczyć. Palce u stóp jak szpony wbijają się w krawędź wiekowego budynku. Wzrok, pełen niezachwianej pewności, ostrzy się na kostkę ulicy, wyglądającą z góry tak uroczo. On niesamowicie pragnie już tam być, bardziej niż czegokolwiek innego. To jest moje zwycięstwo. Jego niekwestionowane zwycięstwo. Jeszcze ostatni głęboki wdech wypełnia płuca. Wola walki wypisuje się na twarzy – pozbawiona jakiejkolwiek wątpliwości! Aż drżę z podniecenia. Palce jeszcze mocniej wbijają się w cegły. I nie czekając już dłużej, pewnie – jak nigdy – odbijamy się przed siebie. Wyciągając ręce, zaciskamy zęby. On do końca patrzy na cel, bo nie chce nawet na chwilę stracić go z oczu! O nie… Nie tym razem! A ja rozkoszuję się chwilą! W tych emocjach stajemy się jednością!

Kostka ulicy mieni się cudownie grafitowym odcieniem. W głowie zadziwiający spokój. Chłopiec imponuje mi tym jeszcze bardziej. Chcę, żeby trwało to jak najdłużej, wręcz niefizycznie długo. Upragniona wolności trwa, a ja chłonę całą radość nadchodzącej śmierci – tak długo, jak tylko mogę. Zatapiamy się w chwili, aż zostaje tylko upragniona cisza, zwycięstwo i ostatni, nieunikniony obraz śmierci!

Hyy… – głęboki wdech, który prawie rozrywa mi płuca. Pierwsza świadoma myśl… To był sen! Moje szorstkie i spracowane dłonie na twarzy dają świadectwo rzeczywistości. Oczy szeroko otwarte, jakbym właśnie zobaczył ciało tego chłopca. Spoglądam na tatuaż lewej dłoni, by upewnić się, że nie śnię. Róża wiatrów pokazuje południe jako „Z” na kostce palca wskazującego. Każdy detal tatuażu potwierdza realność świata, więc mogę mieć pewność, że już nie śpię! Kolejny raz ktoś ginie w moim śnie i to znów dziecko… Coś ewidentnie jest ze mną nie tak! Mam jednak nieźle nasrane w tej dyni.

Uff… siadam na łóżku z tępym wzrokiem błądzącym gdzieś po podświadomości. Próbuję dojść do siebie. Wiem, że to znów tylko sen, ale do tego nie da się przyzwyczaić. Uff… kolejny ciężki oddech.

Światło! Myśl o nim pojawia się niemal równocześnie z uderzeniem ręki o włącznik. Szaro-biała sypialnia rozjaśnia się w ułamku sekundy. To jak strzał

w pysk dla wyostrzonych zmysłów, ale działa natychmiast. Mózg nie wizualizuje już świeżych zwłok dziecka rozbitych o ulicę, zalanych krwią ze szczyptą przerażenia mojej włączonej już świadomości! Teraz główną i jedyną motywacją mózgu jest znaleźć sennik!

To będzie następna historia do soczystej kolekcji moich koszmarów. Szukam wolnej strony w dość grubo zapisanym zeszycie. Mijam jakieś 33 i 14 ofiar moich chorych snów, a prowadzę sennik dopiero od trzech miesięcy.

Sebastian Czart, Sennik – data: 01.06.2022, godzina: 02:59, tytuł: hm… zawsze mam z tym problem. a przecież jakie to ma znaczenie? Może: Szare Trampki. Chciałbym, żeby koszmar zniknął zupełnie z mojej głowy, ale to tak nie działa. Niemniej jednak słowo pisane ma terapeutyczną moc.

Jedna część mózgu przypomina sobie dokładnie senne obrazy, malowane przez moją podświadomość zadziwiająco realnie. Druga zaś, równocześnie puszcza wodzę ciekawości. Jakby mój umysł wiedział, że to ostatnia okazja zobaczyć twarz mojej ofiary.

Widzę ten zawieszony obraz wyraźnie. Widzę go tuż po śmierci. Bez anielskich chórów, bez gwardii szatana. Jest sam. Martwy. Twarz chłopca pozbawiona jest jakichkolwiek emocji, jednak jego oczy patrzą na mnie, wydając wyrok: „WINNY!”.

Krew dyskretnie umyka między kostkami ulicy, romantycznie połyskując w blasku posłusznych latarni. Byłem jakby w jego umyśle, albo raczej obok, ale w jednej głowie. Odczuwałem to co on, ale nie miałem wpływu na jego plan – albo raczej nie chciałem mieć. Tylko szczątkowe myśli chłopca docierały do mnie przez zasłonę podniecenia. W sumie nawet nie chciałem ich słuchać. Eh… Byłem bardziej ciekaw śmierci. Ciekaw ciała, w którym jestem i pewności jaką posiadał. Było w tym coś pociągającego. Coś nad wyraz kontrastowego. Tak niewulgarna osobowość dziecka i taki gorszący plan zarazem.

Nie znam go, ani nawet tego miejsca. Skąd więc taki realny i twórczy sen? Po co mój chory łeb zadaje sobie tyle trudu, kiedy ma odpoczywać?

Wciąż drżącą ręką zapisuję każdy szczegół snu do momentu skoku. Chłopiec stoi na krawędzi. Zamykam oczy i czuję mój głęboki wdech, jakbym teraz to ja miał skoczyć – a siedzę wygodnie na krześle, ściskając żółty zgryziony długopis. Z każdym słowem na kartce strach staje się słabszy. Więc teraz wystarczy zabić go w głowie raz jeszcze, a może sen już się nie powtórzy. Wybija się mocno. Leci spokojnie, chłonąc każdą chwilę wolności.

To czuł na pewno, wzbudzając tym we mnie jeszcze większą ciekawość. Budzę się przed samą śmiercią, jakbym wynurzył się w nocy z głębokiej wody czarnego jeziora. Koniec.

Spokojne zamykam zeszyt i odkładam go z powrotem. Zamknięcie szuflady jest jak zamknięcie potwora w swojej piwnicy. Prawie pozbywasz się problemu, prawie… Jednak daje to złudzenie bezpieczeństwa w swojej własnej głowie. Dlaczego zawsze zapominam sprawdzić we śnie czy mam swój tatuaż na lewej dłoni? Przecież kilka razy udało mi się przez to kontrolować sen. Ten talizman realnego świata daje pewnego rodzaju świadomość snu, jakbym reżyserował wszystko, a wtedy nic złego się nie dzieje! Jak o tym pamiętać po tamtej stronie? Eh… Muszę to jakoś opanować. Nie wiem jak ale muszę!

Godzina 03:06, więc zostało mi jakieś 4h snu. Teraz jeszcze trzeba zająć czymś łeb na chwilę przed wtopieniem ryja w poduszkę. Dźwięk odblokowywanego tabletu zalewa głowę falą zadań, które wypierają całkowicie wyobrażenia zwłok dziecka. Instagram. Przesuwam palcem parę razy mijając kilka zdjęć. Parę uśmiechów i znajomych twarzy. Gaszę światło w sypialni, zatrzymując się na wprawnym ujęciu biegnącego niedźwiedzia przez górską rzekę. Chłodny klimat zdjęcia cudownie kontrastuje z duchotą w pokoju. Kładę się na rozkopanym łóżku, gapiąc się z zazdrością na mokrego miśka okrytego górską mgłą. Odkładam tablet i przekręcam się na bok. Wyświetlacz gaśnie, po czym otula mnie bezpieczna ciemność i spokój.

"You can see me comin' from a mile off! Once again ignite the skyline" Dopiero po jakichś 45 sekundach docierają do mnie pierwsze dźwięki budzika. Te słowa Keitha Flinta już któryś raz ratują mój plan dnia przed klęską! Te cztery prędkie godziny snu jakby wyparowały. Przecież ledwo co poczułem zimną poduszkę pod ryjem.

Kawa! Hasło to rzucone w pustą przestrzeń jeszcze nieprzytomnego umysłu uruchamia autopilota do kuchni. Drapię się mimowolnie po nieogarniętej brodzie, która ewidentnie dziś spała własnym snem. Staram się jakoś ją ugłaskać. Ziewnięcie nieco gimnastykuje mój tępy grymas twarzy, idealnie dopasowany do hipsterskiej fryzury i tuzina tatuaży. Jednak jak co rano, z precyzją taśmowej produkcji, wsypuję kawę do kubka. Na oko można powiedzieć, że będzie nieco mocniejsza niż zwykle, ale jakoś mi to dziś nie przeszkadza.

Ten kilkuminutowy stan braku jakiejkolwiek motywacji i totalnej tęsknoty za kołdrą przerywa dopiero gwizd wrzącej wody. Potem życie staje się łatwiejsze. Poranna toaleta, prysznic i śniadanie. Wypadałoby się jeszcze jakoś ubrać i spakować do roboty… Hmm… W 15 minut!? Lekko! Wolę przyspieszyć tempa, niż oddać choćby attosekundę snu! I przyrzekam sobie uroczyście, od jutra pakuję się wieczorem, na spokojnie!

Kawa kończona na chłodno po ciepłej kąpieli i banan na piątym biegu, ale czas operacyjny wskazuje 13 minut. Jeszcze tylko skarpetki i pełna gotowość. Przecież w pracy nie muszę mieć dokładnie tych samych skarpetek, mogą mieć inne wzorki i inny odcień – grunt, że dwie są czarne, więc aerodynamika działania zostanie bez zmian! Minuta do wyjścia. Porywam plecak, trzaskam drzwiami i jednocześnie przekręcam klucz w zamku wytrenowanym ruchem. Czas idealny!

Kilkaset metrów szybkiego marszu przełoży się perfekcyjnie na zwięzły telefon do mojej ukochanej.

– Halo? – odbiera tuż po pierwszym sygnale.

– No cześć kocie! Pędzisz do domciu czy jeszcze w pracy?

– Na szczęście koniec. Właśnie się przebieram, ale podjadę jeszcze

na jakieś prędkie zakupy i do spania – powiedziała zmęczonym głosem po nieprzespanej, pracowitej nocy.

– Kup mi banany, proszę. Właśnie zjadłem ostatniego.

– Ok, a mleko mamy czy wyżłopałeś?

– Wczoraj wieczorem wzięło i znikło normalnie. Ale kupiłem zgrzewkę… w promocji!

– O, suuuper! Ty mój rekinie biznesu. Wezmę jeszcze nasze lody, bo dziś znów żar piekielny ma się lać z nieba… Będziemy grubi, ale szczęśliwi. – dodaje po chwili.

– Hahaha, mi pasuje! Dobra piękna, kończę, bo za chwilę desant do autobusu. Śpij dobrze i widzimy się po południu!

– No pa kochanie, przyjadę po ciebie.

– Super, pa!

Jej zmęczony głos wzbudza we mnie poczucie opiekuńczości, potem łańcuchowo pojawia się poczucie winy jak przypominam sobie, że zostawiłem rozkopane łóżko i pootwierane szuflady ze skarpetkami. Nigdy nic nie powiedziała na ten temat, ale wiem, że do ogarniętego mieszkania ze śniadaniem na stole wracałoby się przyjemniej…

– Seeeba! Seba! – słyszę wyraźnie z drugiego końca pustego przystanku autobusowego. To Robert, z całą pewnością. Głos potulnego misia zamknięty w dwumetrowym niedźwiedziu. A z charakteru – po prostu dobry człowiek. Wydaje się być mimowolnie ślepy na mentalne trendy naszych czasów. Nie kalkuluje zachowań, jest sobą w najlepszej wersji, nawet o tym nie wiedząc.

– Siemanko! – mówi z uśmiechem, dochodząc do mnie zniecierpliwionym krokiem.

– No cześć mistrzu! – odpowiadam zarażając się jego radością.

– Jak zwykle na ostatnią chwilę, a jednak niespóźniony – powiedział z niedowierzaniem.

– Lata praktyki ganiania autobusów – cwaniacki ruch brwi dla potwierdzenia teorii sam wyskoczył mi na ryju.

– Ha ha, no niech będzie, ale powiedz, że widziałeś wczoooraj… Jedzie! – wyrwał, nie kończąc wątku.

Autobus linii 66 w kierunku Imielina otworzył drzwi tuż pod moim nosem. Jakbym noc spędził przed telewizorem z wróżbitą Brajanem nabywając jego moc przewidywania przyszłości.

– Widziałeś mecz wczoraj? – Robert wrócił do przerwanej rozmowy.

– Jaki mecz? – zapytałem z zaciekawieniem, przebierając w myślach kluby piłkarskie. I jedyne co przyszło mi do głowy, to Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej w Katarze, ale z tego co mi wiadomo mają zacząć się dopiero jakoś w listopadzie.

– Finały NBA synek! – powiedział to z taką oczywistością, że aż zrobiło mi się głupio!

– No tak! Koszykówka. – racja, rozgrywki NBA pasują do takiego gościa bardziej niż Mistrzostwa Świata Piłki Nożnej.

– Stary, mega dobry mecz. Gdybyś tylko widział…

– Czekaj, czekaj! – przerwałem mu emocjonalny start streszczenia. – Czyli chcesz mi powiedzieć, że wstajesz w środku nocy, oglądasz spoconych, wielkich facetów i idziesz spać dalej?

– Tak! Odkąd brat wziął mnie na mecz NBA do Paryża na Milwaukee Bucks kontra Charlotte Hornets, zakochałem się w tym po uszy! Janis Andetokunmbo to w ogóle mój idol!

– Oglądałeś wszystkie mecze tego sezonu, zarywając nocki?

– W całości tylko finały. Reszty tylko skróty. – mimo to, wywołał u mnie podziw. Mi wystarczyła kilkuminutowa przerwa na spisanie koszmaru i czuję się jakby Morfeusz mnie zgwałcił, a nie tylko poprzytulał…

– Termos kawy do roboty i pełna magia! – dodał.

– Mi dziś też się przyda…

– Ciężka noc?

– Tak, duchota nie daje spać… to oglądałem Kubę Wojewódzkiego 3 i 2 odcinki. – przecież nie musi wiedzieć, że kiedy on ogląda mecz, ja zrzucam dzieci

z dachu…

Rozmowa o wszystkim i o niczym trwa już dobrych kilkanaście minut. Mimo to, w mojej głowie pojawiają się archiwa chorych sennych obrazów, począwszy od dzisiejszych zwłok tego dziecka, po stęchłą piwnicę zgwałconych kobiet ze snu sprzed tygodnia. Masakra. Potrząsam głową, zamykając oczy – totalnie nie w takt rozmowy.

– Wysiadamy panie Sebastianie! – usłyszałem gdzieś na drugim planie myśli.

– Idę, idę, wielkoludzie.

Powłócząc nogami, staram się dogonić Roberta, który dość zgrabnie wcisnął się między schorowanego dziadka z plikiem lekarskich recept, a młodzieńca bliżej nieokreślonej płci. Oni chyba nie mają zamiaru wysiadać mimo końca trasy.

Autobus leniwie zatacza koło na ostatniej stacji „Imielin Sosnowa”. Stąd już całkiem niedaleko do naszego małego „Tartaczku”. Mały zakład, kilkoro ewidentnie niekorporacyjnych pracowników, wyrwanych ze szczurołapki poglądów całej ludzkości.

Budujemy tutaj drewniane domki, altany ogrodowe i wszystko, co można zrobić z drewna. A sama praca z trojgiem ludzi, którzy mają podobne poczucie humoru i podejście do pracy, to istna sielanka. Zwłaszcza, że szef dobrał naprawdę dobrą ekipę. Sam jest jej głową, prawą ręką i wątrobą, bo o dziwo to właśnie on najczęściej namawia wszystkich na przysłowiowe „piwko po pracy”. Już kilka takich wyjść zamieniło się w całonocnego grilla przy stadzie marynowanych kur i karczków oraz plantacji warzyw w postaci cebuli wypowiedzi i ziemniaków polskich 40%. Czyli przepis na sponiewieradło dnia następnego. Dlatego też propozycja „piwka” z jego strony często rozchodzi się bez echa.

Poza tym przyjacielskim klimatem między nami wszystkimi, to najzwyczajniej w świecie uwielbiam pracę w drewnie. Zapach świeżo ciętego drewna przypomina mi beztroskie wakacje w Beskidach. Może to dziwne, ale właśnie to wspomnienie spowodowało, że nie pracuję już przy montażu systemów wentylacyjnych, tylko tutaj. Mimo że zarabiam dużo mniej. A właśnie ten przepiękny zapach w czerwcowy upał jest nie do opisania. Zbieram i kolekcjonuję całe płuca aromatu żywicy. Raz za razem.

Praktycznie zapętlone te same piosenki w radiu nadają tempo pracy. Nawet czasami robimy zakłady, ile razy do końca dniówki poleci jakiś tam nowy hit. Przy czym ciągle powtarzane słowo „nowość” nabiera zabawnego echa, kiedy znasz już tekst piosenki na pamięć – niekoniecznie znając język, w jakim jest śpiewana. Większość ludzkości to irytuje, nam daje nieprzeorane pole do górnolotnych żartów i żarcików. Tak mija sielankowy dzień w drewnie, mimo ciężkiej pracy i gorąca. Gdzieś między odgłosami piły i najnowszego przeboju dociera do mnie ochrypnięty głos.

– 1250… – ileś… niedosłyszałem.

– Ile? – zapytałem.

– 1254!! – krzyczy głośniej pan Stanisław. Jeden z członków naszej ekipy. Przez tego gościa musiałem przewartościować swój własny system miar, ponieważ Stasiu podaje wymiary w milimetrach, pracując w drewnie. Były spawacz z łbem wybitnego inżyniera zmienił nam harówkę w dziecinne puzzle. Początkowo jego dokładność działała mi strasznie na nerwy. Ileż można mierzyć i sprawdzać…? Jednak po kilku dniach pracy z tym człowiekiem okazało się, że nie mamy żadnych poprawek! Wszystko składa się jak klocki prosto z pudełka.

A wiadomo… poprawki rzeczą kurwogenną – nazywając rzeczy po imieniu. Więc teraz tak mijają dni w naszym „Tartaczku” – bez poprawek, bez ciśnienia, w doborowym towarzystwie i z masą śmiechu.

Wybija ostatnia godzina pracy. Koniec na dziś. Koślawo biegnę pod prysznic na tyłach składowiska drewna w za dużych, gumowych klapkach, owinięty ręcznikiem o kolorze mocno roboczym, wzbudzając tym śmiech wszystkich, a zwłaszcza szefa.

– Młody! Wodę Ci odcięli w domu? Ha, ha! – wykrzyknął szef wyciągając baterie z wkrętarki.

– Przecież nie będę wracał do domu lepki jak poduszka Roberta po wspólnej nocy z tatą! – znikając za rogiem, słyszę tylko gromki śmiech wszystkich oraz soczystą wiązankę przekleństw Miśka, która nadaje puentę mojej jakże arystokratycznej kąśliwości.

Zimna woda z prowizorycznej instalacji prysznicowej naprawdę sprawia dużo przyjemności w taki upał. Zwłaszcza po dziesięciu godzinach pracy z lekko przypieczonymi plecami. Zakręcam wodę, dalej rozkoszując się orzeźwiającymi kroplami, które powoli płyną po twarzy. Do tego głęboki wdech chłodzony mgiełką z kąpieli. Ta wręcz romantyczna chwila nie mogła się skończyć lepiej, niż błyskotliwym prezentem od Roberta… 25 litrowe wiadro pełne trocin i pyłu drzewnego, który dosłownie oblepia mnie całego jak w sosnowo-świerkowej panierce. Ciche i soczyste wewnętrzne „kurwa…” rozbrzmiewa w głowie bezradnym tonem.

Śmiech niekwestionowanego zwycięstwa słychać jeszcze długo po tym, jak po omacku odnajduję kurek z wodą. Kilka gratisowych minut już niezbyt przyjemnego szorowania się – bezcenne! Ale moment, wykonanie i pomysłowość żartu oceniam na 12 w skali 0-10!

– Młody! Twoja piękna przyjechała! – wydziera się Stanisław.

– Idę, idę! Minuta! – pośpiesznie wymywam resztki panierki z włosów, gdyż moja ukochana chyba nie będzie zadowolona widokiem takiego włochatego de Volaille'a.

W szatni mijam się z Robertem wymieniając się wzajemnym uśmiechem.

– Zemsta będzie słodka – wyrywa mi się zaczepnie, rozśmieszając tym rywala.

– Dobra, dobra! Pędź, bo Julka siedzi w aucie, a z tego co pamiętam nie macie klimy. Widzimy się rano na przystanku! – mówi, wyciągając rękę na pożegnanie.

– Jak zwykle chłopie! – uścisnąłem mu dłoń przyjacielsko.

– Aaa i… wyszło Ci, no… doceniam. Ha ha! – napomknąłem przy wyjściu.

 

Julka uśmiechnięta siedzi w aucie, machając mi przez otwarte okno lodowatą coca-colą. Jednak nie na colę mam ochotę. Już widzę, że ma na sobie jedną z moich ulubionych bluzek na ramiączkach. A jej śliczne ciemnobrązowe włosy i słodki uśmiech wzbudzają gwałtowną burzę neuronów. Podchodzę do otwartego okna i całuję ją czule na powitanie. Delikatny zapach Good Girl od Carolina Herrera pobudza moje zmysły jeszcze bardziej. Przez chwilę patrzę jej głęboko w oczy i całuję raz jeszcze, zanurzając się w smaku jej ust.

– Wsiadaj! – mówi zadziornie.

– Wskakuję jak dziki, kochanie!

Wchodzę do auta i rzucam plecak na tylne siedzenie. Julia nie patrzy na mnie. Jest zajęta zapinaniem pasów i odpalaniem silnika. Za to ja obserwuję jej ruchy. Widzę jak subtelnie poprawia włosy, po czym pewnie łapie kierownicę. Jej naturalne zachowanie ukazuje jej charakter. Delikatna i piękna z urody, jednak niezwykle silna i stanowcza kobieta. Taki kontrast jest mocno pociągający! Co dziwne, dogadujemy się niezwykle łatwo i naturalnie, mimo identycznie ciężkich i upartych charakterów. Może dlatego, że każde z nas szuka swojego szczęścia, realizując siebie, a nie obarczamy się tym wzajemnie. Popatrzyła na mnie, przyłapując mnie na obserwacji i zapytała cichutko:

– Co?

– Mam straszną ochotę na Ciebie!

– Co powiesz na wspólny prysznic? – odpowiedziała szybko, jakby planowała to od samego wyjścia z domu.

– Ha, piękna, czytasz mi w myślach! – powiedziałem zaskoczony, bo to ja chciałem ją zbić z tropu. Nie komentuje tego, tylko patrząc na drogę, przygryza lekko wargę. Wymownie!

Podgłaśniam muzykę, bo właśnie zaczął się kawałek The Melody z płyty Gas Mask od The Left. Takie tempo beatu pasuje do pogody, otwartych okien auta i moich niegrzecznych myśli! Nie potrafię nie fantazjować o sposobach rozbierania Julki.

– Jaką masz na sobie bieliznę? – ciekawy, zadałem pytanie.

– Zobaczysz! – odpowiedziała szybko, po czym podgłosiła muzykę, zostawiając moją wyobraźnię samej sobie.

Te jeszcze jakieś 4 i 8 km drogi w kierunku Mysłowic, to akurat tyle, żeby opracować niecny plan wspólnej kąpieli. Wsłuchani w muzykę, wymieniając tylko kilka wymownych spojrzeń, podjeżdżamy pod dom. Jak nigdy mamy wolne miejsce parkingowe tuż pod wejściem. Julka wysiada pospiesznie i biegnie w kierunku drzwi klatki schodowej. Ja nieco zdezorientowany wybiegam za nią, próbując dopasować mój, już totalnie bezużyteczny plan do nieprzewidzianych warunków. Wzbudza to jeszcze bardziej mój erotyczny apetyt. Dopadam ją dopiero w chwili, gdy naciska za klamkę naszego mieszkania. Wpadamy razem do środka, trza– skając za sobą drzwiami. Przypieram ją do ściany, całuję jej delikatną skórę, wtapiając się w zapach perfum na szyi. Słyszę jej głęboki wdech, słyszę jak nasze ciała zalewa fala wzajemnego pragnienia! Pierwszy pocałunek wlewa rozkosz do ognia, podniecając go jeszcze mocniej! Trzymam jej twarz blisko, na odległość pocałunku. Patrzymy głęboko w siebie… Kolejny pocałunek nie mógł czekać nawet jednego oddechu dłużej! Jej dłonie łapią moją koszulkę, ściągając ją gładko. Rzuca mi ją w twarz i ucieka do łazienki!

– Reszta pod prysznicem kocie!

Prędko włączam muzykę, by nadać tempo podniecenia! Płyta, której ostatnio słuchałem nadaje się idealnie – The Pale Emperor Marilyna Mansona! Zwierzęcym głodem wchodzę do łazienki, słysząc chłód wody pod prysznicem. Julka patrzy na mnie i ściągając powoli spodenki, lekko kołysze biodrami! Już planowo rozbieram resztę swoich zahamowań. Klękam przed nią, całując jej uda! Już wiem jaką ma bieliznę – białe figi z seksownie wyciętą linią i falbanką na dole… Kusząco podkreślają jej idealną figurę! W koszulce i majtkach wchodzi pod zimny strumień wody. Jej jędrne piersi prześwitują przez mokrą koszulkę, stanik musiał się rozpiąć podczas mojej chwilowej muzycznej nieobecności. Gęsia skórka przechodzi jej ciało, wabiąc mnie potężnym podnieceniem. Wchodzę pod prysznic, łapiąc ją mocno, niemal wtulając ją w moje ciało! Gładzę jej mokre włosy i owijam je sobie wokół dłoni, odchylając jej głowę do tyłu. Wspólne, pełne zaufanie, miłość i zgłębiona wiedza naszych ciał piszą kolejny rozdział w sekretnej księdze naszych rozkoszy! Słyszę jej wydech przez zaciśnięte zęby! Widzę jak próbuje zacisnąć palce na szybie. Wśród dźwięków namiętnego seksu słychać z pokoju emocjonalnie wykrzykiwane „Love!" powtarzane kilkukrotnie przez Mansona! Co jeszcze bardziej potęguje moje podniecenie! Kochamy się mocno w każdym znaczeniu tego słowa. Hałas wody i muzyka zagłuszają jej jęki, mimo to zatykam na chwilę jej usta dłonią. Wyczuwam jej tempo, siłę, oddech! Moje silne dłonie łapią ją za kark! Pełne zrozumienie pożądania! Cichutko jęczy z przyjemności, a ja uwielbiam, kiedy jest jej dobrze! Jej praktycznie sparaliżowane już ciało przechodzi dreszcz! Widzę, że poddaje się uniesieniu! Jest bezbronna w orgazmie, gdy głuchy krzyk staje jej w gardle. Sięga rękoma do tyłu dociskając mnie do siebie. Przyspieszam tempa jak słyszany refren „Six deep". Ciało Julki krzyczy z rozkoszy i całe drży, jednak nie roni nawet dźwięku. Gwałtownie siada pod ścianą, impulsywnie przebierając nogami. Lekko zaskoczony, zakręcam wodę, która leciała jej prosto na twarz. Ale podczas tej chwili zdało się jej to nie przeszkadzać.

– To był najmocniejszy orgazm jaki miałam w życiu… – ledwo wydusiła to krótkie zdanie.

Uśmiech jak pędzlem rozlał mi się dumą na twarzy.

– Daj mi chwilę – dodała.

Między dźwiękami muzyki, a melodią zadowolenia mojego ego dobiegają mnie jakby wibracje i głuchy dzwonek telefonu mojej przyszłej żony.

– To Twój? – zapytałem retorycznie.

– Chyba tak… Ale zostaw, teraz pora na rewanż, a ten ktoś nich się odwali.

Telefon zamilkł wraz z końcem piosenki gdzieś w połowie płyty. Kolejny utwór najzwyczajniej się nie włączył. Uparty smartphone jednak kolejny raz zaczął swoją ponaglającą arię. Tym razem bardziej dosadnie, bo w totalnej ciszy.

– Ktoś się do ciebie ewidentnie dobija…

– A co, jeśli to jakiś kolejny nowy wielbiciel? Hm…? – popatrzyła prześmiewczo, zahaczając o niedawno poruszany temat mojej zazdrości.

– To ja odbiorę!

– Ha ha ha! Niech dzwoni. Kimkolwiek jest. Nikt nie jest ważniejszy od mojego faceta, zwłaszcza teraz.

Telefon urwał melodię… by na nowo zacząć dzwonić.

– Misiak, to chyba jednak coś ważnego.

– Dobra, sprawdzisz?

Wychodząc spod prysznica, przecieram się niedbale, żeby nie zachlapać połowy mieszkania. Telefon nie przestaje dzwonić.

Nie znoszę wsadzać dłoni w tę czeluść damskiej torebki. Ewidentnie wkraczasz w nieznane, jakimś mocno naciąganym prawem związkowym. No ale… Otwieram. Nie wyskoczył żaden suwenir na pomidorowe dni, a telefon magicznie oświetlił drogę ku sobie.

Dzwoni: "mama UK". W głowie od razu alarm. Żadna mama nie dzwoni bez przyczyny kilkukrotnie z rzędu. Donośnym głosem mówię:

– Twoja mama!

– To odbierz!

Po lekkim zawahaniu klikam zieloną słuchawkę.

– Halo? – mówię najbardziej męskim tonem jakim tylko mogę. 

– Cześć Sebastianie, dasz mi Julię do telefonu? – mocno poruszony, drżący głos wyczuwalny jest od pierwszych sylab tego krótkiego zdania.

– Jasne, akurat bierze prysznic.

Była jakaś próba przytaknięcia rozmówcy, jednak został tylko wymowny brak słów.

Uśmiechnięta Julka zabiera telefon, zakrywając słuchawkę.

– Nie zapomniałam o tobie tygrysie… za chwilę dokończymy!

Moje, jakieś dziwnie pewne przeczucie, nie zgodziło się jednak z ukochaną. Patrzę tylko na zmieniający się wyraz twarzy, mina jej rzednieje z sekundy na sekundę. Przytłumiony płacz z słuchawki rozchodzi się echem po łazience. Najpiękniejsze oczy świata patrzą teraz ślepo prosto w przerażenie. Jedyna taktowna myśl jaka pojawia się w mojej głowie to: "przynieś coś do picia".

Ciekawy tej rozmowy prędko nalałem zimnego soku. Julka siedzi zmarnowana na podłodze z telefonem w rękach.

– Mój mały kuzyn wyskoczył z okna – 10-cio latek popełnił samobójstwo… czujesz?

– O masakra…

– Dawno go nie widziałam, bo nasze mamy się pokłóciły jak tylko moi rodzice wyjechali do Anglii. Ale mamuśka prosiła żebyśmy do nich pojechali. Podobno ciocia jest w totalnej rozsypce.

– Jasne – odparłem bez zawahania siadając przy Julii.

– Skąd taki pomysł u dziecka, co?

– Może stało się coś złego? Nie wiem.

– Co mogło się stać dzieciakowi z normalnej rodziny? Ciocia nie spuszczała go z oka!

– Nie mam pojęcia.

Przytulam ją do siebie i chyba dopiero teraz emocje biorą górę. Rozpłakała się na całego, wtulając w moje ramię, jak w najbezpieczniejsze miejsce na ziemi.

– Pojedziemy do nich za chwilę? To niedaleko, w Katowicach. – mówi, przecierając oczy.

– Nawet jakby to było na końcu świata, to zbieram dupę i jedziemy.

– Daj mi chwilę się ogarnąć. Jakoś doprowadzić do ładu.

Jak w jednej chwili nastrój… humor… i całe życie tak może się zmienić?

 

Ubieram się w ciszy, zerkając od czasu do czasu na Julkę, widząc jej tragiczne przejęcie. We wszystkich jej gestach żal wypisuje się niemal literacko. Z całą pewnością żałuje teraz, że od czasów kłótni nie widywała się częściej z nimi. Pewnie dotarło do niej, że straciła coś, czego już nie da się zmienić. Kruchość życia umyka chyba wszystkim w pędzie codzienności. Taki banał, a zaskakuje niemal wszystkich, niemal zawsze!

Idealnie białe chmury, śnieżne wyglądem, złudnie chłodzą żar bezlitosnego słońca. Fala upałów trwa już dobrych kilku długich dni. Nasza bryczka zwana "Suzi" zdążyła w te parę minut przyjąć kosmiczną dawkę promieniowania, zamieniając się w piekarnik na kółkach. Siedząc we dwoje w tym aucie, mam wrażenie, że historia Jasia i Małgosi skończyła się na tych siedzeniach, i to niekoniecznie z happy endem… Boże, Julka jest w żałobnym nastroju, a ja myślę o chmurach i nagrzanym aucie. Czasami wstydzę się swoich myśli, zwłaszcza kiedy są aż tak nie na miejscu.

Tym razem ja jestem naszym szoferem, a moja ukochana swoim własnym przewodnikiem po ciemnych krainach poczucia winy. Zagłębiona w myślach o zamarłej i zimnej twarzy. Piękna nawet w smutku. Po kilku kilometrowej chwili milczenia Julka rzuca gniewnie:

– Jeszcze jakiś bezduszny skurwysyn najprawdopodobniej ściągnął buty Adasiowi! Ktoś kurwa ukradł mu buty… jak on tam leżał martwy… Podobno wszyscy szukali jego szarych trampek w domu i na dworze, bo cioci coś odwaliło na ich punkcie. I nigdzie ich nie ma..! Czaisz?

W tym momencie syberyjski dreszcz przeszedł mnie po kręgosłupie jak prąd przez skazańca. Dopiero na hasło "szare trampki" połączyłem te dwa światy, zawsze tak odległe od siebie.

– Są na dachu… – mówię bez krzty wątpliwości, a tym bardziej bez krzty myślenia…

– Co?

Już na to jednosylabowe pytanie nie mam odpowiedzi. Musiałaby być równie bezmyślna jak to, co właśnie powiedziałem. Bo jak wytłumaczyć logicznie moje przeczucie i obrazy, które teraz żywo migoczą mi przed oczami, stając się logiczną, spójną historią. Jak to możliwe, że w noc samobójstwa Adasia

ja widziałem tyle fabularnie zbieżnych obrazów w mojej głowie..?

– Może zostawił je na dachu..?

– Co? – powtórzyła zdziwiona i zdenerwowana moją odpowiedzią.

– Skoczył z okna swojego pokoju, nie z dachu! Rozumiesz!? A jakiś skurwiel ukradł mu buty!

– Ok, przepraszam! Po prostu chcę jakoś pomóc…

To jedyne co mogło wypaść mi z ust, maskując słowami obraz zakrwawionych zwłok Adasia, które właśnie widzę oczyma wyobraźni… pamięci… nie wiem.

– Nie pomagasz! – urwała temat.

Moje usta milczą już jakiś czas, ale umysł pęka od pytań, wahań, obaw i strachu. Czuję jak krew odpływa mi z twarzy, a dreszcze przechodzą między wdechami. Jestem totalnie przerażony tym co się dzieje! Czuję jakby mijała wieczność… Ta niepewność wydłuża każdą sekundę o co najmniej jedno okrążenie myśli wokół umysłu. Jedna chwila to cały rok mózgowy. Bezduszny GPS dorzuca do kotła całej tej historii bezlitosne 4 i 2 grosze… ,,za 300 metrów cel będzie widoczny po lewej stronie” oznajmił nieludzko zwyczajnie. Po czym całe auto wpada w wibracje. Kostka brukowa… Kurwa! Nie mogło być inaczej! Kolejne elementy wydzieranki moich snów składają się w całość. 300m próby jakiegokolwiek skupienia prowadząc auto na nierównej drodze Nikiszowca. Istna batalia!

– Tu zaparkuj. Masz miejsce za białym Renault – pokazała dłonią kierunek, jakby wiedziała, że nie jestem w stanie trzeźwo myśleć… w ogóle myśleć.

– I przepraszam. wiem, że chcesz dobrze, że chcesz mnie wspierać jak zawsze. Muszę to jakoś przetrwać nie wyżywając się na tobie.

– Nic nie szkodzi. Rozumiem. – odpowiedziałem wręcz żołniersko.

Otoczony starymi kamienicami i kostką brukową czuję się jak w pułapce jakichś wymazanych wspomnień. Nigdy mnie tu nie było… Tak realnie.

Wychodzimy zza rogu w ulicę prostopadłą do miejsca parkingowego. Latarnie również jak z mojego snu, także zdają się wiedzieć. One znają całą prawdę! Tylko tym razem patrzą z góry. Jak sędzia i cala ława przysięgłych, która najwyraźniej zapomniała o prawie domniemania niewinności. Uliczny sąd w dosłownym tego słowa znaczeniu. Po lewej kamienica – wręcz bliźniaczo podobna do tej ze snu. Nie, jednak nie jest podobna… to dokładnie ta kamienica! Bez wątpienia. Oczy z niedowierzania chcą wyskoczyć w popłochu. U podnóża ceglanej budowli widać ślady tego samobójstwa. Klimat śmierci dziecka wsiąka w mury historii, odciskając swoje wieczne piętno na tym miejscu. Może z jakieś 2 i 7 metrów od wejścia do kamienicy widać jeszcze ślady krwi. Kuuurwa wszystko jest tak samo!

Czas zwolnił dla mnie, bym widział dokładnie każdy detal, który jest jak w moim śnie. Teraz mam tę przerażającą pewność, że koszmar nie tylko był realny, ale że ja byłem w jego głowie prawdziwie. jak to możliwe!? Ja? Znaczy… przecież to nie byłem ja. Tamten gość był nieludzko podniecony tym, co się stanie. A mnie śmierć tego dziecka moralnie wykańcza.

Klatka schodowa o wymarłej chęci do życia. Szara, pogodzona z losem. Umiera z każdym jękiem starych, drewnianych schodów. Pierwsze dwa piętra mijają w takcie mozolnego marszu w ciszy. Schód za schodem w awanturniczym piekle myśli. Milczące drzwi zamkniętych mieszkań obojętnie migają mi w oczach. Ostatnie schody przed nami zafałszowały głośno w rytm nie naszych kroków. Kilka skrzypnięć, jakby ktoś zaczął schodzić od połowy ostatniego piętra, albo to ja jestem już tak odcięty, że dopiero po czasie usłyszałem czyjąś obecność. Zerkam odruchowo na postać. Do pieca płonących myśli dolewam jeszcze rysy twarzy nieznajomego, które piekielnie mi kogoś przypominają. Znajomy sprzed lat? Nieznajomy z mojej dzielnicy, widywany często na mojej drodze? Julia przystanęła przed wejściem na schody, przepuszczając faceta, który wesoło kroczy w dół. Złapał mnie wzrokiem i uśmiechnął się szeroko – jakby widział, że próbuję go rozpoznać. Zaśmiał się szyderczo.

– Gorąco jak diabli prawda? – dorzucił uśmiechniętym tonem.

– Piekielnie gorąco – odpowiedziałem ochoczo, odurzony zagadką jego twarzy.

– Aż by się chciało, by coś spadło z nieba. Ha ha! – powiedziane perfidnie czarnym humorem.

Skojarzeniowo zobaczyłem obraz martwego chłopca rozbitego po upadku.

– Ty bezduszny kutasie! – Julia powiedziała z niedowierzaniem niemal na końcu wydechu.

– Nie mówię o chłopcu, droga pani. – odpowiada spokojnie, gapiąc się na mnie zbyt porozumiewawczo. Moja paranoja sięgnęła zenitu i wspięła się po nim, wychodząc w nieznane.

– Chodź Julka! – bezradnie zaproponowałem. Bez słowa mija go, niemal wbiegając po schodach. Ja trzymam go wzrokiem zlęknionym ponad miarę. On, taki uśmiechnięty, rozbawiony nie może mnie tak puścić bez słowa… wiem to.

– Nie znamy się. Jeszcze. – dodał, mijając mnie blisko. Po czym przystanął metr dalej.

– Jestem Mieszko, a ty? Hm… Nieważne, sam wybiorę ci imię. – przedstawił się krótko, otulając mnie paraliżującą konsternacją i ruszył schodami, nie czekając na odpowiedź.

– Śpij dobrze Sebastianie! – dorzucił na odchodne.

Patrzę za nim, jednak jego pewność siebie nie pozwala mu się obrócić. I całe szczęście. Uff… psychol jebany!

Julka czeka na mnie na końcu schodów.

– Mówił coś jeszcze?

– Nie – skłamałem lakonicznie w trakcie mozolnego kroku skazańca. W sumie nawet nie wiem, dlaczego skłamałem.

Trzecie, ostatnie piętro, ostatnie drzwi w małym korytarzyku. Julka puka dyskretnie. Ale nic… Ponawia próbę, tym razem nieco mocniej. Zamek charakterystycznie łomocze dwukrotnie, drzwi otwiera Pani Agnieszka, mama chłopca jak mniemam. Na jej widok spuściłem wzrok.

Nie mogę spojrzeć prawdzie w oczy. To wszystko jest tak nieracjonalne…

– Cześć Julka – pani Agnieszka wykrzesa resztki uśmiechu na powitanie.

– Cześć ciociu. To jest Sebastian, mój narzeczony. – dodała pośpiesznie.

– Witam! – wtrąciłem, ściskając zimną dłoń kobiety w zamian za ciepłe spojrzenie mimo sytuacji. Kobieta na wózku inwalidzkim zawraca ciasno w przedpokoju, zgrabnym i wytrenowanym manewrem. Julia chyba chciała coś powiedzieć, jednak ciężko dobrać jakiekolwiek słowa, choćby takie bez znaczenia.

To, co się dzieje teraz w mojej głowie jest nie do opisania. Ja, sam na sam ze swoim snem, poczuciem winy i niewinnością w jednym. Chciałbym na głos powiedzieć, że nie mam z tym nic wspólnego, a układam plan jak nie mówić nic nawet Julce. Kontrasty i sprzeczności. Myśli i emocje. A do tego oskarowa rola w niełatwej chwili. Właśnie poznałem matkę chrzestną mojej narzeczonej w największej żałobie po swoim synu, którego śmierć oglądałem z bliska, ekscytując się każdym detalem jego planowanego samobójstwa. Sytuacja tak ekstremalnie nieracjonalna, że chyba do końca do mnie to nie dociera!

– Siadajcie gdziekolwiek. – usłyszałem bez skupienia.

Julia gwałtownie wybucha płaczem, rzucając się na kolana wtapiając się w ciocię, puszcza wodzę nagromadzonych uczuć. Siadam spokojnie, jakby mnie tu nie było, starając się nie przyglądać chamsko. Po czym obie dają ujść swoim emocjom, łzami wylewając wszystko czego nie da się ubrać w słowa. To chyba lepsze niż jakakolwiek rozmowa.

Mąż pani Agnieszki wyłania się z kuchni z kawą w ręku. Kubek ewidentnie przelanej, czarnej fusiatki wygląda lepiej niż wrak tego człowieka. Kroczące truchło z utracona duszą. Wstaję prędko, wyciągając dłoń.

– Najszczersze kondolencje! – mówię. Jednak z moim poczuciem winy zabrzmiało to nad wyraz prawdziwie.

– Dziękuję! – odparł człowiek, dla którego własne imię przestało mieć jakiekolwiek znaczenie. Siada obok, praktycznie nie zwracając uwagi na zapłakaną rodzinę. Kawa zawisa na wpół za stołem, co również uchodzi uwadze panu Adamowi. Bo z tego co pamiętam, tak ma na imię. Nikt nie zwraca na mnie uwagi, jednak niezręczność sytuacji, moje milczenie i burza w mózgu błagają o jakąś rozmowę dla odwrócenia uwagi moich własnych myśli. Julka całuje ciocię w głowę, łapiąc czule za policzki. Przeciera swoją twarz siadając obok mnie. Jej dłoń zaciska się na mojej szorstkiej ręce.

– Nie wiem, czy słyszałaś o butach? – wybełkotała przez czarną melancholię mama Adasia. Słysząc to anemicznie i wymownie zamknąłem oczy, spoglądając w głąb siebie na wlewającą się oliwę do ognia moich myśli…

– Tak, tak. Ludzie to świnie! – odpowiedziała Julka.

– Nie… – kolejny przypływ płaczu pani Agnieszki – policja znalazła jego buty na dachu. Nie skoczył z okna tylko z dachu. Musiał przejść w nocy obok naszej sypialni – urwała, pociągając nosem – obok nas, otworzyć zamek w drzwiach i wyjść z domu. Jak mogłam się nie obudzić!? – Julia zerka na mnie podejrzliwym wzrokiem niedowiarka – jak mogłam nie słyszeć!? Nie raz budziły mnie jakieś hałasy na placu, a teraz… nic…!

Kobieta mówi w bezradnym tonie, przyspieszając wypowiedź przed płaczem.

– Wiem, że to niełatwe pytanie, ale co się stało, że Adaś… wyskoczył?

– Nie wiem… Nic się nie stało… naprawdę! Wrócił z zawodów pływackich taki trochę smutny… był czwarty, a tylko trzech dostawało się dalej na mistrzostwa Polski. Poślizgnął się na mokrym słupku przy samym starcie.

– od razu przypominam sobie jak w moim śnie Adaś zwrócił uwagę na suche cegły pod stopami przed skokiem z dachu. Zaczynam bać się sam siebie! – a potem już nie dogonił tych trzech wyrostków. Ale… mógł być najlepszy! – powiedziała głosem echa pustego rozczarowania. Zdało się wyczuć gasnącą nadzieję w docierającej doń świadomości utraty całego ułożonego życia. Każda wizja przyszłości, choćby błahej czynności, rozbija się o "jego już nie ma". Moje rozmyślania zrywa ojciec, stanowczym głosem rozpaczy:

– Nawet po śmierci mu nie odpuścisz? – przełyka ślinę, słoną od łez, niechlujnie łapiąc oddech. Nie czekając na odpowiedź, wyszedł z pokoju bogaty tylko w pustkę i natłok smutku. Bez celu tracąc się w cieniu mieszkania.

Nastała mocno niezręczna cisza. Matka chłopca zatrzymała wzrok na sękach drewnianej podłogi, tracąc kontakt z rzeczywistością. Poczucie winy wypala się cierpieniem na jej duszy na naszych oczach.

– Może za bardzo chciałam, żeby wygrywał. Ale to wszystko było tylko dla jego dobra. Chciałam, żeby miał łatwiejsze życie niż to, w którym ja dorastałam.

A ma talent! Miał… może… – znów urywa, płacząc.

– Julka, ja ci odpowiem co się stało! Ona się stała. Ona jest przyczyną, dlaczego mój Adaś nie żyje! Wolał się zabić niż znów słuchać twoich kazań! – pan Adam krzyczy, pojawiając się nagle w przejściu z kuchni. Nabrał powietrza, zaciskając zęby! Jego dłoń wskazuje winowajcę – ty go zabiłaś! Twoje chore ambicje. Nie mógł tego znieść! Mówiłem ci nie raz żebyś odpuściła! – wszystko to płynie agresją w kierunku pani Agnieszki – treningi od rana do nocy, dieta… nauka! Przez ciebie nie miał życia jeszcze przed skokiem! Ile razy powiedziałaś, że cię zawiódł!? No ile!? Odpowiedź mi! – krzyczy przeraźliwie. Po czym zsunął się po bladej ścianie, zalewając się łzami – nie ma go, rozumiesz? – dodał zbyt spokojnie i wolno. Gorzki trunek z ciszy i wylanego żalu nigdy nie jest łatwy do przełknięcia. Matka chłopca zamiera bez ruchu i bez odpowiedzi. Jej oddech również jakby ucicha, w przeciwieństwie do zakażonego winą sumienia.

– Czy… czy możemy wam w czymś jakoś pomóc? – nieśmiało pyta Julka.

– Nie, wszystko jakoś ogarniemy. To ostatnie, co możemy dla niego zrobić – odpowiada ojciec stanowczo, lecz bez wyrzutu. Między wierszami pozostawił wyraźnie "to nie Twoja wina dziecko".

– Ale jeżeli jednak będziecie potrzebować jakiejkolwiek pomocy, to dajcie znać. Z Mysłowic będziemy tu w kilka minut.

– Wiem, na ciebie zawsze można liczyć kochanie – odpowiada prędko – może chociaż wam kawę zrobię…

– Nie, wujku. Dziękujemy. Zostawimy was teraz w spokoju. Potrzebujecie tej chwili dla siebie.

Osobiście sądzę, że to nie jest dobry pomysł, ale sam chcę stąd wyjść jak najszybciej.

– Ale jak mówiłam, jesteśmy obok. Pomożemy jak tylko damy radę! Z załatwianiem… z wszystkim co tylko trzeba – dodała szybko.

 

Schodzimy po schodach w milczeniu tak zrozumiałym, że nawet dźwięki świata zewnętrznego wydają się być za cmentarną mgłą. Julia łapie mnie za rękę mimowolnie, lecz z pełną czułością. Widzę jak błądzi oczyma, które nie patrzą.

Ciężkie, skrzypiące, rzeźbione drzwi kamienicy niemal same otwierają się posłusznie przed nami. Czuję się jak skazaniec, który wychodzi z więzienia, żałując wszystkiego. Liczy na łagodny promień słońca, który choć trochę ogrzeje przytłaczające, lodowate poczucie winy. Ciągle w milczeniu, chłoszcząc się myślami, podążam półtorej kroku za ukochaną. Chcę jeszcze raz zobaczyć tę kamienicę, to okno. Może jednak to nie to mi się śniło… Więc spoglądam pod światło do góry, szykując wzrok. Trzask! Mrok! Ohydna cisza…

 

…c.d.n.

 

Koniec

Komentarze

Zdecydowanie przesadzasz z ilością wielokropków w tekście. Nie buduje to napięcia a z czasem po prostu irytuje. Po drugie, powyższy tekst jest niesformatowany a jedno zdanie potrafi być w dwóch akapitach. Dialogi są dość płytkie.

Coś co jednak spowodowało największy zgrzyt to opis dziesięciolatka przed i podczas próby samobójczej. Mam wrażenie, że piszesz na temat nie mając pojęcia. Wystarczyłoby przeczytać relacje tych, którzy przetrwali swoje próby samobójcze i zobaczyć co czuli i co myśleli w chwili pociągnięcia za spust/puszczenia barierki/połknięcia wszystkich leków. Na pewno nie spokój.

 

Per aspera ad astra

Dziękuję Sagitt za konstruktywną krytykę. Owszem sformatuję go dzisiaj ponieważ jest tylko przeklejony z PDFa. Z dialogami wiem, że mam problem lecz walczę z tym jak Włosi z wirusem. Wielokropki sobie przemyślę i chyba jest to trafna uwaga.

Jednak co do opisu samobójstwa – wielokrotnie przeżywałem to w snach co właśnie skłoniło mnie do napisania tej książki i nie zmienię swoich uczuć we śnie, czy mojej fikcji literackiej bo nie zgadza się to z racjonalnym życiem. Mój bohater czuł spokój związany z maksymalną frustracją w życiu i tak zostanie. Z resztą w dalszej części książki odmęty psychiki bohatera mają jeszcze mniej wspólnego z zachowawczym i racjonalnym postępowaniem. Więc nie czytaj całości bo będzie to marnowanie Twojego czasu.

Jeszcze raz dziękuję za uwagi.

Mieszko, z tego jak piszesz o sobie wynika, że jesteś mężczyzną, ale w profilu masz zaznaczone, że jesteś kobietą…

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Oooo Dziękuję, nie zauważyłem! Już poprawiam. 

Owszem sformatuję go dzisiaj ponieważ jest tylko przeklejony z PDFa.

Z szacunku dla potencjalnych czytelników osobiście zrobiłbym to przed publikacją.

Przytoczę Ci moją pewną rozmowę z prowadzącym po niezdanym egzaminie.

– Wie pan, to co pan pisze jest dobre, ale oddając mi taką pracę do sprawdzenia mówi mi pan: masz, żryj.

Tu nastąpiła chwila mojej konsternacji.

– To co pan mi oddaje niech wygląda tak, jakby kelner przyniósł mi wykwintne danie bym mógł się nim delektować i je smakować.

 

Twój potencjalny czytelnik jest tym prowadzącym, czy tego chcesz czy nie.

 

Per aspera ad astra

Czy Ty chcesz mi powiedzieć, że Tobie śnią się takie rzeczy na co dzień? 

Co do tekstu to zgodzę się z kolegą, że dialogi nie są Twoją mocną stroną. Ale mnie historia zaintrygowała. czekam na kolejny fragment.

Powodzenia. :)

Sagitt – Z tym muszę się zgodzić w 203%. Mądrego miałeś wykładowcę. Biorę na klatę nie szukając wymówek i siadam do poprawek. 

 

Fantasmagoria – Owszem, często patrzę czyimiś oczyma jak umiera czy ma umrzeć. Spadanie w dół nigdy mnie nie budziło. Demony – to jedynie nie daje mi spokoju.

I chcesz mi powiedzieć, Fantasmagorio, że zarejestrowałaś się "przypadkiem" na portalu dzień po autorze tego dzieła i "przypadkiem" właśnie je pierwsze skomentowałaś i dałaś mu z rozpędu ocenę "6"? I nie masz absolutnie nic wspólnego z Autorem owego dzieła? Nie jesteś nim samym w drugim wcieleniu portalowym, ani jego rodziną, ani np. dobrą znajomą?

 

Po przeczytaniu spalić monitor.

mr.maras – Nawet ja mogę odpowiedzieć na to pytanie, że dobra znajoma. Opowiedziałem, że mam wiele do poprawki z racji krytyki. I wysłałem linka do przeczytania tekstu. Ale takiej reakcji nie planowałem. Czuję się rozgrzeszony. :)

fantasmagoria – Prawda Madziu ?

Owszem sformatuję go dzisiaj ponieważ jest tylko przeklejony z PDFa.

Lepiej jest przeklejać z worda czy czego tam używasz do pisania, ale i wtedy sprawdzić, czy format jest ok.

http://altronapoleone.home.blog

Drakaina – Będę pamiętać na przyszłość. Dziękuję. Chyba wszystko poprawione.

Przedstawienie postaci i środowiska bohatera były według mnie ciekawe. Tempo akcji też w sam raz. Niektóre dialogi były może i czasami zbyt “pod publiczkę”.

Bezduszny GPS dorzuca do kotła całej tej historii bezlitosne 4 i 2 grosze…

Nie wiem czy to kwestia stylu lub moje niezrozumienie ale dlaczego te wartości liczbowe są w ten sposób (w sensie nie po kolei)? Wcześniej było podobne zdanie z Kubą Wojewódzkim. 

Odpowiadając jeszcze na pytanie w opisie – tak, jestem zaintrygowany :) 

Nowa Fantastyka