- Opowiadanie: fishandchips - Trawnik

Trawnik

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Trawnik

Lubiła ten moment, kiedy wyśrodkowuje już wytłuszczony napis koniec. Krótka chwila wolności, w której może powiedzieć sobie, że odwaliła kawał dobrej roboty. Ale czy faktycznie? Ten moment nie trwa nigdy długo, bo zaraz przychodzą wątpliwości – a może akcja podziała się za szybko albo wręcz przeciwnie, w punkcie kulminacyjnym skupia się na zbędnych szczegółach? Niemniej lubiła, kiedy przychodził czas rozstania z bohaterami, z którymi zżyła się na przestrzeni dwóch lat (tyle zwykle trwają prace nad każdą powieścią) i nie dawali jej zasnąć przez ostatnie dwa miesiące.

Zawsze przed oddaniem tekstu do druku zaszywa się w domku letniskowym w Wetlinie. Prawdę mówiąc, nie tylko wtedy, ale wtedy w szczególności. Zgiełk dużego miasta nie pozwala jej skupić się na pracy i zajrzeć w głąb duszy swoich bohaterów. Tu miała wszystko. Niewielką lodówkę, a w niej zapasy przywiezione z miasta, malutką kuchenkę i mikrofalę, w której podgrzewa gotowe posiłki.

Anita wyciągnęła papierosy. Rzuciła trzy lata temu, ale nie potrafi zerwać z nałogiem całkowicie, więc poszła z nim na kompromis. Po skończeniu każdej książki może zapalić. Nie jednego, ale całą paczkę. Należy się coś od życia, nawet przy astmie.

W połowie papierosa usłyszała pukanie do drzwi – to sąsiad, pan Janek, który donosi drewna do palenia w kominku. Była zdecydowanie zbyt wątłą kobietą, żeby samodzielne rąbać kłody. Zresztą zaszywała się tu w innym celu. Miała skończyć powieść. I zrobiła to szybciej niż zakładała, dlatego postanowiła zostać jeszcze kilka tygodni w górach i cieszyć się świeżym powietrzem. Nie miała w zanadrzu nowego tematu. Potrzebowała czasu dla siebie, aby wymyślić kolejne postaci i wciągające czytelnika wydarzenia.

Z dworu zawiało chłodem – Anita mocniej okryła się bluzą i czekała, aż pan Janek skończy wnosić drewno z taczki. Listopad w górach to szczególny moment. Mieszkańcy odpoczywają od turystów, którzy po kilku kieliszkach miejscowego bimbru zaraz chcieliby rzucić wszystko i zamieszkać w Bieszczadach.

– Nie przetrwaliby nawet jednej zimy – dopowiada pan Janek. To właśnie jego najbardziej denerwują ludzie, którzy, zachłyśnięci letnimi wakacjami, chcieliby tu osiąść na stałe. To miejsce jest tylko dla twardzieli albo prawdziwie obłąkanych. Jego zdaniem Anita nie należy ani do jednych, ani do drugich, ale nie wrzuca jej też do wora z turystami. W jakiś sposób polubił obecność pisarki w Wetlinie, szczególnie gdy ta czyta mu fragmenty swoich książek.

Pan Janek ledwo umie czytać. Jest za to idealnym słuchaczem. Nie zadaje zbędnych pytań, mówi bez grudek. Ma świetną intuicję, jeśli chodzi o przebieg akcji. Gdyby urodził się w innych czasach i w innym miejscu, spokojnie mógłby zostać redaktorem czy nawet właścicielem własnego wydawnictwa. Dlatego Anita z jego zdaniem liczyła się najbardziej.

– Panie Janku, skończyłam – powiedziała, gdy ten wniósł ostatnie porąbane belki do niewielkiego salonu.

– Świetnie. Tym razem zapraszam do siebie. Mam w planie zrobić dziczyznę, a po czytaniu wypijemy bimber. Mam w piwnicy taki na szczególną okazję. Przyszedł na niego czas.

– Wyśmienicie, będę o osiemnastej. Do zobaczenia, panie Janku.

Anita wróciła do swojego biurka. Papieros dogasł w popielniczce, a sterty porozrzucanych papierów przypomniały jej o tym, że czas zamknąć pewien rozdział. I w książce, i w życiu. Tyle umarłych to nie zwykły horror, jak poprzednie, ale coś więcej. Czuła, że w jakiś sposób przerobiła swoją traumę, o której zawsze milczała. Potrafiła o niej mówić tylko za pomocą fikcji – w razie niewygodnych pytań zasłoni się odrębnością autora od narratora czy bohaterów tekstu. To w literaturze kochała najbardziej. Mówić o sobie, nie mówiąc jednocześnie nic.

Ostatnie tygodnie były intensywne – dało się to zauważyć. Wszędzie kartki, karteczki, karteluszki, co kilka kroków leżał jakiś długopis, jeden wypisany, drugi jeszcze działający. Nie potrafiła zapanować nad chaosem, zwłaszcza w kuchni. Sterta brudnych naczyń piętrzyła się i niemal na każdym talerzu rozwijała się pleśń. Gdyby w taki dom wpuścić dzieci, szybko odebrałaby je opieka społeczna. Ale Anita żyła sama. Chyba żaden partner nie mógł wytrzymać z kimś, kto znika na wiele tygodni, bez dostępu do skype’a czy whatsappa.

Nie martwiła się tym jednak. Ani tym, że jest sama, ani tym, że pleśń przedzierała się spomiędzy sterty naczyń. Zaczęła robić porządki – wyrzucać śmieci, segregować swoje materiały – które do wyrzucenia, a które do segregatora zatytułowanego Tyle umarłych. Wbrew bałaganowi, jaki robiła wokół siebie podczas pisania, była bardzo uporządkowana względem notatek do swoich powieści. Następnie zmyła naczynia i podłogę, uwalniając ją od kleistości bliżej nieokreślonych substancji. Nim się spostrzegła, wybiła siedemnasta trzydzieści. Dom znowu błyszczał, jak wtedy, gdy po przyjeździe oczyściła go z zalegającego kurzu.

Włożyła trekkingi, narzuciła kurtkę i wyszła z domu na spacer – z teczką w ręce. Zaraz po przechadzce planowała zapukać do pana Janka. Minęła przystanek autobusowy, Siedlisko Moczarne, domki wypoczynkowe i zajazd. Wszystko stało odłogiem. Przeszywał ją dreszcz, gdy myślała o tym, że jeszcze trzy miesiące temu było tu pełno ludzi, z różnych stron, których łączyło jedno – miłość do gór. Tymczasem pokoje stały puste, a ich właściciele musieli znajdować inne źródła dochodu na ten trudny dla nich czas.

Anita doceniała ciszę, która pozwala jej tu tworzyć. Miejscowi też poznali się na niej. Nie traktowali jej jak intruza, kolejnej miastowej, która kupiła sobie domek, żeby móc przyjeżdżać latem i chwalić się innym, jakie to ma posiadłości w górach. Mimo że w większości byli to ludzie pracujący fizycznie, doceniali, że przyjeżdża w końcu ktoś, kto tworzy literaturę. Bieszczady przyciągają artystów, ale najczęściej są to jednak malarze i rzeźbiarze. Literaci zdarzają się rzadziej, a ci, którzy się już pojawiają, zbyt mocno się panoszą. Anita wiedziała o tym przede wszystkim od pana Janka, ale nie tylko. W Wetlinie wieści szybko się roznoszą i nieraz w sklepie zaczepiali ją z pytaniem, nad czym teraz pracuje. Pytaniem, które nie było z serii tych, jakie się zadaje, bo wypada. Żywo interesowali się tym, że to właśnie Bieszczady dają schronienie podczas powstawania ważnych dzieł. Ważnych ich zdaniem, bo bardziej cenili sobie horrory Anity niż przydługie dywagacje intelektualistów w stylu Jamesa Joyce’a.

Gdy tak stała na kładce nad Solinką, przeszył ją nieznajomy dreszcz. Nie wiedziała, czy cieszyć się z własnej samotności, czy powinna już zacząć myśleć o zakładaniu rodziny. Spojrzała na zegarek – za dziesięć szósta. Czas udać się w stronę domu pana Janka. Gdy tak szła pod wiatr, zapomniała o wszystkich troskach, trzymała tylko grubą teczkę, teczkę, którą chciała wręczyć panu Jankowi i to właśnie jemu zadedykować powieść.

Zapukała do drzwi. Słyszała znajome szczekanie, to suka Burka ujadała. Długo nikt nie otwierał, mimo że Anita nie przestawała pukać. W końcu podeszła do okna, tego od salonu, gdzie Pan Janek zwykle siedział popołudniami, odpoczywając po ciężkiej, fizycznej pracy w terenie. Nie zauważyła nic szczególnego. Pusty fotel, na nim koc, przygaszone światło, dopalający się ogień w kominku. Wiedziała, że pan Janek musi na nią czekać. Może jest w piwnicy i przelewa bimber do butelki. Weszła do środka. Burka przywitała ją i zaraz pobiegła na prawo do kuchni.

Pod podłogą usłyszała kroki. Tak jak myślała, pan Janek przechadza się po piwnicy. Weszła dalej, korytarzem prosto, ale zza progu do kuchni zauważyła wystające buty pana Janka – wielkie, brązowe trzewiki. Zrobiła krok do przodu i zobaczyła to. Ciało. Wykrzywione w walce. Na pierwszy rzut oka złamana ręka, być może także noga. Pan Janek leżał na podłodze, twarzą do ziemi, a spod niej wypływała krew. Zmiażdżona czaszka, ale nie mogła połączyć jej z żadnym ciężkim przedmiotem znajdującym się obok. Wokół był tylko zastawiony stół, na dwa talerze, a w piekarniku kawałek, zapewne dobrze doprawionego, dzika. Spanikowała. Ale wiedziała, że w tym momencie musi zadbać przede wszystkim o własne bezpieczeństwo. Napastnik wciąż mógł być w domu.

Anita wzięła z szuflady nóż, który wydawał jej się najostrzejszy i poszukała wejścia do piwnicy. Było otwarte. Niewielkie drzwi, które z łatwością można wyważyć. Zeszła po schodkach w dół. Nie wiedziała, gdzie zapalić światło. Było ciemno, ale wzrok szybko przyzwyczaił się do zmroku. Niestety nikogo nie zauważyła w piwnicy, wyłącznie otwarte drzwi, tym razem skierowane na podwórko. Przekroczyła próg, wciąż trzymając w ręce nóż i rozglądając się na boki. Nie wiadomo za kim, ani za czym. Wróciła do środka i zamknęła drzwi zasuwką.

Z powrotem pojawiła się w kuchni – sprawdziła puls. Niewyczuwalny, jak sądziła. Wczorajsze wichury spowodowały problem z zasięgiem. Nie miała do kogo zadzwonić. Z oczu spływały jej łzy. Takie widoki tworzyła jedynie w swoich książkach – zmasakrowane ciała, człowiek obdarty ze skóry, ale nigdy na własne oczy nie widziała zwłok zaraz po katastrofie. Zwłaszcza bliskiej osoby. Bo nie dało się ukryć, że pan Janek na przestrzeni kilku lat stał się jej prawdziwym przyjacielem i powiernikiem. Chciała przewrócić go na plecy i zasłonić oczy, ale wiedziała, że nie może niczego dotykać do przyjazdu policji.

Wyłączyła piekarnik i szybko pobiegła do swojego mieszkania. Nie mogła odnaleźć się w takim porządku. Wbrew pozorom w bałaganie łatwiej jest jej cokolwiek dostrzec. Ale po chwili chwyciła kluczyki od roweru, którym miała podjechać do najbliżej komendy. Znowu jednak coś usłyszała. Spod podłogi. Kroki i przyśpiewkę, której nie mogła dokładnie zrozumieć. Nawet nie wiedziała, czy to po polsku. Poza survivalowym nożem nie miała w domku nic ostrzejszego. Sięgnęła po niego, latarkę i zeszła do piwnicy.

Stał tam. Tuż obok kosiarki. W ciemności ujrzała tylko kilka zębów i czarne szpary między nimi. Taki uśmiech znała tylko z opisów, o dziwo, najbardziej z własnych. Zupełnie jakby sama go na siebie sprowadziła. Jego poszarpana koszula w kratę odkrywała kawałek mocno zarośniętego torsu, a zmoczone nogawki od połowy łydki sugerowały, że mógł przedzierać się przez rzekę. Tylko skąd? I po co? Tylko po to, żeby zabijać i czerpać z tego świetną zabawę?

Anita nie poznawała go. To nie był żaden sąsiad z Wetliny, z pobliskich wiosek też większość znała, więc i to nie składało się do kupy. Nic nie składało się do kupy. Ugrzęzła w piwnicy z człowiekiem, który zamordował jej przyjaciela, a teraz chce zamordować i ją. Wciąż trzymała nóż, czuła go bardzo dobrze, bo rękojeść niemal wbijała się w dłoń, ale mimo to nie czuła się bezpiecznie. Mężczyzna stojący przed nią był dwa razy większy. Nie dość, że wyższy to jeszcze szerszy i niezwykle postawny, nawet jak na faceta.

Nigdy nie widziała, jak drapieżnik atakuje zwierzynę. Ale jego uśmiech i spojrzenie miały coś ze zwierzęcości. Na pewno nie były ludzkie. Gdyby zauważyła w nich człowieka, próbowałaby przemówić. W końcu operowanie słowem i gra na emocjach to jej działka. Rozglądała się wokół, szykując na bieżąco ewentualny plan działania, kiedy mężczyzna włączył kosiarkę. Dorwał się do kontaktu, jasny szlag, pomyślała. Zmierzał w jej kierunku, podnosząc maszynę do góry, jakby chciał ją właśnie skosić, jak trawnik. Dla niego była trawnikiem, niczym więcej.

Gdy tak zbliżył się do niej, Anita schyliła się i przemknęła między rozstawionymi szeroko nogami. Zanim podniosła się z klęczek, mężczyzna znów stał nad nią. Dźwięk kosiarki. Kojarzący się z odprężającą pracą na ogródku nagle stał się tak przeraźliwy, dudniący. Kopnęła go z całej siły w kolanko. Mężczyzna cofnął się na schylonych nogach, ale wciąż trzymał kosiarkę. Anita chciała podbiec do kontaktu, żeby wyciągnąć wtyczkę, ale napastnik ruszył za nią i pociągnął ją za rozpuszczone, blond włosy. Chwyciła się za głowę, machała nogami i wtedy spostrzegła się, że w którymś momencie musiała upuścić nóż.

Stanęła do nierównej walki.

– Tego chcesz? – Anita pogłaskała się po piersiach. W odpowiedzi nie usłyszała nic. Zupełnie jakby miała do czynienia z niemową. Ale wiedziała, że mówienie opóźni jego działanie. Opóźni śmierć.

– Mogę ci coś pokazać, ale tylko tobie, to będzie nasza tajemnica – powiedziała. – Usiądź. Potem zrobisz, co do ciebie należy.

Mężczyzna usiadł. Wiedziała, że na pewno jest Polakiem. Rozglądała się dookoła w poszukiwaniu noża. Jest. Dostrzegła go z prawej strony od napastnika.

– Przejdę teraz za ciebie. Najpierw zrobię ci masaż. Na pewno musisz być spięty – powiedziała. Mężczyzna siedział, zaciekawiony, co stanie się dalej. Być może nigdy nie był z kobietą. Być może żadna nie zwróciła nigdy na niego uwagi, dlatego był zaciekawiony tym, co robi się z kobietami.

Anita nie przestawała mówić:

– Wiesz, nie jestem profesjonalistką, ale trochę się na tym znam. – W czasie mówienia sięgnęła po leżący z boku nóż. Chwyciła go za ramię, zaczęła masować lewą ręką, a prawą, z nożem survivalowym, zamachnęła się na jego ramię. Gdy oglądała horrory, zadawała sobie pytania, dlaczego nie wbiją ostrza od razu w szyję, żeby wykitował. Wtedy zrozumiała – jak żyć z piętnem mordercy, nawet we własnej obronie? Wyciągnęła nóż z rany i cofnęła się.

Mężczyzna stanął, odwrócił się do niej i chwycił za gardło. Przystawił do ściany. Nie mogła złapać oddechu, ale wciąż miała w ręce nóż. Wbiła go w brzuch. Skulił się, ale wciąż ją trzymał. Wbiła go drugi raz i trzeci. Napastnik upadł na ziemię. Chwilę zajęło, zanim Anita złapała oddech. A kiedy wreszcie doszła do siebie, wbiła ostrze raz, drugi, trzeci. Mężczyzna był powalony, wykrwawiał się, a ona wciąż uderzała i uderzała. Chciała mieć pewność, że nie żyje.

Zdechł, pomyślała. Dopiero wtedy rozpłakała się. Nad panem Jankiem, nad sobą, nad tym, że właśnie zabiła człowieka i żadne pobudki ją z tego nie usprawiedliwiają. Była katoliczką. Piąte przykazanie. Jak mogła żyć z takim piętnem?

Rozpłakała się, położyła obok zakrwawionych zwłok i jedyne, co słyszała to dźwięk uruchomionej kosiarki.

Koniec

Komentarze

Bardzo przyjemnie się to czyta!

Przyjemna i ciekawa lektura. Niestety za krótka, aby móc rozwinąć pewne wątki.

 

Przyczepiłbym się do dwóch rzeczy. Radzę popracować nad składnią i budową zdań. Czasem to kuleje. Druga rzecz – inteligencji bohaterów. Przestraszona kobieta widząc zwłoki w nie swoim domu i czując obecność napastnika w pobliżu raczej nie szukałaby go po piwnicach lecz uciekała jak najdalej. Po drugie, napastnik żądny mordu. W jednej chwili łaknący śmierci a w drugiej potulny przygłup który na widok cycków od razu robi się potulny. 

 

Nie mniej jednak, czekam na więcej opowiadań :)

Dziękuję za komentarze.

Texic, masz rację, popracuję nad tym.

Hej smiley Jeśli chodzi o moje zdanie to podzielam opinie Texic. Fajnie się czytało ale do momentu kiedy bohaterka poszła do piwnicy. Bo później nie mogłam się skoncentrować na czytaniu bo cały czas miałam w głowie “po co kobieto tam idziesz”, ”nie idź tam”. 

W tekście pojawia się “pan Janek” i “Pan Janek”. Zalecam poprawić na “pan”, bo z dużej litery nie jest przyjęte jako poprawne. 

Ten moment nie trwa nigdy długo, bo zaraz przychodzą wątpliwości – a może akcja podziała się za szybko

Za szybko akcja się zgubiła? Nieprawidłowe użycie słowa podziać się. 

a może akcja podziała się za szybko albo wręcz przeciwnie, w punkcie kulminacyjnym skupia się na zbędnych szczegółach?

Przed “albo” wstawiłabym przecinek, ponieważ jest wtrąceniem. 

Warto przeskanować tekst pod kątem interpunkcji.

Wbiła go drugi raz i trzeci. Napastnik upadł na ziemię. Chwilę zajęło, zanim Anita złapała oddech. A kiedy wreszcie doszła do siebie, wbiła ostrze raz, drugi, trzeci.

Powtórzenie, dość niezgrabne. 

Niewyczuwalny, jak sądziła.

O wiele bardziej autentyczne byłoby napisanie, że po prostu nic nie wyczuła pod palcami. To brzmi jakby bohaterka myślała, że nic nie czuje, ale ma do tego jakieś wątpliwości.

Łapankę robiłam losową. Jest sporo rzeczy do sprawdzenia jeszcze.

 

Dobra, jest pomysł na opowiadanie i główna idea jest do uchwycenia. Autorka horrorów sama staje się bohaterką slashera. Podoba mi się samoświadomość konwencji w horrorze ogólnie, ale przy tym trzeba się dobrze napracować. Mam wrażenie, że opowiadanie jest na poważnie, więc zachowanie głównej bohaterki, która schodzi do piwnicy, no, takie bardzo slasherowe. Jest też miejsca dla seksizmu typowego dla gatunku – bohaterka myśli o gwałcie, gdy koleś łapie kosiarkę. Niezamierzony komizm, bo jakoś trudno mi wyobrazić mordercę wywijającego kosiarką na ofiarę, która może jeszcze walczyć. Jest to do obrony, gdybyś pokusił się o zabawę konwencją, a cały czas mam wrażenie, że tego jednak nie ma. 

Ciągłość akcji – wszystko szybko się dzieje i nie ma odpowiedniego napięcia. 

Dodatkowo – wątek z papierosami skojarzył mi się z Tokarczuk, a wspominanie Joyce’a… trochę mnie rozśmieszyło. Nie pasuje do konwencji jaką sobie obrałeś. Inaczej, nie wiem jaka konwencja jest – zgaduję, że slasher, ale czy na pewno? Osobiście patrzę z tej perspektywy, bo opowiadanie zostało otagowane jako horror. 

Ja niestety pozostaję nieprzekonana. W opowiadaniu sporo błędów. Nawet tytuł powieści głównej bohaterki: “Tyle umarłych”. Nie powinno być przypadkiem “Tylu”? Zdarzały się też błędy jak używanie mianownika, kiedy powinien być biernik. 

Kluczyki od roweru? Dlaczego? Przecież chyba miała rower na własnym podwórku i znała wszystkich we wsi, to po co miała go przypinać?

No I jak zawsze problem z horrorami: bohaterka jest po prostu głupia. Nie rozumiem, dlaczego wlazła do piwnicy, podejrzewając, że jest tam morderca. Powinna zadzwonić na policję, albo tam pojechać, skoro miała już kluczyki od roweru. Kompletnie nie rozumiem jej postępowania. Zachowania zabójcy, który nagle ulega damskim urokom – też nie. 

Na odchodnym, nie ma w opowiadaniu fantastyki. Mogę oczywiście przeczytać opowiadanie niefantastyczne, bez żadnego problemu, ale wolałabym, żeby było… ciekawsze?

Do mnie niestety nie trafiło, ale liczę, że z kolejnymi opowiadaniami będzie lepiej :)

Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow, Creeps in this petty pace from day to day, To the last syllable of recorded time; And all our yesterdays have lighted fools The way to dusty death.

Wybacz, Fishandchips, ale nie kupuję ani pomysłu, ani opowiadania. :(

Nie wierzę, że dorosła kobieta, żyjąca z pisania horrorów, znalazłszy trupa lezie do piwnicy nieboszczyka sprawdzić jakieś odgłosy, zamiast pędzić po pomoc. Rozumiem, że pobiegła potem do swojego domu po pojazd, ale po kiego grzyba znowu lazła do piwnicy, tym razem własnej??? Zamiast wczuć się w grozę sytuacji, czułam tylko niesmak dla niezbyt mądrego pomysłu.

Rozumiem, że w horrorach używa się piły mechanicznej, ale użycie kosiarki… tego jakoś nie kupuję.

No i ten wielki chłop – skąd się wziął i dlaczego zabił pana Jana? Nic mi się tu kupy nie trzyma.

Wykonanie, delikatnie mówiąc, pozostawia sporo do życzenia.

 

a może akcja po­dzia­ła się za szyb­ko… ―> Raczej: …a może akcja potoczyła się za szyb­ko

 

Anita moc­niej okry­ła się bluzą… ―> Raczej: …Anita szczelniej otuliła się bluzą

 

Nie za­da­je zbęd­nych pytań, mówi bez gru­dek. ―> Bez grudek, powiadasz… Czy to znaczy, że mówi wyjątkowo gładko, jak, nie przymierzając, porządne ciasto na naleśniki? ;)

Pewnie miało być: Nie za­da­je zbęd­nych pytań, mówi bez ogródek.

Mówić bez ogródek, czyli szczerze i bezpośrednio, nie owijając niczego w bawełnę.

 

prze­szył ją nie­zna­jo­my dreszcz. ―> Czy bywają też dreszcze znajome?

 

gdzie Pan Janek zwy­kle sie­dział… ―> …gdzie pan Janek zwy­kle sie­dział

Formy grzecznościowe piszemy wielką literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

 

Pan Janek leżał na pod­ło­dze, twa­rzą do ziemi, a spod niej wy­pły­wa­ła krew. ―> Czy dobrze rozumiem, że krew wypływała spod ziemi? ;)

 

Ze­szła po schod­kach w dół. ―> Masło maślane – Czy istniała możliwość, by zeszła po schodkach w górę?

 

Było ciem­no, ale wzrok szyb­ko przy­zwy­cza­ił się do zmro­ku. ―> W listopadzie po godzinie osiemnastej jest już całkiem ciemno i przypuszczam, że w nieoświetlonej piwnicy panował nie zmrok, a raczej całkowita ciemność, do której wzrok chyba by się nie przyzwyczaił.

 

Z po­wro­tem po­ja­wi­ła się w kuch­ni – spraw­dzi­ła puls. ―> Dlaczego nie sprawdziła pulsu wcześniej, kiedy tylko znalazła leżącego Jana?

 

Kop­nę­ła go z całej siły w ko­lan­ko. ―> Kolanka mają dzieci, a wielki, postawny mężczyzna ma kolana.

 

Męż­czy­zna cof­nął się na schy­lo­nych no­gach… ―> Człowiek może się schylić, ale nóg nie schyli.

Pewnie miało być: Męż­czy­zna cof­nął się na zgiętych no­gach

 

żeby wy­cią­gnąć wtycz­kę, ale na­past­nik ru­szył za nią i po­cią­gnął … ―> Nie brzmi to najlepiej.

 

W cza­sie mó­wie­nia się­gnę­ła po le­żą­cy z boku nóż. Chwy­ci­ła go za ramię, za­czę­ła ma­so­wać lewą ręką… ―> Zrozumiałam, że chwyciła i masowała nóż… ;)

 

Chwi­lę za­ję­ło, zanim Anita zła­pa­ła od­dech. ―> Chwi­lę trwało, zanim Anita zła­pa­ła od­dech.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie porwało mnie :(

Przynoszę radość :)

Nowa Fantastyka