- Opowiadanie: Gekikara - Do czwartego pokolenia

Do czwartego pokolenia

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Do czwartego pokolenia

Melodię letniej, deszczowej nocy, wygrywaną na blaszkach liści rzędami opadających z nieba kropel, przerwał stukot podkutych kopyt i drewnianych kół podskakujących na kocich łbach. To Janek na furmance wracał z miasta, bardzo już spóźniony, a czekał go jeszcze wieczorny obrządek. Zaciągnąwszy kapelusz prawie na sam nos, kiwał się zgarbiony, próbując zapalić fajkę, ale nie mógł wykrzesać ognia. Na drogę nie zważał – stara kobyła dobrze wiedziała, gdzie jechać. Kiedy skręciła, dźwięk postukujących o kamienie kopyt został zastąpiony odgłosem rozchlapywanej wody, a wóz zakołysał się na spadku. To znak, że zjechali już z głównej wiejskiej arterii w boczną, nieoświetloną dróżkę, prowadzącą ku Jankowemu gospodarstwu.

Naraz klacz spłoszyła się, zarżała i niemal ściągnęła wóz do rowu, próbując zakręcić w miejscu.

– Prrrrrr! – Chłop podniósł się z miejsca i ściągnął lejce. Zwierzę dawało odpór przez kilka długich sekund, ale wpajana od źrebięcia karność zwyciężyła i wóz, skrzypiąc i chwiejąc się na boki, wrócił na właściwą trasę, o włos unikając wywrotki. – Głupie konisko. 

Sytuacja zdawała się być opanowana, więc Janek ponownie spoczął na siedzisku. Kobyła niechętnie brnęła do przodu poprzez błotnisty trakt, ale nie popędzał jej. Wyciągnął zza pazuchy flaszeczkę bimbru, zamierzał ją odkorkować i rozgrzać nieco przemoczone członki, kiedy dojrzał postać na poboczu. W czarnym kapeluszu i czarnym płaszczu, leniwie sunąc tuż przy rżysku, rozmyta w strugach deszczu, stawała się prawie niewidoczna i byłby ją minął nawet nie zauważywszy, gdyby nie niezwyczajne zachowanie starej szkapy.

– Halo! – zawołał. – Kto tam lezie po ciemnicy? Maciej, to ty?

Chłop popędził konia i zrównał się z pechowym podróżnym, który tak nieszczęśliwie wybrał porę na przechadzkę. Twarzy nie dostrzegł, skryta była za rondem kapelusza. Dojrzał za to złotoczerwony migot, świetlisty punkt wędrujący to w górę, to w dół, jaśniejący i przygasający w takt kroków wędrowca. Wspomniał wówczas swoją fajkę. Że też papieros nie zamókł w taką ulewę!

– Halo? Podrzucić może? – zapytał. 

Pieszy przekręcił głowę ku chłopu, najwyraźniej usłyszał go dopiero teraz. 

– Nie odmówię – odpowiedział. – Daleko pan jedzie?

– Na samiuśki koniec drogi. Pan nie stąd… Gdzie pan idziesz? Wybacz pan, ale wiela domów tu nie ma, same pola. Pewnoś pan pobłądził… 

– Do Mikulskich.

– Krewny daleki? 

– Można tak powiedzieć. 

– To wskakuj pan. Jeszcze kawał drogi do Maćkowego gospodarstwa. Prosto, a potem w prawo trza odbić. Podrzucę. – Janek szarpnął za lejce, podniósł się z siedzenia i podał rękę nieznajomemu mężczyźnie, a ten wgramolił się na furmankę. Kobyła parsknęła dwukrotnie na znak protestu i znów ruszyła w dobrze znanym kierunku, z jeszcze większym mozołem ciągnąc pusty wóz.

– Maćka córa przed niedzielą syna urodziła. Widziałem. Duży, czerstwy chłopak. Ale pan pewno wiesz, przecie rodzina… 

– Właśnie dlatego przyjechałem.

– To pierwszy jego wnuk i Maciek chodzi przy niem jak oczarowany. I trochę się stracha, bo jego pierworodny… zresztą pan pewno wiesz… 

– Wiem, dokładnie wiem.

– Straszna historia. Dziecię żywe, krasne, pamiętam, jakiem ja na rękach miał, a siódmego dnia zabrał nasz Pan je do siebie.

Janek wyciągnął flaszeczkę bimbru, przechylił szyjkę ku nieznajomemu w geście zapraszającym do spożycia, wędrowiec jednak się nie zdecydował. Chłop wzruszył tylko ramionami, odkorkował butelkę i pociągnął solidny łyk. Alkohol rozlał się po przełyku, wypełnił żołądek, ale nie przyniósł oczekiwanego ciepła. Przeciwnie – chłód jaszcze mocniej objął ciało wieśniaka, aż ten się wzdrygnął. 

– Uwierzy pan – ciągnął opowieść, schowawszy flaszeczkę w bezpieczne miejsce tuż przy sercu – stary Maciek Mikulak wymyślił sobie, że klątwa wisi na jego rodzie i pierwszego syna każdemu jednemu z krwi Mikulskich zabiera. Nieszczęśnik, stracił ojca i brata w czterdziestym czwartym, pamiętam, miałem wtedy dziesięć lat…

Chłop kiwał się na siedzisku zapatrzony w dal, w nieprzeniknioną ciemność pochmurnej nocy. W deszczowym stukocie słyszał dźwięki tamtego lata:

Równy, niewzruszony krok Niemców maszerujących drogą za strugą, dziesiątki nóg uderzające o ziemię w jednym czasie, jakby to nie szedł oddział, nie ludzie, a jeden organizm, wielka stonoga, żuk albo karaluch, który pożera wszystko na swojej drodze. Warkot silników, kiedy tabuny stalowych bestii przeczołgiwały się przez pola, wgniatając w glebę wzrastające kłosy żyta i pszenicy. Hurkot i wizg samolotów w powietrzu, za dnia i w nocy. Dudnienie armat strzelających w oddali, huk wybuchających bomb. Później szelest liści, cichy dźwięk łamanych gałązek, kiedy partyzanci, niczym leśne duchy, przemykali przez gęstwinę boru. Wykrzykiwane przekleństwa, gdy ojciec przydybał ich kradnących na polu i groźby szeptane w nocy przed progiem domu, gdy nie chciał podzielić się z nimi jedzeniem, którego dla rodziny ledwie starczało. Na koniec wrzask mężczyzn, płacz kobiet, kiedy szaleństwo wojny dopadło także te kilka chat na skraju wsi, gdzie mieli swoje schronienie. Jazgot karabinów, krzyk Niemców w ich obcej mowie przypominającej grzmot w trakcie burzy albo grad obijający drewniane dachówki. I oddech. Szybki, rwany, tłumiony przez matczyną dłoń, ściskającą go, kiedy ukrywali się pod podłogą drewutni Pawlaków – tam, gdzie stary Pawlak Żydów ukrywał, nim Niemcy ich znaleźli i zabrali do lasu.

Pięćdziesiąt lat, a wspomnienie żywe. Nie pamiętał pierwszych słów córki, z trudem przypominał sobie imię jej poprzedniego męża, ale tamtego nigdy nie zapomni. To zawsze będzie w nim siedzieć, odporne na upływ czasu. Ciemność, której nigdy nie rozpędzi słońce. 

– Potem, już za komuny, siostra Maćka zaszła w ciążę z jakim partyjnym – wrócił do opowieści, by odegnać nękającą go przeszłość – a ten nie chciał się żenić. Do chirurga ją posłał, potem już w ogóle dzieci mieć nie mogła… Nie myśl pan, że ja tak każdemu rozpowiadam, ale pan, pan przecie rodzina, wszystko to pewnie słyszał.

Świetlny punkt zawędrował w górę, tam, gdzie w cieniu ukrywały się usta, a później znowu w dół.

– Słyszałem – odpowiedział pasażer zdawkowo jak wcześniej, co tylko przymusiło Janka, żeby dalej mówić, bo zachowanie ciszy akurat teraz wydawało mu się wielce krępującym. 

– Maciek nic jeszcze wtedy nie wymyślił, ale śmierć po jego syna przyszła i się zaczęło. Źle z nim było, oj źle. Pił, babę bił. Do głowy mu przyszło, że to jaka klątwa. Żydowska, ma się rozumieć. – Chłop chrząknął i splunął. – Pan zrozumie, ja nie żaden ten… antysemita. Jak Żydzi u starego Pawlaka siedzieli, tom im z matulą w sekrecie przed tatkiem chleba i mleka zsiadłego nosił. Tylko jak ich i Pawlaków zabrali, to Mikulski najwięcej się wzbogacił. Nie mówię, że i my nie brali, zresztą co ja tam rozumieć wtedy mogłem. Przyszedł tatko, przyniósł kosztowności, biżuterje ichnie (moja córa ma nawet jeszcze te pierścionki, nic nie sprzedałem), powiedział, że od dziś on będzie pole za drogą aż do Pawlaków chaty obrabiać i tyle. Na drugi dzień poszlim razem, zabrał mnie, dół zasypalim i krzyż tatko z topoli ustrugał, żeby po bożemu było. Niby Żydzi pod innymi znakami się chowają, ale Bóg przecie jeden i dusza tak czy tak drogę znajdzie… Jakbyś pan się wybrał na północ, jak się bór zaczyna, to tam jest mogiła. Teraz tam cała tablica stoi, z Izraela ufundowali. Krzyż też jest… Gadali potem ludzie, że to Mikulski, Maćka ojciec ma się rozumieć, wydał nieszczęśników, z zazdrości, bo jak Boże Ciało było, to córuchna Pawlaka w czerwonych botkach paradowała, od tego Żyda je miała dostać, a Mikulskiego córka boso, nogi całe poranione… ludzie różne rzeczy mówią, w trzy czwarte lepij nie wierzyć, wpuścić jednym uchem, drugiem wypuścić. Ale Maciek wspomniał to i wydumał sobie, że to ci Żydzi urokiem jakimś jego rodzinę całą obłożyli. Jakże to możliwe, jak oni tego samego Boga wzywają, a Pan nasz miłosierny, jakżeby miał dzieciątka niczemu winne karać… 

– Wasz Bóg – wtrącił mężczyzna. – Ich jest zawistny i srogi, taki, co za winy karze do trzeciego i czwartego pokolenia. 

Chłop zmarszczył czoło, spojrzał ku twarzy nieznajomego – to znaczy tam, gdzie była twarz, bo w nocy dojrzeć nie mógł rysów, tylko zgrubny kształt głowy – i przeżegnał się pędem, żeby zawczasu przegnać bluźnierstwo i diabła do siebie nie dopuścić.

– Widzę, że już pana Maciek do swojego szaleństwa przekonał. Niedobrze to, niedobrze, lepiej w nim tego nie rozbuchać, niech zapomni, póki do reszty rozumu nie postradał. Niech pan z nim o tem nie gada…

– To tutaj – przerwał mu podróżny, ponieważ zbliżali się do rozwidlenia. – Dalej pójdę pieszo.

Janek wstrzymał konia, wóz stanął tuż przed zakrętem. Wolałby, żeby dziwny Maćkowy krewny sam przeszedł dalszą drogę, ale przyzwoitość nie pozwalała mu tak pozostawić biedaka.

– Zawiozę pana, to jeszcze kawał, w taką pogodę, po nocy… – zaproponował. 

Mężczyzna wstał jednak, poprawił płaszcz i zeskoczył z wozu.

– Dziękuję, dam radę – odpowiedział. – Już prawie nie pada, a do chaty wcale nie tak daleko. – Odszedł kilka kroków, po czym zatrzymał się i odwrócił. – Dobry z ciebie człowiek, Janie. Może dobro nie zawsze wraca, za to zło… zło wraca na pewno. Ale ty nie musisz się obawiać – dodał jeszcze, po czym ruszył dalej, wtapiając się w ciemność. Zniknął nawet błędny ognik tlącego się papierosa, jedyna rzecz mogąca sugerować jego obecność, tak, jakby mężczyzny w ogóle nie było. 

Tylko stara kobyła ruszyła teraz raźno przed siebie, jak gdyby na raz ktoś zdjął z ciągniętej przez nią furmanki ogromny ciężar.

 

***

 

Nazajutrz, jeszcze przed pierwszym kogucim pianiem, obudziło go łomotanie do drzwi.

Wstał, owinął się kocem – w izbie już było zimno, bo przez noc ogień w piecu wygasł – i potruchtał do ganku, by otworzyć. Przekręcił zamek i wpuścił do środka Maciejową, całą rozdygotaną i bladą. Zaraz pomyślał o dalekim kuzynie.

Pewnie nabawił się przeziębienia przez tę pieszą eskapadę. 

– Ja żem chciał go podwieźć do was – usprawiedliwiał się. – Nie chciał słuchać. 

– Kto? – kobieta zdawała się ledwie rozumieć sens słyszanych słów, wgapiała się w twarz Janka z otwartymi ustami. 

– Kuzyn, znaczy się. Co przyjechał do was Tomka zobaczyć. 

– U nas… – Starowina wybuchła płaczem. – Mały Tomcio… – wyrzuciła z siebie, wciąż szlochając –…z rana znaleźliśmy… taki cichy był… – Słowa nie chciały przejść jej przez gardło, były zbyt wielkie i zbyt ostateczne, ale Janek nie potrzebował więcej. Na pobladłą, stężałą na kamień twarz, wstąpiło zrozumienie. 

Stało się. 

– Maciek wyszedł… – dodała kobiecina, chlipiąc przy tym żałośnie. – Sznur ze sobą zabrał… pomóżcie, znajdźcie go, inni też pomogą… 

Chłop tylko kiwał głową, nie mógł wydusić z siebie odpowiedzi. Nie zważając na to, że nadal jest w piżamie, wciągnął na nogi gumowce, zarzucił kubrak, na niego długi płaszcz a na głowę wcisnął kapelusz i wyszedł z Maciejową, pozostawiwszy drzwi otwarte na roścież. 

 Przeczuwał, gdzie trzeba szukać. 

 

Koniec

Komentarze

“jakby nie był załadowany co najmniej jak po wykopkach.” → tu chyba miało być, jakby był załadowany?

 

“Chłop tylko wzruszył tylko ramionami, odkorkował butelkę i pociągnął solidny łyk samogonu.” → tu jakieś niedopatrzenie się wkradło ;)

 

“groźby szeptane w nocy przez progiem domu” → przed?

 

“i z przeżegnał się pędem, żeby zawczasu przegnać bluźnierstwo i diabła do siebie nie dopuścić.” → tutaj to “z” chyba zabłądziło

 

Bardzo klimatyczny tekst. Dobrze się czytało, mimo kilku usterek. Świetnie wyszła stylizacja mowy Janka i budowanie nastroju. Fascynująca historia, przedstawiona obrazowo i wiarygodnie. A propos tej obrazowości, właśnie opisy mnie w tym tekście urzekły i to już od pierwszego zdania. Znakomicie przedstawiony przemarsz niemieckich wojsk, odgłosów karabinów. Wszystko wyszło jak żywe. Żałuję tylko, że nie zostało wyjaśnione bardziej klarownie, kim był tajemniczy gość. Oczywiście można się tego domyślać, ale wiadomym to jednak nie jest, a ja bym wiedzieć chciała, ale to rzecz jasna moja preferencja, nie żaden błąd. Zaskoczyłeś mnie też, bo jak zobaczyłam tytuł i Janka, to spodziewałam się jakiegoś nawiązania do złotego rogu i “Wesela” Wyspiańskiego. Chyba dlatego, że ostatnio tak często widuję tutaj teksty nawiązujące w oczywisty sposób do literackich klasyków. 

Ode mnie masz głos do biblioteki :)

 

 

Czy w tekście występuje element fantastyczny? Mocno dyskusyjna kwestia. Oczywiście sugestia jest dosyć jasna, tajemniczy (chociaż żadna to tajemnica, nawet jej nie budujesz w tekście) pasażer to jakiś nadnaturalny wysłannik boży, egzekutor klątwy, a pewnie wielu pomyśli, że to sam Śmierć we własnej osobie. Ale jedynymi wskazówkami pozostają właściwie dwuznaczne słowa nieznajomego i zachowanie starej kobyły, które bez problemu można wytłumaczyć niefantastycznymi powodami.

Być może kilku "patriotów" portalowych oburzy się na Twoją historię. Jednak moim zdaniem opowieść jest w swej wymowie bardzo dobrze wyważona. Nie oceniasz jednoznacznie, na przykładach Mikulskiego (raz jest Mikulak) i Janka pokazujesz, że jak zawsze i wszędzie są ludzie dobrzy i źli. Bez względu na narodowość czy wyznanie (chociaż akurat Niemcy są tutaj programowo źli). Nie chcę się jednak rozwodzić nad przesłaniem i wymową, każdy odczyta teksty po swojemu, tylko pochwalić pomysł. Prosty i bliski prawdziwego życia. Dobrze osadzony w naszej historii. Ciężki dziejąca się na naszych oczach tragedią, i tragedią z przeszłości, która nadaje tej współczesnej inny wymiar i sens. Chociaż nadal wywołując sprzeciw.

Stawiasz nas przed dylematem moralnym, w niewygodnej pozycji stronniczego sędziego, z całym naszym bagażem historii, ocen, wyparcia, oburzenia i postaw patriotycznych. To sporo jak na krótką opowiastkę o rozmowie chłopa z nieznajomym spotkanym na drodze.

Warsztatowo jest dobrze, może ciut nierówno, ale przy tym literacko, klimatycznie, w udanej stylizacji. Jest kilka zgrzytów i powtórzeń, ale zacna to była lektura i nie będę się czepiał.

Troszkę nas czarujesz nazbyt (np. we wstępie) rozbudowanymi opisami, które później odpuszczasz i znikają z tekstu. "Retrospekcja wspomnień" Janka z czasów wojny też mocno rozbudowana, pasująca bardziej do dłuższego tekstu, a nie krótkiego opowiadania. Różni się stylem, zmieniasz czas narracji, a mi trochę to nie współgra z chłopskim, jankowym sposobem wysławiania się i rozumowania. Ale nie narzekam.

Dobra, poruszająca historia, prosta ale przemyślana. Klikam, bo tekst powinien szybko trafić do biblioteki.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Ładnie to napisałeś, ale kilka problemów mi się w lekturę wkradło.

Po pierwsze – w zasadzie od początku wiedziałam, kim jest tajemniczy podróżny i jak się to skończy, choć oczywiście historia pośrodku nie była do wymyślenia. Ona jest niezła, choć dość sztampowa.

Po drugie – Janek opowiadający “kuzynowi” dzieje rodziny Maćka wypada trochę infodumpowato. Może lepiej by było, gdyby te informacje zostawił sobie na po rozstaniu z nieznajomym, kiedy już jest w domu i po prostu wspomina sam dla siebie? Bo oczywiście musisz to przekazać czytelnikowi, ale wybrałeś dość sztuczny model. Troszkę bym tu w każdym razie namieszała w podawaniu informacji (np. z podróżnym tylko ogólniki, a potem Janek przypomina sobie szczegóły z przeszłości), bo i miałbyś wtedy większe szanse na efekt zaskoczenia.

Ale ogólnie nieźle, nieźle. Po namyśle klika daję.

http://altronapoleone.home.blog

ieoświetloną drużkę, prowadzącą ku Jankowemu gospodarstwu. – co tu sie stalo?

 

Generalnie fajny tekst. Nie podobal mi sie chyba az tak jak przedmowcom. Dobrze sie czytalo i tyle. Opad szczeki bohatera w koncowym akapicie to bym chyba jeszcze bardziej uwydatnil. Wiozl przeciez diabla do sasiada. Jakies rwanie elosow z glowy? Ale to tylko takie moje skromne nikomu niepotrzebne zdanie :)

To Janek na furmance wracał z miasta, bardzo już spóźniony, bo czekał go jeszcze wieczorny obrządek.

Nie był spóźniony dlatego, że czekał go jeszcze obrządek. Raczej był po prostu spóźniony, a czekał go jeszcze obrządek.

Zaciągnąwszy kapelusz prawie na sam nos, kiwał się zgarbiony na zydlu, próbując zapalić fajkę, ale nie mógł wykrzesać ognia.

Skoro miał zaciągnięty kapelusz aż pod sam nos, to jak tę fajkę odpalał?

Kiedy skręciła, dźwięk postukujących o kamienie kopyt został zastąpiony odgłosem rozchlapywanej wody, a wóz zakołysał się na spadku.

Nie brzmi to dobrze, ten spadek. Pomyśl o innym słowie.

To znak, że zjechali już z głównej wiejskiej arterii w boczną, nieoświetloną drużkę

Czy wiejską drogę można nazwać arterią? <kręci nosem>

https://sjp.pwn.pl/sjp/arteria;2441370.html

Na raz klacz spłoszyła się, zarżała i niemal wepchnęła wóz do rowu, próbując zakręcić w miejscu.

Czy można wepchnąć coś co się ciągnie?

Kobyła niechętnie kluczyła do przodu poprzez błotnisty trakt, ale nie popędzał jej.

Niezbyt pasuje to kluczenie do jazdy drogą. Tym bardziej że określasz dokładny kierunek “do przodu”, co jest z kluczeniem sprzeczne.

https://sjp.pwn.pl/szukaj/kluczy%C4%87.html

Twarzy nie dostrzegł, skryta była za rondem kapelusza. Zauważył za to złotoczerwony migot,

Brakuje jeszcze, by się woźnica zapowietrzył. ;)

– Na samiuśki koniec drogi. Pan nie stąd… Gdzie pan idzie? Wybacz pan, ale wiela domów tu nie ma, same pola.

“Gdzie pan idziesz?” IMO brzmiałoby lepiej.

Jeszcze kawał drogi do Maćka gospodarstwa.

Maćkowego

Kobyła parsknęła dwukrotnie na znak protestu i znów ruszyła w dobrze znanym kierunku, z jeszcze większym mozołem ciągnąc wóz poprzez błocko, jakby był załadowany co najmniej jak po wykopkach.

Tu nad szykiem jeszcze pomyśl, bo ostatni człon zdania odnosi się do wozu, a nie do błocka. Ogólnie odchudziłbym to zdanie, bo trochę za dużo w nim tych kwiatków.

Maćka córa właśnie syna urodziła.

Maćkowa córa (albo nawet “Maćków córa”)

Ale pan pewnie wiesz, przecie rodzina… 

pewno wiesz (bardziej pasowałoby do stylu woźnicy)

– To pierwszy jego wnuk i Maciek chodzi przy niem jak oczarowany.

Skoro chodzi przy nim jak oczarowany, a woźnica o tym wie, to znaczy, że już jakiś czas temu musiała urodzić, a nie “właśnie”, co sugerujesz zdanie wcześniej.

Chłop wzruszył tylko ramionami, odkorkował butelkę i pociągnął solidny łyk samogonu.

Ostatnie słowo zbędne. Wcześniej już napisałeś, że w butelce był bimber.

Równy, niewzruszony krok Niemców przemierzających łąki za strugą, dziesiątki nóg uderzające o ziemię w jednym czasie

Jeśli szli łąkami, to nie byłoby słychać kroków z daleka, bo trawa tłumi dźwięk. Raczej szli drogą między łąkami.

Później szelest liści, cichy dźwięk łamanych gałązek, kiedy partyzanci [+,] niczym leśne duchy [+,] przemykali przez gęstwinę boru.

Wykrzykiwane przekleństwa, gdy ojciec przydybał ich kradnących na polu i groźby szeptane w nocy przed progiem domu, gdy nie chciał podzielić się jedzeniem, którego dla rodziny ledwie starczało.

Sprawdź interpunkcję jeszcze w tym zdaniu.

Również podmiot domyślny (nie chciał) szwankuje, bo masz najpierw ojca, potem “ich” w liczbie mnogiej, a potem domyślny w liczbie pojedynczej. 

– tam, gdzie stary Pawlak Żydów ukrywał, nim Niemcy ich nie znaleźli i nie zabrali wszystkich do lasu.

Nie pamiętał pierwszych słów córki, z trudem przypominał sobie imię jej pierwszego męża, ale tamtego nigdy nie zapomni.

To zawsze będzie w nim siedzieć, odporne na upływ czasu.

https://sjp.pwn.pl/sjp/odporny;2493503.html

– Potem, już za komunistów, siostra Maćka zaszła w ciążę z jakim partyjnym

raczej mówiło się “za komuny”

Do chirurga ją posłał, potem już w ogóle dzieci mieć nie mogła…

Raczej do “doktora”. Chirurg nie kojarzy się z aborcją.

– Maciek nic jeszcze wtedy nie wymyślił, ale kiedy śmierć po jego syna przyszła, wtedy się zaczęło. Wtedy mu do głowy przyszło, że to jaka klątwa.

– Wasz Bóg – wtrącił mężczyzna. – Ich jest zawistny i srogi, taki, co za winy karze do trzeciego i czwartego pokolenia.

To do trzeciego czy czwartego? 

Nie ma mowy o miłosierdziu.

To nie brzmi dobrze. Nie pasuje stylistycznie to reszty wypowiedzi.

Janek wstrzymał konia, wóz stanął tuż przez zakrętem.

.***

Chłop, tylko kiwał głową, nie mógł wydusić z siebie odpowiedzi.

Nie zważając na to, że nadal jest w piżamie, wciągnął ma nogi gumowce,

 

zarzucił kubrak, na niego długi płaszcz a na głowę wcisnął kapelusz i wyszedł z Maciejową, pozostawiwszy chatę otwartą na roścież

Chatę czy drzwi?

 

 

Ciekawe opowiadanie, Gekikaro, klimatyczne, mroczne, ładnie malujesz obrazy swym piórem. Powyższe uwagi to raczej drobnostki, poza tym jest naprawdę nieźle.

Tematyka odważna, a temat trudny, szczególnie że chyba nikt nie lubi powracać do tych mniej chlubnych kart ze swojej historii.

Na szczęście tutaj nikt nikogo nie ogranicza.

 

Dorzucam klika do biblioteki.

Klimatyczne, dobrze napisane i odważne, bo temat podjęłeś niełatwy. Udało Ci się go świetnie rozwinąć, bez oceniania, bez wskazywania winnych. Postawiłeś na prostą opowieść prostego człowieka i wyszła naprawdę piękna historia :)

Wysyłam do Biblioteki :)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Na wstępie dziękuję wszystkim za pochlebne i mniej pochlebne, choć pozytywne, opinie. :) 

Znalezione w tekście mankamenty, które wymieniliście (dziękuję zwłaszcza tobie, chróścisko, za rzetelną korektę, której sam nie byłbym w stanie zrobić nawet przeczytawszy tekst ze dwadzieścia razy) poprawiłem zgodnie ze wskazówkami – przynajmniej większość z nich, niektóre (te, które nie były oczywistymi błędami) umyślnie pozostawiłem. :) 

rosebelle, rozumiem, że niedopowiedzenie może być dla niektórych wadą, z kolei ty trafnie wydedukowałas, że to zamierzony zabieg. Fantastyka w tym tekście występować ma daleko w tle. 

Mr. Maras – masz rację co do nierównego styku, będę nad tym pracować. Co do czarowania: tak. Na początku odnalowalem scenę, którą chciałem pokazać, a potem skupiłem się na innych elementach. Czy zbyt rozbudowane? Może tak, nie chciałbym jednak nic stąd wyciąć. 

drakina, cóż, historia sztampowa jak życie, wieoe elementów tej opowieści to prawdziwe historie, które usłyszałem od swoich dziadków, nawet motyw podróżującego nocą nieznajomego jest taką historią z pierwszej ręki. Co do tego, czemu Janek o tym opowiada – staruszek lubi sobie pogadać, a niewątpliwie historia Macieja jest sensacją na całą wieś. Dlatego też tak często się sam usprawiedliwia :) 

pawelek – czy taka reakcja byłaby prawdopodobna? Myślę, że najoierw bym zaniemówił. Poza tym gdzie jest naoisane, że to diabeł? ;) 

chróścisko, jak pisałem, większość uwag naniosłem na tekst – jeszcze raz bardzo dziękuję! Pozostawiłem na przykład arterię, ponieważ w wiejskiej skali ta kamienna droga nią była, pozostawiłem fajkę, bo myślałem o takiej, która zawija się do dołu, więc nie miałby przeszkód jej odpalić, pozostawiłem odporne… co do stylizacji językowej, to obawiałem się czy takie np. "gdzie pan idziesz?" nie jest przesadą, ale zgodnie z twoją sugestią, zmieniłem to. Jeśli zaś mowa o "trzecim i czwartym" pokoleniu, to jest to parafraza pewnego starotestamentowego fragmentu. 

Irka_Luz, dzięki za bibliotecznego klika! :D

Gekikaro – przyjmuję Twoje wyjaśnienia, ale nie przekonałeś mnie w kwestii opowieści Janka. To jest literatura i po prostu on wszystkie wyjaśnienia za szybko wprowadza, przez co historia przestaje być zaskakująca. Psychologiczne tłumaczenia nic tu nie pomogą, zwłaszcza że on robi wykłady, a nie mówi naturalnie. Jak część dialogów masz bardzo dobrze napisaną, tak te dłuższe historie są po prostu infodumpami słabo zakamuflowanymi rozmową. Piszę to wszystko dlatego, że tekst jest zacny, a mógłby być literacko zacniejszy :)

Co do sztampowości, to w sumie źle to ujęłam – chodzi mi o to, że składasz opowieść ze znanych, dość przewidywalnych cegiełek i można by tu troszkę bardziej zamieszać – zwłaszcza że warto o takich sprawach pisać.

http://altronapoleone.home.blog

drakino, masz do tego absolutne prawo i chociaż mnie sytuacja w której starzec opowoada historię spojego życia napotkanemu mężczyźnie jest wiarygodna (ile razy byłem w takiej sytuacni, kiedy starsza osoba inicjuje rozmowę i opowiada o sobie nie pytana), to literacko można było to oddać inaczej, nie zaprzeczam. :) 

 

Przeczytałam jeszcze raz i właściwie to wystarczyłoby tę ostatnią historię (od “Maciek nic jeszcze wtedy nie wymyślił”) przerzucić gdzieś dalej – bo ona wszystko wyjaśnia, a jest bardzo długą wypowiedzią, trochę zresztą zbyt poprawnie zapisaną jak na taką opowieść w drodze. Tu dać zapowiedź, a potem rozwinięcie we wspomnieniach Janka – masz kilka pieczeni na jednym ogniu: retardację, większą naturalność i zaskoczenie (w rozmowie tylko napomyka, ucieka się do tego, że rozmówca na pewno to zna – tamten przytakuje, a potem, już po przyjeździe do domu, wspomnienia wracają pełną parą i dopiero teraz czytelnik dowiaduje się kluczowych elementów).

Wiem, marudzę, ale mam wrażenie, że ten tekst mógłby być znakomity, a jest bardzo dobry :)

http://altronapoleone.home.blog

Gekikara – a gdzie jest napisane ze to nie diabel?

Drakina, dobra rada, przemyślę to porządnie. 

Pawelek – nigdzie, ot, cała historia. :) 

Raczej lejce, a nie cugle… Mogą być ewentualnie wodze. Na furmance siedzeniem był zydel? Jakoś tego nie widzę. Chyba bardziej właściwe byłoby po prostu siedzisko, bo były takie. Na raz? Chyba naraz. 

Ciekawe, ake wymaga dopracowania.

Pozdrówka.

Furmanki tutaj, na tym starym bardzo zdjęciu.

 

Cugle to inaczej lejce, przynajmniej tak funkcjonują w mowie potocznej – nie znalazłem źródła, które by jednoznacznie rozróżniało te pojęcia. 

Z określeniem "zydel" w odniesieniu do siedziska furmanki spotkałem się parokrotnie, choć słownikowo zydel to "drewniany stołek o konstrukcji nieskrzynkowej" więc rzeczywiście siedzisko furmanki nie wypełnia tej definicji. 

Niepotrzebną spację wyrzuciłem. ;) 

Pozdrawiam

 

A furmanki pamiętam z jeszcze nie tak odległych czasów, nieraz się jeździło. ;) 

Jeżeli idzie o zaprzęg konny, ddecydoiwanie lejce. Link → http://doroszewski.pwn.pl/haslo/lejc/

Cugle mają węższe znaczenie i dotyczą konia wierzchowego.

Na tym statym zdjęciu widac, jak urzządzony był przód furmanki. To po prostu skrzynia albo o pochyłych krótkich bokach, albo o prostych, zależało to od typu furmanki. Zwykle wierzch był czymś wymoszczony, często po prostu workiem wypchanm słomą albo sianem, ale także móła byc to derka. rką.

Akurat taki biegły w tym jestem, bo przerabiałem ten temat dawno temu, przy pisaniu “Przesłony”, jaako że Elmer Grant wybtał się za Przesłonę dwukołowym wozem konnym.. 

Jeszcze wkleję zdjęcie albo rysynek biedki, to pokaże, jak zwykle urządzan przód zaprzęgu konnego.

Ale w sumie to szczegół, bo i tak furmanek już nie ma.

Pozdrawiam. 

Przekonałeś :) 

Podobało mi się. Opowieść chłopa dobrze brzmi, wiarygodnie i odpowiednio potoczyście. 

Bardzo to dobre. Opowieść wyszła naturalnie, bardzo mi się podobały dialogi, no i bohater do polubienia. Proste i dobrze napisane, przyjemnie się czytało :)

Nowa Fantastyka