- Opowiadanie: Olciatka - Bezpieczne miejsce

Bezpieczne miejsce

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Biblioteka:

Użytkownicy, Darcon

Oceny

Bezpieczne miejsce

 

– Właściwie to czuję się dobrze. Postępuję zgodnie z regulaminem. Żadnych pytań. Żadnych dociekań. Żadnych wybryków. Robię tylko to, co jest zgodne z zasadami. Jestem grzeczna, prawda? Każecie mi jeść, to jem. Każecie mi spać, to śpię. Mam opowiadać o sobie, to opowiadam… Nie mam przed wami tajemnic. Nauczyłam się na pamięć rozkładu dnia, zaakceptowałam go. Co więcej, przyzwyczaiłam się do niego. Dzięki niemu czuję, że jestem w bezpiecznym miejscu. Ustalony porządek rzeczy pozwala mi kontrolować swoje życie… Jestem spokojna, ponieważ stanowicie skuteczną barierę przez światem zewnętrznym… A ja nie wyobrażam sobie egzystencji na wolności. Wiecie, że nie dałabym rady…

– Lauro…– Doktor Piotrowski zwrócił się do niej beznamiętnym tonem. Ściągnął okulary, a następnie potarł opuszkami palców zmęczone oczy.

 Młoda dziewczyna siedziała na krześle na wprost niego. Podkuliła nienaturalnie chude nogi. Oparła brodę na kolanach, a ręce splotła na wysokości kostek. Jej półdługie, idealnie proste, blond włosy, opadały luźno na przygarbione plecy. Wygłaszała swój monolog niespiesznie, z namysłem dobierając każde słowo. Jednocześnie wpatrywała się tępo w jeden punkt na podłodze.

– Lauro… – głos doktora był opanowany, wręcz znudzony – czego się boisz?

Dopiero wtedy nieznacznie się wyprostowała. Uniosła głowę. Spojrzała na doktora pięknymi, niebieskimi oczami, wyrażającymi ogrom niepokoju, jaki w sobie nosiła. Zawahała się, ale ostatecznie odważyła się wyszeptać drżącymi ze strachu ustami:

– Powodzi.

 

 

***

 

 

Czterdzieści osiem dni temu pierwszy raz przekroczyłam próg tego budynku. Już wtedy miałam świadomość tego, że znalazłam się w osobliwym miejscu. Długie korytarze z szarymi, pustymi ścianami, przyprawiające o zawrót głowy. Klaustrofobiczne, dwuosobowe pokoje, pozbawiające intymności. Tutaj nie istniało pojęcie prywatności. Nigdy nie zostawałam sama. Zawsze ktoś mi towarzyszył. Personel medyczny, dyżurujący dwadzieścia cztery godziny na dobę, nie spuszczał mnie z oczu. Żadnej z nas. Oprócz mnie, na oddziale przebywało jeszcze siedem dziewczyn. Nie chciałam mieć z nimi nic wspólnego. Nie czułam potrzeby nawiązywania nowych przyjaźni, w związku z tym, prawie z nikim nie rozmawiałam. Jednak, jako nowa osoba, wzbudzałam niemałe zainteresowanie. Większość z nich próbowała się do mnie zbliżyć. Wysoka szatynka, Karina zadawała mi mnóstwo filozoficznych pytań, na które nie znałam odpowiedzi. Z kolei drobna, chudziutka blondynka Daria, często siadała naprzeciwko mnie i przypatrywała się mi w milczeniu. Za wszelką cenę starałam się unikać ich towarzystwa, ale i tak spędzałyśmy ze sobą mnóstwo czasu. Wspólne posiłki i sesje terapeutyczne. Jedna, niewielka sala główna, zwana telewizyjną, w której przebywałyśmy głównie wieczorami.

Oczywiście w każdej chwili mogłam udać się do swojego pokoju i w ten sposób zyskać trochę przestrzeni tylko dla siebie. Zebrać myśli. Jednak w tym skrajnie minimalistycznym wnętrzu było to właściwie niewykonalne. Nie znalazłam w nim ani jednej rzeczy, na której mogłabym skupić swoją uwagę. Żadnego bodźca, potrafiącego zmusić mój otępiały umysł do chociażby najmniejszego wysiłku intelektualnego. Jeśli nie byłam wariatką, zanim tu trafiłam, to w tym miejscu na pewno oszalałam.

 

 

 

***

 

 

– Nie pozwólcie przedostać się jej do środka! Nie wpuszczajcie jej! Zabarykadujcie drzwi i okna! Nie możemy jej tu wpuścić! – Laura stała w koszuli nocnej na środku korytarza. Bosa, z nastroszonymi włosami, wymachiwała rękami przed twarzą pielęgniarki. Próbowała jej coś wytłumaczyć. Była blada z przerażenia. Drżała na całym ciele. Z jej ust wydobywało się przejmujące, wręcz histeryczne błaganie. Wrzeszczała z taką intensywnością, że po kilku minutach jej głos przybrał nienaturalną, skrzeczącą barwę. Z trudem łapała oddech. Natomiast pielęgniarka pozostała niewzruszona. Atak paniki, którego doświadczała Laura, nie robił na niej żadnego wrażenia.  

Wszystkie opuściłyśmy swoje pokoje i przyglądałyśmy się tej scenie z rosnącym zainteresowaniem. W akcie desperacji, Laura, cofnęła się do pokoju, by po chwili wyjść z kołdrą zarzuconą na ramię. Podbiegła do głównych drzwi, rzuciła się na kolana, a następnie próbowała wepchnąć białą pościel pod próg.

– Lauro, co robisz? – siostra Dominika przemawiała do niej łagodnym, opanowanym tonem. Pochyliła się nad nią, po czym delikatnie przejechała dłonią po jej plecach. Wtedy Laura odwróciła się w jej stronę i spojrzała na nią z rozpaczą:

– Pomóż mi.

– Jak mam ci pomóc? – głos zaskakiwał obojętnością.

Pomyślałam, że siostra Dominika albo musiała widzieć w swojej kilkunastoletniej karierze masę podobnych przypadków, albo była bez serca.

– Trzeba uszczelnić wszystkie, nawet najmniejsze otwory. Ona nie może dostać się do środka!

– Co nie może się dostać do środka?

– Woda! – wykrzyknęła, po czym odwróciła się z powrotem w stronę drzwi. Ze wszystkich sił starała się umieścić kołdrę w niewielkiej szparze przy podłodze.

– Lauro, uspokój się i wróć do pokoju. Zaraz przyjdzie lekarz. – Złapała ją za rękę, próbując powstrzymać tą irracjonalną czynność. Jednak Laura okazała się silniejsza. Jeden zdecydowany ruch wystarczył, by wyszarpnęła się z jej uścisku. Rozejrzała się po korytarzu. Zrozumiała, że siostra Dominika nie zamierzała jej pomóc. W związku z tym szukała sojuszników gdzie indziej.

– Weźcie kołdry i poduszki! Zabarykadujemy okna! – zwróciła się do nas rozgorączkowana.  

Jednak żadna z nas nie ruszyła się z miejsca. Karina i Daria spuściły wzrok. Niepewnym, opieszałym krokiem wycofały się do swojego pokoju. Pozostałe obserwatorki spoglądały na siebie zdezorientowane, nie bardzo wiedząc, co powinny zrobić. Laura w dalszym ciągu nawoływała:

– No dalej! Co z wami? Trzeba powstrzymać powódź!

W tym momencie zjawiła się druga pielęgniarka oraz lekarz. Osaczyli ją i zrobili zastrzyk. Laura próbowała się bronić. Szarpała się i wymachiwała nogami, lecz po chwili opadła z sił. Wtedy zabrali ją na inną salę. Nigdy nie zapomnę spojrzenia, które rzuciła mi, zanim znikła za drzwiami. Spodziewałam się zobaczyć w jej oczach wściekłość, ale ujrzałam tylko rozczarowanie.

 

 

***

 

 

Nie widziałam Laury przez kilka kolejnych dni. Chociaż nigdy nie rozmawiałyśmy ze sobą, a ja nie wiedziałam o niej właściwie nic, było mi przykro z powodu tego, co ją spotkało. Doskonale zdawałam sobie sprawę, w jakim miejscu się znajdowałam. Miałam świadomość tego, dlaczego tu trafiłam. Gdyby każda z nas zachowywała się normalnie, na pewno nikt by nas nie zamknął w domu wariatów. Tyle, że to nie zmieniało faktu, że bardzo Laurze współczułam.

W końcu spotkałam ją w sali głównej. Siedziała skulona na krześle i spoglądała przez okno. Podeszłam do niej z wahaniem. Nie wyglądała dobrze. Opatuliła się grubym, szarym swetrem, chociaż temperatura w pomieszczeniu na pewno przekraczała dwadzieścia stopni Celsjusza. Gdy usiadłam naprzeciwko niej, zauważyłam, że zaciskała zęby. Jej twarz wyrażała napięcie oraz ogrom wysiłku, z jakim próbowała powstrzymać drżenie swojego drobnego ciała. Rozcierała palcami czerwoną, przekrwioną dłoń, próbując ją rozgrzać.

– Zimno ci? – zapytałam z troską.

– Nie – odparła z nienaturalnym spokojem. Nie obdarzyła mnie ani jednym spojrzeniem. Przez cały czas obserwowała świat zewnętrzny.

– Dlaczego boisz się wody? – W tym momencie zrozumiałam, nie powinnam zadawać tego pytania. Dziewczyna w końcu doszła do siebie, a ja przez drążenie tego trudnego tematu, mogłam doprowadzić do kolejnego ataku paniki. W ułamku sekundy dotarło do mnie, że popełniłam błąd. Co mnie do niej przywiodło? Ciekawość? Wyrzuty sumienia? Dlaczego jej słowa zrobiły na mnie aż takie wrażenie? Przestraszyłam się? Czego? Powodzi? Czy raczej tego, że skończę tak jak ona?

Trafiłam tu przez przypadek. Lekkie załamanie nerwowe. Nic wielkiego. Nawrzeszczałam na kierownika, po tym jak po raz kolejny obciął mi premię. Twierdził, że niewystarczająco angażowałam się w powierzone obowiązki. Od miesiąca nie wychodziłam z firmy przed dziewiętnastą. Zabierałam stosy dokumentów do domu i ślęczałam nad nimi przez cały weekend. Moje życie towarzyskie przestało istnieć, a ten drań wmawiał mi, że powinnam dawać z siebie jeszcze więcej. W końcu nie wytrzymałam napięcia i… wpadłam w furię! Wykrzyczałam mu prosto w twarz, co o nim sądziłam. Zrzuciłam na podłogę każdą, nawet najmniejszą rzecz, która znajdowała się na jego biurku, łącznie z laptopem. Następnie wybiegłam na korytarz i zaczęłam kopać, tłuc i niszczyć wszystko, co spotkałam na swojej drodze. Nie zwracałam uwagi na współpracowników, patrzących na mnie z przerażeniem. Czułam dziką satysfakcję. Na koniec ostentacyjnie trzasnęłam drzwiami. Drobiazg. Kilka tygodni i na pewno wrócę do domu. Wstałam, chcąc jak najszybciej znaleźć się w swoim pokoju.

– Bo w wodzie czają się potwory. –  Spojrzała na mnie wielkimi, niebieskimi oczami. Jej blada, zmęczona cera oraz brudne, poskręcane kosmyki włosów, sugerowały, że miała za sobą niezwykle trudne dni. Jej spokój i opanowanie przerażały mnie bardziej, niż ostatnie krzyki. Zachowywała się normalniej wtedy, gdy wrzeszczała, niż teraz, gdy siedziała bez ruchu i nie okazywała żadnych emocji. Z powrotem opadłam na krzesło.

– Jakie potwory? – Uśmiechnęłam się blado. Miałam nadzieję, że się przesłyszałam. Jednak Laura była śmiertelnie poważna.

– Ukryją prawdziwą twarz. Będą twierdzić, że chcą nam pomóc, więc wyciągniemy do nich ręce. W rzeczywistości przyniosą tylko cierpienie i ból. Pozbawią nas godności i niewinności. Zakłócą ustalony porządek, zburzą panujące zasady. W miejscu, w którym teraz czujemy się bezpieczne, zapanuje chaos i anarchia. Zniszczą wszystko, co mamy i… po cichu odejdą.

– O czym ty mówisz, Laura?! – Patrzyłam na nią z szeroko otwartymi oczami. Jej wypowiedź brzmiała tak niedorzecznie, że w żaden sposób nie mogłam jej odnieść do rzeczywistości.

– Nie wierzysz mi, prawda? Nikt mi nie wierzy… – Po jej policzkach zaczęły spływać łzy. Wtedy po raz pierwszy, przez ułamek sekundy, pomyślałam, że może ta smutna, nieszczęśliwa dziewczyna wcale nie była taka szalona.

– Muszę… muszę już iść… – Poderwałam się z miejsca i pospiesznie ruszyłam przez środek sali. Jednak po kilku krokach gwałtownie zwolniłam. Do moich uszu dobiegły dźwięki z zewnątrz. Szumiał wiatr. Pojedyncze krople uderzały o szybę. Odwróciłam się w stronę okna. Zaczął padać deszcz.

 

 

***

 

 

– Moje drogie, w tym tygodniu będziemy mieli gości. – Doktor Piotrowski zwrócił się do nas, nie kryjąc podekscytowania. – Odwiedzi nas profesor Grzybowski wraz z kilkoma studentami. Profesor słyszał wiele dobrego na temat działania naszego szpitala. Pragnie pobyć z nami przez kilka dni, przyjrzeć się z bliska pracy personelu… – W tym momencie zrobił krótką pauzę, odchrząknął, po czym kontynuował:

– Ale przede wszystkim, chciałby poznać was, moje drogie… Porozmawia z wami, oceni wasze postępy, spróbuje pomóc…Mam nadzieję, że wieloletnie doświadczenie i ogromna wiedza profesora Grzybowskiego przyczynią się do jeszcze sprawniejszego funkcjonowania oddziału…

Ziewnęłam. Nie miałam najmniejszej ochoty kogokolwiek przyjmować. Jedyne, czego pragnęłam, to spokoju. Zwłaszcza, że odkąd nastąpiło załamanie pogody i od kilku dni bez przerwy padało, nie spałam najlepiej. Budziłam się za każdym razem, gdy niebo przecinała błyskawica. Niemal podskakiwałam na łóżku, gdy kilka sekund później roznosił się potężny huk. Nigdy wcześniej nie reagowałam w ten sposób na odgłosy burzy. Zapadałam w głęboki, twardy sen, z którego niełatwo można było mnie wybudzić. Teraz czułam niepokój.

Spojrzałam na Laurę. Siedziała na krześle, jak zwykle skulona. Nie odrywała wzroku od podłogi. Wyglądała coraz gorzej. Pozbawiona energii, trwała w marazmie, niezdolna do wykonania jakiegokolwiek ruchu. Niewyobrażalnie smutna. Pozostałe dziewczyny w skupieniu wysłuchiwały przemówienia doktora Piotrowskiego. Siostra Dominika stała tuż za plecami lekarza, uśmiechała się radośnie. Od czasu do czasu kiwała potakująco głową.

Ponownie ziewnęłam. Chociaż brak snu dawał mi się we znaki, ze wszystkich sił starałam się skupić na słowach doktora. Wyprostowałam plecy i starałam się wytrwać w tej pozycji na niewygodnym i twardym krześle. W tym momencie, coś kapnęło mi na nos. Na policzek. Na czoło. Na włosy. Ostrożnie odchyliłam głowę do tyłu. Ogromna kropla spadła mi na powiekę. Mrugnęłam kilka razy, po czym ponownie spojrzałam w górę. Tuż nade mną znajdowała się wielka, ciemna plama. Sufit przemakał. Nie zdążyłam zareagować, kiedy gruba warstwa tynku zwaliła się wprost na moje uda. Woda chlusnęła z całym impetem, docierając do najmniejszego zakamarku mojego ciała. Siedziałam przemoczona i sparaliżowana. Nie potrafiłam określić, czy trzęsłam się bardziej z zimna czy przerażenia. Zdawałam sobie sprawę, że powinnam wstać, uciec, ruszyć się z tego przeklętego krzesła. Tyle, że nie mogłam. Po prostu nie mogłam.

Dopiero siostra Dominika wyrwała mnie z odrętwienia. Złapała moją rękę i pociągnęła do przodu. Rozejrzałam się po sali. Dziewczyny zerwały się ze swoich miejsc i uciekły przestraszone na korytarz. Siostra Marta biegła do mnie z ręcznikiem. Doktor Piotrowski, czerwony ze złości, krzyczał do słuchawki telefonu. Odszukałam wzrokiem Laurę. Nie była w ogóle zaskoczona tym, co się wydarzyło. Siedziała na krześle w niezmienionej pozycji, i tak, jak wcześniej, wpatrywała się w jeden punkt na podłodze.

 

 

***

 

 

Nie mogłam zasnąć. Przewracałam się z jednego boku na drugi. Zrzucałam kołdrę na podłogę, to znowu przykrywałam się nią aż po same uszy. Zza drzwi nie dochodziły żadne dźwięki. Na pewno wszystkie dziewczyny już spały. Siostry Marty również nie słyszałam, więc musiała minąć północ. Byłam przekonana, że nawet dyżurujące pielęgniarki ucinały sobie drzemkę w trakcie nocnej zmiany. Wcale się im nie dziwiłam. Sama chętnie bym zapadła w głęboki, zdrowy sen.

Usiadłam na łóżku. Bose stopy dotykały zimnej podłogi. Wstałam. Podeszłam do okna. Z powrotem opadłam na materac. Położyłam się na plecach i wpatrywałam się w sufit. Przykryłam nogi kołdrą. Wydawało mi się, że deszcz powoli ustępował. Jedynie pojedyncze krople uderzały delikatnie o rynnę. Wiatr się uspokoił. Mój oddech także się wyrównywał. Przymknęłam powieki.

– Ty także boisz się wody, co? – Usłyszałam zdecydowany, trzeźwy głos, zbyt hałaśliwy jak na panującą w nocy ciszę. Aż podskoczyłam. Moja współlokatorka, leżała na łóżku, odwrócona do mnie plecami. Od momentu, w którym zgasiłam światło w pokoju, ani razu nie zmieniła pozycji. Byłam przekonana, że cały czas spała.

– Nie wiem, o czym mówisz – wyjąkałam. Tak bardzo mnie wystraszyła, że nie miałam ochoty z nią rozmawiać. Podciągnęłam kołdrę pod samą szyję.

– Wierzysz Laurze, prawda? – odparła z irytującą pewnością siebie – wierzysz, że przyjdzie powódź…

– Nie, nie wierzę – wycedziłam przez zaciśnięte zęby. Czułam, jak rosła we mnie złość. Laura bredziła. Była szalona! Żaden potop nie przyjdzie! A to, że padało od kilku dni… zwykła, jesienna pogoda! Owszem, zarwał się sufit i zalała mnie woda, ale spowodowała to uszkodzona rura od kanalizacji. Nic nadzwyczajnego! Potwory? Bzdura! Laura była szalona! Chciałam to wszystko wykrzyczeć Sylwii, ale… wzięłam kilka głębokich wdechów… policzyłam do dziesięciu, a później do trzydziestu, do czterdziestu… i się opanowałam. Zamknęłam oczy. Naciągnęłam kołdrę, po same uszy.

 

 

***

 

 

 Po kolacji mogłyśmy spędzić trochę czasu w sali głównej. Dziewczyny rozsiadły się przed ekranem telewizora i włączyły swój ulubiony serial. Karina jak zwykle kłóciła się z Sylwią o to, która zajmie miejsce w wielkim, granatowym fotelu. Oczywiście wygrała Sylwia. Rozłożyła się wygodnie w miękkim siedzisku, po czym zarzuciła nogi na oparcie.

Nie przepadałam za tego typu rozrywkami. Właściwie to w ogóle nie oglądałam telewizji. W najbliższym czasie nie zamierzałam zmieniać swoich przyzwyczajeń. Ulokowałam się na długiej sofie, znajdującej się w rogu sali. Co prawda, siostra Dominika znajdowała się w dyżurce na wprost mnie i w każdej chwili była w stanie sprawdzić, co robiłam, ale tutaj przynajmniej mogłam cieszyć się namiastką samotności.

Laura, odkąd doznała ataku histerii unikała towarzystwa i większość czasu spędzała w swoim pokoju. Niewiele jadła, nie współpracowała z lekarzami. Całkowicie zamknęła się w sobie. Przestała walczyć. Czekała na to, co nieuniknione. Byłam przekonana, że ona po prostu się na nas zawiodła. Nie stanęłyśmy po jej stronie, gdy nas potrzebowała.

Nagle usłyszałam głuchy trzask. Nauczona doświadczeniem, spojrzałam w górę. Sufit wyglądał normalnie. Nie zauważyłam żadnych niepokojących przecieków. Trzask. Dźwięk dochodził raczej zza moich pleców. Odwróciłam się gwałtownie. Znajdowała się tam tylko goła ściana. Nic więcej. Minęłam sofę, po czym podeszłam do niej niepewnym krokiem. Przyjrzałam się jej z uwagą. Trzask. Dopiero wtedy dostrzegłam pęknięcie. Cienka, początkowo niewielka kreska, zaczęła rozgałęziać się we wszystkich kierunkach z zawrotną prędkością. Wyciągnęłam rękę, żeby dotknąć tej dziwnej linii. Pod opuszkami palców wyczułam, jak na zimnej płaszczyźnie wytworzyła się szczelina. Po chwili wypłynęła z niej woda. Początkowo sączyła się wąskim strumykiem, który już po chwili zmienił się w rwący potok. Cofnęłam dłoń i zrobiłam kilka kroków do tyłu. Spojrzałam na siostrę Dominikę. Była zajęta porządkami. Wkładała strzykawki i bandaże do górnej szafki. Chwilowo nie zwracała na mnie uwagi.

Rozejrzałam się po sali. Dziewczyny siedziały na swoich miejscach i nie odrywały wzroku od ekranu. Daria położyła głowę na oparciu kanapy i przysypiała. Natomiast Sylwia co chwilę wybuchała dzikim śmiechem. Dźwięki dobiegające z telewizora zagłuszały szum płynącej rzeki. Chciałam je zawołać. Powinny zobaczyć to samo, co ja. Jednak z jakiegoś powodu nie byłam w stanie wydobyć z siebie głosu.

Odskoczyłam do tyłu, gdy przezroczysta ciecz zalała moje stopy. Poczułam jej lodowaty chłód. W tym momencie ściana przypominała rwący wodospad. Woda zaczęła docierać do każdego zakamarka sali.

Ruszyłam w stronę korytarza. Musiałam odnaleźć Laurę.

W końcu Sylwia spojrzała w moją stronę. Zauważyła przerażenie wypisane na mojej twarzy i zerwała się z miejsca. Dopiero, gdy postawiła nogi na podłodze, zorientowała się, że dookoła nas wytworzył się olbrzymi akwen. 

Minęłam ją bez słowa. Za wszelką cenę musiałam porozmawiać z Laurą.

Wtedy ich zobaczyłam. Czterech mężczyzn. Na pierwszy rzut oka wyglądali całkiem normalnie. Krótko przystrzyżeni, w eleganckich butach i białych kitlach. Najstarszy z nich trzymał w ręku czarną, grubą księgę. Wytężałam wzrok, ale nie byłam w stanie dojrzeć tytułu, który lśnił na obwolucie złotą czcionką.

Przekroczyli próg oddziału, a teraz zmierzali korytarzem w naszą stronę. Stawiali niespieszne, choć zdecydowane kroki. Emanowali opanowaniem, spokojem i pewnością siebie. Nie potrafiłam oderwać od nich oczu. Przypatrywałam się im z rosnącym zainteresowaniem. Ich obecność działała na mnie odprężająco. Czułam, jak wcześniejszy strach powoli znikał. Jego miejsce zastępowała równowaga i harmonia.

Trzej mężczyźni podeszli do Sylwii i pozostałych dziewczyn, które przywitały ich, jak swoich wybawicieli. Wyciągały do nich ramiona, rzucały się im do nóg. Zachowywały się jak w euforycznym transie. Chociaż tonęły po kolana w wodzie, na ich twarzach malowało się szczęście i spełnienie.

Czwarty z nich zatrzymał się tuż przede mną. Obdarzył mnie ujmującym uśmiechem. Podał mi dłoń, a ja byłam gotowa ją przyjąć. Zrozumiałam, że znalazłam się w tym miejscu po to, by móc doznać jego łaski. Pragnęłam, by mnie prowadził.

Gdy skończył, poczułam chłód. Moje ciało przeszywało tysiące lodowatych ostrzy. Próbowałam cofnąć rękę, ale na to było już za późno. Uśmiech zniknął z jego twarzy, zastąpił go grymas dzikiej satysfakcji. Z rękawów białego kitla nie wystawały już dłonie, tylko wielkie, oślizgłe macki. Początkowo wyprostowana sylwetka, teraz wiła się spazmatycznych, zwierzęcych ruchach. Miałam przed sobą potwora.

Usłyszałam krzyki. Wołanie o pomoc. Błaganie o litość. Nieludzkie głosy rozpaczy. Nie miałam odwagi spojrzeć w tamtym kierunku. Osunęłam się na podłogę. Woda pochłonęła moje ciało. Nie mogłam oddychać. Nie chciałam oddychać.

Laura!

Laura!

Ona wiedziała! Ona jedna wiedziała! Ostrzegała nas! Na pewno schowała się gdzieś w bezpiecznym miejscu. Na pewno jej nie znaleźli. Resztkami sił dźwignęłam swoje obolałe kończyny i ruszyłam w stronę jej pokoju, który znajdował się na końcu korytarza. Kosztowało mnie to sporo wysiłku, ale ostatecznie udało mi się do niego dotrzeć. Z trudem łapałam powietrze. Zakręciło mi się w głowie. Przystanęłam, starając się opanować kołatanie serca. Gdy poczułam się odrobinę lepiej, wyciągnęłam rękę w stronę klamki. Wtedy zauważyłam, że spod jej drzwi wypłynęła woda.

Nadzieja umarła.

Weszłam do środka. Laura leżała się na łóżku w pozycji embrionalnej. Płakała. Chwilę trwało zanim znalazłam w sobie dość siły, żeby do niej podejść. Złapałam ją za drżącą dłoń i wyszeptałam:

– Przepraszam, że ci nie wierzyłam.

Nie widziała mnie. Obserwowała puste miejsce na cholernie pustej ścianie. Położyłam się przy niej i delikatnie przytuliłam.

Przymknęłam oczy. Wrzaski powoli ustępowały. Woda zaczęła opadać, wracała tam, skąd przybyła. Z minuty na minutę robiło się coraz ciszej. Gdy do moich uszu przestał dochodzić jakikolwiek dźwięk, zerknęłam w stronę drzwi. Potwory zmierzały w stronę wyjścia. Emanowały opanowaniem, spokojem i pewnością siebie.

Koniec

Komentarze

Widać delikatny problem z zapisem dialogów, ale poza tym tekst wydaje mi się dość poprawnie napisany. Możesz rzucić okiem tutaj, całkiem fajne rady odnośnie interpunkcji rozmów: https://www.fantastyka.pl/loza/14

Fabularnie fajna, ciekawa koncepcja, postać Laury obudowana odpowiednio dużą dawką tajemnicy, akcja dzieje się szybko i nie pozwala się znudzić. Nierealny wydaje mi się za to powód zamknięcia głównej bohaterki w szpitalu psychiatrycznym – nie jestem specjalistą w temacie, ale jeden taki atak to chyba za mało, aby kogoś umieścić u ośrodku, raczej co najwyżej wysłać na terapię.

Niemniej, opowiadanie sprawnie i dobrze napisane, rzucę polecajką do biblioteki. :)

Zostaw ten żyrandol.

Verus, dziękuję za komentarz oraz polecajkę do biblioteki! :-) Na pewno przyswoję sobie rady odnośnie interpunkcji w dialogach– fajnie, że zwróciłaś na to uwagę. Powód zamknięcia głównej bohaterki w szpitalu psychiatrycznym celowo jest taki nierealny:-) pozdrawiam

Dzień dobry. Przyszłam ponarzekać. :D

Trochę szkoda, że anarchiczny kalosz nie wystąpił osobiście ;) Chociaż może to i dobrze, bo powstało coś poważniejszego, może mniej chaotycznego…

W paru miejscach przecinków jest jakby za dużo lub są dziwnie rozmieszczone np. przy “tylko że” (ewentualnie to ja się nie znam, też jakaś opcja)

“Pragnęłam, by mnie prowadził. Gdy skończył, poczułam chłód.” Ten fragment wydaje mi się dziwny. Czy bohaterka “odpłynęła” i ocknęła się po jakimś czasie? Po prostu coś w tym przejściu zgrzyta

Żeby nie było negatywnie, to powiem, że czytało się przyjemnie i możliwość odczytania pewnych rzeczy jako metafory jest super

 

Wizytator, dziękuję za komentarz. Nie bolało:-) W tym fragmencie, który prztoczyłasz bohaterka absolutnie nie zemdlała, nic z tych rzeczy. To celowy zabieg. Chciałam pozostawić takie niedopowiedzenie. Pozdrawiam

Świetnie napisane opowiadanie. Wartka akcja, wciągająca fabuła, poza tym uwielbiam motywy psychiatryczne. Ze względu na to, że sama byłam trzy razy w psychiatryku, mogę podpowiedzieć coś. Lekarze nie zamkną kogoś wbrew jego woli, no chyba, że mowa już o próbie samobójczej, wtedy pacjent nie ma już nic do gadania. Dlatego, dla wiarygodności, warto by zmienić rzeczywiście powód zamknięcia bohaterki. Inaczej w przypadku nieletnich – to rodzic umieszcza dziecko w szpitalu, bez względu na jego zgodę.

Fishandchips, dziękuję za komentarz. Verus także zwróciła uwagę na nierealny powód umieszczenia bohaterki w szpitalu. Tyle, że on miał być taki nierealny, absurdalny. Ona nie była szalona:-) pozdrawiam

Tekst mnie zaciekawił, umiejętnie budowałaś napięcie, przekonała mnie ta groza czająca się w wodzie – nie przekonało mnie za to zakończenie, chyba oczekiwałem czegoś innego, innego rodzaju potworności czy dziwności, ale to mój subiektywny odbiór. 

Czytało mi się dobrze, nie zauważyłem powtórzeń – może za wyjątkiem ułamka sekund :) – a jeśli chodzi o błędy nie mam tak wprawnego oka jak inni, bardziej doświadczeni. Powód pobytu narratorki w zakładzie mało prawdopodobny, mogła tego kierownika np. okładać słuchawką od telefonu albo coś. :P 

Rozwinął bym też ostatni fragment, kiedy przychodzą ci faceci z księgą, może połączył to jakoś z zapowiadaną wizytacją? 

Gekikara, dziękuję za komentarz. Oczywiście te potwory, które przychodzą to profesor, którego zapowiadał dyrektor szpitala:-) pozdrawiam

Przyczepię się tylko do trzech rzeczy:

 

Z powrotem opadłam się na materac.

To “się” zupełnie niepotrzebne.

 

Ulokowałam się na długiej sofie (…) Minęłam sofę (…)

Trochę mi ten fragment zgrzyta. Wynika z niego, że bohaterka usiadła (lub też się położyła, co kto woli), po czym nagle mija sofę, tak jakby stała. Z tym, że nigdzie nie jest wspomniane, że wstawała. Sugerowałabym się nad tym zastanowić ;)

 

Gdy skończył, poczułam chłód.

Wiem, że było to już wspomniane. Niedopowiedzenia w tekstach akceptuję, lubię i szanuję… Ale mimo wszystko – co “skończył”? Podał jej dłoń i skończył? Jest to trochę niezrozumiała konstrukcja.

 

Jak też już było wspomniane, sposób zapisu dialogów do dopracowania. No i sugerowałabym przyjrzeć się przecinkom albo poprosić o to kogoś, bo w paru miejscach ich brakuje albo są nie tam, gdzie potrzeba.

Zakończenie rzeczywiście pozostawia niedosyt. Natomiast całość czytało się dobrze, masz przyjemny styl ;)

Spodziewaj się niespodziewanego

NaNa dziękuję za komentarz. Cenię wszelkie uwagi. Przyjrzę się temu na co zrwóciłaś uwagę. Pozdrawiam

Hej!

Porządne opowiadanie. :) Przede wszystkim szybko wprowadzasz akcję, a później fabuła biegnie do przodu bez zbędnych dłużyzn, nie miałem kłopotów ze zrozumieniem, co chcesz przekazać czytelnikowi. I wiem, że konkurs może w pewnym stopniu “narzucać” takie opowiadania, to znaczy dziwne, niezrozumiałe, oderwane od rzeczywistości, po prostu absurdalne. Dla mnie jednak, to wszystko nadal musi być zrozumiałe. To znaczy muszę rozumieć, co czytam, żebym miał satysfakcję z lektury. Twoje opowiadanie jest rzeczowe i przywołuje mi na myśl szereg całkiem dobrych thrillerów czy też horrorów.

Pozdrawiam.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Darcon, dziękuję za komentarz! To bardzo miłe. Pozdrawiam

Nowa Fantastyka