- Opowiadanie: DonPatch - Bezsenne Mokradła

Bezsenne Mokradła

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Bezsenne Mokradła

 

-

Miejsce, czas, wymiar czy rzeczywistość. Nic z tych pojęć nie ma i nigdy nie miało znaczenia. Było jedynie kłamliwym, pseudolo-gicznym wyjaśnieniem naszej własnej głupoty. Żałosną próbą znalezienia klucza do rozwiązania tej, przedziwnej zagadki zwanej życiem. Dziwne, pomyśleć, że jeszcze kilka dni temu, sam byłem tym nic nieznaczącym elementem. I tak jak wielu z ogółu, jeżeli nie tak jak wszyscy, podążałem szlakami, które przetarte od dawien dawna, wyznaczały granice normalności, prawości i rzekomego człowieczeństwa. Nie ma na tym świecie człowieka, który pełen odwagi, gotów jest powiedzieć, ja jestem ten prawdziwy, ja jestem tym, którego możecie nazywać wzorem do naśladowania. A jeżeli ów śmiałek się zgłosi i pokaże swoje oblicze, wyśmiać go i łajnem końskim obrzucić. Nie zamierzam jednak starać się o miano tego pierwszego. Nie taki mój cel. Trudno byłoby mówić o celach i ambicjach w mojej aktualnej pozycji. Czy nawet, ośmieliłbym się powiedzieć, superpozycji. To co ja teraz postrzegam, a to co teraz ty postrzegasz, to kompletnie inna wizja. A gdybym chociaż spróbował ci opisać czy pokazać, niechybnie byś w obłęd popadł. Chciałbym jedynie opowiedzieć jak poprzez niemożliwe i niesamowite, udało mi się dotrzeć do krainy bezsennych mokradeł.

 

I

Jak już wcześniej udało mi się wspomnieć, byłem jednym z was. Należałem do tej samej rodziny, rodzaju czy gatunku. Nie ma większego znaczenia systematyka w tak prostym i nieskomplikowanym kontekście. Jako zwykły i przeciętny przedstawiciel homo sapiens, oddawałem się zajęciom błahym, prostym i zdecydowanie nudnym. Nauka podstawowych elementów behawioralnych, edukacja wczesnowiekowa, przysposobienie zawodowo-kulturowe, a potem praca materialno-zarobkowa, aż do samego końca tego smutnego spektaklu, zwanego śmiercią. Pomyśleć, iż tak niewielu z nas; was, postanowiło przełamać schemat tej parodii prawdziwego istnienia. Możliwe nawet, że jestem jedyny. Trudno jednak byłoby mi to stwierdzić, gdyż pomimo tego co czuję i rozumiem, dalej nie poznałem wszystkich sekretów. Logiczne myślenie to zdecydowanie ludzka sprawa, a ja już dawno obmyty z tych grzechów, delektuję się innymi, o wiele bardziej wyrafinowanymi smakołykami.

 

Pomijając zbędne okresy mojego życia, skupię się teraz na ostatnich dwóch miesiącach, które okazały się krytyczne dla mojego własnego ja. Nie ma większego sensu opisywanie przeszłości, która i tak jest już wystarczająca nieistotna. Wszystko zaczęło się dokładnie w moje trzydzieste trzecie urodziny, a tak dokładniej w nocy, kiedy to oddałem się objęciom Morfeusza. Podczas odpoczynku doznałem czegoś, czego nigdy wcześniej nie doświadczyłem. Musicie coś zrozumieć. Cierpiałem na bardzo dziwną przypadłość, która spowodowała u mnie brak jakichkolwiek marzeń sennych. Nie wiedziałem jak to jest śnić o dalekich krainach, zamglonych obrazach przeszłości, czy o ukochanych i tych których nienawidziłem. Dla jednych zgroza i zdziwienie, lecz dla mnie była to całkowita normalność. Dlatego też, kiedy po raz pierwszy w życiu zobaczyłem coś co nie istniało, zdziwiłem się przeraźliwie. Nie pamiętam już dokładnie co widziałem, jednak jestem pewien czego to było częścią. Miałem się o tym przekonać, gdyż następne tygodnie należały do tych, jakże dziwnie to zabrzmi, transformujących.

 

II

Pierwsze obrazy poczęły się zapisywać w moim umyśle już po kilku dniach. Znajdowałem się tam, fizycznie, lecz moje ciało było dziwnie przeźroczyste. Tak, jakbym był pół człowiekiem, pół zjawą. Dotykając swoich fizjognomii, potrafiłem stwierdzić swoje istnienie, lecz za każdym razem gdy przestawałem dotykać swojego ciała, czułem jak tracę coś wewnątrz. Pewną część siebie, nieokreśloną i nienazwaną. Z początku było to uczucie straszliwie niepokojące, ale po kilku następnych marzeniach, zrozumiałem, iż było to niezbędne. Będąc tak transparentny, odleciałem z szarych i pustych wizualizacji własnej porażki. Kolory mieszały mi się przed oczami, a zmęczony trudami dnia umysł, miał wiele problemów ze zrozumieniem tego co się dzieje. Barwne zorze wybuchające na wszelkie możliwe sposoby wypełniały wszystko wokół mnie. Ich gwiezdny pył dotykał mnie, jak i przenikał przez niepełne ciało. Chciałem by chwila ta trwała wiecznie, niestety nie byłem jeszcze wtedy gotów na koniec spektaklu.

 

Niecierpliwie oczekiwałem nadejścia kolejnych wizji, niczym niewinne dziecko, które wypatruje prezentów na Boże Narodzenie. Każdej nocy wypełniała mnie ekscytacja. Czasem nawet byłem za bardzo podniecony i przez to nie potrafiłem zasnąć. Wiele razy zdarzało się tak, iż pomimo dużych, jak nie, ogromnych oczekiwań, nie zdarzało się absolutnie nic i rankiem obudziłem się pełen żalu i zawiedzenia. Tego typu poranki, o ile nie całe dnie, należały do najbardziej depresyjnych i przygnębiających. Z trudem dawałem radę. Niczym po jednej dawce najczystszej heroiny, uzależniłem się niebezpiecznie od tego przecudownego narkotyku, jakim były marzenia senne.

 

Nie musiałem długo czekać na kolejną przygodę. Zmęczony po ciężkim i okrutnym dniu, położyłem się w wygodnym łóżku. Tracąc nadzieję na to, iż znowu będę marzyć w snach niesamowitych, zasnąłem, by zaraz po tym znowu otworzyć oczy. Otworzyć nie po to, by przywitać kolejny szary i zły dzień, lecz po to by pojawić się tam, w krainie snów. Intensywne barwy były dalej obecne, lecz teraz, oddalone nad moją głową, jedynie kolorowały nieboskłon na te prawdziwe jak i magiczne kolory. Nieopisywalne odcienie żółtego, który mieszając się ze srebrnym, czarnym i białym, dawały wrażenie głębi. Czerwony, tym razem połączony z niebieskim i brązowym nadał ciepłą, lecz orzeźwiającą bryzę świetlnego pobłysku. Opisy te, są jedynie marnymi zalążkami potęgi, która panowała w tym miejscu. Ku mojemu zdziwieniu, otrzymałem możliwość poruszania się. Swoimi dolnymi kończynami, przebierałem jak zwykłem podczas prawdziwej egzystencji. Odwrotnie do rzeczywistości, kroczyłem nie na drodze, ulicy czy w domu, ale we mgle. Gęstej niczym plazma i białej niczym śnieg. Gdybym tylko mógł poruszyć rękoma, złapałbym te obłoki pary skondensowanej i przytulił, ocieplając zmarzłe i wycieńczone ciało. Delikatnie naciskając bosymi stopami o miękkie i ciepłe podłoże, czułem ulgę i rozkosz, jakiej nigdy nie doznałem. Nie wiedziałem dokąd szedłem, nie zależało mi na tym. Nie istniało wtedy poczucie celu czy mijającego czasu. Narkotyzowałem się samą czynnością chodzenia. Było to coś pięknego, wiedziałem już wtedy iż miejsce to jest idealne, a ja należałem do niego.

 

Kolejne tygodnie mijały podobnie. Rutyna pracy i życia panowała za dnia, lecz gdy tylko świetlisty gigant, zanurzył się pod horyzontem, uwalniając świat od swego słonecznego blasku, następowało panowanie ciemności nocy. Podczas tych rządów, miał miejsce pewnego rodzaju rzut monetą i w zależności od wyniku, mój umysł wędrował do magicznych krain lub zapadał się w bezkształtną nicość. Zawsze był to tylko i wyłącznie łut szczęścia. Nie istniał żaden sposób na wywołanie ich czy chociaż na zwiększenie szansy pojawienia się. Gdy się już ukazywały, kroczyłem szczęśliwy ścieżkami zapomnianych miejsc. Jednak, gdy otwierałem oczy, by zostać szyderczo przywitany przez brudny sufit, łzy ciekły mi po policzkach. Jednego byłem pewien, za każdym razem wizja senna była podobna, lecz czułem, iż znajduję się coraz bliżej rozwiązania.

 

III

Nadejście zimy było równoznaczne z nadejściem grozy. Niespodziewanie, senne przygody zaniknęły, ukrócone długą i czarną krechą przestały się pojawiać. Próbowałem to sobie tłumaczyć na wiele sposobów. Zmiana pory roku. Wydłużenie nocy, za czym idzie utrata równowagi dnia. A może błędne ułożenie gwiazd. Wszystko to było możliwe, lecz najbardziej racjonalne w moim mniemaniu było to, iż miałem po prostu niefortunne szczęście i moneta za każdym razem wskazywała na stronę wyznaczającą brak snów. Przecież szanse nie zwiększają się z każdą kolejną porażką. Było to tylko głupie i naiwne złudzenie Aleksego Iwanowicza, bądź paradoksu hazardzisty. Przekonany o takiej możliwości zasypiałem w strachu i budziłem się zlany potem, przerażony dalszą egzystencją.

 

Jednak, ku zdziwieniu mojego umysłu, mojej duszy i mojego ciała, nadeszła w końcu wyczekiwana chwila. Tak jak już zawsze, zmęczony i wyczerpany położyłem się spać. Nie oczekiwałem niczego, lecz los postanowił dać mi szansę. Przerażony, nie otworzyłem oczu. Ciepło, które biło od podłoża znaczyło tyle, iż nie mogłem znajdować się we własnym domu. Przełamując strach przed normą i tym co widzę każdego poranka, rozwarłem oczy. Tak bardzo utęsknione barwy mieniły się na niebie, a delikatny, orzeźwiający wiaterek wypełniał moje ciało nadzieją. Wstałem i rozejrzałem się wokół siebie. Mgła cały czas się tutaj znajdowała, lecz miałem wrażenie, iż w jednym miejscu rozstępuje się, w pewnego rodzaju tunel. Musiałem się uważnie przypatrzeć by upewnić się, iż nie jest to tylko przywidzenie. Jak bardzo musiałem wtedy niedorzecznie brzmieć, by kwestionować prawdziwość abstrakcyjności.

 

Ciekawość zamieniła się w strach, ekscytacja w niepewność, a ciepłe i przyjemne podłoże zaczęło parzyć moje stopy z każdym krokiem. Szedłem przez mgłowy tunel, lecz zamiast oczekiwać pięknych widoków, obawiałem się o własne bezpieczeństwo. Wszystko wydawało się tak realne, jakbym już dawno nie śnił, a znajdował się gdzieś na prawdziwych mokradłach. Przyjemny powiew wiatru stał się zimny do tego stopnia, iż gęsia skórka nie przestawała doskwierać ani na sekundę. Cisza, wcześniej tak bardzo niedostrzegalna, stała się teraz dziwnie niekomfortowa. Próbowałem oddychać głośniej, lecz moje przeźroczyste ciało nie wydawało żadnych dźwięków. Kiedy tak przemierzałem mgłę, do głowy przyszła mi pewna myśl, a co jeśli oprócz snów, byłem też narażony na koszmary?

 

W pewnym momencie podmokłe podłoże zamieniło się w drewnianą podłogę. Kolorowe niebo zostało zastąpione dobrze mi znanym widokiem szarego, brudnego i pełnego zacieków sufitu. Nie widziałem niczego wokół. Mgła zasłaniała wszelkie dostępne dla mojego wzroku obrazy. Miałem jednak nieodmowne wrażenie, iż znajduję się we własnym domu. Czułem ból i rozpacz, samotność i niezrozumienie. Czułem jak bardzo mój własny dom, jest moim własnym więzieniem. Nie chciałem się tam już znajdować. Przyspieszając kroku, stanąłem na zimnym i stalowym podłożu. Opary wokół mnie stały się o wiele cięższe i gęstsze. A przytłaczające wrażenie klaustrofobicznej klatki złapało mnie za serce. Z nadzieją na inny widok nade mną, zwróciłem głowę do góry, by zobaczyć głęboką i nieprzeniknioną ciemność. Zdawała się być oddalona o całe nieskończoności, lecz ja czułem jej bliskość. Czułem dziwną i tajemniczą siłę znajdującą się w niej. Zacząłem biec, starałem się dalej podążać wyznaczoną ścieżką, lecz zadanie to stawało się coraz trudniejsze. Miałem wrażenie, iż słyszę dobrze mi znane głosy. Mojego szefa, kolegów z pracy, sąsiadów jak i utraconej rodziny. Wszyscy śmiali się i szydzili ze mnie. Z tego kim byłem, kim jestem i kim się stawałem z każdym dniem. Gorące łzy ciekły po twarzy, a ja starałem się uciec z tego koszmaru.

 

Podłoże zniknęło, stal została zastąpiona przez ciemność, a ja przestałem odczuwać cokolwiek. Była już nade mną jak i pode mną. Niczym w szczękach wielkiej bestii, czekałem na finalne zaciśnięcie się kłów. Ludzkie głosy zniknęły, lecz zamiast ciszy, począłem słyszeć własne myśli. Ogłuszające i przytłumiające, uderzały mnie ze wszystkich stron. Mgła w tym miejscu była jak lawina. Nie potrafiłem zobaczyć własnej ręki, nawet jeśli trzymałem ją przed oczami. Zdawało mi się, że oślepłem, że tracę wszystkie zmysły i zamieniam się w obłąkanego wariata. Stawiałem krok za krokiem, niestety wrażenie, iż stoję w miejscu nie pozwalało mi na przyspieszenie. W pewnym momencie mgła, ta biała i gęsta, zaczęła nagle czernieć. Niczym zakażona przez okrutny bakcyl, ropiała i gniła na moich oczach. Próbowałem odsuwać tę degradację jak tylko to było możliwe. Lecz w końcu przegrałem. Ogarnęła mnie ciemność, a ja już miałem się poddać. Podniosłem jednak głowę, jakbym chciał z dumą ogłosić swoje orędzie i postanowiłem się nie poddać. Nie zamierzałem wracać do koszmaru, nie zamierzałem przeżywać swojego i tak marnego życia. Miałem dość tej marności, a jedyna opcja wyboru, zdawała się właśnie oczekiwać na moją decyzję. Ruszyłem przed siebie, by następnie zaniknąć w ciemności na zawsze.

 

Po krótkiej chwili, nadszedł w końcu ten moment. Pojawił się, oczekiwany przez każdy element mojego własnego ja. Byłem już gotów. Gotów na to co przygotował dla mnie wszechświat. Na te wszystkie niemożliwe i niepojmowalne fenomeny wirtualnych wymiarów nieegzystencjalnych. Miałem się stać częścią kosmosu i zasiąść na tronie zapomnianych. Cała wiedza, ta logiczna i racjonalna, jak i ta mistyczna i niezrozumiała, miała teraz stanąć przede mną otworem. Nie byłem świadom potęgi która na mnie czekała, lecz byłem świadom samego siebie. W tamtym momencie zapomniałem o całym realnym świecie i pozwoliłem się ponieść siłom nieznanym. Nie potrzebowałem już ani liny, ani stołka, paczki tabletek czy stalowego narzędzia. W końcu udało mi się odejść na zawsze. W niebycie i zapomnieniu, w transcendencji i omnipotencji, w bólu i rozpaczy. Dotarłem w końcu do bezsennych mokradeł.

 

 

Koniec

Komentarze

Żałosną próbą znalezienia klucza do rozwiązania tej, przedziwnej zagadki zwanej życiem.

Ten przecinek po “tej” chyba nie pasuje. Bardzo dużo używasz przecinków i form, które przeciągają czytanie. Dobrze, ale niech będzie z umiarem.

 

Miałem się o tym przekonać, gdyż następne tygodnie należały do tych, jakże dziwnie to zabrzmi; transformujących.

Przed “transformujących” przecinek zamiast średnika.

 

pełen żalu, i zawiedzenia.

Bez przecinka przed “i”.

 

Gęstej niczym plazma

Nie każda plazma jest gęsta. Plazma to tylko stan materii, w pełni zjonizowany gaz. Gęstość plazmy może być różna.

 

na wiele sposób.

Na wiele sposobów.

 

Dość chaotyczne opisy w tym opowiadaniu, ale to na plus, pokazuje złożone i poplątane ludzkie myśli. Ogólnie to życie, chciałbym móc to mówić dłużej niż tylko teraz, nie jest takie ponure jak to przedstawiłeś, ale niestety są też ludzie, których życie jest jeszcze bardziej ponure niż tu. Na pewno opowiadanie dało do myślenia.

 

Jako zwykły i przeciętny przedstawiciel Homo Sapiens, oddawałem się zajęciom błahym, prostym i zdecydowanie nudnym. Nauka podstawowych elementów behawioralnych, edukacja wczesnowiekowa, przysposobienie zawodowo-kulturowe, a potem praca materialno-zarobkowa, aż do samego końca tego smutnego spektaklu, zwanego śmiercią. Pomyśleć, iż tak niewielu z nas; was, postanowiło przełamać schemat tej parodii prawdziwego istnienia.

Ten fragment uderza, jak łatwo zrobić ze swojego życia bezsensowną egzystencję.

Sagitt, dziękuje za twój komentarz, jak i opinie dotyczące opowiadania. Jestem świadom wielu błędów, które uciekły mojemu oku podczas edycji. Nie jestem jednak pewien, czy istnieje szansa na poprawienie ich kiedy to już opowiadanie zostało opublikowane. Niemniej jednak, mam nadzieję, że te drobne wpadki nie psują całokształtu jak i przekazu. Pozdrawiam.

 No cóż, tak już mam, że nie potrafię wykrzesać w sobie zainteresowania dla cudzych snów, a w Bezsennych mokradłach, które zdały mi się bardzo monotonne, mało ciekawe i mocno nużące, niestety, nie znalazłam nic, co mogłoby zmienić moje podejście do tego tematu.

Do nie najlepszego odbioru przyczyniło się też wykonanie, pozostawiające sporo do życzenia.

 

Jestem świadom wielu błędów, które uciekły mojemu oku podczas edycji. Nie jestem jednak pewien, czy istnieje szansa na poprawienie ich kiedy to już opowiadanie zostało opublikowane.

Do dnia zakończenia konkursu opowiadania można edytować.

 

 

Było je­dy­nie kłam­li­wym, pseu­do-lo­gicz­nym wy­ja­śnie­niem… ―> Było je­dy­nie kłam­li­wym, pseu­dolo­gicz­nym wy­ja­śnie­niem

 

rze­ko­me­go czło­wie­czeń­stwa. Nie ma na tym świe­cie czło­wie­ka, który pełen od­wa­gi, gotów jest po­wie­dzieć, ja je­stem ten praw­dzi­wy, ja je­stem tym któ­re­go mo­że­cie na­zy­wać czło­wie­kiem… ―> Czy to celowe powtórzenia?

 

Nie za­mie­rzam jed­nak sta­rać się na miano tego pierw­sze­go. ―> Nie za­mie­rzam jed­nak sta­rać się o miano tego pierw­sze­go.

 

Cięż­ko mówić by było o ce­lach… ―> Trudno byłoby mówić o ce­lach

 

Czy nawet, ob­śmiał­bym się po­wie­dzieć, su­per­po­zy­cji. ―> Na czym polega obśmianie się mówienia? Czy na pewno miałeś na myśli obśmianie się?

 

A gdy­bym cho­ciaż spró­bo­wał Ci opi­sać… ―> A gdy­bym cho­ciaż spró­bo­wał ci opi­sać

Zaimki piszemy wielką literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

 

Jako zwy­kły i prze­cięt­ny przed­sta­wi­ciel Homo Sa­piens… ―> Jako zwy­kły i prze­cięt­ny przed­sta­wi­ciel homo sa­piens

Za SJP PWN: homo sapiens  1. «człowiek jako istota zdolna do myślenia refleksyjnego» 2. «gatunek ssaków z rodziny człowiekowatych, do którego zalicza się człowiek współczesny»

 

Moż­li­wym nawet, że je­stem je­dy­nym. ―> Moż­li­we nawet, że je­stem je­dy­ny.

 

Nie­cier­pli­wie ocze­ki­wa­łem na­dej­ścia ko­lej­nych wizji, ni­czym nie­win­ne dziec­ko, które ocze­ku­je pre­zen­tów… ―> Powtórzenie.

 

Tego typu po­ran­ki, o ile nie­ca­łe dnie… ―> Tego typu po­ran­ki, o ile nie­ ca­łe dnie

 

Nie wie­dzia­łem gdzie sze­dłem… ―> Nie wie­dzia­łem dokąd sze­dłem

 

uwal­nia­jąc świat od jego sło­necz­ne­go bla­sku… ―> …uwal­nia­jąc świat od swego sło­necz­ne­go bla­sku

To był blask świetlistego giganta, nie świata.

 

na­stę­po­wa­ło pa­no­wa­nie ciem­no­ści nocy. Pod­czas tych rzą­dów, na­stę­po­wał pew­ne­go ro­dza­ju rzut mo­ne­tą i w za­leż­no­ści od wy­rzu­co­nej stro­ny… ―> Powtórzenia.

 

nie mo­głem znaj­do­wać się we wła­snym domu. Prze­ła­mu­jąc wła­sny strach… ―> Powtórzenie.

 

w tym samym miej­scu, lecz mia­łem wra­że­nie, iż w jed­nym miej­scu roz­stę­pu­je się… ―> Powtórzenie.

 

Cisza, wcze­śniej tak bar­dzo nie do­strze­gal­na… ―> Cisza, wcze­śniej tak bar­dzo niedo­strze­gal­na/ niezauważalna

 

Prze­mie­rza­jąc tak mgłę, do głowy przy­szła mi pewna myśl… ―> Czy dobrze rozumiem, że pewna myśl przemierzała mgłę, aż przyszła do głowy?

Pewnie miało być: Kiedy tak prze­mie­rza­łem mgłę, do głowy przy­szła mi pewna myśl

 

sta­ra­łem się dalej po­dą­żać za wy­zna­czo­ną ścież­ką… ―> …sta­ra­łem się dalej po­dą­żać wy­zna­czo­ną ścież­ką

 

za­da­nie to sta­wa­ło się coraz to trud­niej­sze. ―> Dwa grzybki w barszczyku. Wystarczy: …za­da­nie to sta­wa­ło się coraz trud­niej­sze.

 

Pod­nio­słem jed­nak głowę do góry… ―> Masło maślane – czy można podnieść coś do dołu?

 

W końcu udało mi odejść na za­wsze. ―> Chyba miało być: W końcu udało mi się odejść na za­wsze.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

regulatorzy, poprawiłem opowiadanie i usunąłem zbędne powtórzenia. Dziękuje za twoją redakcję, szkoda, że tekst nie trafił w twoje gusta.

Bardzo proszę. Cieszę się, że uwagi uznałeś za przydatne.

Mam nadzieję, że Twoje kolejne opowiadania sprawią mi więcej przyjemności. ;)

 

DonPatch – jak się odmienia Twój nick?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Myślę, że “pseudolo-giczne” wygląda naciąganie. Chyba powinno być bez tej pauzy w środku, ale strona podstępnie podzieliła wyraz w komentarzu i dałeś się zwieść. Proszę mnie poprawić, jeśli się mylę.

 

Nie ma na świecie człowieka, który pełen odwagi, gotów jest powiedzieć, ja jestem ten prawdziwy, ja jestem tym, którego możecie nazywać wzorem do naśladowania.

Brakuje mi tu cudzysłowu ujmującego, co ów śmiałek gotów byłby powiedzieć, przez co całe zdanie jest trochę trudne w odbiorze.

 

Należałem do tej samej rodziny, rodzaju czy gatunku.

Wydaje mi się, że lepiej “i” zamiast “czy”. Ostatecznie mówimy o jednym i tym samym gatunku, a nie o kilku.

 

Pomyśleć, iż tak niewielu z nas; was (…)

Zamiast średnika użyłabym tu raczej półpauzy.

 

Nie ma większego sensu opisywanie przeszłości, która i tak jest już wystarczająca nieistotna.

Literówka, powinno być “wystarczająco”.

 

Podczas odpoczynku doznałem czegoś (…) Musicie coś zrozumieć.

“Musicie coś zrozumieć.” przeniosłabym do następnego akapitu, żeby było czytelniej.

 

Dotykając swoich fizjognomii (…) lecz za każdym razem, gdy przestawałem dotykać swojego ciała (…)

Wydaje mi się, że fizjognomia, jako wygląd czegoś – parafrazując słowniki – raczej ma liczbę pojedynczą niż mnogą, a więc “swojej”, nie “swoich”. No i mamy powtórzenie.

 

(…) iż pomimo dużych, jak nie, ogromnych oczekiwań (…)

“iż pomimo dużych, jeśli nie ogromnych, oczekiwań” wyglądałoby lepiej. Nie wspominając już, że przecinek znalazł się w niewłaściwym miejscu.

 

(…) kroczyłem nie na drodze, ulicy czy w domu (…)

“po drodze”

 

Delikatnie naciskając bosymi stopami o miękkie i ciepłe podłoże (…)

“na podłoże”

 

(…) świetlisty gigant, zanurzył się pod horyzontem (…)

Przecinek po “gigancie” zbędny. Poza tym, może “za horyzontem”.

 

Jednego byłem pewien, za każdym razem wizja senna była podobna, lecz czułem, iż znajduję się coraz bliżej rozwiązania.

Po “Jednego byłem pewien” dwukropek nadałby trochę przejrzystości. I rodzi się pytanie: jakiego rozwiązania? Fragment trochę niejasny.

 

Przerażony, nie otworzyłem oczu. (…) rozwarłem oczy.

Powtórzenie. Zamień drugie “oczy” na “powieki” – zlikwidujesz powtórzenie i zarazem ten dziwny zwrot z rozwieraniem oczu.

 

Kiedy tak przemierzałem mgłę, do głowy przyszła mi pewna myśl (…)

Po tej “myśli” znowu dałabym dwukropek, żeby było bardziej przejrzyście.

 

Zdawała się być oddalona o całe nieskończoności (…)

“całą nieskończoność”? Choć w tym wypadku to tylko delikatna sugestia do rozważenia, wydaje mi się, że tak lepiej by brzmiało.

 

Generalnie sugerowałabym przyjrzeć się interpunkcji albo kogoś o to poprosić. Sporo masz tu przecinków w niewłaściwych miejscach, zupełnie niepotrzebnych albo znowu brakujących. Niemniej ciekawie się czytało. Fajna stylizacja, trochę mi się skojarzyło z niektórymi opowiadaniami Poego. A zakończenie z Lovecraftem :)

Spodziewaj się niespodziewanego

Nowa Fantastyka