- Opowiadanie: tomaszg - Loża

Loża

Opo­wia­da­nie na­wią­zu­ją­ce do hasła “In­te­li­gent­na in­wer­sja”.

Nie miał mi kto be­to­wać; mam jed­nak na­dzie­ję, że spo­sób in­ter­pre­ta­cji hasła i na­wią­za­nia w tek­ście spo­wo­du­ją, że ewen­tu­al­ne dro­bia­zgi tech­nicz­ne nie będą do­kucz­li­we.

Na­wią­za­nia w tek­ście czę­sto i gęsto nie są takie, na jakie po­cząt­ko­wo wy­glą­da­ją (i ab­so­lut­nie nie chcia­łem ni­ko­go ura­zić)

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Loża

Nie­dzie­la

– Czy ża­łu­je pan swo­ich czy­nów?

– Tak – od­par­łem w małym ob­skur­nym po­ko­iku z po­dra­pa­ny­mi ścia­na­mi, gdzie sie­dzia­łem przed ko­mi­sją re­wi­zyj­ną.

– Tak? – Ko­bie­ta z dru­giej stro­ny stołu ścią­gnę­ła brwi w szcze­rym zdu­mie­niu.

– To po­praw­na od­po­wiedź, nie­praw­daż?

– Czy pró­bu­je pan nas zde­ner­wo­wać? – wtrą­cił prze­wod­ni­czą­cy.

– Skąd­że znowu. Mówię tylko to, co chce­cie usły­szeć, że­by­ście mogli chro­nić swoje tyłki i wy­pu­ścić mnie ze spo­koj­nym su­mie­niem.

– Li­czy­my na skru­chę.

– Tak dzia­ła sys­tem? Wy­gry­wa­ją naj­lep­si ak­to­rzy? Aż strach po­my­śleć.

– Pisał pan nie­po­praw­ne tek­sty i wy­wo­łał szok u naj­bar­dziej za­słu­żo­ne­go człon­ka loży rzą­do­wej.

– Wie­dzia­łem, że eks­ce­len­cja udaje. Od kilku lat robi wszyst­kich w ba­lo­na i gra pod pu­blicz­kę, i nawet w domu opo­wia­da takie he­re­zje, że samo my­śle­nie o nich za­słu­gu­je na pobyt w psy­chia­try­ku.

– A nie przy­jął pan, że to ele­ment gry po­li­tycz­nej?

– To bym za­uwa­żył. Mie­li­śmy kon­takt osiem go­dzin na dobę. A jeśli cho­dzi o upodo­ba­nia eks­ce­len­cji…

– Za­mknij się. – Prze­wod­ni­czą­cy stra­cił cier­pli­wość. – Mamy za dużo uwię­zio­nych. Ale bądź­my szcze­rzy: jeśli pod­sko­czysz komuś na ulicy, za­ko­sisz tacę z pu­blicz­nej sto­łów­ki, zła­miesz cho­ciaż jedną za­sa­dę, któ­rej nawet nie pa­mię­tam, to za­par­ku­jesz tu tyłek na ko­lej­ne czte­ry mie­sią­ce. Daruj sobie skru­chę. Czy wy­trzy­masz czte­ry dni bez afery?

– Tak. – Kiw­ną­łem głową, udzie­la­jąc od­po­wie­dzi, i uśmiech­ną­łem, bo ta runda była moja.

 

Po­nie­dzia­łek

– Noga.

Opar­łem stopę na krze­śle, pod­wi­ną­łem no­gaw­kę spodni i ob­ser­wo­wa­łem, jak kla­wisz spraw­dza dzia­ła­nie elek­tro­nicz­nej smy­czy.

– Ze­ga­rek, port­fel, bilet mie­sięcz­ny, dwie­ście zło­tych, te­le­fon ko­mór­ko­wy. Po­kwi­tuj.

Po­sta­wi­łem nie­czy­tel­ny za­wi­jas na pod­su­nię­tym kwit­ku, spoj­rza­łem na bez­na­mięt­ną twarz męż­czy­zny i po za­ło­że­niu ze­gar­ka, i wzię­ciu port­fe­la i ko­mór­ki sta­łem się zu­peł­nie innym czło­wie­kiem.

Ru­szy­łem w stro­nę drzwi, nad któ­ry­mi na­pi­sa­no zło­ty­mi zgło­ska­mi WOL­NOŚĆ.

– Stać.

Zna­łem ten głos aż bólu. Na­uczo­ny ostat­nim ro­kiem po­słusz­nie sta­ną­łem w roz­kro­ku, za­kła­da­jąc ręce za głową.

– Spo­cznij. Do­brze, że cię do­go­ni­łem.

Za mną stał nasz wy­dzia­ło­wy, który wrę­czył mi gryps:

– Tu masz adres Urzę­du Pracy, pod który udasz się po­ju­trze.

– Tak pro­szę pana. – Skło­ni­łem głowę.

– Skończ z tą bła­ze­na­dą. I żebym cię tu wię­cej nie wi­dział.

Kiw­ną­łem głową, od­wró­ci­łem się bez słowa i po­cze­ka­łem, aż inny kla­wisz otwo­rzy mi drzwi.

Za ścia­ną wię­zie­nia za­krę­ci­ło mi się w gło­wie. Gdy tu przy­jeż­dża­łem, ulica wy­glą­da­ła zu­peł­nie ina­czej. Wtedy było tu pełno zie­le­ni i drzew, teraz jed­nak wi­dzia­łem tylko beton, dwu­pa­smo­wą jezd­nię z wy­sep­ka­mi i szare smut­ne ka­mie­ni­ce po dru­giej stro­nie.

Ru­szy­łem w prawo i prze­sze­dłem do naj­bliż­sze­go skrzy­żo­wa­nia, gdzie wsze­dłem do kio­sku Ruchu. Nie było tam zbyt wiele prasy i nie wi­dzia­łem prak­tycz­nie żad­nej go­li­zny, na­to­miast znaj­do­wa­ło się tam do­słow­nie wszyst­ko, włącz­nie z szam­po­na­mi re­ge­ne­ra­cyj­ny­mi do wło­sów.

Sie­dzą­ca w środ­ku ko­bie­ta roz­wią­zy­wa­ła krzy­żów­kę, prze­rwa­ła jed­nak swoje pa­sjo­nu­ją­ce za­ję­cie i spoj­rza­ła na mnie z mocno znu­dzo­ną miną.

– Dzień dobry, po­pro­szę bilet mi­nu­to­wy.

– Kartę z wię­zie­nia pro­szę – po­pro­si­ła i do­da­ła: – Pan się tak nie pa­trzy. Nikt już ta­kich bi­le­tów nie ku­pu­je. Z kartą pierw­szy ma pan za darmo. Da­le­ko?

Po­ka­za­łem jej do­ku­ment i od­po­wie­dzia­łem po­spiesz­nie:

– Na Po­znań­ską.

– A, to do sióstr bo­sych. Wsią­dzie pan w dwój­kę i prze­je­dzie trzy przy­stan­ki, o tam w prawo. – Po­ka­za­ła orien­ta­cyj­nie ręką. – I pro­szę pa­mię­tać o ska­so­wa­niu.

Tram­waj wy­glą­dał zu­peł­nie tak samo jak kie­dyś, nie było na nim jed­nak żad­nych re­klam.

Sie­dzia­ło tam do­kład­nie sied­miu pa­sa­że­rów płci mę­skiej i trzy ko­bie­ty, co spraw­dzi­łem zaraz po wej­ściu na­uczo­ny tym, żeby szu­kać po­ten­cjal­nych za­gro­żeń. Nikt nawet nie zwró­cił na mnie uwagi, za to każdy gapił się przez okno.

Od­zwy­cza­iłem się od jazdy środ­ka­mi ko­mu­ni­ka­cji miej­skiej i cie­szy­łem się, że jest śro­dek dnia i w tram­wa­ju nie ma tłu­mów.

Po kilku mi­nu­tach wy­sia­dłem i szyb­ko zna­la­złem wska­za­ny adres, pod któ­rym, jak się oka­za­ło, mie­ści­ło się wej­ście do klasz­to­ru. Pa­trzy­łem w za­my­śle­niu na wy­so­ki mur, zu­peł­nie taki jaki w wię­zie­niu, po chwi­li wzru­szy­łem ra­mio­na­mi i za­stu­ka­łem ko­łat­ką w wie­ko­we me­ta­lo­we drzwi.

Otwo­rzy­ła za­kon­ni­ca w czar­nym ha­bi­cie.

– Dzień dobry, do­sta­łem…

Po­ka­za­ła mi pal­cem, żebym nic nie mówił, i za­pro­si­ła mnie do środ­ka. Wy­glą­da­ło to jak stary klasz­tor, a ja prze­sze­dłem z nią ko­ry­ta­rzem do ja­kichś drzwi. Za­kon­ni­ca za­pu­ka­ła i w ciszy po­now­nie po­ka­za­ła, żebym tam wszedł.

W środ­ku przy­wi­ta­ła mnie ko­lej­na sio­stra:

– Dzień dobry panu. Jak mi­nę­ła droga?

– Dzię­ku­ję.

– Pro­szę usiąść. – Wska­za­ła ręką pro­ste krze­sło. – Może pan za­trzy­mać się u nas. Blok dla by­łych więź­niów znaj­du­je się na na­szym te­re­nie, wej­ście jest z dru­giej stro­ny od ulicy Brze­skiej.

– Ale…

– Ma pan mie­siąc na zna­le­zie­nie no­we­go lokum. Każde miesz­ka­nie jest za­my­ka­ne. To są ka­wa­ler­ki, ale z kuch­nią i ła­zien­ką. Pro­szę nie uży­wać nar­ko­ty­ków, pić al­ko­ho­lu i spro­wa­dzać pań lek­kich oby­cza­jów.

– Ale…

– Wej­ście do bloku jest pod nad­zo­rem. Testy na nar­ko­ty­ki i trzeź­wość są ro­bio­ne wy­ryw­ko­wo przez po­li­cję. Bę­dzie pan w po­rząd­ku, wszyst­ko też bę­dzie w po­rząd­ku.

– Ale…

– Wiem, co pan myśli. Sprzą­tacz­ki tam nie ma, każdy może za­pi­sać się na listę i wziąć od­ku­rzacz. Jest pral­nia i wszyst­ko inne. Wy­ma­ga­na jest je­dy­nie odro­bi­na kul­tu­ry i do­bre­go za­cho­wa­nia. Wszyst­ko za­le­ży od pana. Pro­szę, oto klucz. Miesz­ka­nie numer czter­dzie­ści dwa.

– Dzię­ku­ję sio­stro. – Po­czu­łem, że nie ma sensu mówić nic dalej.

– Gdyby pan cze­goś po­trze­bo­wał, to tu jest numer do mnie. Czy ma pan jesz­cze ja­kieś py­ta­nia?

Wzią­łem wi­zy­tów­kę i klucz.

– Nie, dzię­ku­ję.

– Po­wo­dze­nia.

Do po­ko­ju we­szła ta sama sio­stra, co po­przed­nio. Ko­bie­ta od­pro­wa­dzi­ła mnie do wyj­ścia, a za­mknię­cie drzwi jesz­cze długo brzmia­ło w mojej gło­wie.

Po­czu­łem się dziw­nie, potem ob­sze­dłem na pie­cho­tę cały klasz­tor i po dru­giej stro­nie rze­czy­wi­ście zo­ba­czy­łem nie­wiel­ki blok.

Otwo­rzy­łem drzwi klu­czem i spoj­rza­łem na ta­bli­cę ogło­szeń, na któ­rej prze­czy­ta­łem, że lokum numer czter­dzie­ści dwa jest na czwar­tym pię­trze.

Nie było tam windy, tylko scho­dy.

Ko­ry­tarz na pię­trze wy­glą­dał jak w ho­te­lu. Wra­że­nie po­głę­bi­ło się, gdy otwo­rzy­łem drzwi. Jak­bym zna­lazł się w je­dyn­ce ta­nie­go przy­byt­ku na go­dzi­ny – miej­sca było tyle co kot na­pła­kał, ale w ła­zien­ce zmiesz­czo­no nor­mal­ny prysz­nic i to­a­le­tę. Łóżko i po­ściel wy­glą­da­ły na czy­ste, zna­la­złem też nie­wiel­ką ku­chen­kę elek­trycz­ną, bo­che­nek chle­ba i lo­dów­kę z kil­ko­ma pod­sta­wo­wy­mi pro­duk­ta­mi, ta­ki­mi jak litr mleka, ka­wa­łek sera bia­łe­go i kilka pla­ster­ków szyn­ki.

Ude­rzy­ło mnie, że ktoś za­uwa­żył moją aler­gię na żółty ser, był tam rów­nież serek „Bie­luś”, który naj­czę­ściej wy­bie­ra­łem w wię­zie­niu.

Nie mia­łem wąt­pli­wo­ści, że wszyst­ko tu jest re­gu­lar­nie spraw­dza­ne. Byłem pod wra­że­niem przy­go­to­wa­nia ca­ło­ści i tego, że zna­la­złem nawet in­struk­cję, która jasno okre­śla­ła pewne rze­czy, takie jak spo­sób od­da­wa­nia rze­czy do pra­nia.

Naj­lep­szy jed­nak był te­le­wi­zor na ścia­nie. Miał ja­kieś trzy­dzie­ści dwa cale i wy­glą­dał na stary LCD, ale… mnie jawił się ni­czym szczyt no­wo­cze­sno­ści.

Włą­czy­łem go i zgod­nie z ocze­ki­wa­nia­mi zna­la­złem tam kilka ka­na­łów rzą­do­wej te­le­wi­zji, ale… były też ka­na­ły z fan­ta­sty­ką czy pro­gra­my dla dzie­ci.

Było już po­po­łu­dnie, po­sta­no­wi­łem jed­nak przejść się przed nocą I wró­cić przed ósmą do mo­je­go no­we­go lokum.

Spa­cer był spo­koj­ny, a po­go­da dobra. My­śla­łem, że na uli­cach bę­dzie wię­cej ludzi. Ci, któ­rych wi­dzia­łem, prze­my­ka­li szyb­ko I nie­pew­nie, zu­peł­nie jakby się cze­goś bali.

W po­ko­ju wy­ką­pa­łem się, za­czą­łem prze­rzu­cać ka­na­ły w te­le­wi­zji, a na ko­niec za­czą­łem prze­glą­dać wszyst­kie szu­fla­dy, spo­dzie­wa­jąc się zna­leźć nie­śmier­tel­ną Bi­blię.

Tu za­wio­dłem się – Bi­blii nie było, za to ktoś tam po­zo­sta­wił książ­kę Mroza „Prze­wie­sze­nie. Ko­mi­sarz Frost”.

Uśmiech­ną­łem się do swo­ich myśli. Po­zy­cje tego au­to­ra ku­po­wa­no hur­to­wo do wszel­kich in­sty­tu­cji pu­blicz­nych, a on sam stał się naj­bar­dziej roz­po­zna­wal­nym au­to­rem.

Za­czą­łem czy­tać… I nawet nie wiem, kiedy za­sną­łem…

 

Wto­rek

Obu­dzi­łem się już rano, z książ­ką le­żą­cą u mo­je­go boku. Wie­dzia­łem, że śniła mi się Wa­dryś–Hanse, i nie był to dobry sen.

Nie za­sta­na­wia­łem się wię­cej nad tym, tylko zja­dłem dwie ka­nap­ki, które po­pi­łem tanią kawą roz­pusz­czal­ną z mle­kiem.

Na uli­cach dalej było mniej ludzi niż pa­mię­ta­łem. Nie mia­łem nic do­bre­go do ro­bo­ty, więc uda­łem się na róg i wsze­dłem do sza­re­go bu­dyn­ku z na­pi­sem „Bi­blio­te­ka”.

– Dzień dobry, w czym mogę pomóc? – Młoda, naj­wy­żej dwu­dzie­sto­let­nia dziew­czy­na, uśmiech­nę­ła się na mój widok.

– Chcia­łem po­czy­tać prasę.

– Pierw­sze drzwi na lewo.

– Dzię­ku­ję.

We wska­za­nym miej­scu sie­dzia­ło kilku star­szych panów, w któ­rych trzech prze­glą­da­ło Po­rad­nik węd­ka­rza, a dwóch ko­lej­nych uda­wa­ło, że czyta Go­ścia co­dzien­ne­go.

Wró­ci­łem do dziew­czy­ny.

– Chciał­bym po­pro­sić o Go­ścia z ca­łe­go ostat­nie­go roku.

– Ja­kieś kon­kret­ne nu­me­ry?

– Naj­le­piej wszyst­kie.

– Ma pan u nas kartę?

– Nie.

– Po­pro­szę dowód i świa­dec­two za­trud­nie­nia.

Po­da­łem jej dowód, ona prze­su­nę­ła go przez czyt­nik… i ze­sztyw­nia­ła, do­da­jąc ostroż­nie:

– Po­pro­szę kartę z wię­zie­nia.

Wie­dzia­łem, że takie re­ak­cje mogą na­stą­pić. Sta­ra­łem się tym nie przej­mo­wać i do­peł­ni­łem pro­ce­du­ry, potem za­czą­łem prze­glą­dać ga­ze­tę co­dzien­ną od naj­star­szych nu­me­rów – in­for­ma­cje o mie­sięcz­ni­cach, ce­le­bry­tach i sy­tu­acji na rynku pasz, nic nie­zwy­kłe­go i war­te­go więk­szej uwagi.

Nie zna­la­złem tam nic wiel­kie­go… aż do sze­ściu mie­się­cy wstecz. Oka­za­ło się, że kraj za­ata­ko­wał ko­lej­ny wirus, który skut­ko­wał śmier­tel­no­ścią na po­zio­mie jeden pro­cent i który po­wo­do­wał głu­po­tę u jed­nej trze­ciej po­pu­la­cji.

Wszyst­ko za­czę­ło się od Man­dżu­rii, gdzie tu­byl­cy po­dob­no spo­ży­wa­li cho­mi­ka dżun­gar­skie­go. Lu­dzie przy­jeż­dża­li stam­tąd ty­sią­ca­mi i za­ra­ża­li ko­lej­nych, ci ko­lej­nych i ko­lej­nych. La­wi­na rosła, a dzia­ła­nia rządu nie wy­da­wa­ły się ade­kwat­ne do po­wa­gi sy­tu­acji.

Wi­dzia­łem z gazet, że w całej Eu­ro­pie na­stą­pił od­wrót od zjed­no­cze­nia, a po­szcze­gól­ne kraje za­bie­ra­ły sobie całe za­opa­trze­nie me­dycz­ne.

Nie to jed­nak było naj­gor­sze, tylko ob­ja­wy zi­dio­ce­nia – oby­wa­te­le i oby­wa­tel­ki jak jeden mąż wy­cho­dzi­li na świe­że po­wie­trze, ro­bi­li party i cie­szy­li się z tego, że nagle nie muszą pra­co­wać. Mło­dzi z pre­me­dy­ta­cją za­ra­ża­li sta­ru­chów, gdyż ci w mło­do­ści nie po­zwa­la­li im ko­rzy­stać ze smart­pho­ne. Wy­znaw­cy in­nych re­li­gii i zwo­len­ni­cy re­wo­lu­cji nie byli lepsi, po­dob­nie wy­brań­cy na­ro­dów, któ­rzy mó­wi­li o od­por­no­ści stad­nej.

Wczy­ty­wa­łem się w ko­lej­ne newsy, gdzie za­zna­cza­no, jak kraje przy­go­to­wy­wa­ły się la­ta­mi do ta­kich epi­de­mii i jak ważne jest prze­pro­wa­dza­nie za­pla­no­wa­nych wy­bo­rów w ter­mi­nie, żeby, jak to ład­nie okre­ślo­no, „nie zgi­nął duch de­mo­kra­cji”. Przy­glą­da­łem się roz­pacz­li­wym pró­bom ra­to­wa­nia go­spo­da­rek w wy­pa­czo­nych dra­pież­nych wer­sjach i nie mo­głem uwie­rzyć w re­la­cje z dys­kon­tów po­ka­zu­ją­ce, jak wszy­scy tło­czy­li się w ko­lej­kach dla kilku mie­dzia­ków.

Wi­dzia­łem re­la­cje z za­tło­czo­nych środ­ków ko­mu­ni­ka­cji miej­skiej, któ­rych było mniej niż nor­mal­nie, i byłem zszo­ko­wa­ny zniż­ka­mi w ki­nach, si­łow­niach i in­nych miej­scach, gdzie za­zwy­czaj widać tłumy.

To było nie do po­my­śle­nia, tak samo jak to, że naj­waż­niej­sze dla nie­któ­rych były zgło­sze­nia do pro­ku­ra­tur do­ty­czą­ce haseł „Orzeł w ko­ro­nie, Pol­ska w dupie” albo to, czy ma­secz­ka ma modny krój i kolor.

Część z tego to oczy­wi­sta re­ak­cja na stres, i nie można było winić tych ludzi, z dru­giej stro­ny fe­sti­wal spier­do­le­nia i upad­ku cy­wi­li­za­cji wi­docz­ny był aż nadto.

Wra­ca­łem my­śla­mi do wię­zie­nia i tego, co dzia­ło się w tam­tych dniach. Je­dze­nie było tam za­wsze gów­nia­ne, w więk­szo­ści z pu­szek. Nie od­czu­li­śmy zmian, nie do­da­no rów­nież no­wych więź­niów. Ow­szem, kla­wi­sze byli pod­de­ner­wo­wa­ni, ale po­li­tycz­ni nie mieli ko­mó­rek ani wi­dzeń, i kom­pleks był od­cię­ty od świa­ta, jeśli cho­dzi o te­le­wi­zję i radio.

Naj­wy­raź­niej był to dziw­ny czas, bo po­ko­le­nie easy­Jet prze­ży­wa­ło ty­go­dnia­mi szok, wirus na ca­łe­go pu­sto­szył go­spo­dar­kę i umy­sły, a my mie­li­śmy wa­ka­cje.

Krop­ką nad i oka­za­ła się szcze­pion­ka, którą w ta­jem­ni­cy po­da­no więk­szej czę­ści po­pu­la­cji w wo­dzie pit­nej.

 

Środa

– Dzień dobry. – Z en­tu­zja­zmem przy­wi­ta­ła mnie młoda dziew­czy­na, sto­ją­ca z tanim ta­ble­tem w ręku w wej­ściu do urzę­du pracy.

– Dzień dobry, skie­ro­wa­no mnie tu do pań­stwa.

– Jak pana god­ność?

– Greg Gniaz­dow­ski.

– Pan Gniaz­dow­ski, już pa­trzę. Za­pra­szam do po­ko­ju sto jeden na pierw­szym pię­trze.

– Dzię­ku­ję.

Po­sze­dłem we wska­za­ne miej­sce. Nie było przed nim in­te­re­san­tów, więc tylko za­pu­ka­łem i po chwi­li wsze­dłem.

– Dzień dobry, skie­ro­wa­no mnie do pań­stwa.

– Na­zwi­sko. – Ko­bie­ta za biur­kiem w gru­bych jak denko oku­la­rach za­py­ta­ła tonem ty­po­wej urzęd­nicz­ki.

– Gniaz­dow­ski.

– Dowód i ostat­nie świa­dec­two za­trud­nie­nia.

Po­da­łem do­ku­men­ty, a ona spraw­dzi­ła wszyst­ko i oznaj­mi­ła:

– Zo­stał pan zgło­szo­ny do pro­gra­mu Praca Plus. Gra­tu­la­cje. Do­sta­je pan lap­to­pa z bez­płat­nym do­stę­pem do in­ter­ne­tu. Pro­szę po­kwi­to­wać. W domu włą­czyć i dzia­łać zgod­nie z in­struk­cją.

– Dzię­ku­ję.

Nie od­po­wie­dzia­ła. Za­bra­łem, co moje, i po­sze­dłem do domu, gdzie pod­łą­czy­łem do prądu pa­skud­nie wy­glą­da­ją­ce pu­deł­ko w ohyd­nym ko­lo­rze „piano–black”. Na­ci­sną­łem włącz­nik. Urzą­dze­nie za­pisz­cza­ło i za­fur­cza­ło war­ko­tem ta­nie­go wia­tra­ka, a potem po­ka­za­ło logo De­bia­na i de­sk­top z apli­ka­cją „Wi­ta­my”.

Czy­ta­łem ko­lej­ne mą­dro­ści z urzę­du pracy, gdzie po­ucza­no mnie cho­ciaż­by o tym, że uży­wa­nie wła­sno­ści pań­stwo­wej do celów nie­zgod­nych z pra­wem jest ka­ral­ne, a wszyst­ko może być mo­ni­to­ro­wa­ne.

Wy­glą­da­ło na to, że co­dzien­nie mam robić trzy go­dzi­ny szko­leń, zaś lap­top ma po­zo­sta­wać włą­czo­ny całą dobę, co jak po­dej­rze­wa­łem ozna­cza­ło włą­cze­nie go do ogól­no­pol­skie­go pro­jek­tu prze­twa­rza­nia da­nych.

Mia­łem dosyć czy­ta­nia tych głu­pot, i włą­czy­łem sobie w końcu YouTu­be, gdzie oczy­wi­ście za­czą­łem od nie­śmier­tel­ne­go Bo­re­wi­cza:

– Na wszyst­kie py­ta­nia można od­po­wie­dzieć tak, nie lub nie wiem.

– A jeśli spy­tam, czy prze­stał już pan brać ła­pów­ki, to co pan od­po­wie?

 

Czwar­tek

Włó­czy­łem się bez sensu i celu po całym mie­ście.

Ob­ser­wo­wa­łem smut­nych ludzi, któ­rzy za­ję­ci byli ro­bie­niem ma­łych zło­śli­wo­ści innym. Pi­jacz­ko­wie, prze­kup­ki, drob­ne cwa­niacz­ki i cink­cia­rze, i wresz­cie pa­nien­ki, które krzy­wo ły­pa­ły na młod­sze kon­ku­rent­ki.

Pa­trzy­łem na nie­po­sprzą­ta­ne fa­sa­dy skle­pów, na któ­rych kurz osiadł grubą war­stwą.

Z ulic znik­nę­ły krze­wy i wiele drzew, które za­stą­pio­no be­to­no­wą pu­sty­nią i wiel­ki­mi biało–czer­wo­ny­mi słup­ka­mi.

Re­wi­ta­li­za­cja, o któ­rej trą­bio­no nawet kie­dyś.

Nie le­piej było z sa­mo­cho­da­mi – prak­tycz­nie żaden nie wy­glą­dał świe­żo, co jesz­cze jakiś czas temu sta­ło­by się ujmą na ho­no­rze jego wła­ści­cie­la.

Cały świat stał się bar­dziej czar­no–biały, albo bar­dziej przy­bla­kły, a ja za­tę­sk­ni­łem za wi­do­kiem ży­wych ko­lo­ro­wych na­sy­co­nych ob­raz­ków czy fo­to­ta­pet.

Nie wiem, czy to ja na­bra­łem dy­stan­su i dla­te­go wi­dzia­łem nie­do­sko­na­ło­ści, ale to wy­raź­nie udzie­la­ło się rów­nież lu­dziom, co wi­dzia­łem w ich zno­szo­nych ubra­niach i nie­mod­nych fry­zu­rach.

Przez chwi­le my­śla­łem oczy­wi­ście, że mam pro­blem z ocza­mi, ale nawet pro­duk­ty w sa­lo­nie Apple nie wy­glą­da­ły „ama­zing” jak kie­dyś – wy­chwy­ci­łem tam ko­lej­ny etap uprosz­cza­nia funk­cjo­nal­no­ści i żą­da­nia ab­sur­dal­nych kwot za coś, co kie­dyś było za darmo.

Kie­dyś to jed­nak było le­piej…

 

Pią­tek

– Pan Gniaz­dow­ski?

– Tak – od­po­wie­dzia­łem męż­czyź­nie w żół­tej czap­ce z lo­giem firmy ku­rier­skiej „Sy­ren­ka”, który stał przed drzwia­mi mo­je­go miesz­ka­nia.

– Prze­sył­ka dla pana, ale muszę po­twier­dzić toż­sa­mość.

– Późno pra­cu­je­cie. – Bar­dziej stwier­dzi­łem, niż za­py­ta­łem, wyj­mu­jąc dowód.

– Tak – mruk­nął po jego spraw­dze­niu. – Pro­szę pod­pi­sać.

Zło­ży­łem pa­raf­kę na jego pha­ble­cie, a on wrę­czył mi żółtą ko­per­tę bą­bel­ko­wą i od­szedł bez po­że­gna­nia.

Za­mkną­łem drzwi, ro­ze­rwa­łem ko­per­tę, i zaj­rza­łem do środ­ka. Zo­ba­czy­łem pen­dri­ve, który wy­su­nął się z ko­per­ty na dłoń. Wzru­szy­łem ra­mio­na­mi. Nor­mal­nie bym wy­rzu­cił ma­leń­stwo do kosza, ale tym razem zde­cy­do­wa­łem się zła­mać pod­sta­wo­we re­gu­ły bez­pie­czeń­stwa.

Usia­dłem sobie wy­god­nie na łóżku, wło­ży­łem pcheł­ki do uszu i pod­łą­czy­łem to coś do lap­to­pa. Zo­ba­czy­łem plik wideo o wdzięcz­nej na­zwie „Shut_up_y­ou_i­diot.avi”, który otwo­rzy­łem.

– Cześć Greg. Za­mknij się i obej­rzyj to do kurwy nędzy.

Z ekra­nu pa­trzy­ła na mnie gęba naj­wyż­sze­go człon­ka loży rzą­do­wej, jego eks­ce­len­cji Eli­sa­beth Tas­sio­ni, która po­pra­wia­ła włosy, wdzię­cząc się z ekra­nu.

Nic się nie zmie­ni­ła z tym swoim za­chryp­nię­tym gło­sem i coś mną wstrzą­snę­ło.

Od­ru­cho­wo na­ci­sną­łem pauzę.

W wię­zie­niu mia­łem wizje mó­wią­ce, że to się sta­nie. Dziew­czy­na po­ka­za­ła swoją na­tu­rę i bez­względ­ność w dą­że­niu do uzy­ska­nia wy­god­ne­go życia dla sie­bie i swo­jej ro­dzi­ny. Zdo­mi­no­wa­ła in­nych i za­bi­ła róż­no­rod­ność w loży. Wy­ko­rzy­sta­ła mnie do swo­ich celów, a potem wy­rzu­ci­ła ni­czym zu­ży­tą wkład­kę. Kie­dyś to bo­la­ło, ale w sumie teraz nie miało już zna­cze­nia.

I te jej gier­ki… nie chcia­łem jej oglą­dać, ale za­cie­ka­wi­ła mnie i znów spo­wo­do­wa­ła, że chcia­łem wejść do gry.

Pod­ją­łem de­cy­zję i na­ci­sną­łem play.

Drża­ły jej ręce, ale w końcu za­pa­li­ła fajka, co su­ge­ro­wa­ło, jak mocno po­trze­bo­wa­ła ni­ko­ty­no­we­go kopa.

– Okrop­ny nałóg. Je­że­li to oglą­dasz, to pew­nie masz wszyst­kie za­sa­dy w dupie, jak zresz­tą za­wsze. Masz rację, jak zresz­tą za­wsze.

Znała mnie chyba le­piej niż ja sam sie­bie i w swoim cha­otycz­nym stylu wła­śnie po­nie­kąd przy­zna­ła, że moje słowa o niej były praw­dzi­we… za­bra­kło mi wtedy może tylko jej ogła­dy albo cyc­ków, albo na moje nie­szczę­ście tra­fi­łem o włos póź­niej na od­po­wied­nich ludzi.

– Pa­mię­tasz, jak cho­dzi­li­śmy do szko­ły i jak chcie­li­śmy zmie­niać świat? Mi­chał, ci­szej tam! – Krzyk­nę­ła do kogoś zza ekra­nu i za­cią­gnę­ła się pa­pie­ro­sem. – To nie do cie­bie, tylko do mo­je­go syna. Mi­chał! Bo wsta­nę do cie­bie. Dobra Greg, a teraz do cie­bie. Coś się spier­do­li­ło przez lata, ale na szczę­ście nie do końca. Loża spro­wa­dzi­ła wszyst­kich chęt­nych do kraju i za­szcze­pi­ła na wi­ru­sa głu­po­ty. To już pew­nie wiesz. A teraz naj­lep­sze. Szcze­pion­ka utrwa­li­ła głu­po­tę. Idio­ci my­śle­li, że są nie­śmier­tel­ni i że dalej mogą trwać w de­ka­den­cji. Stra­ci­li­śmy na­sze­go naj­waż­niej­sze­go so­jusz­ni­ka, który uciekł, bo sam miał pro­ble­my. O tym nie prze­czy­tasz w ga­ze­tach. Pew­nie się do­my­ślasz, że po­sze­dłeś do wię­zie­nia, bo chcia­łam cie­bie chro­nić. A jak się nie do­my­ślasz, to teraz wiesz. Ro­bi­łam wszyst­ko, żeby w wię­zie­niach nie da­wa­li wam tego gówna. Wszyst­kich tam wsa­dzi­li­śmy, któ­rzy kie­dyś zna­czy­li coś wię­cej. Greg, oni wszy­scy wy­cho­dzą, bo ma­szyn­ka znaj­du­je ko­lej­nych win­nych i nie ma miejsc. Na szczę­ście za­my­ka­my tym razem głu­pich. Mo­żesz dzia­łać i od­bu­do­wać kraj. Mój mały pro­jekt in­te­li­gent­na in­wer­sja. Dobre czasy stwo­rzy­ły sła­bych fa­ce­tów, oni złe czasy, a złe czasy moc­nych fa­ce­tów. Ty je­steś z tych moc­nych. Skoro oglą­dasz to na­gra­nie, to ja nie dałam rady. Kurwa, my­śla­łam, że się jesz­cze spo­tka­my, a tu takie gówno… Ale jaja.

Za­wsze była cha­otycz­na. Po­wo­li zdją­łem słu­chaw­ki i za­mkną­łem oczy.

In­te­li­gent­na in­wer­sja. Pro­jekt ko­bie­ty i męż­czy­zny. Do­peł­nie­nie. Dwa. Za­wsze dwa. Jak dobro i zło. Jak dzień i noc. Jak przód i tył. Jak ko­bie­ta i męż­czy­zna. Nie ma nic wię­cej, nigdy nie było i nie bę­dzie.

Znów mia­łem cel.

Pią­tek trzy­na­ste­go. Dwu­dzie­sta pierw­sza.

To wtedy wszyst­ko się roz­po­czę­ło.

 

Koniec

Komentarze

tomaszg, 

Cytując regulamin konkursowy: 2. Na portalu należy zamieścić jedno opowiadanie konkursowe z tagiem konkursowym: „Kawka z Kafką”. Twój drugi tekst konkursowy poświęcony temu samemu hasłu łamie ww. postanowienie regulaminu oraz tworzy nieuczciwą konkurencję dla pozostałych uczestników, którym przysługuje tylko jedno opowiadanie. W związku z tym nie będziemy, jak sugerujesz w przedmowie, wybierać tekstu, który pasuje nam bardziej – zwłaszcza że “D.O.M.” został już poddany ocenie przez jednego jurora. Do konkursu zostaje zakwalifikowany “D.O.M.”, a niniejszy tekst nie będzie brał w nim udziału. Jeśli skomentują go jurorzy, zrobią to po prostu jako użytkownicy forum.

Pozdrawiam w imieniu Kawkowiczów.

Szanowny Wiktorze,

Gdybym chciał uprawiać nieuczciwą konkurencję, to bym zamienił tamten tekst, a tamten wstawił jako ten; albo bym nie pisał o zasadzie jednego tekstu w przedmowie (co oczywiście byłoby dziecinne).

Jest takie stwierdzenie “w sprawach nieuregulowanych…” – w sumie nic nie sugerowałem, co najwyżej zaznaczyłem, że być może potrzebne jest głosowanie lub decyzja.

Inna sprawa, że w takich konkursach “trochę tricky” są komentarze – napisanie, że coś “mi się nie podoba” (albo tłumaczenie, że to nie ma wpływu na wyniki) może nieświadomie (to jest słówko klucz: nieświadomie) wpływać na wyniki głosowania i ocenę innych.

Myślę, że powinniście rozważyć opcję wybiórczego pokazywania komentarzy w tekstach konkursowych tj. tylko dla autora tekstu (wszystkich) i dla autora komentarza (tylko jego) – wtedy nie byłoby żadnych wątpliwości.

Kto wie, może w nowej wersji portalu będzie to możliwe?

I żeby była jasność – nie zarzucam stronniczości, tylko pokazuję, że sama procedura budzi pewne wątpliwości… szczególnie jeśli hipotetycznie styl autora nie podobałby się konkretnym osobom.

Inna sprawa, że to wy wyświadczacie grzeczność czytając moje wypociny, a życie nie jest takie, jakim byśmy chcieli je widzieć.

A jeszcze inna, że radość tworzenia (nawet jeśli warsztat jeszcze niedomaga) jest ponad wszystko – stąd zaznaczenie, że tekst odnosi się do hasła konkursowego.

Dziękuję za Twoje wytłumaczenie i za (wcześniejsze) komentarze szanownych jurorów.

Peace.

Pozdrawiam

TG

Tomaszg

Nie byłoby to możliwe, ponieważ wprowadzam teksty do arkusza kalkulacyjnego na bieżąco, kiedy tylko je zauważę – z uwzględnieniem autora, tytułu i wykorzystanego hasła. Kontrolnie też przebiegam po nim wzrokiem, by sprawdzić, czy nie zachodzi sytuacja, w której należałoby reagować natychmiast – np. autorowi z jakiegoś powodu wykrzaczyło wklejony tekst. Myślę więc, że bylibyśmy w stanie zauważyć roszadę, chyba że nastąpiłaby ona błyskawicznie.

Pragnę też nadmienić, że komentarze jurorskie tworzą się na bieżąco w trakcie lektury i oceniania tekstów, ale zostaną zamieszczone – podobnie jak w przypadku innych konkursów na NF – dopiero PO zakończeniu konkursu i wyłonieniu zwycięzców. Jako że ten tekst nie bierze w nim udziału, komentarze mogą się pojawić wcześniej – takie normalne, od szarego użytkownika – jeśli STN, Żongler lub ja znajdziemy chwilę na przeczytanie.

Pozdrówki, WO!

Dość absurdalna wizja niedalekiej przyszłości, wykorzystująca, jak się domyślam, aktualną sytuację polityczną i społeczną. Niestety, do mnie to nie przemówiło.

Wykonanie pozostawia wiele do życzenia.

 

I jeszcze jedno, Tomaszug – w przedmowie napisałaś: Nie miał mi kto betować… Nie wiem, czy to stwierdzenie, czy skarga, ale jesteś tutaj od dawna, zamieściłaś ponad dwadzieścia tekstów, z których wszystkie zostały skomentowane, natomiast sama nie zhańbiłaś się komentarzem pod choćby jednym opowiadaniem innego użytkownika. Czy w tej sytuacji naprawdę sądziłaś, że ktoś zechce betować Twoje opowiadanie?

 

 

– Czy pró­bu­je pan nas zde­ner­wo­wać? – Wtrą­cił prze­wod­ni­czą­cy. ―> – Czy pró­bu­je pan nas zde­ner­wo­wać? – wtrą­cił prze­wod­ni­czą­cy.

 

Kiw­ną­łem głową, od­wró­ci­łem bez słowa… ―> Chyba miało być: Kiw­ną­łem głową, od­wró­ci­łem się bez słowa

 

nie było na nim jed­nak żad­nych re­klam. Sie­dzia­ło w nim… ―> Czy to celowe powtórzenie?

 

za to każdy gapił się za okno. ―> …za to każdy gapił się przez okno.

Aby gapić się za okno, trzeba je otworzyć i wychylić się zeń.

 

wy­glą­dał na sta­re­go LCD, ale dla mnie jawił się… ―> …wy­glą­dał na sta­ry LCD, ale mnie jawił się

 

przejść się przed nocą I wró­cić przed ósmą… ―> Czy to celowe powtórzenie?

 

za­czą­łem prze­rzu­cać ka­na­ły w te­le­wi­zji, a na ko­niec za­czą­łem prze­glą­dać… ―> Jak wyżej.

 

trzech prze­glą­da­ło „Po­rad­nik węd­ka­rza”, a dwóch ko­lej­nych uda­wa­ło, że czyta „Go­ścia co­dzien­ne­go”. ―> …trzech prze­glą­da­ło Po­rad­nik Węd­ka­rza, a dwóch ko­lej­nych uda­wa­ło, że czyta Go­ścia Co­dzien­ne­go.

 

to była oczy­wi­ście re­ak­cja na stres i nie można było winić tych ludzi, z dru­giej stro­ny fe­sti­wal spier­do­le­nia i upad­ku cy­wi­li­za­cji wi­docz­ny był aż nadto. ―> Lekka byłoza.

 

w wej­ściu do Urzę­du Pracy. ―> …w wej­ściu do urzę­du pracy.

 

Po­sze­dłem do wska­za­ne­go miej­sca. ―> Po­sze­dłem we wskazane miejsce.

 

za­py­ta­ła się tonem ty­po­wej urzęd­nicz­ki. ―> …za­py­ta­ła tonem ty­po­wej urzęd­nicz­ki.

 

Po­da­łem wszyst­ko, a ona spraw­dzi­ła wszyst­ko i oznaj­mi­ła: ―> Czy to celowe powtórzenie?

 

– Tak – od­po­wie­dzia­łem do męż­czy­zny w żół­tej czap­ki… ―> – Tak – od­po­wie­dzia­łem męż­czyźnie w żół­tej czap­ce

 

Zo­ba­czy­łem pen­dri­ve, który wy­sy­pa­łem z ko­per­ty na dłoń. ―> Zo­ba­czy­łem pen­dri­ve, który wysunął się z ko­per­ty na dłoń.

Jednego pendrive'a nie można wysypać.

 

Wzru­szy­łem sam do sie­bie ra­mio­na­mi. ―> Wzru­szy­łem ra­mio­na­mi.

Ramionami nie wzrusza się ani do siebie, ani do kogoś innego.

 

tym razem zde­cy­do­wa­łem zła­mać się pod­sta­wo­we re­gu­ły… ―> …tym razem zde­cy­do­wa­łem się zła­mać pod­sta­wo­we re­gu­ły

 

po­pra­wia­ła włosy, wdzię­cząc się do ekra­nu. ―> Raczej: …po­pra­wia­ła włosy, wdzię­cząc się z ekra­nu/ do kamery.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cóż, nie porwało, jak większość tekstów tak mocno nacechowanych polityką :(

Tassioni przekonuje Grega, że wysłała go do więzienia, żeby go chronić. Przed czym? W jej przemowie stale jest mowa o wirusie. Tylko że skoro dla Grega było to nowinka, o której dowiedział się w bibliotece, to znaczy, że poszedł do więzienia przed pandemią,a to z kolei oznacza, że Tassioni nie mogła chronić go przed wirusem, bo o nim nie wiedziała. Chyba że jest przy okazji jasnowidzem.

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

@Wiktor – dziękuję za wyjaśnienia

@regulatorzy – dziękuję (zaczynam też dochodzić do wniosku, że nie widzę tych błędów, bo moja głowa nie chce ich widzieć), co do komentowania, to możesz mieć rację i muszę nad tym popracować. Amen.

@Irka_luz – pytania są właściwe, pomijasz natomiast co najmniej jedną odpowiedź

 

PS. Dodałem kolejny dump tekstu (z poprawkami) z mojego pliku

Nowa Fantastyka