- Opowiadanie: Aerialeth - Grawitacja obłędu

Grawitacja obłędu

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Grawitacja obłędu

Prolog: Testament

 

„Zwą mnie mordercą. Okrutnikiem. Inkwizytorem, Śmierci Aniołem. Życzą mi powolnego, bolesnego konania; chcą pławić się w wiecznej agonii – bym zdechł, bym sczezł za czerwonymi murami, podrygując w dźwięk ich śpiewów bluźnierczych. Inni, zatwardziali w absolutnym fanatyzmie, twierdzą, że nawet krzesło byłoby dla mnie zbyt litościwe. Zaś najwięksi niegodziwcy pragną jeno by ujrzeć jak wydaje swe ostatnie tchnienie, kołysząc się i drgając na skończonej nici życia. Ślepy motłoch pod przewodem Szarych Sędziów wydał swój wyrok; nie ma już nadziei, nie będzie jutra. Najbliższe godziny będą ledwie minutami, które niepozornie upłyną zbyt prędko, a wraz z nimi zaniknę w otchłani nieskończoności. Tik-tak. Tik-tak. Koniec jest bliski. Tak oto stanę przed starym klucznikiem, odmówion dostępu do Raju złotych bram. Strącą mię i zrzucą i wygnają precz ognistoskrzydłe Serafy – gestem nienawistnym wprost w objęcia zatęchłego i przegniłego Styksu. Niegodzien ja przeprawy w uścisku Charona!

Niegodnym sprawiedliwego osądu. Niegodnym wiernego adwokata i bezstronnego sędziego. Niegodnym litości i miłosierdzia Chrystusowego. Pozbawiony zostałem nawet spowiedzi ostatniej, ostatecznej – ksiądz, zdradziecki brat mój w wierze, nawet on nie był w stanie spojrzeć na mię bez wzgardy i nienawiści. Czymże ja zawinił, o Ojcze Niebieski, czymże! by spotkać się z ostracyzmem i wstrętem bliźnich. Czyżeś nie nauczał nas by winy odpuszczać, a braci miłować?

Wszak sam Iskariota bliższy był sercu Twemu, niźli faryzeusze pławiący się w trzydziestu szeklach. To czemuż, o czemuż stawiasz mnie bliżej do nich, aniżeli do Judasza, jeno narzędzia Twych planów absolutnych? Skoroś stworzył ciało me na podobieństwo Swoje, a duszę jak czyn, jako wolę Twoich myśli, to czemuż każesz mię tak okrutnie? Oto prawdą ziszczają się być pogłoski, rozsiewane niczym ziarno przeklęte Zwodziciela, arcywroga istnienia – Królestwo Niebieskie przemija, podżerane przez rozpustę i zgniliznę człowieka, a wraz z nim odchodzi w zapomnienie ostatni bastion wiary – mury upadły pod wezwaniem szatańskich trąb! Krew gorąca, krew żywotna już się przelała. Nie ma odwrotu. Wieczny Płomień gaśnie, tłumiony płaszczem pierwotnej ciemności. Teraz to ona będzie naszym władcą, naszym światem, naszym istnieniem. I nic więcej…

Szarzy Sędziowie – skryci pod otoczką moralności i creda, a odarci z niej zarazem – plugawy pomiot najokropniejszych zgróz. Dziedzictwo grzechu pierworodnego, zdrady i zawiści, fałszywie wyparte przez Twoich proroków. Jednak dozwalasz im zasiąść po prawicy Twej, w miejscu Syna Twego Jedynego; jednak dozwalasz im oskarżyć mię o mordowanie Twoich dzieci. Dzieci! Jak śmiesz nazywać ich dziećmi! Wyrodne bachory! Zdradliwe bękarty! Ledwie na pokaz śpiewające Twe Imię! Ledwie z bezrozumnego przyuczenia modlący się do Ciebie, wzywają Cię po Imieniu! Iehova! Czemuż nie ukażesz ich, wiarołomców i oszustów, lecz właśnie mnie, pokornego sługę Ci najbardziej oddanego. Poświęciłem całe swe przeszłe i przyszłe życie na tym łez padole, wyrzekając się dekadenckich uciech, odmówiwszy nawet szczerej miłości do ukochanej – wszystko to czyniłem tylko dla Ciebie, w Twoim Imieniu! Iehova! Odezwijże się do służebnika Ci oddanego! Czyżem nie kosztował krwi za Twym przyzwoleniem?

Iehova! Dajże znak, iż wciąż patrzysz na mnie! Iehova! Iehova!

 

Gott ist tott. Opuścił nas. Zabiliśmy go naszymi grzechami. Wieczny płomień zgasł już na wieki. Ciemność pochłonęła Światło. Teraz jest tylko… Nihil! Silentium! I nic więcej…

 

Jesteśmy mordercami… Boga!

 

Jonathan Edward Sawyer,

wikariusz parafii „St. Mary, Star of the Sea”,

Baltimore, Maryland.”

 

Pierwsza umarła nadzieja

 

Tkwię w tym przeklętym miejscu od przeszło dziesięciu lat. Idylliczna mistyfikacja azylu. Biało-żółte korytarze przepełnione zimnym, migotliwym światłem, prowadzą wszędzie i nigdzie, w otchłań i jeszcze niżej, wprost w ramiona okrutników o anielskich twarzach, niosących pomoc dla nas, odszczepieńców nie z wyboru. Dekada by zapomnieć o radościach tego świata – nie pamiętam już zapachu łąk zielonych, ani kwiatów wiosennych, ani lasów bajecznych. Od dawien dawna nie słyszałem radosnego trelu kolorowych ptaków, ani szumu majestatycznego morza, łagodnie obmywającego piaszczyste plaże. Wspomnienia zapierającego dech w piersiach widoku potężnych gór, wielkich miast i ogromnych jezior zdążyły już zaniknąć w chemicznej iluzji rzeczywistości. Widzę teraz jedynie obłąkane twarze – jedne wykrzywione w sardonicznym uśmiechu, inne zaś spowite wieczną mgłą smutku i strachu. Tutaj nawet Słońce do reszty wyblakło i oziębło, zlewając się z chłodną szarością codzienności. 

Trafiłem tu, do tego popielnego piekła, prawomocnym wyrokiem sądu, skazany na wieczne potępienie w brudno-czerwonych murach zakładu dla obłąkanych „Toniyard Asylum”, lecz nie należę do tego miejsca. Nigdy nie należałem. O ironio! Jest to mój azyl! Azyl – czyżbym był uciekinierem? Nie! Czemuż więc nazywam tak uparcie to przenajokropniejsze miejsce moim schronieniem? Wszak wszystko jest lepsze od zakratowanych cel i stłoczonych tam, spoconych i rozbestwionych do granic możliwości, ludzkich kreatur. A ja miałbym spędzić tam żywot mój marny po trzykroć? Nigdy!

Odebrano mi rodzinę. Odebrano mi plany i marzenia, a także pozbawiono mię szczęścia i prawdziwej miłości. Wraz z moją matką zabrano mi absolutnie wszystko. Na wieki skazany na ojcowską niewolę, niecnie ograbiony z celowości życia, wałęsałem się od latarni do latarni, od uliczki do uliczki, od włamania po napady, od alkoholu przez marihuanę po heroinę. O takk… Ona jedyna potrafiła nie tylko prawdziwie ukoić mój ból, lecz także wysłuchać mojego wstydliwego płaczu. Była moją kochanką, matulą, miłością i największym nemezis. To właśnie ona zaprowadziła mię nad skraj przepaści – na skraj człowieczeństwa – przez nią stałem się wrakiem, cieniem żywej istoty. Jak duch przechadzałem się śmierdzącymi grzechem ulicami Baltimore, w poszukiwaniu kolejnej dawki złudnego życia. Gdzie nie spojrzałem, widziałem tylko jedną, okropną reżyserię – diabły i demony parzące się ze sobą w nieskończonej scenie wyuzdanego seksu, rodem z najbardziej bluźnierczych parodii człowieka. Nawet sam arcyksiążę piekieł nie śmiałby napisać takiej sztuki! Ogarnęła mnie wówczas najczystsza nienawiść – esencja najpierwotniejszego gniewu – uwolniona z okowów cnotliwości, z rozdzierającym rykiem i przeraźliwym hukiem przebiła się przez zlodowaciałą powierzchnię mojego umysłu, by rozprzestrzenić się niczym wirus najplugawszy po każdym zakamarku mojego ciała. Spadałem. Spadałem, ściągany w dół przez heroinę i wzgardę do moich krzywdzicieli. 

Wtedy właśnie po raz pierwszy zakosztowałem ludzkiej krwi. Nie raz, nie dwa, nie trzy, lecz razy aż osiem, targany cierpieniem pozbawiałem życia innych i nadziei, tak jak oni mię tego pozbawili. Jednak, z każdą duszą odesłaną na złotą wagę Sądu Najwyższego, odsyłałem także cząstkę siebie. Teraz stoję na rozdrożu pośród bezkresnych, wymarłych pustkowi, odwlekając w nieskończoność ostateczną decyzję o moim losie. Jedna droga zaprowadzi mnie pod Piekło z poematu Dantego, druga zaś w objęcia szaleństwa otchłani.

 

Druga umarła radość

 

Zapytano mię niegdyś, co czułem odbierając życie innej istocie – wahałem się znacząco przed wyjawieniem prawdy, jednakże spryt mój i przebiegłość wrodzona nie zwiodły mnie na manowce – odpowiedź udzieliłem zatem ledwie po chwili ciszy. Bezsprzecznie nagiąłem fakty, lękając się o ich wydźwięk i znaczenie, nie chciałem wszakże zostać posądzony o poczytalność. Wówczas wszystko zdawało się być lepsze od zgrozy zwanej rzeczywistością. Nie żałuje jednak niczego co popełniłem, lecz nie jestem z tego również dumny. Ten moment był niezwykle kluczowy, zarówno dla mojego stanu, jak i mojej przyszłości. Szaleństwo bowiem jest jak grawitacja, wystarczy lekkie popchnięcie. Jeślim wcześniej nie był obłąkany, to teraz, po dekadzie spędzonej pośród nich, niezaprzeczalnie w to wierzyłem.

Czy którykolwiek z was zabił niegdyś zwierzę tudzież istotę o pozornie wyższej inteligencji? Czy ktokolwiek z was obserwował, z lodową maską opanowania, jak z WASZEJ ofiary, wraz z każdym bolesnym oddechem, każdą pojedynczą kroplą szkarłatnej krwi powoli zanika życie? Ta niezwykła, nieuchwytna, niesamowita chwila ostatniego tchnienia jest zarazem najcudniejszym momentem – obrazem – jaki można spostrzec, a nawet doświadczyć wczuwając się w dogasający rytm bicia serca. Prawdziwie rajska ekstaza nachodzi sprawcę, gdy dostrzega, jak z ostateczną porcją uchodzącego powietrza, z iście majestatyczną gracją z ust ulatnia się najprawdziwsza istota życia.To ostatnie spojrzenie, gdy umierający zdaje sobie właśnie sprawę, iż nadszedł kres jego istnienia, przepełnione jest najprawdziwszą prawdą o tym człeku – jak żył, jak cierpiał, jak miłował. Poznajemy go tedy lepiej niźli ktokolwiek inny; wszak jeno nieliczni witają Śmierć jako bratnią duszę. Grzechy i czyny niecne przerywają wówczas tamy sumienia, i z rykiem przeraźliwym, zalewają i dominują krańcowe myśli konającego, nie zezwalając mu na pojednanie. Kiedy jednak w oczach pojawia się ta tajemnicza pustka – jakoby wewnętrzna nieobecność – wtedy szczyt swój osiąga owe podniecenie, lecz moment ten jest tak nieskończenie krótki, w swym trwaniu nadzwyczajnie uzależniający, a w odczuciu nieziemsko urzekający. Niepodobna jest jednak opisać dokładnie stanu tej najskrajniejszej ekstazy; w żadnym ludzkim języku nie ma słów by idealnie odwzorować jej niepojęte i nieskończone piękno – trzeba tę chwilę przeżyć osobiście, aby wyobraźnia byłaby mogła pojąć w jakiejkolwiek postaci nieziemskość tego uczucia.

Szarzy Sędziowie kłamią, twierdząc że zabijałem niewinnych. Ja wszakże nie podniósłbym na nich ręki. Wszyscy bez liku nosili rozżagwione znamię winy – wypalone w pamięci ogniem wstydu. Rzekli, iż jeno Bóg Wszechmogący może orzekać o nieczystości duszy człowieczej. Któż zatem dał im prawo by osądzać mię, jednego spośród nich?

Wpierw poczułem nadludzką potęgę, władzę o jakiej nikt nawet nie ważył się śnić w najśmielszych snach tudzież marzyć w najohydniejszych marzeniach. Nieskończoną władzę nie przysługującą nawet najsprawiedliwszym z prawych. Możność nie osądu, lecz ostatecznej decyzji. Jednakże zaledwie kilka godzin później, gdym otrząsnął się z rajskiej ekstazy, dotarło do mnie okrutne i straszliwe w swej istocie poczucie winy. Zrozumiałem wreszcie co żem uczynił. Wielu załamało się i pękło w tym momencie, pogrążając się w rozpaczy i szukając drogi odkupienia. Przez pierwsze parę dni odczuwałem przemożną potrzebę przyznania się do popełnionego czynu, oddania się w ręce policji i akceptacji przyszłej pokuty w świecie żelaznych krat. Nie docierała wówczas do mnie faktyczna możliwość mojej śmierci na wskutek surowszego wyroku sądowego. Na moje nieświadome szczęście zdołałem przemóc moje słabostki; wiedziałem, że nie ma dla mnie drogi powrotnej, miałem wszak wybór pomiędzy próbą przemilczenia, a wiecznymi konsekwencjami mojego postępku. Niestety, kto raz rozsmakuje się w odbieraniu życia, już na zawsze będzie łaknął cudzej krwi.

Po niespełna pół roku od pierwszego zabójstwa – a co za tym idzie, pierwszej ekstazy – pojawił się wieczny głód trawiący mię od środka. Strawa, choć niegdyś wspaniała w swym smaku, nie powodowała już ani sytości, ani przyjemności. Przyjemności! Ciepło kobiecego ciała już nie parzyło mych zmysłów, a zwinne rączki i wilgotne usteczka nie przynosiły ukojenia rozpalonym uczuciom. Pragnąłem tylko by poczuć znów ten krótki moment nieskończonej radości, by uczuć nieskrępowaną więzami człowieczeństwa władzę nad życiem i śmiercią. Zaspokoiłem ów głód dokładnie jeszcze siedem razy. Doskonale pamiętam każdą z tychże siedmiu chwil skrajnej ekstazy. Każda z nich zdawała się być zupełnie inna, wyjątkowa w swej postaci, lecz ich istota pozostawała przez cały czas taka sama, wręcz identyczna. Niezmiennie perfekcyjna. Niezmiennie cudowna…

Dziś nawet i po tym pozostały jeno wyblakłe wspomnienia, zaś przypominając je sobie czułem jedynie strach. Sumienna pracowitość Białych Kitli skutecznie wypleniła niemalże wszystkie emocje związane z moją przeszłością i wyrwała z korzeniami drzewo mojego szczęścia. Mimowolnie zostałem uszkodzony już bezpowrotnie, co więcej, wedle ich nienawistnych oszczerstw, zwanych prześmiewczo opiniami biegłych – już taki byłem! Stałem się teraz jednym z tych potworów, pogrążonych w odmętach szarego obłędu; nie zniszczyli jednak tego ostatniego odczucia, które wciąż ostało się w mym strzaskanym umyśle. Wrzącej i płonącej nienasyconym płomieniem zemsty – nienawiści!

 

Trzecia umarła rzeczywistość

 

Jeden z towarzyszy mojej niedoli miał to niewypowiedziane szczęście, iż posiadał ziomków pośród szpitalnej służby – uchodził bowiem za jednego z najspokojniejszych i najszczerszych pacjentów – mógł zatem ubiegać się o dobra najróżniejsze: papierosy, gazety, książki. Był schizofrenikiem i lekomanem, toteż w zamian za swe dostępy żądał tylko i wyłącznie właśnie leków, będącymi zarazem najcenniejszą walutą w świecie za brudno-czerwonymi murami. Brał niemalże wszystkie wówczas dostępne psychotropy, poczynając od imipraminy po iproniazyd, nie stronił także od różnorakich opiatów – uwielbiał zwłaszcza przestarzałą już nalewkę laudanum.

To właśnie od tego uzależnionego paranoika, po raz pierwszy dowiedziałem się o księdzu Jonathanie Edwardzie Sawyerze, a jego postać natychmiastowo zaintrygowała mię w dwójnasób. Po pierwsze, choć dotychczas nigdy o nim nie słyszałem, był moim „kolegą po fachu”, wymagało to zatem ode mnie jakiegokolwiek już zainteresowania. Po drugie, i znacznie ciekawsze, sposób w jaki gazety o nim pisały był nader fascynujący. Otóż oczywisty strach przed jego postacią, bez wątpienia przeplatał się z pewną dozą osobliwego szacunku.

Dobrze zapamiętałem tę chwilę, gdy to po raz pierwszy miałem okazję ujrzeć niesławnego Inkwizytora z Baltimore. Jego wygląd nie wywarł na mnie większego wrażenia, wręcz uczułem pewien zawód – pozornie nie wyróżniający się z tłumu, ot zwykły John Doe. Przeciętnego wzrostu, skromnej budowy ciała i pospolitej urody. Lecz jego spojrzenie, jego postawa, budziły we mnie mimowolny lęk. Nie potrafię jednak wskazać bezpośrednich przyczyn owej trwogi; czułem jak nogi bezwolnie uginają się pode mną, a wzrok mój nieuchronnie ucieka w bezpieczną przystań biało-żółtych ścian. Nie skłamałbym mówiąc, że zdawał się być wręcz nadczłowiekiem, istotą bez skazy, boskim wysłannikiem odartym z anielskiej powłoki. Emanował najczystszą siłą, potęgą, władzą absolutną. Uczułem wtedy, iżbym był gotów aby słuchać jego słów, czynić, cokolwiek mi rozkaże, a nawet by podążyć za nim na kraniec świata i jeszcze dalej, w nicość najczarniejszą. Szarzy Sędziowie nazwali go szaleńcem, lecz dla nas był istotą doskonałą.

Nigdy nie śmiałem odezwać się do niego. Nikt z nas nie śmiał. Czego się obawialiśmy? Trudno orzec. Jedni bali się jego postaci, inni zaś jego niesławy. Jeno Białe Kitle ważyły się z nim rozmawiać, a i tak działo się to jedynie w ostateczności. On sam nie był również zbyt rozmowny, a nawet rzadko mieliśmy okazję by go zobaczyć – widywałem go zaledwie jak przechadzał się czasem po trawiastym dziedzińcu – zdecydowaną większość czasu spędzał na medytacjach w swoim „pokoju”, bądź w zakładowej bibliotece czytając opasłe księgi, których tytułów nigdym na oczy nie widział, a tym bardziej znał.

Po kilku dniach wszystko zdawało się być wracać do starego porządku rzeczy. Zainteresowanie jakie wzbudził swą osobą przygasało, stawał się powoli jednym z nas. Właśnie wtedy do murów „Toniyard Asylum” przybył niespodziewany gość, choć bynajmniej nie był on istotą żywą. Wraz z pojawieniem się księdza Sawyera, do naszych serc wkradła się tajemnicza aura niepokoju. Wpierw odczuwaliśmy ją ledwie podświadomie, zupełnie się jej nie lękając, lecz wraz z powrotem owej normalności, zawitała ponuro do naszych umysłów. Wpierw odczuli ją najdelikatniejsi z pacjentów, by następnie zagościła w personelu szpitala, z początku głównie w damskiej części, a ostatecznie zagnieździła się w umyśle niemalże każdej obecnej tu osoby. Czuliśmy ją zatem nieomal wszyscy, mniej lub bardziej oddziaływała na poszczególne persony, lecz miała jedną rzecz wspólną we wszystkich przypadkach – jeden, jedyny mankament decydujący zarazem o jej tajemniczej naturze. Nikt z nas, absolutnie nikt, nie był w stanie określić przyczyny owego niepokoju. Zupełnie jakby powodowało go coś nieskończenie odległego, niemalże nieobecnego w naszym świecie, a równocześnie coś tak niesamowicie bliskiego naszym lękom.

Bolesne zastrzyki, pasy bezpieczeństwa i kaftany, a w ostateczności okrutne elektrowstrząsy – niegdyś były w stanie zapewnić względny spokój, wszakże bardziej personelowi, aniżeli pacjentom – obecnie nie dawały już nikomu pozytywnych skutków. Coraz częściej dochodziło do straszliwych napadów przerażenia. Wpierw pojawiało się odczucie rozpaczliwego osamotnienia i klaustrofobii – jego ofiarom zdawało się, że ściany, ludzie, a nawet powietrze zaciskało się wokół nich jak w imadle, nie byli w stanie ani ruszyć się, ani chociażby wstać z łóżka. Zwijali się tedy w pozycję embrionalną i przeszyci porażającym strachem, cicho kwilili i trzęśli się jak osiki. Nikt ani nic nie było w stanie ich poruszyć, godzinami więc tkwili zniewoleni dotykiem katatonii. Taki los czeka zapewne każdego z nas, osadzonych. Nie ma dla nas ucieczki, nie ma dla nas pomocy. Nie sądzę abyśmy byli w stanie oprzeć się owej przeklętej aurze terroru. Nawet personel został nią skażony – pojawiły się wśród nich pierwsze niewyjaśnione ataki histerii – poważna w swych skutkach okazała się kwestia braków kadrowych, wiążąca się z ogromną liczbą nagłych urlopów. Mieszkający na następnym piętrze obłąkani maniacy, śmiejący się w twarz rzeczywistości, zamilkli już bezpowrotnie z ostatnim krzykiem na ustach, którego brzmienia nie sposób było porównać do jakiegokolwiek innego dźwięku – aż zadrżałem słysząc go!

Apogeum tychże wydarzeń przypada dopiero na noc następną, kiedy to najbliższy mój przyjaciel, z którym dzielę pokój, w przypływie nieopisanej nocnej zgrozy własnoręcznie wydrapał sobie oczy, szepcząc strachliwie – Nihil… Nihil… Nihil… – Po chwili niezręcznej ciszy przepełnionej najczystszą zgrozą, powoli uniósł głowę, wpierw nie ujrzałem zupełnie nic, hegemonia ciemności skutecznie oszczędziła mi tego przeokropnego widoku. Nagle jakiś zbłąkany promień srebrnego księżyca przebił się ukradkiem pomiędzy zaporą z gęstych chmur, by następnie wbić się brutalnie w idylliczne królestwo mroku. Wtedy właśnie ujrzałem najżywszą manifestację najprzeraźliwszej ze zgróz – dwie czarno-czerwone otchłanie ziejące z oczodołów – wciąż krwawiące, wciąż pełne strachu. Jednak zemdlałem dopiero w momencie, gdy przeniosłem mój wzrok nieco niżej, na jego usta – wykrzywione w błogim uśmiechu!

Ocknąłem się dopiero następnego dnia wraz ze świtem. Chciałem, aby był to tylko koszmarny sen, mara nocna stworzona przez udręczony umysł. Jednakże jedno przelotne spojrzenie, uświadomiło mię o stanie rzeczywistości – wszak był to koszmar na jawie! Gorzko zapłakałem, ujrzawszy chłodne już zwłoki mojego niegdysiejszego przyjaciela, jedynego jakiego miałem w tym popielnym piekle, jedynego jakiego kiedykolwiek miałem, a teraz i on został mi odebrany. Nie mam już nic. Jest tylko… Nihil.

 

Czwarte pojawiło się zwątpienie

 

On pierwszy do mnie podszedł. On pierwszy wykonał ten najważniejszy krok ku naszej krótkiej, wbrew powszechnej opinii, bardziej znajomości, aniżeli przyjaźni. Nastąpiło to zaledwie parę dni później, wciąż wówczas byłem zszokowany tym, co zdarzyło się owej przeklętej nocy w moim pokoju. Nie byłem w stanie pojąć istoty tej tragedii, gdyż sama aura terroru zdawała się celowo mię omijać, zataczała kręgi w wyczekiwaniu na dogodny moment – chwilę zupełnego upadku – niczym sęp krążący nad wycieńczoną ofiarą i czekający jeno na jej śmierć. Zapewne doskonale zdawał sobie sprawę, że to właśnie ja jako jedyny wciąż opieram się wpływom tejże choroby; sądzę, iż to był właśnie główny powód jego inicjatywy – poznać cóż to za moc daje mi siłę, aby bronić się przed nieustającym szturmem jego tajemnej broni. Niezaprzeczalnie odczuwałem strach, aczkolwiek bardziej przed jej obłędną potęgą, aniżeli z jej powodu. Trwoga poczęła atakować w najwrażliwszym dla mnie miejscu – w mistycznym wymiarze snów – ściągając szkaradne mary i makabryczne koszmary z bezdennej studni mojego dzieciństwa. Przywołały stamtąd obrazy mojego znienawidzonego ojca, a także diabłów i demonów z ulic rzeczywistości, oddających się swym lubieżnym perwersjom. Z najgłębszych otchłani bólu również wychynęły wspomnienia mej ukochanej i wiecznie młodej matki, a na ostatku, jak feniks z popiołów odrodziła się pamięć o mojej słodkiej nemezis.

To właśnie wtedy dopadł mię, zwabiony zapewne zapachem zwątpienia i refleksji, tak intensywnie wówczas przeze mnie wydzielanym. Stałem na trawiastym dziedzińcu tuż za głównym budynkiem zakładu, rozkoszując się chwilą spędzoną poza brudno-czerwonymi murami, gdy nagle usłyszałem jego głos. Był niesamowicie delikatny, wręcz aksamitny w swym brzmieniu, pełen mądrości i zrozumienia. Przez ułamek sekundy faktycznie poczułem jakoby to właśnie on był boskim wysłannikiem, zesłanym w to piekło popielne, by wybawił mą udręczoną duszę. Lecz czy można ocalić coś, co zostało już na zawsze zatracone?

Nie tracąc czasu na żadne uprzejmości – zdawał sobie doskonale sprawę, iż wiem kim jest – przeszedł od razu do sedna sprawy, wykorzystując swój niepisany autorytet. Wykazał wielkie zainteresowanie ową tragedią, która nastąpiła ledwie sześćdziesiąt dwie godziny wcześniej, lecz dla mnie równie dobrze mogłaby wydarzyć się tej nocy. Wpierw zawahałem się lekko, nie wiedząc jak zareagować na jego obecność przy mnie, a co dopiero by odpowiedzieć. Jednak jakaś niewidzialna siła rychło skłoniła mię do odzewu – byłem w stanie powiedzieć prawdę i tylko prawdę, nie mogłem nawet zataić jakichkolwiek szczegółów – opowiedziałem więc dokładnie cóż takiego wydarzyło się tamtej przerażającej nocy. Mówiąc o tym, przez moment wydało mi się, iż spostrzegłem iskierki rozbawienia, perfidnie tańczące w jego błękitnych oczach. Jednak, gdy tylko skończyłem mą opowieść, a rozmowa, przypadkiem bądź nie, poczęła toczyć się własnymi ścieżkami, owe iskierki tajemniczo znikły, zupełnie jakby nigdy ich tam nie było.

Rozmawialiśmy nad wyraz długo, czas zdawał się płynąć zaledwie w sekundach, zaś prawdziwe godziny były jedynie czczą imaginacją rzeczywistości. Z początku byłem wielce onieśmielony niesławną postacią Inkwizytora z Baltimore, wszakże z każdą chwilą spędzoną w jego bezpośrednim towarzystwie, nabierał w znacznym stopniu zwyczajnych przejawów; można by rzec, iż stawał się wręcz ludzki, a przynajmniej coraz bardziej bliższy nam. Aczkolwiek głos jego, tak nieziemsko niesamowity w swym brzmieniu i barwie, nie zatracił nic ze swej osobliwości, a nawet zmienił się zgoła odmiennie, nabierając pewnej dozy mistycyzmu. Jeszcze nigdy w życiu nie było mi dane doświadczyć, a raczej usłyszeć tak idealnej kompozycji dźwięku. Każda pojedyncza głoska zdawała się być ledwie struną w tym arcydoskonałym instrumencie mesmeryzmu; bezsprzecznie wierzyłem w każde poszczególne słowo przezeń wypowiedziane, nie poddając ani na wątpliwość sensu w nich zawartego. W jego obecności wszystko co rzekł było prawdą absolutną – wiedziałby to każdy, mający ten zaszczyt rozmowy z nim – niemniej jednak, gdy tylko opuścił mię około zmierzchania, zaś z otchłani mojego umysłu wydostały się resztki logicznego rozumowania, nie mogłem się nadziwić mojej naiwności i głupocie. Doprawdy, mówcą był znakomitym, nie byłem w stanie odmówić mu umiejętności retorycznych; sens jego słów, po dłuższym wszak namyśle, był co najmniej zastanawiający. Twierdził, iż powód jego istnienia jest bezpośrednią wolą Boga, zaś postępki jego – zaledwie odgórnym rozkazem. Początkowo uwierzyłem mu, lecz zastanawiający był jeden fakt – skoro działał za Boskim przyzwoleniem, to czemuż trafił do popielnego piekła?

Pytanie to nie dawało mi spokoju przez wiele długich tygodni. Nie byłem nigdy fanatykiem religijnym, ani zagorzałym wyznawcą; pragnąłem zapytać go, otóż w jaki sposób poczuł, dowiedział się – jakkolwiek zrozumiał – iż jest Boskim wybrańcem. Ja wszakże kierowałem się pobudką znacznie prostszą w swej istocie niźli Inkwizytor. Pragnąłem jeno zemsty na moich krzywdzicielach, plugawych pomiotach pozbawionych moralności i wyższych uczuć. Niemniej jednak, ja również w pewnym sensie oczyszczałem świat, lecz nie czułem z tego powodu ani dumy ani wstydu, robiłem co musiałem, aby przeżyć w tym okrucieństwie drugiego człowieka. Zaś on wręcz promieniście emanował nie tyle co dumą acz pychą z własnych postępków. Chełpił się swoim autorytetem, budził podziw i strach – bezsprzecznie zadowalało go to. Nie okazywał skruchy ani wstydu. Niezaprzeczalnie wierzył, czuł, a może nawet i był prawdziwym Boskim wysłannikiem.

W ciągu owych tygodni odbyliśmy zbyt wiele rozmów bym mógł je zliczyć; jednakże ani razu nie śmiałem poruszyć tematu tego, co robiliśmy przed trafieniem w to przeklęte miejsce. Brakowało mi słów i odwagi, aby choć trochę podważyć jego zdanie. Przytłaczał mię swoją pewnością siebie, więc owe rozmowy przebiegały raczej na zasadzie monologu niźli dialogu. Niemniej, z każdą kolejną, coraz bardziej zbierałem się w sobie, by móc w końcu zadać mu to nader ważne pytanie. Każdorazowo podkreślał wartość swoich zasług oraz własną nieomylność w tym temacie. Pewnego razu, po wysłuchaniu jego dłużącej się w nieskończoność wypowiedzi – choć głos miał czarujący, to ileż można słuchać o tym samym – naszła mię kolejna zastanawiająca myśl. Otóż skoro postrzegał on mord na innej osobie, w jego mniemaniu grzesznej, za czyn w swej istocie najsłuszniejszy, to czy moja, zgoła przyziemna, motywacja, mogła być jakimkolwiek usprawiedliwieniem moich postępków? Co prawda owa myśl zgasła równie szybko jak się pojawiła, to uczułem, że nie mogła być to jedynie pusta i przelotna myśl – doprawdy musiała coś znaczyć!

Po wielu nieudanych próbach odwagi, w końcu zebrałem się w sobie, aby zadać mu to jakże nurtujące mię pytanie. Ten moment nad wyraz mocno wrył mi się pamięć, zapamiętałem niemalże każdy szczegół. Zdarzyło się to pewnego październikowego wieczoru; było wyjątkowo chłodno, acz zbytnio nam to nie przeszkadzało. Księżyc dopiero co wznosił się na swój tron nocy, gwiazdy zaś zupełnie były nieobecne, jakby przeczuwały cóż takiego może się wydarzyć. Staliśmy osamotnieni w północnym rogu dziedzińca, z dala od wścibskich oczu nielicznego personelu. Jako jedyni spośród pacjentów sprawialiśmy wrażenie zdolnych do codziennego funkcjonowania, a co za tym idzie mieliśmy przyzwolenie na spędzanie czasu na zewnątrz budynku, aż do późnych godzin. Monolog Inkwizytora miał się już ku końcowi, kątem oka spostrzegłem także zmierzających ku nam strażników, z zadaniem odeskortowania nas do środka. Wtedy właśnie nagle wszedłem mu w słowo – po raz pierwszy odważyłem się nie tylko odezwać niepytany, lecz wręcz przerwać jego wypowiedź oraz, co więcej, podważyć jego zdanie.

– Od dłuższego czasu nurtuje mię jedno nad wyraz ważne pytanie, ojcze Jonathanie. Wielokrotnie zaznaczałeś, iż działałeś nie o tyle co za Boskim przyzwoleniem, lecz nawet byłeś Jego wysłannikiem, może i nawet wybrańcem. Zapytuje więc, skoroś był przedłużeniem woli Boskiej, tu na Ziemi, to czemuż nie tylko pozwolił by grzesznicy mogli Cię osądzić, lecz także czemuż dopuścił by sługa Mu posłuszny trafił w to przeklęte miejsce?

Owe pozornie niewinne pytanie wywołało lawinę zgoła nieprzewidzianych skutków, lecz o dziwo, nie czułem się tym zupełnie zaskoczony. To właśnie wtedy, w tym nieskończonym momencie, po raz pierwszy dostrzegłem w jego błękitnych oczach cień wątpliwości. Jego głos, dotychczas aksamitny i nieskazitelny, załamał się na ułamek sekundy – tyle wystarczyło by nagle przemienił się z wysłannika Boskiego w zwykłego śmiertelnika. Ta chwila zawahania, to pytanie pozbawione natychmiastowej i zdecydowanej odpowiedzi – ziarno zwątpienia zostało zasiane nieodmiennie. Jednakże nikt, nawet ja, nie mógłby się spodziewać jego plonów. Kiedy strażnicy w końcu do nas podeszli, wreszcie udzielił względnie długo oczekiwanej odpowiedzi, po czym błyskawicznie zamilkł i nie odezwał się już nigdy ani słowem.

Stwierdzenie, że byłem choć trochę zaskoczony jego zachowaniem, mogłoby uchodzić za co najmniej fałszywe w swym założeniu. Co więcej, powiedziałbym, iż zupełnie spodziewałem się dokładnie takiej, a nie innej reakcji na moje pytanie. Jednakże dlaczegóż tak było – nie sposób mi odpowiedzieć – intuicja, a może Boska opatrzność?

 

Piąte pojawiło się zrozumienie

 

Od tygodnia nie miałem najmniejszego kontaktu z księdzem Sawyerem; nie spotkałem go więcej na dziedzińcu, a nawet zarzucił swoje regularne spacery po budynku. Nie mogę rzec jednakże, aby mnie unikał – wydawał się być raczej zupełnie nieobecny, choć jako jedyny to zauważyłem. Drzwi od jego pokoju były wiecznie zamknięte, a nawet pomimo długotrwałych obserwacji, nigdy nie przyuważyłem by ktokolwiek choćby je otwierał. Przez chwilę nawet pomyślałem, iżby został przeniesiony, lecz brak jakichkolwiek pogłosek na ten temat, szybko obalił moją teorię. Zwłaszcza, że dziedziniec był dostępny dla wszystkich pacjentów uznanych za wystarczająco spokojnych, a on definitywnie do takowych przynależał. Brzmi to doprawdy niewiarygodnie dla osób postronnych, acz odpowiednie specyfiki oraz brak perspektyw, prędko potrafi ostudzić nawet najgorętszy temperament. Zaś Jonathan Sawyer nigdy nie należał do grona osób gwałtownych – raczej do tych wyrachowanych i zimnokrwistych morderców nowej ery. 

Jak już powiedziałem, nie sądzę, aby tajemniczo zniknął bądź, co jeszcze mniej prawdopodobne, umarł. Czułem bowiem jak owa aura terroru zaciska swe lodowate dłonie na moim gardle, dusząc mię i dławiąc, bez krzty litości przywołując mściwe duchy przeszłości, wciąż pragnące mnie pożreć. Moje doszczętne szaleństwo będzie równocześnie jej tryumfem – istnym apogeum swej diabelskiej mocy – już nawet teraz świętowała tego wigilię. Liczebność personelu szpitala spadła do absolutnego minimum, nikt nie chciał bowiem przebywać w popielnym piekle, w samym epicentrum plagi obłędu. Jednak wszyscy zgodnie milczeli, choć każdy z osobna wiedział, że dzieje się coś przerażająco okropnego, lecz nie potrafił wskazać tego przyczyny. Strach skutecznie zamykał im oczy i mącił umysły, nie pozwalając dojrzeć cóż kryje się w jego odmętach. Wciąż starałem się odpierać jego zmasowane ataki, jednakże byłem z góry skazany na porażkę – wszak nie sposób opierać się czemuś, czego się nie pojmuje. Nocne starcia stały się dla mnie już codziennością, noc w noc starałem się bronić ostatniej twierdzy spokoju, lecz dziś po raz pierwszy uległem przeważającym siłom koszmaru. Przerażające wizje zamierzchłej przeszłości wdarły się przez wyłom w murze mojego umysłu – znów poczułem potęgę skórzanego pasa ojcowskiego, okładającego mię raz po raz w pijackiej furii. Moja lewa ręka ponownie rozgorzała palącym bólem tysiąca igieł, zaś żyły płonęły, zalane morzem heroinowego kwasu, pożerającego każdą napotkaną na swej drodze komórkę krwi. Czułem jakby serce chciało wyrwać się z mej piersi, uciec byle dalej od śmiercionośnego narkotyku. Bum-bum, bum-bum, bum-bum. Huczało mi w uszach mordercze tempo – pragnąłem jedynie by pomyliło się w swym rytmie, by nastąpił częstoskurcz i zatrzymało się na wieki, tym samym uwalniając mię od tego szaleństwa! Lecz nie dane mi było umrzeć tej nocy, serce wciąż biło mimo narzuconego mu tempa, uparcie utrzymując mnie przy życiu, uparcie pompując krew do opanowanego przez koszmar mózgu. Wtedy pojawiła się ona, z białym welonem na twarzy; wychynęła z ciemności niczym anioł wybawiciel, jednak przynosząc tylko ból i cierpienie – moja ukochana matula. Czułem jej strach o mnie, o siebie, o naszą rozbitą rodzinę. Zupełnie jakby chciała naprawić wszelkie zło, które mię dotknęło w wyniku jej przedwczesnej śmierci. Lecz martwa nie była w stanie nic uczynić, nic zmienić – rozjątrzyła jeno bolesną ranę w mej pamięci.

Obudziłem się cały zlany potem, trzęsąc się okropnie ze łzami w oczach. Znów żałowałem, że żyję – że muszę cierpieć w imię niczego. Otępiały spojrzałem przed siebie, na otwarte drzwi mojego pokoju i koszmar stał się jawą. Stała tam, dokładnie taka jaką ją zapamiętałem przed trzydziestu sześciu laty, w dniu gdy tańczyła do muzyki, ubrana w prostą, niebieską suknię. Lecz nie uśmiechała się, w jej oczach nie było radości, ani nawet miłości – jeno smutek, strach i popiół – zacząłem wrzeszczeć jak opętany i szamotać się na łóżku, wnet przylecieli strażnicy i zaaplikowali mi coś na uspokojenie. Ciało zwiotczało, zaś ja zamarłem z niemym krzykiem na ustach; zdołałem jedynie skulić się w pozycji embrionalnej, a nad sobą poczułem lodowaty oddech Martwej Białej Panny – katatonii. Powoli przestawałem mieć pewność, że jest to tylko przeraźliwa mara, wytworzona przez poszarpany umysł; zdawała się być taka prawdziwa, wręcz realna w swej zgrozie. Łzy na nowo zaczęły płynąć strumieniami, nawilżając moje spieczone usta. Płakałem długo i cicho, nie mogąc wydusić z siebie choć dźwięku, lecz wewnątrz krzyczałem i łkałem godzinami.

Nie pamiętam dokładnie, kiedy się wybudziłem z tego stanu, wiem jedynie, że znów było ciemno, acz tym razem to księżyc królował na tronie nieba. Byłem potwornie głodny i spragniony – obolałymi od płaczu oczyma rozejrzałem się w ciemnościach pokoju i zdołałem spostrzec skromny posiłek, zapewne pozostawiony przez dobrotliwego strażnika, wraz ze szklanką mleka leżący na mojej szafce nieopodal łóżka. Z nieukrywaną przyjemnością sięgnąłem po jedzenie, lecz od razu zgiąłem się wpół, przeszyty okropnym bólem. Zdawszy sobie sprawę, iż musiałem mieć potwornie napięte mięśnie przez cały czas jak leżałem, powtórzyłem mój ruch, tym razem zważając, aby wykonać go najdelikatniej i najostrożniej jak tylko mogłem. Po chwili z lubością oddałem się konsumpcji, cicho mlaszcząc odrętwiałym językiem, po czym popiłem całość chłodnym mlekiem; w każdej innej sytuacji uśmiechnąłbym się zapewne, radując się posiłkiem, aczkolwiek twarz moja zdawała się być zupełnie nieczuła na jakiekolwiek emocje prócz bólu i lęku. Zjadłszy uczułem przeogromne zmęczenie, gdyż choć tak długo leżałem, to ani przez moment nie spałem, jeno wegetowałem na granicy katatonii, toteż nie czekając ani minuty dłużej, ostrożnie położyłem się znów na łóżku i po chwili oddałem w objęcia Morfeusza, tym samym wkraczając na pole nieustannej bitwy o bastion mojego umysłu. Jednakże tym razem zamierzałem nie tylko wygrać tę batalię, lecz wręcz doszczętnie rozgromić wszechrzecz koszmaru. Jakże się przeliczyłem w ocenie własnych możliwości!

Starcie było niezwykle wyrównane, przez wiele długich godzin walczyliśmy w miejscu, nikt nie zamierzał bowiem ustąpić miejsca, cofnąć się choć o krok. Na złotej szali stanęła wówczas wytrwałość i wiara przeciwko nieskończoności horroru; zrozumiałem tedy, że nie dane mi jest wygrać tej bitwy, mimo to zwarłem szeregi i krzykiem dodając sobie otuchy, przystąpiłem do ostatniej szarży, wprost w samo serce koszmaru. Biliśmy się dzielnie, nie okazując krzty przerażenia przed rychłą śmiercią, lecz nawet i to nie pomogło – w miejsce każdej wyrżniętej myśli pojawiały się dziesiątki, setki kolejnych złowrogich obrazów i wizji, siejących terror na polu bitwy. Znów zostałem zepchnięty nad przepaść, mogłem jeno patrzeć jak okrutny lęk wlewa się przez podziurawiony mur, wprost do jądra mojej świadomości. Przegrałem. Przegrałem, acz nie zamierzam oddać się żywy w ręce plagi strachu – wolę zginąć w otchłaniach szaleństwa, niźli żyć wiecznie w objęciach zgrozy! Nie oglądając się więcej za siebie, pewnie podszedłem do skraju urwiska, i nie czekając ani minuty dłużej, skoczyłem w dół, w niezmierzoną ciemność.

Ocknąłem się pośrodku wymarłego, XIX-wiecznego miasteczka, spowitego popielną szarością i obmywanego strugami lodowatego deszczu. Leżałem twarzą w ohydnym błocku i wcale nie pragnąłem wstawać. Obawiałem się tego, co może mię czekać pośród tych opustoszałych budynków, co więcej, bałem się, iż tkwię w czymś o wiele straszniejszym, niźli dotychczasowe koszmary. Po chwili jednak tak przemokłem i zmarzłem, iż dłuższe trwanie w bezruchu byłoby ledwie przejawem najczystszej głupoty, toteż błyskawicznie podniosłem się i rozejrzałem w poszukiwaniu jakichkolwiek oznak ludzkiej prezencji. 

Niebo było wszak zupełnie zachmurzone, więc niewiele byłem w stanie dostrzec prócz przegniłych ścian, a także pozabijanych dechami okiennic oraz drzwi – czułem wręcz odrazę nań patrząc. Naraz błysk oślepiający i grzmot ogłuszający i ujrzałem w oddali zarys posępnej budowli na szczycie wzgórza; nagle uczułem, iż muszę się tam udać, schronić przed burzą. Jednakże towarzyszył temu niewypowiedziany lęk, którego nie mogłem ani określić, ani tym bardziej zrozumieć. Zdawało mi się, iż doskonale znam to miejsce, wszak nie mogłem przypomnieć sobie skąd. Zadrżałem jeno strachliwie miast wykonać choć krok naprzód. Patrzyłem tylko, nie mogąc oderwać wzroku od blaknącego budynku. Nie było innego światła niźli Zeusowe lance – słońce bowiem jakby nigdy nie istniało w tym świecie – i wnet spowiły mię ciemności tak gęste, że nawet ruch najdrobniejszy zdawał się być iście monstrualnym wysiłkiem. Trach! A cóż to? A cóż to? Czyżby sam Bóg wysłuchał mych nędznych próśb i zesłał mi światłość w ten wymiar cienia? Trach! I kolejna i kolejna i kolejna! Trach! Czy to omen, czy opatrzności znak? Trach! A więc idę, idę!

Przeto ruszyłem przed siebie w pośpiechu, brnąc po kostki w ohydnym błocku, każdy krok był prawdziwą męczarnią, lecz czułem, że moich sił wcale nie ubywa, zerwałem się tedy do biegu, wprost na oświetlane seriami potężnych błyskawic wzgórze. Wtem krzyk niemiłosierny i wycie przeraźliwe rozległo się za mną, zaciekawiony i strwożony hałasem nagłym, odwróciłem się prędko i ujrzałem osiem plugawych istot ociekających krwią, których szkielety okryte były fragmentami zgniłego ciała, zaś twarze wykrzywione miały w nienawiści i straszliwym cierpieniu. Biegły koślawo tuż moim śladem, szczerząc zepsute zęby i wyciągając przed siebie pozostałości rąk, by tylko dostać mię i zabić i pożreć! 

Zamarłem, nie wiedząc co czynić; nie byłem w stanie uciekać, błoto okalające moje nogi jakby zgęstniało, uniemożliwiając mi jakikolwiek ruch. Zamarłem, bowiem rozpoznałem ich, a znałem ich lepiej niż ktokolwiek inny. Mój ojciec, Ann, Jacob, Mary, Kevin, Sophia, a na samym końcu, o zgrozo najprzeraźliwsza, moja ukochana Julia i skarb mój największy – David! Naraz krople deszczu nabrały szkarłatnego koloru, a w powietrzu rozszedł się zapach świeżej krwi. Z każdym krokiem bliżej mnie stawali się coraz bardziej ludzcy, wnet dostrzegłem ich poderżnięte gardła, śmiejące się do mnie czerwonym uśmiechem najczystszej nienawiści. Potrafiłem jeno patrzeć na nich, na ich ciała ożywione duchem zemsty. Teraz to ja miałem stać się ich ofiarą, żądali odwetu na swoim krzywdzicielu, oprawcy – teraz to ja miałem zakosztować metalicznego smaku śmierci! 

Nagle uczułem przypływ sił, jakby sama błyskawica obdarzyła mię mocą do ucieczki. Nie zwlekałem ani sekundy, prędko odwróciłem się od nich i panicznie pobiegłem w kierunku wzgórza, czując, że jest to jedyne miejsce, w którym byłbym względnie bezpieczny. Krzyki i wycie zagłuszyły już potężne grzmoty, a teraz wdzierały się do mojej podświadomości, osłabiając wolę i mięśnie. Ja jednak parłem niezmordowany naprzód – nie zamierzałem dziś umrzeć!

Wspinaczka na szczyt wzgórza przyszła mi nader łatwo. Jego zbocza okazały się być łagodne i przystępne, nawet pomimo braku wyraźnie zarysowanej ścieżki pośród przemoczonej, szarej trawy. Poślizgnąwszy się parokrotnie, za każdym razem podnosiłem się z godnym uznania uporem, mając w głowie tylko jedną jedyną myśl – przeżyć! Tylko raz odważyłem się spojrzeć za siebie, lecz od razu pożałowałem tej decyzji.  Pościg znajdował się zaledwie paręnaście metrów za mną; uczułem tedy mdlący trupi odór dobywający się z ich przerażających ciał. Byłem zaledwie kilka kroków od mojego azylu, gdy nagle uświadomiłem sobie skąd znam to miejsce. Był to dom mój przez ostatnie dziesięć lat, z kpiącym napisem wyrytym w drewnie ponad drzwiami – Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy wchodzicie – miejsce, które podświadomie nazwałem schronieniem, piekło popielne, w którym przyszło mi żyć. Zakład dla obłąkanych „Toniyard Asylum” w Baltimore, Maryland. Wtedy właśnie wszystko pojąłem. Bez cienia wątpliwości i strachu, otworzyłem bramę główną i przekroczyłem próg budynku; poczułem wręcz ulgę widząc, dobrze mi znane, biało-żółte trzewia oświetlone lodowato-białym światłem…

 

Szósta pojawiła się śmierć

 

Pięć dni. Pięć dni już minęło od tej najkoszmarniejszej nocy, choć czułem jakby wydarzyło się zaledwie tej ostatniej. Na dobre zatraciłem poczucie upływu czasu – moja pamięć ograniczała się jedynie do popielnej teraźniejszości – wszystko inne zostało odgrodzone szarawą mgłą zapomnienia. Otaczała mię ona zewsząd, nieprzenikniona i diabelnie gęsta, wszystko co odległe zdawało się być jeszcze dalsze; nawet samo pojęcie jutra stało się wręcz nieosiągalne. Co prawda, cieleśnie istniałem tu i teraz, jednakże moje myśli nieustannie uciekały w nieskończoną otchłań umysłu, ścigane przez falę nienazwanego strachu. Chwilami czułem wręcz jakbym tonął, zalany hektolitrami spienionej, wściekłej – wody, lecz czy to na pewno była woda? Nigdym nawet nie zdawał sobie sprawy z jej istnienia, wydawała się być zadziwiająco obca, choć bezsprzecznie jej źródło znajdowało się gdzieś w niezbadanych czeluściach mojej duszy. Czekała jedynie na odpowiedni moment, krótką chwilę mojej słabości, by wydostać się i uderzyć z całą furią w poszukiwaniu odebranej sprawiedliwości.

Sprawiedliwości! Nędzna imaginacjo utopijnej rzeczywistości! Gdzieżeś była, gdym cię pożądał i pragnął? Stałaś jeno w oddali, patrząc i śmiejąc się z mego upadku. Marnaś, o marnaś kłamczyni okrutna! Powracasz teraz by drwić z mej niemocy – uwolniona ze smyczy koszmaru, wreszcie dopadłaś mię po odwiecznej pogoni i gryziesz i kąsasz krzycząc swe imię! Sprawiedliwości! Czyż nigdym nie był godzien twej łaski, twej miłości?

Płaczę i płaczę dzień już piąty swej chwili tragedii, lecz ileż to lat trwałem w bezruchu, pośród wymarłych pustkowi nienawiści? Zmiażdżony w nieśmiertelnym uścisku wściekłości, zakuty w płomienne okowy gniewu, mogłem jeno patrzeć, jak dookoła mnie płoną stosy winnych-niewinnych. Widziałem ich ciała, dusze trawione przez ogień piekielny, acz nie krzyczeli, nie szamotali się, ani nie modlili – wiedzieli bowiem, iż nie ma dla nich nadziei. Wszystkie wrzaski, jęki, piski, łzy, słowa i myśli zgromadzili tylko i wyłączenie we mnie, w swym oprawcy, bym poznał i poczuł istotę ich cierpienia – bym zrozumiał los okrutny jaki im podówczas zgotowałem.

Czuję ich złowieszcze tchnienie na karku, trupi dech przepełniony żądzą zemsty. Niegdyś pławiłem się w słodyczy krwi mych ofiar, teraz nieustannie odczuwam metaliczny jej posmak w ustach. Brr. Krzywię się i parskam i pluję próbując pozbyć się tego okropnego smaku, bez skutku; wtem uczuwam nagły gorąc na lewym barku – odwracam głowę i widzę twarz zamgloną, zbyt rozmazaną by określić do kogo ona należy. Mówi coś do mnie, lecz słowa giną w nieskończenie krótkiej przestrzeni między nami. Spoglądam na niego pustymi oczyma, starając się rozróżnić ponurą marę od rzeczywistości, lecz wszystko zdaje się być dokładnie takie samo. Nie wiem czy wciąż śnię, nie wiem nawet czy chciałbym tak śnić.

Słyszę kolejne niezrozumiałe dźwięki, głośniejsze tym razem, chyba ktoś woła kogoś nagląco; po chwili czuję jak oba moje ramiona zamykają się w żelaznym uścisku i podnoszą mnie w górę – dziwne uczucie, zupełnie jakbym latał, chociaż w tym przypadku raczej pływał w gęstej mgle. Dwie szarobure istoty niosą mnie gdzieś, nie sposób mi jednak określić jaki jest cel naszej podróży, ani jak długo będziemy tam zmierzać. Głowa kiwa mi się w bezwładnie na boki, podrygując w rytm ich ciężkich kroków. Bum. Bum. Bum. Bum. Potężne uderzenia ich buciorów o niewidzialną podłogę, dudnią w mojej głowie niczym wystrzały armat, wzmacniane jeszcze przez echo huczące w oddali. Czuję jak tysiące nienawistnych ślepi wwierca się we mnie i przenika na wylot. Jestem zupełnie nagi. Każda myśl, każde moje wspomnienie pozbawione jest cielesnej powłoki, wystawione jak na teatralnej scenie. Słyszę głośne śmiechy, gdy widzą moje upadki i nieszczęścia; słyszę zawodzenie i okrzyki gniewu, gdy tylko ukazują się niecne moje postępki. Zaczynam płakać, choć nie ronię łez. Zaczynam łkać, choć nie mogę wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Pojąłem, że jestem pusty w środku, wypalony ogniem nienawiści i zemsty; nie pozostało mi zupełnie nic, co uczyniłoby moje życie choć trochę przyjemniejszym.

Zatrzymujemy się w końcu w przeżartym przez strach pomieszczeniu, powietrze tutaj aż cuchnie przerażeniem i cierpieniem. Nawet ja to odczuwam. Cóż za nędzna istota musiała tu przebywać, nim my trafiliśmy w to miejsce! Znowu słyszę dźwięki nad sobą, rozpływające się w eterze, zbyt niewyraźne by zrozumieć choć słowo, zbyt ciche by określić mówcę. Wtem czuję nagłe szarpnięcie, kładą mnie na czymś białym i miękkim – znów widzę zamglone ich twarze, obie wręcz identyczne, acz tym razem z innej perspektywy, muszą zatem pochylać się nade mną. Na moich kostkach i nadgarstkach zaciskają się skórzane pasy, nie mogę się poruszyć, lecz nie szamoczę się – wiem, że byłoby to bezsensowne. Trwam więc w bezruchu, oczekując na kolejny krok moich oprawców. Mogę jednak wciąż oddychać, zaś czynię to z nieukrywaną pasją, gdyż boję się, iż wkrótce nie będę w stanie.

Unieruchomiwszy mnie, rozmazane oblicza znikają z pola widzenia, a w ich miejsce pojawia się osiem, nad wyraz wyraźnych, twarzy, tak dobrze mi już znanych. Stoją dookoła mnie, szczerząc się i gapiąc złośliwie. Rzucam się i krzyczę wniebogłosy, acz pęta skutecznie uniemożliwiają mi ucieczkę, a nawet choćby jakąkolwiek obronę przed żądnymi odwetu upiorami przeszłości. Wyciągają już ręce by rozszarpać mię na strzępy, rozerwać i pożreć, tym samym dopełniając swoją zemstę wobec ich krzywdziciela. Zamykam oczy i zaciskam mocno powieki, w nadziei, że choć trochę zmniejszy to moje cierpienie. Nagle czuję palące ukłucie w lewe ramię, a następnie chłodną ciecz wlewającą się w moje żyły – tak odmienną od wrzącego heroinowego kwasu – uspokajam się tedy, a zjawy oddalają i nikną po chwili we mgle, zupełnie jakby nigdy ich tu nie było. Lecz dobrze wiedziałem, że wkrótce powrócą; tak długo jak będę żył, tak długo i one będą istnieć.

Nie odczuwam już radości, nie mam nawet nadziei, zaś moja rzeczywistość spowita jest gęstą, szarą mgłą. Koszmarne sny pomogły mi zrozumieć jak nędzną jestem istotą, jak haniebne i niecne były moje postępki. Niegdyś tłumaczyłem je krzywdą i zemstą, lecz jak marne było owe usprawiedliwienie. Przez ostatnie dziesięć lat mieszkałem w piekle popielnym, tak doskonale pasującym do stanu mojej duszy. Przez dekadę próbowano leczyć mię najróżniejszymi specyfikami, uczęszczałem na przeróżne terapie – bezskutecznie. Nigdy nie zdołam wrócić czasu i naprawić moje błędy. Jakże żałuję, że je popełniłem! Targany wichrami gniewu i nienawiści, zdołałem zamordować osiem osób, w tym mojego ojca, moją żonę oraz dziecko. Stałem się wrakiem, wyniszczonym przez heroinę i rozgorzałe pasje. Nie wiem czemuż miałbym dalej żyć, egzystować w płaczu i cierpieniu.

Nie czuję już nic prócz spokoju, zbawienna fala obmywa mię, kojąc rozedrgane myśli. Jestem gotów. Blada Pani wnet wkroczy do mojego pokoju i weźmie mnie w swe objęcia. Jestem gotów, wkrótce odejdę z nią w nieznane, bez bólu i strachu, do krainy wiecznej ciemności. A za nami podąży, w blasku błyskawicy, jeszcze jedna osoba. I nikt więcej…

 

Koniec

Komentarze

Przykro mi to mówić, ale przeczytałam z największym trudem, bo opowiadanie jest straszliwie przegadane, w dodatku nie ukrywam, że niespecjalnie mnie obeszły wynurzenia bohatera na temat własnej przeszłości i teraźniejszości, tudzież kondycji psychicznej. A choć dokonał czynów odrażających, nie powiedziałabym, że to horror.

W opowiadaniu nie znalazłam fantastyki. Uważam bowiem, że doznania, wizje i wszelkie doświadczenia przeżyte pod wpływem narkotyków i innych specyfików, jak również przemyślenia człowieka, którego umysł toczy choroba, nie są fantastyką.

Opowiadanie, co stwierdzam z przykrością, jest napisane w sposób, który nie tylko nie ułatwia zrozumienia tekstu, ale wręcz utrudnia śledzenie opowieści – z pewnością przyczyniła się do tego nie najlepsza interpunkcja.

Mam nadzieję, Aerialecie, że lektura Twoich przyszłych opowiadań okaże się bardziej satysfakcjonująca.

 

chcą pła­wić się w wiecz­nej ago­nii – bym zdechł… ―> Czy na pewno oni chcą pławić się agonii, czy może miało być: …chcą żebym przeżywał wieczną agonię – bym zdechł

Poznaj znaczenie słowa pławić się.

 

pra­gną jeno by uj­rzeć jak wy­da­je swe ostat­nie tchnie­nie… ―> Literówka.

 

Tak oto stanę przed sta­rym klucz­ni­kiem, od­mó­wion do­stę­pu do Raju… ―> Co to znaczy, że ktoś jest odmówion dostępu do czegoś?

A może miało być: Tak oto stanę przed sta­rym klucz­ni­kiem, pozbawion do­stę­pu do Raju

 

Strą­cą mię i zrzu­cą i wy­gna­ją precz… –> Ponad pięćdziesiąt razy używasz przestarzałej formy mię i blisko czterdzieści razy mnie. Sugeruję ujednolicić zapis.

 

i wy­gna­ją precz ogni­sto­skrzy­dłe Se­ra­fy – ge­stem nie­na­wist­nym wprost w ob­ję­cia za­tę­chłe­go i prze­gni­łe­go Styk­su. Nie­go­dzien ja prze­pra­wy w uści­sku Cha­ro­na! ―> Jaki jest związek serafinów ze Styksem i Charonem?

 

Tutaj nawet Słoń­ce do resz­ty wy­bla­kło… ―> Tutaj nawet słoń­ce do resz­ty wy­bla­kło

 

po­tę­pie­nie w brud­no-czer­wo­nych mu­rach… ―> …po­tę­pie­nie w brud­noczer­wo­nych mu­rach

 

mi­ło­ścią i naj­więk­szym ne­me­zis. ―> Nemezis jest rodzaju żeńskiego, więc: …mi­ło­ścią i naj­więk­szą ne­me­zis.

 

od­po­wiedź udzie­li­łem zatem le­d­wie po chwi­li ciszy. ―> …od­po­wiedzi udzie­li­łem zatem le­d­wie po chwi­li ciszy.

 

jak WA­SZEJ ofia­ry, wraz z każ­dym bo­le­snym od­de­chem, każdą po­je­dyn­czą kro­plą szkar­łat­nej krwi po­wo­li za­ni­ka życie? ―> …jak w WA­SZEJ ofierze, wraz z każ­dym bo­le­snym od­de­chem, każdą po­je­dyn­czą kro­plą szkar­łat­nej krwi, po­wo­li za­ni­ka życie?

 

naj­praw­dziw­sza isto­ta życia.To… ―> Brak spacji po kropce.

 

szczyt swój osią­ga owe pod­nie­ce­nie… ―> …szczyt swój osią­ga owo pod­nie­ce­nie

 

Wszy­scy bez liku no­si­li roz­ża­gwio­ne zna­mię winy… ―> Co to znaczy nosić znamię wojny bez liku?

 

Nie­skoń­czo­ną wła­dzę nie przy­słu­gu­ją­cą nawet… ―> Nie­skoń­czo­ną wła­dzę nieprzy­słu­gu­ją­cą nawet

 

do mnie fak­tycz­na moż­li­wość mojej śmier­ci na wsku­tek su­row­sze­go wy­ro­ku są­do­we­go. Na moje nieświa­do­me szczę­ście zdo­ła­łem prze­móc moje sła­bost­ki; wie­dzia­łem, że nie ma dla mnie drogi po­wrot­nej, mia­łem wszak wybór po­mię­dzy próbą prze­mil­cze­nia, a wiecz­ny­mi kon­se­kwen­cja­mi mo­je­go po­stęp­ku. ―> Nadmiar zaimków. Miejscami nadużywasz zaimków.

moż­li­wość mojej śmier­ci na wsku­tek… ―> …moż­li­wość mojej śmier­ci wsku­tek… Lub: …moż­li­wość mojej śmier­ci na sku­tek

 

za brud­no-czer­wo­ny­mi mu­ra­mi. ―> …za brud­noczer­wo­ny­mi mu­ra­mi

 

poza brud­no-czer­wo­ny­mi mu­ra­mi… ―> …poza brud­noczer­wo­ny­mi mu­ra­mi

 

nie pod­da­jąc ani na wąt­pli­wość sensu w nich za­war­te­go. ―> …nie pod­da­jąc w wąt­pli­wość sensu w nich za­war­te­go.

 

Owe po­zor­nie nie­win­ne py­ta­nie… ―> Owo po­zor­nie nie­win­ne py­ta­nie

 

nie­wie­le byłem w sta­nie do­strzec prócz prze­gni­łych ścian, a także po­za­bi­ja­nych de­cha­mi okien­nic oraz drzwi czu­łem wręcz od­ra­zę nań pa­trząc. ―> Patrzył na ściany, okiennicedrzwi, więc: …czu­łem wręcz od­ra­zę patrząc na nie.

Nań znaczy tyle, co na niego.

 

Bie­gły ko­śla­wo tuż moim śla­dem… ―> Jak biegnie się tuż czyimś śladem?

A może miało być: Bie­gły ko­śla­wo niemal moim śla­dem… Lub: Biegły koślawo tuż za mną

 

trze­wia oświe­tlo­ne lo­do­wa­to-bia­łym świa­tłem… ―> Nie brzmi to najlepiej.

Może: …trze­wia rozjaśnione lo­do­wa­tobia­łym świa­tłem

 

ra­mio­na za­my­ka­ją się w że­la­znym uści­sku i pod­no­szą mnie w górę… ―> Masło maślane – czy można podnieść coś w dół?

 

niosą mnie gdzieś, nie spo­sób mi jed­nak okre­ślić jaki jest cel na­szej po­dró­ży, ani jak długo bę­dzie­my tam zmie­rzać. Głowa kiwa mi się w bez­wład­nie na boki, po­dry­gu­jąc w rytm ich cięż­kich kro­ków. Bum. Bum. Bum. Bum. Po­tęż­ne ude­rze­nia ich bu­cio­rów o nie­wi­dzial­ną pod­ło­gę, dud­nią w mojej gło­wie… ―> Nadmiar zaimków.

 

tym samym do­peł­nia­jąc swoją ze­mstę wobec ich krzyw­dzi­cie­la. ―> …tym samym do­peł­nia­jąc swojej zemsty wobec krzyw­dzi­cie­la.

 

jak marne było owe uspra­wie­dli­wie­nie. ―> …jak marne było owo uspra­wie­dli­wie­nie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka