- Opowiadanie: Beatrycze_Nowicka - O trzech królewnach. Baśń druga

O trzech królewnach. Baśń druga

Zapraszam do lektury, a jeśli się spodoba, zapraszam także na moją stronę internetową. 

https://beatryczenowicka.malopolska.pl/

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

O trzech królewnach. Baśń druga

Step rozciągał się burozieloną falującą płaszczyzną aż po horyzont. Jeździec, wychowany w jednym z największych miast królestwa, nie przywykł do otwartej przestrzeni – czuł się tutaj odsłonięty i obcy. Widnokrąg rozpościerał się za nisko, przez co miał chwilami wrażenie, jakby ziemia nieustannie opadała. Niebo z kolei było zbyt wielkie – gigantyczna misa pełna niebieskiego światła. W nocy zalewała ją ciemność, w której dryfowały nieznane mu gwiazdozbiory.

 

Patrząc na nie myślał często, że jest jednym z nielicznych, którym dane jest je oglądać. Nie wiedział, czy ktokolwiek przed nim dotarł aż tak daleko. Owszem – wyprawiano się do zamorskich krajów i wytyczano nowe trakty, jednak mało kto interesował się terenami położonymi na północ od Ostrych Szczytów. Już sama przeprawa przez góry była bardzo trudna; on sam o mało nie postradał tam życia. Potem przez wiele dni wędrował przez puszczę, z rzadka napotykając niewielkie, dobrze ufortyfikowane osady, by w końcu dotrzeć do miejsca, gdzie las ustąpił stepowi. Wiedział, że to jeszcze nie tutaj. Jeśli wierzyć legendom, cel jego podróży znajdował się w sercu kamienistej pustyni.

 

Przyjaciele wyśmiali go, gdy oświadczył, że zamierza wyruszyć śladami dawnych opowieści. Dlaczego miałby opuszczać swoje ziemie i bliskich w pogoni za czymś, co przecież nie istnieje. Wysłuchiwał tego wszystkiego ze spokojem. Na koniec mówił, że nawet jeśli to tylko zmyślenie, to on chce się o tym przekonać na własne oczy. Wtedy rezygnowali z dalszej dyskusji, zapewne licząc na to, że się po prostu zniechęci. On jednak był uparty. Znał zbyt wielu ludzi, którzy porzucili swoje marzenia. Spora część z nich żyła spokojnie i nawet szczęśliwie, gdzieś jednak, na dnie ich oczu czaił się cień. Nie chciał być taki, jak oni. Nawet jeżeli wszystko okaże się nieprawdą, będzie mógł przynajmniej powiedzieć, że spróbował.

 

Pustynia z legend istniała naprawdę. Na początku zauważył tylko, że wysokie, gęste trawy ustąpiły kępom sinozielonych źdźbeł, wyrastającym spomiędzy czarnych kamieni o fioletowym, opalizującym odbłysku. Potem dostrzegł ścielącą się na północy ciemną smugę. Gdy podjechał bliżej, smuga zamieniła się w równinę, z której z rzadka sterczały słupy skalnych ostańców. Opowieści nazywały to miejsce końcem świata. Przez dłuższą chwilę mężczyzna przyglądał się niezwykłemu pejzażowi. Uśmiechnął się, lekko szarpnął lejce. Drobne kamyki zachrzęściły pod kopytami jego konia.

 

Najpierw pomyślał, że to kolejna fatamorgana. Z daleka nie był w stanie odróżnić żadnych kształtów – docierały do niego jedynie błyski różnobarwnego światła. Coś mieniło się i migotało na tle nieba, wciąż jednak wymykając jednoznacznej ocenie. Powstrzymał się przed zmuszeniem konia do galopu. Raz za razem powtarzał sobie, że to tylko złudzenie, jednak sam w to nie wierzył. Był u celu. Czuł to.

 

Szklana góra była tak ogromna, że nie mógł dostrzec wyraźnie jej szczytu. Powierzchnia wcale nie była gładka – tysiące załamań i wybrzuszeń odbijało, rozpraszało i załamywało światło, gubiąc kształty w roju refleksów, słonecznych zajączków i tęcz, które zdawały się oplatać całą strukturę barwną mgiełką. Nigdy nie widział niczego doskonalszego. Nadal jednak pozostawało pytanie, jak dostać się na szczyt? Mężczyzna doszedł do wniosku, że musi się tam wspiąć, jednak gdy tylko dotknął szklanego występu, roziskrzona powierzchnia zmieniła swój kształt i uformowała wąskie, pnące się spiralą w górę schody.

 

Gdy dotarł wreszcie do ich końca, był wieczór. Po prawej stronie miał krawędź urwiska. Rozpościerał się stąd widok na pustynię, tonącą teraz w czerwonym świetle zachodu. Gdzieniegdzie ostańce rzucały długie cienie, przypominające rozrzucone tu i ówdzie wstęgi czarnego jedwabiu. Na bladym błękicie nieba podświetlone ostatnimi promieniami słońca chmury pyszniły się szkarłatem i złotem. Po lewej stronie rósł las szklanych drzew, teraz wręcz świecący wszelkimi odcieniami żółci, pomarańczu i czerwieni. Lekki wiatr poruszał liśćmi, które wydawały przy tym odgłos bardziej podobny do delikatnego dzwonienia niż szumu. Mężczyzna przeszedł kilka kroków po szklanej trawie, której źdźbła uginały się pod jego stopami i dotknął zwieszającej się nisko gałęzi. Liście były cienkie i miękkie – jak prawdziwe, tylko ich powierzchnia była gładka i zimna. Gdy wracał na ścieżkę, spod jego stóp zerwała się szklana kuropatwa. Jej cienki, wibrujący krzyk przypominał odgłos wydawany przez uderzony kielich.

 

Wędrował dalej. Gdy słońce zaszło, las rozbrzmiał delikatnym śpiewem wieczornych ptaków. W trawie rozkwitły kwiaty, do których przylatywały szklane ćmy. Raz jeden, pomiędzy drzewami mignął mu przezroczysty lis.

 

Zagajnik ustąpił łące, gdzie nad stawem szumiały cicho szklane wierzby. Wędrowiec mógł już dostrzec zamek – wysokie, gładkie mury, strzeliste wieże, ledwo widoczne na tle nieba. Gdy podszedł do bramy, na jego spotkanie wybiegły dwa lwy. Nie cofnął się. Jedno ze zwierząt podeszło bardzo blisko. Poczuł delikatne, chłodne dotknięcie grzywy, jednocześnie nie czując ciepła oddechu. Szklane zwierzęta zajęły miejsce u jego boku.

 

Po kryształowym dziedzińcu spacerował koń, cienkie, wysokie dźwięki uderzeń jego kopyt odbijały się echem od murów i ścian zamku. Lwy poprowadziły mężczyznę do jednej z bram. Uchyliwszy ją, znalazł się w szklanym ogrodzie pełnym róż, anemonów, irysów i wielu innych kwiatów, których nazw nie znał. Przeszedł obok sadzawki – także w tym przypadku szum wody był raczej dzwonieniem niż chlupotem – i minął stadko pawi przechadzających się dookoła altany obrośniętej dzikim winem.

 

Alejka skończyła się pod kolejnymi drzwiami. Przekroczywszy je, wędrowiec znalazł się w obszernym i pustym holu oświetlanym bladożółtym światłem, wydobywającym się z wnętrza kul wieńczących ozdobne lichtarze. Wydało mu się, że za przeciwległą ścianą coś się poruszyło – barwna plama, która prawie na pewno nie była tylko grą świateł. Prowadzące tam drzwi były otwarte.

 

Siedziała na szklanym tronie, karmiąc małego ptaszka, który wybierał z jej dłoni przezroczyste ziarna. Gdy wszedł, ptaszek poderwał się przestraszony, ona jednak pozostała spokojna, prawie nieruchoma. Wyglądała na bardzo młodą. Drobne, pięknie wykrojone usta księżniczki były dość blade, za to jej oczy miały głęboki, niebieskozielony kolor, jakiego przybysz nie widział u żadnej ze zwykłych kobiet. Długie, ciemnozłote włosy spływały na jej ramiona i plecy puszystą falą, odcinając się od granatowej aksamitnej sukni z długimi rękawami. Księżniczka przyglądała się uważnie swojemu gościowi. Miała spojrzenie starej kobiety, które nie pasowało zupełnie do jej dziewczęcej twarzy.

 

Skinęła zapraszająco. Podszedł i pokłonił się. Gdy się przedstawiał, drgnęła lekko, jakby dźwięk jego głosu ją przestraszył. Zamilkł i czekał.

– Więc przyszedłeś – uśmiechnęła się smutno – Dlaczego?

Teraz i on się uśmiechnął.

– Dawno, dawno temu, daleko stąd żył sobie chłopiec, który usłyszał baśń i nie potrafił się od niej uwolnić.

– Jednakże… tego chłopca już nie ma.

– Marzenie pozostało – ostrożnie wyciągnął rękę, jakby chciał jej dotknąć, ale zatrzymał się w pół gestu.

Na kilka sekund kąciki ust księżniczki wygięły się w dół a brwi zmarszczyły, potem jednak znów na jej twarzy zagościł poprzedni uśmiech. Obok jej tronu stał drugi, pusty. Gestem poleciła, by na nim usiadł.

– Opowiedz mi tę baśń.

Spełnił jej prośbę i przedstawił nawet kilka wersji. Wysłuchała wszystkiego, nie przerywając ani jednym słowem. Czasami tylko uśmiechała się krzywo. Kiedy skończył, utkwiła w nim spojrzenie swoich ogromnych, ciemnych oczu.

– Odnalazłeś mnie zatem. Co zamierzasz?

Wstał z tronu, nie – zerwał się raczej i przyklęknął przed nią na jedno kolano.

– Zabiorę cię stąd. Pokażę prawdziwe drzewa, zwierzęta, pałace… Nie będziesz już czekać. Nie będziesz samotna.

Gwałtownie odwróciła głowę. Złociste włosy przesłoniły jej twarz.

– Legenda nie kłamie, podając powody, dla których się tutaj znalazłam, choć inaczej rozkłada akcenty. Mój ojciec kochał mnie i pragnął dla mnie jak najlepszego męża. Nigdy jednak nie wybrałby go za mnie. Poznałam wielu mężczyzn, żadnego jednak nie zechciałam. Przez całe swoje życie pragnęłam doskonałości. Nie potrafiłam, nie chciałam zniżyć się do rzeczywistości. Ktoś kiedyś powiedział, że zachowywałam się, jakbym żyła oddzielona od świata taflą szkła. Gdy ja śniłam o swoim bohaterze, kolejni mężczyźni odchodzili, a klątwa nabierała kształtu – znów na niego popatrzyła. Jej oczy były zimne i odległe – I oto dostałam to, czego pragnęłam – gestem ręki wskazała naokoło siebie – Doskonały świat, piękny aż do bólu, nieprzemijający, ponad wszystkim i z dala od wszystkiego. Czyż to, co tutaj ujrzałeś, nie jest spełnieniem moich marzeń… które okazały się pułapką? – jej wargi zadrżały.

– Ale teraz już jesteś wolna!

Zanim zdążył zastanowić się nad tym, co robi, uniósł się i pocałował ją w usta. Przecież w baśniach tak właśnie zdejmowano zaklęcie… Poczuł jej oddech na policzku – słaby, spokojny. Jej wargi były chłodne, nie oddała mu pocałunku. Odsunął się na odległość ramienia. Milczeli.

 

Patrzyła gdzieś w przestrzeń, jakby on także był szklaną figurą, którą można przejrzeć na wylot. Gdy odezwała się po dłuższej chwili, ton jej głosu był niemalże obojętny, jak gdyby opowiadała o kimś innym, kimś, kogo los jest jej niezbyt drogi.

– Na początku byłam chora z samotności. Wołałam swoich rodziców, dworzan, służbę. Przerażona biegałam po pałacu i lesie, nawołując i błagając, by ktokolwiek odpowiedział. Nie było tu jednak nikogo poza szklanymi zwierzętami. Potem zrozumiałam, że jestem tu zupełnie sama i że nie ma stąd wyjścia. Początkowo usiłowałam niszczyć wszystko, co nawinęło mi się pod rękę, jednak następnego dnia nie było nawet śladu po uszkodzeniach. Z czasem gniew ustąpił miejsca rezygnacji. Pozostała mi tylko wiara i oczekiwanie. Mijały dni, miesiące, lata… Gdy w końcu zrozumiałam, że nikt nie przyjedzie, skoczyłam z góry, jednak i ta droga ucieczki okazała się dla mnie zamknięta. Nazajutrz ocknęłam się we własnej komnacie. Żyłam, lecz tego dnia umarła moja nadzieja. Od tamtej pory już nie czekałam. Spacerowałam po pałacu, łąkach, lesie, oswajałam zwierzęta i obserwowałam, jak zmienia się niebo. Nauczyłam się tutaj żyć, w ciszy zakłócanej jedynie dzwonieniem szkła. Z biegiem lat zaczęłam przywiązywać się do tego miejsca, było przecież całym moim światem. Więzieniem, ale także domem. Zapomniałam o swoim poprzednim życiu. Zapomniałam dźwięki i zapachy. Zapomniałam, czym jest dotyk i ciepło. W końcu przestało mi ich brakować i zaczęłam uważać się za szczęśliwą. Wszystko było przecież, jak trzeba.

– Nie było jak trzeba… Było źle a dzisiaj możesz to zmienić.

– Czy nie rozumiesz? – jej głos nadal był spokojny, cichy, monotonny – Ja już nie potrafię inaczej żyć. Stałam się częścią tego miejsca, jego sercem. Nie pamiętam już niczego innego. Nie umiałabym stąd odejść, tak jak nie umiałabym już niczego poczuć. Spóźniłeś się… a może… Może zawsze było za późno. Przybyłeś tutaj na próżno – jednym, gwałtownym gestem podwinęła szeroki rękaw sukni, odsłaniając rękę z przezroczystego, zimnego szkła.

 

Beatrycze Nowicka

Kraków,  23 IX 2006

 

Koniec

Komentarze

Tekst postaram się przeczytać pod warunkiem, że nie zostanie usunięty po uwadze, którą napiszę Ci ja i zapewne nie tylko ja: wrzucanie czterech tekstów na raz nie jest dobrą strategią. Z różnych względów.

Udało ci się stworzyć pewną aurę, klimat senności i nieokreśloności, podszytej melancholią. Niestety jest też nudno. Tekst dość szybko zaczyna się dłużyć, bohater wędruje za marzeniem (przez większość tekstu czytelnik nie wie jakim) i ogląda widoki – idzie, idzie i idzie, aż dociera na miejsce. To co najciekawsze – czyli konfrontacja między bohaterem a księżniczką z jego marzeń jest przedstawione poprzez monologi wyjąśniające wszystko – księżniczka wygłasza swoje kwestie i koniec.

Brakuje napięcia – ani wędrówka bohatera nie jest emocjonująca czy angażująca czytelnika, ani końcowa konfrontacja. Wszystko jest beznamiętną relacją ubarwioną ładnymi widokami. Akt odsłonięcia szklanej ręki na samym końcu ładnie wybrzmiewa, ale to za mało żeby zrównoważyć wcześniejszą monotonię i nudę.

Szkoda, bo samo rozwiązanie historii ma w sobie spory dramatyczny potencjał. Zestawienie marzenia i konsekwencje jego realizacji, niechęć czy też niemożność sprostania rzeczywistości, nadaremność i rozczarowanie towarzyszące spełnieniu marzenia zbyt późno – masz tu naprawdę sporo ciekawych elementów, tylko że nie poświęcasz im w ogóle uwagi.

Dream big.

Dziękuję za lekturę. 

Cóż, zamysłem na te opowiadania (wszystkich są trzy, każda na innej baśni oparta) miało być w zasadzie ładne nieco kwieciste obrazowanie plus puenta, każda inaczej rozwiązująca brak “długo i szczęśliwie”. Wydawało mi się, że trzy strony to trochę mało, by znudzić, ale oczywiście każdy ma inną tolerancję, a już szczególnie teraz w dobie internetu, kiedy nabraliśmy nawyku klikania w jakiś inny link czy zakładkę gdzieś tak po stronie tekstu. 

Nowa Fantastyka