- Opowiadanie: Czarnoksiężnik z Archipelagu - Sługa Pierścienia

Sługa Pierścienia

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Biblioteka:

ocha

Oceny

Sługa Pierścienia

– A więc…

– Nie zaczyna się zdania od „a więc” – oznajmił spokojnie Pierścień i zachichotał.

– Mam cię dość! Serdecznie dość! – wrzasnął Rzeźnik i uderzył pięścią w stół na którym przed chwilą kroił duży kawał świńskiej polędwicy.

– Musisz się go pozbyć – odezwały się Nożyce leżące na parapecie. Zawsze zabierały głos niepytane.

– Nigdy się mnie nie pozbędziesz, a ja cię nigdy nie porzucę, póki śmierć nas nie rozdzieli. Jesteśmy jak Romeo i Julia, jak Tristan i Izolda, jak Flip i Flap, jak…

– Przestań! Ucisz się w końcu. Głowa mi pęka od tej gadaniny – oznajmił właściciel rzeźni. Wziął dwa głębokie oddechy. – Dobra, ale wróćmy do rozmowy. No więc…

– Od „no więc” też się nie zaczyna – zwrócił uwagę Pierścień. Od dawna uważał, że ma smykałkę do języka i mógłby zostać polonistą, gdyby tylko zechciał. Ale nie chciał. Miał ważniejsze rzeczy do roboty. Jako pierścień był stworzony do tego, aby go noszono, chociaż musiał przyznać, że to niełatwy kawałek chleba. Ludzie nie doceniają pierścieni humanistów, a on przecież był jednym z nich.

– Dlaczego się na mnie uwziąłeś? Zdejmę cię i oddam komuś innemu. Wszystko będzie po staremu.

– Już ci mówiłem, że jesteśmy dla siebie stworzeni. Z moją pomocą z tej rzeźni zrobimy istną Akademię Platońską.

 – Akademię jaką? To nie ma znaczenia. Chcę tylko w spokoju oddzielać karkówkę od schabu i żeberka od łopatek. Daj mi święty spokój! – krzyknął. Nie wiedział co go podkusiło, żeby założyć ten głupi Pierścień. Słyszał przecież o przypadku kuzyna stryjka jego matki, który idąc boso przez łąkę zobaczył parę zimowych trzewików. Założył je od razu, bo przecież jako szewc bez butów chodził. I od miesiąca nie może ich zdjąć. Uparły się głupie i nie chcą zejść z własnej woli, a on jak przystało na osobę jego profesji nie pozwoli zniszczyć wartościowego obuwia. „To najwyższej jakości skóra nubukowa. Jak będą już zdarte to wtedy się ich pozbędę” – oznajmił kiedyś. I tak głupiec śpi w butach, myje się w butach i ogólnie wszystko robi w butach. Ale jaki czort namówił mnie do założenia tego Pierścienia? – zastanawiał się Rzeźnik.

 

– W tym miejscu, gdzie teraz stoi odszlamiarka zrobimy atriumcompluvium. Tutaj będą się odbywały główne zajęcia z filozofii i historii sztuki – wyjawił Pierścień i pożałował, że jest bezręki, gdyż chętnie sporządziłby plan obiektu.

– Nie będzie tu żadnej z tych rzeczy, które wymieniłeś! Do jutra muszę przygotować cztery półtusze wołowe i jeśli łaska to chciałbym się tym zająć. Teraz.

– Uczniów podzielimy na cztery grupy. Chciałbym, aby w programie obowiązkowym były studia nad antycznymi dziełami wielkich mistrzów, a w szczególności mowami Cycerona. „Kiedy wreszcie przestaniesz, Katylino, nadużywać naszej cierpliwości? Jak długo jeszcze będziesz drwił z nas, szaleńcze?” – wyrecytował Pierścień.

– Eee, ten cały Katylina to nie jakiś twój krewny? Może z innej matki. Macie podobne zainteresowania – zażartował Rzeźnik, lecz po chwili dodał z powagą: – Przestań grać mi na nerwach i pozwól nam się pożegnać w zgodzie. Przysięgam, że nie przetopię cię na obciążnik do firan.

– Wszystkiego cię nauczę. Z gbura można zrobić inteligenta. Jam na to został wykuty, aby ciemny lud zamieniać w światły.

– Przeceniasz swoje znaczenie i wartość. Jesteś zwykłym pierścieniem z tombaku, który myśli, że jest z czystego złota.

– Nie posuwaj się za daleko. Czasami wystarczy jeden fałszywy krok, aby stoczyć się w przepaść – słowa Pierścienia ociekały jadem.

– To groźba? – zapytał Rzeźnik.

– Ostrzeżenie. Cezar, zanim wszedł do teatru Pompejusza w pamiętnym dniu idów marcowych roku czterdziestego czwartego przed naszą erą – święćcie bogowie olimpijscy nad jego duszą – otrzymał list z informacją o planowanym zamachu, ale łysiejący głupiec zaniechał jego przeczytania. Radzę abyś nie popełnił podobnego błędu i przyjął dobrą radę.

– A co mi może zrobić kawałek metalu – żachnął się adwersarz.

– Potrafię zadać ból, którego nie potrafisz sobie wyobrazić – słowa te były ostre, jak sztylety. Rzeźnika przeszedł dreszcz. Próbował już wszystkiego, żeby zdjąć Pierścień. Smarował palec smalcem, masłem, oliwą, a nawet wazeliną, ale ani drgnął. Palnik też nie potrafił go przeciąć. Uczepił się jak rzep psiego ogona! A mówią przecież o złośliwości rzeczy martwych i teraz miał się boleśnie przekonać na własnym przykładzie o prawdziwości tych słów. Najgorzej jest nocą, bo Pierścień nie przestaje peplać, nie daje spać, a nad ranem wyśpiewuje nordyckie pieśni: „Trøllabundin eri eg eri eg – zaczarowana jestem ja, jestem ja". Zmęczenie zaczęło już mu się dawać we znaki.

Uderzył ponownie w stół, tym razem z bezsilności.

– On nie da ci spokoju. Pozbądź się go. Przetnij więź, która was łączy.

– Wy byście wszystko cięły, Nożyce – powiedział Rzeźnik i zamilkł. Zastanawiał się. Musi spróbować jeszcze raz podjąć rozmowę ze swoim okrągłokształtnym prześladowcą, ten ostatni raz. Przeczuwał jednak, że to bezcelowe. Od miesiąca toczy spory z tym świecidełkiem. Proponował nawet poddanie sporu pod rozstrzygnięcie sądu arbitrażowego, ale Pierścień nie chce nawet o tym słyszeć. Powiedział, że tylko Jacques Verges mógłby go reprezentować, „adwokat diabła” jak go nazywano.

– Jakie proponujesz warunki współpracy? – zapytał ugodowo Rzeźnik.

– Połowa twoich, przepraszam, naszych zarobków, zostanie przeznaczona na wybudowanie westybulu w tym przybytku. Chciałbym tam umieścić kopie rzeźb Michała Anioła.

– Że co?! Kto widział takie rzeczy w rzeźni? Mogło ci to umknąć, ale to nie jest muzeum. Teraz mam dużo wydatków. Muszę kupić układarkę do mięs.

– Znasz pieśni o Valhalli? Mógłbym kilka zaśpiewać.

 

Rzeźnik miał podejrzenia, że Pierścień jest niespełna rozumu, delikatnie mówiąc. Ma objawy psychozy: częste zmiany nastroju, zaburzenia snu, niestabilność emocjonalna i urojenia. Można by również stwierdzić, że doświadcza częstej gonitwy myśli. Nie dalej jak wczoraj planował podbój sąsiedniej wioski i chciał stanąć na czele drużyny pierścienia. Dwa dni temu z kolei obmyślił, że w rzeźni wystawi dramat muzyczny Richarda Wagnera Der Ring des Nibelugen. Wyjaśnił później, że to on jest tym Pierścieniem Nibelungów, a Gollum ostatecznie nie wpadł razem z nim w ogień Góry Przeznaczenia. W czasie niedzielnej mszy opowiadał o swoich dziadku, Pierścieniu Rybaka, który towarzyszył jednemu z papieży w czasie pontyfikatu.

– My, pierścienie, słyniemy z pięknej barwy głosu. Niejeden trubadur musiał schylić głowę przed naszym talentem. Chciałbym nauczyć się gry na harfie. Marzę o tym niemal od kołyski.

– I czym byś szarpał struny? Stopami? Przecież jesteś pierścieniem, zwykłym kawałkiem metalu. Bez kończyn. Nie będziesz miał też dzieci – skontrował trafnie rozmówca.

– Słyszałem o jubilerze, który zajmuje się chirurgią estetyczną. Mógłby mi pomóc. Brak kończyn, jak byłeś łaskaw złośliwie wspomnieć, nie pozwala mi realizować pasji. Uzbierasz na to środki.

– Nie zrobię tego – odpowiedział stanowczo Rzeźnik.

– Zrobisz albo będziesz przeklinał dzień w którym mnie założyłeś. Będę okrutny i podły. Uczynię z twojego życia piekło. Będę czepiał się każdej rzeczy i to aż do twojej śmierci. Nie zaznasz spokoju.

– Wnioskuję z twoich słów, że będziesz mnie traktował jak męża.

 

Od jakiegoś czasu do uszu Rzeźnika dochodziły niepokojące wieści o zmianie zachowania niektórych przedmiotów. Stawały się coraz bardziej… ludzkie. Nie chciały służyć, nie chciały się podporządkować. Tydzień przed tym kiedy założył Pierścień – jakie licho go do tego podkusiło? – słyszał o pewnej dość zabawnej sytuacji. Ponoć jedna nabożna dama umówiła się na schadzkę z absztyfikantem. Wszystko szło po myśli kochanków, aż do czasu kiedy młodzieniec podjął próbę zdjęcia jej barchanów. Bezskutecznie jak się okazał.

Rzeźnikiem wstrząsnął śmiech.

Biedak przez godzinę szarpał się z bielizną damy, aż w końcu odpuścił. Nie potrafił jej zdjąć żadnymi sposobami. Skurczyły się, jak po praniu. Niektórzy mówili później, że barchany zakochały się w nadobnej pannie i zrobiły wszystko by uchronić jej cnotę. „Pas cnoty założyła cnotliwa panna” – zażartował sobie kiedyś jego znajomy. Ale teraz ta historia wydawała się przerażająca. Do czego potrafią posunąć się przedmioty?

 

– Chcę być człowiekiem – stwierdził Pierścień.

– Nie wytrzymam ani chwili dłużej! Tasak! – wrzasnął Rzeźnik.

– Obecny, sir! – zameldował z wojskowym drygiem Tasak.

– Melduj!

– Naostrzony i gotowy do działania! Sir!

Nie miał wyjścia. Jeszcze tydzień i popadnie w obłęd, jak ten cały przeklęty Pierścień. Niech go szlag – przeklął w myślach. Położył prawą dłoń na stole masarskim, chowając wszystkie palce poza jednym. W drugiej dłoni dzierżył broń białą.

– Ej! Co ty robisz?! Bierz tę dłoń ze stołu! Natychmiast! – krzyczał Pierścień. – To będzie bolało! Nie rób tego! Chcę być z tobą. Nie zostawiaj mnie samego w mroku. Nie łam danej mi przysięgi. Co na to kościół? Co ludzie powiedzą? Nie możesz mnie teraz porzucić! Chcę do mamy… – rozpaczał. Starał się też naśladować odgłosy szlochu.

 

Łup.

 

– Mówiłyśmy, że to się tak skończy – przerwały ciszę Nożyce.

Koniec

Komentarze

Byłem bardziej niż pewien, że taki będzie finał. :) 

Napisane lekkim stylem, absurd umiejętnie dawkowany, jest zabawnie, fajne wstawki dotyczące innych przedmiotów – bardzo lubię czytać i pisać takie teksty. Pierścień przypominał mi trochę Nagrodę z "Wymiaru Cudów" Sheckleya, a to dobre pulpowe sci-fi. Czytało się na tyle dobrze, że błędów, jeśli są, nie zauważyłem. 

Bardzo mi się podoba. Niespełna rozumu, nieco obłąkany pierścień, który wykazuje objawy kliniczne zaburzeń psychicznych i jednocześnie ma jak to się mówi “manię wielkościową” związaną z innymi sławnymi pierścieniami ( Tolkienowskim i Wagnerowskim ) to jest groteska, którą lubię czytać. Swobodnie poruszasz się pomiędzy literackimi kalkami i bawisz się językiem i odwołaniami. 

 

Zakończenie przewidywalne, lecz jedyne psychologicznie sprawiedliwe. Za zachłanność trzeba przecież zapłacić, czego najlepszym przykładem są współczesne czasy. Poza tym ubawiłem się zimowymi trzewikami i barchanami, które nie chciały opuścić swoich właścicieli. Czyżby “odwrócona” aluzja do idei kosumpcjonizmu?

 

i jedna uwaga krytyczna:

 

“Rzeźnik miał podejrzenia, że Pierścień jest niespełna rozumu, delikatnie mówiąc. Ma objawy psychozy: częste zmiany nastroju, zaburzenia snu, niestabilność emocjonalna i urojenia. Można by również stwierdzić, że doświadcza częstej gonitwy myśli.”

 

Rzeźnik nie mógł mieć takich podejrzeń ponieważ nie potrafi diagnozować językiem klinicznym.

 

Bardzo mi się podoba.

darbozek

Cholibka, dobre to było. I dobrze napisane. Smaczki takie jak: uderz w stół a nożyce się odezwą, żart o małżeństwie i inne, dodają opowiadaniu sporo plusów. Choć fanem absurdu nie jestem, spodobał mi się Twój tekst. Jest w pewien sposób inny, ciekawy, zawierający wspomniane już smaczki, a to oznacza – przemyślany. A to bardzo ważne. No i warsztatowo nieźle. Pozdrawiam.

Dziękuję za pozytywne opinie. Pisanie tego tekstu sprawiło mi dużo przyjemności i sam się śmiałem pod nosem pisząc niektóre fragmentu. Mojej żonie musiałem się wytłumaczyć z żartu o małżeństwie smiley

 

Co do uwagi, że rzeźnik nie potrafił diagnozować językiem klinicznym to racja. Można dodać, że to psychiatra stwierdził u pierścienia wskazane tam zaburzenia.

 

Miałem jeszcze jeden pomysł na zakończenie opowiadania poprzez dodanie dwóch zdań, żeby zaskoczyć, ale ostatecznie zrezygnowałem i dałem jedyne rozsądne. Pozdrawiam.

nawet fajne, zabawne lekkie i przyjemne. Takie lubię. Podobalo sie.

Jak dla mnie ten tekst jest przegadany, bardzo szybko można domyślić się, jak się historia skończy, więc kolejne wywody pierścienia i słowne potyczki z rzeźnikiem stają się nużące, szczególnie, że eksploatujesz tylko jeden rodzaj humoru i bazujesz na powielaniu tego samego pomysłu. Gdzieś tam w tle majaczy szerzej zarysowana sytuacja o przedmiotach uzyskujących cechy ludzkie, ale ma charakter anegdotyczny i nie daje żadnych odpowiedzi – jest to tylko kolejne powtórzenie motywu głównego.

Widać, że potrafisz operować językiem, tekst jest napisany przyzwoicie, czytało się dobrze, tylko kompozycyjnie jest przeciągnięty, przez co puenta nie sprawia satysfakcji.

Dream big.

Podobało mi się, chociaż po kilku pierwszych zdaniach byłam przekonana, że mi się nie spodoba. Fajny humor, żywe dialogi. Udany, bezpretensjonalny tekst.

Muszę bardziej doceniać autorów, którzy potrafią zaskakiwać w swoich tekstach, bo w czasie pisania wydawało mi się, że zakończenie będzie niespodziewane… Chyba mogłem dać drugą wersję zakończenia, dodatkowe, ostatnie zdanie po pauzie:

– Mamo! Dzwoń po karetkę! Tata znowu zapomniał wziąć leków.

Nowa Fantastyka