- Opowiadanie: Zige - Oko za oko

Oko za oko

Ostrzeżenie dla bardziej wrażliwych: tekst zawiera sporo wulgaryzmów.

Miłej lektury :)

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Oko za oko

 Głośniki drżały w rytmie jazgotliwej muzyki.  Wnętrze samochodu wibrowało, hałas zagłuszał niespokojny warkot pięciolitrowego silnika.

– Tak jest, kurwa – łysa głowa Maćka podrygiwała, zgodnie z tłukącymi basami.

Mustang powoli sunął w porannym korku. Przez uchylone okno wpadało zimne, październikowe powietrze.

Ale przecież nie mógł go zamknąć, bo wtedy te biedne skurwysyny nie usłyszą zajebistej nuty, co nie?

Dlatego włączył maksymalne grzanie nawiewu oraz siedzeń, i jakoś dawał radę. 

Kolejne światła.

– Kurwa… – mruknął, lustrując chodniki. Lato się skończyło, to i króciutkie szorty się skończyły. Chociaż ta w dżinsach i kozakach była całkiem niezła.

Nacisnął pedał gazu. Ryk przedarł się nawet przez hałas manieczek. Kilka osób się odwróciło, ale niuni w kozaczkach wśród nich nie było.

– Na bank, lesba… Szybciej, kurwa, pajacu – rzucił w stronę  bagażnika skody, wlokącej się przed nim w żółwim tempie. Zupełnie,  jakby mogło to mieć jakikolwiek wpływ na sygnalizację i natężenie ruchu.

 

 

 

 

Sprawa była niemal banalnie prosta. Nie wymagała żadnych specjalnych przygotowań, ani wymyślnych rekwizytów. Jednak prawdziwy sposób kiepsko wyglądałby na ekranie kin, dlatego w filmach odpowiednio go podkręcano.

 Poza tym, niewiele osób wiedziało, jak się naprawdę do tego zabrać.

Starszy mężczyzna zagłębił się w miękkim fotelu. Znajdował się w swoim salonie – przytulnym, wypełnionym najprzeróżniejszymi bibelotami, pomieszczeniu. Setki przedmiotów, z których każdy miał do opowiedzenia jakiś interesujący kawałek jego życia. A życie miał interesujące, to pewne.

Ostatni raz zapytał siebie, czy na pewno tego chce.

Bez wahania odpowiedział twierdząco. Wystarczy już, był tylko człowiekiem. Słabym, jak każda istota na tym ziemskim padole łez.

 

 

 

 

Nerwowo zabębnił palcami o kierownicę. Ruch nie zelżał nawet o jotę. Wręcz przeciwnie, wydawało się, że poruszają się coraz wolniej. Miał parszywy nastrój i doskonale wiedział, dlaczego. Kolejny raz spojrzał na zegarek. Za dwadzieścia dziewiąta.

– Ojciec się wkurzy – mruknął. – Wkurzy się, jak ja pier…

Nagle kabinę wypełnił przeraźliwy dźwięk, znacznie gorszy nawet od łupanki techno.

Dzwonił ojciec.

Maciek z trudem przełknął ślinę. Wpatrywał się w napis na wyświetlaczu, modląc się, żeby zniknął.

„Dzwoni Tata”.

Kurwa, jak nie odbierze, będzie miał znacznie bardziej przesrane. Bał się nawet o tym myśleć.

Kliknął na kierownicy przycisk z symbolem słuchawki.

– Cześć tatuś, właśnie…

– Gdzie ty się, kurwa, podziewasz, co? – głęboki bas ojca wyraźnie drżał z wściekłości. – Miałeś tu być na ósmą, a patrzę teraz na zegarek, i o ile  wzrok mnie nie myli, to bliżej jest do dziewiątej.

– Wiem, ale…

– Jesteśmy zajebani robotą, dzisiaj musimy wyczyścić plac z tego pieprzonego złomu, a tu jeden cymbał dzwoni, że jest chory, a drugi się, kurwa, już prawie godzinę spóźnia.

– Czterdzieści minut, nie godzinę… – już w momencie kończenia zdania Maciek gorzko żałował, że w ogóle się odezwał.

– Czy ty, gówniarzu, sobie kurwa jaja robisz? – ojciec już nie mówił, tylko wrzeszczał. – Masz dziesięć minut, żeby przywlec tu swoją dupę, inaczej pożegnaj się z jakąkolwiek kasą, którą ode mnie dostajesz, rozumiesz? Skończą się imprezki, dupeczki i koledzy, bo będziesz musiał zapierdalać codziennie do roboty, żeby mieć co do garnka włożyć.

Maciek ciężko przełknął ślinę.

Miałby iść do normalnej pracy? Chryste. Czuł się, jakby dostał pięścią w łeb.

Ojciec postanowił poprawić podbródkowym.

 – I oczywiście zabiorę mustanga, bo przecież to samochód kupiony za moje pieniądze, jeżdżący na paliwie, za które ja płacę, i który kto ubezpiecza? Oczywiście, kurwa, ja! A jedyne, czego oczekuję w zamian, to żeby mój własny, jebany syn, od czasu do czasu pomógł mi w warsztacie!

Maciek zaniemówił. Wizja utraty auta była gorsza, niż cokolwiek, co mógłby sobie wyobrazić.

– Dziesięć minut.

Klik. Koniec połączenia. Znowu ryknęła muzyka.

Skoda przejechała kolejne dwa metry. Maciek niemal bezwiednie potoczył się za nią.

Kurwa.

Kurwa mać.

Wyłączył techniawę, musiał zebrać myśli.

Od czasu do czasu pomagał w warsztacie, zajmując się najprostszymi rzeczami. I z reguły zawsze trochę się spóźniał, co nie wywoływało jednak takich ataków wściekłości. Jasne, stary kręcił nosem i coś tam gadał, ale wszystko szybko rozchodziło się po kościach. No,  ale z reguły ojciec nie miał nagranego tłustego zamówienia flotowego. I chociaż kasa z tego była naprawdę wielka, to wyżyłowane terminy wymuszały konieczność dwunastogodzinnego dnia pracy. Często nawet dłużej, i to siedem dni w tygodniu. Ojciec, z każdym kolejnym chodził coraz bardziej podminowany, wyżywając się na nim lub na matce. Tyle, że matka mogła mu ulżyć w sypialni, a on go tylko wkurwiał kolejnymi prośbami o kasę.

Na chuj wczoraj tyle siedział przy kompie? Położył się o drugiej w nocy doskonale wiedząc, że nie ma siły, która zwlecze go o siódmej z łóżka. I tak zakrawało na cud, że wstał o ósmej.

– Rusz tym, kurwa, rzęchem, bo zaraz ci pomogę! – rzucił z wściekłością w stronę skody.

Potoczyli się kolejne kilka metrów.

 Przejechał dłonią po nagle spoconej twarzy.

– Nie ma bata, żebym zdążył. Choćbym się…

Maciek nie dokończył, bo nagle otworzyły się drzwi pasażera, a po chwili na fotel, z niejakim trudem, wgramolił się jakiś człowiek. Zdarzenie to było tak nieoczekiwane i niewyobrażalne, że chłopak zwyczajnie  zgłupiał. Z otwartymi ustami po prostu patrzył na niewysokiego człowieczka, który zdejmował właśnie kapelusz i kładł go na desce rozdzielczej, pod szybą. Następnie rozpiął płaszcz i sięgnął po pas bezpieczeństwa.

Maciek czuł pustkę w głowie. Nie wiedział, co się dzieje.

Nagle usłyszał klakson.

Jakby obudził się z letargu. Spojrzał przed siebie. Skoda znajdowała się już dobrze piętnaście metrów dalej, właśnie zatrzymywała się przed sygnalizacją.  

W tym momencie chłopak przypomniał sobie, że jest cholernie wkurwiony.

– A ciebie pochujało, człowieku?! – wrzasnął, przekręcając się w stronę nieoczekiwanego gościa. – Popierdoliły ci się auta, czy co? To nie jebana taksówka! Wyjazd!

 Nieznajomy, nic nie robiąc sobie z jego wrzasków, sięgnął po aktówkę, do tej pory zasłoniętą przez jego nogi. Położył ją na kolanach.

 Maciek jeszcze nigdy nie czuł się tak zlekceważony. Przez całe swoje życie ludzie zawsze zwracali na niego uwagę i się z nim liczyli. Głównie przez połączenie jego imponujących gabarytów oraz kontaktów i możliwości ojca.

 Maciek uświadomił sobie wreszcie, że jest wielkim, wytatuowanym osiłkiem, szarpiącym sto pięćdziesiąt kilo na siłowni, a naprzeciw siebie ma góra sześćdziesięciokilogramowego, niewysokiego, szpakowatego gościa w podeszłym wieku, z mocno już przerzedzonymi  włosami na głowie.

Mógłby go rozjebać w drobny mak i nawet by się nie spocił.

– Słuchaj, staruszku. Mam chujowy dzień, a tobie coś się najwyraźniej popierdoliło pod kopułką, więc zrób sobie przysługę, i wypierdalaj z mojego samochodu. I lepiej, żebyś nie zostawił żadnego śladu na siedzeniu, bo wyczyszczę je twoją gębą.

Mężczyzna bez słowa sięgnął do zatrzasków i otworzył aktówkę. W środku znajdowały się jakieś papiery.

Strzałka wkurwienia wskoczyła na czerwone pole.

– No, to się doigrałeś.

Mężczyzna nagle odwrócił w jego stronę głowę. Miał szczupłą twarz, orli nos i blade, jakby wyblakłe oczy.

– Jedź – powiedział cichym głosem.

– Zapierdolę cię na amen – Maciek nawet ucieszył się, że oto nadarza się okazja wyładowania nagromadzonej wściekłości.  Starzec sam się prosił o bęcki. – Nie będzie z ciebie co zbierać.

Nachylił się w stronę mężczyzny…

A raczej, chciał to zrobić. Powinien to zrobić. Kazał swojemu ciału wykonać tę prostą czynność, tak jak kazał prawej ręce wcisnąć guzik odpinający pas, ale zamiast tego ta sama ręka pchnęła dźwignię zmiany biegów do przodu. W tym samym czasie lewa chwyciła kierownicę, a prawa stopa delikatnie nacisnęła pedał gazu.

– Co do…?

Mustang potoczył się do przodu. Maciek z niedowierzaniem wpatrywał się we własne kończyny, które nagle jakby zyskały świadomość. Czuł doskonale ręce i nogi – skórę kierownicy pod palcami, chłodne aluminium na gałce zmiany biegów, nacisk pedała pod stopą – ale kompletnie nie miał nad nimi kontroli.

– Kurwa – niemal zapiszczał. Ogarnęło go takie poczucie odrealnienia, że niemal zwymiotował.

– I podnieś szybę, pory roku ci się pomyliły. Przy okazji  zdradzę ci sekret:  jedyną osobą w promieniu tysięcy kilometrów, na której robi wrażenie to dudnienie, jest idiota, którego widzisz codziennie w lustrze.

Maciek odwrócił głowę w stronę Nieznajomego (nad nią miał wciąż pełną kontrolę, a przynajmniej na to wyglądało).

Czuł, że lewą ręką posłusznie naciska guzik i szyba bezszelestnie jedzie w górę.

– Człowieku, co się dzieje? Nie mogę nic zrobić, kurwa, o co tu chodzi?

Zapytany tymczasem czytał jakiś dokument, wydawał się tym całkowicie zaabsorbowany.

– Nic się nie dzieje – odpowiedział spokojnie, nie odrywając wzroku od kartki. – Po prostu jedziemy.

Dojechali do skody. Ciało Maćka, wciąż bez jego władzy, zatrzymało auto metr od jej zderzaka. Ręka wrzuciła tryb parkingowy, stopa oparła się o podłogę.

Maćkowi chciało się płakać i krzyczeć jednocześnie.

– Kurwa, co tu się dzieje?! – wrzasnął płaczliwie. – Ratunku!

– Ciii – powiedział mężczyzna tonem niewiele głośniejszym, niż szept. – Już kończę.

Maciek wpatrywał się w niego z niedowierzaniem. W oczach czuł wzbierające łzy, ale nie miał nad tym żadnej kontroli. Jeszcze nigdy w życiu tak się nie bał.

Jestem sparaliżowany, pomyślał. Zachorowałem na coś. Albo mnie zatruto.

Ten dziad go zatruł, na pewno.

Mężczyzna tymczasem włożył czytaną kartkę z powrotem do teczki. Następnie starannie ją zamknął na oba zatrzaski. Maciek wpatrywał się w niego, nieświadom kropli śliny, która wydłużając się, powoli spływała z kącika ust.

Nieznajomy złożył splecione ręce na zamkniętej aktówce, i zwrócił ku niemu szczupłą twarz. Westchnął bezgłośnie i wreszcie się odezwał.

– Postaram się powiedzieć to w twoim języku: nie da się ukryć, że masz zdecydowanie przepierdolone.

 

 

 

 

Rytuał wymagał dwóch rzeczy. Starzec sięgnął do szyi. Po chwili trzymał w dłoni koloratkę. Spojrzał na zegarek. Dokładnie dwa lata temu jego siostra i siostrzenica dogorywały w męczarniach na brudnej ziemi. Cierpiące, samotne, pozbawione nadziei.

Rzucił koloratkę na pokrytą dywanem podłogę. Potem na nią nadepnął. Poruszył stopą, jakby gasił peta.

Grzech już jest. Teraz druga część.

W myślach odmówił formułkę. W języku zapomnianym  przed wieloma wiekami, ale który zachował się na nielicznych pergaminach. Przez całe swoje dorosłe życie walczył z autorami wypowiadanych bezgłośnie słów. Teraz chciał dobić z nimi interes.

 

 

 

 

Maciek czuł się jak na karuzeli, za dużo bodźców naraz. Nie potrafił skupić się na bredniach starego, bo właśnie ruszyli (jego kończyny spokojnie i pewnie prowadziły samochód – pewniej, niż on kiedykolwiek potrafił).

A może ciągle śpi? Może ten cały koszmar to wytwór jego głowy, a on w tym momencie pochrapuje smacznie we własnym łóżku?

– Nie – z rozmyślań wyrwał go spokojny, głęboki głos Nieznajomego. – Nie śnisz.

Spojrzał na niego. Nie wiedział, co powiedzieć. Przerażenie złapało go w swoje szpony i zaciskało uchwyt.

– Zaraz przedstawię ci twoją sytuację, która, jak już wspomniałem, nie jest godna pozazdroszczenia.

Wciąż jechali. Znajdowali się w ścisłym centrum. Wokół masa ludzi i samochodów. Obok zatrzymał się mały nissan. Przez dwie szyby patrzył na niego jakiś młody chłopak.

Krzyknie ratunku, z tej odległości nawet kompletny dureń rozpozna, że woła o pomoc.

– Spróbuj – usłyszał.

Zerknął na mężczyznę. Ten wpatrywał się w niego z kpiącym uśmieszkiem. Oczy jednak patrzyły zimno i bezwzględnie.

– Śmiało.

Maciek przełknął ślinę. Czuł, że to nic nie da, ale co mu pozostało? Nabrał powietrza i krzyknął najgłośniej, jak potrafił.

To znaczy, chciał to zrobić. Zamiast tego wypuścił głośno powietrze.

Jezu Chryste.

– W porządku, skoro te bzdury mamy już za sobą, opiszę ci, na czym stoisz.

Znowu sięgnął do zatrzasków aktówki.

– Pracuję dla potężnej firmy, która całkiem niedawno otrzymała wspaniałą ofertę biznesową. Wręcz cudowną. Taką, na którą czeka się dekadami, często, niestety, nadaremno.

Nieznajomy wyjął kolejne papiery. Maciek tylko słuchał. Czuł, że zaraz się zmoczy. Gdzieś, w kąciku sparaliżowanego umysłu, wykrystalizowała się myśl, że opłacało się dorzucić kilka tysi za skórzaną tapicerkę (tato, proszę, jak już kupować takie auto, to ze wszystkimi bajerami, nie?).

– Mieliśmy wykonać pewne zlecenie. Niezbyt skomplikowane, wręcz banalne. Rzadko się zgadzamy, z reguły jest to mało opłacalne; szkoda czasu i zachodu.

Spojrzał na Maćka, przerażonego niemal do utraty zmysłów. Znowu jechali. Wokół toczyło się zwyczajne życie sporego miasta. Ludzie spieszyli się do pracy. Autobusy kursowały mniej lub bardziej zgodnie z rozkładem jazdy. Ludzie w samochodach nudzili się i słuchali radia, a nie przeżywali najgorszy i najbardziej surrealistyczny moment swojego życia.

– Jednak tym razem kupujący zaoferował w zamian coś, za co  dalibyśmy się pokroić na drobniutkie kawałeczki.

W oczach Nieznajomego pojawił się błysk, który przeraził Maćka do szpiku kości. Nagle zapragnął się pomodlić.

Niespodziewanie mężczyzna delikatnie się uśmiechnął. Uniósł rękę i spojrzał na ciężki, złoty zegarek na nadgarstku.

 – No, najwyższy czas brać się do roboty.

Stanęli przed sygnalizatorem. Pozbawione jego kontroli ręce i nogi składały się na doskonałego kierowcę. Ruszali i zatrzymywali się bardzo płynnie, co jemu praktycznie nigdy się nie zdarzało.

Nieznajomy wpatrywał się w trzymaną w dłoniach kartkę.

– Pamiętasz datę siedemnastego października, dwa lata temu?

Maciek ledwo kontaktował. Znajdował się o krok od popadnięcia w obłęd. Dlatego na początku nie zrozumiał pytania. Zamknął oczy. Jedyne, czego pragnął, to znaleźć się gdzieś daleko stąd.

– Podpowiem ci. Mieszkanie u niejakiego Łysego, dużo zielska, sporo piw, trochę wódy. Miałeś wtedy starszego mustanga. Czerwonego. Stwierdziłeś, że taki zajebisty kierowca, jak ty, do domu dojedzie nawet tyłem.

Jakby ktoś go podpiął pod akumulator. Momentalnie otrzeźwiał. Wpatrywał się w Nieznajomego, czując jeszcze większe przerażenie, o ile to w ogóle możliwe.

– Nie… Nie wiem, o czym mówisz – wychrypiał przez suche gardło.

– Oj wiesz, przyjacielu – mężczyzna uśmiechnął się szeroko, a Maciek mógłby przysiąc, że jego usta wypełniają ostre, trójkątne zęby, a oczy ciemnieją, niemal do granatu. – Wiesz doskonale.

Wpatrywał się w chłopaka, nie przestając się uśmiechać. Ten czuł, że jeszcze chwila i postrada zmysły.

Wreszcie Nieznajomy znowu spojrzał na kartkę.

– Z moich dokumentów wynika, że siedemnastego października, dokładnie o godzinie siedemnastej dwanaście, otumaniony alkoholem i narkotykami, wsiadłeś za kółko swojego auta i wyruszyłeś w stronę domu. A raczej, gwoli ścisłości, domu twojego ojca. Miałeś do przejechania sześć kilometrów, z czego cztery poza miastem, ponieważ właśnie tam, lata temu, postanowił wybudować się twój staruszek. Który, nawiasem mówiąc, był i wciąż jest, jednym z najbogatszych i najbardziej wpływowych ludzi w okolicy.

Zerknął na Maćka.

– Wspominam o tym, ponieważ jest to dosyć istotne dla całej opowieści.

Maciek wpatrywał się w niego bez słowa. Nic nie rozumiał, wiedział tylko, że kurewsko się boi; najbardziej ogarniającego go  przeczucia, że najgorsze dopiero nadejdzie.

– W mieście szło ci całkiem nieźle – kontynuował Nieznajomy, wpatrując się intensywnie w Maćka.  – Głównie z powodu niewielkiego ruchu, ponieważ, nawet trzeźwy i przytomny, jesteś kiepskim kierowcą, mówiąc wyjątkowo delikatnie.  Tak czy siak,  udało ci się wyjechać z miasta, co można by nawet uznać za imponujące, biorąc pod uwagę twój stan. Jednak potem nie było już tak kolorowo, prawda Maćku? Prawda?

Chłopak przestał już zwracać uwagę na swoje/nieswoje kończyny, które pewnymi, oszczędnymi ruchami kierowały samochodem. Poruszali się dwupasmówką prowadzącą poza miasto. Jechał nią ponad dwa lata temu, pijany i półprzytomny.

Oddychał szybko, dyszał wręcz, niczym po wyczerpującym sprincie. Chciał uciec, wydostać się z tego koszmaru na jawie.

A najbardziej ze wszystkiego pragnął, żeby Nieznajomy przestał mówić.

– Ania i Zosia, mówią ci coś te imiona? – znowu ten drapieżny uśmiech. Ale nie tylko…

Chryste, Maciek o mało nie zemdlał. Zobaczył wijący się, rozdwojony język w ustach tamtego. Zdecydowanie za duży i zdecydowanie nieludzki. Oślizgły, błyszczący od jakiegoś białego śluzu.

Poczuł wilgoć na kroczu, rozprzestrzeniającą się szybko w stronę kolan.

Wnętrze auta wypełnił smród moczu.

Nieznajomy roześmiał się głośno. Maciek chciał odwrócić wzrok od, lepiej teraz widocznego, grubego jak wąż języka, ale nie mógł. Jak można mówić z czymś takim w ustach?

– Taki duży, silny chłopak, a zlał się w majtki?

Gdyby Maciek był w stanie spojrzeć przez przednią szybę, zobaczyłby, że zbliżają się do znaku oznajmującego koniec terenu zabudowanego. Zaraz za nim droga zaczynała biec pośród gęstego lasu.

Nieznajomy pochylił się w stronę chłopaka. Ten próbował się cofnąć,  ale nie mógł, nie panował już nad żadną częścią swojego ciała.

– Wiesz, że Zosia też się zmoczyła? Chociaż ją tłumaczy zmiażdżona miednica i kręgosłup, który w przeważającej części  zmienił się w miazgę. W tej sytuacji smród moczu i kału naprawdę nie robił na niej wrażenia. Kiedy człowiek umiera w męczarniach, wiele rzeczy przestaje mu przeszkadzać.

W aucie pociemniało, wjechali w las, gęsty i mroczny.

– Zosia zdychała na poboczu,  sparaliżowana od pasa w dół. Wykrwawiała się, cierpiąc okropne katusze. Ból nawet trudny do wyobrażenia, do opisania. Jednocześnie tonęła. Żebra przebiły płuca, napełniały się krwią. Ale wiesz, co było najgorsze?

– Przestań.

– Przez te dwanaście minut, od momentu, kiedy w nią wjechałeś, do zbawiennej śmierci, patrzyła na swoje dziecko. Bezwładna, niezdolna się ruszyć, leżała z głową odwróconą w stronę jezdni i wszystko widziała, jak na dłoni.

– Przestań – powiedział głośniej błagalnym tonem.

– Najpierw trafiłeś Zosię. Odrzuciło ją na bok. Sekundę przed tym, jak zacząłeś hamować, Ania odbiła się od maski mustanga. Przy tej prędkości ich kaski były nieśmiesznym żartem.

– Przestań! – wrzasnął. A może tylko wydawało mu się, że wrzasnął?

– Ania wylądowała kilkanaście metrów dalej. Uderzenie jej nie zabiło. Była ranna, nawet ciężko, ale przeżyłaby. Miała jednak pecha, cholernego pecha. Wylądowała na jezdni. Gdyby odrzuciło ją na bok, nasz klient miałby chociaż siostrzenicę, a my pewnie byśmy teraz nie rozmawiali. Jednak ona wciąż tkwiła  na drodze. Na twoim torze jazdy. Zatrzymałeś się niecały metr od jej głowy. Zbyt pijany, naćpany, a teraz dodatkowo zbyt przerażony, żeby zrobić cokolwiek innego, niż po prostu uciec. Nawet przez chwilę nie pomyślałeś, żeby im pomóc. W głowie miałeś tylko siebie i to, co ci grozi.  Jakimś cudem silnik nie zgasł. Więc wrzuciłeś bieg i nacisnąłeś pedał gazu do podłogi.

Chwila ciszy.

– Powiedz mi… – Nieznajomy pochylił się w stronę Maćka, z żywym zainteresowaniem w ciemnych, niemal czarnych  oczach. – Czułeś, że po niej przejeżdżasz?

Maciek popadł w odrętwienie.

– Jej matka patrzyła, jak szeroką, sportową oponą miażdżysz głowę Ani, jakby była  skorupką jajka. Widziała, jak mózg bryzgnął na jezdnię, niczym upuszczona butelka jogurtu. Przez kolejne minuty wpatrywała się w ciało swego jedynego dziecka, sama cierpiąc niewyobrażalne katusze. Zosia wtedy już pragnęła śmierci, jak niczego innego w całym swoim życiu. W sumie to ciekawe, nie sądzisz? W jednej chwili korzystasz z dzieckiem z pięknej pogody na rowerowej wycieczce. W kolejnej leżysz sparaliżowany we własnym gównie i oglądasz, jak naprany gówniarz przejeżdża po twojej jedynaczce. Cudowne, prawda?

Nieznajomy zamilkł. Maciek wpatrywał się w niego niemal obojętny.

– Normalnie, nie poniósłbyś żadnych konsekwencji. Nie teraz. Zresztą, to co zrobiłeś nie było niczym wyjątkowym. Zdziwiłbyś się, ilu ludzi okazuje się tchórzliwymi mordercami. Jednak ty miałeś pecha, Maćku. Zabiłeś nieodpowiednie osoby. Aha, byłbym zapomniał. Twój ojciec poważnie zastanawiał się, czy nie wydać cię policji. Jednak reperkusje, zarówno  towarzyskie jak  i biznesowe, byłyby  dla niego – ojca syna winnego podwójnemu morderstwu – zbyt wysokie. Wykorzystał więc swoje pieniądze oraz wpływy, i wszystko załatwił. A, gdyby cię to interesowało, mam na dzisiaj zaplanowane jeszcze dwie wizyty. Jedną u twojego staruszka. Drugą u gliniarza, który pomagał zatuszować twój udział i nakierować śledztwo na fałszywy trop. Co prawda, ich przypadki nie zapowiadają się tak ciekawie, jak ten tutaj, ale mimo wszystko, będzie się działo. Przede mną doprawdy wspaniały dzień!

Chłopak, znajdując się na skraju załamania nerwowego, zdołał zauważyć, że mustang gwałtownie przyspieszył.

– Za niecałą minutę uderzymy w drzewo, przy prędkości stu sześćdziesięciu kilometrów na godzinę. Silnik zmiażdży ci nogi, kierownica pogruchocze żebra i zgniecie narządy wewnętrzne. Czeka cię dawka bólu, której nie jesteś w stanie pojąć. Lecz śmierć nie przyjdzie szybko, o nie. Zdążysz na własnej skórze przekonać się, co czuły tamtego dnia obie twoje ofiary.  Ale, jeśli cię to pocieszy, to i tak byś do nas trafił. My po prostu przyspieszamy bieg rzeczy, i nieco go… uatrakcyjniamy.

Nieznajomy zbliżył twarz do Maćka. Twarz, nieprzypominającą  już oblicza staruszka, który wsiadł do auta przed kilkunastoma minutami. Stała się bardziej pociągła, wystające kości policzkowe i szpiczasta broda nadawała mu wygląd gargulca. Oczy przypominały czarne otwory bezdennych studni.

– Ale nie martw się, przyjacielu. Przez cały ten czas będę ci towarzyszył. Czeka nas doskonała zabawa!

Ręce Maćka wprawnie obracały kierownicą. Mimo zbyt dużej prędkości, mustang bez problemu wchodził w kolejne zakręty. Las po bokach zlał się w jedną, ciemną plamę.

Maciek chrapliwie łapał powietrze. Przekrwionymi oczami wpatrywał się w drogę przed nimi. Strach i przerażenie sprawiły, że osiągnął stan bliski obłąkaniu.

Pokonali kolejny zakręt. Przed nimi pojawiło się dwieście metrów prostej, zakończonej ostrym wirażem. Auto przyspieszyło. Wskazówka prędkościomierza dobiła do stu sześćdziesięciu i się zatrzymała. Silnik ryczał dziko, jakby zachęcał do jeszcze szybszej jazdy. Momentalnie pokonywali kolejne metry, na wprost błyskawicznie zbliżał się  las. Jeśli mieli zmieścić się w zakręcie, powinni zacząć hamować i skręcać. Ale ani nogi, ani ręce Maćka, nie wykonały żadnego ruchu.

Na sekundę przed zderzeniem Maciek poczuł, przyprawiający o mdłości, smród zgnilizny i rozkładu. Ale nad wszystkim dominował inny zapach, zapierający dech w piersiach fetor.

– Zaczynamy – w głowie usłyszał oślizgły szept, jakby zdeformowany ślimak pełzł po jego mózgu. – Wedle umowy, miałeś cierpieć dokładnie tyle, ile te, które zabiłeś. Ale wiesz co? Podwoimy ten czas. Nam też się coś należy, nieprawda?

Smród siarki stał się nie do wytrzymania.

 

W głowie poczuł coś obcego, obrzydliwego. Penetrowało jego myśli, gwałciło świadomość, czyniło go brudnym.

– Czego więc chcesz, egzorcysto? – zapytał głos. Rozradowany, triumfujący, dochodzący z najgłębszych czeluści wszechświata.

Wóz albo przewóz. Właśnie mijała ostatnia chwila, w której mógł się jeszcze wycofać. Wyjść z tego cało. Poharatany, ale w jednym kawałku.

Wtedy przypomniał sobie te dziesiątki razów, kiedy mijał na ulicy dudniącego mustanga. Przywołał widok roześmianego, zadowolonego z życia gówniarza, mającego na sumieniu dwie niewinne ofiary, jego jedyną rodzinę. Cieszącego się zdrowiem, podczas gdy najważniejsze dla niego osoby, rozkładały się kilka metrów pod ziemią.

Wszyscy wiedzieli, że to chłopak zabił. Tak jak wszyscy wiedzieli, ze ojciec swoimi wpływami załatwił mu uniknięcie oskarżenia.

Miesiąc po zdarzeniu ponownie widziano go w mieście, już w nowym samochodzie. Uśmiechniętego. Zadowolonego. Żywego tak bardzo, jak martwe były jego ofiary.

Mężczyzna przekroczył punkt, z którego nie było już odwrotu. Wypełniający pokój smród siarki niemal dławił.

– Niech cierpią, tak jak one cierpiały. I niech wiedzą, dlaczego to ich spotyka.  Chcę sprawiedliwości.

 

Koniec

Komentarze

Dzień dobry!

Opowiadanie mnie nie urzekło, ale dało się czytać, więc nie jest źle. Kilka stylistycznych byczków chyba wskoczyło, ale wybacz, jest już późno, poza tym wolę to zostawić ekspertom, by nie wprowadzić Cię w błąd. 

Rozmowa z ojcem trochę za długa. Ciągnie się, nic takiego się nie dzieje i nadmiar wulgaryzmów zniechęca do dalszej lektury. Mi osobiście wulgaryzmy nie przeszkadzają, ale już za dużo tego było. Maciek i jego ojciec brzmią dość patologicznie (ale zważywszy na to kim są i co czynią, to nawet do nich pasuje). Tekst wywołuje emocje, mimo że klimat zbudowałeś tak sobie (to tylko moja opinia, nie zrażaj się). Kiedy opisujesz, co się stało, nie sposób przejść wobec tego obojętnie. Spodziewałam się, że inaczej wykreujesz postać dziadka. Byłoby ciekawiej, gdyby został taki spokojny, jak na początku. 

Cieszę się, że tak to się skończyło. 

SaraWinter,

 

dzięki wielkie za opinię, i że chciało Ci się w ogóle przeczytać tekst o tak nieludzkiej porze :)

Od momentu, kiedy w samochodzie pojawia się Nieznajomy, można przypuszczać, że nie wsiadł  ani przypadkowo, ani przez pomyłkę. Wiadomo też, że nie jest to zwykły starszy pan, tak jak wiadomo, że Maciek po raz ostatni prowadzi samochód.

Pomysł, moim zdaniem, nie jest zbyt odkrywczy, ale opowiadanie czytało się nieźle, choć wykonanie mogłoby być lepsze.

 

Ryk przedarł się nawet przez hałas ma­nie­czek. ―> Co to znaczy?

 

Ma­ciek cięż­ko prze­łknął ślinę. ―> Ma­ciek z trudem prze­łknął ślinę.

 

za dużo bodź­ców na raz. ―> …za dużo bodź­ców naraz.

 

Taką, na którą czeka się de­ka­da­mi, czę­sto, nie­ste­ty, na da­rem­no. ―> Taką, na którą czeka się de­ka­da­mi, czę­sto, nie­ste­ty, nada­rem­no.

 

wpa­try­wa­ła się w ciało swego je­dy­ne­go dziec­ka, samej cier­piąc nie­wy­obra­żal­ne ka­tu­sze. ―>

wpa­try­wa­ła się w ciało swego je­dy­ne­go dziec­ka, sama cier­piąc nie­wy­obra­żal­ne ka­tu­sze.

 

Twarz nie przy­po­mi­na­ją­cą  już ob­li­cza sta­rusz­ka… ―> Twarz, nieprzy­po­mi­na­ją­cą  już ob­li­cza sta­rusz­ka

 

Mimo zbyt wy­so­kiej pręd­ko­ści… ―> Mimo zbyt dużej pręd­ko­ści

 

Nam tez się coś na­le­ży, nie­praw­da? ―> Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

regulatorzy,

 

 

dzięki za przeczytanie i wyłapanie błędów, poprawione. 

“Manieczki” to potoczna nazwa muzyki, którą puszczano w klubie Ekwador, właśnie w miejscowości Manieczki. Taka techno – rąbanka, szczególnie popularna na początku tego stulecia.

Bardzo proszę, Zige. Ciesze się, że uznałeś uwagi za przydatne. ;)

Dziękuję też za wyjaśnienia i pragnę dodać, że nie było lat dwutysięcznych, albowiem dwutysięczny był tylko jeden rok. Następny to dwa tysiące pierwszy i tak kolejno, aż do właśnie trwającego dwa tysiące dwudziestego.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Teraz jest dobrze? :)

Tak, jest OK. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jupi! ;)

:D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Technicznie nie jest najgorzej. Na koniec zajrzyj w przydatne linki, pozwolą Tobie wyrównać ostatnie grudy.

Wulgaryzmy mi nie przeszkadzają. Budują jednak pewien obraz postaci – a w tym wypadku, w przy “rzucaniu mięsem” tylu sytuacjach, zawsze kojarzy mi się tylko jedna grupa społeczna ;)

W tekście lekko siada tempo. Pewne fragmenty się dłużą, inne lecą o wiele szybko przez brak opisów. Cierpi też na tym klimat.

Podsumowując: jest tu pomysł na koncert fajerwerków, ale jeszcze do końca nieoszlifowany.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

NoWhereMan,

 

 

dzięki za przeczytanie i komentarz! 

Nowa Fantastyka