- Opowiadanie: Altti - Prawdziwa natura Carlosa Silvy

Prawdziwa natura Carlosa Silvy

Tekst przy­go­to­wa­ny do kon­kur­su “Kawka z Kafką”.

 

Hasło kon­kur­so­we to “Mar­mur­ko­wa sepia”

 

Za betowanie dziękuję mcraptorkingowi i Sagittowi.

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Biblioteka:

Irka_Luz

Oceny

Prawdziwa natura Carlosa Silvy

Ob­ró­cił się nagle. Stał na za­la­nej sło­necz­nym świa­tłem ulicy ubra­ny w wy­god­ne buty, lekki, szary gar­ni­tur i ko­szu­lę bez kra­wa­ta.

„Kim je­stem?!”, wy­bu­chło w jego gło­wie py­ta­nie.

„Anton Sey­fried, agent ubez­pie­cze­nio­wy, czter­dzie­ści pięć lat…”, od­po­wie­dzi roz­bły­ska­ły w jego gło­wie jak sztucz­ne ognie na niebie na syl­we­stro­wym nie­bie – jed­no­cze­śnie, w róż­nych miej­scach, w róż­nych kształ­tach i roz­ja­śnia­jąc sy­tu­ację. Przy­po­mniał sobie żonę, dzie­ci, dom, przed któ­rym teraz stał. Nie­lu­bia­ną pracę, z któ­rej teraz wra­cał.

Rzecz jasna za­nie­po­ko­ił go ten nagły atak amne­zji. Oso­bli­we uczu­cie, jakby po­ja­wił się zni­kąd w tym świe­cie. Czy­sty, nie­u­kształ­to­wa­ny, na­bie­ra­ją­cy formy do­pie­ro w cza­sie przy­po­mi­na­nia sobie swo­je­go życia. In­try­gu­ją­ce uczu­cie. W jakiś nie­przy­zwo­ity spo­sób – przy­jem­ne.

Wzdry­gnął się i ru­szył przez traw­nik w kie­run­ku domu. Par­te­ro­wy bu­dy­nek, kryty dwu­spa­do­wym da­chem, oto­czo­ny był po­ła­cią traw prze­ty­ka­nych gdzie­nie­gdzie gu­stow­nie przy­cię­ty­mi krze­wa­mi buksz­pa­nu.

Za­sta­na­wiał go ten atak. Czy będą się po­wta­rzać? Co to mogło ozna­czać? Nie­zdia­gno­zo­wa­ną pa­dacz­kę, która teraz roz­bły­śnie jak su­per­no­wa nisz­cząc jego życie? Czy guz mózgu, który je wy­ga­si jak po­chła­nia­ją­ca wszyst­ko czar­na dziu­ra? Ma­ry­lin opo­wia­da­ła o swoje ciot­ce, która miała ta­kie­go guza. Okrop­ny był to los. A może o prze­mę­cze­nie tak daje znać o sobie?

Był za­my­ślo­ny tak, że przed drzwia­mi za­ha­czył łok­ciem o krzew róży i roz­darł ma­te­riał. O krzew róży. Prze­cież nie miał róż… Ob­ró­cił się i po­pa­trzył na swój ogród. No jak to nie miał róż?! Za­wsze sa­dził róże. Nad chod­ni­kiem roz­pi­na­ły się aż trzy per­go­le ople­cio­ne kol­cza­sty­mi pę­da­mi, a cały traw­nik był usia­ny gu­stow­nie przy­cię­ty­mi krze­wa­mi ró­ża­ny­mi. Za­mru­gał szyb­ko. Coś było mocno nie tak. Za­po­mnieć o ró­żach, też coś.

W domu zrzu­cił z sie­bie gar­ni­tur i ubrał pro­ste, luźne dżin­sy, a do nich fla­ne­lo­wą kra­cia­stą ko­szu­lę, jak za grun­ge­owych, mło­dych lat. Włą­czył eks­pres do kawy i z nie­ja­snych przy­czyn pod­szedł do lu­stra. Cza­sa­mi wła­śnie tak ro­bi­my. Ja­kieś au­to­ma­ty­zmy od­zy­wa­ją się poza naszą świa­do­mo­ścią i każą nam bez­wied­nie bawić się ołów­kiem, drzeć pa­pie­ry na drob­ne czę­ści czy wcho­dzić do ła­zien­ki, gdzie orien­tu­je­my się, że żadna sen­sow­na po­trze­ba nas tam nie za­pro­wa­dzi­ła.

Sey­fried po­pa­trzył w lu­stro nie­wi­dzą­cym wzro­kiem za­sta­na­wia­jąc się, czy po tym ataku po­wi­nien pić kawę i na­słu­chu­jąc eks­pre­su, który z sior­bią­cym dźwię­kiem po­wo­li na­peł­niał fi­li­żan­kę. W ramie lu­stra wi­dział prze­strzeń po dru­giej stro­nie jakby fi­zycz­nie był tam drugi pokój, z dru­gim An­to­nem, z od­wrot­nym kom­ple­tem mebli… Nagle tknę­ła go ta myśl: tu nie ma tafli szkła! Tylko po­wie­trze de­li­kat­nie drża­ło, jak nad as­fal­tem w go­rą­cy dzień. Lu­stro było rze­czy­wi­ście otwo­rem. Wy­cią­gnął rękę i chciał to spraw­dzić. Czy ręka przej­dzie przez ob­ra­mo­wa­ny otwór? Gdy do­tknął miej­sca, gdzie palce po­win­ny na­po­tka zimną taflę szkła, po­czuł tylko mro­wie­nie w pal­cach, ale całe zwier­cia­dło za­bu­rzy­ło się, jakby było taflą wody. Kręgi ro­ze­szły się po tym, co wy­da­wa­ło się wcze­śniej drżą­cym po­wie­trzem i ob­ra­zy rze­czy z dru­giej stro­ny roz­fa­lo­wa­ły się. Sey­fried po­czuł nagły atak mdło­ści po­dob­ny do cho­ro­by mor­skiej i szyb­ko opu­ścił wzrok na pod­ło­gę u swo­ich stóp. Od­dy­chał głę­bo­ko, by zmniej­szyć u­cisk w żo­łąd­ku.

– Dzień dobry, An­to­nie – usły­szał za swo­imi ple­ca­mi.

Wzdry­gnął się i uniósł głowę, żeby zo­ba­czyć in­tru­za w od­bi­ciu. W lu­strze ni­ko­go nie było. Ob­ró­cił się gwał­tow­nie. Za nim, a teraz już przed nim, stał Car­los Silva, jego ko­le­ga z pracy. Jak tu wszedł? Dla­cze­go nie wi­dział go w lu­strze? Anton rzu­cił szyb­kie spoj­rze­nie w kie­run­ku zwier­cia­dła. Po dru­giej jego stro­nie wi­dział tylko swoje od­bi­cie.

– Kim… – wy­chry­piał, od­chrząk­nął i za­czął raz jesz­cze – Kim je­steś?

– To ja, Car­los – uśmiech­nął się przy­bysz, ale jego uśmiech był jakiś… sztucz­ny. Jakby obca isto­ta przy­bra­ła tylko maskę Car­lo­sa i teraz na­śla­do­wa­ła ludz­kie emo­cje. Jego oczy były dziw­ne. Biał­ka nie były białe, żył­ko­wa­ne czer­wo­no, lecz miały od­cień sepii i mar­mur­ko­wą fak­tu­rę.

– Nie od­bi­jasz się w lu­strze.

– Nie. Nie od­bi­jam się. To na­tu­ral­ny stan.

– Na­tu­ral­ny?… – do An­to­na za­czę­ło po­wo­li do­cho­dzić co się mogło dziać.

Wam­pir. To takie oczy­wi­ste. Car­los był wam­pi­rem, krwio­pij­czym stworem, który ob­ra­ł sobie go za ofia­rę. Wam­pi­ry nie od­bi­ja­ją się w lu­strach.

Nagle wszyst­kie kloc­ki wsko­czy­ły na miej­sce. Dziś w pracy mieli ze­bra­nie. Prze­dłu­ża­ło się tro­chę, bo oma­wia­na spra­wa po­li­sy Cu­th­ber­tów oka­za­ła się bar­dziej za­gma­twa­na, niż się pier­wot­nie spo­dzie­wa­li. Car­los po­szedł do au­to­ma­tu po kawę i przy­niósł dwa kubki. Jeden dał An­to­no­wi. To ta kawa. Za­truł ją. Teraz to oczy­wi­ste. Stąd atak amne­zji, ha­lu­cy­na­cje zwią­za­ne z traw­ni­kiem i wi­do­kiem za oknem. A teraz przy­szedł do­koń­czyć dzie­ła. Ale mu nie pój­dzie tak łatwo. Już mu nie po­szło. Naj­wy­raź­niej dawka nar­ko­ty­ku w kawie była zbyt słaba i mimo za­bu­rzeń per­cep­cji Sey­fried nadal mógł my­śleć jasno.

Ale co to zna­czy­ło? Musi pod­jąć walkę. Ale jak? Wręcz? Pa­mięć pod­rzu­ci­ła mu kilka spo­so­bów: czo­snek, sre­bro, osi­ko­wy kołek… Słabe. Ma­ry­lin miała srebr­ną bi­żu­te­rię, ale co miał z nią teraz zro­bić? Wci­snąć mu pier­ścio­nek na palec? Skło­nić go do po­łknię­cia kol­czy­ków? Czo­snek… Ale jak go za­apli­ko­wać? Ma się nim na­sma­ro­wać? Jego na­sma­ro­wać? Po­łknąć? Może uda mu się do­stać do dre­wut­ni. Gra­bie mają drew­nia­ny styl. Zła­mie je i bę­dzie miał na­miast­kę kołka…

I w tej chwi­li myśli wy­kla­ro­wa­ły mu się jak za do­tknię­ciem cza­ro­dziej­skiej różdż­ki. Ogień. W dre­wut­ni ma ka­ni­ster z ben­zy­ną do ko­siar­ki. I lampę lu­tow­ni­czą. Po­czuł, jak ogar­nia go eu­fo­ria. Naj­wi­docz­niej nar­ko­tyk szyb­ciej prze­stał dzia­łać, niż się tego można było spo­dzie­wać

– Słu­chaj Car­los – ode­zwał się ce­lo­wo spo­wal­nia­jąc słowa, wy­po­wia­da­jąc je z uda­wa­nym tru­dem, by się nie zdra­dzić. – Faj­nie, że przy­sze­dłeś. Na­pi­jesz się cze­goś?

Tam­ten po­krę­cił głową.

– Chęt­nie po­ga­dam z tobą, ale muszę za­ła­twić jedną spra­wę, a słabo się czuję. Roz­gość się, a ja pójdę na chwi­lę do dre­wut­ni. Dwie mi­nu­ty, dobra?…

– Spoko – od­po­wie­dział Car­los, ale głos miał stro­pio­ny. – Tylko wróć zaraz, bo mu­si­my po­ga­dać.

Sey­fried wy­szedł przez taras i udał się do spo­rej dre­wut­ni z tyłu ogro­du. Spe­cjal­nie zbu­do­wał ją więk­szą, żeby po­mie­ścić tam wszyst­kie po­trzeb­ne przy­bo­ry ogrod­ni­cze oraz par­ko­wać ko­siar­kę. Ma­ry­lin była na niego zła, bo ze­psuł jej kon­cep­cję prze­strzen­ną ogro­du. Teraz to bę­dzie dzia­ła­ło na jego ko­rzyść, bo może się znik­nąć we wnę­trzu i nie­po­strze­że­nie prze­lać ben­zy­nę. Po­trze­bu­je do­słow­nie kil­ku­dzie­się­ciu se­kund… Wpadł do środ­ka i przy­mknął drzwi, lecz ich nie za­my­kał, żeby nie wzbu­dzić po­dej­rzeń, gdyby wam­pir ob­ser­wo­wał go przez ta­ra­so­we okna.

Szyb­ko wyjął z szaf­ki lampę lu­tow­ni­czą, spraw­dził czy pie­zo­elek­trycz­ny za­płon dzia­ła jak na­le­ży i po­sta­wił ją na bla­cie przy wyj­ściu. Potem do nie­du­że­go, czer­wo­ne­go wia­dra za­czął prze­le­wać ben­zy­nę z ka­ni­stra.

„Ale jak mam go pod­pa­lić?”, myślał, a w tym czasie lekki płyn przepływał aromatycznym strumieniem do wiadra. „Prze­cież nie w sa­lo­nie, bo go sobie spalę. Może uda mi się wy­wa­bić go na taras?… Tylko, że wam­pi­ry nie lubią słoń­ca. Może nie być skłon­ny do opusz­cze­nia bez­piecz­ne­go, a może tylko wy­god­ne­go, cie­nia.”

– Dziw­ne – nagle usły­szał głos Car­lo­sa w drzwiach dre­wut­ni.

Anton ob­ró­cił się i chlu­snął ben­zy­ną z wia­dra wprost na wam­pi­ra. Ale nie się­gnął po lampę, tylko pa­trzył osłu­pia­ły. Ciecz prze­le­cia­ła przez Silvę jakby był ho­lo­gra­mem i spa­dła na ka­mien­ne płyty roz­bry­zgu­jąc się tę­czo­wą ka­łu­żą.

– Słu­chaj, to nic nie da – nieco znie­chę­co­nym tonem po­wie­dzia­ło widmo Car­lo­sa. – To tylko sen.

– Sen… – stęk­nął Sey­fried. – Tylko sen. Obu­dzę się i bę­dzie po wszyst­kim…

– Nie – za­pro­te­sto­wał tam­ten. – To ja się obu­dzę. Ja śnię ten sen. Dla­te­go nie od­bi­jam się w lu­strze. Śnię cie­bie. Póki nie za­czą­łem śnić, nie było cię. Wy­śni­łem cię na obraz i po­do­bień­stwo mo­je­go ko­le­gi z pracy. Prak­ty­ku­ję świa­do­me śnie­nie i mam już pewne do­świad­cze­nia w tym wzglę­dzie. Po­trze­bo­wa­łem cię wy­śnić, żeby wspól­nie z tobą zro­bić pewną rzecz…

Anton stał jak wy­ry­ty. Nic już się nie spi­na­ło. Nic już nie było oczy­wi­ste. Był… ni­czym. Był od­bi­ciem pa­mię­ci i wy­obra­żeń na temat ja­kie­goś czło­wie­ka, które po­wsta­ły w umy­śle… tego cze­goś? Nic nie zna­czył? Jego całe życie? Ma­ry­lin? Mała Jenny i jesz­cze mniej­szy Peter? Wła­śnie, musi je­chać po niego do przed­szko­la… Ja­kie­go przed­szko­la?! Jeśli to wszyst­ko nie jest praw­dzi­we?! Może nie ma żad­ne­go Pe­te­ra? Może jest je­dy­nym czło­wie­kiem w tym świe­cie, nie li­cząc tego widma przed nim? Jest tylko snem… To dla­te­go ten traw­nik skrzy się fio­le­to­wy­mi iskra­mi. Dla­te­go niebo po­kry­ło się mar­mur­ko­wym de­se­niem w od­cie­niu sepii. Dla­te­go wie­lo­spa­do­wy dach na jego pię­tro­wym domu opa­li­zu­je, mimo że to drew­nia­ne gonty. Dla­te­go nie stoi już w pół­mro­ku dre­wut­ni, tylko pod wiel­ki­mi li­ść­mi fi­ku­sa. Bo nic nie krę­pu­je snu tego… cze­goś co na­zy­wa Car­lo­sem Silvą. A czym ono jest? Gdyby mu wie­rzyć, na­le­ża­ło by w niego wie­rzyć, bo on jako śnią­cy byłby tego świa­ta stwór­cą…

– Ale to teraz nie jest ważne – kon­ty­nu­ował de­miurg obec­ne­go snu. – Cho­dzi o to, że…

Roz­legł się świ­dru­ją­cy uszy elek­tro­nicz­ny pisk po­zba­wio­ny źró­dła. Jakby cała at­mos­fe­ra emi­to­wa­ła prze­ni­kli­wy dźwięk bu­dzi­ka. I świat się roz­padł.

Koniec

Komentarze

“odpowiedzi rozbłyskały w jego głowie jak sztuczne ognie w sylwestrowy niebie” → na sylwestrowym niebie?

 

“A może o przemęczenie tak daje znać o sobie?” → literówka, zabrakło “t” w “to”

 

“Jakby dziwna istota przybrała tylko maskę Carlosa i teraz naśladowała ludzkie emocje. Jego oczy były dziwne.” → powtórzenie

 

“Carlos był wampirem, krwiopijczym stworem, które obrało sobie go za ofiarę.” → niepoprawna odmiana, powinno być “krwiopijczym stworem, który obrał go sobie za ofiarę” (szyk też zmieniłam na bardziej naturalny). 

 

 

Spoilers ahead

 

Ciekawy pomysł na ujęcie tematu. Niestety, jak dla mnie wyjaśnienie, że wszystko było jedynie snem sprawia, że opowiadanie nie jest ani weirdowe ani fantastyczne. Po snach spodziewamy się wszystkiego, wszystko jest w nich możliwe, bo są snami. Co innego oniryzm. Coś może sprawiać wrażenie, jakby było śnione, ale tę iluzję trzeba podtrzymywać, nie można zdradzać, że świat jest senny, inaczej pryska urok. Moja opinia jest oczywiście tylko moim wrażeniem, zdaniem jednego czytelnika. 

Poza kilkoma błędami, których obecność aż dziwi, skoro tekst przeszedł betę, napisane poprawnie z kilkoma ładniejszymi konstrukcjami i metaforami. 

Całkiem nieźle napisane opowiadanie. Życzę mu powodzenia w konkursie. :)

 

Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow, Creeps in this petty pace from day to day, To the last syllable of recorded time; And all our yesterdays have lighted fools The way to dusty death.

rosebelle – dziękuję bardzo za poprawki :) naniosłem

“Niestety, jak dla mnie wyjaśnienie, że wszystko było jedynie snem sprawia, że opowiadanie nie jest ani weirdowe ani fantastyczne. Po snach spodziewamy się wszystkiego, wszystko jest w nich możliwe, bo są snami.” – coś faktycznie nie poszło zgodnie z planem, bo jeszcze chyba żaden z czytelników nie zastanowił się, czyim jest snem… wink

Czytało się nieźle. Nie przepadam za snami w literaturze, tutaj masz jednak całkiem ciekawe ujęcie tematu, bo historia jest z punktu widzenia “śniącego się” ;) Fajny twist na koniec. Czyli śmierć oznacza tylko, że komuś tam zadzwonił budzik? ;)

Ładny debiucik, kliczek na powitanie i zaczętę :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

– Dzień dobry[+,] Antonie – usłyszał za swoimi plecami.

Przyjemne, dobrze się czytało :)

 

Przynoszę radość :)

Ciekawe opowiadanie, bo kilka dobrych pomysłów zawarłeś w małej objętości tekstu. Czytało się bardzo płynnie.

Oto dwa najciekawsze fragmenty, o których warto wspomnieć:

  1. Zakończenie jest zaskakujące.
  2. Bardzo dokładnie i pomysłowo, a jednocześnie zwięźle, opisałeś to dziwne lustro z jeszcze dziwniejszą taflą.

Być może poniższy fragment warto minimalnie zmienić – trochę dziwnie mi się przeczytało.

Mianowicie, napisałeś:

„Ale jak mam go podpalić?”, myślał w czasie, gdy lekki płyn przepływał aromatycznym strumieniem do wiadra.

 

Może lepiej zmienić na:

„Ale jak mam go podpalić?”, zastanawiał się. W tym czasie lekki płyn przepływał aromatycznym strumieniem do wiadra.

 

Albo:

„Ale jak mam go podpalić?”, myślał, a w tym czasie lekki płyn przepływał aromatycznym strumieniem do wiadra.

 

Ostatnia drobnostka: w następującej części

 „Przecież nie w salonie, bo go sobie spalę. Może uda mi się wywabić go na taras?… Tylko, że wampiry nie lubią słońca. Może nie być skłonny do opuszczenia bezpiecznego, a może tylko wygodnego, cienia.

 

cudzysłów otwiera przemyślenia bohatera opowiadania, ale ich nie zamyka, tzn brakuje “.

Anet: dziękuję za dobre słowo :) i za przecinek (zawsze się te robaczki gdzieś rozbiegną i zawieruszą…)

Geeogrraaf: dziękuję za wskazówki i miłe słowa. Może faktycznie poprawię to zdanie, bo trochę zgrzyta :)

jak za grungeowych, młodych lat.

grunge’owych.

Grunge kończy się na -e, no więc wiesz: https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/apostrof-w-wyrazach-obcych;11890.html

 

 

GDzieś brakuje przecinka albo dwóch, ale poza tym – sprawnie napisane językowo.

 

Co do fabuły – bardzo ciekawie ujęty problem tożsamości istoty w cudzym śnie. Ogromna szkoda, że nie pociągnąłeś dalej tego tematu, lecz skróciłeś go do pospiesznie wypluwanych przez protagonistę pytań. Pointa przebudzenia się ze snu, która mogła stanowić dramatyczną kulminację istnienia sennej tożsamości – sprzedana za szybko i za łatwo.

 

Ale pomysł przedni.

 

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Mam trochę wrażenie, że to, co najciekawsze w pomyśle na ten tekst, nie zostało rozwinięte: ten kawałek pod koniec, kiedy bohater zdaje sobie sprawę, że jest niejako swoim własnym sennym duplikatem, a jednocześnie – że cierpi, bo nie jest jedynym, bo nie ma tego, co wydawało mu się, że ma. Trochę szkoda tego motywu – potraktowany jako główny koncept, dałby w efekcie może lepszy tekst. Przy czym ten obecny jest zupełnie przyzwoity, naprawdę, ale mnie trochę szkoda szansy na tamten, który nie powstał.

Interesująca historia z nietypowej perspektywy.

Nie wiem tylko, czy wykonanie do końca mnie kupiło, bo troszkę szlifów by się przydało zwłaszcza przy końcu, gdzie całą robotę mają robić trzykropki, a przydałoby się więcej refleksji bohatera może. Resztę tekstu czyta się znacznie lepiej, ale chyba brakuje jakichś ciutkę dookreślających tę oniryczną rzeczywistość szczegółów. W sensie, że fajnie byłoby na jakich innych zasadach to się tak zadziało poza tym, że to tylko czyjś sen. Mam nadzieję, że nie brzmi to groźnie smiley bo pewnie wystarczyłyby dwa-trzy zdania czy wtrącenia, żeby zachować konwencję snu.

Podsumowując, jest dobrze, ale czemu by trochę tego nie podkręcić?

Zachwycona nie jestem. Pod względem stylistycznym tekst jest dość poprawny (wyłapałam parę błędów, głównie interpunkcyjnych), miejscami chaotyczny w sposób sugerujący warsztat początkującego autora. Korzystasz z motywu obecnie tak wyeksploatowanego w mediach (mówię tu o wampirach), że należy podchodzić do niego ze sporą dozą rezerwą i pomysłem na naprawdę oryginalne przetworzenie schematu, w moim odczuciu jednak opowiadanie oryginalnością nie powala.

Zgodność z wylosowanym hasłem konkursowym oceniam nisko. „Marmurkowa sepia” pojawia się tu raz – w opisie oczu Carlosa Silvy – i nie pełni żadnej funkcji. Gdyby oczy wampira były „żyłkowanym marmurem” lub „ażurowym kompozytem”, utwór nie zmieniłby się w żaden sposób. Zarys charakteru bohatera jest uproszczony, a jego próby racjonalizacji sytuacji to dość ograna w horrorze klisza, w związku z czym nie byłam w stanie przejąć się jego losem.

Hmmm. Zaczyna się nieźle, ale zakończenie jest z tych, których nie cierpię w fantastyce: “to był tylko sen”.

ubrał proste, luźne dżinsy,

Ubrań się nie ubiera.

Babska logika rządzi!

”sylwestrowym niebie"

Czyli, na przykład, w imieniny Sylwestra (7 razy w roku!) ;)

 

Podobno te wiktoriańskie wampiry nie miały odbicia nie z powodu samego zwierciadła, a ramy zwierciadła wykonanej poniekąd ze srebra.

Zagranie z typu "to był tylko sen"… Normalnie dość kiepski – choć ma swoje zastosowanie tu i ówdzie; w weirdzie zupełnie bezproduktywny i niegatunkowy. Końcowe stwierdzenie dużo, dużo lepsze, jeśli odnosi się do "realnego" świata jawy Antona, nie snu, z którego się obudził. Brakowało mi rozwinięcia psychiki bohatera, którą zapoczątkowałeś paranoją, ale nie dokończyłeś. Dlaczego tracił pamięć, dlaczego nie był jedyny?

Nowa Fantastyka