- Opowiadanie: mcraptorking - Dziupla, a w niej fajka i reszta

Dziupla, a w niej fajka i reszta

Krótkie opowiadanko. Dzięki MaSkrol i Irka za pomoc w dopracowaniu tekstu. Może coś z tego wyniosę :p

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Dziupla, a w niej fajka i reszta

Dróżką, między drzewami w wiekowym borze, konno jechał dżentelmen. Smukły pan z wąsem wyprostowawszy się w siodle, rozglądał się po okolicy. Jego pstry koń poruszał się stępem .

Dróżka rozwidlała się. Dżentelmen wybrał prawą odnogę. Za zakrętem zobaczył polanę. Drzewa ustąpiły tu miejsca zielonej trawie. Promienie słońca ogrzewały źdźbła, ptaki ćwierkały wesoło. Tuż obok drogi leżała sosna, spróchniały pował. Siedział na nim odświętnie ubrany staruszek. Dżentelmen podjechał bliżej i przywitał się:

– Dzień dobry!

Starzec podniósł głowę. W zmęczonych, otoczonych zmarszczkami oczach coś błyskało. 

– Dzień dobry – odpowiedział, po czym wlepił wzrok w ziemię. Jeździec pogładził wąsy, zastanawiając się nad posępnością napotkanego mężczyzny. Wrażliwość oraz pewna doza ciekawości sprawiły, że zsiadł z konia, podszedł do nieznajomego, by spytać:

– Przepraszam za dociekliwość, ale czy coś pana trapi?

– A coś pan za jeden? – Pytaniem na pytanie odpowiedział starzec, nie spoglądając na dżentelmena. W jego ochrypłym głosie wybrzmiewała nuta goryczy.

– Nazywam się Lucas Gudd – przedstawił się nowo przybyły. – Jeśli nie chce pan odpowiadać, to naturalnie nikogo do niczego nie zmuszam. Pragnę jednak zaznaczyć, że ja nie z tych, którzy robiliby sobie pożywkę z cudzego nieszczęścia, albo plotkarzy, rozpowiadających wszystkie powierzone im tajemnice. Może mi pan wierzyć lub nie, panie… 

Gudd oczekiwał na reakcję starca przez około minutę. Siedzący na pniu mężczyzna, jedynie nerwowo podrapał się po siwej brodzie. Jeździec westchnął, machnął ręką na zasmuconego dziadka, odwrócił się. Ruszył w stronę wierzchowca.

– Murphy… jestem Murphy – Wycedzone przez zęby słowa dobiegły do uszu Lucasa. Dżentelmen uśmiechnął się, odwrócił na pięcie. Wyraz twarzy mężczyzny siedzącego na sośnie zmienił się. Ściągnął on maskę złośliwego dziadygi, odsłaniając smutek zalegający mu w duszy.

Lucas przysiadł się do Murphy’ego, klepnął go w plecy. Klepnął po przyjacielsku, bez użycia siły. Mimo to staruszek wzdrygnął się, na dodatek jęknął. Zaskoczony dżentelmen zmarszczył brwi.

Cóż przydarzyło się temu poczciwcowi, że aż jęczeć zaczyna?  pomyślał.

Dostrzegł wówczas łzę, powoli przetaczającą się przez bruzdy, pokrywające policzki Murphy’ego. Tego było już za wiele.

– Patrzeć nie mogę na pańskie cierpienie. Proszę podzielić się ze mną swą troską.

 Stary drżącą dłonią potarł siwe włosy na podbródku. 

– Eh… – Głośno przełknął ślinę, spojrzał w niebo. – Z pogrzebu wracam… – Oparł się rękoma o kolana, zacisnął zęby.

Lucas szczerze przed sobą przyznał, że nie wie, jak powinien się zachować, widząc człowieka stojącego o krok przed zapadnięciem się w otchłań rozpaczy. Dopytywać o dalsze szczegóły? Czekać, aż Murphy sam zdecyduje się kontynuować? Podczas gdy w Guddzie rosły wątpliwości, dotyczące oferowaniu się nieznajomemu jako powiernik, stary pękł. Rozbeczał się niczym ząbkujące niemowlę. 

W przełyku Lucasa zaległa ogromna gula. Poczuł, że sytuacja go przerasta. Bezradnie patrzył na zalewającego się łzami staruszka.

 Na szczęście Murphy nie utyskiwał długo. Przetarł twarz rękawem, tupnął nogą raz i drugi. Odwrócił się plecami do Gudda. Dżentelmen wychylił się do przodu, żeby dostrzec, co dziadek robi. 

W sośnie, na której siedzieli, dzięcioły wydrążyły dziuplę, gdy stała jeszcze dumnie na skraju polany. Murphy grzebał teraz w tej dziupli, najwidoczniej czegoś szukając. Po chwili wydobył z niej lulkę, pudełko zapałek, metalowy ubijak oraz płócienny woreczek wypełniony tytoniem. Starczymi rękoma sprawnie uporał się z rytuałem nabijania. Pozostało wyłącznie przejechać zapałką po drasce. Jednak zaniechał.

– Nawet nie… 

– Słucham? – Gudd nie był pewien czy się nie przesłyszał.

– Nawet nie pamiętam, o czym ostatnio z nią rozmawiałem. I jaki to wszystko ma sens? – Jednym tchem wyrzucił z siebie staruszek, po czym wziął ustnik fajki między zęby. Przez trzęsącą się brodę, lulka w jego ustach chybotała się niczym wahadełko. 

Lucas poczuł, jak coś przewraca mu się w żołądku. Ten starzec właśnie zapytał go o sens egzystencji. Stary zapytał młodego, jaki to wszystko ma sens? Kto z nich dwóch powinien znać lepszą odpowiedź na to pytanie? Dżentelmen trwał w ponurej zadumie, tymczasem Murphy odpalił fajkę. 

 Ledwie słyszalne pyknięcia rozległy się w powietrzu. Z główki fajki wydobył się dym. Po zżółkłych palcach Murphy’ego można bylo wywnioskować, że przepalił wiele lat, lecz tego dnia najwidoczniej nie potrafił się na tym skupić. Kasłał, charkał i dusił się. 

Siedzący obok Lucas Gudd nie prezentował się lepiej. Kompletnie wyzuty z energii zgarbił się, wsparł łokciami na kolanach. Pstry koń pasł się nieopodal. Obserwując go mimochodem dżentelmen, wciąż jeszcze całkiem młody człowiek, chociaż posiadający już pewne życiowe doświadczenie, snuł rozważania na temat egzystencji swojej oraz swoich bliskich. Czy pamiętał ostatnią rozmowę, dla przykładu, ze swoją matką? No przecież, że tak! Najzwyczajniej w świecie oceniali pogodę. Obydwoje byli zadowoleni ze stanu rzeczy. Lucas pochwalił także herbatniki, którymi poczęstowała go rodzicielka. 

Ojciec to już twardszy orzech do zgryzienia. Dzisiaj się z nim nie widział, a wczoraj… Wczoraj zjedli razem obiad i posprzeczali się o coś. Tylko o co? Chyba znowu poszło o proboszcza Smitha. Francis Gudd szczerze nie cierpiał tego osobnika i każda jego decyzja z miejsca wzbudzała w nim irytację. Ostatnio wściekł się, gdy Smith poprosił parafian o przeprowadzenie zbiórki na remont dachu kościoła, pomimo tego, że wcześniej krytykował księdza za zaniedbywanie przybytku bożego. Lucas wypunktował ojcu ewidentny błąd w rozumowaniu i zarzucił rażący brak wyrozumiałości, wywołując tym samym zażartą dyskusję, nad talerzami zupy pomidorowej, której ostatecznie nie dojedli. A nie… o proboszcza kłócili się w czwartek. Więc o co poszło wczoraj?

Poczuł się nieswojo ze świadomością, że tego nie pamięta. Dreszcz przebiegł mu po kręgosłupie. Ogółem zrobiło się zimniej, otoczenie się zmieniło. Trawa pociemniała, ustały ptasie trele. Lucas domyślił się, że chmury po prostu przysłoniły słońce. Skierował wzrok ku niebu.

Rzeczywiście, chmura przysłoniła słońce. Tylko że owo ciemne kłębowisko wisiało dwa metry nad ich głowami. Dżentelmen wytrzeszczył oczy. Dym z fajki Murphy'ego kumulował się w powietrzu, zamiast rozpływać w nim zgodnie z prawami natury.

Doprawdy dziwne  stwierdził Gudd.

Szturchnął dymiącego w ramię.

Zahipnotyzowały ich powolne ruchy niesamowitego zjawiska. Kształty, przybierane przez chmurę, robiły się coraz klarowniejsze. Przyprawiły obydwu mężczyzn o szybsze bicie serca. Gdzieniegdzie ludzka ręka lub noga wychynęła z dymnej masy, albo twarz o gniewnym grymasie odznaczyła się na sinoszarym tumanie przez kilka sekund.

Zdezorientowany Gudd spojrzał na staruszka. Murphy uśmiechał się, po policzku spływała mu łza. Wtem chmura przemówiła:

– Ty dziadzie cholerny! Znowu ćmisz? Śmierdzi od ciebie tym świństwem na kilometr! Mówiłam ci coś? Ale ty jesteś dzieciak, nic nie rozumiesz! Mam ci po łbie dać, żebyś zrozumiał?

Lucas stanął na baczność. Cały zesztywniały gapił się na dym besztający staruszka. Murphy upadł na kolana. Wyciągnął ręce ku górze. W prawej dłoni trzymał fajkę.

– Moja miłości! – krzyknął.

– Ja ci dam moja miłości. Zaraz wyrzucę ten śmierdzący syf do rzeki, psiakrew. Palisz to gówno i dzieci się ciebie brzydzą. Dureń! Idiota!

Chmura groziła Murphy’emu zaciśniętą pięścią. On jednak śmiał się głośno. Twarz miał mokrą od łez. Lucas czuł, że za chwilę zemdleje. Odwrócił się od całego widowiska, o mały włos przy tym nie upadając. Kręciło mu się w głowie. Po pstrym koniu nie było śladu. Uciekł w las.

Mądre zwierzę  pomyślał Lucas, po czym poszedł w ślady swojego wierzchowca. Zataczając się, ruszył w stronę drzew. Zza pleców wciąż dochodziły do niego śmiech Murphy’ego oraz obelgi jego zmarłej żony.

Gdy małżeństwo zostało same, mąż zapytał czule:

– Betty kochana… Jak się czujesz?

­– Dobrze – odpowiedziała szorstko. Szorstko nawet jak na chmurę dymu tytoniowego.

– Eee… Jak to jest… być… no wiesz,

­– Nie zmieniaj tematu, ty… Przestaniesz w końcu palić to świństwo?

– Czemu ci tak na tym zależy kochana? Przecież ty nie żyjesz! Dziś cię pochowałem.

Uświadomiwszy sobie, co właśnie powiedział, zakrył usta dłonią. Chwilę później palnął się w czoło, szczerząc porcelanowe uzębienie.

– A co myślałeś, że będziesz miał spokój? Nie kochany. Ostatnia rzecz, która mnie trzyma na tym świecie to twój nałóg. Dopóki nie rzucisz, będę cię nawiedzać…

Śmiech, który tym razem wydobył się z gardła Murphy’ego, przypominał rechot żabiego chóru.

– To ja nigdy nie przestanę palić! Możesz mnie nawiedzać do woli.

Wstał, przeskoczył z nogi na nogę, obrócił się w miejscu.

– Oszalał – stwierdziła Betty. – Z diabłami w piekle będziesz lulki palił.

– Może i tak.

Staruszek, odtańczywszy swoje, spoczął na sośnie, zaciągnął się. Wypuszczając dym z płuc, śledził, jak ten wznosi się ku górze, by stać się częścią obłoku opętanego przez duszę jego żony, Betty Murphy. Uszczypnął się w rękę. Wszystko trwało. Podrapał się po brodzie.

– Betty, a pamiętasz, o czym ostatnio rozmawialiśmy?

– Ostatnio to znaczy kiedy?

– No w środę. Zanim ty…

– Ach, oczywiście. Rozmawialiśmy o… Psiakrew. Poczekaj, zaraz sobie przypomnę.

Czekał cierpliwie.

Koniec

Komentarze

Ale aktualny jest dobry, gdybym natchnął się na niego po poprawkach i go nie betował, to bym nominował do biblioteki. :P

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Ale to było ładne. :) 

Niby nic takiego, ot staruszek i młodzian (choć chyba już nie taki młodzian), a tu taki zwrot akcji, do tego z dowcipem. 

Myślę, że jakbyś oznaczył opowiadanie jako short więcej osób by kliknęło. 

Ciekawe, całkiem dobrze napisane. Końcówki może nie zrozumiałem, bo jakoś mnie nie porwała. Całość jednak na plus. Ech, trzeba w końcu rzucić…

Ten tekst ma w sobie urok, w samej końcówce, która zmieniła moje podejście do niego. No bo większość czasu wydawał mi się taki sobie, ot, przeczytać i przejść do następnego, jednak finał… No, ładnie wyszedł.

Nowa Fantastyka