- Opowiadanie: Unicorn - Wielka gra

Wielka gra

Opowiadanie napisałam w ramach pewnego projektu, który niestety nie doszedł do skutku. Opowiadanie zostało i jestem ciekawa opinii na jego temat :) 
Jest to opowiadanie, które stanowi prequel do mojej powieści... Jestem ciekawa, czy przypadnie komuś od gustu, no i czekam na konstruktywną krytykę tekstu. 

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Biblioteka:

wilk-zimowy, Użytkownicy IV

Oceny

Wielka gra

Marta Kirin

„Wielka gra”

 

Galen wyprostował się, fotel dostosował się do linii kręgosłupa i pobudził nerwy krótkimi impulsami elektromechanicznymi. Kochał te siedzenia. Słuchał dalej przemówień w Parlamencie całkowicie zrelaksowany, w zaciszu swojego biura przed ekranem, przekazującym obrady. Spojrzał na nadgarstek i zadowolenie z odprężenia uciekło niczym powietrze z przebitego balonu. Zmarszczył brwi i przestał się uśmiechać. Wstał szybko i poprawił niedbałą fryzurę, pośpiesznie pociągnął koszulę dakira, oficjalnego stroju czatuskiego, aby pozbyć się wygnieceń. Strzepnął z kolan resztki po ziarnach trójnatki i odchrząknął. Nerwowo podszedł do ekranu komunikacyjnego i zanim połączenie przekazało obraz wysokiego mężczyzny, Galen skłonił się z ręką na piersi.

– Ambasadorze Kasun. – Ten powściągliwy głos słyszał osobiście tylko raz w życiu, kiedy mianowano go ambasadorem. Przez złącze międzyplanetarne nigdy.

– Najwyższy Kapłanie – powiedział, starając się mówić spokojniej, niż na to pozwalało przyspieszenie tętna do granic taktowania silnika ścigacza kosmicznego. – Czemu zawdzięczam ten zaszczyt?

– Oczy na mnie, ambasadorze.

Zacisnął mocno pięść, kiedy poczuł, że drży mu dłoń. Powoli wyprostował się i opuścił rękę wzdłuż ciała, nerwowo i bezwiednie trąc kciukiem palec wskazujący.

– Najwyższy – powiedział cicho, walcząc ze sobą, żeby nie opuścić głowy z powrotem.

Mężczyzna na ekranie był o wiele młodszy od niego. Włosów nie przetkała mu jeszcze siwizna, twarzy nie zaorały zmarszczki. Oczy, bystre i hipnotycznie zielone, tliły się energią, której Galen nie posiadał. Poważny młody mężczyzna o wątłych ramionach i zabandażowanych dłoniach stał dumnie wyprostowany w pięknie zdobionym złotymi nićmi zielonym dakirze, który mogli nosić tylko najwyżsi wierni Rasy. Galen widywał jego wizerunki w podobnej pozie i zdziwiło go, że oddawały Najwyższego tak wiernie. O ile ręce i ramiona miał zabandażowane, to zielone łuski rozrywające powoli skórę na podbródku, mocno się uwidoczniły. Najwyższy Kapłan naznaczony przez bogów. Pierwszy Tknięty przez Rasę Spoza Krawędzi Wszechświata.

Galen widział zarys stojących wokół postaci. Oczywiście Najwyższy Kapłan wszędzie poruszał się z eskortą, a przy audiencjach asystowało mu dwóch doradców: wojskowy i duchowny. Galen powiódł spojrzeniem po cieniach ludzi i mimowolnie zastanowił się, czy jeden z nich to nie Ilia, jego była żona.

– Czy kanał jest bezpieczny? – zapytał kapłan.

Galen nerwowo spojrzał w kierunku kamery wystającej z sufitu. Stanowiła pozostałość po przednim ustroju. Budynek Parlamentu Galaktycznego kiedyś działał jako baza militarna Kwadrantu Beta. Mimo że kamera pozostawała nieaktywna, nie czuł się dobrze pod jej ślepym okiem. Zerknął na nadgarstek, wcisnął kilka komend na wszczepie. Wyłączył podsłuch Davida, swojego asystenta i kiwnął głową zadowolony z wyniku skanu pomieszczenia.

– Nikt nie ma prawa przechwycić tej transmisji – powiedział z ulgą.

– Jak przebiega misja?

– Składam szczegółowe raporty, które…

– Są absolutnie niedopuszczalne, ambasadorze.

Galen wyczuł w głosie kapłana coś, co sprawiło, że zaniemówił. Na policzki wypłynęła czerwień.

– Co jest niedopuszczalne?

– Te procedury, te rozmowy i spotkania!

Teraz Galen zrozumiał, co kryło się w głosie kapłana. Pogarda. Nie śmiał przerywać Najwyższemu. Gdyby nie rozkazano mu patrzeć w oczy przełożonego, pewnie spuściłby głowę i przyłożył pięść do piersi w wyrazie szacunku.

– Jak taki twór może w ogóle funkcjonować?

– Zgadzam się, panie, że procedury są powolne, ale Parlament skupia kilkaset układów. Nad każdą sprawą muszą być przeprowadzone dyskusje, każdy musi się wypowiedzieć, żeby…

– Ambasadorze. – Galen z trudem powstrzymał potok słów i złożył ręce za plecami, prostując się. – Wydaje mi się, że albo pańskie wysiłki idą na marne albo źle wykonuje pan obowiązki.

Galen poczerwieniał jeszcze bardziej, a serce łomotało w piersi niczym wystraszony ptak szuwu z rodzimej planety. Źle wykonuje obowiązki?

– Nie rozumiem – zaczął niepewnie, kiedy cisza się przedłużała.

– Żadnych postępów! Negocjacje nie przebiegają tak, jak na to liczyłem.

– To wymaga czasu…

– Co stoi na przeszkodzie, żeby zatwierdzić naszą kandydaturę, ambasadorze?

– Raporty…

– Ambasadorze! Chcę usłyszeć o pańskich odczuciach.

Galen wciągnął głęboko powietrze i zastanowił się chwilę. W raportach w oględny sposób przekazywał wiadomości, ale teraz przyszła pora na dłuższe wyjaśnienia. Zebrał całą cierpliwość i zaczął od najprostszych rzeczy.

– W mniemaniu Parlamentu i ich delegatów Czatusja nie przestrzega norm. I to wielu, o których zresztą pisałem. Jeśli nie zmienią się te konkretne rzeczy w naszym układzie, prawdopodobnie nigdy nie zostaniemy przyjęci.

Galen czekał, ale Najwyższy wpatrywał się w niego bez słowa. Odchrząknął i mówił dalej:

– Przede wszystkim chcą widzieć nasze zaangażowanie w prace na rzecz dobra ogólnego. Oczekują, że udostępnimy im zasoby naturalne, które obecnie wydobywamy tylko na własne potrzeby. Utrzymujemy umowy handlowe jedynie z Newarią, która żywo zainteresowana naszą planetą, chętnie rozszerzyłaby umowę na większą ilość towarów, najbardziej na nasze złoża szathunu, które jak zresztą Najwyższy wie, są doskonałym paliwem zasilającym statki kosmiczne. Zamiast zacieśniać więzy handlowe z Newarią i pozostałymi, trzymamy się na uboczu. Ponadto rzadko pozwalamy na podróże przez naszą przestrzeń kosmiczną, przez co blokujemy inne państwa w eksploracji, na czym im zależy. Nasze planety mogłyby okazać się pomocne jako bazy wypadowe do dalszych części wszechświata. Bez pozwolenia na lokalizację baz nie zajdziemy daleko w rozmowach. To punkt, który zwykle blokuje nasze negocjacje.

– Poza tym… – I tutaj wiedział, że dotknie najbardziej drażliwego tematu. Przymknął powieki. – Mają wiele do powiedzenia w kwestii naszej kultury, panie.

– Kultury? – Kapłan przechylił głowę na bok.

– Według Obywatelskiej Karty Praw żadnego człowieka nie można prześladować ani aresztować za przekonania, każdy powinien mieć prawo wyboru. Uważają, że powinniśmy znieść obowiązkowe modły, a władza absolutna musi być sankcjonowana czymś więcej niż wiarą.

W momencie, kiedy wypowiedział te słowa, dostrzegł minę Najwyższego i spuścił oczy, byle tylko nie patrzeć na obraz czystego gniewu. Ale Najwyższy milczał dalej.

– W moim przekonaniu – podjął znowu Galen. – Również nie podoba im się kwestia osiągania odpowiedniego wieku do małżeństw oraz wstąpienia do wojska czy picia alkoholu i używania środków odurzających. – Zrobił pauzę a potem dokończył dobitnie. – Uważają nas za zacofanych.

– Parlament jest zatem zgnilizną.

To jedno stwierdzenie sprawiło, że Galenowi pociemniało w oczach. Wiedział, do czego to doprowadzi i już otwierał usta, żeby zaprotestować, ale Najwyższy nie dał mu szansy dojść do słowa.

– Zasłonięci przed prawdą Rasy daleko od prawdziwego poznania. Kiedy czytałem raporty, nie sądziłem, że są tak zepsuci. Nie będziemy zmieniać naszych tradycji dla członkostwa w zgromadzeniu, które nie pojmuje naszych wartości!

Galen zachłysnął się powietrzem.

– Ale Najwyższy! Teraz jest moment, kiedy moglibyśmy zyskać najwięcej! Rada Uniwersalnego Bezpieczeństwa wyklucza z obrad kilka systemów, bo bezpodstawnie zaatakowały pokojowo nastawione światy. Wybuchnie międzyplanetarna wojna!

– Nie pozwolę, aby zakusy zewnętrznych układów planetarnych zepsuły naszą integralność społeczną i religijną. Zamkniemy przestrzeń kosmiczną dla obcych. Czatusja pozostanie neutralna.

– Neutralna? Panie, to błąd! Teraz jest czas na działanie! Opowiedzmy się po stronie zaatakowanych, zyskamy potrzebne wsparcie w…

– Widocznie przebywa pan tam już zbyt długo, ambasadorze. – Tym razem w głosie kapłana nie wyczuł gniewu. Ani żadnej innej emocji. – Wpływ edukacji newarskiej zbiera żniwo.

Galen otworzył usta, ale zaraz je zamknął i gapił się tępo w ekran.

Cała jego praca, cała nauka właśnie została wyrzucona do kosza. Życie przeciekało mu między palcami. Poświęcił dla tej misji wszystko. Opuścił dom. Synowie zdążyli wyjść z gniazda i założyć własne rodziny. Zostawił żonę, żeby uczyć się w Imperium Newarskim i poprowadzić Czatusję do członkostwa w Parlamencie Galaktycznym. Miał pomóc ojczyźnie wyjść z izolacji i otworzyć społeczeństwo na nowe możliwości. Chciał dać synom i wnukom szanse na poznanie wszechświata, jaką sam dostał.

Słowa Najwyższego kapłana Rasy spoza Krawędzi Wszechświata właśnie zburzyły największe osiągnięcia Galena. Jako pierwszy Czatujczyk pobrał zagraniczne nauki i stał się częścią Międzygalaktycznego systemu.

– Niniejszym zostaje pan odwołany ze stanowiska.

Wyrok zapadł.

Galen zacisnął mocniej pięść i przymknął powieki.

Najwyższy kapłan zniknął.

– …dlatego naszym obywatelskim obowiązkiem jest wypowiedzenie wojny w imieniu tych bezbronnych systemów.

Po słowach członka Rady Uniwersalnego Bezpieczeństwa rozbrzmiała wrzawa. Miska z nasionami wylądowała na podłodze i rozprysła się na milion szkiełek, a nasiona rozsypały się po pomieszczeniu.

Galen trzasnął drzwiami, zostawiając bałagan za sobą.

Drzwi zamknęły się za ambasadorem.

Galen zaciskał i rozluźniał pięść. Szedł przez korytarz stacji kosmicznej. Piekły go policzki, a krew szumiała w uszach. Nie rozglądał się na boki. Nie miał żadnego konkretnego celu. Musiał po prostu wyjść z biura i ochłonąć.

Przeciskał się przez tłum ludzi, w większości pracowników dyplomacji. Widział przedstawicieli wielu systemów, członków Parlamentu i tak samo tych kandydujących do członkostwa. Po obu stronach szerokiego i wysokiego korytarza stacji kosmicznej rozwieszono ekrany, na których transmitowano obrady Parlamentu. Do Galena docierały jedynie skrawki wypowiedzi polityków. Tłum był dzisiaj wyjątkowo głośny. Wszyscy dyskutowali wypowiedzenie wojny Koalicji Planet Wewnętrznych i konsekwencje dla Parlamentu jako całości jak i dla indywidualnych członków. Kto stanie za kim i dlaczego?

A Czatusja? Pozostanie, kurwa, neutralna! Galen prychnął, kręcąc głową. Największy błąd jaki Czatusja mogła teraz popełnić! Neutralni! Gdyby opowiedzieli się po stronie Parlamentu i Zjednoczonej Floty bez problemu ugraliby członkostwo w Parlamencie po niskiej cenie. Może udałoby stać się kluczowym graczem w polityce międzyplanetarnej? Mógłby dużo zdobyć! Gdyby Najwyższy dał mu choć cień szansy?

I co teraz miał zrobić?

Wrócić do domu? Zhańbiony?

Ilia go nie przyjmie z powrotem jako męża. Zresztą, po co miałaby to zrobić? Nie mogła. Wraz z objęciem stanowiska ambasadora musieli się rozwieść. Rasa zabraniała małżeństw na odległość. Ich małżeństwo było czystą formalnością zarówno dla niej, jak i dla niego. Kariera wymaga poświęceń. W jego przypadku było to małżeństwo z oficerem wojskowym, Ilią Lenszą. Dla niej było założenie rodziny z Galenem Kasunem i urodzenie dzieci. Rodzina daje dużą przewagę w życiu politycznym na Czatusji. Rasa przykazała im tworzyć rodziny i chronić, za cenę własnego życia.

Rozwód również był jedynie formalnością.

Galen wyjechał. Ilia została, wychowała dwóch synów i wspięła się po drabinie wojskowej kariery. Aż dotarła tam, gdzie chciała się znajdować, przy boku Najwyższego jako jego militarny doradca. To wielki zaszczyt. Galen został ambasadorem ojczyzny w obcej przestrzeni kosmicznej. Jako pierwszy Czatujczyk opuścił ich system planetarny.

Ani on, ani Ilia nie mogą zawrzeć związku małżeńskiego ponownie.

Przyśpieszył kroku. Gwar tłumu działał niczym upierdliwe bzyczenie insekta w nocy. Musiał się stąd wydostać. Wsadził palec za ciasno zapięty kołnierzyk dakira i szarpnął. Guzik magnetyczny upadł na podłogę i potoczył się gdzieś w tłum, zapomniany i niepotrzebny.

Tak mu się odpłacają? Po tylu latach służby? Po tylu wyrzeczeniach? Odwołują? Tak po prostu, kurwa, pozbawili go stanowiska? Poświęcił wszystko dla Czatusji i jej przyszłości! Wszystko! Wyjechał z domu, żeby zapewnić Czatujczykom lepszą przyszłość wśród gwiazd. Niczym legendarny Kamen Atanas, który wyprowadził naród z mroków chaosu i wprowadził prawo Rasy. Otrzymując urząd z rąk Najwyższego Galen miał cel.

Wrócę wśród aplauzu, zwykł sobie powtarzać w ciężkich chwilach. Kiedy żegnał się z Ilią po sankcjonowanym rozwodzie, kiedy całował synów w czoła po raz ostatni, kiedy szkolenie na Newarii ciągnęło się bez końca i nie mógł doczekać się, kiedy w końcu zacznie prawdziwą pracę w Parlamencie.

Zmodyfikował genetycznie ciało. Dla dobra narodu. Tak sobie powtarzał. Musiał to zrobić, żeby być efektywnym w Parlamencie. Wtedy to miało znaczenie.

Pokładano w nim nadzieje na przyszłość, a teraz wyrzucono jak śmiecia!

Zdyszany i spocony z zaciśniętymi pięściami zatrzymał się. Znalazł się w pustej odnodze korytarza głównego. Głosy z sali obrad docierały do niego przytłumione, niczym bełkot w uszkodzonym łączu międzyplanetarnym.

Wojna wstrząśnie całym wszechświatem. Koalicja Planet Wewnętrznych będzie dążyć do zdobycia systemu po systemie. Zjednoczona Flota będzie się im przeciwstawiać najlepiej jak potrafi, ale bez baz, bez paliwa na obrzeżach przepadną. Czatusja jest strategicznym, kurwa, punktem, który odwróci się plecami do całego wszechświata. W momencie, kiedy Newaria w końcu straci cierpliwość do negocjacji i zacznie inwazję nikt nie przyjdzie na pomoc, bo sami nie chcieli nikomu podobnej udzielić. Jak Najwyższy może być tak ślepy?

Przepowiednia? Dopuszczając zewnętrzne wpływy zginie religia…

Galen odetchnął głęboko. Był człowiekiem religijnym, głęboko wierzył w Rasę i jej przykazania. Powiedzieli, że kosmos jest niebezpieczny i Czatusja powinna podchodzić sceptycznie do innych światów i gwiazd, ale żaden Czatujczyk tu nie był wcześniej! Galen widział szansę na rozwój, na lepszą przyszłość, na technologię, lepszy dostęp do medycyny. Ulepszenie życia na Czatusji.

Inni nie mogli wiedzieć, jakie profity wyciągną z członkostwa w Parlamencie! Głupcy!

Nie! Nie mógł tego tak zostawić! Nie pozwoli Czatusji odizolować się, utkwić w marazmie zacofania, aż dojdzie do wyniszczenia kultury w wyniku wojny z Newarią. Wojsko w takiej postaci, w jakiej istniało na Czatusji to była kpina, nie powstrzyma inwazji. Potrzebowali modyfikacji genetycznych, technologii, żeby obronić się w przyszłości przed wojną! Rasa ich nie uchroni! Rasa odleciała.

Zacisnął zęby tak mocno, że aż rozbolała go szczęka.

Odwrócił się z nagłą determinacją.

Stawiał pewne i zdecydowane kroki.

W biurze nie natknął się na Davida Mayera, swojego asystenta. Niech Rasie będą dzięki! Nie musiał wciągać w to bagno przyjaciela. Nie chciał, żeby poniósł konsekwencje za jego czyny. Tak będzie bezpieczny.

Podszedł do biurka. Nacisnął na blat. Na powierzchni pokazały się kreski, które wyznaczyły kwadrat, który odczepił się od całości i powędrował ku oczom Galena. Wpisał kod zabezpieczenia sejfu i tajna skrytka otworzyła się z cichym sykiem. Wewnątrz znajdowało się małe okrągłe urządzenie. Nie wahając się schwycił wszczep i przyłożył do szyi. Poczuł, jak z implantu wysuwają się metalowe, cienkie rurki i przebijają skórę. Galen skrzywił się i usiadł na krześle. Przez chwilę czuł szum krwi w uszach i nie potrafił uspokoić rozszalałego serca. Kiedy proces instalacji się zakończył, Galen drżał. Żyły nabrzmiały, głowa rozbolała jakby napił się najmocniejszego tavaa w galaktyce. Jęknął, pochylając się. Zrobiło mu się niedobrze. Przysunął ręką po szyi i natrafił na maleńkie urządzenie, które było teraz ledwo wypukłym punktem pod skórą. Zawsze dziwiło go, że wszczepy najnowszej generacji z łatwością przenikały skórę i nadbudowały zdrową tkankę nad sobą. Czuł się jakby ktoś otworzył mu gardło i podrażnił struny głosowe. Przełknął ślinę. Nie spodziewał się ostrego bólu. Sięgnął po dzbanek z wodą, ale zamiast go złapać zrzucił z krawędzi stołu. Naczynie rozprysło się na miliardy cząstek, woda rozlała po podłodze. Galen przyglądał się jej przez chwilę.

Z westchnieniem schylił się i z najniższej szuflady biurka, wyjął laserowy pistolet i schował pod bluzą dakiru. Podrapał się odruchowo w miejscu, gdzie zainstalował się implant, wyczuł pod palcami drobne druciki. Nacisk sprawiał, że pod skórą robiły się maleńkie uwypuklenia i wydawało się, jakby nieruchomy pająk przyczaił się tuż pod warstwą skóry.

Spojrzał w kierunku wiszącego na ścianie symbolu religii Czatuskiej. Wpisana w kwadrat obca osoba miała nienaturalnie podłużną głowę, trzy kończyny, dwie nogi i jedną dłoń, która wyrastała ze środka klatki piersiowej oraz ogon sięgający ponad głowę. Galen odetchnął głośno. W jego umyśle nie było żadnych wątpliwości. Musiał działać, zanim będzie za późno.

Dotarł do węzła komunikacyjnego, przepocony i zaślepiony adrenaliną. Serce waliło niczym gaviońskie kroki na równinie Tarinu. Jeśli miał to zrobić, musiał iść teraz.

Sięgnął ręką do nowego wszczepu i zamknął oczy. Kiedy je otworzył wydały się mechaniczne, bez wyrazu, zimne. Otworzył drzwi do węzła komunikacyjnego i wyciągnął pistolet zza paska. Zgromadzeni w pokoju technicy zginęli zanim zdążyli się zorientować, kto wszedł do pokoju.

 

***

Galen wyprostował nogi i poprawił się na niewygodnym krześle. Bolały go plecy, a rozmowa z panem Wolfem przedłużała się. Nieustępliwy skurczybyk. Galen podrapał się pod kołnierzykiem i uśmiechnął się lekko.

– Powiedziałem już wszystko – stwierdził i położył dłonie szeroko na blacie stołu przed sobą. – Dwa razy. Nie widzę sensu…

– Dlaczego znalazł się pan blisko węzła komunikacyjnego? – zapytał niewzruszony Wolf.

Galen zamknął usta i patrzył na szefa ochrony spod uniesionych brwi.

– Moja cierpliwość się kończy – stwierdził. – To ja jestem tu poszkodowany.

– Proszę odpowiedzieć na pytanie.

– Chciałbym udać się do pokoju i odpocząć.

– Dopiero kiedy uznam, że uzyskałem wszystkie potrzebne informacje.

Galen wstał i pociągnął wybrudzony dakir z godnością.

– Nie muszę tego wysłuchiwać.

– Panie ambasadorze Kasun, zgodził się pan odpowiedzieć na pytania.

– To niedorzeczne! Dostałem w łeb, złamano mi trzy palce u ręki i strzelono w plecy z broni impulsowej, a pan uważa mnie za zbrodniarza!

– Na razie uważam pana za osobę najlepiej poinformowaną o zdarzeniu, więc proszę grzecznie o pomoc.

– Ale ja mam rzeczy do…

– Nie obchodzi mnie polityka, panie ambasadorze, jedynie bezpieczeństwo Parlamentu i jego członków.

– Mam immunitet…

– Mam nagraną pana zgodę na te pytania, ambasadorze.

Galen wpatrywał się w szefa ochrony. Ile czasu już tkwili w tym okropnie zimnym pokoju? Siedzieli w małym pomieszczeniu, w którym mieściły się tylko stół, dwa krzesła i urządzenia nagrywające. Ściany wydawały się płynne, jakby falowały wraz z ich oddechami. Galen pocił się i miał wrażenie, że się dusi. Wsadził palce za kołnierzyk i starał się go poluźnić w miarę możliwości materiału. Na nic się to jednak nie zdało, materiał ciasno oplatał szyję.

Wolf wskazał głową krzesło, sięgnął do kieszeni, wyciągnął paczkę papierosów i położył na stole. Galen przewrócił oczami i usiadł z powrotem.

– Pali pan, ambasadorze?

Galen wzruszył ramionami, złożył ręce na piersi i pokręcił głową.

– Nie.

Skrzywił się, zabandażowane ze sobą trzy palce zaczynając od małego zetknęły się z przedramieniem. Zabolało. Nie wiedział, że w pokoju obok techników siedzieli ochroniarze. Gdyby był nieco szybszy…

– Ma pan coś przeciwko, że zapalę?

Galen tracił cierpliwość. Chciał iść do pokoju, umyć się i położyć spać.

– Niech się pan nie krępuje – odparł, odwracając od oficera spojrzenie.

Ociągając się szef ochrony zapalił. Galena zaczynało mdlić ze zmęczenia i zdenerwowania.

– Dlaczego był pan w pobliżu węzła komunikacyjnego? – zapytał Wolf i zaciągnął się papierosem.

Galen podciągnął rękawek i pokazał szefowi ochrony nadgarstek.

– Zepsuł mi się wszczep. Pomyślałem, że technicy z węzła mi pomogą.

– Zdarzało się to panu często?

– Co?

– Problemy z wszczepem komunikacyjnym.

– Rzadko.

– Dlaczego poszedł pan tam podczas obrad Parlamentu?

– Komunikator zepsuł się w momencie, kiedy odbierałem ważną transmisję z Czatusji. Pomyślałem, że może przekierują połączenie bezpośrednio do węzła.

Wolf wskazał ręką na przedramię Galena.

– Gdybym dał pana wszczep do analizy technikom…

– Przykro mi – przerwał Galen. – Komunikacja osobista i dyplomatyczna pracowników ambasad są objęte immunitetem i tajemnicą.

– Nie zaszkodziło spróbować – mruknął Wolf z półuśmiechem.

– Oczywiście.

– Czy po drodze zauważył pan coś dziwnego? Niepokojącego? – Zmienił temat Wolf.

– Nawoływanie Koalicji Wewnętrznej do wojny.

Wolf uśmiechnął się pod nosem.

– Kogoś podejrzanego?

– Kilku polityków liczących profity z wojny.

Wolf westchnął i pokręcił głową.

– Jest pan idealistą.

Galen wyprostował się dumnie, ale przemilczał to stwierdzenie.

– Dobrze. – Wolf strącił popiół do popielniczki i przyjrzał się Galenowi. – Co się stało potem?

– Nie zdążyłem wejść do Węzła – wycedził Galen. Mówił to samo już kilkakrotnie.

– I nie widział pan napastników?

Galen potarł obtarty czerwony policzek i wzruszył ramionami.

– Przycisnęli mnie do ściany, przystawili pistolet do ucha i łamiąc palce zagrozili, że zabiją jak kosmicznego szczura, jeśli zacznę krzyczeć.

Nastała cisza. Galen patrzył wprost w twarz szefa ochrony. Wokół kłębił się dym z papierosa.

– Dlaczego pan nie walczył?

Galen poprawił się na krześle i pochylił nad stołem.

– Jestem ambasadorem, nie wojownikiem, panie Wolf.

Nie spodobało mu się, jakim spojrzeniem obdarzył go szef ochrony.

– Rozumiem, że na Newarii został pan zmodyfikowany genetycznie? Uzyskał pan wszczepy militarne.

– Tak, ale to…

– Przeszedł pan szkolenie wojskowe.

Galen potarł palec wskazujący o kciuk zdrowej ręki i wpatrywał się w Wolfa zaciskając szczęki.

– To było ponad dwadzieścia lat temu. Ponieważ jestem Czatujczykiem nie wszystkie wszczepy się przyjęły. Proszę spróbować żyć ze szwankującym wszczepem rozszerzonej percepcji i ruchu.

– Pańska żona…

– Była żona – poprawił Galen.

– Pańska była żona jest dowódcą wojskowym.

– Nie wiem, jaki ma to związek.

– Dużo czytam.

Galen zmarszczył czoło.

– Gratuluję.

– Ostatnio dużo o zwyczajach i tradycji Czatusji.

– Doprawdy? – Galen uniósł brew. – Skąd to nagłe zainteresowanie?

– Powiedzmy, że potrzebne do zapewnienia wysokich standardów bezpieczeństwa galaktycznego. Podobno tradycyjnie mąż i żona muszą nauczyć się fachu swojego małżonka w takim stopniu, aby rozumieli swoje potrzeby i problemy.

– To stary zwyczaj sprzed…

– Sprzed Rasy – dokończył Wolf. – Z pewnych źródeł wiem, że nadal kultywowany.

Wpatrywali się w siebie z trudnym do ukrycia obrzydzeniem. Dym papierosowy zgęstniał.

Drzwi otworzyły się, ale żaden z nich nie spojrzał w ich kierunku.

– Szefie, Przewodniczący Da'ven na łączach.

Wolf zostawił tlącego się papierosa w popielniczce, nie spuszczając z oczu Galena. Wstał i wyszedł z pokoju przesłuchań, zostawiając ambasadora w pomieszczeniu. 

 

***

– Panie Wolf!

Da'ven, Przewodniczący Parlamentu Galaktycznego, był starym, niesłychanie wysokim, bo sięgającym dwóch metrów mężczyzną o pomarszczonym ciele i długich, cienkich jak patyki kończynach.

– Przekracza pan swoje kompetencje! – Na jego twarzy, pomimo że był to jedynie hologram Wolf zauważył kropelki potu.

– Przesłuchuję…

– Ambasador Kasun nie jest podejrzanym w sprawie!

– Tego jeszcze nie wiem.

Da'ven westchnął.

– Nagrania z centrali?

– Skasowane z bazy – odparł Wolf. – Panie Przewodniczący, ktokolwiek to zrobił, jest profesjonalistą z przeszkoleniem wojskowym. Zanim uszkodził systemy komunikacyjne zhakował nagrania holo z korytarzy i z Węzła. Nie mamy nawet nagrania audio. Przez pięćdziesiąt lat nie było…

– Przez pięćdziesiąt lat nie byliśmy w stanie wojny, do cholery!

– Tak, panie Przewodniczący – potwierdził Wolf składając ręce za plecami. – Podczas sabotażu zginęli też moi ludzie i zapewniam pana, że intensywnie pracujemy nad tą sprawą. Ale myślę, że kluczem jest ambasador.

– To niedopuszczalne, panie Wolf, żeby oskarżać ambasadora systemu, który ma najmniej do ugrania w całej tej sytuacji.

– Czy oby na pewno? Galen Kasun uzyskał newarskie przeszkolenie, w najlepszej armii wśród członków Parlamentu. Ma dostęp do odpowiednich wszczepów. Mógłby…

– Panie Wolf! Zamiast snuć domysły, znajdź pan sabotażystów! Proszę natychmiast zwolnić ambasadora Kasuna albo znajdę kogoś innego na pańskie stanowisko!

Transmisja się skończyła. Hologram zniknął.

***

Wolf wszedł z powrotem do pokoju przesłuchań.

– Czy już mogę iść? – Kasun zaciągnął się papierosem. – Mam kilka ważnych spotkań.

– Mówił pan, że nie pali – przypomniał Wolf.

Galen zgasił papierosa w popielniczce i uśmiechnął się ledwo unosząc kąciki ust.

– Stres.

Wolf kiwnął głową.

– Jest pan wolny.

Galen wstał i podszedł do drzwi wymijając szefa ochrony.

– Panie ambasadorze. – Zatrzymał go jeszcze Wolf. – Nie radziłbym opuszczać stacji.

– Jestem podejrzany?

– Będę miał pana na oku.

Galen opuścił pomieszczenie.

 

***

– O, kurwa! – szepnął David i stanął w progu biura. – Wyglądasz jak kupa gówna.

Galen siedział przy biurku ze szklanką alkoholu w dłoni, drugą skubiąc nasiona z Praxos IX.

Uniósł szklankę i upił łyk, krzywiąc się. Wrzucił kilka nasionek do ust i podrapał się pod kołnierzem dakiru. David był od niego młodszy o kilka lat, a jednak dzięki rozleglejszym modyfikacjom i wszczepom, które zostały wprowadzone we wczesnym dzieciństwie wyglądał na o wiele młodszego od Galena. Rude włosy, blada skóra na twarzy bez zmarszczek z zielonymi pełnymi blasku oczami.

– Tak się czuję.

– Jak wypijesz to świństwo poczujesz się jeszcze gorzej – zauważył David.

Galen zapatrzył się przed siebie i zastanowił krótko, czy powiedzieć asystentowi o rozmowie z Najwyższym. David był z krwi i kości Newarczykiem, który pomimo chęci zrozumienia kultury Czatusji nie pojął jej wszystkich aspektów. Na pewno nie zrozumiałby podejścia Najwyższego, a tym bardziej decyzji Galena.

Galen wzniósł niemy toast i upił kolejny łyk.

– W ogóle co tu, do cholery, się działo? – zapytał David rozkładając dłonie. Wszędzie na podłodze leżały zrzucone ze stołu nasiona przemieszane z odłamkami szkła. – Miałeś tylko posłuchać posiedzenia Parlamentu.

– Trochę posłuchałem – przyznał Galen. – David, zadzwoń do Thomasa. Chcę umówić się na negocjacje.

– Żartujesz?

– Zanim nastąpił atak rozmawiałem przez chwilę z Najwyższym. Skłonny jest negocjować obecność baz newarskich na Czatusji.

– Serio? Ale dlaczego? Długo zabiegał o to, żeby o bazach wszyscy zapomnieli.

– Powiedzmy, że mój urok osobisty nareszcie zadziałał – stwierdził z półuśmiechem Galen.

– Ilia?

Galen znieruchomiał. Zastanowił się na ile może być szczery z Davidem. Kiwnął głową po dłuższej chwili.

– Ilia – skłamał.

– Ta dzundoda jeszcze cię kocha.

– Za daleko idące wnioski – stwierdził Galen, wstając z fotela. Porównanie Ilii do dzundody, czyli największego żyjącego stworzenia na Czatusji rozbawiło go. – Idę doprowadzić się do porządku.

Ruszył, ale się zatrzymał.

– David?

– Tak?

– To spotkanie…

– Załatwię najszybciej jak się da.

– Dzięki.

– Zostaw tę truciznę!

Szklanka stuknęła o blat szafki przy wejściu do łazienki. David zarejestrował plamę na meblu. Podszedł, podniósł szklankę do ust i skrzywił się na smak. Odstawił alkohol z powrotem.

 

***

– Ochrona zapewnia, że śledztwo jest w toku. Szef Wolf mówi o silnych poszlakach i tropach.

Galen podrapał się pod ciasno zapiętym kołnierzykiem i pokręcił głową. Silne poszlaki? Skrzywił się, kiedy poprawiał się na krześle. Po prysznicu plecy bolały bardziej niż kilka godzin wcześniej. Nie spodziewał się takich skutków.

– Komunikacja stacji nadal pozostaje ograniczona do najbliższych systemów planetarnych.

Uśmiechnął się na słowa prezenterki z holowidu. Włożył nasiona do ust i żuł powoli obolałą szczęką. Oparł się wygodniej w fotelu, ale funkcja pobudzania receptorów sprawiała mu jedynie większy ból. Wyprostował się zirytowany.

Czekał na ambasadora Newarii z pewną dozą adrenaliny i ekscytacji. Gdyby nie rany byłby w wybitnie świetnym humorze. Nareszcie zacznie negocjować to, o czym marzył przez te wszystkie lata na obecnym stanowisku. Zacznie od Newarii i baz eksploracyjnych na terenie północnego kontynentu. Ugra zmodernizowanie wojska. Następnym krokiem będzie Przewodniczący i ustalenie…

– Ambasadorze Kasun.

Do biura wszedł ambasador Newarii Thomas Adams. Galen wstał z fotela i wyłączył transmisję informacji. Prezenterka rozpłynęła się w powietrzu.

– Thomas.

Podszedł do ambasadora i wyciągnął dłoń. Przywitali się z poważnymi minami. Przypomniał sobie jak bardzo nie lubił Thomasa. Sztywny, przywiązany do reguł i militarnej przeszłości był oschły i zimny w kontaktach interpersonalnych. Stary już człowiek grał w politycznej rozgrywce dłużej niż Galen żył. Jego obecność często sprawiała, że czuł się nieswojo. Ale to z nim musiał podjąć właśnie te negocjacje.

– Usiądź, proszę! – wskazał Thomasowi wygodny fotel przed biurkiem.

– Jak się czujesz? – zapytał ambasador Adams. – Słyszałem, że nieźle oberwałeś z rąk tych… sabotażystów.

Galenowi nie spodobał się błysk w oczach Newarczyka.

– Żyję. To najważniejsze.

– Pan Wolf podobno wsiadł ci nieźle na dupę.

Zawsze bezpośredni. Galen machnął ręką.

– To drobiazg. Wykonuje tylko swoją robotę.

– Odwiedził mnie godzinę temu.

Galen zmarszczył czoło.

– Naprawdę?

– Pytał o twoje przeszkolenie i o dostęp do wszczepów bojowych.

– Co mu powiedziałeś?

Thomas uśmiechnął się szeroko.

– Prawdę. Przecież to żadna tajemnica, nie?

Galen zamyślił się na chwilę, ale kiwnął głową, bębniąc palcami o blat biurka.

– A przechodząc do rzeczy – zaczął, kiedy ocknął się z zadumy. Uśmiechnął szeroko. – Wygląda na to, że będziemy mieć nareszcie poważną konwersację na temat wspólnych celów.

– Czyżby?

– Mogę zaoferować bazy eksploracyjne na Północnym Kontynencie Czatusji.

– Potrzebujemy też baz orbitalnych, a te naziemne muszą być na tyle rozległe, żeby pomieścić personel.

Kasun powstrzymał się od jakiekolwiek reakcji na słowa, które naprawdę go zdziwiły. Przecież nie mógł wiedzieć, że podejmą te negocjacje, a już na pewno, że zacznie od baz. Punkt sporny, który spędzał im obu sen z powiek nagle stał się naturalny. Nawet nie zapytał skąd zmiana stanowiska.

– To jest do przedyskutowania – stwierdził z kamienną miną.

– Pozostaje też kwestia Szathunu i statków.

– Co z nimi? – zapytał Galen z uśmiechem wsadzając nasiona do ust i delektując się słonawym smakiem.

– Zawrzemy umowę, jeśli zezwolicie na wydobywanie Szathunu naszym sprzętem w wyznaczonych przez nas miejscach.

Galen przechylił głowę na bok.

– Wcześniej nigdy o tym nie wspomniałeś.

– Wcześniej nie prowadziliśmy wojny, Galen. Nie możemy udostępnić wam statków, które będą potrzebne Zjednoczonej Flocie. Ale jeśli dacie nam nieograniczony dostęp do paliwa to przekażemy je wam zaraz po wojnie.

– Zaraz po wojnie? – Galen pokręcił głową i prychnął. – Nie taka była umowa przed…

– Sytuacja się zmieniła – przerwał mu Thomas ostro. – Zapewne zamierzasz też porozmawiać z Przewodniczącym Da'venem. Powie ci podobną rzecz. Teraz najważniejsze jest zaopatrzenie statków Zjednoczonej Floty na obrzeżach, gdzie będą największe starcia. Bez tego nikt nie da szansy Czatusji na członkostwo. Musicie się zaangażować w działania wojenne.

Galen przymknął oczy. Tego nie przewidział. Nie może dać takiej zgody bez poparcia Najwyższego. Co on chrzani? I tak robi to wszystko wbrew jego woli. Przyzwyczajenia.

– Nie mogę podjąć tej decyzji bez skomuniko…

– Galen, ponieważ znamy się tyle lat, dam ci przyjacielskie ostrzeżenie.

Przyjacielskie? Miał ochotę prychnąć. Ten człowiek nienawidził go od momentu, kiedy postawił nogę na stacji. Zamiast tego patrzył mu prosto w oczy.

– Neutralność i bierność w chwilach kryzysu może mieć daleko idące skutki dla Czatusji. I dla ciebie. – Thomas Adams uśmiechnął się szeroko. – Bez paliwa nie będzie baz i nie będzie otwarcia Czatusji. Imperator może również odebrać to bardzo osobiście.

Osobiście?

– Jak bardzo osobiście? – zapytał, chociaż znał już odpowiedź.

– Stąpasz po kruchym kawałku lodu, możesz się poślizgnąć i spaść na wodę głębszą, niż ci się wydaje.

Adams miał błysk w oczach, kiedy wypowiadał te słowa, a Galen gapił się na niego zdzwiony. O czym ten pryk chrzani? Jaki lód? Głęboka woda? 

– Moi zwierzchnicy… – zaczął Galen.

– Doskonale wiemy, że nie są z ciebie zadowoleni od długiego czasu.

Galen zmarszczył czoło i poczuł ucisk w klatce piersiowej. Doskonale wiemy?

Drzwi otworzyły się i do pomieszczenia wszedł David z tacą, na której niósł dwa kubki. Thomas uśmiechnął się w kierunku jego asystenta, a Galen zapatrzył się na postawiony przed nim parujący napój. David przesunął naczynie bliżej niego i dopiero wtedy Galen podniósł na niego spojrzenie. Zielone oczy zdawały się go ostrzegać. O co mu chodziło?

David mruknął coś i zniknął za drzwiami.

Thomas podniósł kubek do ust i upił łyk.

– Czatuskie herbaty są jednymi z najlepszych w całej galaktyce – stwierdził.

Galen uśmiechnął się lekko na te słowa, ale ucisk w piersiach nie rozluźnił się, a on zaczął pocierać kciukiem palec wskazujący. Nie podobały mu się te negocjacje. Thomas coś ukrywał.

– Wracając do tematu. Jak dobrze wiesz… – zaczął, kładąc dłoń przy herbacie, ciepło bijące od naczynia muskało skórę. Poprawił się na fotelu. Cholerne plecy. – Wydobywanie Szathunu to nie taka prosta sprawa.

Thomas odstawił kubek i splótł palce dłoni ze sobą.

– Wystarczą dobre maszyny i…

Galen pokręcił głową i zapatrzył się w blat stołu, przełykając ślinę.

– Kulturowo. Miałem na myśli kulturowo, Thomas – Spojrzał na newarskiego ambasadora i zrozumiał nie pierwszy raz w życiu jak kultura i tradycja budowały tysiące murów, przez które trudno było przeskoczyć, żeby zrozumieć. – Ziemia Czatusji jest święta. Nie można tak po prostu wziąć maszyny i wykopać sobie dołu, żeby wydobyć paliwo.

– Nie rozumiem. W takim razie, jak wy…

– Wydobywamy tylko tyle, ile jest niezbędne. Najwyższy w porozumieniu ze swoim doradcą i radą duchowną wyznacza miejsca odwiertów. Jest to niezwykle rzadkie wydarzenie. – Podrapał się po skroni i zwalczył chęć podrapania się po implancie na szyi, musnął jedynie kołnierzyk palcem i zacisnął szczęki chwilowo. – Święto Wyznaczania.

– Nie wiedziałem – przyznał Thomas, ale chytry uśmieszek nie schodził z jego twarzy, kiedy popijał herbatę.

– Rasa naucza, że ziemia nie może być krzywdzona bez powodu.

– Czy należenie do Parlamentu Galaktycznego to nie wystarczający powód?

Galen wzruszył ramionami i chwycił kubek. Słodkawy smak rozszedł się po języku i przełyku, momentalnie rozgrzewając go od środka.

– Mój rząd nigdy nie zgodzi się na wyznaczanie tych miejsc przez siły zewnętrzne.

– Czy możliwe będzie, żeby Najwyższy wyznaczył je dla nas w większej ilości?

Galen uśmiechnął się szeroko.

– Za życia obecnego Najwyższego wyznaczył on jedynie dwa takie miejsca.

Thomas coś mruknął pod nosem.

– Szathun jest teraz kluczem, Galen. Bazy i Szathun. Tylko tak Newaria i Czatusja się dogadają.

Thomas odstawił pusty kubek na stół. Wstał i mrugnął do Galena.

– Myślę, że już niedługo naprawią te łącza – powiedział z pewnością. – Będziesz mógł zasięgnąć opinii z domu.

Galen przyglądał mu się, kiedy wypowiadał te słowa z szerokim uśmiechem. Zasięgnąć opinii z domu. Dobre sobie. Galen chciał wstać, ale Thomas zatrzymał go gestem dłoni.

– Przemyśl to sobie, Galen. Zobaczymy się jutro.

 Galen kiwnął głową i obserwował ambasadora Newarii, który żwawym wojskowym chodem wymaszerował za drzwi. Przymknął oczy i oparł się najwygodniej, jak mógł, w fotelu. Rozbolała go głowa. Miejsce wszczepienia implantu swędziało. Włożył palce za kołnierzyk i drapał po szyi, gdzie wyczuwał wypukły punkt. Miał ochotę położyć się spać, ale wiedział, że nie byłby w stanie teraz zasnąć.

Włączył holowiadomości. I tak było za późno na cokolwiek innego. W momencie, kiedy pojawiła się holograficzna prezenterka do biura wszedł David i usiadł na fotelu, który przed momentem zajmował Thomas Adams.

– Jak negocjacje? – zapytał i sięgnął po ulubione nasiona Galena, leżące w naczyniu obok herbaty.

Galen nawet na niego nie spojrzał.

– Ty mi powiedz. Czy potrzebujesz aktualizacji podsłuchu?

David zaczął żuć nasiona, a Galen bezmyślnie gapił się na holoprezenterkę, która mówiła o ruchach statków Koalicji Systemów Wewnętrznych na podstawie przewidywań wojskowego eksperta na emeryturze. Zero informacji na temat Węzła i systemów komunikacyjnych.

– Thomas to chuj – stwierdził David płasko.

– To już wiem – mruknął Galen. – Masz jakieś inne przemyślenia, czy wpadłeś towarzysko?

David zerknął na niego.

– Dlaczego teraz prowadzisz te rozmowy?

Galen wzruszył ramionami.

– Już mówiłem…

– Galen, nie jestem idiotą. Najwyższy ma poparcie kasty duchownej, na pewno nie zezwoliłby w obecnej sytuacji na bazy. Albo coś chce większego ugrać w nadchodzącej wojnie, albo ty – zrobił pauzę i wskazał na Galena palcem. – O czymś milczysz.

Galen nadal na niego nie patrzył, tylko bezwiednie pocierał palce o siebie. Ufał Davidowi. Uważał go za jedynego przyjaciela. Miał ochotę mu o wszystkim powiedzieć, ale z drugiej strony wtedy narażałby i siebie i jego.

Nie. To brzemię jest tylko jego.

– Już mówiłem – zaczął z kamienną miną, ale wewnątrz się gotował. – Ilia go przekonała. Ma coraz większe wpływy.

David zapatrzył się w niego, ale milczał.

– Wojsko chce modernizacji – kontynuował Galen. – Pragnie technologii, dzięki której się obronimy. W tej chwili każdy mógłby wejść i zgarnąć wszystko, co mamy. A my nie zdążylibyśmy podnieść nawet na nich palca.

David kiwnął głową i Galenowi wydawało się, że przyjął jego wyjaśnienie.

– Jednakże spiskowanie i załatwianie umów za plecami Najwyższego i głównego doradcy Rasy jest karane śmiercią – powiedział po chwili zastanowienia David.

– Co masz na myśli, mówiąc za plecami? – Skrzywił się i podrapał ponownie po okolicach implantu.

– Co, jeśli Ilia cię wrabia?

– Przestań. – Machnął dłonią. Rozmawiali o tym tysiące razy. – Nie jest zawistna. Rozwód…

– Był tylko formalnością. Wiem. A co, jeśli ma w tym głębszy cel?

– Niby jaki?

– Pokazanie siły i umniejszenie roli kapłanów.

Galen prychnął, upijając łyk herbaty. Równowaga między wojskiem a duchownymi utrzymywała się przez tysiąclecia, dlaczego teraz miałaby zostać zachwiana? Oblał go pot na myśl, że przez swoje działania sam jeden mógłby tą równowagą zniszczyć. Wojna domowa. To hasło huczało mu w głowie niczym natrętny owad z bagien przy klasztorze Inczun na południowym kontynencie Czatusji.

Nie. Podpisanie umowy w sprawie zacieśnienia więzów z Newarią otworzy im drogę do członkostwa w Parlamencie. Czatusja w końcu się otworzy.

– Rasa jedna wie – powiedział cicho David do siebie.

– Rasa jedyna posiada wiedzę. – Ambasador machinalnie poprawił przysłowie Czatuskie.

– No właśnie.

Milczeli przez dłuższy czas. Galen zrobił się śpiący i czuł, że powieki powoli mu się zamykają. Chyba nadszedł czas na odpoczynek. Jutro czekał go ciężki dzień.

– Sabotażyści odpowiedzialni za atak na ambasadora oraz Węzeł komunikacyjni nadal pozostają na wolności – stwierdziła holoprezenterka. – Z powodu sabotażu statki Kaerunu zerwały rozmowy w sprawie członkostwa i opuściły stację.

– Kurwa – mruknął David.

Galen znieruchomiał i słuchał dalej z mocno bijącym sercem. Kearun był jednym z większych dostarczycieli statków, ludzi i paliwa do Zjednoczonej Floty.

– Negocjacje w sprawie przekazania armady Kaerańskich statków zostały zerwane. W oświadczeniu wyjaśniającym ambasador Kaerunu stwierdził, że „zepsucie Węzła komunikacji jest celowym działaniem Parlamentu, mającym na celu brak kontaktu z naszą rodzimą planetą, a w konsekwencji podpisanie dokumentów bez rządowego zezwolenia. Jest to oburzające i nie możemy brać więcej udziału w rozmowach, w których nie szanuje się swego rozmówcy”.

Galen pokręcił głową.

– Szef Wolf podtrzymuje zdanie, że sprawa ataku na Węzeł zostanie rozwiązana szybko.

Galen wzdrygnął się i odstawił kubek na stół. Nagłe fale obrzydzenia chwyciły żołądek i miał ochotę wymiotować. Okolice wszczepu zaswędziały dotkliwiej.

– Technicy zapewniają, że komunikacja zostanie naprawiona najpóźniej w następnym cyklu dobowym.

Cholera. Poruszył się niespokojnie i nagle rozbudził się. Na Rasę! Nie zdąży podpisać żadnej umowy! Przymknął oczy i pokręcił głową.

David przeciągnął się i wstał.

– Idę spać.

Galen pokiwał głową. Skóra na szyi swędziała teraz nie do wytrzymania. Pot zaczął spływać po plecach.

– Z rana umów mnie na spotkanie z Przewodniczącym.

David zmarszczył czoło i pokręcił głową.

– Tak z godziny na godzinę? Wiesz, jak ciężko…

– Powiedz, że to sprawa paliwa i statków.

David zamyślił się, spojrzał w kierunku holoprezenterki, która teraz przekazywała informacje na temat ogólnogalaktycznych rozgrywek w astrodyski.

– Kaerun się wycofał – stwierdził David nareszcie, załapując tok myślenia ambasadora.

Galen kiwnął głową i uśmiechnął się z wysiłkiem. Gardło ścisnęło się w bólu i omal nie skrzywił się na tę sensację. Co się, do cholery, z nim działo?

– Czatusja nareszcie zyskała kartę przetargową – wykrztusił, chrypiąc. Zaczęło mu się kręcić w głowie.

– Dobra. Załatwię, ale za ten zapierdziel będziesz mi winien dobrą butlę tavaa.

Galen machnął na niego ręką, wyłączył holoprezenterkę i wyjął z szuflady biurka datapad. Kiedy wpisywał na nim wyszukiwaną frazę z prawa międzygwiezdnego, David wyszedł. Wypuścił z ręki urządzenie i trzęsącymi się dłońmi rozpiął guzik magnetyczny przy kołnierzyku. Potarł palcami miejsce, gdzie znajdował się implant. Dotykał nabrzmiałych tętnic i spuchniętej krtani z przerażeniem. Czy to było normalne?

Wyciągnął głowę do góry, żeby zyskać lepszy dostęp do wszczepu. Małe druciki, które oplatały całą szyję zacieśniały się i indukowały coś do żył i tętnic. Gdyby nie to, że gardło paliło żywym ogniem krzyknąłby. Zacisnął dłoń na implancie i odruchowo szarpnął. Po szyi, barkach i głowie rozszedł się niewyobrażalny ból, kiedy niemal wyrwał urządzenie. Wszczep zagnieździł się jakby głębiej w szyi i Galen czuł, jak zaczyna brakować mu tlenu. Oczy przymknęły się na chwilę i pomyślał jeszcze, że umiera.

Po chwili odzyskał klarowność umysłu i poczuł się lepiej, choć ucisk na gardle nie zelżał. Pręciki nadal coś indukowały, co Galen czuł wyraźnie, jakby tysiące igieł przecinało mu skórę. Ale serce spowolniło, a on mógł normalnie oddychać. Poczuł też krótkie spięcia w mięśniach.

A ostrzegali go zanim kupił to gówno na newarskim czarnym rynku! Ostrzegali, że urządzenie może się nie przyjąć, że będzie dostosowywać się wraz z sytuacją. Synchronizacja odpowiednich substancji i spięć elektro-mięśniowych mogła źle zadziałać dla organizmu nie przystosowanego do militarnych wszczepów. Bez odpowiednich złączy w mózgu i w mięśniach użytkowanie implantu mogło okazać się groźne.

Co więcej, łatwo taki rozregulowany wszczep manipulować z zewnątrz. Nikt jednak nie wyjaśnił mu w jaki sposób.

Rozluźnił się trochę, gdy nacisk na szyi zelżał.

– Kurwa! – podniósł głos na tyle ile pozwalały mu przemęczone struny głosowe i uderzył pięścią w stół.

Już niedługo! Jeszcze trochę musiał wytrzymać! Jeszcze kilka dni!

Czy miał inny wybór?

 

***

Gabinet Przewodniczącego Parlamentu Galaktycznego wyglądał schludnie, niemal ascetycznie. Galen był w tym pomieszczeniu raz w życiu, kiedy przybył na stację. Wtedy czuł się pewny siebie i pełen energii. Dwadzieścia dwa lata temu. Teraz siedział sztywno w fotelu, przykładając dłoń do czoła napięty i zestresowany. Czuł się stary i wyniszczony. Jeszcze raz pomyślał o błędnie zaadaptowanych implantach. Zawsze dokuczały dotkliwiej, kiedy o nich myślał.

– Ambasadorze Kasun – przywitał go od drzwi Przewodniczący.

Galen odruchowo poderwał się z fotela i natychmiast pożałował raptownego ruchu. Zabolała go głowa.

– Niech pan nie wstaje.

Galen opadł z powrotem na siedzenie. Zaswędziała szyja, ale powstrzymał chęć podrapania się. Przewodniczący tym czasem podszedł do ukrytego w ścianie barku, otworzył i schwycił szczupłą długą butelkę.

– Napije się pan?

Zawartość żołądka podeszła Galenowi do gardła.

– Nie, dziękuję – wychrypiał.

Pochylił głowę i z trudem przełknął ślinę. Przewodniczący przyglądał mu się przez dłuższą chwilę, ale Galen nie zrozumiał intencji tej obserwacji. Zazwyczaj nie miał większych problemów z odczytania zamiarów drugiej osoby podczas spotkania, ale tym razem jego percepcja została zachwiana. Przez cholerny implant.

Przewodniczący odłożył butelkę na miejsce, zamknął barek i usiadł za swoim biurkiem.

– Rozumiem, że chciał pan ze mną porozmawiać, panie ambasadorze, o czymś konkretnym.

Galen kiwnął głową i uśmiechnął się, udając swobodę.

– Słyszałem, że Kaerun wycofał się z negocjacji.

Da’ven westchnął i rozłożył ręce.

– Niestety. Ta cała sprawa z zepsutym Węzłem Komunikacyjnym nikomu nie służy.

– Tak – stwierdził cicho Galen. – Czy szef Wolf cokolwiek ustalił?

Galen pomasował się po złamanych palcach. Przewodniczący pokręcił głową i skrzywił się lekko.

– Przepraszam w imieniu Parlamentu i stacji za to niepotrzebne przesłuchiwanie przez Wolfa, ambasadorze.

Galen machnął ręką, wzruszając ramionami.

– To nic takiego.

– Wolf to uparty człowiek, ale też najlepszy w swojej dziedzinie.

Galen nie wątpił.

– Dobrze. Co to za sprawa, która kazała mi zachwiać cały harmonogram dnia – zapytał Da’ven

– Będę mówił wprost. Stałe i bezpośrednie dostawy Szathunu do floty ułatwiłyby działania wojenne w Zewnętrznej Przestrzeni. Jak wiadomo, po odejściu Kaerunu i ich dostaw Zjednoczona Flota została bez sprzętu i paliwa. Dlatego chciałem złożyć ofertę w imieniu Czatusji. Udostępnimy wam Szathun oraz statki, które wynegocjowałem z Newarią. 

Da'venn zmrużył oczy.

– A w zamian, ambasadorze? – Minę miał poważną. Wiedział, że nic nie jest za darmo.

– W zamian za nie Parlament przymknie oko na pewne… niedociągnięcia w kandydaturze.

– Które niedociągnięcia? – zapytał Da'ven, nie zmieniając wyrazu twarzy.

– Rezygnacja z newarskich baz eksploracyjnych oraz wydobywanie Szathunu wyłącznie przez Czatujczyków oraz akceptacja uznawania władzy drogą wyłącznie religijną.

Przewodniczący pobębnił palcami w blat stołu, upił łyk ze szklanki.

– Imperium Newarskiemu bardzo zależy na tych bazach. Jeśli uznam członkostwo Czatusji bez nich, Imperium gotowe zrezygnować z miejsca w rządzie, a tym samym wycofać swój wkład technologii i ludzi w armię, a to poważnie by osłabiło naszą pozycję wobec wroga.

Galen wyprostował się w fotelu, choć kosztowało go to wiele wysiłku i samokontroli, żeby nie zwymiotować.

– Skoro mówimy szczerze, panie Przewodniczący… – upewnił się.

Przewodniczący kiwnął głową,

– Przed atakiem uzyskałem wiadomość od Najwyższego Kapłana, który wymógł na mnie zapewnienie, że Czatusja w obliczu wojny pozostanie neutralna i nie poprze żadnej ze stron.

Przewodniczący oparł się o krzesło i ściągnął brwi.

– Neutralni wobec tyranii Koalicji? Jeśli nie staniemy do walki teraz zjednoczeni, przegramy. Ich wojska zaczną atakować system po systemie. Zaczniemy im ulegać, a Koalicja nie szanuje porządków religijnych.

– Doskonale to rozumiem. Jednak poprzednia inkarnacja Najwyższego – powiedział Galen, wykonując odpowiedni ruch ręką na znak szacunku dla zmarłego przywódcy. – przepowiedziała zniszczenie stolicy, Dahorcz oraz wszystkich świątyń i ziemi wokół stolicy, jeśli Czatusja wpuści w swe granice za zbyt wielu obcych.

– Naprawdę?

– Tak, to stara przepowiednia. Poprzednik Najwyższego spisał ją ponad czterdzieści lat temu, ale wciąż wydaje się mieszkańcom żywa. Przyłączeniem do Parlamentu chcieliśmy rozszerzyć perspektywę, liczyliśmy na pomoc w zakresie militarnym i technologicznym. Najwyższy nie chce rozgniewać Rasy ani ludu za zbyt wielkie otwarcie drzwi. Na razie stoją uchylone, panie Przewodniczący i nie mogę ich otworzyć na oścież, póki nie dostanę czegoś bardziej konkretnego.

Przewodniczący patrzył na Galena, jakby szukając czegoś w jego twarzy.

Galen wzruszył ramionami.

– Takie są warunku mojego rządu, nie mogę się im przeciwstawić.

Przeciwstawić? A co, do cholery, robił w tej chwili? – pomyślał Galen, czując gorąc na skórze.

– Bazy muszą powstać – odparł twardo Da'ven.

Galen westchnął, odwracając spojrzenie i pokręcił głową. Czuł się, jak kiepski aktor na scenie, w spektaklu, którego nie można już zatrzymać.

– Związuje mi pan ręce, panie przewodniczący. Szathun jest zbyt cenny, żeby oddać go za nic. A Zjednoczona Flota potrzebuje go szybko.

Przewodniczący przyglądał mu się długo.

– Porozmawiam z ambasadorem Adamsem o zwolnieniu roszczeń wobec baz na Czatusji.

Galen uśmiechnął się szeroko.

– O nic więcej nie proszę.

Wstał i uścisnął rękę Da'vena, odwrócił się i ruszył ku wyjściu. W tym momencie komunikator Przewodniczącego zadźwięczał.

– Panie Przewodniczący, szef ochrony Wolf jest tutaj. Mówi, że ma dodatkowe informacje.

Galen zmarszczył czoło. Strużka potu spłynęła po plecach.

– Wpuść go, Milade.

– Tak, proszę pana.

Drzwi rozsunęły się akurat, kiedy Galen stał dwa kroki od nich. Wolf był zaskoczony, ale szybko opanował się i odchrząknął.

– Panie ambasadorze – przywitał się.

– Właśnie wychodziłem – odparł cierpko Galen.

Wyminął szefa ochrony i postawił krok w kierunku wyjścia z pomieszczenia, kiedy Wolf obrócił się na pięcie.

– Panie ambasadorze!

Galen odwrócił się. Z łatwością chwycił rzucony w jego kierunku przedmiot. Zdziwiony spojrzał na paczkę papierosów w dłoni.

– Proszę zatrzymać. Niedługo mogą się przydać.

Galen obracał paczkę w dłoni, patrząc na Wolfa.

– Nadchodzą stresujące czasy – stwierdził Wolf i wszedł do biura Da'vena.

Kiedy drzwi za Wolfem się zamknęły ambasador Kasun zgniótł paczkę papierosów jedną ręką i wyrzucił do kosza przy drzwiach.

 

***

– W co ty, kurwa, pogrywasz, Kasun? – zapytał cierpko Adams.

Galen machnął ręką na Davida, który stał w progu. Złożył ręce przed sobą i oparł się wygodniej w fotelu. W kącikach ust tlił się uśmieszek, kiedy starał się zachować powagę.

– Nie rozumiem, Thomas.

– Nie baw się ze mną, bo się jeszcze sparzysz!

Teraz gniew był widoczny, ale Galen nie zareagował. Co ten stary pryk mógł mu zrobić? Co gorszego niż to, co zrobi mu Najwyższy, kiedy dowie się o jego zdradzie i podpisanych umowach?

– Wczoraj inaczej rozmawialiśmy.

– Sytuacja się zmieniła – powtórzył słowa Thomasa z westchnięciem.

Newarski ambasador zrobił się czerwony na twarzy. Galen dostrzegł, jak zaciska pięści.

– Nie mogę zrezygnować z baz na Czatusji, bo Imperator urwie mi jaja!

– To nie jest mój problem, Thomas, tylko twój – odparł Galen, wzruszając ramionami.

– Jeśli nie podpiszesz umowy na bazy i wydobywanie przez nas Szathunu nie wesprzemy was w dążeniu do członkostwa.

– Myślę, że Parlament nie będzie potrzebować waszego wsparcia, kiedy Zjednoczona Flota dostanie stały dopływ paliwa.

– Jeśli Newaria nie udostępni statków i ludzi, Zjednoczona Flota będzie jedynie ułamkiem siły, jaką mogłaby stanowić.

– Statki bez dobrego źródła paliwa i tak na nic się nie zdadzą – odparł Galen. Skóra na szyi zaczęła swędzieć i szczypać. Skrzywił się, ale powstrzymał przed drapaniem.

Thomas Adams podszedł bliżej biurka i oparł się na nim, kładąc płasko dłonie na blacie. Pochylił się z miną dziecka, które miało sadystyczną ochotę rozdeptać biedną małą mrówkę.

– Nie wiesz, w co się pakujesz, Galen. Brak zgody na bazy Newaria odbierze jako agresję wobec ekspansji imperium i podejmie odpowiednie kroki.

Galen zapatrzył się na starca, dla którego wszystko było walką. Tak samo, jak Imperium Newarskie wyrywało kawałek po kawałku wszechświata, pod pretekstem wolności od uprzedzeń i dostępu do technologii, tak ambasador Thomas Adams wyszarpywał z każdego przeciwnika politycznego kawałek po kawałku, aż ten stawał się jego lizusem na zawołanie.

Galen sobie na to nie pozwoli. Wstał powoli z krzesła i wyprostował się z uniesionym lekko podbródkiem. Pomimo, że groźba sprowadzenia na Czatusję wojny napełniła usta gorzkim posmakiem. Nie da się zastraszyć. Duma była w nim zbyt silna, żeby dać sobą pomiatać w ten sposób.

– Panie ambasadorze Adams – zaczął spokojniej, niż sam się spodziewał – czy pan grozi atakiem na moją ojczyznę?

– Ja nie grożę tylko grzecznie informuję o konsekwencjach twoich decyzji, ambasadorze Kasun – odparł Thomas szeptem. – Zrób to szybko zanim wszyscy się dowiedzą, że jesteś oszustem.

Tymi słowami wytrącił Galena z równowagi. Wszyscy się dowiedzą? Oszustem? Czy Adams mógł wiedzieć o odwołaniu? Kto mu powiedział? David? Nie, sam mu nic takiego nie powiedział. Musiał mieć monitoring albo podsłuch w jego biurze. To jedyne sensowne wytłumaczenie.

– Zegar tyka.

Odwrócił się i wyszedł.

Galen rozejrzał się po biurze, zastanawiając się pierwszy raz w swojej dwudziestoletniej karierze, ile odbiorników tu schowano.

Galen walnął pięścią w blat. Raso! Ale był naiwny! Usiadł z powrotem na fotelu i potarł czoło, które zrosił obfity pot. Szarpnął za kołnierzyk i podrapał wściekle czerwoną skórę nad implantem. Małe igiełki wbijały się w szyje dotkliwiej.

Umysł działał na pełnych obrotach. Newaria podsłuchiwała go, możliwe, że od samego początku. Thomas nim manipulował, a teraz próbował zastraszyć atakiem. Choć konflikt wewnętrzny wydał mu się nieunikniony. Wokół galaktyki szalała wymiana ognia, a on wywoła dodatkowo wojnę domową, między armią a duchownymi. Niech to wszystko szlag! Jak miał wyprowadzić Czatusję w gwiazdy? Jak to zrobił Kamen, wydobywając zacofanych idiotów z jaskiń, by patrzyli w przyszłość a nie osiadali na tym, co już mają? Miał być reformatorem i światłem dla Czatusji, ale im bardziej o tym myślał, tym bardziej widział siebie jako nadchodzący mrok.

Jeśli uprze się przy rezygnacji z baz, Newaria gotowa zaatakować dla złóż Szathunu. Zmiotą nie przystosowaną do walki armię. Jeśli podpisze ugodę w sprawie baz i wydobywaniu Szathunu to tak jakby zdradził Czatusję i Rasę. Wybuchnie wojna domowa. Jeśli niczego nie zrobi jego kariera i starania wylądują na śmietniku nieudanych prób dyplomatycznych. Jeśli Przewodniczący Da’ven dowie się z depeszy dyplomatycznej po naprawieniu komunikacji międzysystemowej, że Galen Kasun został zwolniony ze stanowiska, zostanie aresztowany.

Nikt nie zapamięta jego nazwiska. Poświęcenie własnego życia na rzecz pracy i misji zostanie zapomniane.

Przeminie niczym wygasła gwiazda.

Żaden wybór nie wydawał się właściwy.

Niespodziewanie poczuł się gorzej. Zrobiło mu się gorąco i słabo. Oczy zasnuła mgła. Zacisnął powieki i przyłożył dłoń do czoła. Czuł dotkliwie kalibrację implanta i przyszło mu do głowy, że głupio postąpił. Pod impulsem emocji rzucił się do akcji. Czy mógł jednak zrobić cokolwiek innego, pragnąc pomóc Czatusji?

A teraz? Gdzie leży ta właściwa ścieżka? Czy w ogóle taka istnieje?

Raso! Czy to kara za chęci? Czy teraz czeka go tylko Pustka?

– Galen?

Nie wiedział, ile czasu David stał w biurze i mu się przyglądał, jak siedzi z ręką przesłaniającą oczy i sapiąc ciężko.

– Czego? – warknął.

– Źle wyglądasz.

Galen westchnął i spojrzał na niego, opuszczając dłoń na blat biurka.

– Co ty, kurwa, nie powiesz? Przyszedłeś w konkretnym celu?

– Szef Wolf – odparł krótko. – Mówi, że to bardzo ważne.

Jeszcze tylko jego tu brakowało! Galen przewrócił oczami.

– Nie mam dla niego czasu. Jeśli się uprze, poinformuj go o następstwach łamania immunitetu dyplomatycznego.

– A może…

– David, po prostu wyjdź – wycedził przez zęby.

David wyszedł. Galen spostrzegł, że ręka na blacie mu się trzęsie. Sam nie wiedział czy to z nerwów czy z powodu wadliwej instalacji implantu. Przełknął ślinę i pomyślał, że długo tak nie pociągnie. Jeśli jednak zgłosi się do skrzydła medycznego odkryją wszczep. Nie może na to pozwolić. Jeśli nic nie zrobi implant i nerwy go wykończą. A węzeł komunikacyjny miał być naprawiony już całkiem niedługo. Wolf nie mógł znaleźć niczego obciążającego. Wszczep zapewniał całkowitą anonimowość, żadnych śladów DNA. Dzięki niemu był pieprzonym duchem. Wirus, który wpuścił w łącza komunikacyjne najpierw szyfrował dane, potem je stopniowo wyniszczał niczym rak komórki w ciele człowieka. Nie odzyskają ani strzępka jego rozmowy z Najwyższym. Ciekawe jedynie, czy rząd czatuski wysłał depeszę raz i zerwał komunikacje czy chciał potwierdzenia odbioru wiadomości.

Wersja wydarzeń Galena łatała wszelkie dziury. Wolf nic na niego nie miał.

Drzwi otworzyły się.

Galen zacisnął pięść w zdrowej dłoni i poczuł, jak żyły na szyi nabrzmiewają, a wszczep wpuszcza w jego organizm kolejne substancje wspomagające.

– Panie Wolf – zaczął ostrzegawczo.

Wolf wszedł szybkich krokiem na środek biura i uśmiechnął się lekko.

Galen zaczął pocierać kciukiem palec wskazujący, a ranną dłoń położył na blacie biurka. Walczył nie tylko z narastającą złością, ale również z chęcią zdrapania tego pieprzonego wszczepu. Szyja nabrzmiała mu i powoli tracił spokojny oddech, ale wyprostował się i nie dał po sobie poznać, że coś jest nie tak.

– Panie ambasadorze, to tylko przyjacielska wizyta – stwierdził spokojnie Wolf.

Kasun skrzywił się i sięgnął do biurka.

– Nie przypominam sobie, żebym pana zapraszał – powiedział, wciskając odpowiednie klawisze na konsoli na blacie biurka. – David!

Odpowiedziała mu cisza. Uniósł brwi w zaskoczeniu.

– David? – spróbował ponownie.

Wolf podszedł bliżej z szerokim uśmiechem na twarzy, który wywołał u Galena nieprzyjemne uczucie w żołądku.

– Powiedzmy, że pański asystent ma przerwę, a pańskie systemy – powędrował wzrokiem ku sufitowi – mają właśnie drobną awarię.

Galen wyprostował się i patrzył w twarz Wolfa, bez cienia emocji. Sięgnął znowu do konsoli, ale Wolf był szybszy. Złapał go za nadgarstek i pewnie Galen by zaatakował, gdyby nie to, że szef ochrony przystawił mu lufę pistoletu pod brodę. Odruchowo odchylił głowę i spiął mięśnie. Poczuł, że wszczep pakuje w niego adrenalinę. Wolf odciągnął go od komunikatora.

– Polecisz za to – wycedził przez zęby Galen.

Wolf uśmiechnął się i pchnął go. Uderzył plecami o ścianę z takim impetem, że zgięły się pod nim kolana, ale Wolf przytrzymał go w pionie. Przycisnął do ściany i poprawił chwyt na pistolecie.

– Teraz mi wszystko wyśpiewasz.

– Nie znam żadnych piosenek.

Galen dostrzegł w oczach Wolfa złośliwy błysk. Szef ochrony zaśmiał się krótko, puścił jego nadgarstek i złapał za złamane palce. Ścisnął i Galen krzyknął. Kolana znowu się ugięły, ale Wolf przycisnął go mocniej do ściany. Zakręciło mu się w głowie, kiedy wszczep dopompował adrenalinę. Ból zelżał chwilowo, ale zawroty głowy i mdłości zaatakowały z wielką mocą. Przymknął oczy. Gdyby tylko implant się właściwie aktywował to mógłby z łatwością pokonać Wolfa, ale akurat w tej chwili sprzęt postanowił się rozsynchronizować. Cholerny bubel!

– Co tam robiłeś, Kasun?

– Siedziałem…

Wolf ponownie ścisnął złamane palce i Galen krzyknął, kiedy dłoń przeszył ból.

– Co robiłeś w Węźle?

– Już mówiłem… zepsuty…

– Nie lubię kłamców – stwierdził ostro Wolf.

Galen milczał. Czekał, aż implant załapie, że jest w niebezpieczeństwie i mu pomoże, ale zamiast tego Galen czuł się coraz gorzej. Miał wrażenie, że zaraz zemdleje.

– Dlaczego się nie odczepisz? – wycedził przez zęby.

– Bo mam rację. Zabiłeś tych ludzi, uszkodziłeś złącza komunikacyjne. Po co? – Ostatnie pytanie szef wykrzyczał.

– Myślisz co się z tobą stanie jak tylko stąd wyjdziesz? Jesteś skończony – warknął Galen.

Wolf kciukiem podkręcił moc pistoletu. Galen skrzywił się.

– A co się stanie z panem, kiedy wyjdzie na jaw, że używa pan nielegalnych technologii?

– Nie wiem, o czym…

Nie dokończył, bo Wolf puścił jego nadgarstek i szarpnął za kołnierz dakiru. Magnetyczny guzik oderwał się od materiału i poturlał pod biurko. Galen odwrócił spojrzenie, kiedy Wolf dotknął opuszką palca zaczerwienioną skórę obok implanta i przycisnął. Ostry ból rozszedł się od szyi po czubek głowy i rozlał po ramionach. Galen zadrżał i szarpnął się, żeby uciec od dotyku Wolfa, ale został przytrzymany.

– Nie znalazłem żadnego śladu DNA na miejscu zbrodni – zaczął Wolf, przyciskając palec do szyi Galena. Jakby jątrzył zainfekowaną ranę. – Niczego, co by wskazywało na ewentualnych sabotażystów. Nic. I wtedy mnie tknęło, żeby sprawdzić Węzeł pod kątem śladów świadomości. Nie mogę użyć tego argumentu przed Przewodniczącym, bo zdobyłem te informacje nielegalnym sprzętem, a strumień nie jest dowodem materialnym. Wiesz co to strumień świadomości, co?

Galen milczał, bo musiał walczyć o zachowanie przytomności. Miał wrażenie, że jeszcze chwila bólu i popadnie w obłęd. Przełknął ślinę i poczuł, że implant wbił się mocniej w tętnicę, niczym pasożyt, który wczepia się mocniej pod groźbą usunięcia z nosiciela.

– Technologia zakazana w światach Zjednoczonych. Impulsy wysyłane za pomocą zakodowanych implantów, często kupionych na czarnym rynku. Istnieją różne oprogramowania, ale najczęściej eskalują przeżycia i prowokują do rzeczy radykalnych. Trochę jak pranie mózgu na odległość.

Palce nadal badały okolice implantu i nagle przesunęły się bezpośrednio nad urządzeniem. Gdy go dotknął Galen sapnął i zacisnął szczęki. Wolf pokręcił głową.

– Ślady świadomości zaprowadziły mnie tutaj, ale sam strumień wypłynął z innego miejsca.

Puścił go i odsunął, wciąż trzymając pistolet w gotowości. Galen zgiął się wpół i ciężko dyszał. Ręką dotknął szyi, a drugą przytrzymał się ściany. Wyciągnął rękę do biurka i oparł się na nim. Podniósł głowę, żeby spojrzeć na szefa ochrony, który przyglądał mu się niewzruszony.

– Jesteś ciekaw skąd, czy już wiesz, ambasadorze? – zapytał Wolf.

Galen przymknął oczy, walcząc o pełniejszy oddech. Ból uchodził z ciała powoli. Próbował zrozumieć wszystko, co powiedział Wolf, ale znajdował sprzeczności na sprzecznościach. Podczas rozmowy z Najwyższym nie miał jeszcze wszczepu bojowego, nie posiadał w ciele niczego, co by mogło kontrolować jego zachowanie. Chyba, że… Otworzył szeroko oczy i zacisnął szczęki. Jego spojrzenie spoczęło na kubku gorącej herbaty, którą przyniósł David. Wszystkie zapadki zaskoczyły i zrozumiał.

– Pieprzony podpierdalacz – wycedził przez zęby. – Mogłem się domyślić!

Trzasnął pięścią w biurko. Gwałtownie usiadł na swój fotel. Wolf podszedł bliżej z bronią w gotowości.

– Ręce w górze, Kasun.

Galen uniósł dłonie nad blat i skrzywił się, kiedy plecy zaprotestowały na takie traktowanie.

– Dobrze sobie to pan poukładał – pochwalił szefa ochrony. Głos miał spokojny, ale z oczu bił gniew. – Ale to nie Newaria mnie zmusiła do użycia implanta.

– Coś było w tej transmisji z Czatusji, prawda? Coś, co pchnęło cię poza granice – zgadywał Wolf z przymrużonymi oczami.

Galen uśmiechnął się kącikiem ust.

– Nie mam nic do stracenia.

– Nie rób nic głupiego – ostrzegł go Wolf i pokręcił głową.

Galen przekręcił głowę na bok i zgryzł dolną wargę, nerwowo pocierał kciukiem o palec wskazujący.

– Aresztujesz mnie?

– Przeszło mi to przez myśl.

Wolf okrążył spokojnie biurko i stanął z boku. Galen sięgnął po szklankę herbaty i obracał ją w palcach, przyglądając się jej.

– Na mojej ojczystej planecie żyją pasożyty, które żywią się korą mózgową – zaczął Galen. – Nosiciel najpierw zaczyna podejmować złe decyzje – podrapał się po szyi i skrzywił, kiedy drapanie nie przyniosło ulgi a większy ból. – Potem przychodzą halucynacje, przestaje rozpoznawać twarze bliskich osób a na koniec zostaje sparaliżowany.

Wolf stał milczący z gotowym do strzału pistoletem i słuchał, ale Galen widział rysujące się na twarzy szefa ochrony napięcie.

– Pasożyt umiera wraz z nosicielem. Jedynym celem życia szkodnika jest śmierć.

Upił łyk herbaty i spojrzał na Wolfa.

– Uważa się je za święte i nie usuwa z nosiciela, ponieważ istnieje przeświadczenie, że są darem Rasy, który pozwala pewnym osobnikom posiąść wiedzę i umiejętność patrzenia w przyszłość. – Odchrząknął i pokręcił głową. – To co, mnie toczy, jest gorsze od tego pasożyta, panie Wolf.

Westchnął i odstawił szklankę. Oparł się wygodniej w fotelu pomimo rozchodzącego się po barkach bólu.

– Co takiego? – zapytał Wolf.

Galen uśmiechnął się i obrócił głowę, żeby spojrzeć na Wolfa.

– Ambicja – stwierdził krótko i wstał powoli. – Za kilka godzin sam się do pana zgłoszę i złożę pełne zeznania.

Ruszył do wyjścia, a Wolf wcale nie próbował go zatrzymać.

 

***

Galen został wprowadzony do biura Thomasa Adamsa bez zbędnych pytań. Oczywiście oczekiwano, że prędzej czy później zjawi się z odpowiedzią na ostatnie negocjacje. Thomas stał przy iluminatorze z rękoma założonymi za plecami.

– Przyszedł pan ambasador Kasun – powiedziała asystentka i kiwnęła na Galena. Przyjrzała mu się podejrzliwie.

– Galen – zaczął Thomas, uśmiechając się. – Zdecydowałeś się?

– Można tak powiedzieć.

Thomas oderwał wzrok od gwiazd i spojrzał w kierunku Galena.

– A więc mamy umowę?

Kiedy jego spojrzenie padło na rozpięty sztywny kołnierzyk i nabrzmiałą, zaczerwienioną szyję gościa zrzedła mu mina i zesztywniał. Galen stał nieruchomy, zaciskając zdrową dłoń w pięść.

– David był twoim pieskiem od początku? – zapytał bezpośrednio.

Thomas odszedł od iluminatora i stanął przy swoim biurku.

– Przeszedłem szkolenie na Newarii, dostałem potrzebne wszczepy i wpuściliście mnie tutaj, żeby dostać to co chcecie – stwierdził Galen.

Thomas wzruszył ramionami.

– Newaria zawsze dostaje to co chce.

Galen uśmiechnął się.

– Nie tym razem, Thomas – powiedział spokojnie. Thomas milczał, a Galen spojrzał mu w oczy. – Nie podpiszę ugody. Czatusja nie zgadza się na bazy i nigdy ich nie dostaniecie.

– Czyżby?

– Tak.

Thomas patrzył na niego gniewnie.

– Parlament zatwierdzi członkostwo Czatusji w momencie, kiedy podpiszę z Przewodniczącym odpowiednie dokumenty i pozwolenie na wydobywanie Szathunu na potrzeby Zjednoczonej Floty.

– Najwyższy…

– Najwyższy się dowie i rozkaże moją szybką egzekucje – dokończył Galen i uśmiechnął się, pogodzony. – I przyjmę ten wyrok z uniesioną głową. – Poświęci się dla Czatusji. Umowa wprawi w ruch maszynę. Statki nadlecą i Czatusja będzie musiała zareagować. Mają za słabą armię, będą musieli przyjąć do wiadomości, że są członkami Parlamentu. – Kiedy aktywowaliście strumień świadomości?

Thomas tym razem się uśmiechnął i rozsiadł się wygodnie w fotelu.

– Czyli Pan Wolf doszedł w końcu do prawdy. Tak myślałem, że to nastąpi, prędzej czy później.

– Kiedy? – powtórzył głośniej Galen.

– Czułeś się ostatnio gorzej, Galen? Zawroty głowy? Wymioty?

Galen położył rękę płasko na brzuchu i zmarszczył czoło.

– Walczyłeś z oprogramowaniem, opierałeś się, a implant robił wszystko, żeby zniechęcić do takich akcji. Na swoje nieszczęście jesteś najbardziej upartym człowiekiem, jakiego znam.

Milczał, ale zadrżała mu powieka, a serce przyśpieszyło.

– Muszę przyznać, że zaskoczyłeś mnie, kiedy poszedłeś zabić skład techniczny i zniszczyć komunikacje – powiedział Thomas. – To było w pewnym sensie pomocne.

– Od kiedy? – krzyknął Galen, pozwalając zdenerwowaniu wyjść na wierzch.

Thomas oparł się na krześle i roześmiał.

– Od Newarii. Od samego początku, Galen. Każdy wszczep.

Opuścił głowę.

– David?

– Tak, zajmował się bieżącą kalibracją.

Galen przełknął ślinę i zrobił krok na przód, ale dźwięk rozgrzanej baterii pistoletu za sobą go zatrzymał.

– Witaj, szefie.

Zmroziło go. Chciał się obrócić, ale na karku poczuł zimną lufę.

– Oczy przed siebie.

– Myślałem, że Wolf się tobą zajął.

David roześmiał się.

– Pan Wolf jest zbyt naiwny i głupi, ale nie martw się, kiedy wetknie nos zbyt głęboko, ktoś mu go w końcu przytrzaśnie. Nawet nie spodziewa się, z której strony nadejdzie cios.

– Co teraz? – zapytał Galen, spojrzał na Thomasa. – Zabijesz mnie?

– Nie – powiedział spokojnie z uśmieszkiem Thomas i wstał zza biurka i podszedł do niego. – Podpiszesz ugodę.

– Nigdy w życiu – wycedził przez zęby ambasador Kasun.

Uśmiech Thomasa skojarzył się Galenowi z drapieżnikiem. Podniósł rękę, odciągnął rękaw i wcisnął palcami odpowiednie miejsca na skórze. Galena momentalnie ścięło z nóg. Wylądował na podłodze wijąc się z bólu.

– Nie martw się, to zaraz minie – głos Thomasa dochodził do niego jak spod ziemi. – Kalibracja dogłębna wszczepów nie jest zbyt przyjemna.

Ból był nie do zniesienia. Wił się po podłodze i krzyczał.

Nagle zapadła ciemność.

 

***

Odzyskał przytomność, ale nie wiedział, ile czasu minęło. Minuty, godziny? Nadal leżał na podłodze biura Thomasa, tak mu się wydawało. Zawroty głowy nie pozwalały na dokładne rozejrzenie się. Bolało go czoło. Śmierdział potem i moczem.

– Nie przejmuj się, reakcje fizjologiczne podczas przestawiania implantów to normalna rzecz.

– Thomas? Co ty… – Nagle zrozumiał. – Niczego nie podpiszę! Nie oddam wam ani skrawka domu, ty chory…

Nie dokończył. Rozkaszlał się. Na podłodze zobaczył krople krwi.

– Ależ, drogi ambasadorze już to zrobiłeś.

Machnął przed nim datapadem z jego elektroniczną pieczęcią i podpisem. Galen poczuł, jak zapada się w czarną dziurę. Próbował się dźwignąć do pozycji siedzącej, ale nie był w stanie. Uderzył policzkiem o posadzkę.

– Skurwysyny! Niech ja tylko zawiadomię o tym Parlament.

– Parlament ratyfikuje umowę między Newarią i Czatusją. Nie ma sensu wplątywać w to jeszcze Parlament jako trzeciej strony. Spodziewam się jednak, że Czatujczycy nie odbiorą tego jako szansy.

– Ale… członkostwo…

– Przewodniczący ma w nosie wasze członkostwo. Zagrał w twoją grę, bo potrzebował paliwa, ale wycofasz się z niej. Po prostu po podpisaniu naszej umowy ustąpisz ze stanowiska i wylecisz na Czatusję.

To oznaczało, że Czatusja zostanie podana Newarii jak na talerzu. Parlament nie będzie mieszać się w sprawy i konflikty systemu, który odrzucił członkostwo. Umyją ręce. Galen zamknął oczy w bólu zarówno fizycznym jak i psychicznym.

– Nie martw się. Zanim Najwyższy przykładnie cię ukaże, spełnisz jeszcze jedną misję dla Newarii.

– A Wolf?

– Spotka go nieszczęśliwy wypadek z rąk sabotażystów.

Galen pokręcił głową. Oczy napełniły się wodą i poczuł, jak łzy spływają po rozgrzanych policzkach.

– Teraz jednak, wybacz, zaśniesz sobie, skorupa zrobi, co potrzeba i wtedy się obudzisz. Miło się z tobą współpracowało, Galen. Żegnaj.

– Nie! Czekaj!

Stracił przytomność.

 

***

 

Kiedy się obudził nie wiedział, gdzie się znajduje. Był podpięty do maszyny. Nad nim stali ludzie. Newarczycy? Czatujczycy? Nie rozpoznał żadnej twarzy.

– A więc tak do tego doszło – odezwał się gruby głos.

Galen chciał coś powiedzieć, ale w głowie miał tylko pustkę.

– Czy te informacje mogą się przydać do zakończenia wojny?

– Nie – odparł szorstki głos, który Galen znał doskonale.

– Ilia? – wysapał.

– To już nie ważne jak ta wojna się zaczęła. Trzeba pomóc Newarczykom w zdobyciu tych pieprzonych baz. Potrzebujemy ich technologii. Zobacz, co zrobili ledwie kilkoma wszczepami. Musimy działać, póki Najwyższy niczego się nie spodziewa.

Zobaczył jej twarz, ale była całkowicie bez wyrazu. Zerknęła na niego i pokręciła głową.

– Zachować zapis. Wykonać egzekucje.

Krótkie spięcie i Galen stracił czucie w ciele.

Świadomość rozpadła się na milion części.

Galena już nie było.

Została skorupa. 

Koniec

Komentarze

Wytrwale przeczytałem całość. :) Garść przemyśleń: nie zauważyłem chyba błędów w tekście, pod tym kątem jest dobrze. Ogólnie, opowiadanie bardzo mi się podobało. Rozległy system intryg politycznych w nowostworzonym universum jest bardzo na plus tak samo jak przedstawienie różnych interesów ras i twardych formacji politycznych. Dobre przedstawienie religijno-totalitarnego systemu rządów na Czatusji i jego konsekwencji. Pozytywnie oceniam też długość opowiadania – długie opowiadania należą tu do zdecydowanej mniejszości a Ty wykorzystałaś tą przestrzeń by rozwinąć fabułę i trzymać człowieka w niepewności rozwijając wątek.

Jedyny minus, który zarejestrowałem jest taki, że trudno mi było dokładnie wyobrazić sobie miejsce akcji – gdzie statek kosmiczny jako miejsce akcji znajduje się dokładnie w przestrzeni. Chyba, że taki był autorski zamysł, by skupić się wyłącznie na jego wnętrzu chociaż tutaj też dałbym więcej szczegółów dających chociaż zarys, z jaką wielkością statku mamy do czynienia.

Fajnie byłoby poczytać jak dalej rozwinie się akcja z konfliktem. :)

Per aspera ad aspra

Sagitt → dziękuję bardzo! :) 

Jeśli chodzi o długość, podczas piania stwierdziłam, że zobaczę jak to się będzie rozwijać i długością się przestałam przejmować, myślę, że wyszło to na dobre. 

Fajnie, że polityka wyszła dobrze, bardzo mi na tym zależało, zrobiłam rozległy research polityki Tybetu podczas drugiej wojny światowej → oczywiście zmodyfikowałam wszystko podług potrzeb mojego świata i opowiadania, ale czułam, że ważne jest poznanie i przekazanie mechanizmów kulturowo-politycznych i historycznych. 

Co do opisów – dzięki, że zwróciłeś na to uwagę. Tak opisy, nie należą do moich mocnych stron i często zapominam o nich, jako o czymś istotnym – pracuję nad tym bardzo intensywnie przy pisaniu następnych rzeczy. 

 

To opowiadanie jest prequelem do powieści, w której poruszam kwestie tego konfliktu ;) planuję też kilka następnych opowiadań w uniwersum. 

N.S.N.P

Jest to opowiadanie, które stanowi prequel do mojej powieści

Czy stanowi niezależną całość? Tak/chyba/nie :-)

Wilk-zimowy : tak stanowi zamkniętą niezależną całość, którą można bez powieści spokojnie czytać :) nie ma bohaterów z powieści a wydarzenia dzieją się jakieś 51 lat przed wydarzeniami tam :)

N.S.N.P

Moim zdanie sama treść tego utworu nie tłumaczy jego obszerności. Tekst mógłby być spokojnie krótszy. Ogólnie podoba mi się sam pomysł. Lubię, gdy w fikcyjnych światach jest szczegółowy opis systemu politycznego, a intrygi to już jest to, co w ogóle lubię najbardziej. Niestety, tak średnio mi się podobało. Czy wymyślony świat jest oryginalny, czy właśnie mało oryginalny… Mhm… Mam wątpliwości. Dużo potencjalnie interesujących rzeczy, jak choćby kultura Czartusji jest opisanych bardzo ogólnikowo. Powiedzmy sobie, że zrezygnowano tutaj z tego, co w mojej opinii powinno być podstawą tego tekstu, to znaczy: zasygnalizowania różnic kulturowych pomiędzy głównym bohaterem, a resztą postaci. Bez tego cały ten główny konflikt, czyli problem z akceptacją odrębności mieszkańców Czartusji staje się bardzo umowny. 

Była możliwość, żeby pokazać to bezpośrednio, co dałoby historii dodatkowy, naprawdę wartościowy wkład, a tak… dostajemy właściwie dość banalne rozmowy między ludźmi, właściwie TYLKO facetami (a właściwie niby dlaczego? W parlamencie galaktycznym nie ma miejsca dla kobiet? Dziwne…), którzy się właściwie niczym od siebie nie różnią.

Może właśnie dlatego całą struktura, bohaterowie i fabuła wypadają dość sztucznie. Miałem też silne poczucie, że tekst to są same info dumpy, przedzielane dość typowymi dialogami. Same info dumpy moim zdaniem nie są jednoznaczne z grzechem śmiertelnym, bo dobry opis świata przedstawionego w fantastyce jest przecież wartością samą w sobie. Tutaj jednak jest taki poziom ogólności, że właściwie żadne interesujące konkrety nie padają.

 

Sam tekst jest, oczywiście, pod względem językowym napisany bardzo dobrze. Pomysł też dosyć intrygujący. Czy zachęciłby mnie do przeczytania powieści z tego uniwersum. Chyba jednak nie. 

 

Mimo to pozdrawiam.

Całkiem ciekawy zabieg – uczynienie bohatera przedstawicielem kultury dość odrzucającej. A mimo to udało się to zrobić tak, że się to czyta. Szkoda natomiast, ze w kontekście całego tekstu gubi się przekaz, który mógł gdzies tu powstać i który był zapowiadany cytatem "kultura i tradycja budowały tysiące murów, przez które trudno było przeskoczyć, żeby zrozumieć". Była zapowiedź, ale na zapowiedzi się skończyło.

Cały tekst? Jestem wielkim zwolennikiem skracania opowiadań. Tu, choć zgodzę się z przedmówca, że można było bez problemu skrócić tekst, to jednocześnie muszę przyznać, że całkiem sprawnie się przeczytało. Czyli: dłużenia się nie było, ale owszem, dałoby się skondensować.

Rzuć okiem na teksty NoWhereMana. “I niesprawiedliwosć” jest raczej fikcją społeczna, ale wcześniejsze teksty wpadają w tryby takiego opisywania “kosmicznego uniwersum”. U Ciebie jest akcent bardziej na akcję i postacie, u NoWhereMana na kreowanie świata, ale mam podejrzenie, że może Ci się i spodobać i zainspirować.

Finałowa “matrioszka” intryg jest niezła, choć… w pewnym momencie skaczesz w zbyt duże wyjaśnienie jednej i zbyt krótkie drugiej (zaznaczam: zbyt krótkie, a nie “zbyt niejasne” – niepełna jasność końcówki jest ok).

Są pewne uproszczenia, bo jeden podpis w skali kosmicznej raczej nie powinien “zrobić wszystkiego” (fałszerze by się bardzo cieszyli), co trochę osłabia kaliber i wiarygodność całości. Ale mimo to lektura w udana.

 

" Galen kiwnął głową i obserwował"

– nadmiarowa spacja na początku akapitu.

 

"do użycia implanta"

– implantu

 

PS. Nie wiem za to gdzie tu doszukujesz się cyberpunka ;-) 

 

Edit:

Ale tytuł słabo dobrany.

Killman → dzięki za przeczytanie i komentarz :) Masz rację, że można było to opowiadanie podrasować bardziej kulturowo – to by było super ciekawe, w sumie to nie wiem czemu tego nie zrobiłam, może skupiłam się najbardziej na samej intrydze i zapomniałam o tej przestrzeni wokół, a takie zderzenie kulturowe jest naprawdę fajną rzeczą do opisania. Dotykam tego tematu mocno w powieści, choć przy poprawianiu teraz zanim pójdzie do redakcji też widzę, że muszę w tym kierunku bardziej podrasować całość :) 

Co do info dumpów – właściwie to nie chciałam, żeby tak to wyglądało ;) Ale trudno… tu będę mocniej pracować w takim razie. Co do samych facetów – nie wiem tak jakoś to wyszło… Ale jest Ilia :P wiem, że nie w parlamencie ;) W powieści jest więcej kobiet, ale tam to już troszkę inne rzeczy się dzieją. 

I powieść też jest bardziej nastawiona na akcję i postaci niż intrygi polityczne. To opowiadanie było moją pierwszą próbą w tym kierunku. 

 

wilk-zimowy →  dzięki za koment! Jasne i kolejny raz potwierdzasz, że muszę popracować nad przestrzenią kulturową u siebie… to cenna informacja :) Co do intrygi – w sumie to chodzi wszystko o pozory zachowania demokratycznej postawy narodu Newarii, który w istocie ma je w nosie. I zafiksowałam się na tym podpisie, bo duża część opowiadania to przekształcony obraz politycznych stosunków Chin z Tybetem sprzed okupacji Tybetu… no i trochę rzeczywistości – gdzie podpisana 17 punktowa umowa jest podstawką rządu Chińskiego do dalszego rządzenia na tych terenach… niby nic ważnego i papier podpisany bez pieczęci przywódcy Tybetu Dalajlamy, a jednak Chińczycy kochają ten argument… ((Przepraszam, jestem freakiem historycznym Azji generalnie ;) ))

Tytuł słabo dobrany? Hmmm to znowu odniesienie do “wojny” wpływów Brytyjskich w Tybecie, którą nazywa się teraz właśnie Wielką Grą ;) 

 

Cyberpunk → połączenie człowieka z technologią, wszczepy, implanty, które mają na nich wpływ. w powieści jest to bardziej rozwinięty wątek… ale jednak… 

N.S.N.P

duża część opowiadania to przekształcony obraz politycznych stosunków Chin z Tybetem sprzed okupacji Tybetu

Szczerze? Nie widać. Prędzej bym się tu doszukiwał po jednej stornie czegoś z Europy środkowej w wariancie mocno przesuniętym w stronę zaściankowości, a po drugiej polityków rodem z USA (choć ze społeczeństwem bardziej świadomym – bo szef ochrony wychodzi tu na idealistę).

 

To była moja inspiracja i przestudiowałam dużo książek o tej tematyce… taka podkładka historyczna do mojego świata ;) 

Wiesz, każdy czytelnik pewnie odczyta to inaczej, na bazie tego co zna i czym się bardziej interesuje. Tybet był i nadal pozostaje bardzo zaściankowy… Podczas II wojny światowej też stwierdził, że nie pomoże żadnej ze stron i pozostanie neutralny, ze względu na zagrożenia dla religii i ich stylu życia. To są w ogóle bardzo ciekawe rzeczy. Konflikt między Newarią a Czatusją nabiera zupełnie innego wymiaru potem w książce 50 lat później… ale to już zupełnie inna historia. Tutaj przestawiłam, jak doszło do samego konfliktu, a raczej jak został sprowokowany przez Newarię. 

N.S.N.P

Ciekawe na pewno i… jeśli faktycznie tym się inspirujesz, to mam nadzieję trafić na jakieś Twoje opowiadanie, w którym te nawiązań kulturowych będą wyraźniejsze :-) 

wilk-zimowy →  w planach mam teraz napisanie takiego opowiadania, które dzieje się na stacji kosmicznej, gdzie te kultury mocno ze sobą współżyją, mieszają iii.. konfliktują się mocno ;) ((tam też dzieje się pierwsze część mojej powieści)… Ale to pewnie trochę potrwa ;) Jedno kiedyś już tutaj wrzucałam, ale było mocno, ale to mocno niedopracowane i nad nim też sobie powoli pracuję :) Także uniwersum rozwijam i postaram się dograć te rzeczy lepiej w następnych pracach :) 

N.S.N.P

A mi się to znowu kojarzyło z krajami Bliskiego Wschodu i wydobywaniem ropy przez koncerny amerykańskiej. W sumie to jednak same skojarzenia nie mają dużego znaczenia, bo rzecz, którą tutaj opisałaś jest w zasadzie uniwersalna. 

 

Co do info dumpów to wydaje mi się, że ciężko ich trochę uniknąć w tekście, w którym trzeba przybliżyć politykę i strukturę świata. Tutaj fajnym rozwiązaniem mogłyby być takie mini przerwy w intrydze, w których wrzucasz na przykład jakieś cytaty z artykułów z portali, gazet, czy jakie tam w tym świecie panują media, które by pokazywały to o czym czytamy z pewnej oddalonej perspektywy. 

Tak killmam – zgadzam się, to bardzo uniwersalne… Co do info dumpow, w książce korzystam z tego proponowanego przez Ciebie rozwiązania ;) ale nad książką pracuję dłużej i mam w niej więcej miejsca na to… To trudne warsztatowo sprawy. Uczę się. Dzięki za podpowiedź :)

N.S.N.P

W powieści jest dużo grafitti też ;)

N.S.N.P

Tak jak pisałem na czacie, jestem :) 

 

Marta Kirin

„Wielka gra”

 

Myślę, że można to usunąć z samego opowiadania. Tytuł jest widoczny na górze drukowanymi, więc to w sumie powtórzenie jest. 

 

Galen wyprostował się, fotel dostosował się do linii kręgosłupa i pobudził nerwy krótkimi impulsami elektromechanicznymi.

Ja ogólnie jestem zwolennikiem tępienia nadmiernej ilości się w tekście (co nie znaczy, że mi np. to jakoś świetnie wychodzi)

Stanowiła pozostałość po przednim ustroju.

Tu powinno być chyba “po poprzednim”

 

*** 

Wypośrodkowałbym gwiazdki 

 

 

Sięgnął ręką do nowego wszczepu i zamknął oczy. Kiedy je otworzył wydały się mechaniczne, bez wyrazu, zimne. Otworzył drzwi do węzła komunikacyjnego i wyciągnął pistolet zza paska. Zgromadzeni w pokoju technicy zginęli zanim zdążyli się zorientować, kto wszedł do pokoju.

 

***

Jakoś mam tutaj uczucie niedosytu. Jest strzelanina, która jest czymś ciekawym i jestem cały w napięciu, a tu nagle się urywa i przeskakujemy do tego, że główny bohater siedzi na krześle. Poczułem się zdezorientowany na początku tej drugiej sceny. 

 

 

Transmisja się skończyła. Hologram zniknął.

***

Wolf wszedł z powrotem do pokoju przesłuchań.

Raz przy kropkach są entery, raz ich nie ma. 

 

Nawet nie wiem, kiedy gdzieś mi przeleciało te troszkę ponad 70 tys. znaków. Czyta się szybko, jest ciekawie. Intrygi polityczne, interesujący bohater z jakimś swoim pragnieniem. Podobało mi się, że miał rzucane kłody pod nogi i ogólnie nie miał łatwo. Miał marzenia, coś poświęcił. Kibicowałem mu i zrobiło mi się go naprawdę przykro na koniec. Wszyscy mają tu jakąś swoją motywację, co jest bardzo na plus. Kawał bardzo dobrej roboty :) Co do info dumpów to mnie tutaj nic nie raziło. 

 

Patryk Mikulski → Dziękuję bardzo za przeczytanie, poprawki i opinię. Już tyle razy rzeźbiłam w tym tekście, a zawsze jakiś kwiatek typu “po poprzednim” się znajdzie! :) Też staram się tępić się ( ;) ), ale nie zawsze wychodzi… Co do sceny akcji → w tym opowiadaniu bardziej chciałam się skupić na intrygach właśnie i postaci głównego bohatera, mniej na akcji (to opowiadanie dało mi wypoczynek od tych scen, bo zazwyczaj piszę ich sporo), ale rozumiem ten zawód, że jednak jej nie było… i zagubienie w następnej scenie. 

 

Dziękuję bardzo za pozytywną opinię i cieszę się, że się podobało! :) 

N.S.N.P

Ja też w końcu znalazłam czas i dotrzymałam słowa – przeczytałam. 

Nie jest to do końca mój typ literatury. Wydaje mi się, że dużo chętniej przyjęłabym tak napisaną powieść niż opowiadanie. Szczególnie na początku wydawało mi się, że przynajmniej jeden akapit, w którym powtarzasz w zasadzie to samo – że Galen nie zrezygnuje tak łatwo ze swojej pozycji, że zawalczy. To, miałam wrażenie, powtórzyłaś więcej razy, niż było to konieczne.

Zagłębiając się w intrygę miałam dwojakie przemyślenia: z jednej strony, miałam wrażenie, że to science-fiction jest tutaj bardzo umownie. Równie dobrze można panów zamienić na gości w garniturach, planety na państwa i byłoby bardzo podobne opowiadanie. De facto wyłącznie zaawansowana technologia umożliwiająca kontrolę nad człowiekiem stanowiła tu niejaką “konieczność”, żeby intryga mogła zaistnieć. Z drugiej strony nie przeszkadzało mi to, bo takie polityczne rozgrywki i potyczki są dość ciekawe. 

Trafna uwaga killman o tych facetach, którzy są w gruncie rzeczy tacy sami. W pierwszej chwili nie pomyślałam o tym, ale kiedy przeczytałam tę uwagę to miałam takie – o, to jest coś, co też mnie uwierało. Że zabrakło jakiegoś zróżnicowania w charakterach tych postaci (niekoniecznie to, że nie było kobiet, bo koniec końców kobitka też tam nieźle namotała, jak się okazuje). 

Ogólnie podobało mi się, jednak nie powiem, że przeczytałam lekko i jednym tchem, ale to jednakowoż długi tekst, a takie rzadko czyta się w taki sposób.

Widziałam kilka potknięć – jakieś literówki, brakujące “się” po “uśmiechnął”, ale były to wyłącznie błędy, które wyłapano by w redakcji i nie utrudniały lektury. Nie wyłapywałam ich, bo przy tak długich tekstach zwykle tego nie robię. 

Ogólnie wrażenia na plus. Pewnie z zainteresowaniem przeczytałabym Twoją powieść :)

rosebelle →  dziękuję pięknie za przeczytanie i komentarz :) 

hehe masz rację, mogło tak być, że powtarzałam to zaparcie Galena na utrzymanie swojej decyzji, ale tak mocno to czułam, że on sam musi to sobie powtarzać ;) 

jeśli chodzi o komentarz na temat polityki i że można by było zamienić plnaety na państwa ja odczytuje jako pochwałę. Już tłumaczę dlaczego. Bardzo zależało mi na realizmie sytuacji i polityki, więc w tym zakresie mogło mi się to po prostu udać. Dla mnie science-fiction jest możliwością pokazania problemów naszych ludzkości poprzez dystans świata, postaci i technologii. 

Z tym mało charakterystycznymi postaciami przyjmuję na klatę – będę nad tym mocno pracować – dziękuję. 

Cieszę się, że w sumie czytało się przyjemnie! Dziękuję za komentarz raz jeszcze :) 

N.S.N.P

Nowa Fantastyka