- Opowiadanie: tomaszg - D.O.M.

D.O.M.

19.03: In­te­li­gent­na in­wer­sja → pro­szę o wszel­kie uwagi i spo­strze­że­nia. Dzię­ku­ję.

19.03: Pierw­szy ze­staw po­pra­wek do­da­ny. Dzię­ku­ję za ko­men­ta­rze.

PS. Inne interpretacje hasła konkursowego:

Loża – https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/24279

Profesorek – https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/24380

Dzieciaczki – https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/24379

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

D.O.M.

– Po­móż­cie. – Naga dziew­czy­na wy­ję­cza­ła tylko jedno słowo, wi­dząc wy­rost­ków, któ­rzy mieli może ze trzy lata mniej.

Spoj­rze­li na nią z nie­ukry­wa­ną po­gar­dą, bez słowa zdję­li suk­ma­ny, i sto­jąc za­czę­li kar­mić się jej stra­chem.

– Bła­gam, po­móż­cie mi – szep­nę­ła wi­dząc, że naj­od­waż­niej­szy ru­szył w jej kie­run­ku.

– Za­mknij rzyć cza­row­ni­co. – Tam­ten ją spo­licz­ko­wał, za­kne­blo­wał ręką usta i wszedł, nie py­ta­jąc o zgodę.

– Glll… All… Bllr… – Za­czę­ła się rzu­cać, ale prze­sta­ła, gdyż ją pod­du­szał. Była ledwo żywa. Czuła strasz­li­wy ból i jego smród, po dłuż­szej chwi­li do­szło do tego przy­jem­ne go­rą­co, które roz­la­ło się w środ­ku.

– Kurwa. No nie wie­rzę. Po­do­ba się jej. – Chło­pak od­su­nął się z od­ra­zą, strze­lił ją pię­ścią w twarz i od­szedł, zo­sta­wia­jąc na łasce kom­pa­nów.

Za­bo­la­ło fi­zycz­nie i psy­chicz­nie, ale nie mogła nic zro­bić, gdyż le­ża­ła zwią­za­na na ofiar­nym krzy­żu w sło­necz­nej en­kla­wie oto­czo­nej tym lasem, gdzie naj­bar­dziej pra­daw­ne drze­wa szu­mią. Nie było ni­ko­go, kto by mógł po­spie­szyć jej z po­mo­cą. Nikt nie za­cho­dził do tej oko­li­cy, nawet dzie­ci nie ba­wi­ły na łą­kach obok i wian­ków nie plo­tły ani w stru­mie­niach nie ką­pa­ły.

Wy­rost­ki w końcu się znu­dzi­ły i po­szły precz, a ona za­czę­ła łkać.

 

***

 

Osła­bio­na gło­dem prze­spa­ła całą noc, zaś obu­dzi­ło ją do­pie­ro świa­tło dnia o po­ran­ku.

Jak tu pięk­nie.

Wy­da­wa­ło się jej, że po­mię­dzy drze­wa­mi stoi uko­cha­ny dzia­dek Tadek, któ­re­go ledwo pa­mię­ta­ła z dzie­ciń­stwa.

Już wkrót­ce dzia­du­nia, już wkrót­ce.

Jedno oko miała spuch­nię­te, dru­gim do­strze­ga­ła wię­cej szcze­gó­łów, tak jakby jej wzrok się wy­ostrzył. Była bez sił, żeby po­wie­dzieć choć słowo. Nic ją nie bo­la­ło na dole, i choć nie czuła rąk ani nóg, to prze­peł­niał ją nie­zna­ny wcze­śniej ro­dzaj szczę­ścia.

To dla was, matko i ojcze, i dla cie­bie Prym­ka, i dla cie­bie Peta. Nie mam wam tego za złe.

 

***

 

Czwar­te­go dnia pa­da­ło. Nie wie­dzia­ła z po­cząt­ku, czy to złu­dze­nie czy nie, ale chłód i wil­goć na skó­rze spo­wo­do­wa­ły, że choć tro­chę od­ży­ła.

Od­ru­cho­wo z dziew­czę­cą wpra­wą łap­czy­wie ła­pa­ła to, co ska­py­wa­ło do ust, i cie­szy­ła z nie­spo­dzie­wa­ne­go daru nie­bios.

Cał­kiem stra­ci­ła na­dzie­ję, że przyj­dzie ktoś z wio­ski, albo że uwol­ni ją za­błą­ka­ny wę­dro­wiec, ksią­żę z bajki czy dobry duch lasu.

Jak przez mgłę pa­mię­ta­ła, jak mocno pła­ka­ła matka, gdy przy­szła z kub­kiem i po­wie­dzia­ła:

– Nie martw się curuś, bę­dziesz nie­śmier­tel­na.

Od dawna czuła, że to może być jej obo­wią­zek. Wio­ska pod­upa­da­ła, i bo­go­wie do­ma­ga­li się ofia­ry, a ona była prze­cież naj­młod­szą dzie­wi­cą i tak na­praw­dę je­dy­ną na­dzie­ją umie­ra­ją­cej oko­li­cy.

– Mame, ale co ja mam robić?

– Nic ko­cha­nie. Wypij tylko to. – Matka wzię­ła ją za rękę, po­sa­dzi­ła na łóżku, przy­ło­ży­ła kubek do ust i zmu­si­ła, żeby wy­pi­ła gorz­ki płyn.

– Mame, mame. – Za­czę­ła się krztu­sić, pró­bu­jąc wszyst­ko zwró­cić.

– Nic nie mów ko­cha­nie. – Matka przy­trzy­ma­ła ją bru­tal­nie i rów­no­cze­śnie przy­tu­li­ła, a go­rzał­ka za­czę­ła szyb­ko dzia­łać i otu­ma­ni­ła na tyle, że bez krzy­ku dała się za­pro­wa­dzić na ofiar­ną po­la­nę.

Nic nie mó­wi­ła, gdy wią­za­li ją do krzy­ża, tylko głu­pio śmia­ła i pa­trzy­ła, że matka cały czas pła­ka­ła, gdy oj­ciec ją tulił.

– Nie bucz­cie – po­wie­dział na od­chod­ne naj­waż­niej­szym ko­bie­tom w swoim życiu.

Wtedy wi­dzia­ła ich po raz ostat­ni. Nie wie­dzia­ła, że męż­czy­zna dzień potem zabił żonę, a sam pod­pa­lił dom i rzu­cił się w pło­mie­nie.

 

***

 

Nitki po­ja­wi­ły się po ty­go­dniu. Las w końcu przy­szedł po swoje, zgod­nie z od­wiecz­nym krę­giem życia.

– Dzia­du­mi­ła! – szu­mia­ły drze­wa.

– Dzia­du­mi­ła! – sły­sza­ła w kle­ko­cie boć­ków.

– Dzia­du­mi­ła! Miła! Miła! – Miała wra­że­nie, że wtó­ru­je im echo.

Przy­ro­da ją uspo­ka­ja­ła, cho­ciaż nie mu­sia­ła, gdyż ona po­go­dzi­ła się ze swoim losem.

Nie mogła nic zro­bić, gdy pa­ją­ki wcho­dzi­ły do uszu i nosa, gdy opla­ta­ły jędr­ne pier­si, tu­li­ły brze­mien­ne łono i za­my­ka­ły wzrok w bez­kre­snej głę­bi­nie czer­ni. One tkały swoją sieć, a ona trwa­ła w coraz więk­szej jed­no­ści z przy­ro­dą.

Nie czuła nawet okrop­ne­go głodu, który prze­śla­do­wał ją przez pierw­sze dni

Prze­peł­nia­ła ją mi­łość do tej ziemi.

 

Ty­sią­ce lat póź­niej

 

– Wi­taj­cie w nowym domu! – Sie­dzą­cy za nie­wiel­kim sto­łem go­spo­darz domu uśmiech­nął się pro­mien­nie do dzie­się­ciu ro­dzin przy­dzie­lo­nych do blok­hau­zu, który znaj­do­wał się pod jego nad­zo­rem. – Ja na­zy­wam się Mag­gie, zu­peł­nie jak słyn­na zupa. – Za­śmiał się, jakby opo­wie­dział dobry dow­cip. – Teraz po­wiem wam, gdzie za­miesz­ka­cie. Będę wszyst­kich po kolei wy­czy­ty­wał. Pań­stwo Ko­wal­scy.

Lu­dzie stło­cze­ni na chod­ni­ku przed bu­dyn­kiem spoj­rze­li po sobie i spo­koj­nie prze­pu­ści­li blon­dyn­kę z dużym brzu­chem, która po­de­szła z opusz­czo­ną głową i oznaj­mi­ła ci­chym zbo­la­łym gło­sem:

– Sama je­stem, odkąd mąż zgi­nął.

– Przy­kro mi. Pro­szę tu pod­pi­sać. – Pan Mag­gie ode­zwał się rów­nie cicho, po­da­jąc jej dłu­go­pis i klucz, a jego słowa za­głu­szy­ły okla­ski ze stro­ny wszyst­kich zgro­ma­dzo­nych.

– Pań­stwo Szo­pen­hau­er.

Dwoje sta­rusz­ków ocho­czo po­truch­ta­ło do stołu ni­czym para mło­dych źre­ba­ków, a klucz zo­stał oczy­wi­ście prze­ka­za­ny ko­bie­cie.

– Pań­stwo Kawka.

Uśmiech­ną­łem się, de­li­kat­nie wzią­łem Helen pod ramię, i po­de­szli­śmy, a ja po­czu­łem, że się ru­mie­nię.

Zu­peł­nie jak uczniak. – Skar­ci­łem się w my­ślach pa­trząc na no­wych są­sia­dów, chwi­lę potem zaś o tym za­po­mnia­łem, gdyż trzy­ma­łem upra­gnio­ny klucz do na­sze­go no­we­go M–4.

Kilka ko­lej­nych minut mi­nę­ło nie­wia­do­mo kiedy. My­śla­łem tylko o przy­szło­ści i było mi obo­jęt­ne, z kim bę­dzie­my miesz­kać. Na resz­tę pre­zen­ta­cji pana zupy nie zwra­ca­łem w ogóle uwagi, za­uwa­ża­jąc tylko, że była tam mowa o wy­no­sze­niu śmie­ci, braku ciszy noc­nej i po­ło­że­niu naj­bliż­sze­go szpi­ta­la.

– A teraz za­pra­szam na górę. Moi po­moc­ni­cy służą wszel­ką po­mo­cą. – Pan Mag­gie po­ka­zał ręką na dwóch mło­dych chło­pa­ków, któ­rzy skło­ni­li się w pas.

To sen – po­my­śla­łem czu­jąc, że nasze życie w końcu zmie­nia się na ko­rzyść.

– Za­pra­szam pań­stwa z pierw­sze­go i dru­gie­go pię­tra. – Moi nowi są­sie­dzi prze­do­sta­li się do windy, a ja ob­ją­łem swoją uko­cha­ną i przy­tu­li­łem ją tak mocno, jak to tylko moż­li­we.

– Pań­stwo z trze­cie­go i czwar­te­go – usły­sze­li­śmy po chwi­li, a po ko­lej­nej mi­nu­cie przy­szła nasza kolej. – A teraz piąte i szó­ste pię­tro.

Wsie­dli­śmy do windy i po­je­cha­li­śmy na górę, gdzie prze­krę­ci­łem klucz w zamku miesz­ka­nia numer sześć­dzie­siąt jeden i otwo­rzy­łem drzwi, a potem gwał­tow­nie zła­pa­łem i prze­nio­słem He­le­nę przez próg.

– Iiii – za­pisz­cza­ła za­sko­czo­na i do­da­ła z kocim wes­tchnie­niem, gdy stę­ka­jąc sta­wia­łem ją na ziemi. – Ko–cha­anie. Ostat­ni raz ro­bi­łeś to trzy­dzie­ści sie­dem dni po ślu­bie. Je­stem z cie­bie taka dumna.

– Macie pań­stwo trzy­dzie­ści dni na re­kla­ma­cję. – To­wa­rzy­szą­cy nam chło­pak udał, że nie widzi na­szych czu­ło­ści, i za­czął pre­zen­ta­cję, po­ka­zu­jąc po kolei po­miesz­cze­nia i sprzę­ty. – Tutaj jest ła­zien­ka, tutaj kuch­nia, a tu bal­kon. Mają pań­stwo dużą wannę, lo­dów­kę, ku­chen­kę elek­trycz­ną, można też za­ło­żyć zmy­war­kę.

– Ko­cha­nie, zo­bacz jak tu pięk­nie. – Moja ko­bie­ta spoj­rza­ła z za­chwy­tem na widok za oknem, świe­że meble i do­sko­na­le za­opa­trzo­ne kró­le­stwo do przy­go­to­wy­wa­nia po­traw wsze­la­kich i do­ga­dza­nia naj­bar­dziej wy­su­bli­mo­wa­nym gu­stom ku­li­nar­nym.

To była jej dział­ka, ja z kolei od razu za­uwa­ży­łem łoże na dwoje osób, ka­na­pę, sto­lik z le­żą­cym na nim dosyć no­wo­cze­snym lap­to­pem, szafę, stół i krze­sła.

Jest wszyst­ko – za­uwa­ży­łem oce­nia­jąc, że cięż­ko zna­leźć tu ja­kie­kol­wiek braki.

Miesz­ka­nie miało jeden ogrom­ny pokój, od­dziel­ne po­miesz­cze­nia do go­to­wa­nia i to­a­le­tę, jak rów­nież bar­dzo prak­tycz­ne miej­sce do sie­dze­nia na dwo­rze.

Nic dodać, nic ująć.

– To nie wszyst­ko. Mają jesz­cze pań­stwo scho­wek, wy­star­czy zje­chać na naj­niż­szy po­ziom. Czy mogę po­pro­sić o po­kwi­to­wa­nie, że ode­brał pan klucz? – Chło­pak pod­su­nął mi pa­pier, który do­kład­nie prze­czy­ta­łem i pod­pi­sa­łem. – Gdyby trze­ba było, to tu jest mój natel. – Podał mi wi­zy­tów­kę.

– Dzię­ku­ję.

– Czy mają pań­stwo ja­kieś py­ta­nia? Chcą pań­stwo obej­rzeć scho­wek?

– Nie, dzię­ku­je­my.

– Życzę mi­łe­go dnia. – Za­czął się kie­ro­wać do wyj­ścia.

– Dzię­ku­je­my, na­wza­jem. – Wy­pu­ści­łem go i wło­ży­łem klucz do zamka od środ­ka.

– Jezu, jak się cie­szę. – He­le­na zła­pa­ła się za brzuch i usia­dła na brze­gu łóżka.

Usia­dłem obok niej, i ob­ją­łem ją de­li­kat­nie mó­wiąc:

– To nasza ży­cio­wa szan­sa. Obej­rzyj­my teraz wszyst­ko, co tu jest. Potem pój­dzie­my do skle­pu i zro­bi­my za­ku­py.

– Do­brze. – He­le­na od­po­wie­dzia­ła cicho.

 

***

 

Nasze nowe miesz­ka­nie było po­łą­czo­ne z do­sko­na­le za­opa­trzo­nym cen­trum han­dlo­wym. Ze­szli­śmy tam z He­le­ną i sta­nę­li­śmy jak wryci, pa­trząc na półki wprost ugi­na­ją­ce się od to­wa­rów.

– Bie­dra to to nie jest – mruk­ną­łem.

– Nie wy­brzy­dzaj. – Żona dała mi kuk­sań­ca i za­bra­ła do tłu­ma­cze­nia skła­dów pro­duk­tów.

Obe­szli­śmy sklep, a potem wró­ci­li­śmy do wej­ścia. Stra­ci­łem za­in­te­re­so­wa­nie. Sta­łem opar­ty o ko­szyk skle­po­wy i ba­wi­łem się te­le­fo­nem, a moja żona wła­śnie wy­bie­ra­ła ja­kieś wa­rzy­wa trzy metry dalej, gdy nagle usły­sza­łem, jak jakiś star­szy je­go­mość do mnie mówi:

– Dzień dobry.

– Pan do mnie mówił? – Spoj­rza­łem na niego py­ta­ją­co, na co dodał:

– Tak. Miesz­kam obok, tylko nie było mnie na pre­zen­ta­cji. Ste­fan. – Podał pra­wi­cę.

– A to witam sza­now­ne­go są­sia­da. – Uści­sną­łem ją po męsku. – Ma­rian.

– A pan zdaje się był w woj­sku. – Uśmiech­nął się. – Wiem, bo pra­cu­ję w nad­zo­rze kraj­su.

– Stare czasy. Słu­ży­łem przy kam­pa­nii mar­co­wej w dwu­dzie­stym pierw­szym.

– Ko­ro­na plus?

– Do­kład­nie.

– Może wpad­nie­cie na obiad w nie­dzie­lę?

– Za­py­tam się mojej lep­szej po­łów­ki. – Uśmiech­ną­łem się zna­czą­co, wska­zu­jąc ją ręką. – O, już idzie.

– Do­sko­na­le.

He­le­na po­de­szła, a ja ob­ją­łem ją w pasie:

– Ko­cha­nie, pan miesz­ka obok i za­pra­sza nas w nie­dzie­lę na obia­dek. Czy to nie wspa­nia­łe?

– Przyj­dzie­my, na bank przyj­dzie­my. – Moja wspa­nia­ła ko­bie­ta po­da­ła mu z uśmie­chem rękę, a ja wi­dzia­łem, że już pew­nie pró­bu­je wy­my­śleć, co upich­ci.

 

***

 

Obiad był za­iste pysz­ny – my przy­nie­śli­śmy do­mo­wą na­po­le­on­kę i sa­łat­kę, zaś go­spo­da­rze, bo jak się oka­za­ło Ste­fan nie był sam, przy­go­to­wa­li po­rząd­ne wie­ner–schnit­zle z ziem­nia­ka­mi.

Roz­ma­wia­li­śmy o Pol­sce, którą mu­sie­li­śmy opu­ścić. Wspo­mi­na­li­śmy nie­wy­dol­ność NFZ, pa­zer­ność ZUS i ostat­ni pro­jekt ostat­nie­go rządu w kraju o jakże ade­kwat­nej na­zwie „Hu­sa­ria”.

Te­ma­ty się skoń­czy­ły, i w końcu obec­na przy­ja­ciół­ka sza­now­ne­go go­spo­da­rza za­pro­po­no­wa­ła:

– To my sobie pój­dzie­my na lamp­kę wina.

Ko­bie­ty wsta­ły i za­ję­ły się sobą, a my usie­dli­śmy na ka­na­pie.

– Baby niech sobie plot­ku­ją – Są­siad po­ka­zał głową na panie sie­dzą­ce na bal­ko­nie – a my mo­że­my napić się do­bre­go piwa i zro­bić to, co ty­gry­sy lubią naj­bar­dziej. – Tu uśmiech­nął się do swo­ich myśli, po­szedł do kuch­ni i po chwi­li wró­cił z cu­dow­nie zmro­żo­nym He­ine­ke­nem, któ­re­go z wdzięcz­no­ścią przy­ją­łem.

– Wi­dzia­łem pana od­zna­cze­nia. – Po­ka­za­łem bu­tel­ką na jego małą wy­sta­wę me­da­li.

– Skończ z tym panem, a me­da­le to pikuś. Są z obec­nej kam­pa­nii.

– Cięż­ko było?

– Nawet nie cięż­ko, tylko jakoś dziw­nie. Jak przy­szli­śmy, to lu­dzie le­że­li na uli­cach i w do­mach. Ale pro­szę się nie mar­twić, wszyst­ko po nich zo­sta­ło zde­zyn­fe­ko­wa­ne. Mie­li­śmy dobry sprzęt od Chiń­czy­ków.

– A kto to robił?

– Woj­sko, i nie­licz­ni oca­la­li.

– Nie bun­to­wa­li się?

– Wy­bi­li­śmy im to z głowy.

– Jak się wam miesz­ka?

– A dzię­ku­ję. Miesz­ka­nie dobre, praca też, tylko In­ter­net szwan­ku­je.

– Nie ro­zu­miem.

– Mają tylko 4G.

– A tak. Swo­je­go nie pró­bo­wa­łem, ale sły­sza­łem, że nie chcie­li 5G.

– Tak. Bar­dzo dużo tech­no­lo­gii od­rzu­ca­li.

– A mnie się to po­do­ba – za­pro­te­sto­wa­łem. – Byli bar­dzo eko­lo­gicz­ni. Pan spoj­rzy na te pa­ne­le i domy, które są sa­mo­wy­star­czal­ne.

– Kurwa, po­wiedz jesz­cze raz pan, to nie ręczę za sie­bie.

– Sorry, taki kli­mat. – Wzru­szy­łem ra­mio­na­mi.

 

***

 

Leżał w łóżku i trzy­mał w ręku wie­ko­we­go Sam­sun­ga, na któ­rym pisał jakiś tekst, coś chyba na kon­kurs o pta­kach.

Była noc, a obok łóżka zo­sta­wił za­pa­lo­ną lamp­kę.

Czuł złość. Był zmę­czo­ny i wy­po­czę­ty, miał tyle po­my­słów w gło­wie i tak mało czasu. Chciał prze­lać wszyst­ko na pa­pier i na kod kom­pu­te­ro­wy.

Ledwo wi­dział ze zmę­cze­nia, ale nie mógł za­snąć. Po­sta­no­wił wstać i po­szedł do kuch­ni napić się wody z kranu. Pa­trzył tam na kubek „Su­per­man”, i nagle za­czę­ło krę­cić mu się w gło­wie…

 

…Otwo­rzy­łem oczy i gwał­tow­nie usia­dłem.

– Co? Co? – Usły­sza­łem głos He­le­ny.

Noc. Ro­zej­rza­łem się z prze­ra­że­niem, bo w śnie wi­dzia­łem do­kład­nie ten sam pokój. Byłem zlany potem i znaj­do­wa­łem się obok swo­jej ko­bie­ty, która do­py­ty­wa­ła za­spa­nym gło­sem:

– Ko­cha­nie? Co się stało?

– Mia­łem zły sen. Dziw­ne, bo śniło mi się… Nie­waż­ne.

– Przy­tul się.

– Tylko zmie­nię ko­szul­kę. Nie chcę przy tobie śmier­dzieć.

– Och ty mój ty­gry­sie, kro­ko­dy­lu mój, ty bo­ha­te­rze. – Jej oczy zro­bi­ły się ma­śla­ne. – Jak ja cie­bie ko­cham.

 

***

 

– Po­do­ba­ją mi się te spodnie – po­wie­dzia­łem rano do He­le­ny. – Facet miał dobry gust.

– To fakt, pa­su­ją ci. Ale chyba trze­ba bę­dzie oddać je do kraw­ca, żeby po­sze­rzył w pasie.

– Ohh, ko­cha­nie. – Przy­cią­gną­łem ją. – Czy su­ge­ru­jesz, że przy­ty­łem?

– Oj Ma­rian, Ma­rian. Wy­glą­dasz jak praw­dzi­wy męż­czy­zna.

– No, tak już le­piej. I za to cię ko­cham. – Po­ca­ło­wa­łem ją czule.

– Ale wiesz… Jakoś dziw­nie się tu czuję.

– Za mało za­ku­pów?

– Nie o to cho­dzi.

– Taka duża zmia­na w życiu to za­wsze zmia­na. Wiesz do­brze, że nie było wy­bo­ru.

– No wiem, wiem.

– A po­mo­żesz mi za­wią­zać kra­wat?

 

***

 

– Jak­bym czuła ich duchy – za­ko­mu­ni­ko­wa­ła nie­spo­dzie­wa­nie He­le­na ty­dzień póź­niej, gdy sie­dzie­li­śmy przez te­le­wi­zo­rem i prze­rzu­ca­li­śmy ka­na­ły.

– O czym mó­wisz ko­cha­nie?

– Nawet teraz czuję się, jak­bym ukra­dła czy­jeś życie.

– To tylko rze­czy. Da­ro­wa­ne­mu ko­nio­wi w zęby się nie za­glą­da. – Wzru­szy­łem ra­mio­na­mi, po­ka­zu­jąc na miesz­ka­nie. – Wiesz, że mie­li­śmy do wy­bo­ru albo to, albo Mega City One.

Moja ko­bie­ta prze­zor­nie mil­cza­ła, gdy wspo­mi­na­łem pierw­szy pro­jekt w Eu­ro­pie, który do­ce­lo­wo miał dać schro­nie­nie kil­ku­na­stu mi­lio­nom rdzen­nych miesz­kań­ców.

Ła­bę­dzi śpiew nie­ist­nie­ją­cej Unii, gi­gant o trzech ki­lo­me­trach śred­ni­cy, który miał być bu­do­wa­ny przed dzie­siąt­ki lat.

Nikt do końca nie wie­dział, jak osza­co­wać skalę pro­ble­mów ta­kich jak brak świa­tła i ener­gii, nie­wy­dol­ność in­sta­la­cji wod­nych i sa­ni­tar­nych albo brak ma­te­ria­łów na bu­do­wę i stąd ostroż­ność w oce­nie, czy kolos bę­dzie miał sto czy dwie­ście pię­ter.

Wielu fa­chow­ców oba­wia­ło się, że bę­dzie zbyt cięż­ki. Po mie­sią­cach debat i spo­rów zde­cy­do­wa­no, że po wy­bu­do­wa­niu każ­de­go po­zio­mu wpro­wa­dzą się tam ko­lej­ni osad­ni­cy, a po po­mia­rach nad ich gło­wa­mi bu­do­wa­ne bę­dzie ko­lej­ne pię­tro.

Bo­ga­cze mieli oczy­wi­ście inne schro­nie­nia, ci jed­nak, któ­rzy zde­cy­do­wa­li się na apar­ta­men­ty, mogli do­stać lo­ka­le na ze­wnętrz­nych ścia­nach czy w środ­ku głów­nej stud­ni, któ­rej prze­kąt­na miała mieć równo ki­lo­metr.

Wiel­ki gi­gan­tycz­ny pro­jekt na miarę gi­gan­to­ma­nii Hi­tle­ra z dużą stud­nią jak w sta­rych ka­mie­ni­cach, z zie­lo­ną stre­fą, mniej­szy­mi stud­nia­mi bez zie­le­ni, wła­sną ko­lej­ką, cen­tra­mi han­dlo­wy­mi i wszyst­ki­mi moż­li­wy­mi lo­ka­la­mi usłu­go­wy­mi.

Kolos na miarę moż­li­wo­ści zjed­no­czo­nej Eu­ro­py, który prze­trwał jej roz­pad.

– Spójrz, War­sza­wa – prze­rwa­łem nie­zręcz­ną ciszę, gdy na ekra­nie po­ja­wi­ło się mia­sto, które nie­na­wy­kłe do ogrom­nej ilo­ści uchodź­ców za­mie­ni­ło się w slum­sy.

Pa­trzy­li­śmy ze smut­kiem na ob­ra­zy z dro­nów, które uka­zy­wa­ły na­mio­ty na uli­cach, mro­wie ludzi na za­im­pro­wi­zo­wa­nych ba­za­rach, ko­lej­ki przed punk­ta­mi po­mo­cy czer­wo­ne­go księ­ży­ca i wy­pa­lo­ne miesz­ka­nia w blo­kach.

Zna­li­śmy to uczu­cie.

Dla nas to dzia­ło się do mo­men­tu ko­lej­nej epi­de­mii, po któ­rej oczywiście zmieniło się wszystko – biedni i bogaci ze zdumieniem znowu odkryli, że tak samo po­trze­bu­ją czy­ste­go po­wie­trza, że muszą jeść i pić, i że nawet naj­więk­sze pie­nią­dze mogą słu­żyć co naj­wy­żej do roz­pa­le­nia ogni­ska.

Wtedy do­szło do ko­lej­nej wę­drów­ki ludów, a my mie­li­śmy szczę­ście, że objął nas rzą­do­wy pro­gram re­lo­ka­cji, jakim na­zwa­no stra­te­gicz­ny od­wrót na z góry upa­trzo­ne po­zy­cje.

War­sza­wa zo­sta­ła sama.

 

***

 

– Jak w ogóle udało się prze­nieść wi­ru­sa? – za­py­ta­łem Ste­fa­na po któ­rejś z ko­lej­nych ko­la­cji.

– Wy­star­czy­ło za­in­fe­ko­wać ludzi na gra­ni­cach, do tego wy­sła­no kilka dro­nów z na­pę­dem ją­dro­wym, które ska­zi­ły uję­cia wody pit­nej.

– Chiń­czyk kich­nął w stycz­niu, Polak w kwiet­niu otwie­ra drzwi łok­ciem – mruk­ną­łem. – Słu­chaj no, a czy ten atom nie był aby zbyt szko­dli­wy?

– Bez prze­sa­dy. – Mach­nął ręką. – To chi­rur­gicz­nie pre­cy­zyj­na woj­sko­wa tech­no­lo­gia. Małe, szyb­kie jed­nost­ki GROM2, przy­no­szą ska­że­nie je­dy­nie, gdy prze­ciw­nik je ze­strze­li.

– No ale nikt przy­par­ty do muru nie myśli lo­gicz­nie.

– Opad jest nie­wiel­ki, a ska­że­nie to aku­rat stra­szak. – Do­świad­czo­ny woj­sko­wy mach­nął ręką. – Sku­tecz­ny, bo nikt nie chce w tym grze­bać bez sprzę­tu i za­ple­cza.

– A my nie pi­je­my tego gówna?

– Ta­blet­ki z dro­nów dzia­ła­ły tylko kilka dni i żaden się nie roz­bił.

– Ty mi tu pro­pa­gan­dy nie upra­wiaj. Za stary je­stem. – Zdo­by­łem się na śmia­łość, bo zna­łem re­alia.

– No do­brze, jeden, ale w polu.

– Ste­fan…

– Trzy, ale tylko na gra­ni­cy.

– Jak to potem wy­glą­da­ło?

– Białe ko­ko­ny. Wszy­scy le­że­li tak spo­koj­nie i wy­star­czy­ło ich spa­lić.

– I nikt z tu­byl­ców nie pro­te­sto­wał?

– A co mieli zro­bić? Prze­cież wiesz, jak wszy­scy się nas bali po ko­ro­nie.

– Ka­czor to jed­nak miał łeb.

– Fakt. Do­brze wy­ko­rzy­stał re­ak­to­ry w Świer­ku.

– No to cyk. – Wznio­słem toast kie­lisz­kiem wódki, wsta­jąc do po­zy­cji za­sad­ni­czej.

Od­śpie­wa­li­śmy mię­dzy­na­ro­dów­kę, jak na do­brych Po­la­ków przy­sta­ło.

 

***

 

Śro­dek nocy. Wyły sy­re­ny, a ja jak na złość byłem pi­ja­ny.

– Obudź się! He­le­na! Obudź się! Ko­cha­nie! – Szar­pa­łem za rękę żonę, która była jakaś taka nie­przy­tom­na.

– Co? Co jest? – Za­czę­ła mam­ro­tać.

– Chodu! Alarm!

– Pro­szę obu­dzić mnie rano.

Trza­sną­łem ją w twarz dla otrzeź­wie­nia, tak lekko, z mi­ło­ścią.

Wsta­ła w końcu.

Za­ło­ży­li­śmy ja­kieś ubra­nia… i na klat­ce zo­ba­czy­li­śmy są­sia­da ze ster­czą­cym in­te­re­sem, który z cy­ga­rem ce­lo­wał nie­wia­do­mo do kogo z ka­ra­bin­ka Sauer pięć trzy­dzie­ści pięć.

– Co jest? – pa­trzy­łem z roz­dzia­wio­ną buzią na przy­wią­za­ną do ścia­ny nie­zna­jo­mą ko­bie­tę za jego ple­ca­mi w jego miesz­ka­niu.

– Nie wiem. – Wyjął cy­ga­ro i za­czął wy­ja­śniać. – Mia­łem ja­kieś kosz­ma­ry i nagle usły­sza­łem sy­re­ny. Zo­bacz, to nie tylko u nas. – Wska­zał na inne domy w oko­li­cy.

– A cie­bie nie stać na gacie?

– Do­świad­cze­nia z woj­ska. – Mach­nął ręką. – Wi­dy­wa­łem całe ta­bu­ny na­gich lasek, które wy­ska­ki­wa­ły z łóżek w trak­cie alar­mu i le­cia­ły na sta­no­wi­ska obro­ny, na któ­rych sie­dzia­ły go­dzi­na­mi. Nor­mal­nie jak armia zom­bie z ta­nie­go por­no­la.

 

***

 

Po nie­prze­spa­nej nocy zo­sta­wi­łem śpią­cą żonę i ledwo żywy po­sze­dłem po świe­że po­żyw­ne śnia­da­nie do Bur­ger King.

– Stec­khau­se po­pro­szę, samą ka­nap­kę. – po­pro­si­łem dziew­czy­nę o ciem­nej kar­na­cji i po­my­śla­łem Nie­wol­ni­cy, któ­rzy robią nam je­dze­nie i do­sta­ją za to żar­cie. Gdyby chcie­li, bez trudu mo­gli­by nas wy­truć. Trze­ba po­ga­dać ze Ste­fa­nem, a He­le­nie kupić jakąś zdro­wą sa­łat­kę.

 

***

 

– Lu­dzie po­dob­no widzą duchy – dodał Ste­fan dwie go­dzi­ny póź­niej, gdy ze­bra­li­śmy się u niego. – Stąd ten alarm.

– To już piąty w tym mie­sią­cu.

– Fakt, są coraz czę­ściej.

– A ja mam wra­że­nie, że ten dom żyje – wtrą­ci­ła się He­le­na.

– Sły­sza­łaś głosy? – O dziwo jej nie wy­śmiał.

– Nie, ale wczo­raj, jak cię nie było – Moja ko­bie­ta zwró­ci­ła się do mnie. – to miesz­ka­nie nagle się po­więk­szy­ło. O tam było przej­ście do są­sia­dów. – Po­ka­za­ła ręką.

– Coś w tym jest – dodał Ste­fan, który za­czął stu­kać pal­cem w zęby. – Kilka razy mia­łem wra­że­nie w nocy, że coś widzę, ale… nie­waż­ne.

 

***

 

Mi­nę­ła pół­noc. Miał znowu siłę. Przy­ło­żył pi­sto­let z bio­dra i strze­lił, a kula prze­szła przez rękę męż­czy­zny, który na­zy­wał sie­bie Ste­fa­nem. Tym razem mu­sia­ła po­zo­sta­wić jakiś ślad z tam­tej stro­ny, bo tam­ten się za­trzy­mał z wy­ra­zem szoku na twa­rzy. Strze­lił w niego jesz­cze raz, i z sa­tys­fak­cją stwier­dził, że tam­ten upadł.

Obcy byli na jego ziemi, w jego bu­dyn­ku. Nie wie­dział, co się stało, ale po­ło­żył się spać w swoim łóżku, a potem obu­dził z bro­nią u boku i oni już tam byli, w jego wła­snym miesz­ka­niu. Cho­dził tam kilka razy i wszyst­ko było prze­me­blo­wa­ne. Stał przed sto­łem, pa­trząc na swoje zdję­cia i dro­bia­zgi, i nie czuł li­to­ści.

Na­jeźdź­ców trze­ba tępić.

Wszyst­ko wokół tęt­ni­ło pra­sta­rą ener­gią, a żywce ja­wi­li mu się ni­czym puste, suche sko­ru­py.

Spa­lić. Znisz­czyć. – Dud­ni­ło mu w gło­wie.

 

***

 

– Kurwa, po dzi­siej­szej nocy mam ślad. Na prze­świe­tle­niu widać nie­wiel­kie uszko­dze­nia tkan­ki mięk­kiej, jakby po kuli. – Ste­fan po ko­lej­nej nocy z alar­mem nie miał do­brych wie­ści.

– Wie­cie, jak się bro­nić?

– Kurwa nie. Moi ko­le­dzy mówią, że to dzie­je się na całym ob­sza­rze, od pół­no­cy do wscho­du słoń­ca. Tamci są coraz bar­dziej bez­czel­ni i wi­docz­ni. Dobra wia­do­mość, że może bę­dzie­my mieć pewne urzą­dze­nie, ale to we wto­rek…

– A przyj­dzie tu ktoś od cie­bie do po­mo­cy?

– We wto­rek.

– Jakaś broń dla nas?

Tu Ste­fan po­krę­cił głową, więc do­da­łem zło­śli­wie:

– Wto­rek?

– Nie. Sam do­brze wiesz, że im wię­cej broni, tym mniej bez­piecz­nie.

– Ale…

– I tej wer­sji się trzy­maj­my – dodał cał­kiem po­waż­nie.

– Mo­że­my ucie­kać?

– Kwa­ran­tan­na. Fran­cja, Wło­chy i inne kraje mają nas w dupie i strze­la­ją na gra­ni­cach. Prze­śpij­my się, noc może być cięż­ka.

– Tam­ten męż­czy­zna. – Z za­du­mą po­wie­dzia­ła He­le­na i po­pra­wi­ła się: – Tam­ten duch. Spoj­rzał na mój brzuch i wtedy się wstrzy­mał.

– My­ślisz, że zo­sta­ły w nich od­ru­chy ludz­kie?

– Tak.

 

***

 

Był zły. Obcy nie po­szli. Wi­dział, że ko­bie­ta no­si­ła dziec­ko. Jej nie ru­szał, ale innym nie dawał li­to­ści.

Ro­zu­miał w końcu, że to miej­sce miało ener­gię, ener­gię tych, któ­rzy zgi­nę­li, żeby zo­sta­wić ener­gię dla ta­kich jak on.

Nie wie­dział, że ob­ję­to go spe­cjal­nym pro­gra­mem i zro­bio­no z niego broń. To dla­te­go ten kraj nie miał ta­kie­go woj­ska jak inni. I dla­te­go sko­ru­py, które tamci spa­li­li, nie były ważne.

Wie­dział, że musi skoń­czyć z na­past­ni­ka­mi, żeby wró­cić do tam­te­go świa­ta. I że jutro za­cznie od nowa…

I'll be back.

 

***

 

– Może im cho­dzi tylko o miesz­ka­nia? Śpij­my w sa­mo­cho­dzie ko­cha­nie. Pro­szę. Pro­szę. Pro­szę. – He­le­na uwie­si­ła się mo­je­go ra­mie­nia.

– No nie wiem. Woj­sko­wi roz­pacz­li­wie szu­ka­ją od­po­wie­dzi, jak to wszyst­ko moż­li­we, ale nie wia­do­mo, o co cho­dzi. Ja myślę, że to przez ja­kieś stare ob­rzę­dy, skła­da­nie ofiar z ludzi czy coś.

– Za­bo­bo­ny.

– Jak by­li­śmy z in­wen­ta­ry­za­cją w bi­blio­te­ce, to wi­dzia­łem masę ta­kich ksią­żek dla dzie­ci…

– …jaja sobie ro­bisz?

– Oj Hel­cia, chciał­bym.

– To dla­cze­go nikt nie chciał ru­szać tego kraju przez lata?

– Myślę, że wszyst­ko się zło­ży­ło. – Wzru­szy­łem ra­mio­na­mi. – Wszy­scy ro­bi­li tu in­te­re­sy i w ogóle.

 

***

 

Miesz­ka­nie było puste. Był głod­ny ich ener­gii, i za­czął krą­żyć wokół. Nagle po­czuł trop, który pro­wa­dził poza bu­dy­nek.

Są. Ale weź tylko tro­chę.

Me­to­dą prób i błę­dów do­szedł do tego, że żywce się re­ge­ne­ru­ją, i można z nich w nie­skoń­czo­ność cią­gnąć życie na raty.

Ko­ro­na tu, ko­ro­na tam, ko­ro­na chuja zrobi nam.

Sta­nął, ni­czym ra­żo­ny pio­ru­nem.

Cho­le­ra, mu­sia­łem zła­pać wi­ru­sa od któ­re­goś z nich.

Zdez­o­rien­to­wa­ny, przy­trzy­mał się ba­rier­ki.

 

***

 

– I jak wam się spało na dole? – Ste­fan od razu prze­szedł do kon­kre­tów, gdy spo­tka­li­śmy się rano bez He­le­ny.

– Jakoś. Tam­ten był ła­god­niej­szy niż za­wsze.

– Nie jest do­brze. Duchy przej­mu­ją wła­dzę. Za­bi­ły już trzy­na­ście osób. Po­ży­wia­ją się naszą ener­gią i dzię­ki temu mogą funk­cjo­no­wać w dwóch wszech­świa­tach.

– I co? Po­wie­dzie­li ci to? – za­py­ta­łem ostroż­nie.

– Jeden z nich był dosyć roz­mow­ny, i udo­wod­nił, że nie za bar­dzo mamy jak z nimi wal­czyć. Ma­rian, oni wrócą i przej­mą ten kraj, a my bę­dzie­my ich pie­ska­mi.

– To co? Mamy się pod­dać?

– Nie… ale bę­dzie trze­ba jakoś uzu­peł­nić braki w lu­dziach. Będą obo­wiąz­ko­we przy­dzia­ły do pracy.

Z desz­czu pod rynnę. Uchodź­cy za­wsze mają pod górkę.

 

***

 

Stec­khau­se, samą ka­nap­kę.

– Już po­da­ję. – Spoj­rza­łem na po­przed­nie­go wła­ści­cie­la na­sze­go miesz­ka­nia, któ­re­go ledwo było widać. Duch uśmiech­nął się drwią­co gar­ni­tu­rem prze­świ­tu­ją­cych zębów, a ja nie mo­głem nic zro­bić.

Ste­fan miał nie­ste­ty rację. Tamci rze­czy­wi­ście mogli prze­ni­kać przez ścia­ny i wpły­wać na całą ma­te­rię wokół, i byłem na ich łasce i nie­ła­sce, bo w do­wol­nym mo­men­cie mogli wy­ssać ze mnie ener­gię. Ro­bi­li to co noc, ro­snąc w siłę i wra­ca­jąc do tego świa­ta, w któ­rym mogli kar­mić się tym, co my.

Bo wszyst­ko, co mar­twe, jest żywe, a wszyst­ko, co żywe, mar­twe.

In­te­li­gent­na in­wer­sja.

Nasze ulice, wasze ka­mie­ni­ce. – Duch znał moje myśli i wcale się z tym nie krył Bądź grzecz­ny. Pa­mię­taj, że He­le­na nie za­wsze bę­dzie w ciąży. Meee…

– Pro­szę bar­dzo, smacz­ne­go! – Uśmiech­ną­łem się tak sze­ro­ko, jak to tylko moż­li­we, i do­da­łem cicho. – Za­pra­sza­my, kurwa, póź­niej. Po­da­no do stołu.

Koniec

Komentarze

tomaszu, sprawdź sobie w słowniku znaczenie słowa “rzyć”, bo wyszedł ci niezamierzony chyba komizm…

http://altronapoleone.home.blog

Deformacja groteskowa, niejednoznaczne, paraboliczne obrazy oraz poczucie zagrożenia i niepewności składają się na panoramę literackiego świata Kafki. “ ← za Wikipedią

 

znam oczywiście znaczenie słowa rzyć, dziękuję za wskazanie.

Okej, groteska, okej, celowe. Niemniej – moim skromnym zdaniem – tutaj to nie zagrało… Osobiście wybuchnęłam śmiechem, a chyba nie taki był twój zamiar? W moim odczuciu wyszło jakby autor nie wiedział, co pisze, a nie deformował celowo. Może gdyby kontekst był inny, intencja autorska byłaby do odczytania…

Skądinąd od razu zastrzegam: nie wiem, czy będę to czytać do końca. Weird weirdem i groteska groteską, ale na pewne tematy, klimaty i typ obrzydliwości mam alergię, a wszystko wskazuje na to, że ten tekst do nich należy. No i akurat z Kafką mi się ten kawałek, który przeczytałam, nijak nie kojarzy.

http://altronapoleone.home.blog

Możliwe, że to co pisuję, jest sprzeczne z twoimi gustami i możliwe, że moja pisanina nie trafia do gustów typowych czytelników tego portalu i wreszcie możliwe, że dalej muszę się szkolić w sztuce używania słów.

Up to you, co zrobisz.

Ja zapodałem propozycję → myślę, że w pewnym stopniu pokrywa się z Kawką i myślę, że dosyć dobrze przedstawia wspomniane hasło.

Nie twierdzę, że Twój tekst nie pasuje do konkursu – to będzie oceniało jury. Zastrzegłam się tylko, że jakkolwiek zajrzałam (bo zaintrygował mnie łaciński, jak zgaduję, tytuł), po czym zarżałam przy rzyci, to nie wiem, czy tu wrócę. To absolutnie nijak nie świadczy ani o twoim tekście, ani o jego losach w konkursie :) Powodzenia!

http://altronapoleone.home.blog

Dziękuję za Twój komentarz i opinię → zawsze ceniłem szczerość.

Jaki związek z fabułą w przyszłości ma scenka z przeszłości? Może to z powodu późnej pory, ale nie wychwyciłem powiązania. 

Pierwszy fragment – mimo, że styl nie przypadł mi do gustu, a kilka wstawek o szowinistycznym zabarwieniu trochę zniesmaczyło – był interesujący.

Drugi, tysiące lat później, już niestety nie. Może gdyby nie taki przesyt aluzji do bieżącej polityki, odczucia byłyby inne (pomysł, by duchy wracały do życia całkiem dobry, na tej bazie mogłaś napisać świetny tekst). Styl za to nie lepszy niż w pierwszym fragmencie, a to układanie żony już trąciło chamstwem, przez co nie polubiłem bohatera tego opka. 

Mieszane uczucia, nie wiem, czy to szowinistyczne nastawienie bohaterów do kobiet czy to, że początkowa scena nie do końca wiąże mi się z resztą. Chyba nie urzekło, ale sam pomysł na konkursowe hasło coś w sobie z pewnością ma. smiley

Na podstawie komentarzy (za które dziękuję) dokonałem poprawek → mam nadzieję, że obecna wersja lepiej pokazuje ideę całości.

Tomaszu, powyższy tekst ma potencjał, jest niezły. Może odrobinę przegadany ze Stefanem, początek miał lepszą dynamikę, ale całościowo utwór się broni. Kuleje tylko z wykonaniem. Zajrzałem do Twojego profilu i widzę dużo opowiadań, tylko wszystkie w poczekalni. Nie jestem zwolennikiem betowania, ale Tobie zalecałbym właśnie betowanie. Myślę, że teksty dużo by zyskały i spokojnie “wskoczysz” do biblioteki, a przy okazji podszlifujesz warsztat.

Nie załapałem tylko związku czarownicy ze wstępu z resztą utworu, gdzieś mi to umknęło.

Pozdrawiam.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Nowa Fantastyka