- Opowiadanie: Mortsnort - Pogadanka

Pogadanka

Hasło: fekalny krzyk

Przepraszam.

Mógłbym tu napisać nieco więcej, ale powyższe słowo właściwie wyczerpuje temat. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że z takim hasłem nie mogło być inaczej <3

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Pogadanka

Są takie rzeczy, o których się nie rozmawia, a które dotyczą rzeczy, z którymi się rozmawia, choć rozmawiać się nie powinno. Zrobiło się dziwnie? Nie szkodzi, to przecież dopiero początek. Zanim dojdziemy do końca tej żałosnej historii wszystko będzie przecież znacznie gorsze.

 Pamiętam, że tamtego dnia nie zajmowało mnie nic specjalnego. Siedziałem w domu i starałem się nie zasnąć, przygnieciony niebywałym wręcz znudzeniem. Głowa kiwała mi się z lewej na prawą, z prawej na lewą; z oparcia fotela na dłoń i z powrotem. Trapiła mnie okrutna melancholia, której nie potrafiłem wyrzucić z siebie nawet setką westchnięć. Byłbym pewnie w końcu odpłynął w dający ulgę niebyt, skorzystał z przywileju nieświadomości, gdyby w tym właśnie momencie moich uszu nie dobiegła niespodziewana skarga:

– Mam już tego dosyć.

Byłem w pokoju sam, nie licząc może kota. Spojrzałem na rudego sierściucha, ale ten spał jak kamień, zwinięty w kłębek na miękkim dywaniku. Nie wiem zresztą, czego się spodziewałem. O ile mi wiadomo, w tej sprawie panuje naukowy konsensus – koty nie mówią. Jakiś głos jednak słyszałem. No chyba, że mi się to przyśniło.

– Naprawdę mam tego serdecznie dość. Tak się nie da żyć – ponownie poskarżył się mój niewidzialny współlokator.

Uszczypnąłem się w rękę. Zabolało, ale musiałem mieć pewność, że przypadkiem nie śnię właśnie o siedzeniu we własnym fotelu. Byłby to czysty oniryczny surrealizm, wiele jednak wskazywało na to, że zamiast surrealizmu we śnie, dostałem surrealizm na jawie.

– Halo? – wyszeptałem nieśmiało, czekając, aż właściciel tajemniczego głosu się ujawni.

Pomyślicie pewnie, że to dość dziwne, że udało mi się zachować taki spokój. Większość ludzi pewnie podskoczyłaby ze strachu, a potem popędziła prosto do wyjścia, po drodze łamiąc nogi na progach, Ja jestem jednak opanowanym człowiekiem. Moje opanowanie wynika z moralnej, intelektualnej i fizycznej degeneracji. Mógłbym nawet powiedzieć, że nie chce mi się bywać przerażonym, bo to kosztuje za dużo ruchu i energii.

 Rozejrzałem się więc po pokoju, nieśpiesznie. Zajrzałem nawet pod biurko w daremnym geście swoistej desperacji. Być może ktoś, jakiś porywacz, podłożył mi w mieszkaniu głośnik i zaraz usłyszę żądanie okupu za uprowadzonych rodziców? Słowo daję, że nie zapłaciłbym ani grosza.

Niczego jednak nie znalazłem, nie licząc kłębków kociej sierści, zwałów kurzu i zagubionego widelca, obecnie porośniętego dziwacznym niebieskawym nalotem. Tajemnica pozostawała tajemnicą przez kolejnych kilka minut, a potem zaczęło się na dobre.

– To wszystko twoja wina. Zrujnowałeś moje życie.

– Ja? – zapytałem zaskoczony.

– Tak, ty, dupku.

Moje zaskoczenie przeszło w zmieszanie i wstrząśnięcie. Zamarzyłem o czymś mocniejszym, na przykład o martini.

– Kim jesteś? Gdzie jesteś? – To chyba dość oczywiste, że chciałem w końcu zorientować się, z kim rozmawiam i kto oskarża mnie o takie poważne rzeczy.

– Jestem tobą, durniu.

– Czy tak się objawia schizofrenia? – wyjęczałem żałośnie. Wszak wchodziłem właśnie w grupę zwiększonego ryzyka, a z chorobami psychicznymi zawsze miałem za pan brat.

– Nie. Tak się objawia bycie skończonym kutasem, gnidą ludzką, brudasem, pasożytem, tłuściochem i humanoidalnym koszem na śmieci.

Zamrugałem zdezorientowany. Gdyby ktoś podszedł do mnie na chodniku i zarzucił taką wiązanką, byłbym pewnie umocował pięść w jego fizjonomii, ale w tym wypadku… musiałbym chyba uderzyć się sam?

– Co to znaczy, że jesteś mną? – zapytałem, powstrzymując się przed krzykiem.

Nerwy miałem już napięte jak postronki. Pierwotny spokój minął, rozpierzchł się jak stado przestraszonych szpaków. Już nie byłem wyluzowanym surferem i spokojnym mnichem; każda psychika ma swoją granicę wytrzymałości. Linię demarkacyjną, za którą trwa regularna wojna myśli.

– Ty naprawdę jesteś głupi – zadrwił ze mnie Głos. – Niebywałe, że ktoś mógł to wszystko tak pomieszać. To ja powinienem być na górze. Nachyl się.

– Pardon?

– Schyl się, durniu. O, właśnie tak. Już wiesz, z kim rozmawiasz?

Głos dochodził nie skąd indziej, jak z moich spodni.

– Był kiedyś taki film… – wymamrotałem, nie do końca świadom wypowiadanych słów. – W tym filmie…

– Nie było – uciął mój interlokutor.

– Był film o…

– Nie było, wierz mi.

– Nie?

– Nie.

– Nie jesteś…?

– Nie. Z drugiej strony.

– O rany – zapłakałem. – Naprawdę?

– Tak.

Rozmówca dał mi chwilę czasu, abym przyzwyczaił się do nowej perspektywy, a potem zagrzmiał:

– Musimy poważnie porozmawiać.

Ja nie chciałem poważnie rozmawiać. W ogóle nie byłem przygotowany do żadnej poważnej rozmowy. Przez całe swoje życie. Gdy ktoś próbował poważnie ze mną rozmawiać, uciekałem jak najdalej, zatykając uszy i nucąc piosenki z reklam. Uciekałem w ten sposób od rodziców, od nauczycieli, wykładowców i pracodawców. Uciekałem w muzykę, filmy, książki, kompulsywną masturbację i obżarstwo, a gdy zaczynało brakować mi możliwości, po prostu podwijałem ogon pod siebie i uciekałem jeszcze trochę dalej, gdzie nikt już nie mógł się na mnie zasadzić z poważną rozmową.

A teraz…

– A teraz nie masz dokąd uciec, bo nie można uciec przed samym sobą – wyrecytował Dół, zupełnie jakby czytał mi w myślach.

„Dół”, bo… był na dole, a ja byłem na górze. To znaczy: część mnie była na dole, a część na górze. Cholera jasna! W ogóle nie mam ochoty tego tłumaczyć. A zresztą, jeśli muszę wam to tłumaczyć, to i tak niczego nie rozumiecie i nie ma sensu wyjaśniać.

– Czytasz mi w myślach? – zapytałem, świadom faktu, że moje myśli w ogóle nie nadawały się do czytania.

Może zrobiłyby na kimś wrażenie, gdyby odczytywać je podczas prelekcji na jakimś konwencie zboczeńców, dewiantów i fanów fekalnego humoru albo podczas tajnych spotkań w piwnicy, gdzie członkowie elitarnego klubu malują krwią pentagramy na ścianach i piją wywary z włosów łonowych dwunastolatek. Moje myśli powinno się trzymać w ołowianych skrzyniach, owinięte wersami z pisma świętego, tak na wszelki wypadek.

– Czytam sobie w myślach – poprawił mnie. – Twoje myśli to moje myśli. Jeszcze tego nie zajarzyłeś? Jesteśmy połączeni skomplikowanym systemem nerwowym i paroma innymi skomplikowanymi systemami, o których chciałbym dzisiaj z tobą porozmawiać.

– Dlaczego?

– Bo sytuacja jest podbramkowa – warknął. – Zabijasz nas swoją głupotą. Musiałem w końcu zainterweniować, bo jeszcze parę miesięcy takiego życia, tfu, przepraszam, gnicia, a obaj skończymy w trumnie.

– Nie rozumiem, o co ci chodzi… koleś.

– Rany boskie! Dokładnie o tym mówię! Ty niczego nie rozumiesz! Nie możesz tak całymi dniami siedzieć na fotelu, walić konia i zapychać się chipsami. Wiesz, jaki to sprawia mi ból? Wiesz może, przez co przechodzę każdego poranka? Co przechodzi przeze mnie każdego poranka? – westchnął teatralnie Dół. – Oczywiście, że nie wiesz. Piwo za piwem, szlug za szlugiem, burger za burgerem. To ma swoje konsekwencje, dupku.

– Dupku? Czy to jest autoironia?

– Nie, to jest nagana. Dostajesz chujową ocenę semestralną od własnych organów, łapiesz? Każdy jeden, z góry na dół, ma cię dosyć. Czy ty w ogóle słyszałeś kiedykolwiek o warzywach? Próbowałeś może marchewki, cebuli albo pomidorów? He?

– Nie chcesz chyba, żebym żywił się jak królik? Nie mam zamiaru tak cierpieć.

– NO PRZECIEŻ WŁAŚNIE CIERPISZ, DURNIU! – krzyknął Dół. – Rozpadasz się od środka! Gnijesz za życia! Masz w środku Hiroszimę, Nagasaki i Pearl Harbor jednocześnie! Masz tam Warszawę po powstaniu i Czarnobyl po wybuchu!

– Jezus Maria, nie krzycz na mnie!

– Krzyczę na siebie! Przemawiam sobie do rozsądku! Halo, jest tam może jakiś rozsądek? – ciągnął. – To musi się skończyć dzisiaj!

Zauważyłem, że kot zdążył się obudzić i teraz spogląda na mnie z niewysłowioną pogardą, którą zawrzeć mogą w spojrzeniu chyba wyłącznie przedstawiciele jego gatunku.

Lustrował mnie z góry na dół, zatrzymując spojrzenie to na głowie, to na… dole. Przyglądał się mojej wewnętrznej kłótni niczym cichy arbiter, sędzia, który za chwilę ogłosić będzie musiał punktację.

– Sio! Won stąd, głupi kocie! – Rzuciłem w niego kapciem.

Kot prychnął obrażony, a potem dystyngowanie wyszedł z pokoju, by za nowy punkt obserwacyjny wybrać sobie kuchenną szafkę, skąd – przez wąskie szpary źrenic – zaczął posyłać mi kolejne fale negatywnej energii.

Odruchowo sięgnąłem po leżącą na biurku paczkę papierosów.

– Ani się waż! – huknął Dół.

– Bo co mi zrobisz? – Włożyłem do ust tutkę z tytoniem. – Spróbuj mnie powstrzymać – dodałem, odpalając zapalniczkę.

Wewnątrz coś zagrzmiało, przelało się, zaburczało. Skręciło mnie, jakbym wpakował sobie w tyłek korkociąg. Krople potu wystąpiły mi na czole i nosie.

– Przestań – zacząłem błagać. – Zaraz się…

– Spróbować cię powstrzymać, co? Nie ma sprawy.

Nie chciałem sobie tego dokładniej wyobrażać ani wizualizować, bo nawet mój umysł ma swoje prywatne ograniczenia, zawory bezpieczeństwa, ale przysiągłbym, że w tembrze jego głosu było coś jednoznacznie sugerującego złośliwy uśmiech.

I nagle, jakbym dostał pięścią w brzuch.

Wiedziałem już, że nie jest dobrze. Na palcach popędziłem do łazienki, zdjąłem spodnie i położyłem tyłek na desce. Chyba tylko cudem zdążyłem. Gdy tylko fale materiału opadły mi do kostek, usłyszałem dochodzący z tyłu basowy pomruk, który momentalnie przeszedł w fekalny sopran. Wraz z nimi na zewnątrz wydostała się prawdziwa powódź gówna. Teraz już krzyczeliśmy obaj, Góra i Dół; całe moje jestestwo scaliło się w końcu we wrzasku agonii.

Pędząc na oślep do toalety nie zdążyłem zamknąć za sobą drzwi i kot, teraz już widocznie usatysfakcjonowany, przysiadł w korytarzu i spoglądał na mnie z niewinną miną.

Walka trwała kilka bardzo długich minut. Po wszystkim podciągnąłem spodnie i ze skrzyżowanymi nogami, obolały od wysiłku, spocony jak maratończyk, niemalże doczołgałem się do stołu w kuchni, o który oparłem się z westchnięciem. Stół zaskrzeczał niczym składana do grobu trumna. Metafora jak najbardziej na miejscu.

– Ty sukinsynu – wysapałem, z trudem łapiąc powietrze.

– Człowiek człowiekowi zgotował ten los. Nie ma dla ciebie nadziei, jak nie przestaniesz żreć tego syfu i dopychać papierosami.

– Ja ci dam marchewkę! – wydarłem się. – Dam ci wszystkie warzywa, jakich zapragniesz! Już po tobie! Zakatrupię cię!

Ktoś na korytarzu musiał usłyszeć moje wrzaski, zaczął bowiem dobijać się do drzwi z pytaniem, czy wszystko w porządku. Zignorowałem go. Miałem ważniejsze rzeczy do roboty.

Zemstę.

Ruszyłem w kierunku lodówki. Najpierw powoli, walcząc bólem, ale z każdym krokiem coraz bardziej zdecydowany, żeby torsje pomścić retorsją. Otworzyłem drzwiczki i znalazłem wewnątrz opakowanego w folię ogórka.

– Tego chcesz, tak? Warzyw? Zdrowej żywności?! Proszę bardzo! – krzyknąłem, opuszczając spodnie i przygotowując się do organicznej interwencji. Ogórek wszedł zaskakująco lekko.

– N-nie zam-kniesz… Nie zamkniesz m-mi ust! Musisz zro… zrozumieć! To wszystko d-dla twojego dobra!

– Ogórek, ogórek, ogórek! Zielony ma garniturek! – wydzierałem się wniebogłosy, serwując sobie auto-penetrację analną. – I co teraz? Masz coś jeszcze do powiedzenia? Zdychaj!

– Musisz… zdrowo… inaczej… wykończysz…

Wraz z każdą przerwą w artykulacji wpychałem ogórka dalej i dalej; głębiej i głębiej. Nie wiem ile czasu mi to zajęło, może dziesięć minut, a może pół godziny, w końcu jednak wszedł cały.

– I co teraz? Co? Mądralo? Powiedz mi coś jeszcze o szkodliwości palenia – cedziłem przez zaciśnięte zęby, bo ból w dolnej części ciała stawał się powoli nieznośny. Czułem, jak wnętrze moich jelit zbiera siły do kontrnatarcia. Coś w środku zaczęło brzęczeć niczym rój szerszeni.

Znów usłyszałem dobijanie się do drzwi.

– Czego tam znowu? Odczepcie się ode mnie! – krzyknąłem w stronę korytarza, padając na kolana. Ból trzewi przybrał jeszcze na sile.

Zza drzwi dobiegły mnie urwane strzępki rozmów:

– …pewna?

– Tak! Powiedział, że go zabije!

O cholera, pomyślałem, szambo się wylało. Miałem rację. Zaraz potem usłyszałem bowiem kolejne zdania, tym razem bez wątpienia skierowane do mnie:

– Tu policja! Natychmiast otwierać albo wchodzimy do środka! Rzuć broń!

– Nie mam żadnej broni! – wyjęczałem, ale było już za późno.

Wielki policyjny bucior uderzył w drzwi ze starej dykty, które wypadły z zawiasów, przeleciały mi nad głową i prawie trafiły w kota. Rudzielec zawył i poderwał się do ucieczki.

W tym samym czasie do środka wpadła dwójka uzbrojonych policjantów.

– Na ziemię! – wydali polecenie. – Gdzie jest poszkodowany? Sąsiedzi… – Jeden z policjantów spojrzał na mnie i otworzył usta ze zdumienia. To była jedyna dopuszczalna reakcja na widok faceta, klęczącego we własnym przedpokoju z ogórkiem wystającym z tyłka.

Nie dowiedziałem się już, co takiego zrobili sąsiedzi. Ciśnienie wewnątrz stało się nieznośne, zawyłem z bólu, a ogórek wystrzelił niczym pocisk, poganiany falą nieprzetrawionych resztek.

Pierwszą ofiarą stał się pechowy policjant. Ogórek śmignął w powietrzu i trafił funkcjonariusza prosto w twarz, wpadając między rozchylone usta. Usłyszałem głuche uderzenie i policjant fiknął salto w tył, zwalając się na brzuch.

Drugiemu z funkcjonariuszy nie starczyło nawet czasu na jakąkolwiek reakcję. Kolejna fala fekaliów runęła na niego, pokrywając czysty mundur brązową skorupą. Mundurowy zerknął na swoje ubranie, potem na mnie, potem znów na swoje ubranie, a następnie runął na ziemię jak długi. Nie wytrzymał. Nie dziwię się.

Spojrzałem na dzieło zniszczenia, obejmując wzrokiem dwójkę leżących na podłodze policjantów, kałużę gówna w przedpokoju i bladego jak ściana sąsiada, stojącego na korytarzu z wyrazem absolutnego przerażenia wypisanym na twarzy. Wyglądał tak, jakby coś właśnie w nim umarło. Najpewniej dusza.

Przetoczyłem się na plecy.

– No dobra, wygrałeś – wystękałem łamiącym się głosem. – Rzucam palenie i przechodzę na wegetarianizm.

Koniec

Komentarze

Jako fan bizarro jestem usatysfakcjonowany. Jest dziwnie, fekalno-zabawnie i absurdalnie.

Może humor nie do końca z mojej bajki, ale zakończenie wszystko spoiło w całkiem fajną – nie, nie powiem, że smacznącheeky – całość. Absurd i groteska ratują nawet i fakt, że nie lubię pogadanek o wegetarianizmie i zdrowym żywieniu, ale piękne jest to, że w tym tekście to tylko pretekst do ogrania motywu.

Mam mieszane uczucia. Z jednej strony podobała mi się narracja, przynajmniej we większości, miejscami tekst szczerze mnie rozbawił, spodobał mi się motyw rozmowy z hmm dołem. Z drugiej dla mnie ciut zbyt obrzydliwe, do tego sytuacja z wyważaniem drzwi przez policjantów bo sąsiedzi donieśli o hałasach zbyt nieprawdopodobna. 

Ciekawy pomysł…

Gekikara!

do tego sytuacja z wyważaniem drzwi przez policjantów bo sąsiedzi donieśli o hałasach zbyt nieprawdopodobna

Przeszło mi to przez myśl przed dodaniem opowiadania, ale stwierdziłem, że najpierw dodam w wersji bez edycji, żeby zobaczyć, czy ktoś zwróci na to uwagę (wszak zawarłem kilka poszlak, jak chociażby krzyki sugerujące chęć dokonania mordu). Nie mniej zwróciłeś uwagę, więc wyedytowałem ten fragment, żeby rozwiać ewentualne wątpliwości. Dzięki za opinię!

Obrzydliwe.

Nieźle się ubawiłam :’)

Spodziewaj się niespodziewanego

Ale się uśmiałam! Ciekawie, pomysłowo… bardzo obrazowo! Scena w toalecie wymiata! Duży plus!

Może i obrzydliwe, ale śmieszne ;) Wiem, że źle to zabrzmi, ale mi się podobało xD

Nowa Fantastyka