- Opowiadanie: japkiewicz - ...Będzie Futro

...Będzie Futro

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

...Będzie Futro

– W obliczu przedstawionych dowodów, sąd uznaje oskarżonego winnym zarzuconych mu czynów…

Przeciętny człowiek, słysząc tę formułkę po raz pierwszy, z pewnością zadawałby sobie pytanie, jak do tego doszło. Co sprawiło, że rozwój wypadków chaotycznego wszechświata pokierował jego życiem tak, że wypowiadano te słowa właśnie pod jego adresem.

Ja nie musiałem się zastanawiać. Odpowiedź była prozaiczna i zupełnie nieoryginalna. Wina, rzecz jasna, leżała po stronie moich rodziców. To oni mnie tu wpędzili. To przez nich siedziałem teraz na ławie oskarżonych, ze spuszczoną głową i pełną świadomością, że już się nie wywinę.

Ojciec był dzielnicowym, matka – klawiszem. Trudno wyobrazić sobie bardziej niezawodny przepis na rodzinną katastrofę. Każdy ma jakieś przypadłości zawodowe. W ich przypadku było to ego napompowane jak opona od TIRa. Całe ich dnie w pracy polegały na gnębieniu ludzi i podbudowywaniu u siebie poczucia władzy, tylko po to, żeby wrócić do domu i siłą rozpędu wymuszać uległość na sobie nawzajem i całym otoczeniu. A że gdzie dwóch się bije, tam trzeci obrywa, to ja wychodziłem z tych sytuacji najbardziej poszkodowany. Dzieciństwo upłynęło mi na awanturach, szarpaninach i uciekaniu z domu. Moje najstarsze wspomnienie to krzyczenie w poduszkę, że choćby nie wiem co, nie skończę jak oni.

No i nie skończyłem. Owe ucieczki z domu i spanie po rynsztokach sprawiły, że ostatecznie to ulica mnie wychowała. A wiadomo, jak takie wychowanie się kończy. Już w wieku szesnastu lat sprzedawałem mefedron po zaułkach, a osiągnąwszy pełnoletność miałem na wpół własny, skromny biznes pod protektoratem lokalnej mafii, w którym gotowałem crack z kokainy trzeciego gatunku. Gdyby rodzice mieli więcej szarych komórek niż palców, to na bank by coś wywęszyli. Pewnie i tak w końcu by mnie w jakiś sposób przyłapali, ale czas im się skończył. Któregoś dnia pobili się podczas jazdy samochodem i drzewo im wyskoczyło przed maskę. Trupy na miejscu. Wszystko systematycznie obracało się na moją korzyść. Oczywiście do czasu.

Złapali mnie z okrągłym kilogramem, który transportowałem do punktu zrzutu dla dilerów. Nie miałem pojęcia, kto i jak mnie wsypał. Komunikacja szła TORem, a transakcje bitcoinami. Wszystko było doskonale anonimowe – ja nie znałem nikogo, nikt nie znał mnie. Panowie detektywi oczywiście proponowali mi układ za wydanie nazwisk, ale ja mogłem tylko rozłożyć ręce. Nawet gdybym chciał współpracować, nie miałem im nic do zaoferowania. Straciłem cały dobytek, dostałem miernego adwokata z urzędu i koniec końców nie zostało mi nic, tylko pokornie stawić się na będącej już czystą formalnością rozprawie pod młotkiem sędziny, nazywanej po cichu Urszulą, w nawiązaniu nie do słynnej piosenkarki, ale do postaci z kreskówki Disneya, którą przypominała zarówno z charakteru jak i z wyglądu. Urszula lubowała się w sprawach narkotykowych. Miałem przechlapane. Czekały mnie długie lata za kratami.

– …i skazuje go na miesiąc prac społecznych.

Mój adwokat zakrztusił się śliną. Mnie, jako że słuchałem tylko jednym uchem, zajęło dobrą sekundę, żeby zrozumieć, co usłyszałem. Podniosłem wzrok na sędzinę z niedowierzaniem, ale jej twarz nie wyrażała żadnej emocji. Nawet na mnie nie patrzyła.

Coś było nie tak. Urszula nie popuszczała takim jak ja; ona nas zgniatała pod butem jak karaluchy. Spojrzałem kontrolnie na Murenę, prokuratora i zarazem osobistego pupilka Urszuli. Wpatrywał się we mnie pustym, szklanym wzrokiem bezdusznej lalki.

 

Maszerowaliśmy dwustumetrowym, obitym paskudną boazerią korytarzem sądu, mijając dziesiątki identycznych drzwi. Adwokat jowialnie klepał mnie po plecach i wyśpiewywał nad moim uchem psalmy pochwalne na swoją własną cześć za ten niebywały sukces. Nie słuchałem go. Jego irytujący głos systematycznie tonął w pogłębiającym się buczeniu zimnych jarzeniówek.

Drzwi do sali numer 84 powoli otworzyły się na oścież. Schylając się nieznacznie, wystąpił przez nie wielki, łysy mężczyzna, który następnie stanął w poprzek korytarza, zagradzając nam drogę.

– Proszę ze mną – zwrócił się do mnie grzecznym tonem.

Adwokat od razu się zjeżył.

– Mój klient…

– To już nie jest pański klient – powiedział kafar. Zdecydowanym ruchem rozdzielił nas jedną ręką, jak gdyby zamierzał mnie objąć, drugą zaś usłużnie wskazując mi drogę do sali numer 84.

W środku panowała nienaturalna ciemność, która zdawała się wysysać wszelkie światło wpadające z korytarza. Po chwili wahania wszedłem do środka, a wielki mężczyzna podążył za mną, zamykając za sobą ciężkie drzwi i odcinając nas od protestujących okrzyków adwokata.

Z donośnym pstryknięciem rozbłysła słaba, żółta żarówka, nieznacznie rozświetlając mrok. Pokój, wielkości ledwie kilku metrów kwadratowych, nie posiadał okien i był wyposażony tylko w biurko i dwa małe krzesła. Ściany, podłoga i sufit pokryte były długim i gęstym czarnym włosiem, tak czarnym, że zdawało się, że żarówka i meble wiszą w bezkresnej próżni.

Mężczyzna wskazał mi jedno z krzesełek, a drugie zajął sam. Ze swoimi gabarytami wyglądał na nim niemal komicznie. Bez słowa wysunął szufladę i wyjął z niej pokaźnych rozmiarów nieopisaną teczkę.

– Bardzo mi przykro – rzekł – ale czas nas goni, więc pozwoli pan, że poproszę o szybkie uwinięcie się z formalnościami.

– Hm? – mruknąłem nieprzytomnie, nie mogąc oderwać wzroku od kudłatych, czarnych ścian. Gdy wpatrywałem się w jedno miejsce dostatecznie długo, miałem wrażenie, że włosie faluje jak woda na jeziorze.

– Papiery, proszę pana, zawsze te papiery – odparł z uśmiechem. – Sąd przerabia trzydzieści pięć ton papieru dziennie, pomimo postępującej cyfryzacji.

Mówiąc to, wcisnął mi w dłoń długopis i zaczął wykładać ponad dwadzieścia kartek, jedną po drugiej, w symetrycznej konfiguracji, kojarzącej się z tarotem. Każda była zadrukowana drobnym maczkiem, a w lewym górnym rogu widniał czarny piktogram lamy. Urzędnik stawiał zamaszystymi ruchami ptaszki na dziesiątkach wykropkowanych linii, mówiąc “tu data i podpis”, “tu wystarczy parafka”, i tak dalej. Skonsternowany, wziąłem do ręki pierwszą lepszą i spróbowałem przeczytać jej treść, ale już na starcie odbiłem się od prawniczego bełkotu.

– Co to jest? – spytałem bezradnie.

– Pańska praca społeczna, do której jest pan zobowiązany wyrokiem.

– Ale ja nic z tego nie rozumiem.

– To nieważne. To tylko urzędnicze formalności do archiwum. Wystarczy, że pan podpisze tu i tu i…

– Może i dostałem wyrok, ale nadal posiadam swoje prawa. Nie zamierzam podpisywać rzeczy, które nie są dla mnie zrozumiałe.

Urzędnik uśmiechnął się uprzejmie.

– Proszę pana, oczywiście nikt pana do niczego nie zmusza. Ale chyba mnie pan źle zrozumiał. To nie mnie goni czas, tylko pana. Te dokumenty zatwierdzają pański wyrok w obecnej formie. Jeśli nie złoży pan ich błyskawicznie, prokurator będzie mógł apelować o ponowne rozpatrzenie wyroku. Zamiast miesiąca machania miotłą, dostanie pan dziesięć lat odsiadki. Jeśli chce pan to wszystko studiować, droga wolna. Ale odradzam.

Głos ugrzązł mi w gardle. Rozpaczliwie raz jeszcze spojrzałem na losowy paragraf, w nadziei, że wyłuskam z niego jakiś sens, ale bezskutecznie.

– Nie dowiem się nawet, co to za praca?

– Niestety, ja sam nie posiadam takiej wiedzy. Jestem tylko pracownikiem administracyjnym. Ale chyba możemy założyć, że coś ze zwierzętami. – Stuknął dwukrotnie palcem wskazującym na piktogramie lamy. – Lubi pan zwierzęta?

Wzruszyłem ramionami. Chyba lubiłem. Kim trzeba być, żeby nie lubić zwierząt?

Urzędnik znacząco spojrzał na trzymany przeze mnie długopis. Nie było rady. Zacisnąłem zęby i zacząłem stawiać parafki.

Dziesięć minut później stałem już u stóp półkolistych schodów przed głównym wejściem do gmachu sądu, paląc papierosa. Z każdym oddechem zrzucałem z siebie ciężar dusznego, włochatego pokoju. Jasność słońca raziła mnie, jakbym nie widział go od miesięcy. Puste ulice były jaskrawe i wybielone upałem, a powietrze pulsowało hałasem cykad.

Urzędnik, zebrawszy dokumenty z powrotem do teczki, poinstruował mnie, żebym czekał w tym konkretnym miejscu, skąd miał mnie odebrać inny pracownik. Usiadłem więc na rozgrzanym betonie schodów i chłonąłem gorące popołudnie jak jaszczurka.

Byłem w połowie drugiego papierosa, gdy na podjazd zajechał luksusowy mercedes. Wysiadła z niego szczupła, wysportowana kobieta w ciemnych okularach. Sztywnym krokiem obeszła pojazd i otworzyła tylne drzwi, po czym stanęła obok w pozie wykidajły z nocnego klubu. Pstryknąłem niedopalonym papierosem na chodnik i zająłem miejsce na tylnym siedzeniu. Po chwili mercedes ruszył delikatnie jak łódź odbijająca od brzegu.

Z głośników w przedniej części samochodu cicho płynęła chaotyczna, połamana muzyka. Rozparłem się wygodnie. Praca ze zwierzętami, rozmyślałem, słuchając bezładnych rytmów. Nie posiadałem absolutnie żadnego doświadczenia w zakresie zwierząt. Mój rodzinny dom, rzecz jasna, nie widział żadnych zwierzaków domowych na oczy. W dzieciństwie rozpaczałem z tego powodu, ale patrząc na to z perspektywy czasu, byłem przekonany, że tak było jednak najlepiej. Tylko tego by brakowało, żeby ojciec w napadzie szału skatował na śmierć pieska albo kotka, fundując mi kolejną traumę na resztę życia. Zwierzęta hodowlane widywałem tylko na ilustracjach i filmach, a moja styczność z dziką fauną kończyła się na miejskich gołębiach. Krótko mówiąc, moje kwalifikacje były raczej nędzne. Z drugiej strony, prace społeczne rzadko wymagały specjalistycznej wiedzy czy praktyki. Najprawdopodobniej po prostu potrzebowali taniej siły roboczej do szuflowania gnoju w zoo.

Mercedes sunął ulicami w ślimaczym, usypiającym tempie. Ostre słońce błyszczało w blaszanych dachach samochodów i w oknach mijanych wieżowców. Raziło. W końcu zamknąłem oczy, dając się ponieść cichej muzyce. Gdy ponownie je otworzyłem, byliśmy już daleko poza centrum, za rzeką, w tej ponurej strefie miasta, pełnej upadłych lub upadających przedsiębiorstw przemysłowych. Zewsząd straszyły pordzewiałe bramy wjazdowe i wyblakłe szyldy reklamowe. Naszym celem chyba jednak nie było zoo, jako że znajdowało się ono w zupełnie innej części miasta.

– Przepraszam – odezwałem się nieśmiało do mojej szoferki – dokąd my właściwie jedziemy?

Nie dostałem odpowiedzi, więc opadłem z powrotem na fotel. Chwilę później samochód zwolnił jeszcze bardziej i wjechał na rozległe, porośnięte wysoką trawą podwórko rozpadającego się zakładu produkcyjnego. Znałem to miejsce. Parę miesięcy wcześniej robiłem w tej okolicy zrzut towaru dla dilerów. Nie spodziewałbym się, że zaglądają tu jakiekolwiek żywe dusze poza miłośnikami zwiedzania poprzemysłowych ruin. Teraz, w pełnym świetle dnia dostrzegałem odznaczające się nowością solidne drzwi frontowe i kilka strategicznie rozstawionych kamer monitoringu.

– Proszę zadzwonić domofonem – rzekła szoferka, ponownie otwierając mi drzwi. – Do widzenia.

Odgłos silnika ucichł w oddali i zapadła typowo letnia cisza, gęsta od białego szumu koników polnych i buszujących w kłosach zdziczałej trawy ptaszków. Oko każdej z kamer skierowane było w moją stronę, a gdy się poruszyłem, wszystkie leniwie podążyły za mną.

Wcisnąłem przycisk interkomu i niemal natychmiast usłyszałem brzęczyk otwieranych drzwi.

– Halo? – rzuciłem w głąb pustego korytarza. – Przyszedłem tu do pracy.

Drzwi powoli zamknęły się za mną bezgłośnie, odcinając mnie od harmidru dzikiej przyrody. Usłyszałem zbliżające się kroki i po chwili z głębi korytarza wyłonił się ubrany w pielęgniarski kitel człowiek bardzo podobny do owego urzędnika z sądu. Gestem przywołał mnie do siebie i zaprosił do pobliskiego pokoju, który okazał się niemal identyczny jak ten, w którym dopiero co podpisywałem dokumenty. Mimo że miał pod sufitem rząd małych okienek, wpuszczających do środka światło słoneczne, panująca w środku czerń podobnie jak tam wydawała się je unicestwiać. Kruczoczarne włosie pokrywało całą jego powierzchnię; zwisało z sufitu tak nisko, że niemal muskało nam czubki głów.

Mężczyzna ruchem głowy wskazał mi krzesło, a następnie nakazał włożyć rękę do urządzenia mierzącego ciśnienie krwi. Po skończonym pomiarze podwinął mi rękaw koszuli i przejechał zgięcie łokcia środkiem dezynfekującym. Przez chwilę obawiałem się, że będzie chciał mi coś wstrzyknąć, ale okazało się, że tylko pobierał próbkę krwi.

– Czy może mi pan powiedzieć, czym będę się tu zajmował? – spytałem, dociskając wacik w miejscu ukłucia. – Do czego te badania?

Pielęgniarz sprawiał wrażenie, że w ogóle mnie nie słyszy. Zakorkował fiolkę z piktogramem lamy i bez słowa opuścił włochaty pokój. Po chwili na jego miejsce przyszedł stary, siwy człowieczek w grubych okularach i okropnym, kraciastym garniturze. Położył na biurku drobny neseser i wyjął z niego plik kart wielkości szkolnego zeszytu. Powolnym ruchem podniósł jedną z nich i odwrócił w moją stronę. Była to prosta zagadka matematyczna w postaci układu równań, z owocami reprezentującymi liczby. Podałem odpowiedź, siedemnaście, na co człowieczek kiwnął głową i pokazał kolejną kartę. Tym razem był to prosty labirynt. Po nim przyszła kolej na logiczne dopasowywanie kształtów, test Rorschacha, łamigłówkę anagramową i kilka innych zabaw umysłowych na poziomie dziesięciolatka.

Staruszek uśmiechnął się i gestem nakazał mi wstać. Złapał mnie za rękę jak dziecko i wyciągnął z powrotem w głąb budynku, który okazał się być prawdziwym labiryntem splątanych korytarzy, odbijających pod przeróżnymi kątami. Ostatecznie zaprowadził mnie pod rozsuwane drzwi, które otworzył przede mną guzikiem z usłużną gracją lokaja.

Była to w zasadzie skromnie urządzona kawalerka, tylko bez kuchni. Niewielki pokoik z łóżkiem, łazienka z prysznicem. Tylko przedpokój był osobliwy, oddzielony przesuwnymi metalowymi drzwiami zarówno od strony pokoju jak i głównego korytarza, a jego podłoga nie do końca przylegała do ścian. Krótko mówiąc, wyglądał jak winda.

– Mam rozumieć, że mam tutaj zamieszkać na ten miesiąc? – spytałem. – Nikt mnie nie uprzedzał. Nie mam nawet ubrań na zmianę.

Staruszek uśmiechnął się i pociągnął mnie za rękę w stronę wnękowej szafy. Była wypełniona śnieżnobiałymi, zafoliowanymi zestawami ubrań, na które składały się fartuchy i bielizna przypominająca jednoczęściowe damskie stroje kąpielowe. Gdy stałem tak przed szafą i próbowałem wyobrazić sobie, jak idiotycznie bym w tym wyglądał, nie zauważyłem nawet, że człowieczek puścił moją dłoń i oddalił się w swoją stronę. Ściągnął mnie na ziemię dopiero brzęczyk i chrobot sunących po prowadnicy drzwi windy.

– Hej! – krzyknąłem, rzucając się za staruszkiem, ale on znikał już za zewnętrznymi, prowadzącymi do głównego korytarza drzwiami. Dopiero teraz zwróciłem uwagę na zakratowane okienka w obu ich skrzydłach. – Co to ma znaczyć? Wyrok nie mówił nic o pozbawieniu wolności! Nie macie prawa mnie zamykać! Wracaj tu!

On jednak powoli odmaszerował w głąb korytarza, całkowicie mnie ignorując. Zakląłem siarczyście i spróbowałem siłą rozsunąć zewnętrzne drzwi, ale ani drgnęły. Wróciłem do swojego pokoiku i klapnąłem na wąski tapczan, starając się uspokoić oddech. A więc koniec końców byłem w więzieniu. Pytanie tylko, czy przynajmniej czas wyroku się zgadzał. Jeśli zamierzali trzymać mnie tu dłużej niż zarządzony miesiąc, gotów byłem przegryźć się przez te kraty własnymi zębami.

Z zamyślenia wyrwał mnie miękki dźwięk. Nad drzwiami uruchomił się ekranik, na którym błysnął znany mi już piktogram lamy. Po chwili jego miejsce zajął napis: “proszę przebrać się w strój roboczy. Odjazd windy za 5:00”, a następnie pięciominutowy licznik zaczął odliczanie. Nie ruszyłem się z miejsca. Gdy czas zszedł do wartości 4 minut, pojawił się dodatkowy napis: “Prosimy o punktualność. Każde pięć minut zwłoki owocuje dodatkowym dniem doliczanym do wyroku”.

Westchnąłem i zacząłem przebierać się w strój z szafy. Udało mi się wejść do windy z półminutowym zapasem czasu. Miękki dźwięk zabrzmiał ponownie i wewnętrzne drzwi zamknęły się za mną, a następnie podłoga zaczęła zjeżdżać w dół. Daleko w dół, o wiele dalej niż powinny sięgać jakiekolwiek windy w miejscach innych niż kopalnie. Zmiany ciśnienia kilkakrotnie zatkały mi uszy.

Winda zatrzymała się dobre sto metrów pod poziomem gruntu. Zabrzmiał charakterystyczny brzęczyk i drzwi, identyczne jak te do mojego pokoju, otworzyły się.

Rozciągała się przede mną ogromna grota o wysokim sklepieniu, skąpo oświetlona równo porozwieszanymi górniczymi lampami w stalowych kagańcach. Na jej obrzeżach dostrzegałem kilka wejść do wind takich samych jak moja, wpasowanych idealnie równo w wyrżniętą w kamieniu ścianę. Grunt, który również wyglądał jakby wykuto go kilofami w litej skale, był zadziwiająco równy.

Na samym środku groty stała lama. Nie była to jednak zwykła lama. Nie dość, że była zupełnie łysa, to jeszcze miała rozmiar trzykrotnie większy niż lamy powinny mieć. Stała zwrócona do mnie bokiem, z uniesioną głową, w dostojnym bezruchu, zupełnie jak na widzianych przeze mnie wcześniej obrazkach. Wokół niej uwijała się garstka ludzi w hipnotycznym zapamiętaniu. Zbliżyłem się do niskiego chłopaka, nabożnie wycierającego jej bok dużą, żółtą gąbką.

– Przepraszam, co to za lama? – spytałem. Byłem pewny, że mam więcej pytań, ale w tej chwili żadne nie przychodziły mi do głowy.

– Alpaka – szepnął w odpowiedzi.

– Alpaka – szepnęła dziewczyna z okolic zadu zwierzęcia.

– Alpaka – jak meksykańska fala przetoczył się szept przez pozostałych.

– No dobrze, alpaka. – Wzruszyłem ramionami. – Dlaczego jest tutaj? I po co ja tu jestem?

Chłopak bez słowa przesunął w moją stronę wiadro. Woda w środku była krystalicznie czysta. Pływała tam jeszcze jedna, identyczna gąbka. Zauważyłem, że z boku wiadra znajdują się jakieś napisy. Obróciłem je w swoją stronę i przeczytałem:

1. Za wszelką cenę zachować spokój

2. Za wszelką cenę unikać kontaktu wzrokowego

Wycisnąłem gąbkę. Ostrożnie zbliżyłem się do łysej alpaki i przyjrzałem się jej aksamitnej skórze. Nie było na niej ani jednej skazy. Spodziewałem się, że będzie śmierdziała typowo zwierzęcym odorem, ale jej zapach, choć intensywny, był bardzo przyjemny. Przypominał świeży chleb na zakwasie.

Przeciągnąłem wilgotną gąbką po przedniej nodze alpaki i w tym samym momencie opadły ze mnie wszystkie troski i całe napięcie, które dotąd trzymało mnie za serce. Poczułem bezbrzeżny spokój, wypełniający mnie po czubki palców jak miękkie, delikatne światło. Zrozumiałem, jak błahe były moje wszystkie zmartwienia, lęki i niepewności, i o ile lepsze było życie pozbawione ich ciężaru.

Delikatnie zwilżałem czystą skórę Alpaki miękką gąbką, wiedząc, że nie chcę robić w życiu nic innego. Zapach chleba wypełniał moje nozdrza nostalgią za wspomnieniami z dzieciństwa, którego nigdy nie miałem. Czas przestał istnieć. Istniał tylko spokój.

Winda po drugiej stronie groty otworzyła się i usłyszałem krzyki zaburzające harmonię sanktuarium. Dwóch rosłych ludzi w kombinezonach ochronnych siłą ciągnęło wyrywającą się dziewczynę, która kipiała od zbędnych emocji.

– Nie! Błagam, nie, nie każcie mi tu wracać! Nie chcę, Boże, nie, nie róbcie mi tego!

Bez trudu wcisnęli jej w dłoń gąbkę i siłą nakazali przyłożyć ją do piersi Alpaki. Dziewczyna od razu zwiotczała i przestała się wyrywać. Zaczęła gładzić zwierzę rytmicznymi ruchami. Chciałem się do niej uśmiechnąć, ale pamiętałem, żeby nie nawiązywać kontaktu wzrokowego. Nawet nie zauważyłem, gdy ludzie w kombinezonach odeszli.

Minął dzień, chyba. Pamiętałem powrót do mojego pokoju i posiłek podany przez drzwi, pamiętałem prysznic i łóżko. Ale to wszystko było jak odległy sen, pozbawiony znaczenia, niebędący życiem.

Alpaka tymczasem pokryła się krótką, gęstą szczeciną. Zamiast gąbek dostaliśmy szczoteczki z miękkim włosiem, którymi gładziliśmy jej szorstki zarost, wcierając weń eteryczne olejki. Smutek w mojej duszy był bardzo silny, gdy, stojąc na drabinie, masowałem jej grzbiet. Przenikał mnie do głębi, chwytał za serce raz po raz, wyciskając okazjonalny stłumiony szloch. Ocierałem łzy wierzchem dłoni, nie przerywając pocierania Alpaki. Upajałem się doniosłą boleścią, cierpiałem cicho, spokojnie i samotnie. Wiedziałem, że wszyscy moi towarzysze czują to samo; nie musiałem na nich spoglądać. Każdy z nas wbijał wzrok w Alpakę.

Nie widząc nigdy światła słonecznego, nie miałem pojęcia, co jest dniem, a co nocą. Czas dzielił się tylko na zamknięte cykle opieki nad Alpaką i powrotów do celi na posiłki, ablucje i sen. Świat poza Alpaką przestał mieć sens, liczyła się tylko Ona. Ona i Jej runo, doskonale czarne, miękkie jak puch, niewyobrażalnie gęste. Czesałem je godzinami, prostując lśniące w półmroku włosy, sycząc z bólu, gdy ich dotykałem.

Kolejnego dnia zaśmiewaliśmy się wspólnie do łez, czesząc włosie i rozplatając delikatnie okazjonalne kołtuny. Był to jeden z najlepszych dni mojego życia. Nigdy wcześniej się tak nie śmiałem. Zakwasy na brzuchu trzymały mnie bardzo długo.

Długość futra Alpaki sięgała już dziesiątek metrów. Zaplataliśmy je w grube, ciężkie warkocze, które następnie układaliśmy w zwoje na ziemi. Bogobojny lęk wzbierał w nas potężną falą, gdy obserwowaliśmy pnące się ku górze stosy wyczesanego na gładko czarnego włosia, wiedząc, że pewnego dnia te zwoje, podobnie jak nasze życia, dobiegną kresu, zderzywszy się z niemożliwością wieczności. Przerażała nas myśl, że ktoś może kiedyś zabrać stąd nasze święte runo. Na tym świecie nie brakowało świętokradców.

Jednak gdy w końcu zastałem w grocie całe stoły zastawione wielkimi nożycami, elektrycznymi maszynami, przypominającymi kosiarki do żywopłotów, i brzytwami do golenia, od progu poczułem przedsmak tej niewyobrażalnej radości, której miałem za chwilę dostąpić.

Kiedy odcinałem pierwszą porcję futra, atak ekstazy niemal wyrwał mnie poza fizyczne ciało. Niewysłowiona euforia szarpała mi się po całej klatce piersiowej aż do bólu, łzy szczęścia zasłaniały mi widok. Słyszałem westchnienia moich towarzyszy, gdy wspólnie przeżywaliśmy te chwile uniesienia, które nie mogły równać się z niczym innym na tym brudnym, niedoskonałym świecie.

W tej chwili po raz pierwszy prawdziwie żyłem. Cała dotychczasowa egzystencja była tylko preludium do tego momentu, punktu kulminacyjnego mojego istnienia. Miałem świadomość, że te uczucia skończą się wraz ze zgoleniem ostatniego włoska Alpaki, ale nie czułem żalu. Wiedziałem, że ta chwila zostanie ze mną po kres moich dni, jak skarb, który nie sposób jest zgubić.

Od euforii trzęsły mi się ręce i uginały kolana. Pracowałem akurat na wysokości, goląc górne partie szyi. Musiałem skupiać się, żeby nie spaść z drabiny i na moment zabrakło mi uwagi przy rękach. Brzytwa ześlizgnęła się i zacięła kark Alpaki cienkim, podłużnym łukiem. Szrama, bardzo powoli, wypełniła się ciemną krwią.

Rozległ się długi, niski dźwięk, przypominający przesterowaną tubę. Jego basowe wibracje były tak potężne, że znów prawie zleciałem z drabiny, którą w ostatniej chwili uchwyciłem kurczowo, wypuszczając z dłoni brzytwę.

Obserwowałem, jak potężna szyja powoli obraca się pod nienaturalnym kątem, a twarz Alpaki zrównuje się z moją własną.

Spojrzałem w jej oczy, wielkie jak dwa obsydianowe talerze. Były czarniejsze niż jej futro, ciemne tak, że zatracały krzywiznę, cały swój kształt. Były dwiema ziejącymi nie-światłem dziurami, portalami do wieczności. Były próżnią między gwiazdami, ciemnością niebytu przed Wielkim Wybuchem i po Wielkim Kresie.

Nie mogłem odwrócić wzroku. Oczy Alpaki rozdarły moją duszę na dwie równe części. Wessały je i rozpyliły z dwóch stron po bezkresie czasu i przestrzeni. Świadomość niegdysiejszego ja rozmyła się w długie na parseki fale grawitacyjne, spajające pianę supergromad galaktyk, we wszystkich możliwych i niemożliwych wszechświatach, zmieniające je w synapsy kosmicznego mózgu, umysłu który nigdy nie miał prawa zaistnieć.

Zespoliłem się z wiecznością.

 

 

Stałem na własnych nogach, twardo i sztywno na skalnej posadzce. Moje oczy były zamknięte, ale nie potrzebowałem zmysłów, żeby widzieć wszystko dookoła. Pierwszy pracownik już tu zmierzał z wiadrem czystej wody.

Poczułem lekki powiew chłodu na skórze. Teraz znów byłem łysy, ale wiedziałem, że niedługo się to zmieni.

Koniec

Komentarze

Puszysta alpaka jako hasło samo w sobie ma coś urzekającego. Tekst czytało mi się przyjemnie i wciągnął, bo jest i groteska i niedookreślone przerysowanie, które bardzo lubię. Chyba zaczynam mieć okres fascynacji “weirdami”. laugh

Jedyne, do czego się przyczepię, to, że w jednym z początkowych akapitów jest troszkę sporo powtórzeń słowa “całe”. Można by zastąpić je jakimś synonimem lub pominąć bez szkody dla “całości”wink. I wiem jak to jest, dla mnie to też jedno z tych słów, które często samo się wciska w wypowiedź.

Dzięki, jakoś sam tego nie wyłapałem, chyba nawet podczas czytania mi się ono filtruje.

Dziękuję też za miłe słowa!

If the sky falls we shall catch larks

Ja się nie musiałem się zastanawiać.

Drzwi do sali numer 84 powoli otworzyły się na oścież.

Zapis liczebników w beletrystyce powinien być słowny.

Winda zatrzymała się dobre sto metrów pod poziomem gruntu.

Skąd bohater to wiedział tak dokładnie?

 

Tekst niebanalny. Napisany sprawnie. Jest weird. Jest groteska. Nawet sam proces nieco Kafkowy. Czytałem z przyjemnością. Jakbym miał na coś kręcić nosem, to w środkowej części nieco tempo spada, ale to już moje subiektywne odczucie.

Zakończenie już bardzo weirdowe. Klikam bibliotekę i powodzenia w konkursie.

Udany portalowy debiut.

 

@Chrościsko dziękuję za feedback i pozytywną opinię!

 

Przeważnie używam słownego zapisu, ale kiedy robi się zbyt długi, wolę jednak cyferki. Zobaczę, może ktoś jeszcze się na ten temat wypowie.

Skąd bohater to wiedział tak dokładnie?

Nie wiedział dokładnie, stąd “dobre”. Prawdopodobnie było to ponad sto metrów, ale uznał to za solidny szacunek dolnej granicy.

Zdublowane “się” oczywiście wywaliłem. Dzięki za wyłowienie.

If the sky falls we shall catch larks

Przyznam szczerze, mógłbym i sto lat myśleć nad tym hasłem i takiego pomysłu bym nie wymyślił! Był weird, była groteska, był absurd, była ta niewytłumaczalność zjawiska z którym człowiek się styka (co w przypadku tego tekstu działa na korzyść). 

O, bardzo udane opowiadanie! Pomysłowe, inteligentne, z umiejętnie dawkowaną groteską i czającą się tuż pod jej powierzchnią grozą. Klik ode mnie.

Świetnie napisane. Można ostro odlecieć podczas czytania drugiej połowy tekstu co świadczy tylko o tym, że to udany weird. 

JohnnyTrestle

Dokumentnie mnie wciągnęło. Bardzo dobrze napisane opowiadanie!

 

Jako osobie mającej dużo do czynienia z alpakami brakło mi jedynie solidnego splunięcia następującego po tym pogardliwym spojrzeniu cheeky Ale to tak tylko z przyzwyczajenia, bo tak naprawdę jest doskonale.

Spodziewaj się niespodziewanego

Panie, Japkiewiczu. :) Nie mam pojęcia, co ma wspólnego pierwsza część opowiadania z drugą. Mógłbym powiedzieć, że wstęp wydaje się każdym z możliwych. :) I o jest na minus, ale druga część opowiadania jest już zupełnie taka, jak lubię. Fajna lama, fajny pomysł i ciekawy twist w finale.

Podobało mi się. Znaczy druga część. ;)

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

japkiewicz

Bardzo ciekawa historia.

Fajnie opisałeś znaczenie “dobrze rokujących prac społecznych”, a mianowicie opieki nad zwierzętami.

Wielu ludzi nigdy nie zaznało takich uczuć jak: czułość i dobroć, a także nie mieli do czynienia z opieką i odpowiedzialnością za coś lub kogoś. To smutne, ale taki jest świat.

Myślę, iż przejaskrawienie lamy było celowe, aby nadać jej większego znaczenia.

Podobała mi się również ta druga cześć, która opowiada o sytuacji z perspektywy lamy i tak jakby “spłyciła” jej znaczenie, sprawiając, iż od tego momentu lama jest zwykłym zwierzakiem, który czuje chłód. 

Wniosek tegoż opowiadania jest krótki: “Nawet lama może być dla kogoś boskim stworzeniem. Wszystko zależy od tego, “ile pokładów czułości ktoś potrafi z siebie wykrzesać.”

Fajnie ci to wyszło.

Pisz i nie przejmuj się komentarzami. Nie zawsze można trafić w gusta “wyrafinowanych czytelników loży”, ale tych mniej wyrafinowanych jest więcej. Pamiętaj o tym! 

Chciałabym dodać cię do znajomych, jeśli pozwolisz…

Trafiałam tu po reklamie Ninedin i chyba muszę powiedzieć, że mamy zbliżone gusta :) Mnie też się bardzo podobało, zwłaszcza druga część, pierwszą bym chyba odrobinę skróciła. Ale te włosy… Świetnie to opisałeś, po prostu się je czuje… A sama Alpaka miodzio. Super pomysł i super wykonanie. Oczywiście klikam bibliotekę, a poza tym zgłaszam do piórka :)

Gekikara, Wiktor Orłowski, ninedin, JohnnyTrestle, NaNa, Darcon, Agunia, katia72

Dziękuję niezmiernie za odzew! Ciepło się na sercu robi od miłych słów.

 

Agunia

Ależ komentarze są bardzo miłe. Dlaczego miałbym się nimi nie przejmować?

Oczywiście zaproszenie przyjmuję z przyjemnością.

 

Darcon, katia72

Jako że to kafkowski konkurs, to winą obarczam wpływ egzystencjalistów, którym przeważnie schodziło 80% utworu zanim przechodzili do sedna. A tak serio, to chyba taką mam już przypadłość, że moje story musi mieć backstory, w którym potrafię się obszernie rozpisać. Nie wykluczam, że w przyszłości będę musiał narzucić sobie nieco dyscypliny pod tym kątem w dalszych przygodach z krótką formą.

If the sky falls we shall catch larks

A mnie się podobało to backstory, uczyniło bohatera bardziej dookreślonym. Zgadzam się z poprzednimi komentującymi, że tekst jest naprawdę fajny, napisany wprawnym piórem i znakomicie wpasowuje się w tematykę konkursu. Był niemal tak dziwny jak “Metamorfoza”. Co tu dużo mówić, dobry debiut, dobre opowiadanie. 

 

EDIT: zauważyłam, że do mojego komentarza wkradł się błąd: backstory dla mnie na plus

Opowiadanie dobre, sprawnie napisane, z groteską, w dodatku powoli narastającą, weirdowe. Choć przyznam, że finał jednak w tym przypadku mnie zawiódł – w tym konkretnym opowiadaniu oczekiwałem czegoś bardziej zakręconego. Tym niemniej udane i solidne :-)

 

Czytało mi się bardzo dobrze, fajnie oddawane są emocje w zależności od dnia ;) Hasło konkursowe, świetne i doskonale zrealizowane ;) 

Pierwsze Kafkowe opowiadanie, które czytam i przyznam, że to niesamowicie dobry początek. :D Jeśli wszystkie opowiadania w konkursie będą trzymać ten poziom, na portal wpadnie mnóstwo znakomitych tekstów. Dobrze zaczynasz – od dość smutnego, ale jednak całkowicie realnego życia. Bohater zdaje się być tak samo zdezorientowany jak czytelnik, gdy wplątuje się go w sprawę alpaki. Emocje i obrazy są żywe.

Jedyne, co mnie zastanawia, to dlaczego ta dziewczyna krzyczała, gdy przyprowadzono ją do pomieszczenia na dole? Co musiało się stać, żeby otrząsnęła się z tej magii, która zdawała się otulać resztę pracowników?

Zostaw ten żyrandol.

rosebelle, wilk-zimowy, Yamir, Verus

Dziękuję za przeczytanie i feedback!

 

wilk-zimowy

w tym konkretnym opowiadaniu oczekiwałem czegoś bardziej zakręconego

A ja się zastanawiałem, czy nie za bardzo przeskoczyłem rekina z zakończeniem!

 

Verus

Dobrze zaczynasz – od dość smutnego, ale jednak całkowicie realnego życia. Bohater zdaje się być tak samo zdezorientowany jak czytelnik, gdy wplątuje się go w sprawę alpaki. Emocje i obrazy są żywe.

Bardzo mi miło, że ktoś zwrócił na to uwagę. Dokładnie na tym mi zależało.

Jedyne, co mnie zastanawia, to dlaczego ta dziewczyna krzyczała, gdy przyprowadzono ją do pomieszczenia na dole? Co musiało się stać, żeby otrząsnęła się z tej magii, która zdawała się otulać resztę pracowników?

Tutaj szczegółowe wytłumaczenie

If the sky falls we shall catch larks

Bahaha, to wytłumaczenie mnie rozwaliło! XD (sorki za spam pod tekstem, ale nie mogłam nie docenić)

Hahah, doceniam wytłumaczenie ;) Choć przyznam, że wciąż jestem ciekawa. :D

Zostaw ten żyrandol.

– Mój klient-

Coś tu jest nie tak.

– To nieważne. To tylko urzędnicze formalności do archiwum. Wystarczy, że pan podpisze tu i tu i-

Tu też.

Mój rodzinny dom, rzecz jasna, nie widział żadnych zwierzaków domowych na oczy.

To mnie trochę rozbawiło, wyobraziłam sobie dom z oczami.

Fajne :)

Przynoszę radość

Anet

 

Półpauza na koniec wypowiedzi oznacza jej nagłe urwanie. Wiem, że tradycyjnie w polskiej literaturze używano do tego celu wielokropka, ale ja jestem miłośnikiem reguł z literatury anglojęzycznej, gdzie wielokropek jednoznacznie wskazuje na zamyślenie/zawieszenie głosu, a półpauza na urwanie wypowiedzi, np. kiedy ktoś komuś wpada w słowo. Nie jestem stuprocentowo przekonany co do poprawności, ale dam sobie rękę uciąć, że widywałem to w polskich książkach. Uważam to za bardzo przydatne narzędzie do podkreślania dynamiki dialogu.

If the sky falls we shall catch larks

Być może, ja jestem po prostu przyzwyczajona do wielokropka, dlatego to mnie zatrzymało.

Przynoszę radość

Ciekawe, fajnie wymyślone. :) Najbardziej poraziły mnie te ściany porośnięte (brrr i przednia wizualizacja jak i pomysł), a potem – izolacja i opieka nad lamą (czesanie). Dobrze napisane-zapisane.

Jest już  w biblio, ale też poskarżyłabym się, aby klika dodać. :)

Gdybym miała uruchomić czepialstwo, to dwie rzeczy mnie zatrzymały: krzycząca dziewczyna (zdała mi się niedokończonym wątkiem) oraz przestrzennie – pierwszy opis pomieszczenia mieszkalnego naszego bohatera (troszku niezrozumiały).

Zastanawiałam się też nad trzykropkiem i półpauzą. Z jednej strony dałabym wolność Autorowi – niech hula, a jednak z drugiej trzymałabym się polskich zasad, zwłaszcza w opowiadaniu. W powieści – nie wiem, inna para kaloszy.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Ja zawsze bardzo lubię, kiedy jakieś dzieło literackie czy filmowe ma pewne smaczki, które zaburzają ułożoną powierzchnię fabularną dzieła i zostawiają niedopowiedziane mikro-wątki. Motyw tej dziewczyny ma być właśnie czymś takim – nieważnym dla całości aspektem, nad którym czytelnik może się zastanawiać i mieć wolność jego interpretacji.

 

Co do opisu pomieszczenia – ciekawa uwaga. Wydawało mi się, że zrobiłem dość jasny opis, ale wiadomo, jak to jest. Dopiero czytelnik jest w stanie stwierdzić, czy coś jest zrozumiałe.

 

Niniejszym prezentuję dokładny rysunek techniczny mieszkania protagonisty:

 

If the sky falls we shall catch larks

Iii, tam, to zrozumiałam, ale jakoś niezręczne było. Musiałabym się przyjrzeć bliżej, co mi nie zagrało. Jak znam siebie, pewnie jakieś słówko/a.

Takie wątki oboczne są ok, jeśli nie zaburzają głównego. To, niestety, trochę miesza, ponieważ skierowało moje myśli w stronę konstrukcji/praw obowiązujących w tej rzeczywistości i jak cierń tkwiło do samego końca. Jednak, zakonotuj, że to moja li tylko opinia. :) A ze mnie kaczka-dziwaczka, lecz na samą siebie nic nie poradzisz. xd

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

skierowało moje myśli w stronę konstrukcji/praw obowiązujących w tej rzeczywistości i jak cierń tkwiło do samego końca

To mnie cieszy, szczerze powiedziawszy. Osobiście uwielbiam postmodernizm w literaturze i takie wytrącanie odbiorcy z równowagi. Pynchon tak robił, Dick tak robił, ja… no, próbuję tak robić. Nawet jeśli niektórych może to drażnić, liczę, że innych zaintryguje i zachęci do aktywnego odbioru. Ja, oczywiście, mam swoje własne rozumienie tej sceny, ale ostatecznie autor nie ma monopolu na interpretację swojego dzieła.

If the sky falls we shall catch larks

No, proszę. Niepozorny nowy użytkownik, a jakie niesamowite opowiadanie. Fabuła jest odpowiednio poprowadzona, a pierwsza połowa opowiadania z pewnością nawiązuje do Procesu Kafki, gdy bohater jest prowadzony przez różnych ludzi i nie wie, o co chodzi, pyta, a nie chcą mu odpowiedzieć. Od spotkania z alpaką zaczyna się kompletny odjazd. Czarne futro symbolizuje wieczność, bo rośnie i rośnie bez końca, a jego czerń kojarzy mi się z przestrzenią kosmiczną, która jest nieskończona.

Ujęło mnie nawiązanie do Urszuli, te opisy po tym, jak zranił alpakę – o wszechświatach i abstrakcyjnym mózgu, ujął mnie dziwny, pełen absurdu i kosmicznej magii klimat opowiadania, a także kilka innych rzeczy, dlatego nominuję tekst do piórka.

Świetnie wymyślone, wciągające. Należę do osób, które skróciłyby nieco pierwszą część, zwłaszcza że jest dość sztampowa – choć ma kilka bardzo dobrze napisanych kawałków. Charakterystyka domu rodzinnego wypadła najlepiej, kawałek o dilerce najsłabiej, sąd nieźle. Ogólnie – bardzo dobry debiut!

 

Drobiazgi techniczne:

 

– Mój klient-

Wystarczy, że pan podpisze tu i tu i-

Ten błąd się gdzieś jeszcze powtarza, a to nie jest polska interpunkcja. Po angielsku, owszem, zamiast wielokropka często występuje półpauza czy pauza, ale zauważ, że nie stosuje się jej do wyróżniania dialogów. Po polsku powinien być wielokropek

→ – Mój klient…

→ Wystarczy, że pan podpisze tu i tu[+,] i…

 

zza załomu wyłonił się

Troszkę to niefajnie brzmi.

 

Mimo że miał pod sufitem rząd małych okienek, wpuszczających do środka światło słoneczne, panująca w środku czerń również wydawała się je unicestwiać.

Dlaczego również? Jeśli to porównanie z pokojem w sądzie, to raczej coś w rodzaju “również tu”, “podobnie jak tam”.

 

Ale poza tym bardzo sprawnie napisane.

http://altronapoleone.home.blog

Intrygujące opowiadanie :) Na początku spokojny wstęp, a potem pierwsze dziwne spotkanie, drugie i w końcu, to trzecie. Cóż więcej powiedzieć? Może tylko (i nie wiem, dlaczego tak): „Gdy patrzysz w oczy alpaki, ona patrzy w ciebie” – autor opleciony czarnymi, miękkimi włosami.

Spośród przeczytanych przede mnie opowiadań w tym konkursie, jest to pierwsze, o którym mogę powiedzieć z przekonaniem, że to weird – brawo!

 

I jest to weird pełną gębą. Początek oblepia sieć tajemnicy i niepokoju, a duch Kafki unosi się nad pierwszymi scenami. A dalej jest ciekawie, kolorowo i obłąkańczo. Zakończenie satysfakcjonujące. Życzę powodzenia w konkursie.

 

Tytuł uważam za wizualnie irytujący, plus raz czy dwa trafił się angielski zapis dialogów (kreseczka zamiast wielokropka przy urwanych kwestiach). Do poprawy.

 

Niewielki błąd merytoryczny – alpaka nie jest lamą ;) To dwa różne gatunki.

 

Przeczytałam z przyjemnością.

www.facebook.com/mika.modrzynska

Sonata

Dziękuję za opinię i nominację! Jako że jestem miłośnikiem Kafki, to pomyślałem, że oddam mu hołd nie jakimiś drobnymi nawiązaniami, ale częścią całego zamysłu. Bardzo mi miło, że daje się to odczuć.

 

drakaina

Dzięki za uwagi! Jako że jesteś drugą już osobą, która zwraca uwagę na półpauzy, z bólem serca (nadal uważam, że urozmaicanie interpunkcji jest lepsze niż jej ujednolicanie, a beletrystyka może sobie pozwolić na pewne odstępstwa od norm) poprawiam na wielokropki. Z pozostałymi zgadzam się jak najbardziej i również poprawiłem.

 

kasjopejatales

Dziękuję za przeczytanie i bardzo miłe słowa!

 

kam_mod

I tu podziękowania! Autor wie, że alpaka nie jest lamą, ale bohater nie wiedział, dopóki nie został poprawiony. Później już do końca historii poprawnie nazywał alpakę alpaką.

Co do tytułu… ja szczerze, absolutnie NIENAWIDZĘ wymyślać tytułów. Mogę mieć gotowe dzieło i kompletną pustkę w temacie tytułu. Ten powstał w burzy mózgów w grupce znajomych i ostatecznie uznałem, że jest akceptowalny. Pewnie znalazłoby się milion lepszych, ale na tym etapie raczej nie będę już zmieniał.

If the sky falls we shall catch larks

beletrystyka może sobie pozwolić na pewne odstępstwa od norm

Tak, ale w tym konkretnym przypadku pod warunkiem, że jest eksperymentalna pod względem formalnym. Gdybyś zastosował takich chwytów więcej, gdybyś bawił się typografią i formą, gdyby wszystko było poplątane od strony technicznej, to można by narzekać, że się takich sztuczek nie lubi, ale byłoby to konsekwentne i stanowiło część autorskiego zamysłu. Opowiadanie mimo udanej weirdowości jest jednak napisane bardzo tradycyjną prozą, bez fajerwerków formalnych – nie cudujesz nawet z narracją, bohater do końca pisze poprawnymi zdaniami, nic się nie rozłazi. Efekty “typograficzne” mogłyby stanowić element udziwniania języka i narracji.

Także w poezji jestem sobie w stanie wyobrazić, że dajesz półpauzę w miejscu zawieszenia, elizji, dla efektu – także właśnie na końcu wersu.

Tu na dodatek miałeś tak naprawdę dywiz przyklejony do wyrazu, co już w ogóle jest dziwne. W momencie, kiedy w tekście poza tym zgodnym z normami masz takie dwa przypadki – jest to błąd :(

http://altronapoleone.home.blog

Nowa Fantastyka