- Opowiadanie: mr.maras - Druga strona osobliwości

Druga strona osobliwości

Ostrzeżenie. Postanowiłem wrzucić jeszcze raz tekst, który w innej formie już tutaj gościł. Opowiadanie poddane zostało remontowi, a przede wszystkim jest rozbudowane. Teraz jest częścią większego świata. Poprzednia wersja zaistniała na portalu tylko na chwilę i została usunięta. Space opera z patosem, ale nie całkiem serio.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Druga strona osobliwości

Profesor Kers Ven der Maad, przewodniczący Komisji Naukowej Uniwersytetu Wolnej Myśli na Tolmenie, odwołał hologram reprezentujący jego podosobowość podczas zebrania dostojnego gremium i skupił pełną jaźń nadrzędną w służbowym gabinecie.

Mózg uczelni poinformował profesora o niezapowiedzianej, absolutnie priorytetowej wizycie, która wymagała natychmiastowej i, co było najbardziej irytujące, osobistej obecności Kersa.

Profesor nie krył niezadowolenia, jednak bez sprzeciwu spełnił stanowczą prośbę sztucznej inteligencji zarządzającej Uniwersytetem.

Do gabinetu dotarł chwilę po przybyciu gościa. Sprawy uczelni musiały poczekać wobec odwiedzin kogoś ważniejszego od zebrania Komisji, szczególnie gdy tym kimś okazuje się sam Imperator. 

Nawet jeśli pofatygował się w postaci jednego z wielu oficjalnych awatarów.

– Nie spodziewałem się takiego zaszczytu. – Ton głosu Kersa der Maad częściowo zaprzeczał wypowiedzianym słowom. Rzeczywiście wizyta była pewną niespodzianką. Ale profesor wcale nie czuł się zaszczycony.

– Przegrywam wojnę. Nie mam czasu na konwenanse. Zwłaszcza nieszczere. – Hologram przedstawiający najważniejszą osobę w Imperium Człowieka, przemierzył pomieszczenie i zasiadł w fotelu za wielkim biurkiem z masy żywicowej tolmeńskich drzeworostów. – Usiądź, der Maad. – Prośba zabrzmiała jak polecenie.

Profesor spojrzał niepewnie na krzesło dla gości i opadł ciężko na jego twarde siedzenie. Poczuł się petentem we własnym gabinecie.

– Odradzaliśmy tę wojnę – rzekł cicho.

– Być może. Jednak nie oczekuję od naszych naukowców znajomości polityki. Oczekuję za to konkretnych rozwiązań i odpowiedzi na moje pytania. I właśnie nadszedł czas takich odpowiedzi. – Spojrzenie znad biurka było pochmurne i groźne. Człowiek, który władał kilkudziesięcioma światami, potrafił wzbudzić respekt na wiele sposobów.

Jednak Kers znał swojego rozmówcę i jego sztuczki od wielu lat – wciąż pamiętał nieprzeciętnie inteligentnego manipulatora, jakim był obecny władca Imperium w czasach studiów na tolmeńskiej uczelni.

Ale przede wszystkim, już od dawna miał przygotowaną odpowiedź na podobną okoliczność.

– Oczekujesz cudów, nie rozwiązań, Imperatorze. Na Uniwersytecie Wolnej Myśli zajmujemy się nauką, a nie szarlatanerią. Nie potrafimy odmienić losów tej wojny, nie dostarczymy Flocie magicznej broni dającej przewagę w bitwach ani nie znajdziemy żadnego cudownego sposobu na powstrzymanie kuularan. – Profesor westchnął ciężko. Teraz musiał zawalczyć o to, na czym zależało mu najbardziej: – Nadal jednak uważam, że poświęcenie bezcennego artefaktu dla tej szalonej i bezsensownej idei jest zwyczajną głupotą. Badaliśmy go przez stulecia, a wciąż kryje przed nami wiele tajemnic. Wiem, że został zabrany stąd na twoje polecenie. Teraz też wystarczy jedno słowo Imperatora i eksponat wróci na swoje miejsce. Na właściwe miejsce.

Mężczyzna siedzący po drugiej stronie biurka przyglądał mu się uważnie. Gdzieś głęboko w jego szarych oczach Kers dostrzegł smutek. A gdy zajrzał jeszcze głębiej, zobaczył strach.

Awatar Imperatora poruszył się niespokojnie w fotelu.

– Wykluczone, profesorze. I obawiam się, że nie będzie już czasu na dalsze badania. Jeśli nie dokonamy jakiegoś przełomu, jeśli nie będzie żadnego cudu, pewnego dnia kuularanie przybędą także tutaj.

Kers Ven der Maad zdał sobie sprawę, że, podobnie jak Imperium, toczy walkę skazaną na porażkę.

– Przełomu? Jako naukowiec jestem niezmiernie ciekawy wszelkich odkryć, jakich dokonają uczestnicy wyprawy. Jednak nie ma ona szans powodzenia!

– Rada Naukowa Floty ma inne zdanie na ten temat. Zresztą, nie będę czekał z założonymi rękoma na kuularan. W naszych rękach znalazł się statek starożytnej cywilizacji, który wykorzystamy w poszukiwaniach jego budowniczych. Zdaniem Rady, wiele tropów wskazuje na to, że możemy ich odnaleźć właśnie w Wielkiej Czeluści. – Gość zawiesił głos i jego ostatnie słowa przez chwilę wybrzmiewały złowrogo w ciszy uniwersyteckiego gabinetu. – Sam przyznasz, że to niewątpliwie wpłynęłoby na losy wojny. Dlatego decyzja o ekspedycji jest nieodwołalna.

Profesor zacisnął zęby. Niemal fizycznie odczuł stratę, która miała spotkać świat naukowy Imperium. A może nawet całej galaktyki?

– Nikt stamtąd nie wróci, nie poznamy żadnych tajemnic. To podróż w jedną stronę. Nie nazywajmy misji samobójczej ekspedycją!

– Zatem to twoja ostatnia okazja, aby pożegnać się z bratem – odparł Imperator i awatar jego podrzędnej jaźni zniknął.

W tej właśnie chwili Kers uświadomił sobie, że jego rozmówca przewidział każde słowo tej dyskusji i zjawił się w ciasnym, uczelnianym gabinecie tylko po to, żeby zobaczyć wyraz twarzy profesora na wieść o wyroku wydanym na członka rodziny der Maad.

Przez chwilę Kers cieszył się, że podczas rozmowy z Imperatorem nie wspomniał o badaniach nad gruokańskimi legendami o Wielkim Exodusie. Ani o obiecujących odkryciach archeologicznych na Ragardianie. 

Zaraz jednak zmarkotniał. Zdawał sobie sprawę, że żadnym sposobem nie uda mu się odwieść brata od tej szaleńczej wyprawy. Imperator doskonale o tym wiedział.

 

***

 

„Niepowstrzymany”, jedyny okręt klasy Wędrowiec w siłach zbrojnych Imperium Człowieka, wyszedł z nadświetlnej i zajął pozycję obserwacyjną. Statek pojawił się w odległości zaledwie trzydziestu jednostek astronomicznych od krawędzi zewnętrznego horyzontu zdarzeń i zarazem na obrzeżach ergosfery Wielkiej Czeluści – supermasywnej czarnej dziury, która pożerała serce Drogi Mlecznej. Tym samym, jednostka imperialna znalazła się w gorącym piekle na granicy sfery akrecyjnej, która przywitała okręt potężną emisją w zakresie twardego promieniowania rentgenowskiego.

Zwarte źródło radiowe, aktywne także w pozostałych spektrach pomiarowych, było częścią znacznie większej struktury znanej od wieków jako Sagittarius A. W bliskim sąsiedztwie czarnej dziury sensory okrętu zarejestrowały pozostałości supernowej i olbrzymie, aktywne radiowo chmury gazu i pyłu gwiezdnego. 

Sama Wielka Czeluść nie emitowała absolutnie niczego, wszak w swych mocarnych ramionach grawitacyjnych potrafiła zatrzymać nawet światło. Jednak najbliższe otoczenie czarnej dziury przemawiało do gościa w jej imieniu bardzo mocnym głosem.

 

Natychmiast po zajęciu wyznaczonej pozycji, Mózg pokładowy uruchomił trzy główne pola osłonowe jednostki, chroniące „Niepowstrzymanego” przed wpływem pobliskiej osobliwości. Zamknięty w sferach antydylatacyjnej i antygrawitacyjnej okręt spowiła szczelna zona struktury krystalicznej doskonałej, wytwarzana przez stabilizatory entropii. Jednocześnie Mózg skierował w stronę pobliskiego obiektu pozostałe receptory zewnętrzne i obiekt znalazł się w zasięgu niezwykle czułych sensorów przestrzennych jednostki. 

Promień samej czarnej dziury z otaczającym ją horyzontem zdarzeń, będącej najważniejszą składową struktury, wynosił około pół minuty świetlnej i właśnie ten pochłaniający materię i zakrzywiający czasoprzestrzeń nieprzenikniony punkt był celem, na którym skupiły się wszystkie systemy okrętu. 

Przez pole gorącej materii oraz strugi częściowo zjonizowanego gazu mknął ku nim jasny i wyraźny przekaz.

Wielka Czeluść wzywała przybysza falami radiowymi swojego otoczenia. Słała zaproszenie z wirującej krawędzi zewnętrznego horyzontu zdarzeń, emitując nieregularnie w zakresie podczerwieni. Zachęcała transmisją promieniowania gamma ergosfery. A gdy „Niepowstrzymany” nie odpowiadał na jej inwitację, nalegała potężnym oddziaływaniem grawitacyjnym swojego bezdennego jestestwa. 

Wciąż bez skutku.

 

Już kilka chwil po wyjściu z nadświetlnej, pogrążony w półmroku mostek okrętu rozjaśnił blask kilkunastu widmowych postaci. Większość gości stanowiły reprezentacyjne hologramy członków Rady Naukowej oraz Admiralicji Floty Galaktycznej. Oprócz nich także holoprojekcje dwóch przedstawicieli ras podległych Imperium, których wkład w przygotowania do ekspedycji był więcej niż znaczący.

Jedynymi istotami z krwi i kości w pomieszczeniu dowodzenia byli kapitan „Niepowstrzymanego”, a jeszcze do niedawna głównodowodzący floty imperialnej w Sektorze IV, Saan Ven der Maad, oraz pierwszy oficer. Reszta trzydziestoosobowej załogi okrętu wyczekiwała w pełnej gotowości na swoich stanowiskach, rozsianych na trzech pokładach. Obca architektura jednostki, w węzłowych punktach kadłuba przystosowana została do potrzeb ludzkiej obsady oraz doposażona w urządzenia niezbędne dla realizacji misji.

Kapitan der Maad, sprzężony podrzędną/operacyjną partycją jaźni z potężnym Mózgiem pokładowym podległej mu jednostki, skanował uważnie najbliższą przestrzeń wokół statku. Zewnętrzne receptory „Niepowstrzymanego” wizualizowały pozyskane dane bezpośrednio w umyśle kapitana. Jednocześnie jego oczy bacznie przyglądały się twarzom zebranych na mostku holograficznych postaci z najbliższego otoczenia Imperatora, a nadrzędna jaźń osobowości wnikliwie analizowała wyniki tych obserwacji. 

Nie były optymistyczne.

Fizjonomie gudiańczyka i delenera, jak zgadywał na podstawie bogatego doświadczenia w kontaktach z przedstawicielami podbitych cywilizacji, wyrażały głównie strach, od dawna towarzyszący tym gatunkom w relacjach z człowiekiem. Na pozostałych, ludzkich obliczach, perfekcyjnie odwzorowanych przez reprezentacyjne awatary, obok nieskrywanej ekscytacji nadchodzącym, wiekopomnym wydarzeniem, dostrzegł głęboki cień rozczarowania. 

Awatar Imperatora nie pojawił się i zapewne już nie pojawi na pokładzie jego okrętu. Zebrani goście zdawali sobie sprawę z wymowy tej sytuacji i w milczeniu obserwowali ostatnie chwile poprzedzające decydującą fazę eksperymentalnego lotu.

 

W zasadzie der Maad nie spodziewał się innego obrotu sprawy. Od czasów porażki w bitwie z kuularanami na rubieżach Sektora IV, otoczony był niechęcią i niełaską głowy imperium. Zdawał sobie sprawę, że misja „Niepowstrzymanego” jest ostatnią szansą na przywrócenie rodowi der Maad należnego i utraconego szacunku oraz chwały. 

Chwały, która sięgała czasów sprzed ponad czterystu lat, gdy niewielki statek kupiecki jego dziadka, Oringa Ven der Maad, natknął się w przestrzeni międzygwiezdnej na opuszczony okręt prastarej cywilizacji Wędrowców.

Kapitan Saan miał świadomość, że mimo oczywistych korzyści, jakie odkrycie jego przodka przyniosło całej ludzkiej rasie, wynikająca z tego faktu pozycja i wpływy rodziny der Maad nigdy nie cieszyły się przychylnością kolejnych Imperatorów, dziedziczących tron z pokolenia na pokolenie. 

A teraz, ledwie trzy generacje później, za sprawą jego kosztownego błędu, ród der Maad mógł stracić wszystko. 

Jeden niespodziewany i nieracjonalny manewr kuularańskiej eskadry doprowadził ówczesnego admirała Saana do sytuacji, w której samobójcza misja „Niepowstrzymanego” stała się ostatnią nadzieją na ocalenie znaczenia i prestiżu całego rodu. A przy okazji, na kontynuację błyskotliwej, oficerskiej kariery jego syna, Kuera.

 

Podczas gdy część prywatna jaźni kapitana po raz setny rozpatrywała kolejne aspekty niekorzystnej dla rodziny der Maad sytuacji, jego podosobowość operacyjna skierowała wszystkie sensory na gigantyczną osobliwość pierścieniową przyczajoną tuż za krawędzią obszaru statycznego. Saan wpatrywał się w czarną dziurę z lekkim respektem i niedowierzaniem. Zdaniem naukowców, jej skondensowana na obszarze o promieniu sześciu setnych jednostki astronomicznej masa, dorównywała czterem milionom mas ziemskiego Słońca. 

Już samo to było fascynujące.

Niedługo potem, złożony z wielu składowych obraz obiektu, który czaił się w przestrzeni kosmicznej, zdominował jego myśli. Kapitan porzucił wszelkie poboczne analizy i skupił wszystkie trzy partycje osobowości na nieprzeniknionym obszarze czasoprzestrzeni. Do tej pory traktował obiekt swojej misji jak wyzwanie, ale i ostateczną drogę do własnych celów. Teraz gdy spojrzał w jego głębię, czarny, kosmiczny gigant zyskał w jego oczach budzącą szacunek podmiotowość.

Wielka Czeluść wzywała go. Wołała we wszystkich spektrach. 

Poczuł to każdą komórką swojego jestestwa i każdym atomem ciała. Siła jej przyciągania sięgała najgłębszych zakamarków duszy Saana Ven der Maad i kusiła. Zapraszała do siebie. Obiecywała odkupienie wszystkich win i za niewielką cenę życia kapitana gwarantowała rehabilitację dla kolejnych pokoleń jego rodu.

 

Coś rozproszyło jaźń kapitana i wyrwało ze studni, w jaką wciągała jego myśli zdradliwa ciemność. W umyśle Saana rozbłysnął impuls powiadomienia – jego syn zjawił się z nieoficjalną wizytą na pokładzie „Niepowstrzymanego”. Podrzędna/intymna partycja jaźni natychmiast zrealizowała w prywatnej kajucie dowódcy niepubliczną wersję jego awatara. Kapitan wciąż pozostawał aktywny na mostku i w sprzężeniu z Mózgiem okrętu, ale główną część jaźni skupił na hologramie wyświetlonym w osobistej kwaterze.

W półmroku dyskretnie rozjaśnionym słabym światłem holoświec, czekało na niego widmo Kuera Ven der Maad. Niezręczną ciszę, jaka zapadła w pomieszczeniu przerwał po dłuższej chwili młodszy z rodu.

– Czy zdajesz sobie sprawę, że to podróż w jedną stronę, ojcze?

Hologram Saana westchnął ciężko i opadł na fotel ustawiony w kącie pomieszczenia.

– Tego nie wiemy na pewno, Kuer. Jak zapewne słyszałeś, sednem mojego zadania jest dotarcie na drugą stronę osobliwości, jeśli takowa istnieje, rozpoznanie i, w miarę możliwości, powrót. Oczywiście z informacjami, które mogłyby wzmocnić potęgę Imperium i otworzyć nowe kierunki ekspansji. Ku chwale Imperatora, ma się rozumieć.

Kuer der Maad zazwyczaj reagował uśmiechem na kpinę ukrytą w głosie ojca, kiedy Saan wygłaszał podobne formułki. Nie tym razem.

– To oficjalne bzdury, którymi Propaganda karmi WszechSystem. Nie traktuj mnie, jakbym był idiotą, ojcze.

– Nawet bym nie mógł, synu. Twoje parametry osobowościowe są znacznie wyższe od moich.

Kuer ponownie zignorował ironię.

– Obaj dobrze wiemy, że oficjalnie jedynym waszym celem jest określenie położenia i wyznaczenie koordynat po drugiej stronie osobliwości oraz przekazanie ich z powrotem. Pytam się jak?! Wszystkie te bzdury o transmiterach neutrinowych to tylko teorie i życzenia bandy kretynów z Rady Naukowej Floty. Rozmawiałem z wujem Kersem, on także uważa, że to szaleństwo. Nie oszukujmy się ojcze, nikt nie oczekuje i nie spodziewa się waszego powrotu!

– Znam dobrze opinię twojego wuja. Jednak nie jestem przekonany, czy Imperium chce bezpowrotnie utracić statek o takich możliwościach, jakie ma „Niepowstrzymany”… I czy może sobie na to pozwolić – odparł jego ojciec.

– Jeden statek, nawet najpotężniejszy, nie wygra dla nas wojny z kuularanami. Nic jej nie wygra! Ta wyprawa to jedynie szukanie jakiegoś cudu. A w praktyce ostatniej alternatywy dla kapitulacji. Albo raczej drogi ucieczki dla… – Kuer ugryzł się w język w ostatniej chwili. – A ty chcesz dla niej poświęcić swoje życie!

– Za takie poglądy jeszcze dziś możesz trafić do kopalni!

– Ale to jest misja samobójcza, tato! I naprawdę, nie musisz tego robić w imię czegokolwiek i w imieniu kogokolwiek! Przynajmniej nie w moim! – W głosie młodszego członka rodziny der Maad jakby zabrakło przekonania.

– To teraz jedyna opcja, synu – odpowiedział Saan cichym głosem i był niemal pewny, że przez moment dostrzegł w oczach Kuera wyraz głęboko skrywanej ulgi.

– Zatem żegnaj, ojcze.

– Mimo wszystko pozostanę przy „do zobaczenia”, synu – odparł starszy der Maad ze smutnym uśmiechem na holograficznej twarzy.

Oba awatary rozmyły się w słabym świetle holoświec, które zgasły po chwili.

 

***

 

Saan wrócił na mostek pełnią swojej jaźni. Zbliżał się moment, na który czekał od dawna. Jego okręt miał przekroczyć granice znanej im rzeczywistości. Zajrzeć za kurtynę Wszechświata i podejrzeć jego najgłębiej strzeżone tajemnice. 

Do takiej misji potrzebny był okręt wyjątkowy pod każdym względem. I taką jednostką był właśnie „Niepowstrzymany”. Statek, którym dowodził kapitan der Maad nie był do końca dziełem ludzkich rąk, a tym bardziej ludzkiej myśli. Sam okręt był bezcennym znaleziskiem, artefaktem, który wieki temu przyczynił się do przemijającej właśnie świetności rodu ver Maad, a zarazem całego Imperium Człowieka. Jedyną pozostałością po zaginionej rasie Wędrowców, którzy zniknęli z Galaktyki na długo przed wyjściem pierwszego ziemskiego organizmu na ląd.

Saan od początku wyczuwał w tym geście pewną ironię ze strony Imperatora. Jeśli misja zakończyłaby się sukcesem, statek Wędrowców po raz drugi mógłby stać się fundamentem, na którym ród Saana spróbuje zbudować swój prestiż. A także prestiż całego imperium.

 

Nad obcą konstrukcją „Nieustraszonego” i starożytną technologią znalezioną na jego pokładzie, pracowali przez cztery wieki przedstawiciele trzech kosmicznych ras. Obok ludzi, także najwybitniejsi przedstawiciele dwóch podbitych przez człowieka cywilizacji. 

To, co odkryli i poznali dzięki tym badaniom, pozwoliło osiągnąć Imperium Człowieka niekwestionowaną pozycję w Galaktyce. Najtęższe umysły trzech ras nie rozwiązały tylko jednej tajemnicy okrętu. Tej najważniejszej. Jego rdzeń był źródłem niewyczerpanej i niewyobrażalnie potężnej mocy. Zasilany negatywną energią wytwarzaną z udziałem antymaterii reaktor potrafił wygenerować pole zdolne przeciwstawić się nawet wszechpotężnym siłom pływowym pochodzącym z centralnej czarnej dziury. 

Przed obecną misją, okręt wyposażono również w największe zdobycze nauki i techniki czterech współczesnych cywilizacji. Udoskonalone antygrawitatory, które w swej pierwotnej formie napsuły sporo krwi ziemskiej flocie w wojnie z Cesarstwem Gundiańskim oraz zakrzywiacze przestrzeni skradzione podbitej rasie deleneran. I wreszcie, antydylatatory czasu – najnowszą technologię kuularańską, zdobytą na wojnie, której Imperium nie powinno nigdy rozpoczynać. Ten ostatni element okazał się brakującym ogniwem, które sprawiło, że lot „Niepowstrzymanego” do wnętrza Wielkiej Czeluści stał się możliwy.

Z tą myślą, przepełniony dumą i nadzieją, kapitan Saan Ven der Maad nakazał Mózgowi rozpoczęcie operacji.

Osobliwość wzywała.

 

***

 

Kuer Ven der Maad wkroczył do wnętrza celi, w której przetrzymywano jego ojca. Zdawał sobie sprawę, że jego kariera, a także cała kilkusetletnia historia rodu, który do niedawna był drugą siłą w imperium, właśnie dobiegły końca. 

Imperator nie tolerował tchórzostwa. Ród der Maad okrył się podwójną i niezmywalną hańbą. Kuer przybył osobiście, aby spojrzeć ojcu w oczy i zadać jedno pytanie: dlaczego?

– Jak mogłeś, ojcze?

Kapitan Saan Maad ocknął się i spojrzał bez słowa na przybysza. Potrząsnął tylko głową.

– Twoje milczenie nie uchroni naszej rodziny przed ostateczną hańbą, ojcze. Jeśli masz w sobie odrobinę honoru i odwagi mężczyzny, którego kiedyś znałem, powiedz mi, co stało się we wnętrzu Wielkiej Czeluści. Dlaczego zawróciłeś?

Starszy oficer odrzucił rezygnację i raz jeszcze podjął wyzwanie.

– Nie zawróciłem! Powtarzam tym idiotom po raz tysięczny, że my polecieliśmy przed siebie! Prosto przez Wielką Czeluść! Sprawdźcie pamięć Mózgu pokładowego!

Młodszy der Maad przyglądał mu się teraz z litością wymieszaną z pogardą. Nie pojmował, jak jeszcze niedawno mógł szanować i podziwiać tego człowieka? 

– Dobrze wiesz, że pamięć Mózgu została zrestartowana dokładnie w momencie przejścia z horyzontu zdarzeń do centrum osobliwości. Potem zarejestrowała jedynie wasz odwrót. To ty wydałeś to polecenie.

– A co z tamtym? Co z tym drugim?! – Poczucie niemocy ogarniało Saana z jeszcze większą siłą.

Kuer zignorował jego słowa. Nie chciał słuchać tego bełkotu o statku napotkanym pośrodku czarnej dziury.

– Przyszedłem się pożegnać, ojcze. Zostałeś skazany na kompletną dematerializację. Reszta naszego rodu ma opuścić stolicę i układ administracyjny. Zesłano nas na jedną z planet pogranicza. – Głos gościa przepełniała gorycz.

Seen Ven der Maad zacisnął zęby z bezsilności. Została tylko jedna nadzieja. Nawet jeśli mieliby poznać wszystkie jego myśli, łącznie z tymi, które nie spodobają się imperialnym elitom, Admiralicji i samemu Imperatorowi.

– Niech sprawdzą moją pamięć.

Kuer spojrzał na niego ze smutkiem.

– Za późno, ojcze. Z rozkazu Imperatora zostałeś zanihilowany wkrótce po swoim tchórzliwym powrocie. Rozmawiam z tymczasową kopią twojej jaźni nadrzędnej. Nie zdołałem przybyć wcześniej. Podróż tutaj wymagała kilku skoków i trochę trwała. Sam rozumiesz, nie mam już wszystkich uprawnień przysługujących oficerowi floty, tato.

– Mylisz się. Nie jestem twoim ojcem, chłopcze. 

– Wiem, jesteś zaledwie niekompletnym odwzorowaniem jaźni tego tchórza.

– Niezupełnie to miałem na myśli – odpowiedziała jaźń Saana Ven der Meed i zagłębiła się w dostępnych partycjach własnej osobowości w poszukiwaniu wspomnień z podróży przez osobliwość Wielkiej Czeluści. 

 

***

 

Jeden po drugim, hologramy wizytujących okręt osobistości znikały z mostku, w miarę jak „Niepowstrzymany” zbliżał się do ergosfery czarnej dziury. Szanowni goście nie zamierzali rozpraszać kapitana w tak doniosłej chwili. Kiedy ostatni z awatarów rozpłynął się w powietrzu, Saan Ven der Maad ponownie skupił całą swoją uwagę na przekazie z Mózgu i spojrzał w mrok samego jądra galaktyki. 

Osobliwość czekała na niego niecierpliwie tuż przed dziobem okrętu.

Z tej drogi nie było już odwrotu.

Chwilę potem, bezpieczny w swoich polach ochronnych „Niepowstrzymany” przekroczył granicę horyzontu zdarzeń. Ignorując zamknięcie linii geodezyjnych, kierował się niestrudzenie do środka studni grawitacyjnej i unikając zniknięcia zawartej we własnej istocie informacji na swój temat, przeciwstawił się siłom wymuszającym nieskończony ruch wokół serca czarnej dziury. Utrzymując kurs po wyznaczonym wektorze, stawił czoła potężnym pływom grawitacyjnym i kontynuował swój lot liniowy na przekór zakrzywionej czasoprzestrzeni. 

Nieustraszony i niepowstrzymany, pchany pełną mocą rdzenia negatywnej energii żywiącego się antymaterią sunął wśród anomalii i fal uwięzionych w obszarze wyznaczonym granicami zewnętrznego i wewnętrznego horyzontu zdarzeń. W swoim kontrolowanym spadku do centrum grawitacyjnego nieustannie parł ku sercu osobliwości, ulegając siłom kierującym wszystkie drogi ucieczki do środka czarnej dziury, ale opierając się wymuszanemu ruchowi obrotowemu i nieskończonemu przyspieszeniu, jakie narzucała natura Wielkiej Czeluści. Kuularański antydylatator wykluczył z układu spadającego wartość określającą czas. W tym punkcie podróży, pozbawiony punktu odniesienia w każdym ze znanych wymiarów, „Niepowstrzymany” znalazł się poza prawami astrofizyki i mechaniki kwantowej.

Na czas tej podróży, na zewnątrz bańki antydylatacyjnej i pola antygrawitacyjnego przestały obowiązywać wszelkie ograniczenia, a przekroczenie punktu przejściowego osobliwości stało się prawdopodobne. 

Dokładnie w tym momencie, zgodnie z harmonogramem misji, wszechpotężny Mózg okrętu po raz pierwszy spróbował ustalić współrzędne punktu przejściowego, używając niemal całej swojej mocy obliczeniowej. 

Bezskutecznie. 

Gdy przeciążona jednostka uległa zapętleniu kapitan Saan Ven der Maad nakazał restart Mózgu i samodzielnie skierował sensory zewnętrzne na anomalie otaczające ich sfery ochronne.

Właśnie wtedy, tuż za krawędzią osłon „Niepowstrzymanego”, dostrzegł okręt spowity w identyczną bańkę antydylatacyjną i pole antygrawitacyjne, statek poruszający się przez wnętrze osobliwości po wektorze o takim samym kierunku i przeciwnym zwrocie. 

Jednostka, która wyglądała identycznie jak „Niepowstrzymany”, przeleciała tuż przy zewnętrznej powierzchni sfery ochronnej i zniknęła wśród anomalii towarzyszących wejściu do Wielkiej Czeluści.

– Mózg! Określ charakterystykę okrętu znajdującego się w naszym sąsiedztwie w nieprzestrzeni osobliwości – kapitan wypowiedział to polecenie werbalnie. 

W ciszy, jaka zazwyczaj panowała na mostku, jego głos zadudnił złowrogo. Pierwszy oficer spojrzał na przełożonego ze zdziwieniem. Nadzorując prawidłowe działanie osłon ochronnych i kontrolując pracę inżynierów obsługujących rdzeń okrętu, nie miał pojęcia o tym, co działo się na zewnątrz „Niepowstrzymanego”.

Podrzędna partycja Mózgu, który aktualizował właśnie swoje dane i przeprowadzał kontrolę zrestartowanych głównych obwodów, odpowiedziała z lekkim opóźnieniem.

– Okręt klasy Wędrowiec. Technologia: imperialna. Oznaczenia: imperialne. Pola antydylatacyjne i antygrawitacyjne: aktywne. Zona struktury krystalicznej doskonałej: aktywna. Mózg jednostki podlega aktualnie procesowi aktualizacji.

Kapitan der Maad zaklął pod nosem.

– Mózg. Nie pytałem o nasz stan, ale o jednostkę, którą przed chwilą minęliśmy.

– Odpowiedź dotyczyła jednostki, którą przed chwilą minęliśmy, kapitanie.

To był jakiś obłęd. Saan postanowił zadać jeszcze jedno pytanie.

– Mózg. Zidentyfikuj obcy okręt.

– Obcy okręt to „Niepowstrzymany”, klasa Wędrowiec, jednostka Floty Galaktycznej Imperium Człowieka.

Der Maad pokiwał głową z rezygnacją. W tej samej chwili aktywizowały się nadrzędne partycje Mózgu pokładowego i zaproponowały sprzężenie z jaźnią kapitana.

– Kontynuować kurs przez osobliwość – zadecydował. – Bliźniaczy okręt to teraz zmartwienie Admiralicji i Rady Naukowej – stwierdził w myślach niedostępnych dla jednostki obliczeniowej. 

Miał obecnie ważniejsze sprawy na głowie. Przez kolejne minuty upływające w lokalnej bańce czasowej, „Niepowstrzymany” walczył z potężnymi siłami horyzontu zdarzeń osobliwości, która przez długie miliardy lat swojego istnienia, jeszcze nigdy nie wypuściła nawet fotonu. Zawsze jest ten pierwszy raz.

 

***

 

Zmodyfikowany okręt Wędrowców wyrwał się poza zewnętrzny horyzont zdarzeń, przekroczył ergosferę i wszedł w prędkość nadświetlną, pozostawiając za sobą sferę akrecyjną czarnej dziury. Następnie wychylił się w przestrzeni po drugiej stronie Wielkiej Czeluści.

– To niemożliwe. – Der Maad wyartykułował te słowa werbalnie i poza pierwszym oficerem nikt na pokładzie „Niepowstrzymanego” nie odebrał jego uwagi. Ponownie sprawdził odczyty. 

Pozostawały niezmienione.

Jeszcze raz przeczesał najbliższą przestrzeń międzygwiezdną i upewnił się w swoich podejrzeniach. Przed starożytnym okrętem Wędrowców, który służył teraz ludziom, rozciągał się znajomy widok centrum Drogi Mlecznej. Do kapitana powoli docierał sens ostatnich wydarzeń. Zrozumiał także, w jak beznadziejnej sytuacji się znalazł. Nie zwykł jednak uciekać i dlatego podjął decyzję, która miała zaważyć na przyszłości jego i całego rodu der Maad.

Partycja podrzędna/operacyjna jaźni Saana przekazała jednostce obliczeniowej okrętu współrzędne punktu startowego ich wyprawy. Statek bez najmniejszego problemu wykonał skok przy prędkości nadświetlnej i pojawił się w odległości dwóch parseków od Wielkiej Czeluści. Z dala od największego skupiska gwiazd i niezliczonego rezerwuaru mniejszych obiektów przechwyconych przez czarną dziurę z otoczenia pobliskich gwiazd macierzystych. 

Teleskopy „Niepowstrzymanego” bez trudu namierzyły Quintupleta i Archesa – dwie młode gromady gwiazd położone w odległości stu dwudziestu lat świetlnych od jądra. A zatem po tej stronie wszystko było identyczne. 

Absolutna symetria. 

Zanim informacja o potwierdzeniu koordynatów w pełni dotarła do świadomości kapitana, Saan Ven der Maad zaklął siarczyście. Receptory zewnętrzne okrętu przekazały do jego mózgu obraz, jaki zarejestrowały w przestrzeni, rozciągającej się przed dziobem „Niepowstrzymanego”.

Na tle gęstego skupiska gwiazd ujrzał trzy krążowniki imperium. Natychmiast się domyślił, że były to jednostki, które całkiem niedawno odeskortowały ich odpowiednika z tej strony osobliwości do punktu wyjściowego misji.

Gdy zdał sobie sprawę ze swojego położenia i wyobraził wszystkie konsekwencje obecnej sytuacji, zrobił jedyną rzecz, która wydała mu się właściwa.

Strumień tachionów wyemitowany przez "Niepowstrzymanego" niemal natychmiast dotarł na Tolmen. 

Tutejszy Tolmen.

 

***

 

Profesor Kers Ven der Maad, przewodniczący Komisji Naukowej Uniwersytetu Wolnej Myśli na Tolmenie, odwołał hologram reprezentujący jego podosobowość podczas kolejnego zebrania szacownego gremium i skupił pełną jaźń nadrzędną w służbowym gabinecie, gdzie od kilku minut przebywał fizycznie. Nie był zresztą sam.

Wysłuchał opowieści w milczeniu, od czasu do czasu kiwając głową lub unosząc brwi ze zdziwienia.

 – Masz rację. To jedyne możliwe wyjaśnienie – stwierdził na koniec, wciąż wpatrując się z niedowierzaniem w niespodziewanego gościa.

Awatar podrzędnej partycji jaźni Saana Ven der Maad poruszył się niespokojnie na krześle.

Kers westchnął ciężko. W jego głowie ścierały się dwa przeciwstawne uczucia – radość i smutek. Nie był pewny czy powinien opłakiwać stratę brata, z którą się niemal oswoił, czy cieszyć, że ocalała, chociaż część jaźni Saana. Problem w tym, że to w zasadzie nie był awatar Saana Ven der Maad, którego znał.

Była też druga sprawa. Dla Kersa niemal równie ważna.

– Zatem "Nieustraszony" też jest identyczny?

Mężczyzna, który był i zarazem nie był jego bratem i to przynajmniej w kilku aspektach swojej obecności w gabinecie, przytaknął.

– Wasz okręt jest teraz po mojej stronie, mój po waszej. Jednak są właściwie tą samą jednostką. A awatar twojego brata rozmawia pewnie w tej chwili z moim Kersem.

Profesor zamyślił się, skubiąc brodę.

– W tej sytuacji Imperator zarządzi zapewne drugą ekspedycję.

– Nie sądzę – zaprzeczył hologram Saana. – Nie zostałem stracony z powodu tchórzostwa, jak to ogłoszono w oficjalnym wyroku Imperatora. Więcej, nie zostałem stracony w ogóle, skoro część mojej jaźni nadal prowadzi tę rozmowę. Co najwyżej przetrzymują mnie w areszcie i izolują pozostałe partycje osobowości. Robią to jednak niedokładnie. Mam wrażenie, że przynajmniej jedna z nich jest wciąż aktywna i również korzysta z zasobów mojej pamięci zbiorczej. Ale nie mam z nią żadnego kontaktu.

– Więc po co to wszystko?

– Domyślam się, że Imperator zrozumiał, co naprawdę się wydarzyło. Mam wrażenie, że po obu stronach jestem teraz ciekawostką. Kuriozum, które jednak może coś ukrywać i okazać się przydatne w przyszłości. Być może wciąż liczą na jakieś nieścisłości, odstępstwa, różnice. Ale nie mam pojęcia, na czym opierają swoje założenia. Na pewno niełatwo jest przyznać, że odkrycie, jakiego dokonała nasza wyprawa, jest bezużyteczne dla Imperium. Nie ma drogi ucieczki przez Wielką Czeluść, nie odnaleźliśmy też kryjówki Wędrowców. Po obu stronach toczy się równie beznadziejna wojna z kuularanami i po obu stronach Wędrowcy pozostają niewyjaśnioną zagadką.

Awatar Saana Ven der Maada uśmiechnął się smutno i spojrzał na swoje podwójnie iluzoryczne odbicie w oknie gabinetu.

 – Podejrzewam jednak, że najgorsze do przełknięcia dla obu kopii naszego władcy jest istnienie drugiego Imperium Człowieka i drugiego Imperatora. Dwa wszechświaty to za mało dla dwóch osobowości z identycznie przerośniętym ego.

Koniec

Komentarze

Cześć. Zacznę od tego, że przez tekst musiałem trochę brnąć. Jest gęsto i na bogato z ornamentyką hard sci-fi i technikaliami, a mnie z tym trochę nie po drodze. Pamiętam, że chyba kiedyś zaczałem czytać tę wcześniejszą wersję i odpuściłem właśnie z tego powodu. 

Ale, opowiadanie robi niezłe wrażenie. Historia jest prosta, właściwie to opowieść o jednym manewrze w kosmosie, za to pokazanym w fajnym, rozbudowanym kontekście i uniwersum. To właśnie tło tego opowiadania ma dla mnie cechy space opery. Poza tym: Wciągnęło, zaciekawiło, a pod koniec trochę zawiodło Odpowiedzią. 

Z jednej strony – nie moje klimaty jednakowoż, tak po prostu. Z drugiej – imponuje mi takie pisanie twardego sci-fi (lub czegoś, co mi się tak kojarzy), tak obiektywnie. To trzeba umieć, a Ty umiesz, i to bardzo porządnie. 

Gdyby ktoś mnie zapytał, czy mi się podobało, czy nie, odpowiedziałbym, że tak. Więc klikam BiB:)

Dzięki, Łosiot, za wizytę i komentarz. Tekst jest rzeczywiście ciężki, narzekali na to czytelnicy poprzedniej wersji. Troszeczkę zdjąłem tego ciężaru, a bardziej rozmyłem ciężkie opisy dialogami na obu "końcach" tekstu. Nic nie poradzę, takie napuszone, pseudonaukowe gadki mi tu pasują. W założeniu to ma być podłoże pod inne opowiadanie, które dzieje się w tym świecie i które takowych opisów jest pozbawione. Ten technobełkot wysnuty z prawdziwych teorii naukowych jest częścią koncepcji i całościowej wizji. Nie każdemu to pasuje, wiem o tym.

To w sumie opowiadanie oparte na jednym pomyśle, a ja lubię tego typu teksty, bardziej rozrywkowe, nawiązujące do klasycznej fantastyki "złotego wieku". Zaraz pewniej ktoś napisze, że jak na rozrywkę jest za ciężko. Cóż. Spróbujcie poczytać "przygodowy" cykl "Star Carrier". Tam to dopiero bywa ciężko…

Po przeczytaniu spalić monitor.

Ja nawet nie nazywałbym tego “technobełkotem”, to to takie… perojatywne. Widzę wartość w takim pisaniu, taką miałeś koncepcję i naprawdę zgrabnie ją wdrożyłeś. Star Carrier, tak. Odbiłem się. Ale już na przykład 7 EW Stephensona – bardzo science, bardzo tech – mniam. 

Tym razem moje wrażenie zbytnio nie odbiegają od tych, których doznałam po przeczytaniu poprzedniej wersji opowiadania. A choć teraz także mnóstwo mądrych słów wytrącało mnie z rytmu, to wyremontowana Druga strona osobliwości – chociaż to nie całkiem moja bajka – okazała się całkiem niezłą lekturą.

 

Gość za­wie­sił głos i jego ostat­nie słowa przez chwi­lę wy­brzmie­wa lub zło­wro­go w ciszy uni­wer­sy­tec­kie­go ga­bi­ne­tu. ―> Jestem bezradna wobec tego zdania. :(

 

Oprócz nich także ho­lo­pro­jek­cję dwóch przed­sta­wi­cie­li… ―> Literówka.

 

Do tej pory trak­to­wał obiekt swo­jej misji jak wy­zwa­nie, ale i osta­tecz­ną drogę do swo­ich celów. ―> Powtórzenie.

Może w końcówce zdania: …osta­tecz­ną drogę do własnych celów.

 

Nie chciał słu­chać tego beł­ko­tu o stat­ku na­po­tka­nym po środ­ku czar­nej dziu­ry. ―> Czy to znaczy, że napotkano statek w miejscu, gdzie kiedyś był środek czarnej dziury, czy może miało być: Nie chciał słu­chać tego beł­ko­tu o stat­ku na­po­tka­nym pośrod­ku czar­nej dziu­ry.

 

zro­bił je­dy­ną rzecz, która wy­da­ła mu się wła­ści­wa. . ―> Jedna kropka wystarczy.

 

Nie był pewny czy po­wi­nie­nem opła­ki­wać stra­tę brata, z którą się nie­mal oswo­ił… ―> Chyba miało być: Nie był pewny czy po­wi­nie­n opła­ki­wać stra­tę brata, z którą się nie­mal oswo­ił

 

Na pewno cięż­ko jest przy­znać… ―> Na pewno trudno/ niełatwo jest przy­znać

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki, Łosiot :)

 

Tobie również, Reg, dziękuję za ponowną lekturę (nowej wersji). Oczywiście błędy poprawiłem (ale wstyd, że jest ich aż tyle!), jakiś pośpiech i nieuwaga, telefon mi poprawiał za dużo i to są efekty… Znam Twoją opinię, cieszę się, że to wciąż niezła lektura dla Ciebie.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Bardzo proszę, Marasie, i jak zwykle miło mi, że mogłam pomóc. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Zawsze można na Ciebie liczyć, Reg.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Pochlebiasz mi, Marasie. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Od razu zaznaczę, że komentarz może być chaotyczny, bo mam dużo do napisania i… mało czasu na pisanie. ;)

Dobra, to po kolei.

Tekst jest ciężki. Pewnie Cię ta informacja nie zaskoczy. Gęsty od informacji, naładowany technikaliami. A zatem wymagający. Wymagający dlatego, że czytelnik musi cały czas utrzymywać pewien poziom skupienia. Piszę z perspektywy prostego czytelnika. Trzeba utrzymywać poziom skupienia, żeby pomiędzy tymi technikaliami nie zgubić właściwej historii. Jeśli pojawi się chęć, by to i owo przeskoczyć, należy z nią walczyć. Takie skakanie z automatu oznacza bowiem, że czytelnik gubi gdzieś swoją obecność w tej historii. Słowem, już tylko biegnie wzrokiem przez tekst – dla niego zapis wydarzeń – ale w żaden sposób jej nie odczuwa. Nie wkręca się w nią.

“Ciężkość” jest w tym przypadku wadą “umowną” tekstu i później wyjaśnię, co miałem przez to na myśli.

Opowiadanie, mimo nagromadzenia technikaliów, wciąga. Czytałem bodaj dzień po publikacji. Zamierzałem przemknąć przez parę akapitów, jak to zwykle robi się po to, by sprawdzić, czy warto wrócić do opowiadania w przyszłości. Zamierzałem, ale tekst mnie “nie puścił”. Jak już zacząłem czytać, to przeczytałem do końca. I ta jedna uwaga, jak sądzę, wystarczy, jako uzasadnienie, dlaczego tekst wciąga.

Tekst nie jest więc lekki i też nie do końca wpisuje się w moje preferencje czytelnicze. Nie mam nic do space opery, ale wolę takie klasyczne science-fiction (cokolwiek termin “klasyczne” znaczy). Interesuje mnie kosmos, jego tajemnice i to na nich chciałbym się skupiać. Wizje Imperiów, historie rodzinne. To wszystko pociąga mnie jakby mniej. I to zaznaczam celowo, żebyś miał pogląd na to, jaki typ czytelnika pisze Ci opinię. To, moim zdaniem, bardzo istotne, bo wbrew pozorom, podobne czy nawet bliźniacze opinie od dwóch różnych osób mogą mieć kompletnie różny wydźwięk.

W danym komentarzu, poza treścią, ważny jest również typ czytelnika, który się opinią dzieli. Inaczej spojrzy na dany tekst wielbiciel danego gatunku, a inaczej ktoś, komu dany gatunek jest obojętny. A choćby na końcu te dwie osoby napisały identyczny komentarz, ich wydźwięk nie będzie taki sam.

Ale wracam do tekstu. Napisałem, że nie pociągały mnie za bardzo dzieje i relacje rodziny der Maad. Nie pociągały mnie też wspomniane technikalia ani obraz bezwzględnego na swój sposób Imperatora. Tak samo jest z motywem wojny.

A jednak CM, ten prosty, marudzący czytelnik, upiera się, że tekst go wciągnął. Dlaczego?

Dwie sprawy. Pierwsza jest dosyć prosta. Piszesz solidnie i potrafisz wciągnąć w tekst. Druga to ten element tajemnicy kosmosu, który w tym tekście zawierasz. Element jest jeden, ale wystarczy. Zwłaszcza, że korzystasz z niego umiejętnie i budujesz opowiadanie tak, żeby chciało się czytać dalej.

W sumie jest jeszcze trzeci powód, o którym piszę bardzo rzadko, a który działa na czytelnika najczęściej. Ten trzeci, najbardziej powszechny dla opowiadań powód to: diabli wiedzą dlaczego. ;)

Ten powód oznacza z grubsza… niechęć do ustalania powodów. Tak już jest z opowiadaniami. Jak coś nie zagra, możesz pisać godzinami. Jak coś wciąga… to wciąga. Na cholerę mi się zastanawiać: dlaczego? Ważne, że jest frajda z lektury.

Dobra, a teraz może sprawa najważniejsza. Po co ja właściwie piszę tyle o tych moich gustach i rozwodzę się nad drobiazgami. Ano rozwodzę się głównie dlatego, że mam zamiar wskazać ten tekst w wątku nominacji piórkowych. I siłą rzeczy, jako Autor, masz prawo wiedzieć, co mnie do tego skłoniło.

Pisałem, że tekst nie jest w moim guście. Natomiast istnieje ogromna różnica między “nie w moim guście”, a “źle/do niczego”. Wiesz, ja nie wiem, czy to jest tekst piórkowy. Mam pewne wątpliwości. Na szczęście nad tym problemem będzie pochylać się Loża. Oczywiście, jeśli poza moją pojawią się i inne nominacje. Nie mam natomiast wątpliwości, że jest to tekst na poziomie, który uprawnia przynajmniej do zawalczenia o piórko. A już na pewno nie jest gorszy od wielu opowiadań, które taką nominację otrzymały (niczego im oczywiście nie ujmując). Żeby nie posługiwać się przykładami innych Autorów, wskażę Twój tekst na Mitologie Inaczej. On tam, zdaje się, swoją szansę na walkę o piórko dostał, a przecież “Druga Strona Osobliwości” w niczym mu nie ujmuje.

Pisałem, że opowiadanie jest ciężkie i jest to wada “umowna”. Trzeba być bowiem wobec opowiadania w pełni uczciwym i jasno sobie powiedzieć, że ten tekst przy takim pomyśle i tej formie musi mieć określone nagromadzenie tych “ciężkich” terminów. Uważam, że nawet próby dalszego rozmywania nie miałyby żadnego sensu. Powstałoby wtedy coś w rodzaju opowiadania “dla wszystkich i do wszystkiego”, które w rzeczywistości nie byłoby dla nikogo.

Czemu służą technikalia w tym tekście? Eliminują motyw “czarodziejskiej różdżki”. Nie każesz wierzyć na słowo honoru, że coś może być tak, a nie inaczej. Budujesz określoną rzeczywistość i konsekwentnie ją uwiarygadniasz. Czy jest to męczące? W jakiś sposób na pewno. Czy jest to wada tekstu? Tak już napisać nie mogę. Bo co mam Ci zarzucić? Że jesteś konsekwentny? Że prezentujesz coś od początku do końca w takiej konwencji i koncepcji, jaką sobie przyjąłeś? Że się w tym nie gubisz?

Dalej. Historia jest oparta na prostych elementach. Typowy Imperator, nieco typowy obraz wojny. Równie typowe zawiłości rodzinne (no może nie zawiłości, ale pewne proste zależności, które również wydają się typowe). I znów, czy mnie to zachwyca? Nie, wolałbym coś innego. Ale czy to jest wada tekstu? No znów niekoniecznie. Bo to jest celowe. Zamierzone. Wybierasz pewien gatunek, obierasz konkretny pomysł na jego prezentację i się tego trzymasz. A już konkretniej. Pisałem o typowości relacji der Maadów, pisałem o typowości Imperatora, pisałem o typowym motywie wojny. Coś sporo tej typowości, nie? ;)

Jednocześnie ta typowość jest zadziwiająco konsekwentna. Bo też i widać, że owa typowość wynika z konwencji. To wszystko, jak mi się zdaje, jest nawet delikatnie przerysowane. Wprowadzasz pewien element lekkości jako przeciwwagę do ciężkawej terminologii. Mnie akurat to połączenie podeszło średnio, ale to znów kwestia gustu. Słowem, to nie jest “typowość”, ale zamierzona zabawa “typowością”. Tak to oceniam. I znów, jak mogę nazwać wadą tekstu coś, co zrobiłeś dobrze i zgodnie z założeniami dla przyjętej konwencji?

Już tak lekko zmierzając do podsumowania. Wybierasz proste elementy, dołączasz zabawę typowością, kreujesz obraz Imperium i wojny w sposób bardzo konsekwentny, czego dowodzą w pierwszym rzędzie właśnie te “wredne, ciężkie” technikalia. Wiesz, co chcesz zaprezentować, nie gubisz się w tym i w efekcie dostajemy bardzo solidne opowiadanie, którego ewentualny zły odbiór może zależeć w głównej mierze od gustów czytelniczych. Nie od jakości wykonania, bo tutaj nie mam raczej nic do zarzucenia.

I stąd bierze się moja nominacja do piórka. Bo to, że coś nie w pełni trafia w mój gust (nie w pełni, bo w końcu czytałem z zainteresowaniem, o czym nie można zapominać), nie znaczy, że nie docenię jakości.

Tak, jak pisałem, samo piórko budzi pewne wątpliwości, których nie miałbym przy “Trzeba Czekać” czy “Własnymi Drogami”. Bo uważam, że tamte teksty były lepsze. bardziej uniwersalne. Miały więcej argumentów w walce o czytelnika. Siłą rzeczy mogły trafić do szerszego grona odbiorców. Przede wszystkim też nie wymagały od czytelnika pewnych kompromisów (ta konieczność ciągłego skupienia wynikająca z technikaliów). Ale tekst w swoim gatunku jest, jak sądzę, bardzo dobry.

Na koniec jeszcze jedna uwaga. Daruj, że wiele uwag piszę pośrednio, bardzo ogólnie, nie zagłębiając się mocniej w opowiadanie. Sam widzisz, jak długi wyszedł ten komentarz. Możesz sobie dopowiedzieć, ile znaków potrzebowałbym, pisząc cały komentarz w oparciu o bezpośrednie odniesienia do tekstu. ;)

I na koniec:

„Niepowstrzymany”, jedyny okręt klasy Wędrowiec w siłach zbrojnych Imperium Człowieka, wyszedł z nadświetlnej i zajął pozycję obserwacyjną.

Nie powiesz mi, że to nie jest mrugnięcie okiem do “Niezwyciężonego”. ;-)

Za to na pewno powiesz mi, że takich mrugnięć okiem było w tekście dużo więcej i przynajmniej część powinienem wyłapać. ;)

P.S. Daruj ewentualne literówki w komentarzu, ale już nie miałem siły biec przez opinię i szukać błędów. ;)

 

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Cześć. Jestem słaby w terminologii astrofizycznej i podobnych sprawach, ale użycie ich tutaj wręcz sprawiło mi przyjemność, takie było eleganckie i sam raz, żeby nie zanudzić. Pomysł rozszczepionych osobowości i partycji funkcyjnych uważam za bardzo ciekawy. W ogóle uniwersum sprawia wrażenie dobrze przemyślanego i nadającego dla akcji powieściowej, jak i sama fabuła. Ciekawie też wygląda relacja rodu bohatera i panującej dynastii, która w dużej mierze zawdzięcza rodowi swoją potęgę, a z drugiej jest zazdrosna o jego wpływy. Ten wątek jest wart rozbudowania. Najsłabszym punktem jest? moim zdaniem, zakończenie i puenta. Sprawia wrażenie zbyt pośpiesznego i płytkiego, jak końcówka serialu, który miałby normalnie jeszcze ze dwa sezony, ale z powodów finansowych został skrócony do trzech odcinków. Dla mnie zaistniała na końcu sytuacja jest dopiero początkiem intrygi. Zachęcam do kontynuacji. Klik dla ambitnego dzieła.

Zapraszam do przeczytania “Burzyć nie budować” albo Szabru.

Osobiście bardzo mi odpowiada język naukowy tego opowiadania. Lubię, kiedy ktoś piszę nad czym konkretnie się zastanowił i zrobił konkretny research albo już posiada taką wiedzę fizyki. Nie przemawia do mnie niestety płaszczyzna fabularna, dużo informacji na temat imperium to fajnie, ale postacie w ogóle mnie nie poruszyły. Są, bo są. Nie trafiły do mnie w ogóle ich problemy z imperatorem i nie rozumiem dlaczego imperator gada z Kersem… Na pewno ma ważniejsze rzeczy na głowie. Najpierw kapitan statku jest ironiczny w rozmowie z synem a potem już taki nijaki. Popracowała bym nad budowaniem postaci, bo na razie wypadły mi blado. Założenia świata i jaźń, dzielenie ich na części – ekstra pomysł! Chętnie przeczytała bym coś więcej z tego uniwersum :)

N.S.N.P

A tak w ogóle to miałam skojarzenie z odcinkiem star treka ;) gdzie Voyager napotyka drugą wersję siebie :)

N.S.N.P

Dziękuję za wizytę i tak wyczerpujący komentarz, CM. To chyba jeden z najdłuższych (jeśli nie najdłuższy) komentarz pod moim tekstem. Masz rację, jest ciężko i ten zarzut pojawiał się już pod poprzednią wersję opowiadania (znacznie krótszą). Starałem się go nieco odciążyć, ale nie chciałem stracić też jego ciężaru gatunkowego, że się tak wyrażę. Ta zabawa w opisy na granicy nauki i wyobraźni to część konwencji jaką sobie wykoncepowałem dla tego tekstu i świata.

Bodajże Algir narzekał i wspominał wcześniej o “kalce” z “Niezywciężonego” w pewnym fragmnecie. Kalki nie było, było mrugnięcie okiem do czytelnika znającego najlepszą space operę/s-f w polskiej literaturze popełnioną przez mistrza Lema. I słusznie domyślasz się, że są i inne “mrugnięcia”. Chciałem mrugnąć okiem do czytelników m.in. Fundacji, cyklu Praxis Williamsa, dzieł Colina Kappa, Hamiltona i Reynoldsa.

Bardzo mi miło, że mimo tego stanu “skupienia”, jaki był wymagany, opowiadanie wciągnęło, a tekst trzymał i nie puścił. To naprawdę mocne słowa i wielce satysfakcjonujące dla autora. Zwłaszcza z ust odbiorcy, który za takimi utworami, gatunkiem, wizjami, nie przepada. Nawet jeśli tylko diabli wiedzą dlaczego go wciągnęło i skąd ta frajda z lektury ;)

Czy to opowiadanie piórkowe niedługo się przekonamy. Zapewne nie. Ale ja miałem frajdę z jego pisania, poprawiania i osadzania w szerszym tle klasycznej space opery, która powróci wkrótce w kolejnym tekście (jest na ukończeniu).

Masz rację, całość miała mieć taki klimat, taką konwencję i taki język. To świadome i ryzykowne zagranie. Pewnie tekst znajdzie niewielu zwolenników. Ale zwyczajnie lubię próbować się z różnymi gatunkami i staram się pisać nieco “inaczej” z każdym opowiadaniem. I masz rację, starałem się być w obranej konwencji konsekwentny. Nawet wybierając typowe klisze i nieco się nimi bawiąc.

Raz jeszcze dziękuję za Twój komentarz, miłe słowa i… głos na nominację! Oraz za klika bibliotecznego (chociaż Użytkownicy niby kliknęli, ale go nie dostałem).

 

Tobie również dziękuję za komentarz, Nikolzollernie. Wiem, że kosmiczne klimaty, rody, imperia itp. to klimaty Tobie bliskie. Wiem, że tworzysz swoje, bardzo rozbudowane uniwersum. Mam nadzieję się z nim w wolnej chwili zapoznać (zajrzę też do rekomendowanych przez Ciebie tekstów). I masz rację, to jest/będzie część większego świata i historii. Szkoda, że zakończenie wydało ci się płytkie, ale cieszę się, że kilka pomysłów wydało się Tobie interesujących. Dzięki za zachętę i za klika!

 

Witam, Unicorn. Dziękuję za opinię. Tobie z kolei przypasował język, a nie przypasowała fabuła i postacie. W tej dosyć rozrywkowej (mimo ciężaru technogadki) konwencji nie zagłębiałem się za bardzo w charakterystykę postaci, ale pewnie i one doczekają się z czasem jakiejś głębi. Jeśli masz ochotę “na więcej” z tego uniwersum, to niedługo będziesz miała okazję. A ja postaram się zapoznać z Twoją twórczością.

* (odcinków Star Treka za bardzo nie znam)

Po przeczytaniu spalić monitor.

Zacznę od tego, że Twój tekst mnie przerósł. To znaczy, że ograniczenia mojego potencjału intelektualnego nie pozwoliły mi w pełni go zrozumieć. Ale, ale, ale… Czy można to uznać za wadę? Myślę, że zdecydowanie nie. Przeczytałam trzy razy i za każdym razem trochę więcej do mnie docierało :)

Przede wszystkim doceniam pomysł i zgadzam się z poprzednimi komentującymi, że spokojnie może on stanowić podstawę dla dobrej książki. Jeśli chodzi o warsztat jest lepiej niż bardzo dobrze. Podobnie sprawa ma się z konstrukcją opowiadania, tempem akcji, rozłożeniem napięcia. Fabuła i postacie też na plus. Cóż, pozostaje mi jedynie poprzeć CM w zgłoszeniu tekstu do marcowego piórka :)

 

Ps. A i oczywiście doklikuję bibliotekę :)

Trzy razy?! Katiu, dziękuję za komentarz. I bardzo dziękuję za niespodziewany głos na nominację! Opowiadanie na pewno Ciebie nie przerosło, to ja pewnie napisałem je posługując się zbyt gęstym technobełkotem. Cieszę się też, że doceniasz pomysł i warsztat oraz inne elementy. Wielkie dzięki za opinię i klika!

Po przeczytaniu spalić monitor.

mr.maras → to ja będę z niecierpliwością czekać na pogłębienie postaci, bo potencjał w nich widzę, tylko trzeba je dopracować. Ja chyba bardziej lubię się zagłębiać właśnie w bohaterów ;) 

Oj… szkoda, że Star Treka tak nie znasz, nie pamiętam, w którym to odcinku Voyajera było – ale właśnie spotkali się z osobliwością i ich statek się powielił ;) podobnie jak u Ciebie. 

Czekam na więcej! 

N.S.N.P

Dzięki raz jeszcze, Unicorn. 

Zwracam tylko uwagę, że u mnie statek się nie powielił. Nie było też pętli czasu itp. , jak pisano w komentarzach pod poprzednią wersją. Jest nieco inaczej…

Po przeczytaniu spalić monitor.

Przeczytałam, tekst mnie wciągnął pomimo specjalistycznych opisów obcych technologii :) Jestem tutaj nowa i już widzę, że będę częściej się pojawiać :)

Tobie też dziękuję, Fantastycznaw. Cieszę się, że tekst wciągnął i przyczynił się do Twojej decyzji.

Po przeczytaniu spalić monitor.

mr. maras – trzy razy, bo ja wszystko trochę za szybko robię, i piszę, i czytam, a przy niektórych tekstach wymagałoby odrobinę zwolnić ;)

Jeszcze raz dziękuję!

Po przeczytaniu spalić monitor.

Coś mi się zdaję, że przeczytam jeszcze raz to wyłapię więcej smaczków. ;)

N.S.N.P

A zapraszam ;)

Po przeczytaniu spalić monitor.

Bardzo porządna, solidna SF, wymagająca uwagi od czytelnika. Doceniam i polecam :). 

Dziękuję, Ninedin, za krótki, zwięzły ale pozytywny komentarz, a także docenienie i polecenie :).

Po przeczytaniu spalić monitor.

Wrócę pewnie z dłuższym, ale chwilowo jestem w szale pisania (e-learning).

Zatem życzę owocnej pracy i czekam cierpliwie na dłuższy komentarz.

Po przeczytaniu spalić monitor.

" – Masz rację"

" – Podejrzewam jednak"

Nadmiarowa spacja na początku linii.

 

Cóż, opowiadanie dobre, ale zdecydowanie inne Twoje teksty bardziej mi się podobają. Trochę widac próbę opisu historii świata, jak to robi NoWhereMan, ale tez nie do końca. W przedmowie wspomniałeś, że tekst pierwotnie był krótszy… Cóż, czytając jego aktualną formę, wydaje mi się, że gdyby pierwsza połowa została mocno skrócona, opowiadanie tylko by na tym zyskało. Z zastrzeżeniem "chyba że" – chyba, ze zachować długość, ale zmienić sposób opisu świata w tej pierwszej połowie – w aktualnej formie niestety uwaga trochę ucieka (przynajmniej mnie).

Brakło mi też opisu konsekwencji banicji rodu, jakiejś sugestii intrygi – a przecież rozmowa w finałowej scenie jest dosłownie o pół zdania od takiej sugestii w momencie, gdy rozważane jest to, czy trzymanie więźnia nie jest trzymaniem atutu na przyszłość.

 

Na plus szczegóły świata. Mam podejrzenie, że tu nie ma w tle zarysów settingu, a jednak świat mimo to wydaje się bardzo spójny i mający historię. Jeśli faktycznie nie ma "zaplecza" w nieopisanej części historii, to spory ukłon w tym miejscu.

 

Dobra, ponarzekałem, ale tekst jest dobry i solidny. Niedosyt jednak zostaje.

 

Trochę zastanawia "nie cąłkiem serio" z przedmowy. Rozwiniesz?

 

Swoją drogą że nie wzięli pod uwagę, że może to nie dwa bliźniacze światy, tylko zakrzywienie informacji i że w momencie wyjścia podwojenie informacji zostaje ponownie zespolone i wypluty zostaje ten sam okręt w ten sam wszechświat…?

Dziękuję za fajny komentarz, Wilku. Nawet jeśli wyraża on Twój niedosyt.

Fakt, to tekst dla mnie nietypowy. Ale dobrze się bawiłem podczas jego tworzenia. Zdecydowanie jednak nie mam ambicji budowania światów w stylu NWM. Ten teksty powstał jako samodzielna historia, pod wpływem impulsu i w oparciu o pomysł, który wydawał mi się wart wykorzystania. Pomysł z gatunku oldskoolowych opowieści fantastycznych. Mocno udawane "hard" s-f, zdecydowanie bardziej space opera.

Tekst był krótszy, przez co bardziej upakowany i nabity techno bełkotem quasi-naukowym. Starałem się go rozcieńczyć. W międzyczasie dopadł mnie kolejny pomysł na przygodową spacer operę i postanowiłem oba połączyć i umieścić w jednym uniwersum. W tym tekście mamy to uniwersum tylko lekko zarysowane. Ale od początku wyglądało tak, jak wygląda.

Szczegóły z dziejów obu rodów mam zamiar przemycać powoli, myślę o opowiadaniu przedstawiającym wydarzenia z przeszłości, dotyczące odnalezienia statku Wędrowców. Tymczasem kończę tekst drugi, który będzie bardziej przygodowy.

Dlaczego nie całkiem serio? Bo to zabawa, próba gatunku, trochę aluzji do innych światów space operowych, które lubię. No i patos, rozbuchanie, przegięcie w opisach itd.

Swoją drogą, że nie wzięli pod uwagę, że może to nie dwa bliźniacze światy, tylko zakrzywienie informacji i że w momencie wyjścia podwojenie informacji zostaje ponownie zespolone i wypluty zostaje ten sam okręt w ten sam wszechświat…?

– to by mi rozwaliło kluczowy pomysł na fabułę (podmianka) ;)

Po przeczytaniu spalić monitor.

Czy ja wiem czy rozwaliło? Gdyby rozważali obie opcje, nadal pomysł by funkcjonował…

Jest coś takiego jak rozmycie intrygi. Bohaterowie mogliby też gadać o wieloświatach Everetta itd. itp. To wszystko powodowałoby u czytelnika zwątpienie w to, co naprawdę wydarzyło się według autora. Podsuwało mu inne rozwiązania, nieporządane przez autora.

Tutaj pomysł jest prosty ale i tak już wywołuje pewne zamieszanie (chyba Bellatrix pod poprzednią wersją myślała, że to jakiś trick z pętlą czasu wyszedł). To pewnie wina autora, chociaż wydawało mi się, że to było dosyć jasne już w pierwszej wersji. Dlatego dodałem kilka wskazówek/wyjaśnień i cały dialog na zakończenie. 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Hm… W sumie mi to się od razu skojarzyło z teoretycznym paradoksem istnienia informacji w dwóch kopiach po przekroczeniu horyzontu zdarzeń (jedna kopia na granicy horyzontu, druga w środku), co w momencie wyjścia z osobliwości oznaczałoby ponowne zespolenie. Może stąd moje przekierowanie na inną interpretację.

Ok. Rozumiem. Według mnie czytelnikowi ma to się natomiast kojarzyć z lustrzanym Wszechświatem, identycznym i idealnie "symetrycznym" wobec naszego. Z którego to Wszechświata bliźniaczego przybywa do naszego tamtejszy odpowiednik bohatera i statku. I myślę, że jednak przeciętny odbiorca takie właśnie ma skojarzenia i tak zinterpretuje wydarzenia.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Całkiem prawdopodobne. Ja mam skrzywione spojrzenie, bo nie dość, że niedawno czytałem jakiś artykuł na temat wspomnianego paradoksu, to chyba w Expanse było to wykorzystane.

Ojej gdzie to było w Expanse?? Tak z ciekawości…

N.S.N.P

Przy wejściu do pierścienia. Ale tez głowy nie dam, czy nie myli mi się z innym serialem.

Chłopakom od "Expanse" (książek i serialu) bliżej do hard niż space opery. Poszli Twoim tropem, Wilku. Nie znam wszystkich sezonów serialu i tego wątku z paradoksem istnienia informacji nie widziałem na pewno. Ale to kolejny po ST serial, w którym jednak chodzi o zupełnie inne wykorzystanie wątku osobliwości niż w moim tekście.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Hm.. Jestem fanką expanse ;) bo ja wiem czy są hard sf? Po prostu sprytnie wplatają fizykę i technologie do powieści, ale jednak podstawą są u nich postacie i fabuła. Myślę z kręgiem chodziło o coś innego ;)

N.S.N.P

Bliżej w sensie: bliżej im, niż mojemu tekstowi ;)

Po przeczytaniu spalić monitor.

mr.maras → ooook! I get it ;) 

N.S.N.P

Cholipciuś, jest ich dwóch, identycznych, jak to możliwe? Ano prawdopodobne. Splątanie, mogą być splątane całe układy. Nie złapiesz, aby zmierzyć; nie unieruchomisz; nieskończona prędkość, „upiorne działanie na odległość” (A.E). Jest też teoria dekoherencji, w której przez oddziaływanie z otoczeniem występuje utrata informacji i dlatego pomiar ich składowych staje się niemożliwy. Choć bliższa mi jest pierwsza kopenhaska: układ pomiarowy i badany są połączone, co moglibyśmy rozszerzyć do całego wszechświata. Jednak to wszystko dzieje się na razie na styku nauki i filozofii. Nie ma słów na to.

Trochę przeniosłeś świat mikro do makro. Fajne. :) Pewnie, że nie musi być pętla czasowa jak u Sniegowa czy innych. Rodzi to osobliwość, jakże byś z tego wybrnął?

To, że Saana nie został stracony – bardzo interesujące.

Przerwałeś w najciekawszym momencie i, coż teraz mam uczynić – ja nieboga? Kiedy dalszy ciąg… To nie jest skończone opowiadanie! Sic!

 

Dobrze, kiedy się już wystarczająco naemocjonowałam i napretensjowałam, krótka informacja z głowy. 

Reaserch i wiedzę widać, czym jestem zachwycona. Rozwiązanie niesztampowe, te wszystkie linie dylatacyjne, akrecje sferyczne – w punkt, zakresy promieniowania i materia w pobliżu czarnej dziury i wiele innych wizji, wtrąceń. W kwestii „technologicznego bełkotu” – mi nie przeszkadzał, wręcz pomagał, z tym że… 

Moim zdaniem, lekko przesadzasz niekiedy z dokładnością, co może dawać efekt nadmiaru i zwiększać niezrozumiałość, gdyż dopiero wtedy czytelnik próbuje się w nie “wgryźć”. Szczególnie zastanowiłabym się nad: „wszystkie, wszelkie”, trochę z nimi przesadzasz; powtórzenia całych fraz (nie wprost naturalnie), aby się czytelnik nie pogubił i wiedział, że piszesz o Czeluści, Wędrowcu itd; niekiedy zostawiłabym jeden przymiotnik, zwłaszcza, jeśli pięć-sześć stoi obok siebie przedzielone rzeczownikiem. Przy czym chodzi o fragmenty pierwszej części.

Dialogi świetne i fabuła też. Jest mrożąca krew w żyłach tajemnica. 

Opko jest w sam raz i masz rację, że to space opera z dobrą domieszką science. Przeczytałam już komentarze, gdyż pozostawałam w płonnej nadziei, że się dowiem, co dalej i zgadnij, czy się dowiedziałam… nie. c

 

W biblio już jesteś, zgłoszę do piórka :), chociaż dobrej myśli nie jestem. Jednak, zobaczymy. :) Za co nominuję: suspens science, pięknie zarysowane przez dialogi postaci i ich wzajemne odniesienia, ideę, strukturę oraz że tak mnie wciągnęło.

 

Trzymaj się ciepło, najlepiej w domu:)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Dziękuję za odwiedziny i konkretny, rozbudowany komentarz, Asylum.

Rzeczywiście, są na tym świecie (w skali mikro i makro) sprawy, których nie pojmujemy i które trudno opisać słowami.

Ja nawet nie próbowałem, "ekstrapolowałem" sobie pewne teorie naukowe i hipotezy dosyć swobodnie i starałem się nadać im odpowiedni dla space opery rozmach, korzystając z odpowiednio wydumanego i napuszonego słownictwa.

Opowiadanie kończy się tam, gdzie miało się skończyć w tej wersji, pierwotnie koniec następował zaraz po odkryciu identycznego wszechświata po drugiej stronie. Teraz, myśląc o kontynuacji (nie dosłownej), pozostawiłem sobie kilka furtek otwartych, ale pomysł na ten tekst jest domknięty. Wszak o zaskakującą podmiankę tu chodziło.

Technogadka jest z pewnością przegięta. Oczywiście celowo i zapewne mimo pewnych zmian w tekście nadal odrzuca. Cóż. To chyba tekst dla wąskiej grupy odbiorców. A rozbuchanej space operze o starożytnych rasach, potężnych artefaktach, lotach galaktycznych, imperiach, wojnie międzygwiezdnej itd. miał towarzyszyć rozbuchany i patetyczny styl, przeładowany język. Takiej konwencji szukałem.

Dziękuję serdecznie za ciepłe słowa oraz za głos na nominację!!! Też nie liczę na zbyt wiele, ale zawsze miło. No i super, że wciągnęło – to dla autora najważniejsze.

Też się trzymaj ciepło. Oczywiście w domu:)

Po przeczytaniu spalić monitor.

Panie Marasie, ekstrapolacja teorii, tudzież hipotez  naukowych w tekście jest dobra. To się czyta!. Rozmach jest! Nie zgodziłabym się z Tobą, że słownictwo napuszone, jedynie że w kilku miejscach chcąc podkreślić, zrobiłeś to za mocno, dodam że dotyczy to tylko i wyłącznie fragmentów, które nazwę technicznymi oraz nie chodziło mi o zwroty techniczne (ich jest w punkt), lecz o inne beletrystyczne wypełniacze, stojące tuż obok nich. 

Technozagadka nie jest przegięta i nie odrzuca, przyciąga, bardzo przyciąga. Tekst nie jest hermetyczny, a space opera jest akuratna, nie rozbuchana, chyba że użyłeś w pozytywnym znaczeniu, tj. żywa, fascynująca, wszechogarniająca. Konwencja wyważona i udało Ci się znakomicie.

No, żebym ja miała Autora przekonywać, zaprawdę pierwszy raz mam do czynienia z takim przypadkiem (upartym, nawiasem mówiąc). wink

 

Całe szczęście, że dodałeś zakończenie, poprzednie, o którym wspominasz byłoby nie takie w punkt, a od zaskakującej podmianki rzecz się zaczyna, a nie kończy. Furtek zaiste pozostawiłeś otwartych wiele. To naprawdę dobre uniwersum, a tym masz dobre pióro. 

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Niezly walec. Lekko nie bylo, ale sie czytalo. I to czytalo sie dobrze, choc to nie je moja bajka. Podobalo mi sie zakonczenie, troszke spodziewalem sie innego, ale ja nie jestem oblatany w te klocki za bardzo – ostatnie sf to chyba Mroza przeczytalem… i takie sobie bylo.

"To się czyta!. Rozmach jest!" – dziękuję, Asylum. A nad tymi beletrystycznymi wypełniaczami pewnie się pochylę.

"Konwencja wyważona i udało Ci się znakomicie." – jeśli tak to widzisz, to bardzo się cieszę. Może jestem uparty, ale kilka osób narzekało na język i nadmiar "encyklopedii" w teście, więc jestem teraz ostrożny.

 

Tobie również dziękuję za komentarz, Pawełku. Mam nadzieję, że "niezły walec" na pozytywne znaczenie ;). Jeśli nie było lekko, a mimo to czytało się dobrze, to jestem zadowolony. I powiedz mi, proszę, jakiego zakończenia się spodziewałeś, bo mnie to zainteresowało.

 

 

 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Widzisz, mrmarasie, inaczej się czyta teksty science, porównując to z fantasy. W nich musi być więcej techno i słów (konceptów, pojęć) potocznie niezrozumiałych (ale nie bełkot) i IMHO powinien być silnie zarysowany dramat/komedia bądź wszystko na raz. A jeśli jeszcze jest tęsknota i piękny język przeplatany z precyzyjnym to jest top on the top. Z kolei w fantasy jest inaczej, najczęściej światotworstwo (czyli różne stwory, magia), silny obyczaj i tysiące słów, za wyjątkiem kilku autorów, którzy bardzo precyzyjnie konstruują swoje światy, takich bardzo cenię. Narzekania będą.

Jasne, że to moja opiniawink

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

mr.maras – msztu dowcipne podkreslenie ega wladcy, generalnie w sumie beznadziejna monarchie (mam nadzieje ze ludzie beda madrzejsi ;) ), i naukowca ikapitana statki bedacych rodzina. Dla mnie az sie prosi, skoro czarna dziura jest lustrem, to czy da sie oszukac lustro by jednak po obu jego stronach bylo co innego? A efekt luster, gdy patrzysz na lustro przez lustro i robi sie pewnego rodzaju incepcja? W sensie spodziewalem sie czegos bardziej naukowego vel cwanego niz dowcipnego. 

ale tez pod zadnym pozorem nie mowie ze zakonczenie bylo zle, ot spodziewalem sie czegos innego.

Pisanie na komorce to bol tylka ;) sorry za bledy.

Rozumiem Twój punkt widzenia, Asylum. Pewnie masz sporo racji z tym podziałem gatunkowym.

Dzięki, Pawełku, za wyjaśnienie. Błędami się nie przejmuj.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Nie wiem, czy to space opera. Niby jest imperium, podbite narody, jakaś wojna, ale to wszystko tło dla Twojej koncepcji lustrzanego Wszechświata. A koncepcja jest genialna w swojej prostocie i wręcz zabawna. W dobrym tego słowa znaczeniu, żeby nie było :) Tyle tylko, że fabularnie trudna. Myślę, że wycisnąłeś z niej, co się dało ;)

Podobał mi się też pomysł z podzielonym na partycje umysłem. Czy to freudowski podział? Trochę chyba zwielokrotniony?

Przeszkadzał mi trochę Wędrowiec. Gdyby statek był dziełem ludzi, opko stanowiłoby zamkniętą całość. A tak pozostaje kwestia jego pochodzenia. Drażni mnie to trochę i odrywa uwagę od głównej koncepcji.

Generalnie czytało się świetnie, podobało mi się. Jeśli umiem liczyć, to piórkową nominację masz już w kieszeni, ale szczerze mówiąc nie wiem jeszcze, jak będę głosowała.

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

MrMarasie, wtrącę się, ale już ostatni raz, przyrzekam, że zamilknę na zawsze pod Twoim opkiem! :) a przyrzeczeń dotrzymuję, jak wiesz. Wiem, że sam wyjaśnisz, ja tylko z pozycji czytelnika napisze słówko, niezależnie od Twojej koncepcji/idei.

 

Irko, Pawełku, światy nie są lustrzane, no w pewnym sensie są, ale nie przez lustrzane odbicie, lecz fenomen mikro świata – splątanie. Fizycznie, zerknijcie na stary już eksperyment Einsteina – spiny cząstek były takie same, nie, może coś współczesnego – teleportacja stanów kwantowych z 2013. Nie też niedobre. Napiszę, ale cholernie głupie będzie, chodzi o to, że możemy mieć dwie cząstki, załóżmy A i B. Jeśli są splątane (a tu – fantastyczne założenie) to ich stany (w rozumieniu właściwości) są takie same w tym samym momencie, nie mogą być inne.

Partycje, odpuśćmy Freuda (to sporo ponad sto lat temu, psychoanalitycy tak nie myślą już i całe szczęście, ale przybliżenie było w punkt), mulitasking – podzielność uwagi (zakładamy że podkręcona, bo obecna marna i człowiek nie jest przystosowany, ale pewnie coś dałoby radę wykombinować, pytanie jakim kosztem?, ale to już inna sprawa)

pozdrowienia, trzymcie się ciepło:) w najbliższych dniach, a ja znikam, bo już dość naofftopowałam.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Asylum – rozumiem ze masz na mysli materie lustrzana polaczona z badaniami Popławskiego? Bo jesli dobrze pamietam to Poplawski twierdzi, ze czarna dziura moze byc droga na druga strone wszechswiata, czy tam do innych wszechswiatow. Natomiast teoria materii lustrzanej to to ze inny wszechswiat jest w naszym wszechswiecie w formie materii, ktora jest inna ale ma ten sam stan dlatego jej nie widzimy i nie wykeywamy, ale ma ona mase i jest to 25% masy nazzego wszechswiata. Choc moim zdaniem to po prostu czarne dziury sa mega masywne i tyle :) tematem kiedys sie interesowalem, pewnie w niektorych ksiazkach sf jestto fajnie wyjasnione i uzyte, ale o ile kiedys uwielbialem lema, to teraz wole ksiezniczki ;)

Nie, nie chodzi o czarne dziury, o nich nic nie wiemy, no może tyle, jak wtedy kiedy ludzkość helisę odkryła, po czym okazało się, że to prawie nic; chodzi o splątanie, równoczesną konsekwencję funkcji falowej i cząstki, żadne lustra, odbicia, bardziej immanentna cecha materii, nie potrafię inaczej o tym pisać, ale zresztą opko Marasa nie o tym, lecz o pewnej potencjalnej możliwości. wink I już, niestety koniec odpowiedzi, i tak przekroczyłam o jedną i złamałam swój zakaz. Oddaję wyłączny głos Autorowi:)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Dzięki, Irka, za lekturę i komentarz. Masz rację, tekst na pomyśle stoi, reszta była mi potrzebna do "uwiarygodnienia" tej historii przez ujęcie w "cudzysłów" space opery. Czy to pomysł genialny, nie wiem, ale troszkę zabawny na pewno. Fajnie, że się spodobał. Co do partycji jaźni – nie, żadnych freudowskich podtekstów, czysto praktyczna koncepcja, która wydała mi się oryginalna i ciekawa. Taki smaczek w opowieści, bardzo przydatny w fabule.

Statek jest artefaktem, bo miał być niezwykle cenny, a Wędrowcy to jeden z powodów całej wyprawy. Tak mi się to ulżyło i będzie rozwinięte. Chociaż wiem, że motyw starożytnej, tajemniczej cywilizacji to nic nowego.

Skoro czytało się świetnie to… świetnie :)

Asylum, Pawełku, cieszy mnie niezwykle ta dyskusja pod tekstem. Tyn bardziej, że zahaczacie o tematykę naukową, poruszając poważne kwestie. Widać, za mało jest tematyki science-fiction na portalu, chociaż akurat moje opowiadanie na miano science-fiction słabo zasługuje.

Oczywiście masz rację, Asylum, lustrzany tylko w sensie identyczne, a nie odbicia lustrzanego. Naczytałem się podczas researchu sporo teorii, mogących wyjaśnić zaistniałe w teście zjawisko, także o splątaniu, paradoksie EPR itp.

Twoja interpretacja jest dosyć bliska moim intencjom, z tym że ja od pewnego momentu poruszałem się intuicyjnie, starając się maksymalne uprościć swój koncept. Mój wszechświat bliźniaczy jest na wskroś identyczny, nie alternatywny, nie podobny, tylko właśnie dokładnie taki sam. Można więc powiedzieć, że każda jego cząstka niesie identyczną informację, i każda jest powiązana ze swoją odpowiedniczką po tej stronie, gdyż zarówno czas, jak i wydarzenia biegną dokładnie tym samym torem w skali mikro i makro. Upraszczając oczywiście.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Ciekawe opowiadanie. Spodobał mi się pomysł z partycjonowaniem jaźni i bezpośrednim połączeniem ludzkiego mózgu z inną inteligencją – np. maszyną. Od dziecka te wszystkie literki i cyferki (a.k.a. HUD) na wizjerze takiego Robocopa mnie śmieszyły – wszak powinien wiedzieć, co się dzieje, dzięki bezpośredniemu neuronowemu mostowi, a nie czytać jakieś wykwity w polu widzenia. Cieszę się, że w końcu ktoś to zauważył. Niby mały szczegół, a potrafi zepsuć nie jeden film (np. Terminator, którego pole widzenia wygląda jak konsola dla debuggerów).

Co do czarnych dziur i podróży do wszechświatów równoległych, ciężko mi się wypowiedzieć. Żaden ze mnie fizyk. Ale swoje jakieś tam bieda-wnioski mam. Rozumiem, że zakładasz, iż po drugiej stronie wszystko przebiega identycznie, jak w naszym wszechświecie (takie splątanie). Podoba mi się ten pomysł, to doskonałe odbicie lustrzane. Choć ponoć fizycy kwantowi spierają się, czy nieprzewidywalność kwantowych zjawisk może wpływać na naszą rzeczywistość w dostatecznie zauważalny sposób, by zaprzeczyć temu determinizmowi, który ponoć steruje naszym życiem. Bo jeśli tak, to w obydwu wszechświatach (czy ile ich tam jest) linia czasowa przebiegała by osobnymi ścieżkami. Ba, podobno stwożyli nawet jakiś autentyczny generator losowy oparty na laserze i zjawiskach kwantowych – teraz wystarczy, że ktoś dokona jakiegokolwiek wyboru na podstawie wyników z owego generatora i hyc, mamy parę nowych osobnych wszechświatów, bo te nieprzewidywalne zdarzenia, zaobserwowane i świadomie wprowadzone do czyjegoś procesu dezyzyjnego, oddziałują już na naszą rzeczywistość pełną gębą. Ale to taka dygresja. Broń Boże nie próbuję krytykować Twojej koncepcji – całe zagadnienie jest nie na mój prosty łeb. Po prostu zastanawiam się na głos.

Jak by nie było, koncept, który ilustrują dwa identyczne okręty pędzące po doskonale identycznej trajektorii (ale z przeciwnymi wektorami), bardzo przypadł mi do gustu.

Swoją droga takie spotkanie swojego bliźniaka z równoległego, lustrzanego wszechświata to musiałoby być ciekawe przeżycie. Usłyszeć swój głos i przekonać się, że brzmi kompletnie inaczej, niż nam się zdaje… Ech, znowy myślę na głos. (EDIT: wiem, że w opku do takiego spotkania nie doszło)

Wylewne opisy podstawowych czynności (np. operowanie z użyciem różnych warstw świadomości) nieco mnie umęczyły, ale i też przyciągnęły uwagę. W ogóle całość wciąga jak ta przysłowiowa czarna dziura. Wielki plus za risercz i fizykę. I Wędrowców – osobiście lubię to zagadnienie. Czy dobrze rozumiem, że był to ukłon w stronę Strugackich?

Strugaccy Strugackimi, opko zaś kojarzy mi się z moim ukochanym Fiaskiem Lema. I to jest chyba największy komplement, na jaki mnie stać.

Pozdrawiam!

p.s. przepraszam, jeśli mylę pojęcia i stulam. Jak pisałem wcześniej, jestem laikiem, który czytał tam coś kiedyś, dawno temu.

— Nie cmyka! Mówiłem, że nie ma zębów.

Dziękuję za wizytę i rozbudowany komentarz, Paraduscie. Cieszę się, że doceniasz moje pomysły i niektóre z nich przypadły Tobie do gustu. No i że zauważyłeś jak rozwiązałem kwestię połączenia mózgów (i faktycznie, pole widzenia Tarminatora to efekciarski kiks).

Masz rację, założyłem sobie, że owo splątanie światów jest absolutne i wszechświat z drugiej strony osobliwości wygląda i rozwija się identycznie jak nasz, idąc dokładnie taką sama linią czasu. Jest identyczny w każdym aspekcie. Podobała mi się taka wizja. 

Twoje rozważania o naturze opisywanych rzeczy też są interesujące, a jako ciekawostkę na temat “wyborów” i wpływu obserwatora na obserwowany obiekt polecam Tobie opowiadanie “Prorocze światło” Teda Kosmatki. Znakomita lektura. 

A propos znakomitych lektur. Jesteś pierwszym komentatorem, który wspomniał Stru­gac­kich w kontekście Wędrowców. A skojarzenie jest przecież bardzo oczywiste. Za skojarzenie z “Fiaskiem” Lema wielce Ci dziękuję, choć nie jestem godzien. Też cenię sobie niezwykle to dzieło. I chyba rozumiem jakie odległe podobieństwo (sideratory, komputery ostateczne, fizyka czarnych dziur) masz na myśli. Jednak u Mistrza to była nauka i rozważania światłego umysłu. U mnie to tylko zabawa laika.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Z tym Terminatorem to nie takie proste. Tam byly kamery i brak mozgu. Zakladalem zawsze ze to faktycznie konsola debbugera i to widzialby operator podpiety pod maszyne. Bo to byl android a nie cyborg. Z innej strony misieli jakos pokazac ze widzi inaczej niz czlowiek… 

 

Oczywiście, że kino rządzi się swoimi prawami. Ale na logikę to widok był bez sensu. Właśnie dlatego, że to był android.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Odnoszę wrażenie, że już czytałam pierwotną wersję. Mam rację?

Babska logika rządzi!

Tak. O samym tekście napisałaś:

 

Faktycznie, bardzo spaceoperowy tekst. Jest pewien urok w tej symetrii. Chociaż dla niektórych okazuje się kłopotliwy. Pomyślało mi się, że mogłoby się dziać, gdyby ten drugi statek/ wszechświat był z antymaterii. Ale nie mam pojęcia, co na to fizyczne symetrie.I Interesującyproblem, faktycznie bohater ma nielichy zgryz. A gdyby tak któryś z nich zawrócił… Czy to możliwe? ;-)

Po przeczytaniu spalić monitor.

No, skapnęłam się przy wizycie w celi.

Babska logika rządzi!

Mr.Marasie, pomysł był bardzo dobry. Przejście do alternatywnego wszechświata przez czarną dziurę, a tak taka niespodzianka. Lubię, gdy opko ma “zagwozdgę”. W ogóle wiele rzeczy przypadło mi do gustu – podróż w nienznane, wysokich lotów osnowa nauki, jak i to, że po takim symetrycznym spotkaniu / wymianie między wszechświatami, jeden i drugi nadal pozostają lustrzanymi odbiciami – wszak po drugiej stronie główny bohater kończy tak samo, kopia jego jaźni dochodzi do identycznych wniosków itd. Solidny kawał fantastyki naukowej. I duży plus za Wędrowców. Strugackich uwielbiam (i Ursulę K Le Guinn – ona też niejako pisze o Wędrowcach). A porównanie do Fiaska jak najbardziej zasłużone.

Dziękuję za sugestię lektury – chętnię przeczytam. Przyda się nieco tematów do główkowania i kilka pomysłów przy moich kolejnych pisarskich wycieczkach.

A propos główkowania, osobiście głowię się teraz nad przestrzenią czterowymiarową – oraz wpływu tejże na obiekty trójwymiarowe, w tym ludzi. Jeśli podnieść płaskie puzzle ze stołu do ręki, i w ten sposób przenieść je niejako do przestrzeni trójwymiarowej, rozpada się. Co więc staje się z człowiekiem, gdy w czterowymiarowej przestrzeni jego żyły, jelita, czaszka, wszystko dosłownie przestaje być zamknięte, szczelne, gdy spoiwa jego tkanek, przystosowane do trzech wymiarów, nie trzymają w czwartej płaszczyźnie?

Pozdrawiam!

— Nie cmyka! Mówiłem, że nie ma zębów.

Paraduście, czwarty wymiar już mamy – jest nim czas. :-) chyba że myślisz o jeszcze jednym w przestrzeni, ale to tak nie działa. Nie dam rady dzisiaj odnaleźć tego wykładu w necie (bo ledwie dycha, tu, gdzie jestem). To otwarte wykłady (krótkie, ilustrowane symulacjami, czasem zabawnymi), jakaś uczelnia anglojęzyczna. W każdym razie szukaj przestrzeni wielowymiarowej; pamiętam też, że wtedy interesowała mnie kwestia spadku entropii i teoria strun. 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

 

Też lubię, gdy w tekście jest "zagwozdka", Paraduscie. Taki cel przyświecał mi w tym opowiadaniu. Fajnie, że tak to widzisz. Z Lemem się nawet nie porównuję, z Le Guin również. To są niebotyczne poziomy.

Przestrzeń czterowymiarowa – fascynująca sprawa. Oczywiście, gdy mamy na myśli czwarty wymiar przestrzeni, nie czas, o którym wspomniała Asylum. Są jakieś próby ogarnięcia tego zagadnienia w literaturze. I zdaje się w filmowym "Interstellar" też mamy nieśmiałe podejście. Trzymam kciuki za Twoją próbę ugryzienia tematu. To byłoby bardzo interesujące.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Jakiś chochlik zjadł mi komentarz :( Jeszcze raz.

Od czasu do czasu lubię poczytać takie twarde sci-fi. Uwielbiam osobliwości i horyzonty zdarzeń. Nie dość, że tak ładnie nazwane, to takie fantastyczne zjawisko heart Więc na starcie tekst mnie wciągnął. Opko jest nabite technikaliami i specjalistycznym nazewnictwem tak gęsto, że naprawdę musiałam się skupić, żeby to wszystko ogarnąć. Fajnie jest czasem pomyśleć, ale lektura traci na płaszczyźnie rozrywkowej. Czytałam ze zmarszczonym czołem i cóż, klimat mi uciekł, bohaterowie wypadli dość blado na tle tego świata. Klimat wrócił w otchłani, bardzo ładnie to opisałeś, obrazowo, scena z filmu.

Technicznie mniam mniam, nic nie gryzło w oczy. Jestem zawiedziona zakończeniem. 

Ale ogólnie na plus. :) Podziwiam ludzi, którzy potrafią z sensem pisać twarde sci-fi.

Dzięki, SaraWinter, za wizytę i cierpliwość, która pozwoliła odtworzyć skasowany komentarz.

Cieszę się, że pomysł na ten tekst i jego realizacja przypadły Tobie do gustu. I żałuję, że w Twojej opinii klimat siadł po obiecującym wstępie oraz spadły walory rozrywkowe. Jednak mogłem się tego spodziewać upychając do tekstu aż tyle technogadki. Cóż, następnym razem będę musiał poszukać umiaru i złotego środka.

Nie nazywałbym jednak swojego opowiadania hard sf. To tylko "twórcze" fantazje wysnute z kilku teorii naukowych przez laika i ignoranta. Jeśli udało mi się kogoś nabrać na ten quasi naukowy bełkot, to wyłącznie zasługa zręcznego kamuflażu, a nie rzeczywistej wiedzy.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Nie bądź taki skromny, marasie. Jakąś wiedzę musiałeś zdobyć, żeby to napisać. :)

– Przyszedłem się pożegnać[+,] ojcze

– Za późno[+,] ojcze.

 – Nie zostałem stracony z powodu tchórzostwa[+,] jak to ogłoszono w oficjalnym wyroku Imperatora. Więcej, nie zostałem stracony w ogóle[+,] skoro część mojej jaźni nadal prowadzi tę rozmowę.

– Domyślam się, że Imperator zrozumiał[+,] co naprawdę się wydarzyło

Ale nie mam pojęcia[+,] na czym opierają swoje założenia. Na pewno niełatwo jest przyznać, że odkrycie, jakiego dokonała nasza wyprawa[+,] jest bezużyteczne dla Imperium.

Bardzo fajne opowiadanie, wciągające. Oczywiście, nie zrozumiałam większości trudnych słów, których użyłeś, ale u mnie to normalne, nie ma się czym przejmować. Podoba mi się pomysł na takie same światy, nie zazdroszczę bohaterowi sytuacji, w której się znalazł. Ciekawe jest też dzielenie jaźni (nie wyobrażam sobie, jak można by było tak funkcjonować).

Świetnie się czytało, jak zwykle u Ciebie.

No, fajne, podobało mi się :)

Przynoszę radość

Dziękuję za wizytę, miłe słowa i tak długi komentarz, Anet. No i przede wszystkim za głos na nominację! Jesteś kolejną osobą, która stwierdziła, że opowiadanie wciąga. Obawiam się, że może to być wpływ Wielkiej Czeluści…

Fajnie, że spodobały Ci się moje pomysły, na światy i jaźnie. Jak działa takie partycjonowanie osobowości nie wiem, ale wspomagane umysły przyszłości mogą opanować podobną multizadaniowość. Kto wie.

Dzięki również za poprawki, jak ja mogłem nie zauważyć tylu przecinków w oczywistych miejscach?

Po przeczytaniu spalić monitor.

Obawiam się, że może to być wpływ Wielkiej Czeluści…

Raczej Twoich umiejętności ;)

Przynoszę radość

Mr.Maras – owszem, chodzi właśnie o cztery wymiary przestrzenne. Temat niejako już ugryzłem – mój bohater potrafi przeskakiwać przez taką przestrzeń (mówi na nią “Zaplecze”) z jednego punktu na drugi. Z jakiegoś powodu ani on, ani nic, z czym ma fizyczny kontakt, w tej przestrzeni się nie rozpada. Widzi też z poziomu czwartego wymiaru przekrój świata trójwymiarowego (co wprawia naukowców w osłupienie – nie wiedzą, jakim cudzem na Zaplecze dociera światło, ani jak dokładnie się rozprzestrzenia – wszystkie urządzenia, w tym mierniki Dopplera, wariują). Ale ciągle się siłuję z tematem, szlifuję teorię itd.

W Interstellar wyłożyli się właśnie na integralności trójwymiarowych obiektów w przestrzeni 4D – człowiek w takiej przestrzeni zwyczajnie by się rozpadł (rozwinął / rozkleił), i to dość gwałtownie. A później by się zaczął marszczyć w płaszczyźnie czwartego wymiaru (trójwymiarową kulę można w przestrzeni 4D poskładać na dwa, cztery, osiem itd., bo w tejże przestrzeni jest niejako płaska; tym sposobem nawet z grama uranu można uformowac masę krytyczną – temat na kolejną wycieczkę mojego bohatera). A takie zagadnienia jak dyfrakcja światła czy inne cuda – to już w ogóle jest kosmos.

Co zaś się tyczy czasu – nasz czas jest liniowy, czyli jednowymiarowy. A gdyby tak istniał wszechświat z czasem dwuwymiarowym? Ech, co tu dużo mówić, mózg się przegrzewa.

Wracając do Lema – nauka nauką, ale jego poczucie humoru szczególniej mi przypadło do gustu. Ten moment, w którym niezrównoważony psychicznie robot nawymyślał Tichy’emu od ‘myślących serów’ – genialne.

— Nie cmyka! Mówiłem, że nie ma zębów.

Paradust! Ciekawe rzeczy piszesz ale… Nie pal pomysłu i nie zdradzaj zbyt wiele! Co to za spoilery! Doszlifuj i zaskocz nas solidną science-fiction. Pomysł wyjściowy masz intrygujący.

A humor Lema cenię sobie bardzo. Zwłaszcza w "Dziennikach gwiazdowych". 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Mr.Maras – dzięki za poradę, już nie palę :) Pomysły są z powieści, które szlifuję – z wykorzystaniem porad od różnych forumowiczów NF. Noszę się z zamiarem sklecenia jakiegoś opka z wykorzystaniem bohaterów z w/w książek – chociaż przy obecnym modelu pracy zdalnej nie prędko coś skrobnę. Zdalna obsługa komputera / lagi / zerwane połączenia i inne przyjemności sprawiają, że pod koniec dnia nie mogę znieść widoku monitora.

— Nie cmyka! Mówiłem, że nie ma zębów.

Paraduście, zastanawiałam się, czy napisać komentarz, ponieważ to Wasza wymiana, jednak wspomniałeś o czasie, Interstellar i „widzeniu” z poziomu czwartego, to napiszę.

Nie ma osobnych wymiarów dla kategorii przestrzeń i czas. Myślisz o geometrycznym (matematycznym) zilustrowaniu rozwiązań problemów z n-wymiarami. Wyniki matematycznych (teoretycznych) przekształceń są wizualizowane w postaci przybliżenia i rozumienia (pojęcia) w rzeczywistości fizycznej. Czym są wymiary, ich charakterystyka są nieznane. 

 

Najpierw o widzeniu 1, 2, 3, 4 D. Istoty ludzkie widzą w 2D, czyli płasko. Reszta, a więc złudzenie głębi jest „domyślane” przez umysł, stąd zresztą złudzenia optyczne; sam człowiek, jako taki, jest obiektem w 3D (wysokość, szerokość, głębokość). Możemy punkt (człowieka) określić poprzez współrzędne przestrzenne i miejsce na osi czasu. Czas możemy pominąć, ale nie byłabym tutaj tak pochopna, nawet w sf. 

Gdyby przenieść człowieka do 4D, dalej widziałby swoje 2D, ponieważ nie ma narzędzi, aby „zobaczyć” tego w inny sposób. Powtórzę, to tak nie działa, że po przeniesieniu zyskujemy nowe moce bez narzędzi. Obiekt 2D, gdyby znalazł się w 3D, widziałby dalej w 2D. Inny przykład z niższych D: nie ma możliwości przeniesienia np. obiektu z 3D (naszego) do 2D. W świecie 2D stanie się 2D, inaczej nie może. Natomiast wiedza, czym jest w 3D, mogłoby teoretycznie pomóc zrozumieć pewne kwestie. 

Idąc dalej za tą myślą, w naszym świecie mogą być obecne (pewnie są) obiekty 4,5,6 itd D, z tym że nie jesteśmy tego „dostrzec”, pojąć.

O przejściu. Już B.Riemann fajnie zwizualizował przejście owada przez cięcie – tunel łączący dwie przestrzenie. Zresztą właśnie to cięcie wykorzystał Caroll (matematyk) w swojej Alicji, lecz było ono przejściem ze świata do świata. Fajnie o tym pisał Michio Kaku w „Hiperprzestrzeń”.

 

 

„Widzieć” w trzech wymiarach oznacza niejako widzenie środka, czyli patrzysz na samochód i widzisz jego zawartość, każdy detal, jeśli skupisz uwagę, a nie tylko zewnętrze. Jeśli przyjaciołka jest po drugiej stronie muru – widzisz ją, a nie mur.

Obiekt trójwymiarowy w świecie czterowymiarowym, byłby w nim tym, czym kartka papieru (2D) w naszym (3D), gdyby miała grubość zero. Przykład nie jest najlepszy, ale nie potrafię znaleźć obiektu dwuwymiarowego w naszym świecie, zbyt wiele zastrzeżeń trzeba byłoby uczynić. Człowiek nie zmarszczyłby się w czwartym wymiarze, miałby po prostu na jednym z wymiarów zero (przyjmijmy umownie, że tak jest). 

 

Przestrzenie n-wymiarowe składają się z wymiarów, lecz znaczenie danego wymiaru bądź jego istota jest tematem dociekań naukowo-filozoficznych. Teoria względności zakłada czasoprzestrzeń, a więc trzy wymiary fizyczne i czas. Gdybyśmy czuli czas, niejako „widzielibyśmy” swoje życie od narodzin do śmierci.

To, że my, dysponując (zdając sobie sprawę) trzema przestrzennymi i jednym czasowym, uważamy, że kolejne będą wektorem niejako „przestrzennym”, związane jest (jak mi się zdaje) z wizualizacją rozwiązań. Pomyśl też o prawach geometrii euklidesowej, co stanie się, gdy trójkąt narysujemy na kuli? W skali makro wszystko się zmieni, w mikro – poszczególne jego kawałki możemy z powodzeniem odwzorowywać na płaskiej powierzchni. 

 

Materiałów, o których wspominałam wcześniej niestety nie znalazłam, natomiast wpadłam na coś innego. Z yt polecałam czasami bardzo obrazowe i pomysłowe materiały smartgasta dot. fizyki i kosmosu.  kilka filmów poświęcił właśnie widzeniu w xD. Zerknij, może Ci się spodobają i trochę pomogą w rozkminianiu prawdopodobnego.

Przepraszam za wtręt, pomiędzy danie główne i zakąskę, ale pomyślałam sobie, że gdybym to miała pisać dopiero pod opkiem, gryzłoby mnie sumienie, a ono jest wielce nieprzyjemną figurą.:DDD

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

A czy cień nie nadaje się na przykład dwuwymiarowego obiektu w naszym świecie?

Dwuwymiarowy czas brzmi jak niezły pomysł na świat. A może i nową gałąź fizyki.

Babska logika rządzi!

Cień nadawałby się najlepiej, w gruncie rzeczy jest dobrym przybliżeniem, ale tu z kolei trzeba byłoby pominąć światło, kąt padania i nie jest samodzielnym obiektem. To stwarza pewne problemy. 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Rozmowa pod tekstem niby zbacza, ale jednocześnie nabiera rumieńców :). Dzięki, Asylum, za te ciekawostki!

Po przeczytaniu spalić monitor.

:D Cała przyjemność po Twojej stronie, Marasie, i inspirującego opka:) Te osobliwości w pobliżu czarnych dziur  są fascynujące, acz my sami też jesteśmy jednym wiekim kosmosem.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Nowa Fantastyka