- Opowiadanie: Łosiot - Dziewiąte piętro

Dziewiąte piętro

Uwaga, ostrzegam... Albo nie. Po prostu zapraszam Cię, strudzony portalowy nomadzie, do lektury. 

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Dziewiąte piętro

Jan usiadł po swojej stronie stołu sam. Wcześniej sprawdził laptopa, rzutnik, kable i prezentację, pozostało tylko cierpliwie czekać. Wskazówka ikeowskiego zegara ściennego, klasyka biur na całym świecie, była już bardzo blisko czwartej. Ułożywszy przed sobą splecione palcami trochę jak do modlitwy dłonie, Jan zastygł bez ruchu. 

Po drugiej stronie szarego blatu, wpatrując się w wyświetlacze swoich markowych urządzeń biznesowych, siedzieli: Kozioł, Błazen, Szary i Wódz. Byli pochłonięci niezauważaniem niczego i nikogo, dobre warunki by Jan mógł im się przyjrzeć.

 

Kozioł był chudy i, jak na kozła przystało, miał smętnie rzadką brodę, wąskie, zagięte do tyłu rogi i czarne, poziomie źrenice. Dla kozłów ta czarna, nerkowata plama jest najcenniejszym darem od ewolucji, dzięki niej bowiem trudno jest przyszpilić ich spojrzeniem prosto w oczy. 

Błazen był, według Jana standardowo jak na błazna, gruby. Jego wielki brzuch i spory męski biust zakrywała ogromna koszulka z symbolem Batmana, ewenement, bo większość napotkanych przez Jana błaznów gustowała w koszulkach z wyszczerzoną gębą Jokera. Gapił się w ekran smartfona, a co jakiś czas wstrząsał nim leki spazm tłumionego śmiechu. Spazmom tym akompaniowało ciche pobrzękiwanie dzwoneczków.

Szary – zwykły facet robiący wrażenie wycofanego, siedział trochę z tyłu, o pół długości krzesła dalej od stołu niż koledzy. Swój tablet trzymał trochę jak pokerzysta karty – przy orderach – sam zaś rzucał co rusz ukradkowe spojrzenia na to, co się dzieje na ekranach pozostałych.

Wódz był mocno zbudowany i miał precyzyjnie, jakby laserem, przycięty zarost. Rękawy niebieskiej koszuli podwinął tak, by odsłaniały wytatuowane na porośniętych pnączami żył przedramionach japońskie litery. Spojrzał na wyświetlacz ogromnego, wielofunkcyjnego zegarka. Sprzęt nie tylko pokazywał godzinę, ale dobitnie informował wszystkich dookoła, że jego właściciel jest bardzo zamożny i w wolnych chwilach poświęca się sportom ekstremalnym. 

– No dobra, to jedziemy z tematem. Mamy dokładnie trzydzieści minut, nie zmarnujmy ich, trzymajmy się planu, czas to pieniądz. Agenda: przedstawiamy się, pan robi prezentację, my słuchamy, potem dyskusja i na koniec… na koniec jeszcze zobaczymy, dobra? 

Jan pomyślał, że być może ma do czynienia z Wodzem o mocnych cechach Strażnika, facet zaczął od agendy, pilnuje czasu; trzeba się trzymać reguł.

– Jasne, dziękuję bardzo. Nazywam się Jan, cieszę się, że mnie tu zaprosiliście – zaczął z animuszem. 

– No, myśmy cię tu nie zapraszali, to Kozioł przecież, nie? Kto by wymyślił spotkanie o szesnastej, jak nie on? – wtrącił Błazen, kończąc wypowiedź krótką salwą chrumkającego śmiechu. 

Zebrani unieśli nieznacznie kąciki ust, Kozioł tylko beknął cicho pod nosem. 

– Tak, no w każdym razie dziękuję bardzo – dodał Jan.

– To Błazen – rzekł Wódz o cechach Strażnika. – Błazen zajmuje się w naszym teamie eventami.

Otyły mężczyzna uniósł niedbale rękę dla podkreślenia, że to o niego chodzi.

– Jakbyś potrzebował dobrej imprezy, to wiesz gdzie się zgłosić – wtrącił. 

– Ten tutaj to nasz Szary, spec od mediów i komunikacji wewnętrznej – kontynuował Wódz. 

Siedzący nieco z tyłu Szary kiwnął tylko głową.

– Kozioł to nasz spec od marketingu… – zaczął Wódz.

– …bekanego – znów wciął się Błazen, pieczętując żart tym razem bardziej tubalnym rechotem. 

– Jestem Kozioł – beknął Kozioł w sposób, który Janowi wydał się dość żałosny. – Robię marke-eee-ting interne-eee-towy. 

 

Wódz się nie przedstawił, przechylił tylko lekko głowę i spojrzał wyczekująco na Jana. Ten nie zwlekając, uruchomił pokaz slajdów, po czym zaczął rytmicznie uderzać dłońmi w blat stołu i zaczął rapować. 

 

– Siedzicie w szklanym biura pudle, 

jest szesnasta, 

myślicie:

czego typ ten chce, 

po co wbił tu z ulic miasta?

 

Błazen znieruchomiał z kubkiem kawy w połowie drogi między stołem, a otwartymi lekko ustami. “Zachowaj spokój i pilnuj kejpiajów” – mówił napis na kubku. Wódz i Kozioł od razu podłapali rytm i zaczęli się lekko bujać. Szary, jak każdy szary, był niewzruszony, choć Janowi wydawało się, że lekko uniósł brwi.

– Mówię, macie farta jakby tutaj 

przyszła wróżka ej,

Koźle skup się, 

słuchaj Błaźnie propozycji mej;

 

– Bee! – beknął radośnie Kozioł dokładnie w momencie, gdy Jan zrobił pauzę, żeby nabrać powietrza. Kozły nie lubią zwracać na siebie uwagi, więc skrępowany własną niezręcznością rogacz skulił się nieco i zamilkł. 

Jan nie zwalniał, wziął tylko szybko głęboki wdech. 

 

– Nuda tu panuje jak na mszy w kościele

Wchodzicie do roboty jak chomik w karuzelę.

Człowiek musi czasem zmienić bity,

co się patrzysz, Szary?

Przecież ludzie tu z depresji robią na pół pary!

Wam tu trzeba przewiać mózgi,

to jest nowa era,

oto wasz kandydat na korporapera!

 

Ostatnie rymy Jan podkreślił mocniejszym uderzeniem dłoni o stół, po czym wskazał na siebie kciukami, kończąc występ. Spojrzał na twarze nielicznej publiki. Menedżerowie sprawiali wrażenie trochę zaskoczonych, ale widać też było, że występ Jana bardzo im się spodobał; nawet Szary przy ostatniej zwrotce stukał rytmicznie palcem o blat. 

 

– Korporap? – zapytał Wódz o silnych cechach Strażnika. – Słyszałem o tym, ponoć bardzo popularne w Dolinie Krzemowej, mam tam znajomego. 

– Tak, tam to jest na topie. Właśnie tam się wyszkoliłem, byłem na korporaperskim stażu – odrzekł Jan z dumą w głosie i zapraszającym gestem zwrócił uwagę zebranych na prezentację: Jan na scenie z czarnym, zakapturzonym Błaznem (spod kaptura wielkiej bluzy wystawały dzwoneczki), Jan z ekipą ubranych w kolorowe dresy kozłów, wreszcie Jan rapujący w dużej sali ciasno wypełnionej biurkami i siedzącymi przy nich pracownikami. 

– U nas w Dolinie Kwarcowej to nie przejdzie, nie mamy takiej mentalności – włączył się Szary zgodnie z przewidywaniami Jana.

– Co, nie podobało się? – zapytał z udawanym smutkiem.

– Podobało, fajnie rymujesz, dobre bity, no profeska. Ale to nie dla nas. – Szary mówił ostrożnie, uważnie obserwując reakcję Wodza.

– To może pokażę wam jeszcze parę slajdów, co? Korporap motywuje, podnosi efektywność i zwiększa poziom zadowolenia pracowników. Są badania, są dane, mam wykresy. 

Jan starał się brzmieć naturalnie, bał się, że w jego głosie pojawi się rutyna. Ale każda kolejna minuta tego spotkania już się kiedyś wydarzyła. Każde słowo – padło już wielokrotnie. Spotkań tych Jan odbył już bardzo wiele i liczył się z tym, że wiele jeszcze przed nim. Sprzedaż nowatorskiego pomysłu to zadanie trudne i wymagające dużej wytrwałości. 

– Dobra, chętnie zobaczymy. Mamy jeszcze dziewiętnaście minut, trzymajmy się agendy, proszę – dodał Wódz o bardzo silnych cechach Strażnika. 

 

* * *

 

Spotkanie skończyło się punktualnie. Jan nie zdążył co prawda zaprezentować wszystkich korzyści z wdrożenia korporapu w firmie, ale wolał nie przeginać; przedłużanie spotkania o tej porze, pod czujnym okiem Wodza o cechach Strażnika, było ryzykowne. 

Końcowe ustalenia były takie, że choć propozycja Jana była bardzo interesująca, niezbędne było zaprezentowanie jej przed ludźmi z Działu Zasobów Ludzkich, bo to tak naprawdę ich działka. Jan zmarkotniał. Zaczęło się przerzucanie tematu między działami, odbijanie piłeczki tak długo, aż wypadnie na aut i już nikt jej nie podniesie. 

– Jutro rano, dziewiąta trzydzieści – oznajmił ku jego zaskoczeniu Wódz. – Takie mamy procedury, tematy związane z komunikacją wewnętrzną i załogą muszą przeanalizować dziewczyny z zasobów ludzkich. Taką mamy procedurę i warto się jej trzymać. 

– Naturalnie – zgodził się Jan bez zastanowienia. – Będę.

 

Chwilę później, po podziękowaniu Wodzowi za poświęcony czas, wymianie kilku żartów z Błaznem, uściśnięciu chłodnej dłoni Szarego i chudego kopytka Kozła, Jan został sam w salce konferencyjnej. Zwijając kable i pakując laptopa do plecaka zastanawiał się nad tym, co właściwie powinien teraz ze sobą zrobić? Zaplanował ten wyjazd na jeden dzień, miał nawet wykupiony bilet na wieczorny pociąg do domu. Nocleg w Warszawie? Nikogo tu nie znał, nie miał pieniędzy na hotel. Wracać do domu późno w nocy tylko po to, żeby za chwilę znów wsiąść w pociąg i jechać na spotkanie?

Po reakcjach ludzi, z którymi się dziś spotkał, miał cichą nadzieję, że może tym razem się uda, może wreszcie ktoś się korporapem w jego wykonaniu poważnie zainteresował. Zaskoczyli go spotkaniem już następnego dnia, ale miał pomysł. 

 

W mieście obcym noc i ludzie, których nie znam w ogóle,

Bez gwiazd na niebie, ale jasno jakbym miał noktowizyjne gogle.

Po co mi ta noc wśród sztucznych świateł i drogich smartfonów?

Od tego świata rok świetlny mam drogi do domu.

 

Było po siedemnastej. Jan miał wrażenie, że cały budynek nagle ożył. Wielka, wypełniona setkami biurek otwarta przestrzeń zaroiła się od kończących pracę ludzi. Fala zasobu ludzkiego rozlała się do wind i pionów komunikacyjnych, wyciekła przez główne drzwi ogromnego biurowca, a potem rozdzieliła na coraz węższe strumyki kierujące się na przystanki autobusowe, stacje metra i parkingi. Obserwując to przez jedno z wielkich, przeszklonych okien jak przez niewidzialną kratę, Jan zastanawiał się, co właściwie się dzieje w takich miejscach po godzinach pracy. Zawsze nurtowało go, dlaczego w tych wszystkich ogromnych biurowcach niektóre piętra są rozświetlone nawet nocą, gdy nikt nie pracuje i uznawał to za idiotyczne marnowanie energii. 

 

Znalazł sobie świetny punkt obserwacyjny. Rozsiadł się w jednej z małych, zabudowanych lóż, w których w ciągu dnia przesiadywali pracownicy szukający odosobnienia. Z wcześniejszych obserwacji Jan wiedział, że w takich miejscówkach najchętniej przesiadywali Szarzy i Kozły. Ci pierwsi, bo lubili być sami, a ci drudzy, bo stresowali się przy kontakcie z pozostałymi. 

Teraz oczywiście wszystkie loże były puste i schowane w półmroku, sterowanie budynku przyciemniło bowiem mocno światła. Samemu nie będąc widzianym, Jan mógł zobaczyć, jak z zakamarków ogromnej, otwartej przestrzeni biurowej wymknęło się kilku maruderów (w tym jeden Kozioł), a potem lekko i zwiewnie jak duchy przemknęła przez nią grupka sprzątaczek. 

Na dziewiątym piętrze zapadła cisza. Oczywiście, cisza ta składała się z całej masy różnych dźwięków: szumu wentylacji, burczenia lodówek i zmywarek oraz całej gamy dźwięków na granicy słyszalności, wydawanych przez różnego typu urządzenia dbające o ten inteligentny budynek. Czasem, przez grube szyby zewnętrzne dziewiątego piętra, do panującej w środku ciszy kilka groszy dokładało miasto dudniąc tramwajami, hałasując klaksonami czy szczekając psami. 

 

Nie słuchaj jej, bo nigdy nie usłyszysz,

Bo nie ma tak naprawdę idealnej ciszy,

Zawsze jest dźwięk, 

bo bit jest wszędzie jak atomy,

Trzymaj go w sercu, 

bez niego jesteś skończony.

 

Czasem, szczególnie w nowych miejscach, człowiek budzi się i przez pierwsze sekundy nie ma pojęcia, gdzie się znajduje. Jan podniósł głowę z uformowanej z kurtki poduszki i rozejrzał się dookoła z tępym wyrazem twarzy. Dopiero po kilku długich sekundach sekundach zagościło na niej zrozumienie. Sprawdził telefon i zaklął widząc, że urządzenie jest kompletnie rozładowane. 

Piętro dziewiąte miało wszystko. Automaty z jedzeniem, ekspres do kawy, mikrofalówki, lodówki pełne lunchboxów z naklejkami noszącymi imiona ich właścicieli. Jan uśmiechnął się na myśl, że mógłby znaleźć pojemnik z obiadem należący na przykład do jakiegoś Strażnika i pozbawić go posiłku. Strażnik zrobiłby z pewnością ogromną awanturę, oskarżając wszystkich dookoła o łamanie zasad życia społecznego i wzajemnego zaufania. Na koniec za wszystko i tak oberwałby któryś z Kozłów.

Wyglądając z loży, Jan zauważył kątem oka ruch. Zerknął tam, by zobaczyć znikającą właśnie za rogiem czyjąś nogę. Ktoś właśnie wszedł na główną salę, ktoś w spodniach w kant i eleganckim, czarnym bucie. 

Jan odruchowo skurczył się nieco, chowając głowę z powrotem do kryjówki. Nie miał ochoty natknąć się na ochroniarza – ten z pewnością narobiłby szumu i być może nawet wezwał policję. Uznając, że lepiej nie dać się złapać, ponownie, tym razem bardzo powoli, wyjrzał znad wysokiego oparcia i omiótł spojrzeniem najbliższą okolicę 

W pobliżu nie było nikogo, ale dalej, za szklanymi ścianami, na głównej sali, ktoś zapalił światła. Jan znów zaklął pod nosem, po czym szybko uprzątnął swoje rzeczy i założył buty. Wychodząc z loży, zastygł jak sparaliżowany wlepiając zaskoczone spojrzenie w postać mężczyzny w garniturze maszerującego pewnym krokiem przez jadalnię. Wysoki i szczupły, facet przeszedł kilka metrów od Jana i, nie zwracając na niego zupełnie uwagi, minął go i poszedł w kierunku głównej sali, znikając po chwili za szklanym przepierzeniem.

 

Jan zdał sobie sprawę, że stanowczo zbyt długo wstrzymywał oddech. Powoli wypuścił powietrze, a wraz z nim część szybko wspierającego gdzieś w środku uczucia niepokoju; przecież nic się nie działo, po prostu ktoś wpadł w nocy do biura popracować. 

Ze środkowych rejonów dziewiątego piętra, gdzie znajdowały się piony komunikacyjne i toalety, dobiegł go zimny, kobiecy głos: “Piętro dziewiąte”. Towarzyszył mu dźwięk rozsuwanych drzwi jednej z dużych, wyłożonych lustrami wind. Jan szybko schował się za jednym z betonowych filarów. Zerkając zza niego najpierw zobaczył kilka odzianych w garnitury postaci, a po chwili widział je już wszędzie dookoła, krążące jak cienie za szklanymi ścianami i przepierzeniami; mniej lub bardziej rozmazane, wyłaniające się z biurowego półmroku. Ubrani w garnitury faceci wchodzili jeden za drugim na wielką salę ze wszystkich otaczających ją korytarzy. Szli bezszelestnie. Ich eleganckie skórzane półbuty nie wydawały na pokrywającej podłogi szarej wykładzinie żadnych dźwięków. 

W końcu przyszła ta myśl. Przecież jeden z tych facetów mógł właśnie stać tuż za Janem! Może wyszedł z tyłu, z mrocznego labiryntu przeszklonych korytarzy, zakradł się bezszelestnie i patrzy teraz na jego plecy? 

 

Czasem jest w tobie strach, 

nie wiesz skąd,

 z jakiego powodu 

Obrasta cie jak 

skorupa lodu

Łapie za serce, 

Paraliżuje jak 

strzała z kurarą

Nie odwrócisz się więcej, 

Nie spojrzysz co jest za tobą. 

 

Jan obejrzał się za siebie. Stało za nim kilku wysokich mężczyzn w garniturach. Irracjonalny strach przed nieznanym zamienił się w całkiem racjonalny strach przed czymś bardzo konkretnym. 

– Co tu robisz – zwrócił się do Jana stojący tuż przed nim dryblas. 

– Nie powinno cię tu być – rzekł ułamek sekundy później kolejny.

– Przeszkadzasz i łamiesz przepisy – rzucił następny.

– Mów, dlaczego tu jesteś – powiedział stojący bardziej z lewej.

– Mów, mów, mów – powtarzali wszyscy, jeden przez drugiego. 

Jan stał jak wryty przed grupką wyższych od niego o głowę chudzielców. Pobladły na twarzy, nie był w stanie wycisnąć z siebie słowa. Chciał się odezwać, ale faceci mówili jeden przez drugiego. Za każdym razem, gdy skupiał uwagę na jednym z mężczyzn, odzywał się następny, a po nim kolejny. Na domiar złego, w pobliżu panował półmrok, Jan więc, mimo usilnych starań, nie mógł dokładnie przyjrzeć się twarzom swoich rozmówców.

– Ja… czy panowie są z ochrony? – wydukał w końcu

– Przeszkadzasz, łamiesz przepisy. – Goście w garniturach otoczyli Jana, czuł że kilku z nich stoi mu za plecami. 

– Przepraszam, ja tu po prostu zasnąłem, obudziłem się i wszystko było zamknięte. – Jan zaczął się tłumaczyć, nie bardzo wiedząc do którego z otaczających go facetów powinien się zwracać. – Właśnie wychodziłem, więc może ja… Pójdę już?

– Za późno.

– Teraz nie wyjdziesz.

– Nie możesz.

– Masz być tutaj.

– Nic nie rób.

– Nie przeszkadzaj. 

Powiedzieli to szybką serią, a mówiąc, każdy odwracał się na pięcie i odchodził w kierunku głównej sali. 

– Idź za mną – powiedział jeden z nich. – Nic nie rób. Skrzywdzimy cię, jeśli coś zrobisz. 

– Ale ja… – wymamrotał Jan.

– Nie mów, nie mogę marnować czasu. Idź ze mną.

Jan posłusznie ruszył za człowiekiem w garniturze, ledwo nadążając za jego długimi krokami. Po chwili wmaszerowali na główną salę dziewiątego piętra – ogromną przestrzeń zabudowaną rzędami par biurko – krzesło. Sala tętniła życiem, a wszystkie stanowiska robocze były zajęte. Przy każdym, wpatrując się w monitor, siedział odziany w garnitur mężczyzna. 

 

*** 

 

Szli wzdłuż sali, mijając kolejne rzędy biurek. Palce facetów w garniturach w ogromnym tempie skakały po klawiaturach, na ekranach monitorów jak w kalejdoskopie migały fragmenty maili, panele systemów, tabele arkuszy kalkulacyjnych, ściany tekstu baz danych, dokumentów i prezentacji. Setki monitorów i pochylonych przed nimi postaci, obraz jak z najnudniejszego na świecie salonu gier. Jan patrzył na to wszystko szeroko otwartymi oczyma, próbując zrozumieć, o co chodzi. Nocni goście biurowca przeglądali w niepokojąco nieludzkim tempie zasoby komputerów, czasem nawet Janowi wydawało się, że robią coś więcej, że w niektórych miejscach kasują fragment tekstu, wstawiają nowe cyfry, poprawiają wyliczenia i zmieniają dane. 

Zachodząc w głowę, co się właściwie dzieje, szedł za swym przewodnikiem, aż ten zatrzymał się przy jednym z niewielu już pustych biurek. Mężczyzna kazał Janowi wziąć sobie jedno z wolnych krzeseł i kazał usiąść obok. Sam rozsiadł się wygodnie na dużym fotelu na kółkach. 

– Nie przeszkadzaj – powiedział dryblas i włączył komputer, natychmiast przystępując do pracy.

Z rękawów nieco zbyt obszernej marynarki wysunęły się blade, chude dłonie, a palce ze stukotem roztańczyły się po klawiaturze. Po chwili zaczęły ruszać się tak szybko, że Jan nie był w stanie za nimi nadążyć; patrzenie przyprawiało o zawrót głowy. 

Dookoła słychać było tylko dźwięk setek palców stukających w setki klawiatur. Jakby w budynku zalęgły się cykady i właśnie rozpoczęły swój nocny koncert. 

Zrozumienie tego, co dzieje się na ekranie monitora, przy którym pracował tajemniczy mężczyzna, było prawie tak samo trudne, jak przyglądanie się jego śmigającym po klawiszach palcom. Okienka aplikacji, programów i plików przełączały się błyskawicznie, z pewnością jednak człowiek w garniturze wprowadzał jakieś zmiany w niektórych z nich – Jan widział, jak ten zaznacza fragmenty tekstu lub cyfry i je modyfikuje. 

Widząc pełne skupienie siedzącego obok dziwaka, Jan nabrał śmiałości i rozejrzał się po sali. Zobaczył rozjaśnione światłem monitorów twarze, kanciaste sylwetki w zbyt dużych marynarkach i kościste dłonie. Siedzieli praktycznie bez ruchu, jeśli nie liczyć szalejących po klawiszach dłoni. 

– To ty. – Jan usłyszał głos tuż obok. Odwrócił się szybko do “swojego” faceta w czerni. 

Gość się nawet nie odwrócił, ale nagle przestał stukać w klawisze. Monitor przestał szaleńczo migać, na ekranie Jan zobaczył siebie na slajdach z własnej prezentacji; zdjęcia z Błaznami i Kozłami rapującymi dla wielkich korporacji i starupów Doliny Krzemowej, obok nich otwarte okienko z wiadomością email. Jan zdążył tylko zobaczyć, że była to wiadomość napisana przez poznanego dziś Wodza. 

– Tak, to moje prezentacja, miałem tu dziś spotkanie i niechcąco zostałem…

– Nie przeszkadzaj. – Chudzielec zatrzymał się na slajdzie zatytułowanym: “Skuteczność korporapu w firmach”. Na planszy znajdowały się wykresy i dane: wzrosty zadowolenia z miejsca pracy, zmniejszenie liczby konfliktów w zespołach i oczywiście najważniejszy, czyli wzrost efektywności pracowników. 

Mężczyzna w garniturze obrócił się na krześle w stronę Jana, wciąż trzymając ręce na klawiaturze. 

– Znamy te dane. To działa w tamtej kulturze. Skąd wiesz, że zadziała tutaj? Mów teraz. – Szczupła sylwetka dryblasa górowała nad Janem.

– Rap jest tu przecież równie popularny, co tam, muzyka to uniwersalny język. – Jan zebrał się w sobie i spojrzał w twarz swojego rozmówcy. W ciemnych oczach, mimo że patrzyły teraz na Jana, wciąż odbijały się prostokąty obrazu z monitora. 

– Rapuj teraz – zakomenderował człowiek w garniturze.

– Co? No co pan… – wymamrotał Jan, który coraz bardziej miał dość całej sytuacji. 

– Rapuj, szkoda czasu. Pokaż, że potrafisz, to podejmiemy decyzję. 

– Jaką decyzję w ogóle, o co ci chodzi, człowieku? Nie rób sobie jaj, idę stąd! – Na jego ramieniu spoczęła ręka, która przed sekundą jeszcze w najlepsze wyczyniała dzikie tańce po klawiaturze. Wystając z paszczy zbyt szerokiego mankietu rękawa marynarki, była niezwykle chuda i, ku zaskoczeniu Jana, bardzo ciężka. W całej sali, jak nożem uciął, zapanowała nagle przejmująca cisza; plastikowe cykady przerwały swój koncert.

– Rapuj teraz. Rapuj tutaj. To ma być twoja scena, to twoja szansa. – Chudzielec w czarnym garniturze wstał, nie zwalniając chwytu. Nacisk na ramię Jana zmniejszył się, co ten odebrał jako sygnał do podniesienia się z krzesła. Poczuł na sobie setki par lśniących odbiciami monitorów oczu. 

Błądząc spojrzeniem po rzędach biurek, Jan podjął decyzję. Zamknął oczy, bo pierwszy raz od niepamiętnych czasów dała o sobie znać trema i zapragnął choć na chwilę odciąć się od tej niepokojąco dziwnej publiki. Uspokoił oddech, zrobił kilka grymasów rozciągających usta. Będzie bez wybijania bitu o stoły, bez pajacowania. Poczują to albo nie. To jego szansa.

Zaczął powoli. Był jak niespiesznie ruszający ze stacji pociąg. Wielka masa nabiera prędkości, stuknięcia kół o łączenia szyn są od siebie jeszcze zbyt odległe by stać się rytmem. Jan jednak zbiera moc, pojedyncze słowa układają się w odpowiednim porządku, stukot stalowych kół zaczyna układać się w pulsujący ciąg, Jan to łapie, uderza słowem. 

Opowiada o sobie, o swoim mieście, o ojcu, o matce, miłości i bólu, czerni i bieli, cieple i zimnie, o gorzkim, o słodkim, o kwaśnym, o słonym, dziewczynie i dziecku, radości i smutku…

Pociąg nabrał tempa. Jan chodzi po wielkiej sali, rozdając swój najszczerszy rap; kawałki swojego zwykłego życia. Ma gdzieś publiczność garniturowych klonów. Liczy się tylko to, co chce im powiedzieć.

Mówi o forsie i biedzie, o życiu jak gówno, o byciu kimś innym niż być by się chciało, wolności-niewoli-kłamstwie-i-prawdzie-i-Bogu-Szatanie-kosmosie-i…

– Wystarczy. – Bezbarwny głos przerwał rapowe misterium.

Jan rozejrzał się dookoła i zdał sobie sprawę, że faceci w garniturach wychodzą zza biurek, gęsiego kierują się między szklane przepierzenia i odchodzą w kierunku wind. Zbliżał się świt, przez tafle szklanych ścian otaczających dziewiąte piętro widać było różowawą szarość nieba wyglądającego zza sąsiednich biurowców. Sala opustoszała, jednak z jej końca dobiegło Jana ciche stukanie klawiszy.

Wciąż tam siedział, przy biurku obok którego stało dostawione dodatkowe, puste teraz, krzesło. 

– Co teraz? – spytał faceta w garniturze Jan.

Na monitorze komputera, z morza pootwieranych okienek wciąż wyłaniał się slajd z prezentacji Jana. Zgarbiony przed monitorem chudzielec skupiał się w tej chwili na edytowaniu jakichś maili i danych w jednym z firmowych systemów. Za szybko na to, by Jan mógł zrozumieć, co się właściwie dzieje. 

– Podjęliśmy decyzję. Oni nie potrafią, zawsze decydujemy za nich. 

– Jaką decyzję? O co tu właściwie chodzi, co? – zaczął dopytywać Jan widząc, że jego rozmówca zbiera się do wyjścia. 

– Nie przeszkadzaj. Popraw im nastrój. Podnieś efektywność. Rób korporap, dawaj wartość. 

– Naprawdę? Będę! Pewnie, że będę! – Jan szedł jeszcze za mężczyzną, próbując z nim rozmawiać, jednak ten przestał na niego zwracać uwagę i szybkim krokiem zmierzał w kierunku centralnej części biura. Gdy doszli na miejsce, windy otworzyły swe podwoje i armia nocnych intruzów błyskawicznie je wypełniła. 

Kiedy ostatni z facetów w garniturach wszedł do windy, stanął przodem do Jana i spojrzał na niego lśniącymi prostokątnymi odbiciami świateł monitora oczami. 

Zaraz po tym, jak obudowane polerowaną stalą drzwi się zamknęły, a martwy głos zakomunikował, że “winda jedzie na dół”, Jan wybiegł na główną salę i klejąc nos do szyby jednego z ogromnych okien, patrzył, co się dzieje na dziedzińcu. Słońce już wstało i świecąc przez szczeliny między budynkami, rzucało na czerń otaczającego biurowiec placu długie, jasne pasy. Świt zamienił się w poranek. Z budynku nie wyszedł ani jeden facet w garniturze.

 

***

 

Koło ósmej rano syntetyczny głos poinformował pasażerów windy, że oto wjechali właśnie na “piętro dziewiąte”. Pierwsi pracownicy zaczęli sobie robić kawę, dobierali się do zawiniętych w folię aluminiową kanapek i nieśpiesznie zajmowali miejsca na wielkiej sali. Godzinę później sala była prawie pełna, a wyznaczonymi przez szklane ścianki korytarzami dochodzili wciąż kolejni pracownicy. W tym szumie rozmów i mruczeniu ekspresów do kawy, kręcił się Jan. Odświeżony po wizycie w łazience, najedzony przekąskami z automatów i opity świetną kawą, czekał cierpliwie przy wejściu do salki konferencyjnej. 

 

***

 

Tym razem Jan po swojej stronie stołu siedział z Wodzem, Szarym, Kozłem i Błaznem. Naprzeciwko siedziały dwie Szare z Działu Zasobów Ludzkich. Powszechnie wiadomo było, że ze swoimi skłonnościami do zręcznego manipulowania pracownikami, zdobywania informacji i wywierania wpływu na innych, to właśnie Szare idealnie nadają się na kadrowe. 

– Projekt jest bardzo interesujący, potrzebujemy w firmie poprawy nastrojów, potrzebujemy kogoś, kto tchnie w tych ludzi trochę życia. – Szara wskazała ruchem głowy główną salę. 

– Przy tak zdecydowanej rekomendacji Wodza i całego działu marketingu, my też jesteśmy na “tak” – dodała druga Szara. 

– Tam od razu rekomendacje, chcieliśmy się tylko spotkać, omówić z wami wstępnie – próbował się tłumaczyć Wódz. 

– Wodzu, wasze maile z wczoraj były tak entuzjastyczne, że nie mogliśmy się doczekać dzisiejszego spotkania – rzekła pierwsza z Szarych. 

– Napisałeś: “Bierzmy go, póki go nie zgarną ci z piętra wyżej”, dla mnie to brzmi jak rekomendacja – słodkim głosem dodała druga.

– Tak napisałem? – Wódz zmarszczył brwi i zaczął skakać palcem po ekranie telefonu. 

– Wodzu, masz tyle na głowie, trudno, żebyś pamiętał każdego napisanego maila – dodała przyjaźnie Szara. – Sprawdziłam dziś rano w systemie, okazało się, że mamy wolny etat!

– Serio? To chyba pierwszy raz od trzystu lat! – rzucił Błazen i rozejrzał się z nadzieją po zebranych. Nikt się nie zaśmiał. Wódz odłożył telefon.

– No dobrze. To będziemy mieli w firmie korporap. Przekonał nas pan, panie Janie. Zróbmy to, na próbę. Kwestie finansowe ustalcie z dziewczynami.

– Ojej, nie wiem co powiedzieć, rewelacja! – krzyknął Jan z największym entuzjazmem, jaki potrafił z siebie wykrzesać. 

– No, to się cieszę. – Wódz wstał, a z nim pozostali. – Szary, puść informację do mediów, jesteśmy pierwsi w kraju z tym.

Szary skinął głową.

– Kozioł, ustalcie plan dnia, pory występów i inne. Błaźnie, przedstaw Jana ludziom. Do roboty, panowie!

 

***

Jest jedna prawda,

Możesz być pewny jej jak rano kaca,

Jesteś jak pionek, jak figura,

A grają tobą faceci w garniturach, o. 

 

 

Koniec

Komentarze

Interesujące przedstawienie korporacji, przy niektórych fragmentach się ubawiłem. Świetny też pomysł z tymi creepy facetami w garniturach, którzy zniknęli w windach. Kto pracuje w większej firmie ten wie doskonale, że nieraz uzyskanue decyzji graniczy z cudem.

Trochę mi zgrzyta język, moim zdaniem powinien być bardziej oficjalny i przeintelektualizowany, szczególnie podczas rozmowy kwalifikacyjnej. Nie pasowało mi też, że Wódz pyta innych o zdanie, mógłby być też bardziej władczy. Ogólnie dodałbym też więcej korpomowy. Nie wiem czy to dobry pomysł by zrobić z kozła zwierzę, ale domyślam się, co chciałeś tym osiągnąć.

Ogólnie rzecz biorąc świetny pomysł, scena zabieg z facetami w garniturach genialny, bardzo mi się podobało. :) Kiedys poruszałem podobny temat i zmotywowałeś mnie do odgrzebania tych tekstów.

Hejo Gekikara, no super, że Ci się spodobało to opowiadanie. Jak zwykle wrzucałem tekst z duszą na ramieniu :)

Z mocnego wysycenia korpomową zrezygnowałem tu świadomie (choć nie całkowicie, zostawiłem trochę angielskich słówek itd). Pracuję dużo z korporacjami, samemu nie będąc ich pracownikiem. Jest różnie. W wielu organizacjach ludzie silą się na pozorny czil i luz, uciekają od tych klimatów stricte korpo. Kultury organizacyjne to często gry pozorów. 

A korpomowa jest tak paskudna, że nawet stylizacja na nią w opowiadaniu byłaby chyba obrzydliwa :)

 

Kozioł, Błazen i cała ta zgraja NIE SĄ Z DEUPY :)

 

Dzięki bardzo za odwiedziny i miłą recenzję. 

 

No coś mi się kojarzył ten podział ról. :)

Od razu zamilkł i skulił się nieco, zakłopotany Kozioł skrępowany własną niezręcznością.

Nie podoba mi się to zdanie. Wyrzuciłabym Kozła albo zmieniła szyk.

Zaplanował ten wyjazd na jeden dzień, miał nawet wykupiony bilet na wieczorny pociąg do domu.

Literówka.

Czasem, szczególnie w nowych miejscach, człowiek budzi się i przez pierwsze sekundy nie ma pojęcia[+,] gdzie się znajduje.

W końcu[-,] minęło kilka koszmarnych długich sekund i na zaspanej twarzy Jana pojawiło się zrozumienie. 

W ogóle wyrzuciłabym to “w końcu”.

Skrzywdzimy cię[+,] jeśli coś zrobisz. 

Jan patrzył na to wszystko szeroko otwartymi oczyma[+,] próbując zrozumieć[+,] o co chodzi.

– Jaką decyzję w ogóle, o co ci chodzi[+,] człowieku?

Do roboty[+,] panowie!

Przyjemne :)

Przynoszę radość

Anet, jak miło! Dzięki za te korekty, naniosłem snadnie :)

Bardzo fajnie, że zajrzałaś. Serdeczności, Czytaczko Wszystkiego. 

Teraz już nie wszystkiego ;)

Przynoszę radość

Jestem jeszcze korpoludkiem, więc przeczytałem z dodatkowym zainteresowaniem.

Podobało mi się. Oryginalne spojrzenie na korpo świat. Tym razem początek jest mocniejszy od reszty. :)

Nie załapałem jednak kim są panowie w czarnych garniturach. Skojarzyli mi się ze śledzącym wszystko wujkiem Google, ale sposób ich wypowiedzi nie bardzo mi do tego pasował.

A, i jeszcze jedno. Nie ma ani jednego korpo hasła, prodżektu, dedlajnu czy mitingu. ;) To trochę umniejsza klimat i wiarygodność, ale może będzie bardziej zjadliwe dla reszty czytelników.

Ogólnie, dobra robota.

Pozdrawiam.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Hejo Darconie! :)

No bardzo jestem kontent, że Ci się podobało. Pytasz o facetów w garniturach, a ja pomyślałem sobie tak, że skoro tutaj mam absurdalny nieco wątek rapowy i narysowane grubym mazakiem na flipczarcie ;) postaci żywcem wzięte z metodyki human resources management, to to pozostanie takie niedopowiedziane. Faceci z garniturach – awatary kapitału? Demony efektywności? Dział Kontrolingu? SI?

 

Trochę gadki korpo jest (– Błazen zajmuje się w naszym teamie eventami.) Ale moim zdaniem nie o to chodzi w korporacjach. Pisałem już Gekikarze – mam dużo outsiderskich doświadczeń z korporacjami, sam pracowałem kiedyś w jednej i … zostawmy to :) Niektóre korporacje robią obecnie bardzo wiele, żeby nie wygladać z wierzchu jak… korporacje, tak sobie obserwuję. Liberalny dress code, luźne rozmowy, język oczyszczony z anglizycmów, cała ta infrastruktura czillroomów i innych bawialni, wiesz o co chodzi. 

 

Ale jest jeszcze mindset. Ten jest niezmienny. 

 

Pozdro i bardzo dziękuję, że zajrzałeś. Życzę miłego social distancingu w naszym pięknym mieście :)

Ja kiedyś obejrzałem sobie TO i niestety wszystko skumałem. :]

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Intersujące przedstawienie świata corpo. Spodobał mi się sam pomysł jak i oparta na nim fabuła. A najbardziej oczywiście faceci w czarnych garniturach; jak dla mnie świetnie podkreślali corpo atmosferę. Jeśli chodzi o język, może można by go troszeczkę podstylizować, ale… nie wiem, w sumie mi się bardzo dobrze czytało.

Klikam bibliotekę :)

Darcon, no filmik-złoto. W warstwie językowej przeraża mnie to, że nie pracując w korpo, na codzień używam takiej nowomowy. Bo jest szybciej, bo po polsku trzeba szukać słowa, a angielskie jakoś tak szybciej się nasuwają…

 

katiu, dziękuję bardzo za przeczytanie i komentarz z kliczkiem. Tak, potwierdzam, myślałem o stylizacji nowomowy, ale chciałem ciut głębiej wejść w temat i skupić się na ludziach/mechanizmach. Ja piszę opowiadania m.in. po to, żeby się oderwać od obcowania z takimi brzydactwami. Jakby tak przejrzeć moje maile czy Slacka – byłoby tam tego pełno…. Fuj. 

 

Serdeczności dla Was, jest mi bardzo miło, że znajdujecie czas dla moich tekstów. 

Niezłe opowiadanie i fajnie skomponowane. Korpogadki dla mnie wystarczająco dużo. Za to nocna scena jest niesamowita – tym mnie kupiłeś! i rapem, naturalnie :)

Gdybym miała się czepiać to może do przedstawienia postaci z początku. Sporo linijek poświeciłeś temu i zrobiłeś to po kolei. Właściwie jest to uzasadnione, ponieważ Jan, oczekując na sygnał do rozpoczęcia prezentacji, przygląda się im. Może chodzi o dokładność i powtarzalność opisu każdego z nich, może wystarczyłaby zajawka z charakterystyczną cechą/zachowaniem/wyglądem, a resztę przenieść do późniejszej rozmowy? Nie wiem, tak sobie rozważam.

Zastanowiło mnie przejście, gdyż go nie zauważyłam, pozostania na noc w biurowcu. Jak on to zrobił? Czyżby zdanie kart gości nie było monitorowane przez ochronę, recepcję?

 

Poniżej kilka moich zatrzymań:

,wąskie, zagięte lekko do tyłu rogi i poziomie źrenice, nie do końca więc można było być pewnym, na co dokładnie patrzy.

Tutaj chyba coś się posypało?

,Od razu zamilkł i skulił się nieco, Kozioł skrępowany własną niezręcznością.

Tutaj chyba też?

,dodał Wódz o bardzo silnych cechach Strażnika. 

Chyba niepotrzebnie powtarzasz, pamiętałam z kilkunastu akapitów wcześniej.

 

Skarżę o klika, oczywista, bo w biblio garniturowa scena-rap-korpo musi się znaleźć :)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Pracuję w korpo, więc temat wydaje mi się dość bliski, choć myślę, że korporapu w praktyce bym nie zdzierżyła. ;)

Bardziej jednak niż ta koncepcja, moją uwagę zwróciła wizja nocnej zmiany, która naprawiać musi błędy dziennej czy też podejmować za dzienną decyzje. Pomysł ciekawy i równie ciekawie przedstawiony. Tekst ma swoją dynamikę i można go dobrze poczuć. Słowem, podoba mi się. Rzucę polecankę do biblioteki. :D

Zostaw ten żyrandol.

Rapu nie lubię, więc do głównego bohatera od początku czułem niechęć, a wstęp wydaje mi się przydługi. Postać Wodza mogłaby być bardziej wyrazista i władcza. Ale tekst uważam za dobry. Broni się sceną w nocy, która została bardzo solidnie przedstawiona. Łatwo się wczułem i odkąd bohater zauważył postacie w garniturach, tekst wciągnął, aż zapomniałem szukać zgrzytów ;) Ale wcześniej coś tam wyłapałem:

Od razu zamilkł i skulił się nieco, Kozioł skrępowany własną niezręcznością.

Dziwnie to brzmi. Może lepszy taki szyk?

Kozioł od razu zamilkł i skulił się nieco, skrępowany własną niezręcznością.

Ale prawda była taka, że nic miało prawa go zaskoczyć i zagrożenie rutyną było spore.

Nie rozumiem tego zdania.

przedłużanie spotkania o tej porze, pod czujnym okiem Wodza o cechach Strażnika[+], było ryzykowne. 

Teraz oczywiście, wszystkie loże były puste i schowane w półmroku, sterowanie budynku przyciemniło bowiem mocno światła.

Pierwszy przecinek zbędny?

Sprawdził telefon i zaklął widząc, że urządzenie jest kompletnie rozładowane. Minęło kilka koszmarnych długich sekund i, w końcu, na zaspanej twarzy Jana pojawiło się zrozumienie. 

Odniosłem wrażenie, że zrozumienie dotyczyło telefonu, a bohatere zaklął, bo się wystraszył, że zaspał na spotkanie, więc w następnym akapicie się zatrzymałem, bo zupełnie nie wiedziałem co się stało. Brakuje mi jakiejś wzmianki, że nadal jest noc.

Asylum, Verus, heroxie: wszystkie potworki, które mi wyciągnęliście, poprawię na spokojnie.

 

Mam wątpliwość jedną, malutką. Bo nie podoba Wam się to:

Od razu zamilkł i skulił się nieco, Kozioł skrępowany własną niezręcznością.

 

Tymczasem, głowę daję, że spotkałem się z taką konstrukcją w literaturze. Ostatnio w Ziemiomorzu LeGuin, naprawdę niedawno. Oczywiście, teraz nie znajdę, żeby podać przykład. Ale na tyle mi się spodobało, że sobie zapamiętałem. Uważacie, że to jest nieprawidłowe?

 

Ja w ogóle też niespecjalnie przepadam za rapem, wychowałem się na zupełnie innych klimatach.

Nie jestem jednak muzycznym gatunkistą ;) i cenię wysoko niektórych wykonawców i ich twórczość. Tak jak nie umiem znaleźć i docenić poezji w “prawdziwej” poezji, często zauważam ją w rapowych tekstach. 

 

Tym korporapem, to chciałem sypnąć piachem w zęby czytelników, chciałem, żeby zrobiło się dziwnie i lekko absurdalnie. No i wciągneło mnie opisywanie tej pierwszej scenki :) Stąd początek może się dłużyc. 

 

Dziękuję Wam, ludziska za lekturę i docenienie tego tekstu! Poprawki naniosę, jak tylko będę miał chwilę spokoju. Serdeczności. 

Dawaj cytat z Ziemiomorza, zaraz sprawdzę. :) Zdaje mi się wyraźnie sztuczne, chyba że przy jakimś rodzaj stylizacji. 

Widać, że Cię pierwsza scenka wciągnęła i rozpisywałeś postaciwink

Trzym się ciepło, najlepiej w domu. :)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

No dobra, to tak:

 

herox, mówiłem Ci już kiedyś, że dajesz rewelacyjne uwagi do tekstów? Poprawiłem większość zgodnie z Twoimi propozycjami, a kawałek z rutyną oraz ten z telefonem – zmontowałem na nowo. 

 

Asylum i herox:

 

Le Guin, “Inny wiatr”: Dziecko wyprzedzało go – mały skaczący cień.

 

Z myślnikiem to zrobiła, choć wydaje mi się, że widziałem gdzieś jeszcze podobną kombinację rozbitą przecinkiem. W moim opowiadaniu dałem teraz myślnik. Co sądzicie? Wiem, że to brzmi nietypowo ale, kurczę, poprawne to chyba, co?

Ha, Łosiocie, jest inaczej niż u Ciebie, u niej mógłby być przecinek, lecz trzeba popatrzeć na to łącznie z kontekstem.

U niej masz:

a/ W poprzednich dwóch zdaniach Podróżnego, a w ostatnim dziecko. Patrzymy z dużego planu – idzie podróżny , a przed nim dzieckko.

b/ W inkryminowanym – dziecko równa się się cień w jednym zdaniu i dwa razy powtórzony podmiot, czyli bez domysłów kto i co robi.

 

U Ciebie:

a/ W poprzedzającym zdaniu Kozioł i Jan, przy czym kończy się na Janie.

b/ W inkryminowanym – Pierwszy podmiot domyślny (on), a drugi Kozioł. Jeśli kończyło się poprzednie na Janie to naturalnym jest domysł, że o nim mowa, a wtedy wskakuje ten Kozioł. 

 

“…Podróżny zamrugał oślepiony. Odległy horyzont i wiatr sprawiły, że zakręciło mu się w głowie. Dziecko wyprzedzało go – mały skaczący cień…”

 

“…Bee! – beknął radośnie Kozioł dokładnie w momencie, gdy Jan zrobił pauzę, żeby nabrać powietrza. Od razu zamilkł i skulił się nieco – Kozioł skrępowany własną niezręcznością…”

 

Poprawiłabym według propozycji Heroxa wink lub coś innego wymyśl.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

zdjęcia z Błaznami i Kozłami rapującymi dla wielkich korporacji i starupów Doliny Krzemowej,

Zjadłeś literkę, Łosiocie.

Poza tym nie ma się do czego przyczepić.

Całkiem niezła scena występu przed smutnymi panami w garniturach. Udało się oddać muzykę słowami.

Co do całości, to… interesujące. Momentami weirdowe, gdzieniegdzie groteskowe. Nadałoby się na Kafkę.

Na koniec rzeknę, a idź pan z tym rapem w … 

… w bibliotekę, tam sobie z nim idź.

Asylum, mam dla Ciebie dwa słowa:

 

 

 

Chrościsko, kłaniam się nisko,

łoj dana dana, nie ma jak rap z rana,

bo to muzyka, lepsza od budzika,

dzięki za klika, znikam,

joł

 

Łosiocie, miło mi widzieć, że uznajesz uwagi za przydatne :)

Widzę, że opowiadanie w bibliotece – zasłużenie :) 

 

Czarnego ma awatara,

jak noc, bo,

to mroczny Gekikara,

bro.

Strzeż się,

bo z kosmosu

przybył ninja ten,

on laserową kataną

odetnie ci tlen,

on z dzidy plazmowej

rozwali ci głowę,

a potem,

kwantowym

wakizashi,

odetnie wszystko

pozostałe ci! 

 

nie wiem jak to zakończyć zupełnie :P

 

 

 

 

 

 

Joł, Łosiot!

Fajne omówienie głównych archetypów korporacyjnych. Nocne garniturki też niczego sobie.

Za rapem nie przepadam i chyba współczuję pracownikom.

Wizja ogółem interesująca, ale dość statyczna. No, przyjęli gościa do roboty, koniec fabuły.

Babska logika rządzi!

Siema, pozdro 600, CHWDP, elo ;)

Fajnie że tu wpadłaś i przeczytałaś, o zacna Finklo. I widzę, że tym razem już bardziej jesteś zadowolona z lektury niż ostatnio :)

Fabuły są dla mnie trudne, ale pracuję nad tym. Przy tym opku, tak po prostu, dobrze się bawiłem. 

Chcesz okejkę moją dostać,

Twórz mą ulubioną postać:

Tekst, gdzie ważkie są problemy,

Bez emocjonalnej ściemy!

Joł!

Babska logika rządzi!

Podobało mi się. Właściwie, to nawet bardzo bym się nie zdziwił, gdyby gdzieś w jakimś korpo, ktoś zaczął motywować ludzi w ten sposób :) Tekst o tyle mi bliski, że nocki w biurze zdarzają mi się dość regularnie (aktualnie co prawda home office do odwołania) i fakt faktem, biuro w nocy jest zupełnie inne. 

Hej Patryku, dzięki! Teraz większość biurowców stoi pusta również w dzień. Wyobrażam sobie, jak tam musi być ponuro. Tylko wyobrażam, bo nie byłem "na mieście" już że trzy tygodnie. A może miesiące? Może jeszcze dłużej? :/ Pozdrawiam!

Nowa Fantastyka