- Opowiadanie: Gekikara - Szatański haft

Szatański haft

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Biblioteka:

kam_mod, Użytkownicy, Wicked G

Oceny

Szatański haft

Dywan powstał w Damaszku, w połowie ósmego wieku, na zamówienie pewnego arabskiego poety i podróżnika, który zaginął niedługo po jego nabyciu. Przechodził z rąk do rąk, aż trafił do Jerozolimy, do meczetu Al-Aksa, wzbudziwszy zachwyt tamtejszego imama. Święte Miasto zdobyli krzyżowcy, a dwadzieścia lat później meczet został darowany Templariuszom. Jeden z nich, uwiedziony pięknem damasceńskiego kobierca, miał wywieźć go do Europy. Po kasacie zakonu zaginął aż do Wielkiej Wojny, gdy odnaleźli go francuscy żołnierze na strychu jednego z domów w Mullhouse. Przegrali go w karty z amerykańskim marynarzem. W ten sposób dywan trafił do Nowego Świata. 

Przynajmniej taką historię opowiedział wędrowny handlarz, kiedy wtaszczył zwiniętą w rulon płachtę spłowiałej tkaniny do antykwariatu. Hipolit Aaronowicz nie wierzył w tę bajkę ani za grosz, ale historia była dobra, więc po krótkich negocjacjach zdecydował się odkupić dywan – czy może raczej gobelin – za stosunkowo niewielką sumę, pozwalającą mu na odsprzedaż z zyskiem, gdy tylko doprowadzi go do porządku. 

Powiesił zakup na ścianie w rogu, za kolonialnym sekretarzykiem i cofnąwszy się o krok, oceniał jego stan. 

Runo niemal straciło kolor, brzegi były poprute i wymagały naprawy, całość pokrywał kurz i brązowe plamy. Za to jeden element się wyróżniał. Wzór. Zupełnie nie pasował do tkaniny. Wyszyty złotymi, czarnymi i ciemnozielonymi nićmi, nie stracił chyba nic ze swojej wyrazistości i nasycenia barwą – był w idealnym stanie, czas nie zdołał mu zaszkodzić. Przedstawiał… Antykwariusz próbował dopatrzyć się w nim znajomych kształtów i symboli, ale na próżno. Nie sposób było dostrzec w nim symetrii czy jakiejś formy porządku. Mimo to, a może właśnie dlatego, wzór z magnetyczną siłą przyciągał wzrok. Był na swój sposób piękny. 

– Chciałbym kupić ten gobelin.

Wysoki, szczupły mężczyzna w czarnym fraku pojawił się nazajutrz, w trakcie deszczowego popołudnia typowego jak na wrzesień w Nowej Anglii. Głęboka opalenizna i obcy akcent zdradzały, że nie pochodzi stąd. Przyjezdny. To dobrze rokowało. 

– Nie jest jeszcze na sprzedaż – odpowiedział. – Muszę go oczyścić, odświeżyć kolor… 

– Ile chciałby pan za niego, gdyby już był? – Mężczyzna we fraku nie ustępował. 

Antykwariusz miał już w głowie plan: powie trzysta pięćdziesiąt, potem zejdzie do trzystu, wykorzysta historyjkę i zainkasuje dwieście pięćdziesiąt dolarów…

– Niech pan pomyśli kwotę i pomnoży przez dwa – dodał cudzoziemiec. 

Pięćset dolarów… W fabryce Sama Robertsona robotnik pracuje za tyle niemal dwa miesiące. Hipolit spojrzał ku przedmiotowi targu, pogładził zniszczoną tkaninę, opuszkami palców przejechał po wyhaftowanym ornamencie. Jest aż tyle wart? 

– Niech pan tego nie robi. – Nieznajomy złapał go za przedramię. Był stanowczy i trochę zaniepokojony. – On jest bardzo… cenny. Proszę rozważyć moją ofertę, wrócę tu jeszcze – zadeklarował, po czym puścił antykwariusza i wyszedł pospiesznie na zewnątrz, prosto w deszcz. 

Aaronowicz nie miał szans otrząsnąć się po dziwnej wizycie, kiedy dzwonek u drzwi zadzwonił raz jeszcze i do środka wpadł niewysoki, korpulentny mężczyzna w kapeluszu, kuląc się przy tym i skrywając twarz między postawionymi na sztorc klapami ociekającego wodą płaszcza.

– Nie zrobiłeś tego, co? Nie sprzedałeś mu kobierca? – syknął konspiracyjnie, stanąwszy blisko, zbyt blisko, sklepikarza. – Nie możesz tego zrobić. 

– Chce mi pan złożyć kontrofertę? – Hipolit próbował zwiększyć dystans, ale przeszkadzał mu sekretarzyk za plecmi. 

Mężczyzna w kapeluszu rozejrzał się nerwowo na boki i skrył się za regałem wypełnionym atlasami i starymi wydaniami książek. 

Drzwi otworzyły się kolejny raz. To wrócił cudzoziemiec. 

– Nie ciekawi pana, dlaczego gobelin jest tak wartościowy? – zapytał. – Gdyby zmienił pan zdanie… właściwie nie musi pan nawet go sprzedawać. Wystarczy, że mi go pan wypożyczy. Na jedną noc. Proszę zdecydować do dzisiejszego zachodu słońca. Wtedy wypada… 

– Rosz ha-Szana – odpowiedział antykwariusz.

Śniady mężczyzna uśmiechnął się, wyciągnął aksamitną chustkę z wewnętrznej kieszeni fraka, rozłożył ją na stojącej nieopodal wejścia komodzie. Wyciągnął pióro i zapisał coś pospiesznie na materiale.

– Jeśli się pan zdecyduje, proszę przynieść gobelin pod ten adres. Stawka taka sama jak za sprzedaż.

Gdy opuścił antykwariat, drugi nieznajomy wyjrzał z kryjówki, by upewnić się, że tamten zniknął. Wyszedł wówczas z cienia, stanął przy komodzie odczytał informacje z chustki. 

– Ile pan proponuje? – Aaronowicz przeszedł do rzeczy, by jak najszybciej zakończyć to wariactwo. 

– Co? Ja? – Mężczyzna zaśmiał się. – Nie, nie mam zamiaru go kupować. 

– Nie rozumiem. Nie chciał pan przecież, bym go sprzedał… 

– Austinowi? Bo nie powinien go mieć – nieznajomy wypowiedział te słowa tak, jakby były największą z oczywistości. 

– W takim razie… – Hipolit sięgnął ku skrawkowi materiału z zanotowanym adresem, ale szalony kapelusznik był bliżej, błyskawicznie pochwycił chustkę i wetknął ją do kieszeni. 

– Gdybyś wiedział, podziękowałbyś mi za to – dodał na usprawiedliwienie. – Powiem więcej: czujesz, że ta decyzja była słuszna, w innym wypadku nie wzdragałbyś się przed sprzedażą towaru. 

– To absurd! Proszę oddać mi chusteczkę – protestował Aaronowicz – została zostawiona dla mnie, w moim antykwariacie, więc to moja własność i nie pozwalam, by pan… 

– Własność, cóż to oznacza? – rzucił tamten na odchodne, po czym pociągnął za klamkę i wbiegł prosto w ulewę.

Hipolit wyszedł za próg sklepu, próbując… właściwie nie wiedział, co próbował zrobić. Złapać go? Rozejrzał się we wszystkie strony, ale nie był w stanie dostrzec nikogo. 

Na szczęście miał dobrą pamięć. 

 

***

 

Samotny, dwukondygnacyjny dom z zapadniętą werandą, spróchniałymi filarami, o zabitych deskami oknach i wielką dziurą ziejącą w dachu pamiętał chyba czasy Mayflower. Musiał być opuszczony i to od dawna. Dokoła nic, żadnych zabudowań, tylko las, mroczny i duszny. Stojący kilkanaście metrów od rozpadającego się budynku Hipolit Aaronowicz kolejny raz zerknął na kartkę i zmarszczył czoło.

Plymouth, 10u Rocky Pound Road nad Little South Pond. 

Trzy razy okrążył jezioro, to musiało być tutaj. „Pomyliłeś adres, ty stary durniu” zganił się w myślach „albo zapamiętałeś dobrze, ale nie był prawdziwy. Jak mogłeś sądzić, że cokolwiek tu znajdziesz? Zachowujesz się nie lepiej niż tamci dwaj wariaci. I z jakiego powodu? Kawałka rozpadającej się tkaniny?”

Zerknął na tarczę swojego Walthama. Osiemnasta. Za pół godziny zajdzie słońce i rozpocznie się święto. 

„Lepiej wracaj nim się ściemni, albo napytasz sobie biedy.”

Uruchomił silnik, który odpowiedział warkotem, zaciągnął hamulec pomocniczy i już miał wdusić pedał, kiedy dosłyszał głos od strony ganku. W drzwiach obróconego w ruinę domostwa stanął wysoki cudzoziemiec we fraku i obwieszony błyszczącą biżuterią, przez co wyglądał jeszcze bardziej ekstrawagancko. 

– Zjawił się pan! Miałem nadzieję, że tak będzie! Wszystko już przygotowane – zawołał na powitanie i w jednej chwili dopadł do pakunku na tylnym siedzeniu. – Pomogę z tym. Mamy niewiele czasu.

– Najpierw zapłata. – Aaronowicz ostudził jego zapał. – Pięćset dolarów w gotówce. I wrócę po niego o wschodzie słońca.

– Zawarliśmy dżentelmeńską umowę, panie…

– Hipolit Mordechaj Aaronowicz.

– Austin Osman Spare.

Mężczyźni uścisnęli sobie dłonie.

– Proszę się nie obawiać, panie Hipolicie, dostanie pan swoje pieniądze, nie będę się targować, tak jak zapowiedziałem. Gotówkę trzymam w środku. – Wskazał głową ku ruderze. – To jak, pomoże mi pan?

Antykwariusz opuścił pojazd i razem wnieśli tam zwiniętą w rulon tapiserię. Wewnątrz nie było lepiej niż na zewnątrz, co spowodowało, że antykwariusz zaczynał nabierać podejrzeń co do tego człowieka. Co jeśli to kolejny Eddie Adams? Pamiętał artykuły sprzed roku i to skojarzenie szczerze go zaniepokoiło. 

– Mam rewolwer – oznajmił. 

Rzeczywiście miał broń. Colta Root kaliber trzydzieści jeden. Odziedziczył go po ojcu. Tylko nigdy nie strzelał. 

– Do niczego się panu nie przyda – zapewnił Spare – już prawie jesteśmy na miejscu, trzeba tylko zejść do piwnicy.

Przeszli przez salon, dotarli do kuchni i zatrzymali się przy drzwiach. Kiedy cudzoziemiec je otworzył, Hipolit mógł dostrzec ciepłe, żółte światło na dole piwnicznych schodów. 

– Co tak długo? – oderwał się ktoś z dołu. Sądząc po głosie: kobieta.

– Sigil nie może zostać uszkodzony, nie pospieszaj nas. 

Sigil. To słowo wydawało się znajome. Hipolit przypominał sobie ogień szabasowych świec, noc tuż przed świtem i ojca pochylonego nad jedną ze swoich cennych książek, pełną tajemniczych symboli. Pamiętał, że zapytał, co one oznaczają. To khotam, nazywane przez gojów sigilami, usłyszał wówczas. 

– Pieczęć – wypowiedział. – Myśli pan, że to pieczęć? Jakiś kabalistyczny symbol? Dlatego wybrał pan dzień Rosz ha-Szana. Panie Spare, że też pan wierzy w takie rzeczy!

Pokonali kilka stopni i antykwariusz mógł już ujrzeć wnętrze piwnicy.

W idealnie kwadratowym pomieszczeniu płonęły dziesiątki świec. Rozstawione były wszędzie: na opróżnionych z przetworów regałach zajmujących dwie przeciwległe ściany, na szczycie postawionego przy wejściu pianina, wokół wiekowej księgi leżącej na wysłużonym biurku, zajmującym centralną część pomieszczenia. Na ścianie naprzeciwko drzwi zamontowany był mosiężny reling.

Przy instrumencie siedział młody, może osiemnastoletni chłopak, a obok niego dziewczyna w tym samym wieku. Wyglądali niemal identycznie. On miał ostrzejsze rysy, ona długie włosy. 

Spare wskazał na pustą ścianę, a chłopak podniósł się z miejsca i przejął cenny artefakt.

– Trafił pan, ale nie do końca – odpowiedział wówczas antykwariuszowi. – W istocie mam na celu zawezwanie wyższych mocy, ale nie mowa tutaj o Najwyższym, tylko… przeciwnie. Przecież posiada pan ten gobelin, nie wmówi mi pan, że tego nie poczuł.

– To niedorzeczne, panie Spare – stwierdził Hipolit. – Proszę dać mi pieniądze i może pan sobie zostawić ten dywan na wieki, tylko niech już mnie pan nie wstrzymuje tu ani chwili dłużej i nie odwiedza więcej mojego antykwariatu.

– Czyli jednak pan to czuje! – zawołał triumfalnie okultysta.

– Po prostu niech da mi pan te pieniądze. Nie znajduję przyjemności w uczestnictwie w żadnych obrzędach ani rytuałach.

– Pan jest ze sceptyków. Czcicieli rozumu. To w pełni uzasadnione w czasach elektryczności, automobili i telefonów, nie potępiam tego. Jednakże, jeśli weźmiemy pod uwagę tysiące lat historii przepełnionej wiarą w realne znaczenie i moc rytuałów, obrzędów i zaklęć, nierozsądnie byłoby je odrzucić bez poświęcenia im choćby odrobiny uwagi. W istocie to, co zwane jest magią, podlega podobnym prawom co nauka. Znane jest panu Brytyjskie Stowarzyszenie Spirytualistów? Wiele znamienitych nazwisk należy do tego kręgu. U was, w Ameryce, też są tacy. Chociażby ten wielki wynalazca, Thomas Edison. Zbudował telefon do zaświatów, gazety pisały o tym jakieś dwa lata temu, z pewnością pan o tym słyszał. 

– Ma pan prawo do własnych poglądów, jakkolwiek by dziwaczne nie były – dyplomatycznie odparł antykwariusz. – Nie podoba mi się, że wciąga pan w to tak młode osoby, ale domyślam się, że osiągnęły już odpowiedni wiek by decydować o sobie i są tu z własnej woli. Mnie zatrzymuje tylko kwestia wynagrodzenia. Nie interesuje mnie co macie zamiar… czy to rękopis Wojnicza? – zmienił nagle temat. – Że też wcześniej nie poznałem, to on! Tak, to na pewno ten, pamiętam jak chełpił się nim siedem lat temu w Chicago. – Dopadł do księgi, niemal potrącając Spare'a. – Nie sądziłem, że ten łgarz komukolwiek go sprzeda. Mój dywan ma z nim jakiś związek? Niektóre symbole są podobne… jeśli tak… Niech pan już robi, co ma robić, zaczekam. Później zabieram dywan. Tylko proszę go nie zniszczyć. 

Cudzoziemiec zaszedł go od tyłu i poklepał po ramieniu. Był wyraźnie zadowolony.

– Wiedziałem, że się pan przekona. Manuskrypt, niestety, również jest wypożyczony, ale bez obaw, żaden z tych cennych przedmiotów nie ulegnie zniszczeniu. A co do sposobu, w jaki mam zamiar wykorzystać te artefakty… czy słyszał pan kiedykolwiek o szatańskim dźwięku, diabolus in musica? Podobno w mrocznych wiekach zakazane było jego wygrywanie w kościele, ale nie to jest najistotniejsze. Ten dźwięk to sigil, jestem pewien. Gilbert zagra go w odpowiednim czasie. Manuskrypt również jest sigilem, szatańską księgą, jeśli stosować takie nazewnictwo. Nie bez powodu Papiestwu swego czasu tak zależało, by go posiąść. Zna pan ten rękopis, wie pan więc, że zawiera rysunki nieistniejących roślin. To oznacza, że nie pochodzi z tego świata, tak samo jak język w jakim go napisano. Jeśli jednak ktoś umie go odczytać, a myślę, że to potrafię, oraz znajduje się w pobliżu bramy, którą jest z pewnością pański gobelin, a właściwie wyszyty na nim szatański haft, wtedy otworzy przejście do tego miejsca.

– Hmm – dziewczyna chrząknęła wymownie.

– No tak, potrzebujemy jeszcze dziewicy – dodał Spare, zerkając ku czarnowłosej nastolatce. – Żaden szanujący się rytuał nie może się bez niej obyć.

– Już po zachodzie, jest Rosz ha-Szana, mogą państwo zaczynać – oznajmił zniecierpliwiony antykwariusz, sprawdziwszy godzinę. – Ostrzegam jednak, że jeśli zajdzie tutaj coś niegodziwego, będę musiał powiadomić władze.

Nie dopytywał już o pieniądze.

Podobieństwo wzoru na tkaninie z fragmentami rękopisu mogło sprawić, że jego nazwisko zapisze się na zawsze w historii. Dywan Aaronowicza, klucz, dzięki któremu odszyfrowano największą kolekcjonerską tajemnicę dwudziestego wieku… Widział oczyma wyobraźni zazdrość na twarzach ludzi z branży. 

Austin Osman Spare skinął głową, ustawił się w pobliżu biurka, zwrócił ku powieszonej na relingu tkaninie i rozłożył ręce niczym kapłan.

– Zaczynamy – oznajmił.

Chłopak uderzył w klawisze. Popłynęła dysonansowa melodia trytonu, wypełniła pomieszczenie nieprzyjemnym dźwiękiem. Spare skłonił głowę i zaczął wydawać z siebie zbitki zgłosek nie przypominające żadnego z języków, które Aaronowicz miał okazję usłyszeć w ciągu swojego długiego życia. Jeżeli istniała diabelska muzyka, to musiała być właśnie ona. 

„Lepiej stąd wiej” podpowiadał mu drugi Hipolit Aaronowicz, który mieszkał w jego głowie, obserwował wszystko z ukrycia i wydawało mu się, że zawsze wiedział lepiej „myślisz, że oddadzą ci dywan? Nie bądź głupi. Oni wiedzą, ile może być wart, sądzisz, że wypuszczą z nim starego antykwariusza?”

Nie zdarzył nawet krzyknąć, kiedy ostrze sztyletu śmignęło w powietrzu tnąc ciało tańczącej wokół cudzoziemca dziewczyny i polała się krew. Spare zebrał na ostrzu nieco wypływającej z rany posoki i – ku rozpaczy antykwariusza – skropił nią dywan, rycząc przy tym jak zwierzę. Dźwięki muzyki, dotychczas nieprzyjemne, przeszły w tej chwili w istną kakofonię, po czym urwały się nagle, gdy prowadzący ceremonię opuścił sztylet. 

Nic się nie działo.

Trójka okultystów zamarła, zaskoczona brakiem jakichkolwiek zjawisk, które miały towarzyszyć wypełnionemu rytuałowi.

– Spare, ty oszuście! – Uniósł się gniewem antykwariusz, przerywając nastałą ciszę. – Obiecałeś, że tkanina nie ucierpi!

– Chodźmy stąd, braciszku – zaproponowała swojemu bliźniakowi dziewczyna. Wydawała się rozczarowana. Ściskała ramię, krew sączyła się z rany, płynęła w dół ręki i skapywała na podłogę, cięcie jednak nie było zbyt głębokie. – Mogliśmy wybrać seans u madamme Sevi, podobno przypłynęła prosto z Haiti, wywołuje duchy zmarłych i wróży z wnętrzności węży. Tutaj… to była wielka strata czasu.

Spare ich nie słuchał, wpatrywał się tylko w wiszącą tapiserię, próbując dociec, co poszło nie tak. Obrzucił wzrokiem wzór, powiódł nim wzdłuż krawędzi, wpatrywał się w poplamione runo…

– Krew – oznajmił wreszcie – za mało krwi! – zawołał tak, jakby dokonał epokowego odkrycia, po czym chwycił dziewczynę, by zadać jej kolejny cios. Tym razem mogła nie wyjść z tego z jedną niewielką raną. Hipolit próbował zareagować, ale kiedy miał sięgnąć po broń, jego dłonie na raz zaczęły się trząść a żołądek wywrócił się na drugą stronę.

– Zostaw dziewczynę, Austin. – Na schodach, całkiem bezszelestnie i nieoczekiwanie, tak jak miał to w zwyczaju, pojawił się korpulentny, szalonooki kapelusznik. W lewej dłoni ściskał sporych rozmiarów medalion z pięcioramienną gwiazdą wpisaną w okrąg, a w prawej egipski krzyż. 

– Alexander! Wiedziałem! Śledziłeś mnie już od Nowego Yorku! – zawołał zaskoczony Spare, a dziewczyna wykorzystała tę chwilę i wyrwała się z uścisku. – To przez ciebie się nie udało! Odprawiłeś ochronny kontr-rytuał! 

– Nazywam się Aleister! – oburzył się intruz. – Nie Alexander, dobrze o tym wiesz! A moje zaklęcia… gdyby arras był tym, czym miał być, i tak powinno do czegoś dojść. 

– Nie próbuj mnie wykiwać, Crowley. – Cudzoziemiec zaciskał szczęki ze złości i wymachiwał sztyletem. – Moja teoria sigili jest słuszna, udowodnię to i wygram nasz zakład. Przewyższę ciebie i wszystkich pozostałych. 

– Masz zbyt wielką ambicję jak na swoje możliwości. Opalenizna i udawany akcent nie uczynią z siebie mędrca ze wschodu. 

– Na nic twoje szyderstwa. Mam dywan! Nie teraz, to kolejnym razem…

– Dywan jest mój! – wykrzyknął Hipolit. Udało się mu wydobyć colta z kabury, mierzył teraz niepewnie w kierunku obwieszonego świecidełkami okultysty. – Odsuń się od niego!

 Spare wybuchł śmiechem.

– Czy ty w ogóle umiesz strzelać? – drwił z drżącego antykwariusza. 

– Ja umiem. – Do Hipolita podeszła dziewczyna i wyciągnęła ku niemu otwartą dłoń. Ranę na ramieniu opatrzyła przy pomocy strzępka materiału. – Ojciec zabierał nas na polowania, strzelanie zawsze szło mi dobrze. Może mi pan zaufać, w końcu gdyby nie pan i pan Aleister…

Antykwariusz spojrzał na nią, potem na Crowleya, potem znów na nią i mocniej ścisnął rękojeść rewolweru. 

– Oddaj mi broń. – Dziewczyna stała się stanowcza. – On chciał mnie… 

– Aleister, pomyśl: wielka moc do naszej dyspozycji. Nie mów, że zależy ci na życiu jednej dzieeee… – Czarnowłosy chłopak wybrał odpowiedni moment i rzucił się na Spare'a.

Złoty sztylet, wybity z ręki okultysty w trakcie szamotaniny, wpasował się między deski podłogi.

Dziewczyna chwyciła za broń w dłoniach Hipolita, ale ten ściskał ją kurczowo.

Crowley widząc, co się dzieje, począł uderzać medalionem o anch, coś przy tym recytując, chyba po łacinie.

Broń wystrzeliła.

Czarnowłosa młódka cofnęła się o dwa kroki i zaskoczona – brwi uniesione, zmarszczone czoło, usta otwarte ułożone w okrąg – przyciskała dłoń do lewej piersi, próbując powstrzymać upływ krwi.

– Mary! – krzyknął chłopak, przerywając okładanie Spare'a pięściami. Przybrawszy taką samą minę co siostra, patrzył tylko jak sekunda po sekundzie opuszcza ją życie. Niedługo trwało jego cierpienie, zakończone nagle sztyletem wbitym w gardło, gdy Austin, korzystając z nieuwagi przeciwnika, oswobodził jedną rękę, zdołał sięgnąć po broń i zadał cios. 

Dwójka bliźniąt w ostatnich chwilach życia, charcząc i krwawiąc, dowlekła się do siebie i złączyła w uścisku, by razem umrzeć pod zawieszonym na relingu dywanem.

– Barukh ata adonai elohenu melekh ha'olam… – Hipolit Aaronowicz, po raz pierwszy od kilkudziesięciu lat, szeptał słowa modlitwy patrząc to na broń w dłoni, to na martwe rodzeństwo i nie mogąc uwierzyć w to, co się tu stało. To wszystko było nierealne, ale sen jednak nie chciał się skończyć, a czas nie myślał cofać wskazówki. 

 – Brawo, Austinie! – Crowley nałożył talizman na szyję, krzyż wetknął do kieszeni i zaczął klaskać. – Teraz masz krwi aż nadto! Jaki plan? Wykąpać się w niej? Gdyby twoja magia miała zadziałać, już byśmy stali jedną nogą w innym świecie.

– Nie, to niemożliwe… miałem przecież pewność… – zarzekał się Spare. – Tablica ouija wskazała wyraźnie, gdzie szukać… to twoja sprawka, Crowley. Dywan jest trefny. Oszukałeś mnie, nie wiem jak, ale oszukałeś. 

– Pomogę ci uprzątnąć ten bałagan, więc okaż trochę wdzięczności – odparł Aleister z nieskrywanym zadowoleniem.

– Dywan… – wyszeptał Hipolit, ale nie dokończył zdania.

Wpakował się w okropne kłopoty i najprawdopodobniej nie wyjdzie z tego cało. Wątpił, by ci dwaj wariaci pozwoli mu żywym opuścić tę ruinę na odludziu. Za to jego wewnętrzny oskarżyciel, krytykujący każdy jego krok od dzisiejszego popołudnia, milczał teraz jak zaklęty. Chociaż tyle. Trochę spokoju we własnej głowie przed śmiercią. 

– Możesz go zabrać, na nic się już nam nie zda – Crowley machnął ręką lekceważąco – prawda, Austinie?

– Mieliśmy umowę – wypowiedział tamten, już opanowany – i pan dotrzymał swojej części, więc ja dotrzymam swojej. I tak dywan okazał się bezużyteczny. Niech pan go bierze i wraca do domu.

Antykwariusz obrzucił spojrzeniem ich twarze. Wyglądało na to, że mówią poważnie. Pędem zwinął tapiserię, nawet nie zważając na cenny wzór. Gdy skończył, nie szczędząc chwili ruszył do wyjścia. Miał już wchodzić na schody, kiedy Crowley chwycił jego ramię. 

– Tylko żadnych głupstw – przestrzegł antykwariusza z całkowicie poważną miną. – pamiętaj, że jedziemy na tym samym wózku, rozumiesz?

Hipolit kiwnął głową na tak i już miał ruszyć w górę schodów, ale mężczyzna ponownie go zatrzymał. 

– I jeszcze jedno, przyjacielu – dodał Aleister – twój colt zostaje z nami. Będzie nam potrzebny.

 

***

 

Kiedy Hipolit Aaronowicz zatrzymał swoją Tin Lizzie przed drzwiami antykwariatu, nie wierzył we własne szczęście. Na tylnym siedzeniu leżał bezcenny średniowieczny gobelin, obok niego, na miejscu pasażera – słynny rękopis. Z samego rana ruszy na pocztę, by wysłać telegram do Wojnicza. Napisze, że kupił go za grosze od podejrzanego młodzieńca i chce go zwrócić właścicielowi. Tak ustalili. Wyśle też drugi, do Bostońskiego Towarzystwa Historycznego, w którym przedstawi swoje odkrycie. Nie piśnie nikomu słówka o tym, co zaszło nad Little South Pond – w ogóle go tam nie było. Gdy nazajutrz przeczyta w gazetach o tragicznym samobójstwie dwójki bliźniąt, ma okazać szczere zaskoczenie. 

Zgasił motor, rękopis wcisnął za pazuchę, wyciągnął dywan i zamknął drzwi pojazdu. Musiał się porządnie nagimnastykować, by wyciągnąć klucz i przekręcić go w zamku. Przeszedł przez antykwariat, ale nie pozostawił w nim cennych przedmiotów. Otworzył drzwi na górę, do części mieszkalnej i z wysiłkiem wtaszczył dywan na piętro. Zwinięty kobierzec oparł o ścianę, a manuskrypt odłożył na kredens i zamknął drzwi na wszystkie trzy zamki.

– Nagle zrobiłeś się ostrożny? – Usłyszał własny głos. To wrócił jego wewnętrzny krytyk. Tylko dlaczego wydawało mu się, że dźwięk dobiegał z zewnątrz? To zmęczenie, pomyślał zdejmując buty. Zrzucił płaszcz i wszedł do dziennego pokoju. 

Na tapczanie siedział Hipolit Aaronowicz. Drugi Hipolit Aaronowicz. 

– Wreszcie się spotykamy, stary durniu. – Sobowtór uśmiechnął się złowieszczo, wstał i zbliżył się do oniemiałego antykwariusza. – Czy wiesz jaki dziś dzień?

– Rosz ha-Szana… 

– Ja wolę inną nazwę. Jom-ha Din, Dzień Sądu – powiedział drugi Hipolit. – Ostrzegałem cię, byś uciekał, próbowałem przekonać, ale nie chciałeś słuchać… a teraz nie mam wyjścia.

Pod Hipolitem Aaronowiczem – tym pierwszym, który wrócił chwilę wcześniej z myślą, że jest niezwykłym szczęściarzem – ugięły się kolana.

– Jak… Skąd… 

– Chyba wiesz. 

– Dlaczego…

– Tam, po drugiej stronie, jest bardzo, bardzo złe miejsce, a ja nie mam zamiaru tam wracać. Pozwolą mi tu zostać, ale potrzebują kogoś odpowiedniego…

– Ja? Nie…

– Nie ciebie. Ty zajmiesz moje miejsce, a ja znajdę tego, który się nada. 

Hipolit Aaronowicz zacisnął dłonie na szyi Hipolita Aaronowicza i nie puszczał, póki nie pozostał już tylko jeden. 

 

***

 

– Dywan powstał w Damaszku, w połowie ósmego wieku, na zamówienie pewnego arabskiego poety i podróżnika… – snuł opowieść antykwariusz, ale mężczyzna o pociągłej twarzy i nienagannej fryzurze nie słuchał, zapatrzony w powierzchnię wiekowej tkaniny. Była w okropnym stanie, ale za to wzór…

– To jak? – Antykwariusz ledwie stłumił drapieżny uśmiech, gdy spostrzegł zainteresowanie w oczach klienta. – Zdecydował się pan, panie Lovecraft?

Koniec

Komentarze

Początek bardzo intrygujący i zaciekawił do dalszego czytania. Pomysł z dywanem i nachodzącymi głównego bohatera intruzami też fajnie podkręcał nastrój niepewności i oczekiwania na niesamowitość. Nieco rozczarował mnie opis samego ceremoniału. Miałem nadzieje na coś mocniejszego. Na swój sposób – kafkowskiego. Jakieś otwarcie bramy i kontakt z Absolutem.

Za to sam finał i epilog fajnie domykają opowiadanko.

Tak mi wpadło w oko:

Cudzoziemiec zasikał szczęki ze złości

i w pierwszym zdaniu:

wszedł w jego własność

Dzięki za komentarz! Cieszę się, że się podobało (bo podobało się?). Opisane przez ciebie odczucia ti świadomy zamysł autora – to jest spodziewałem się, że będziesz się spodziewać czegoś niesamowitego na koniec rytuału, ale to by było zbyt przewidywalne. ;) 

Co do samegonopisu – fakt, potraktowałem go bardzo pobieżnie. Tu już w grę wszedł limit znaków, bo w trakcie pisania, kiedy miałem jakieś trzy czwarte tekstu, sprawdziłem liczbę znaków i wynosiła 28tys. Więc musiałem odchudzić tego grubaska. Najbardziej na tym, niestety, ucierpial rytuał i wstawki odnośnie żydowskiej obrzędowości (zniknęły :(), ponieważ to mogłem uciąć bez krojenia fabuły. 

Dzięki jeszcze raz za komentarz! 

 

cobold, oierwszy błąd komiczny. XD czytałem tekst kilka razy i że też tego nie zauważyłem

Drugi, cóż, faktycznie coś tam nie grało, więc zmieniłem na wszelki wypadek. :) 

 

Przeczytane. Fajny pomysł z połączeniem rękopisu Wojnicza z “dywanikiem”.

Krew dziewicy i jeszcze bliźniak (po co?) – trochę tego za dużo.

Chętnie bym poczytał jak ten haft wygląda (żeby była jasność – raczej nie haftuję, hehe) i pewnie masz alibi w limicie znaków ale słowo na ten temat (może nawiązujący właśnie do ilustracji w manuskrypcie Wojnicza) mógł spokojnie wykasować nic nie wnoszącego bliźniaka.

Ogólnie jest OK i podoba mi się Twój styl pisania ale jak to z potrawą… tego trochę za mało, tego trochę za dużo i zamiast uczty mamy fast food. I niestety widać wymuszone cięcia!

Eee, no… pozytywnie jest.

Peter Barton, dzięki za opinię. :)

Po co bliźniak? Z jednej strony, po to, by przygrywał na pianinie. “Diabeł w muzyce” to tak samo realny element co manuskrypt Wojnicza – czy niezbędny? Zaczynam się teraz zastanawiać. Z drugiej: wyobrażając sobie okultystyczne rytuały wczesnego XX wieku, widziałem zawsze co najmniej kilka osób biorących w nich udział: fakt, mogłem stworzyć większy, za to anonimowy, tłum – ale bez kilku elementów nie doszłoby do masakry, która, swoją drogą, jest mała wskazówką ku temu, że “coś” jednak się uwolniło. 

Krew dziewicy? No to już taki klasyczny element mrocznych rytuałów… poza tym w manuskrypcie Wojnicza są całe rozdziały w rysunkami kobiet. :)

Co do cięć i fast foodu – cóż, zabrakło mi jakieś 10tys. znaków. Jednak mniejsza ilość elementów dałaby wrażenie większego uporządkowania, a okultyści w tekście to uosobienie czystego wariactwa. 

Podoba mi się wszystko, co szatańskie.

 

Trójka okultystów zamarła, zaskoczona brakiem jakichkolwiek zjawisk, które miały towarzyszyć wypełnionemu rytuałowi. ta literówka mi się rzuciła w oczy

Poza tym, podoba mi się nawiązanie do Lovecrafta i to, że przez akcję przewija się też Mr. Crowley. Początek i zakończenie zdecydowanie mnie wciągnęły, w rozwinięciu momentami było trochę za dużo grzybków w barszcz, nawiązując do poprzedniej kulinarnej metafory. Tak czy inaczej, te okultystyczne tematy są tak skomplikowane, że trudno w nich ugryźć każdego z niuansów, jeśli czytelnik nie ma akurat wybitnych zainteresowań w dziedzinie. Podsumowując, mazal tov za odwagę i dobre ogranie hasła konkursowego!

Literówka poprawiona :)

Co do nawiązanie do Lovecrafta, to pojawia się także na samym początku tekstu, ale to już szczególik dla bardzo wnikliwych. :)

Co do tematów okołokultystycznych, to tekst rzeczywiście na tym stoi i elementów jest w nim sporo, ale to najbardziej dociekliwych (albo tych, co mają nadmiar wolnego czasu xD) skłonić może do wyguglowania tego i owego. Taki Austin Spare to też rzeczywista postać, tak samo jego sigile i ich związki z kabałą. Ogólnie okultyzm jest (był?) z nią mocno powiązany, stąd taki a nie inny wybór bohatera. :)

Grybów dużo, aż wyszła grzybowa, ale to z drugiej strony oddaje wrażenia, jakie miał biedny Hipolit Aaronowicz. 

Po kasacie zakonu zaginął aż do Wielkiej Wojny, gdy odnaleźli go francuscy żołnierze na strychu jednego z domów w Mullhouse. Przegrał go w karty z amerykańskim marynarzem i w ten sposób dywan trafił do Nowego Świata.

Wygląda na to, że dom w Mullhouse przegrał dywan w karty :)

 

Dobrze się czytało, ale ponieważ akurat okultyzmem się nie interesuję, to nie porwało.

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Irka_Luz dzięki za czujność, już poprawione. :) 

Cóż, każdy ma jakiegoś bzika… w sumie okultyzm sam w sobie to i nie moja działka, ale historia dziwnych rzeczy już tak. I judaizm, tak troszeczkę. 

Mam mieszane uczucia, z jednej strony czytało się fajnie, z drugiej sam rytuał mnie specjalnie nie porwał. Końcówka zdecydowanie na plus, tego się nie spodziewałem. Ogólnie podsumowując, fajny tekst, ciekawy, inny ;) Hasło konkursowe na pewno zrealizowane w pełni ;)

Ogólnie to się cieszę, że się podobało :) Co do mieszanych uczuć – w pełni zrozumiałe, w końcu nawet sami bohaterowie wyrażają rozczarowanie, że nie doszło do żadnych wodotrysków. 

Lepiej rozejrzyj wracaj nim się ściemni, albo napytasz sobie biedy.

Czegoś mi brakuje w tym zdaniu…

 

Pamiętał, że zapytał, co ona oznaczają.

Rozstawione były wszędzie: na opróżnionych z przetworów regałach zajmujących dwie przeciwlegle ściany (…)

Jaki plan? Wykapać się w niej?

Takie tam literówki.

 

Panie Spare, że też pan wierzy pan w takie rzeczy!

Kiedy Hipolit Aaronowicz zatrzymał swoją Tin Lizzie przed drzwiami antykwariatu, nie wierzył w swoje szczęście.

I mamy powtórzonka!

 

Mieliśmy umowę (…) i pan dotrzymał swojej części , więc i ja dotrzymam swojej.

Ta spacja przed przecinkiem zupełnie niepotrzebna.

 

I taka jeszcze uwaga, ze dwa razy w tekście wyłowiłam “Sparea”. Mogę się mylić, ale w odmianie nazwisk obcojęzycznych kończących się na “e” przed “a” chyba powinien być apostrof.

 

Przepraszam, że tylu szczegółów się uczepiłam angel Teraz już tylko superlatywy: dobre opowiadanie, bardzo wciągające od samego początku. Moim zdaniem świetnie zbudowana narracja, choć chwilami tempo troszkę zwalnia. Ale rozumiem, że skracanie czegoś, co się praktycznie samo pisze (a czytając odniosłam wrażenie, że do takich właśnie ten tekst należy) jest trudne, przyjmuję limit znaków jako wytłumaczenie i do tematu nie wracam smiley No i zakończenie satysfakcjonuje!

Ogólnie podobało mi się bardzo!

Spodziewaj się niespodziewanego

Ślicznie dziękuję za takie czepialstwo, błędy już poprawione i więcej oczu ich nie zobaczy :) 

To super, że się podobało! Tekst rzeczywiście pisał się sam i dał mi wiele frajdy, szczególnie w umieszczaniu w nim detali, którymi większość nie będzie się interesować, jak historia dywanu, rodzaj pojazdu i zegarka, przeliczenie wartości orzedmiotu na dolary z lat dwudziestych i takie tam. 

Świetny research. Ułatwiona immersja w świat przedstawiony, intrygujące egzotyczne elementy. Czytałam z ciekawością.

 

Traktuję cię jako autora posiadającego świetnie wypracowane umiejętności na podstawowym poziomie. Tekst jest wolny od usterek znajomych początkującym, więc w krytyce mogłam się skupić na elementach, na które powinien uważać autor bardziej zaawanasowany (np. egzekwowanie reguły show; don't tell, które może dobry tekst wyciągnąć na poziom bardzo dobry).

 

Zakończenie bardzo na plus. Cieszę się, że odszedłeś od klasycznej formuły pasywnego obserwatora widzącego dziwne rzeczy i wracającego do domu. Uśmiechnęło :) No i Lovecraft z pewnością dobrze w opowiadaniu oddany, skojarzenie z jego opowiadaniami pojawiło się wcześnie w tekście.

 

Dobra, przyjemna lektura – mam nadzieję, że tekst wktótce wyląduje w bibliotece, gdzie zasłużenie należy. :)

 

Uwagi techniczne:

 

Opuściłabym ten dywiz zaczynający opowiadanie.

 

Wyśrodkuj gwiazdki i dodaj enter przed i po.

 

Samotny, pamietający chyba jeszcze czasy Mayflower, dwukondygnacyjny dom z zapadniętą werandą, spróchniałymi filarami, o zabitych deskami oknach i wielką dziurą ziejącą w dachu.

brak orzeczenia

Dokoła nic, żadnych zabudowań, tylko las, mroczny i duszny.

Nie mów, że mroczny – pokaż to.

to skojarzenie szczerze go zaniepokoiło

jak wyżej – nie mów, że jest zaniepokojony, pokaż to.

Hipolit przypominał sobie ogień szabasowych świec, noc tuż przed świtem i ojca pochylonego

Ależ to ładne zdanie.

antykwariusz mógł już ujrzeć wnętrze piwnicy.

czy to "mógł ujrzeć" to nie kalka z angielskiego? Spierałabym się, czy taka forma jest poprawna w polskim.

Był wyraźnie zadowolony.

show; don’t tell

– Spare, ty oszuście! – uniósł się gniewem antykwariusz, przerywając nastałą ciszę. – Obiecałeś, że tkanina nie ucierpi!

– Oddaj mi broń – dziewczyna stała się stanowcza. – On chciał mnie… 

– Aleister, pomyśl: wielka moc do naszej dyspozycji. Nie mów, że zależy ci na życiu jednej dzieeee… – czarnowłosy chłopak wybrał odpowiedni moment i rzucił się na Spare'a.

Po myślniku nie pojawiają się czynności gębowa, więc należy zmienić szyk i zacząć wielką literą. Zapoznaj się z poradnikiem zapisywania dialogów.

 

Chodźmy stąd [+,] braciszku

Hipolit próbował zareagować, ale kiedy miał sięgnąć po broń, jego dłonie na raz zaczęły się trząść a żołądek wywrócił się na drugą stronę.

A tu bardzo ładne zastosowanie zasady show; don't tell.

Wykapać się w niej?

Trochę spokoju we własnej głowie przed śmiercią. 

Zaskakujące, jak szybko się poddał.

Hipolit kiwnął głową na tak i już miał ruszyć w górę schodów, ale mężczyzna ponownie go zatrzymał [+.]

 

www.facebook.com/mika.modrzynska

kam_mod dziękuję za uwagi! Literówki, oczywiście, poprawiłem. Tekst był cięty i dostosowywany tyle razy, że kilka dialogów ucierpiało. Super, że zwróciłaś uwagę na show dont tell i opis okolicy – przy nim cierpiałem najbardziej, bo w pierwszej wersji chciałem opisać nowoangielskie lasy w taki sposób, jak widział je Lovecraft.

Co do Aaronowicza, cóż, żaden z niego bohater – widząc śmierć dwójki ludzi już chyba sam na sobie postawił krzyżyk. ;) 

Wszystkie uwagi zastosuję przy kolejnych tekstach, dzięki tobie będą, mam nadzieję, jeszcze lepsze – tutaj niestety nie wprowadzę większych zmian ze względu na limit, a nie chciałbym już nic wycinać. 

I dzięki za klika! 

Fabuła bardzo mi się podoba, a zakończenie to miód na moje serce. :D Z uwag technicznych, powinieneś popracować jeszcze nad interpunkcją, bo czasami gubią się przecinki albo jest ich za dużo. Wydaje mi się też, że reakcja antykwariusza na śmierć ludzi jest nieco zbyt mało emocjonalna, jak na człowieka, który nigdy nawet nie strzelał, więc raczej nie miał gdzie się obyć z morderstwami i taką ilością krwi.

Plot twist wygrał jednak z tą kwestią, więc rzucam polecankę do biblioteki. :)

Zostaw ten żyrandol.

Dzięki ci, Verusie :D

Oczywiście przejrzę przecinki, wiele razy edytowałem ten tekst i na pewnie w niektórych miejscach powstało zamieszanie. Czytałem kilka razy tekst, ale zwrócę uwagę na nie uwagę. 

Co do reakcji antykwariusza, nigdy nikogo nie zabił, ale przeżył już swoje. Opko to lata dwudzieste w USA, czasy mafii i prohibicji, dziecięce lata antykwariusza mogły przypadać na czas wojny secesyjnej… dobrze, faktycznie poszedłem tam na skróty. :P

Stan emocjonalny antykwariusza powinien być bardziej wyeksponowany. 

Wyłapuję takie rzeczy jak ten stan emocjonalny, bo sama teraz próbuję nad tym mocno pracować :D Możliwe więc, że się czepiam, potraktuj to jako takie luźne spostrzeżenie. ;)

Zostaw ten żyrandol.

Ja mam mieszane uczucia związane z tym tekstem. Z jednej strony nastrój zmierzał w stronę żartobliwą, z drugiej starał się być straszny i ostatecznie powstało jedynie zdezorientowanie. Niby miało być dziwnie, ale to nie był chyba ten przyjemny rodzaj dziwności.

Sądzę, że dużo pomógłby tutaj na pewno większy limit słów .

Dzięki za wizytę, Wizytatorze. :) 

Zastanawiając się nad tym tekstem zadałem sobie pytanie, co by było gdyby Kafka pisał Lovecrafta – i kiedy tak o tym myślałem, postawiłem na przerysowane zachowanie Alistera i Austina, bohatera z przypadku, który w zasadzie nie ma kontroli nad przebiegiem wydarzeń (choć mój akurat podejmuje ważne dla fabuły decyzje), historię miejscowioną historycznie w czasach życia Kafki i Lovecrafta, oraz na niezrozumiałe, tajemnicze, nieraz atakujące niespodziewanie zło. Wyszło na tyle dobrze, że tak jak Kafka zostałem niedoceniony za życia. xD

A szczerze mówiąc, przyjmuję twoją opinię i liczę się z tym, że tekst mógł nie przypaść ci do gustu. 

Pozdrawiam! 

 

Nick zobowiązuje ;)

Wybór epoki akurat bardzo mi się podobał, był klimatyczny, natomiast przerysowanie… Nie do końca w moim guście :p Główną cechą, za którą cenię Lovecrafta jest język. Pojawia się w jego tekstach ogrom opisów korzystających z mocnych słów: fetor, obmierzłe, bluźniercze, przyprawiające o szaleństwo, tak okropne, że niemożliwe do opisania, odwieczne, znienawidzone, przeklęte… Lovecraft korzysta z wielu ciekawych konstrukcji. Bez tej cechy jego opowiadania dalej byłyby ciekawe, lecz, przynajmniej dla mnie, mało przerażające. Do tego dochodzi tajemnica, podsuwane są podejrzenia, człowiek się niepokoi, ale nie zna całej prawdy. Osobiście bardzo lubię”Szczury w murach” za te właśnie niejasności i możliwość własnej interpretacji.

Tutaj język był dużo prostszy i przyzwanie “demona” niby zaskakiwało, ale jednak było dość oklepane. Nie odczułam tej atmosfery tajemnicy. Z Lovecrafta został dywan i kult.

To pewnie kwestia mojego osobistego gustu. Ciężko mnie przestraszyć i podziwiam ludzi, którym się to udaje. A jeśli komuś się nie udaje… No cóż…

Piszę głównie dlatego, że nikt przede mną jakoś specjalnie nie narzekał. :p Wydawało mi się to dziwne i postanowiłam zmienić ten stan rzeczy. Tak to jest, jak się pisze: jednym się podoba, innym wręcz przeciwnie…

Głos krytyki zawsze jest bardzo cenny :)

Opowiadanie w klasycznym stylu, skupione wokół tajemniczego artefaktu. Motywy raczej nie były szczególnie oryginalne, za to przedstawione w nieco humorystyczny sposób. Plus za fajne wykorzystanie postaci historycznych :)

 

Sugestie poprawek:

 

Przechodził z rąk do rąk[+,} aż trafił do Jerozolimy

Przecinek otwierający zdanie podrzędne.

 

W ten sposób dywan trafił do Nowego Świata. 

Przynajmniej taką historię opowiedział mu wędrowny handlarz, kiedy wtaszczył zwiniętą w rulon płachtę spłowiałej tkaniny do antykwariatu. Hipolit Aaronowicz nie wierzył w tę bajkę ani za grosz, ale historia była dobra, więc po krótkich negocjacjach zdecydował się odkupić dywan

 

Problem z domyślnością zaimka osobowego – wygląda to trochę tak, jakby handlarz opowiedział historię dywanowi. Sugeruję zamienić na:

 

W ten sposób dywan trafił do Nowego Świata. 

A przynajmniej taką historię opowiedział Hipolitowi wędrowny handlarz, kiedy wtaszczył zwiniętą w rulon płachtę spłowiałej tkaniny do antykwariatu. Aaronowicz nie wierzył w tę bajkę ani za grosz, ale historia była dobra, więc po krótkich negocjacjach zdecydował się odkupić dywan

 

– To niedorzeczne[+,] panie Spare

Brakujący przecinek przed wołaczem.

 

dodał Spare[+,] zerkając ku czarnowłosej nastolatce.

Brakujący przecinek przed imiesłowem przysłówkowym.

 

arras był tym, czym miał być[+,] i tak powinno do czegoś dojść

Przecinek zamykający zdanie podrzędne.

 

okładanie Spare[+’]a pięściami

Brakujący apostrof.

 

Tablica ouija wskazała wyraźnie[+,] gdzie szukać…

Brakujący przecinek przed zdaniem podrzędnym.

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Cześć Wickedzie! Racja, opowiadanie w klasycznym stylu, ale właśnie wyolbrzymienie zachowań do groteskowych rozmiarów miało nadać mu świeżości. :) Dzięki za walkę z przecinkami, już poprawione. :) 

Nowa Fantastyka