- Opowiadanie: MPJ 78 - Powrót Agili

Powrót Agili

Myślę, że w czasie histerii z powodu kolejnej mutacji grypy warto zastanowić się cym jest strach i do czego on może służyć.

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Biblioteka:

katia72

Oceny

Powrót Agili

 Czym jest strach? Czasem bywa rozrywką. Ludzie lubią się bać, oglądają horrory, czytają przerażające historie, ostatnio promują Halloween sprowadzony niczym biust Pameli do silikonowej zabawki. Czasem taki strach łączy się z ekscytacją, gdy wpatrujemy się w lecącego skoczka narciarskiego lub piłkarza strzelającego na bramkę. Niekiedy lęk jest narzędziem marketingu. Czasem prymitywnego jak oprych z nożem żądający pieniędzy, czasem subtelnego niczym reklama proszku do prania strasząca, że jeśli nie użyjesz tego konkretnego produktu, pranie nie będzie idealnie białe. Gdzieś pomiędzy oprychem, a proszkiem jest cała masa kampanii straszących chorobami. Zarazy te często są nieznane nauce, jak syndrom niespokojnych nóg. Sprzedawany w ten sposób lęk leczy się, suplementami diety opartymi na cukrze i barwinkach. W innych przypadkach poprzeczka jest podniesiona i straszy się śmiercią z naciąganych statystyk. W tej opcji każdy powód jest dobry. Tak więc zemrzesz marnie człecze, o ile nie dasz pieniędzy na fundację, nie kupisz tego samego produktu z innym logo i większą ceną, choć tak naprawdę i tak robionego w tej samej chińskiej fabryce, co tańszy odpowiednik.

 

Wolfgang Amschel czuł przypływ adrenaliny niczym przed finałem mistrzostw świata. Wyznaczono mu misję, wydzielono środki i pozwolono dobrać ludzi do jej realizacji. Sukces wyniesie go do pierwszej ligi architektów Nowego Porządku. Musi jedynie odzyskać firmy stracone podczas pewnego sieciowego tornada. No cóż, choć burza dotyczyła wirtualnego świata, twórcy Nowego Porządku ponieśli wówczas realne straty. Kogoś, o jego ówczesnej pozycji nie informowano o wszystkim, ale ilość nagłych zgonów i wypadków, która przetoczyła się przez pierwszy szereg organizacji, pozwalała szacować je raczej na biliardy, niż miliardy dolarów. Teraz nadszedł czas szybkich awansów, dla tych, którzy pozwolą Iluminarzom odzyskać pozycję. Wolfgang zamierzał w pełni wykorzystać okazję.

– Wylądowaliśmy – zameldował pilot, gdy biznesowy Dassalut Falcon miękko siadł na pasie startowym Okęcia.

– Dobrze. – Amschel, rzucił okiem na asystentkę.

– Limuzyna już czeka pod hangarami. – Kobieta starała się odgadywać jego myśli.

– Ekipy od planów rezerwowych?

– Oczekują na wydanie rozkazów.

– Świetnie.

Nie musiał mówić nic więcej. Był gotowy, aby zmusić Konsorcjum World Express Logistic Exchange System, od odsprzedania firmy będących kiedyś własnością projektantów Nowego Porządku. Co prawda słynęło ono jako gracz wykorzystujący wszelkie możliwe legalne i nie nielegalne sztuczki, do pomnażania majątku, ale było bez szans. Wolfgang wiedział, że z takimi trzeba postępować twardo inaczej niczego się nie osiągnie, toteż przez prawie rok przygotowywał grunt. Nie zadowolił się banalnym zebraniem danych o stanie finansowym i wszelkich możliwych grzechach firmy oraz jej zarządu.

– Nasi agenci w World Express Logistic Exchange System meldują o spotkaniu ich zarządu – asystentka znów podjęła rozmowę.

– To logiczne, dopieszczają strategię negocjacji przed spotkaniem ze mną.

– Jak dotąd mamy pat. Strasznie wysoko się cenią – dodała pospiesznie.

– Gdy skończę wykupimy nie tylko odzyskamy to, co było nasze, ale też wykupimy ich samych za fistaszki.

– Przygotować środki na przekupienie kogoś z ich zarządu?

– Nie trzeba. Szantaż jest tańszy od łapówki. – Wolfgang uśmiechnął się zaraz po tym, gdy zacytował maksymę swojej organizacji.

 

Od dziecka umiałem posługiwać się strachem. Może sprawił to dar od Porewita, a może wpływ ojca Pawła Piotrowicza Romanowa? Nie miało to większego znaczenia. W życiu dorosłym byłem wirtuozem budzenia lęku. Byli w historii władcy straszniejsi ode mnie, ale żaden nie osiągnął więcej mniejszym kosztem. Nie jest sztuką układać piramidy z odciętych głów, za pomocą setek gułagów i tysięcy katów sprawić, by lud i żołnierze bali się swego władcy bardziej niż śmierci. Sztuką jest osiągnąć to, bez tego typu infrastruktury. Niegdyś jako Konstanty Romanow sprawiałem, iż najlepsze pułki polskiej i rosyjskiej piechoty, złożone z żołnierzy gotowych bez lęku iść w samobójczych atakach na bagnety pod morderczym ogniem kartaczy, drżały ze strachu, że podczas defilady wypatrzę oderwany guzik na czyimś mundurze. Gdybym chciał, oni zdobyliby dla mnie koronę carów. Wybrałem jednak inną opcję. Dziś tamci ludzie i czasy są tylko kartami historii, a ja ciągle żyję i jako Paweł Ankarski zarządzam tysiącami pracowników korporacji.

– Panie Pawle. – Asystentka zjawia się w gabinecie niczym duch.

– Tak.

– Przypominam o zebraniu w sali konferencyjnej.

– Szef wszystkich szefów?

– Przybędzie osobiście.

 

Dotarcie do warszawskiej centrali World Express Logistic Exchange System przypominało eliminacje wyścigu ślimaków. Samochody stały w permanentnym korku. Znudzony Wolfgang zauważył, iż niektórzy pieszy na chodnikach wyprzedzają wiozącego go rolls royce'a. Spojrzenie to pochwyciła asystentka.

– Wygląda na to, że się spóźnimy – rzekła przepraszająco.

– To nawet lepiej. Pozostali czekając na nas, będą musieli podświadomie uznać naszą władzę nad ich czasem.

– Rozumiem – odrzekła szybko asystentka.

– Osobiście, wolałbym spóźnić się na to spotkanie lecąc śmigłowcem, ale ich centrala nie ma lądowiska.

– Odstają od światowych standardów.

– Dzikie owce też można ostrzyc. – Pozwolił sobie na zacytowanie kolejnej sentencji.

Oczywiście nie poprzestał na recytowaniu cytatów ze szkolenia na kolejne stopnie wtajemniczenia illuminati i prostych sztuczkach psychologicznych. Wspierać go miała cała masa gadżetów elektronicznych. Kamery w oprawce okularów będące w stanie zeskanować każdy dokument leżący stołach w promieniu siedmiu metrów. Lewe szkło okularów było jednocześnie wyświetlaczem przeziernikowym. Mikrofon w spince krawata był w stanie wyłapać każdy szept w promieniu stu metrów. Całości dopełniała papierośnica w której zamieszczono skaner częstotliwości pozwalający wyłapać transmisje radiowe w najbliższym otoczeniu, i słuchawka mikrosłuchawka w prawym uchu. Oczywiście wszystkie te gadżety, były bezprzewodowo spięte ze smartfonem, co pozwalało przesłać pozyskane przez elektroniczne wsparcie dane i w zamian uzyskać ich przetłumaczone wersje lub dodatkowe analizy, o tym, czym one są. W teorii zapewniało to znaczącą przewagę podczas negocjacji.

 

Bycie wirtuozem strachu nie oznacza, iż jest się od niego wolnym. Są chwile, gdy sam odczuwam silny niepokój. Zazwyczaj dotyczy to spotkań z naszym władcą. Z jednej strony to istota świetnie odnajdująca się we współczesności, z drugiej bywa niekiedy ultrakonserwatywna. Nagradza i karze bez żadnych ograniczeń, a od jego decyzji nie ma odwołania. Choć znajdujemy się w sali konferencyjnej nowoczesnego wieżowca, mamy władzę na tysiącami podwładnych, obracamy pieniędzmi większymi niż budżet niejednego europejskiego kraju, nosimy ubrania najdroższych firm, a niektórzy z nas, tak jak ja, są potomkami królewskich rodów, to padamy na twarz w pokłonie oczekując na jego przybycie. Pozornie wszystkie fotele w sali konferencyjnej są jednakowe, jednakże tylko jeden z nich znajduje się centralnie przed płaskorzeźbą potężnego dębu, w koronie którego gnieżdżą się paki, zaś w korzeniach wiją węże. Wtajemniczeni wiedzą, iż to drzewo jest symbolem osi kosmicznego porządku, nad którym pieczę sprawuje Weles.

Czarnobrody, elegancko ubrany mężczyzna, zmaterializował się nagle i powiódł okiem po sali, odbierając niemy hołd zebranych.

– Wstańcie moje dzieci – rzucił krótko

– Welesie, jesteśmy tu by ci służyć – mówiący to Miłosz Sauria, jeszcze przed chwilą wyglądał jak człowiek, teraz zaś przypominał ubranego w garnitur jaszczura.

– Welesie, jesteśmy tu by cię czcić – powiedziałem w imieniu ludzkich żerców kultu.

– Zgromadziłem was, albowiem czeka was pewne wyzwanie. Czy mu podołacie? – Weles zdawał się patrzeć każdemu z zebranych wprost w głąb duszy.

– Tak panie. Potrzebujemy tylko twej akceptacji, dla ostatniego elementu układanki. – Sauria ukląkł przed Welesem trzymając w rękach tacę, na której leżało kilka jajowatych medalionów.

– Wybieram Agilę. Był wiernym i zręcznym sługą.

– Dobrze panie.

– Konstanty Pawłowiczu Romanowie, odpowiadasz za część taktyczną operacji. Ty zaś Miłoszu Saurio za część techniczną.

– Welesie, realizację tego planu gwarantujemy swoim honorem – odrzekliśmy zgodnie.

– Trzymam was za słowo. Jeśli wykonacie co wam powierzono, i nasi wrogowie przekonają się o mojej potędze, wówczas nie omieszkam was nagrodzić.

 

Wolfgang Amschel, starannie krył zniechęcenie po pierwszej rundzie negocjacji. Co prawda, na tym etapie nie powinno jeszcze być przełomu, ale zawiodła znaczna część gadżetów elektronicznych, które miał na sobie. Teraz w czasie przerwy, patrzył na Warszawę z hotelowego pokoju i staranie zastanawiał się nad dalszymi krokami. Odwrócił się do szefa swojej ochrony.

– Podsłuchują nas tutaj?

– Sprawdzę.

– Dwóch ochroniarzy szybko przeszukiwało hotelowy pokój. W tym czasie Wolfgang patrzył na telewizor. Urządzenie nie było włączone, niemniej Amschel zdawał się zachowywać, jakby było interesujące samie w sobie.

– Czysto. – Zameldował jeden z goryli

– Zobacz w takim razie co się popsuło. – Rzucił mu papierośnicę.

– Wszystko jest ok – orzekł fachowiec, po krótkim testowaniu.

– Tak, to dlaczego podczas spotkania nie działała jak powinna?

– Ekranują pomieszczenia i zagłuszają nasze pasma łączności.

– Czyżby tutejsze dzikusy zbystrzały?

– Obawiam się, że tak.

– Czy tutaj nasze bezpieczne telefony funkcjonują bez problemów?

– Tak.

– W takim razie zadzwońcie do kogo trzeba i uruchomcie plan B.

– Tak jest.

 

Kursy kilku naszych spółek na Warszawskiej giełdzie oszalały. Tysiące drobnych ciułaczy wpadły w panikę. Z mojego punktu widzenia, to co się dzieje, nie jest niczym niezwykłym. Przeciwnik wykonał ruch na szachownicy. Jedyne, co mnie zastanawia, to czy pod jego osłoną nie podjął innych działań. Na razie zgodnie z planem pozorujemy obronę kursu, ale szybko odpuszczamy sugerując brak wolnych środków.

– Panie dyrektorze uruchomili wykup – melduje jeden z maklerów.

– Jak?

– Poprzez algorytmy transakcji wysokich częstotliwości.

– Mamy ich czas próbkowania?

– Jest ustalony.

– Uruchomcie firmy z grupy Hermesa i ludzi z działu IT u Sauri.

 

Niekiedy strach jest elementem podejmowanych decyzji. To strach dowódcy wydającego rozkazy. Czy manewr się uda? Czy pokonam wroga? Czy gdzieś nie popełniłem błędów? Czy nie zawiodą ludzie, którzy wykonują moje polecenia? Przypominają się stare czasy, kiedy moje rozkazy puszczały w ruch masy wojska. Równy krok regimentów piechoty, posuwającej się w najeżonych błyszczącymi bagnetami czworobokach. Tonące w prochowym dymie baterie armat. Szarżujące szwadrony kawalerii. Widok takich starć były zarazem straszny i piękny.

Dziś wszystko jest znacznie bardziej wirtualne. Rozkaz uruchomił maklerów, którzy dla podstawionych przez nas firm ruszają w wykupami wskazanych akcji. Hakerzy pracujący dla jednej ze spółek córek World Express Logistic Exchange System już wcześniej zaimplementowali wirusy w oprogramowaniu warszawskiej giełdy. Teraz aktywują je, jednocześnie precyzując cele ataku. Transakcje wysokich częstotliwości odbywają się w milisekundach. Nasz przeciwnik wprowadził w algorytmy swoich transakcji poziomy, przy których sprzedaje bądź nabywa akcje. W zależności od założeń pozwala to maksymalizować zysk, lub zdobyć najmniejszym kosztem duże pakiety akcji. Człowiek może weryfikować parametry, ale ponieważ jest znacznie wolniejszy od maszyn, zazwyczaj przed podjęciem decyzji posługuje się próbkowaniem. Pobiera wówczas kursy akcji w ściśle określonym czasie. Znając te parametry możemy spokojnie skupować tanie akcje, sprawiając jednocześnie, że przeciwnik ciągle będzie przekonany, iż ich kurs nadal spada i nie musi spieszyć się z zakupem większych ich partii. Oczywiście takich manewrów nie da się długo ukrywać. Żeby zyskać na czasie, wirusy wpuszczone przez hakerów Saurii nieco spowolnią prędkość transferu danych do komputerów uznanych przez nas za wrogie. W normalnych warunkach powinni zorientować się po trzech minutach, dzięki naszemu atakowi zyskamy aż trzydzieści sekund. Po tym czasie jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem oni powinni wpaść w panikę i zacząć popełniać błędy, w tym ten, na którym nam najbardziej zależy.

Starcie trwało niecałe dwadzieścia minut. Pakiety kontrolne naszych spółek zostały utrzymane, kurs ich akcji znów jest na lekkim wzroście. W liczbach bezwzględnych wygląda to tak, że zyskaliśmy około stu milionów złotych, a przeciwnik stracił pół miliarda. Z punktu widzenia projektantów Nowego Porządku to niewielkie kwoty, ale klęska na parkiecie powinna porządnie przestraszyć ich przedstawiciela. Pragnienie sukcesu wsparte lękiem powinny skłonić ich przedstawiciela do uruchomienia kolejnych, tym razem mocno nielegalnych działań.

 

Wolfgang Amschel, gotował się ze wściekłości i z najwyższym trudem to ukrywał. Przegrana potyczka z tymi miejscowymi dzikusami bolała. Tu nie chodziło nawet o pieniądze. Atak spekulacyjny miał udowodnić zarządowi World Express Logistic Exchange System, iż jego mocodawcy jednym skinięciem palca, mogą zniszczyć i przejąć każdą spółkę. Widmo porażki, niszczyło marzenia o zdobyciu upragnionej pozycji. Uznał, więc, że czas sięgnąć po inne środki. Wziął głęboki oddech i rzucił krótko.

– Spuścicie psy.

– Które z celów eliminujemy?

– Wszystkie.

 

Człowiek za lustrzaną szybą otrzymywał ściśle odmierzone dawki strachu, bo strach jest też niszczycielem sprawiającym, że ludzka osobowość rozpada się niczym domek z kart, prowadząc do obłędu. Gdyby zależało nam na pozyskaniu informacji robilibyśmy wszystko, aby Wolfgang nie dotarł do tego punktu. Szaleństwo wyklucza bowiem pozyskanie rzetelnych danych od ogarniętego nim człowieka. W tym przypadku nasz cel był jednak inny. Zafundowaliśmy mu spektakularną porażkę: posypały się negocjacje, spełzł na niczym atak giełdowy, zdradzili go umieszczeni w naszych szeregach szpiedzy. W akcie desperacji sięgnął po kilerów. Byliśmy na to gotowi. Niecałą godzinę po tym, gdy ich uruchomił, moi ludzi rozbili jego ochronę i porwali z apartamentu. Teraz przykuty do krzesła oglądał filmy z egzekucji większości wynajętych cyngli. By pogłębić panikę manipulując mieszanką gazów w pokoju przesłuchań dusiliśmy go skuteczniej, niż krakowski smog w mglisty grudniowy poranek.

Aura Amschela sugerowała, iż lęk robi swoje. Jego dusza w rozpaczliwej próbie ucieczki od wszechogarniającej klęski rwała połączenia z ciałem. Wolfgang przebył daleką drogę, od pewnego siebie, nietykalnego przedstawiciela projektantów Nowego Porządku do pierwotnego zwierzaka trzęsącego się niczym osika na wietrze i walczącego o każdy haust powietrza.

– Teraz – rzuciłem do Milosza Sauri.

Weszliśmy. Wolfgang patrzył na nas tyleż z przerażeniem, co z nadzieją. Zasiedliśmy spokojnie naprzeciw niego.

– Jak na członka elity Nowego Porządku, to marnie wyglądasz – powiedziałem z udawaną troską.

– Zabiją mnie, a potem was – wyszeptał.

– Pożyjemy zobaczymy.

– Wypuścicie mnie. – Wolfgang popatrzył na nas z nadzieją.

– Twój problem polega na tym, iż nie wiesz z kim zadarłeś. Mój przyjaciel wszystko ci wytłumaczy. – Wskazałem na Saurię, który przybrał swą gadzią postać.

– Tyy… – Oczy Amschela rozszerzyła panika.

– Możesz nazywać mnie żmijem lub Reptilianinem.

– Nic ci nie powiem, ufoku! – Wykrzyczał Wolfgang łamiącym się głosem.

– Nie musiszszsz… – Miłosz syknął po wężowemu. – Konwersssować.

– Ty nie możesz istnieć – Amschel zapewniał sam siebie.

– Nie ty o tym decydujesz.

– Iluminanti są potężni – szeptał więzień. – Pomszczą mnie.

– Jak myślisz, kim oni są z punktu widzenia pradawnej rasy, która dotarła tu z konstelacji Oriona? – Miłosz gładko skłamał. – Wiedza, technologia, zasoby, wszystko to, co oni posiadają, jest dla mnie niczym zabawki dzieci w piaskownicy.

– Nie ma cię. – Wolfgang zamknął oczy. – Nie ma cię… – Jego oddech przyspieszył.

– Jest gotowy. Aura strachu ma właściwą barwę – stwierdziłem krótko.

 

Miłosz wyjął jajowaty medalion i przyłożył go do głowy Wolfganga. Czułem jak w ciało przerażonego człowieka wsącza się ktoś nowy. Nagle, zaczął trzepotać się niczym ryba wyciągnięta z wody. Barwy aury kłębiły się niczym chmury w czasie burzy. Wewnątrz ciała przez chwilę trwała walka jaźni. Słabnąca, pokiereszowana przez strach dusza Amschela, była wypierana przez starą i potężną drzemiącą dotąd w artefakcie. Nagle więzień uspokoił się, mrugnął oczami, wyprostował, rozglądając ciekawie dokoła.

– Sława Welesowi.

– Sława – odrzekliśmy na stare pozdrowienie.

– Jestem Agila i oczekuję na instrukcje.

– Cieszę się, że powróciłeś – rzekł Sauria.

– Wkrótce wprowadzimy cię w sprawę – dodałem.

 

Koniec

Komentarze

– Czysto. – Zameldował jeden z goryli

– Zobacz w takim razie co się popsuło. – Rzucił mu papierośnicę.

– Wszystko jest ok – orzekł fachowiec, po krótkim testowaniu.

To goryl (czyli kafar 2x2 metry, przede wszystkim kupa mięśni, określenie raczej negatywne, podrzędnej osoby) czy fachowiec-spec od elektroniki? ;) Może być 2 w 1 ale to śmiesznie brzmi w tym fragmencie.

Przypominają się stare czasy, kiedy moje rpzkazy puszczały w ruch masy wojska.

Literówka, rozkazy*

Widok takich starć były zarazem straszny i piękny.

Moim zdaniem lepiej byłoby: Widok takich starć był straszny jak i piękny zarazem.

 

Choć nie jestem fanem teorii spiskowych, Iluminatów i innych, to opowiadanie mi się podobało :) Ma ciekawy kształt i rozwinięcie akcji. Skłania również do dyskusji czym jest prawdziwy strach a czym jest chęć ekscytacji, niepewności co może być nazywane strachem a nie zawsze nim jest.

 

Moim zdaniem też mógłbyś trochę dłużej trzymać czytelnika w napięciu i lawirować po przedstawionej sytuacji ale jest spoko.

Zaczyna się jak esej bardzo na czasie (czym jest strach), ale potem przechodzi w pomysłowe, intrygujące opowiadanie. Podoba mi się główny koncept, skupiony wokół manipulacji strachem. Mimo pewnych niedociągnięć wykonawczych nieźle się czytało. 

Sagitt – dziękuję za opinię ale, ochroniarz i goryl to dla mnie wyrażenia równoznaczne.

 

ninedin – Szkic opowiadania powstał na długo przed medialnym debiutem COVID-19, brakowało mi jednak klimatu by je dokończyć. Dziś, gdy świat oszalał ze strachu pytania tworzące szkielet opowiadanej tu historii nabrały aktualności. 

Sagitt – dziękuję za opinię ale, ochroniarz i goryl to dla mnie wyrażenia równoznaczne.

Przeczytaj mój komentarz jeszcze raz, nie o to mi chodziło. Chodziło mi o to, że najpierw przedstawiasz go jako goryla, który z definicji ma obić gębę każdemu kto dotknie jego szefa a potem jest on wykształconym specem od mikroelektroniki. I te obrazy mi się kłócą. ;)

Bardzo dobre opowiadanie. Na czasie. Przede wszystkim podoba mi się oparcie tekstu na filozoficznych rozważaniach odnośnie strachu. Jestem też pod wrażeniem, jak warstwa filozoficzna zgrabnie przechodzi w ciekawą historię…

Klikam bibliotekę :)

Dziękuję za dobre słowo :)

 

 

Jest pomysł, ale skrzywdzony wykonaniem.

Że przecinki u Ciebie robią, na co mają ochotę, to już się przyzwyczaiłam. Ale paskudny ortograf to pewna przesada. Do tego zdublowane słowa, literówki…

którzy pozwolą Iluminażom odzyskać pozycję

Ojjjj.

Babska logika rządzi!

Ortografa skorygowałem. Literówek i innych wpadek poszukam

 

 

Nowa Fantastyka