- Opowiadanie: panrebonka - Ta Przeklęta Fabryka

Ta Przeklęta Fabryka

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Ta Przeklęta Fabryka

W przeklętej fabryce pracował kiedyś mój starszy, zanim go stamtąd zwolnili. Później co prawda imał się jeszcze innych rozmaitych fuch, a teraz to nawet jest reporterem w naszej lokalnej gazecie. Żadne tam wielkie halo, częściej tylko wraca do domu pijany. Pewnego razu był u nas Bednarek (bo mama wyjechała – a jakby była, to by nie przeszły takie numery), który najpierw został mi przedstawiony jako tajny agent, a potem jako szef mafii Gniewskiej. Chlali wódę od rana, oczywiście, śmierdzieli i bełkotali.

– Sssynuś, nnie gniewaj się… Hep! …aaaale mamy tu ważne interesy i to… To jest w ogóle sprawa wagi PaA.. PAń-stwowej, tak więc sza! Ani słówka mamie. To jest pan Bednarek i jest on no, tym…

(Tutaj rzeczony Bednarek próbował coś powiedzieć, a brzmiało to w wolnym tłumaczeniu mniej więcej jak: „Ee… ee.. gym!”, wypowiedziane takim chrypliwym, zawodzącym głosem jak u zombiaka.)

… Tajnym Agentem. No. Robi różne rzeczy, i są to ważne rzeczy i tajne bardzo… No, sprawa życia lub śmierci. Bednarek, pokaż no Rafałkowi pistolet.

Tutaj Bednarek niepewnym, chwiejnym ruchem wydobył skądś gnata i zakręcił nim jak rewolwerowiec. Nie powiem, dostałem pietra, bo taka zabawka w rękach dwóch w sztok pijanych gości to nie zabawka. To chyba był glock i wierzę, że był prawdziwy – no bo inaczej się kręci plastikowa spluwa i też inaczej taka, która jest ciężka, cała z metalu i też inaczej się błyszczy niż taka plastikowa.

Innym zaś razem starszy pisał artykuł o pracy policji, i daję słowo, że wam się nie śni, jak ta policja „pracuje”. Bez kitu, pięć dni go nie było w domu i nie raczył zadzwonić, a mama to już myślałem że w ścianę wlezie ze zgryzoty i tak mi się jej żal zrobiło, że aż się zachciało płakać – ale nic to, bo jak jest ojciec taki lewy to trzeba samemu być facetem. Jak wrócił, to był tak napruty, że słowa jednego nie mógł z siebie wydobyć, a chwiał się na boki tylko i nowy garnitur miał całkiem zniszczony, jakby spadł z pędzącego quada w jeżyny. W ogóle był dramatycznie pokrwawiony i albo mieli wypadek po pijaku, albo dostał porządny łomot.

Nic nie chciał mówić, ale potem się okazało, że była jakaś gruba akcja, z której pan Marian dostał w ogóle medal. Musiało być tłusto, jak na amerykańskich filmach – pościgi i strzelaniny. Łapali jakichś konkretnych bandziorów i żeby było śmiesznie, to w ogóle pan Marian miał podczas tej akcji zawał, o czym dowiedział się później. Starszy nic w ogóle nie gadał i nie usprawiedliwiał swojego pijaństwa, jak to zwykł czynić, i to zrobiło trochę wrażenie na matce – że taka akcja, a on ani mru mru, a też tam przecież pomagał. No, wtedy spuściła z tonu.

W ogóle mój tata to nie jest taki zły i są też z nim fajne momenty, tylko żeby mniej pił… Ja to se myślę, że on to prowadzi całkiem ciekawe życie – i niech ma, niech sobie prowadzi, ale może niekoniecznie powinien się wtedy żenić. Z drugiej strony, ojciec w końcu jest tylko jeden jaki by nie był, i gdyby się nie ożenił, to mnie by przecież nie było – a muszę przyznać, że wolę być, niż nie być.

Są z nim naprawdę fajne momenty jak nie pije, bo można z nim jeździć na rowerze w różne wyrąbiste miejsca na przykład i… może teraz nic nie mi do głowy, ale wierzcie mi, że często jest też fajnie. Ostatecznie, nie jest tak źle.

 

No, ale wracając do tej jego pracy w fabryce – było to dosyć dawno temu, a ja byłem jeszcze małym dzieciakiem i coś tam co prawda pamiętam, ale nie za dobrze. Pamiętam, że prawie go wtedy nie było i wracał do domu straszliwie zmęczony, wręcz zmordowany i jakiś taki nieobecny. Nie chciał za bardzo o tym gadać, siadał w fotelu jakiś taki smętny i wyprany, a mama się martwiła, chociaż nie chciała dawać po sobie tego poznać. Chyba wtedy zaczął na poważnie pić i zaczął się robić z tego problem. Nie wiem, jak długo to trwało, może ze dwa tygodnie, a może i dłużej. Teraz to mi się zdaje, że musiało dłużej, bo tata się przecież dość mocno zmienił – a dwa tygodnie to raczej za mało, żeby tak w środku kogoś poruszyć.

To, co tam produkowali, musiało być w każdym razie straszne. Wszyscy, którzy tam pracowali, musieli mieć umowę. Starszy też się zasłaniał umową, kiedy go matka chciała prostować i gębę trzymał na kłódkę – no, ale żeby nawet nam słowa nie pisnąć? Nie wiem, jakim sposobem ich tam zmuszali, żeby aż tak lojalnie milczeli.

 

Ta przeklęta fabryka zawsze jakoś kładła się cieniem na naszym życiu. Jak tylko wspomnę, to zawsze coś z nią było. Wiadomo, dużo facetów tam pracowało, i jak rozmawiali dorośli, to często padało słowo fabryka, zazwyczaj poprzedzone przymiotnikiem „przeklęta” – dlatego i ja też mówię „przeklęta fabryka”.

W ogóle, dla nas, dzieciaków, to zawsze była część krajobrazu, wiecie, jak wierzby przy drodze i suche badyle na nieużytkach, gdzie się biegało latem i z kijem kręciło młynka, żeby rozpirzyć te chwasty w pył dla zabawy. Fabryka po prostu była i stała jak jakaś pradawna góra albo jak greckie ruiny, a dla nas było to czymś naturalnym, że ona jest tam i stoi i nawet nie wyobrażaliśmy sobie, żeby mogłoby jej tam nie być. Gdyby nam ktoś to wtedy zasugerował, to dla nas byłaby to abstrakcja, równa odjęciu sylwetek wierzb z horyzontu albo zmazaniu chmur z nieba.

Dorośli to zawsze narzekali – że ta „przeklęta fabryka złamała im życie”, bo gdyby „nie ta przeklęta fabryka”… i pewnie dużo było w tym racji, ale wiecie, jak tak se myślę, że wszyscy dorośli to sobie znaleźli pretekst (tak to się chyba mówi?), na który można zwalać. Bo nie wiem, może i mój starszy nie zacząłby pić gdyby nie praca w fabryce, a może by zaczął, kto wie? Wiecie, bo przecież jest tak jak jest, a nie ma inaczej, więc po co się zastanawiać, jak byłoby, gdyby nie było tak jak jest teraz? Jest teraz i zawsze będzie tylko teraz, prawda? Mi to się wydaje logiczne.

Z drugiej strony, to sobie myślę, że oni mimo wszystko mieli prawo do tego, żeby tak mówić – bo przecież to nie jest łatwe, na przykład stracić tam kogoś. Zdarzały się wypadki, wiadomo, bo praca to nie zabawa, jak robi się ciężkie rzeczy i nikt się z tobą nie cacka. Ja to na pewno nie chciałbym tam w przyszłości pracować. W ogóle nie chcę pracować, bo to przesrane. Szkoły nie lubię (no, może czasami polski), a praca to chyba taka gorsza szkoła, a dla faceta w takiej fabryce to w ogóle. Ja myślę, że dorośli to w ogóle nie wiedzą, po co oni żyją, nie wiedzą, co robią i się pakują w jakąś niefajną kabałę, gdzie ciągle coś muszą i mają same obowiązki. Zasrane obowiązki, to najlepiej – jak moja mama. Dla mojej mamy to wszystko jest „zasranym obowiązkiem”. Na przykład, moim zasranym obowiązkiem jest w kółko sprzątać. Nawet jak nie ma co sprzątać, to muszę dwie godziny wykonywać swój „zasrany obowiązek”, nim pójdę na dwór, tak – nie wiem – profilaktycznie chyba, żebym się przyzwyczajał.

 

No, ale wracając do fabryki – jak byłem jeszcze mniejszy, to strasznie byłem ciekaw, co się w tam robi i chciałem się dostać do środka. Tyle się o tym zawsze mówiło…

Rodzice to oczywiście zabraniali nam się tam szwędać, ale wiecie, jak myśmy ich słuchali. Kiedyś się może i bałem, ale teraz to spoko, nie ma problemu – ci faceci, co tego pilnują, to w ogóle są ślamazarni i ślepi chyba. Mi się tak zdaje, że bardziej to mają straszyć małe dzieci niż rzeczywiście czegoś pilnować. Wlazłem tam nie raz i sporo się na terenie znam, nawet se mapę z Piotrkiem zrobiliśmy (Piotrek to mój najlepszy kumpel).

Musicie wiedzieć, że ta fabryka to nie jest w ogóle jednorodna i podzielona jest na wiele części (kompleksów, tak to się chyba mówi), a otoczona ugorem na kilometry. Na tej łące wokoło lubimy się bawić w kosmiczną ekspedycję, bo tam w istocie jest trochę jak na innej planecie. Są chwasty wysokie na dwa-trzy metry, suche i zbrązowiałe, a my sobie wyobrażamy że to kosmiczne eukaliptusy.

Z ziemi w tej łące wygrzebać można masę rzeczy, czasami naprawdę bardzo dziwnych. Niektórzy mówią, że to w ogóle wielkie śmietnisko, tylko że z wierzchu przyklepane ziemią. Mi się wydaje, że to racja, bo w rzeczy samej jak się rozgrzebie butem, to zawsze pod spodem są jakieś kable, sparciałe worki, cegły i szmaty – ale to chyba wszędzie. Samochód można by pewnie odkopać, jak by się dobrze pogrzebało. Piotrek to mówi, że tam w ogóle było kiedyś miasto.

 

Są miejsca straszne, gdzie lepiej nie chodzić. Teraz, jak se pomyślę, gdzie się czasami łaziło, to aż mam ciary. Naprawdę, mieliśmy fuksa, że nic się nigdy nie stało i powiem wam – jeśli w przyszłości będę miał syna to nie chciałbym, żeby on łaził tam, gdzie ja. Kiedyś to sobie nie zdawaliśmy sprawy, że ta fabryka to jest coś niedobrego, a nie tylko jakaś rzecz, która po prostu stoi i nic takiego nie robi.

Na tej łące wokół są miejscami bagna, które trzeba omijać. Raz żeśmy z Piotrkiem i jego małym braciszkiem wleźli prawie w to bagno – bo Piotrek, głupi, zabrał z nami gówniarza i się ten mały zapędził gdzieś, a potem tylko krzykiem rozdarł. Opadły go wielkie na trzy centymetry, czarniawe i lśniące mszyce, których jest pełno w tym bagnie i mi aż serce stanęło, jak go zobaczyłem. Szybko zaczęliśmy strząsać to świństwo suchymi badylami i wierzcie, naprawdę mieliśmy fuksa, że go nie pogryzły. Potem na ziemi zrobiliśmy z nimi masakrę i biliśmy kijami – a pękały aż z takim suchym hukiem i w środku miały żywoczerwoną, kleistą maź. Twarde były, skubane, i mocno trzeba je było młócić. Jak się do ich flaków przytknęło żywą trawę, to się skręcała, czerniała i więdła.

Tak w ogóle, to duża część tej fabryki nie pracowała i była opuszczona. Tam można było biegać bezpiecznie, jak się wiedziało gdzie. Uważać zaś trzeba było w miejscach, gdzie pracowali – bo i nie powiem, tam też cichaczem przemycaliśmy się, żeby szpiegować. Raz się zdarzyło (a byłem wtedy sam), że trafiłem na miejsce, gdzie sporo się strachu najadłem i w gacie o mało nie narobiłem. Był taki płot druciany, zwieńczony zasiekami jak w wojsku, gdzie raz znalazłem miejsce, w którym się można było przekopać. Później to naprawili, ale przez chwilę dało się tam wejść. Za tym płotem były usypiska szarego pyłu, bezbarwnego i idealnie wręcz matowego, jak kurz. Nie powiem, zawsze się tego bałem, bo mi się zdawało, że to trucizna (raz Piotrek powiedział mi, że to karbid i że to największa na świecie trucizna; wystarczyłby jeden gram dodany do wody pitnej, żeby wytruć na śmierć 10000 ludzi). Starałem się jak najmniej oddychać i tylko przez koszulę, bo się z tych hałd kurzyło. Było to w jakiś sposób złowieszcze, jakby z tych wielkich kup biła jakaś czarna, onieśmielająca energia – tak bardzo czuło się, że to jest coś aż tak złego. Krążyłem tak wokół i coraz bardziej się bałem, ale ciekawość, wiadomo, była silniejsza. Starałem się więc chować i jak najbliżej podejść, żeby zobaczyć, co też się tam dzieje.

Naraz zdębiałem, bo prawie wpadłem na Nich. Skuliłem się całkiem, choć byłem za jakąś maszyną i czułem już, że zaczynam panikować, mimo iż wiedziałem, że to niedobre – bo przecież musiałem wrócić. Postanowiłem oczywiście wybadać, co Oni robią.

Wyglądali strasznie. Nie wiem, czym byli – może i to ci Chińczycy, których tu ponoć przywozili w kontenerach i raz w porcie jak nalot robili, to się zdarzyło że jeden otwarli i wytoczyły się ze środka gnijące trupy całych rodzin z dziećmi. Mogło to być, że ich ożywili, bo ci moi wyglądali zupełnie jak trupy. Łachmany mieli podarte, tak, że jednemu facetowi w ogóle przez wielką dziurę wystawała zwiotczała, sina dupa i w ogóle się tym nie przejmował. Cali byli w tym pyle i go targali szuflami – to w ogóle było najdziwniejsze, bo to co robili, nie miało najmniejszego sensu. Stali ciągle w tych samych miejscach i nabierali w szufle pyłu, a potem zaraz wysypywali go tam, skąd go przedtem nabrali. Czasami jakiś z nich kichał i charkał, ale w tak obrzydliwy sposób i z takim mokrym, głębokim dudnieniem, że łatwo sobie można było wyobrazić, jak w środku ma wszystko czarne od zgnilizny. Puszczał wręcz pawia z brązowej, karmelowej flegmy, która się zaraz w tym pyle obtaczała i kurczyła w sobie.

Najgorsze to mieli oczy – tak podkrążone, jak jakiś nieziemski, ciemny księżyc. Gałki mieli wyschnięte, wyłupiaste i obciągnięte sinobrązową, wklęśniętą wokół skórą, tak, jakby im coś ją zassało od środka. Z tych gałek to promieniście szły im takie potworne żyły, czarne, jak z zakażeniem. Tak pracowali, w milczeniu, i mi się zdaje, że w ogóle nie robili przerwy – tylko od czasu do czasu któryś z nich charał w hałdę.

Czytałem kiedyś o ludziach, którzy potrafią poruszać się bezszelestnie w terenie, nie nadepnąwszy jednego patyczka – ta myśl wierciła mnie w tamtej chwili i straszliwie żałowałem, że kilku poprzednich lat nie poświęciłem na doskonalenie tej umiejętności. Złożyłem sobie wtedy obietnicę, że jeśli tylko uda mi się wrócić cało, to będę ćwiczył, aż stanę się ninją. Tak byłem spietrany, że zaraz puściłem się sprintem w kierunku nieszczęsnego podkopu – i pewien jestem, że tamci to w ogóle nic nie widzieli wokół. Gdyby mnie chcieli złapać, to bym z pewnością nie uciekł. Myślę, że nic ich tam nie obchodził jakiś dzieciak i że mógłbym choćby fikołki wywijać przed Nimi, a oni by nie przestali szuflować swoim powolnym, odwiecznym tempem. Było w tym coś strasznego – gorszego, niż gdyby zaczęli warczeć, kłapać zębami i próbowali mnie rzeczywiście schwycić, jak na horrorach.

 

Jak później widziałem gdziekolwiek ten szary pył, to nie powiem – cykor mnie zawsze oblatywał, niezależnie jak mocno starałem się trzymać w pionie. Często jeździłem rowerem wokół terenów fabryki, bo jak już pewnie wspominałem, lubiłem rower. Kiedyś to z ojcem jeździłem, ale później, czy też w okresach, jak bardziej pił – to sam musiałem szusować po tych zatrutych terenach. Nie powiem, bo było fajnie. Pełno tam dobrych tras i różnych zakamarów, tylko trzeba uważać. Wiadomo też, że czasami straszno… No, ale dzięki temu naprawdę nieźle się orientuję w tych terenach, a kiedyś na jakimś filmie słyszałem, że wroga wpierw trzeba poznać – tak i ja mówię sobie, że poznaję.

Jest taka droga na Wierzbięcino, którą się często jeździ, bo w wiele miejsc dalej odgałęziają się od niej inne, pomniejsze traski. Tam obok szosy jest taka składownia – i oczywiście, do momentu spotkania z tymi dziwnymi „Chińczykami” miałem na to wylane, ale już później to nie. Kiedy tam przejeżdżałem, starałem się zawsze zasłaniać buzię koszulą, jak nikt nie widzi, bo jak są kumple albo dorośli to przecież wiadomo, siara – taki duży chłop, a się boi. Nakładałem sobie koszulę na twarz i prułem tam, wyobrażając sobie, że jestem jakimś kosmicznym żołnierzem na innej planecie, w trującym środowisku, i noszę maskę przeciwgazową.

Pewnie już domyślacie się, że w tej składowni stał w kopach ten straszny, matowy pył. Często go zawiewało na drogę i wyglądało to trochę jakby tu zaraz gdzieś była plaża, z której nawiewa piasku. Pamiętam też, że tam często znajdowaliśmy trupki ptaków i zdechłe koty, porozwłóczone przez koła aut, czasami nawet z pomidorowymi sznurami jelit na wierzchu. Wcześniej jakoś nie zwracaliśmy na to uwagi, bo się nam wydawało normalne – potem zaś zaczęło mi się to wszystko układać.

 

Plaża była kawałek dalej, w Górkach Zachodnich. Tam też czasem jeździliśmy, ale już nie tak często, no bo to spory kawałek od domu. Parę razy zdarzyło mi się nawet kąpać w Zatoce, ale to było rzadko, tylko wtedy, gdy naprawdę nieznośnie dopiekał skwarny upał.

Ludzie to nic nie wiedzą i muszą wpierw coś zobaczyć, żeby do łbów im trafiło. Dorośli to są czasami tak głupi, naprawdę. Drą się na nas, że mamy poprawić matmę, fizę czy biolę, a im by się samym czasami przydało, żeby wrócili do szkoły – tak jak z tą całą Zatoką. Wskakują do tej wody i się pluskają w niej całe rodziny, jakby to nic nie było, ta woda. Mam w domu atlas geograficzny, co starzy mi kiedyś kupili, i tam jest taka mapka, na której jest pokazane zanieczyszczenie rzek i zbiorników. Niebieskie są czyste, później są żółte i one przechodzą stopniowo w pomarańczowe i coraz bardziej czerwone, aż do takich brązowych, koloru gówna (ja myślę, że to specjalnie). Od tych czerwonych poczynając, to już się nie można w nich kąpać. Nasza Zatoka jest tutaj brązowa, niemalże czarna. Mi to wystarcza.

 

* * *

 

Coś się ruszyło.

Jak zawsze nic się nie działo, i tylko letni upał wypalał kolor ze wszystkich tych wielkich jak drzewa chwastów, i było tak parno i nieruchomo, że można było nadstawić ucha i słyszeć każde brzęczenie i zaśpiewy monstrualnie wielkich świerszczy (takich na pięć centymetrów, blee…), to teraz, daję słowo, coś się ruszyło. Zaczęli zjeżdżać tą drogą na Wierzbięcino – więc siłą rzeczy przejeżdżali też koło naszej chaty, a ja wszystko widziałem. Mówię wam, jakie maszyny tam przewozili, jak ze Startreka, bez kitu. Nawet i moja mama aż wyszła i się patrzyła. Wszystko to wielkie machiny, które czasami aż w częściach musieli transportować. Niektóre to jeszcze można zrozumieć, bo jakieś miały zęby, łopaty i pasy transmisyjne – ale czasami to takie dziwy, że tylko za głowę można się było złapać. Raz – tego nie zapomnę – widziałem, jak przewieźli coś, co wyglądało trochę jak wielka, mechaniczna kałamarnica. Całe było opięte i pozawijane rurami, kablami różnej średnicy, jak monstrualny kłębek czarnej i tajemniczo połyskującej chityny. To było coś, mówię wam. Wyobrażam sobie, że jak tę kałamarnicę wypakowali i rozwinęli, to tymi rurami mogli opasać z kilometr kwadratowy. Wszystko już inne nie robiło takiego wrażenia i zdaje mi się, że to była główna rzecz, która miała najwięcej mieszać. Po tym w ogóle dużo zwozili takiego bardziej chemicznego sprzętu – cysterny, i wielkie, obudowane ciężarówki co wyglądały na jakieś mobilne laboratoria.

 

Zaczęli budować ten mur wokół fabryki. Te zrujnowane budynki, gdzieśmy chodzili i się bawili, to olali zupełnie. Mi to się widzi, że odgrodzili tę działającą część – co byłoby w sumie logiczne.

Chcieliśmy oczywiście podejść tam z Piotrkiem i pooglądać, ale się nie dało. Wokół, murem (zanim właściwy mur zdążyli zrobić) stali faceci z karabinami. Mieli takie trochę jak uzi, ale nowocześniejsze i bajeranckie, jakby wyjęte z japońskiej animacji. Właściwy mur robili strasznie, ale to strasznie wysoki – tak na 20 metrów dobrze. Po co? A skąd to wiedzieć? Muszą najwyraźniej mieć w tym jakiś swój cel. Wszyscy właściwie się temu dziwią, nawet i mój starszy. Wszyscy też zgodnie uważają, że starczyłoby połowę tego, żeby swego dopięli i by nikt nigdy nie zdołał się tam wdrapać czy przebić jakimkolwiek sposobem. Tak grube to robią (bo tam widziałem z daleka, jak wożą takie olbrzymie jakby szalunki do tego, ale jakieś takie dziwne…), że chyba bez kitu można tam będzie wlać cały ocean, jak to już będzie skończone i się założę, że nawet ryska najmniejsza na tym murze nie powstanie, nic nie drgnie i nic nie będzie słychać. Powiem wam, że tego nikt jeszcze nie wie, ale ja wczoraj wpadłem na to i już rozumiem. No bo pomyślcie sobie, przed czym ma tę fabrykę chronić ten tytaniczny pancerz? Przed nami? No chyba nie. Ani przed nami, ani przed niczym z zewnątrz. Kumacie mnie teraz? Przed niczym z _zewnątrz_.

 

* * *

 

Dziwnie budują to, wiecie? Nie wożą betonu, którego na moje powinny tam wleźć jeziora, nie hałasują za bardzo a na dodatek wszystko to robią za czarną zasłoną. Tylko się nocą niosą stamtąd takie robotyczne dźwięki, zupełnie niepodobne do jakiejkolwiek budowy.

Piotrek to w ogóle zrobił na mnie wrażenie, bo on bez kitu to jest nie byle kto. Nie wiem, jakim sposobem to zrobił (i nie chce mówić, skubany), ale zwędził im stamtąd kawałek ichniego betonu. Masa, mówię wam. Pokazaliśmy mojemu starszemu – co nie było za dobrym pomysłem, jak łatwo zresztą mogliśmy przewidzieć. Wnerwił się strasznie i wzdymał się jak dzik nastroszony, i już myślałem, że będzie mnie lać, a on się tylko w sobie zapadł i wciągnął nas prędko do domu, jakby się przed kimś chował. Opieprzył nas i zabronił nam się tam zbliżać i kazał przysięgać na krew matki – znaczy, że coś poważnego. Poważniejszego, niż gdyby miał lać.

No, ale potem obejrzał to z nami wnikliwie, bo widać i jego tak samo ciekawość zżerała. Mój ojciec wie dużo o różnych rzeczach (może i niekoniecznie o tym co by musiał, bo w chałupie to cieknącego kranu nie potrafi naprawić) i się interesuje. Obracał to długo w łapach i nie za bardzo potrafił powiedzieć cokolwiek poza „Targnij mnie piwo z lodówki, Piotruś”. Tymczasem kręcił to i oglądał.

Ten beton wyglądał trochę jak przekrój kości – w środku miał takie bąble jak w plastrze miodu, które stopniowo, im bliżej brzegu, kurczyły się i gęstniały. Zewnętrzna ścianka była idealnie wręcz gładka i dziwna w dotyku – chociaż nie śliska jak szkło, to znać było, że jest zupełnie nieprzyczepna. Stary zaś gulnął już piwska i zaczął nam objawiać:

– Hmm… To chyba jakiś kompozyt nowej generacji, no bo na pewno nie beton. To coś całkowicie innego i nie wiem jaką to technologią wytwarzają… zdaje mi się, że jakoś chemicznie i pewnie ten mur… zdumiewające… Chłopaki, to będzie bezszwowe całkiem, więc jednakowo wytrzymałe w każdym miejscu i całkiem bez słabych punktów. Widzicie? Tutaj struktura źle narosła i widać, że jest jakby błąd we wzorze, ale poza tym to każda komórka jest idealna. Widzicie? Niesamowite… To jakby z plotera jakiegoś wypuścili, alboco… Spójrz no, Rafałku, i pomyśl, czy ci to czegoś nie przypomina, ten wzór, jak patrzeć na niego w przekroju? Czy to ci nie wygląda trochę jak roślina?

Wyglądało tak, w rzeczy samej. Później nam tata to zabrał i sam już sobie oglądał, a ja nie mogłem już tego za Chiny znaleźć. Piotrek wkurzył się na mnie i zagroził, że skuje mi mordę. Przez tydzień więc trochę go unikałem, bo lepiej losu nie kusić. Jak ktoś jest gotów przesmyknąć się pod lufami karabinów i zwędzać dziwy z tajnej, strzeżonej budowy, to i na pewno po ryju dać może.

 

* * *

 

Przyszedł do nas pan Marcin, który pracuje w fabryce, żeby gadać z ojcem. Mocno był czymś przejęty, a starszy nie gadał wiele, tylko wódkę odpieczętował i zamknął się z nim w pokoju. Ciekaw byłem, o czym gadają, ale on zaraz stamtąd wyskoczył i pasem mi znienacka przyłożył. Bolało. W ogóle, to było chamskie i wstrętne i choć naprawdę rozumiem te wszystkie poważne, dorosłe sprawy i ten ich stres oraz problemy z erekcją (a tak, żebyście wiedzieli), to bez przesady… Czasami chciałbym, żeby jemu tak wlał ktoś silniejszy. Niech napatoczy się jakiś schlany motorzysta w barze, co to pakuje tylko na siłce, obraca panny, handluje dragami i innych napieprza. Niech wpierze mu tak, żeby się stary pierdziel nie miał czym nakryć – tak mocno, że będzie skamlał żałosnym, piskliwym głosikiem i tak będzie się czuł upokorzony, że zechce mu się zabić. Niech ma. Niech się poczuje, jak to jest, gdy cię ktoś miażdży i nie jesteś mu w stanie stawić oporu. I tak by miał lepiej, bo zawsze byłby dla niego to ktoś obcy – a dla mnie – ojciec.

Nic nie zdołałem podsłuchać. Poza tym, ludzie już teraz nie bardzo chcą gadać. Nie, żeby przedtem chcieli – bo pewnie i wspominałem, że panowała zmowa milczenia wśród pracowników fabryki. Teraz jednak im gęby jeszcze mocniej zaśrubowali. Ja tylko starałem się zawsze strzyc uszami na wszystkie strony, łowić co się da i zawsze udawać głupszego, niż jestem. Zauważyłem, że jak się nie zdradza za bardzo swojej inteligencji, to ludzie jakoś więcej pozwalają se mówić.

W każdym razie z tego, co słyszałem, to mi się zdaje, że wewnątrz tego muru więcej jeszcze budują. Robią chyba jeszcze kilka pierścieni i jakieś przegrody (czy grodzie?) – ale to tylko domyślać się mogę z tego, co zasłyszałem. Nie jest to nic pewnego, w każdym razie. Nie potrafię nawet powiedzieć, skąd to wiem.

W ogóle ci wszyscy, co tam pracują, to mi się wydaje, że mają teraz całkiem przerąbane. Słabą pracę sobie wybrali i chociaż mama się sierdzi, to moim zdaniem ludzie sami są winni – bo po co się tam pchali? Przedtem jeszcze spotykało ich na mieście, a teraz to jakby poznikali. Pracują tam chyba w kółko. Co rano tylko rząd samochodów karnym sznureczkiem posuwa się trasą na Wierzbięcino. Wracają późną nocą, tak samo równym tempem. Żony tych kolesi to także nie puszczają pary, przestały praktycznie z domu wychodzić, a jak już pójdą do sklepu coś kupić, to robią się takie oficjalne i nawet okiem nie mrugną, kącikiem ust nie uśmiechną się – nawet do baby z warzywniaka zachowują się jak hrabianki.

 

* * *

 

Mój stary to nie wiem co robi, ubzdurał sobie chyba, że da o tym reportaż w gazecie. Wierzyć mi się jednak nie chce, iżby mój rodzony ojciec mógł być tak koszmarnie głupi. Już widzę, jak mu pozwolą. Znikać zaczął w każdym razie za swoimi ciemnymi interesami, jak to już nieraz bywało. Z kimś tam się spotyka, czasami łazi w jakieś dziwne miejsca i potem jak wraca, to gada dziwne bzdury o tym, jak to na przykład widział gdzieś w MOPSie anioła, co mu pomoże. Obawiam się, że mu mogło odwalić.

Matka jak woła go do pomocy (jeśli on oczywiście raczy być w domu i nie trzeźwieje gdzieś w piwnicy), to on zawsze „pracuje”. Ta praca to na tym polega, że leży tak na kanapie, jara fajki i pisze jakieś bzdury na setkach porozwalanych wokół karteluszek. A jak ich pilnuje – o Boże! Zadźgałby nas, jakbyśmy mu próbowali je ruszyć. Jak rusza w tan, to cały ten kram gdzieś chowa. Widziałem, oczywiście, co on se tam kombinuje. On nie wie, ale ja widziałem. Żadne tam wielkie tajemnice, żeby ich tak trzeba było strzec, tylko bredzenie bez ładu i składu. Na jak na przykład ta:

„Byt się nie-bytem staje.

Istnienie

Nie-istnie – Nie?

Substancja (patrz Y1.1.2).

Cząstka budulcowa – klucz.

Poza wszelkimi odniesieniami.

Poza być – nie być”

Setki tego, a cała reszta w ten deseń. Niektóre związane z fabryką, inne zupełnie abstrakcyjne, jak to powyższe. Na niektórych robi też rysunki, ohydne i idiotyczne. Tak prawdę mówiąc, to całą tę jego pijacką poezję można by jeszcze przełknąć, gdyby nie te rysunki. Se myślę, że może ze względu na nie tak chowa to wszystko. Ja takie rysunki na lekcjach czasami robię, no ale ja to ja, a to przecież mój stary…

Na wielu karteczkach ma jakieś geometryczne wzory, atomy czy rośliny, a wszystko nagryzmolone długopisem, jakby w gorączce i nerwach. Namazane taką siatką czy pajęczyną jakby, która tak dziwnie jakoś niepokoi i zdaje się być lepka. Prócz tego rysował dupy pełne ohydnych krost, z jakimiś monstrualnymi robakami wychodzącymi ze środka i też takie całkiem pokryte robakami o ludzkich głowach. Mnie też narysował – i to było najgorsze. Olbrzymi penis wchodził mi do ust i przebijał głowę z drugiej strony, wyłażąc z taką diabelską, śmiejącą się główką. Mój własny tata, wyobrażacie sobie? Nie powiem, że ja czasami głupot nie rysuję na bioli czy geografii, no ale ludzie, to przecież mój ojciec! To chyba można wymagać jakiejś powagi?

Nie wiem, po co on to robi i nie chcę chyba pytać – zresztą, i tak by mi nie powiedział, a wrypałby jeszcze. Ma chyba w tym jakiś swój ukryty cel, bo wbrew temu szaleństwu, zdaje się mówić i zachowywać jak zawsze i jest z nim kontakt podobny jak przedtem.

 

Pan Marcin był potem u nas raz jeszcze, już nie tak zaaferowany i nie zamykał się z ojcem. Było to jakieś takie dziwne spotkanie przy kolacji, zupełnie nie wiadomo po co. Pan Marcin chrząkał i kasłał, cały czas nas przepraszał, bo się co chwila musiał zasłaniać chusteczką, i mówił przy tym, że tyle lat nas zna i że mój ojciec to chłop poczciwy, co by tam o nim nie mówić, a ja żebym się dobrze uczył. Rodzice właściwie tylko słuchali. Matka była zgaszona, smutna i takim się wzrokiem patrzyła, jakby ten pan Marcin żegnał się z nami na zawsze i miał się zaraz kłaść do trumny. Ojciec w ogóle miał w dupie i znać było, że rusza się już nerwowo i czeka, kiedy będzie sobie mógł pójść.

 

Przestaję to chyba ogarniać, bo nie wiem zupełnie, jak sobie poskładać te wydarzenia. Na temat tych wszystkich historii wokół fabryki można mieć jeszcze, powiedzmy, jakieś teorie – choć to i tak robiło się coraz dziwniejsze – ale szaleństwo (chyba) mojego starszego no i ta dziwna kolacja, gdzie moja, zdawało by się, najnormalniejsza w świecie mama w tak niepokojący sposób odpłynęła to… No nie wiem, co o tym sądzić. Gdzieś tam wiem, że to wszystko ma związek z fabryką, ale jaki? Zabijcie mnie, nie jestem w stanie powiedzieć.

 

* * *

 

Widziałem wczoraj trupa. Ja pierdykam, pierwszy raz w życiu widziałem zwłoki. Faceta. Ale to było obrzydliwe – bo jak na filmach się to ogląda, to nic, naprawdę, mówię wam. To nie jest realne (na filmach, oczywiście), bo nawet jak facetowi flaki prują albo strzelają do niego i mu mięcho wyłazi, albo jak mu z shotguna przywalą nawet i czaszka mu się rozpryśnie – to nic. Wygląda to zabawkowo i tak naprawdę niewiele widać, bo w telewizji nie ma szczegółów i równie dobrze mogą se nurzać w czerwonej farbie jakieś szmaty. Ba! Pewnie tak robią. W ogóle telewizja to jedno wielkie oszustwo. Naprawdę to śmierć robi wrażenie i jest to mocne – nic inne nie jest chyba tak mocne.

Przede wszystkim zdjęła mnie obrzydliwość, nim jeszcze zdążył przyjść strach. Takie dziwne uczucie, jakby ktoś przykładał zimny metal do kręgosłupa. Widziałem dokładnie kość żuchwy, obciągniętą zwiotczałą skórą i twarz tak zastygłą, w takim żałosnym stanie, jakiego nikt żywy nie zdoła wyrazić, czego by nie przeżywał. Czuło się w tym wyrazie ból rozrywanych mięśni i trwogę czarnego niebytu, który nadchodzi nieubłaganie, kasując sens wszelkiej myśli. We łbie zaczęło mi jakby brzęczeć, jakby unosił się taki niesłyszalny, basowy pomruk rozkładu. Nie wiem, co temu kolesiowi się stało, ale pewne jest, że nie umarł śmiercią naturalną. Ciało miał wybąblone straszliwie – jakby wszystkie gnilne soki zebrały się w monstrualnych bańkach, pozostawiając resztę mięsa suchą jak stare psie gówno. Te bąble skupiały się głównie na klatce piersiowej i lewym ręku, rozdymając je do nienaturalnych rozmiarów i lśniły tak dziwnie, napięte jak bębęn i w tak ohydnym, sinoczerwonym kolorze. W środku się coś kłębiło i przelewało, a wyglądało trochę, jakby ktoś rozlał atrament w wodzie. Pokryty był w miejscach tych wybąbleń takim ni to osadem, ni to pleśnią w kolorze mąki.

Smród jaki bił, to trudno jest sobie wyobrazić – ale ten, kto raz poznał już odór rozkładu, będzie chyba potrafił. Było to coś lepkiego, dziwnego i duszącego, a także na swój sposób słodkiego, ale taką słodyczą niezdrową, jakby cuch z setek trujących kwiatów. Wiercił w nosie tak intensywnie, że prędko musiałem stamtąd iść, bo bałem się, że mnie czymś zarazi.

Wiem, że mi ten widok i ten zacap tak prędko nie wyparuje z czaszki. Wiem, bo ilekroć zamknę oczy, widzę tę przetrąconą szczękę i Jego bolesny wyraz twarzy, na którym wypisana jest tak wyraźnie świadomość śmierci… Ten wyraz zwierzęcy, jakiego nie może mieć człowiek, a raczej tylko skopany pies. To chyba najgorsza rzecz, co tak przejmuje dreszczem – kiedy ktoś traci całą swoją godność i staje się właśnie jak skamlący pies, a potem tylko już jak kawał mięsa. Bardzo dobrze to sobie wyobrażam, ilekroć zamknę oczy.

 

* * *

 

Pan Marcin dostał jakiegoś kataru, ale straszliwego. Na ryju jest cały czerwony i nos mu się strasznie zaflegmił, zaropiał cały i cieknie potwornie. Coś tam ciągle odkaszliwuje, a z takim dudnieniem prawie jak te martwe Chińczyki. Z oczy ciekną mu łzy albo smarki, ilekroć tylko próbuje bezskutecznie wydmuchać nos.

Od dawna już chorował, choć myśmy o tym nie wiedzieli, bo też nie potrafiliśmy się na tym wyznać. Już wcześniej kaszlał, charkał i chrząkał, a potem to niemal bez przerwy tak. Później dopiero, jak mu się pogorszyło, to było już widać jak na dłoni, że od dłuższego czasu miał podobne objawy, tylko że nam nie wydawało się to niczym groźnym.

Dorośli to są czasami głupi – bo ja wiem, że to od tego w fabryce, a oni to jakby nie chcieli wiedzieć. Oni się trochę boją mówić rzeczy wprost i wszystko tak niepotrzebnie komplikują. W sumie to ich trochę rozumiem, bo co – mnie to najwyżej stary spierze, a oni mają tę swoją politykę, gdzie nie już na pasy, ale na pistolety idzie. Ciągłe kręcenie i owijanie rzeczy w bawełnę musi jednak najwyraźniej mocno wchodzić w nawyk, skoro nawet przed samymi sobą to robią.

 

On umrze, ja to wiem. Najpierw stanie się taki jak Ci w fabryce, półmartwy, a potem jak ten trup, co go widziałem w rowie. Moi starzy, jak napisałem, postanowili jednak udawać, że nic się nie dzieje. Tak tylko ostrożniej z nim rozmawiają i trochę dalej niż zawsze stoją. Matka zasłania się – ale tak, jakby to chciała ukradkiem zrobić i jakby jeszcze badała, czy nikt nie widzi. Ja też muszę udawać, że nie uciekam, bo zaraz bym opieprz od niej dostał. Śmieszne! Nie wiem, to chyba taka bezmyślna potrzeba zachowania pozorów i udawania, że wszystko jest w porządku, kiedy nie jest – tak silna, że oni dla tego ryzykują życiem, jak głębiej nad tym pomyśleć. Bo kto wie, czy nie ryzykują? A jeśli to jest zaraźliwe? Skąd to wiedzieć? To jest tym dziwniejsze, że starszy, jak myślę, wie przecież co nieco o tym, co się tam dzieje i nawet wydaje mi się, że chce o tym pisać.

A może oni jednak wiedzą więcej, niż mi się zdaje? W końcu jestem tylko dzieciakiem i nikt też mi nic za bardzo nie mówi. Dorośli trzymają nas z dala od swoich ciemnych sprawek. Teraz, jak sobie myślę, to jedna rzecz nawet mi przyszła do głowy. Ten mur, co budują… Ten pył. Coś, co może z ludzi wyciągać soki w tak obrzydliwy sposób; Coś tak silnego, że muszą to zamknąć najgrubszym na świecie murem. Co stałoby się, gdyby jakaś część – niegroźna część tego – przelazła na pana Marcina? Jeśli to jest tak gruba sprawa, że muszą budować ten cyklopowy mur i otaczają to wojskiem… No, to teraz to sobie połączcie.

 

 

* * *

 

Był wybuch. Mówię wam, o tym wiele lat jeszcze będą mówić. Na pewno nie napiszą w gazetach, a jak napiszą, to jakieś bzdety musowo – ale my, którzy tu mieszkamy, będziemy wiedzieć i kto chce, to też się dowie. Tak będzie i ci od fabryki nie zmienią tego, choć będą nas chcieli uciszyć. Uciszą, owszem, ale tych frajerów, którzy są głupi i gęby nie potrafią zawrzeć, kiedy trzeba. Ktoś będzie się bał, ktoś zginie, krew się poleje i będzie panika, płacz i lamenty. Ważniacy będą zadowoleni, że pokazali, kto tu rządzi i dobrze – niech każdy ma podług swojej miarki.

Ale do rzeczy. Mówię wam, widziałem to – ja pierdykam – i nie zapomnę do końca życia. Chyba tylko ja to widziałem z bliska i żyję, ale – do jasnej cholery – nikt tutaj się o tym nie dowie, o nie! Jakie ja miałem szczęście, że byłem dosyć daleko i, no, że potrafię szybko pedałować na rowerze. Jechałem akurat Sucharskiego, gdzie zaraz się bokiem odbija – i moje szczęście, naprawdę.

Naraz tąpnęło coś głucho i wstrętnie, jakby olbrzymi słoń rozplaskał się z wysokości o beton i rozlał swe grube flaczyska. Mur był w tamym miejscu niewykończony i widać było, jak się za nim coś sinobrązowego przelewa i wzbiera falą, żeby zaraz spłynąć na drogę (to taka droga przemysłowa z płyt betonowych, równoległa do Sucharskiego, gdzie nie jeździło się, bo tam pilnowali). Widziałem wszystko, bo właśnie mijałem przesiekę i mi las nie zasłaniał. Chyba mogę za to dziękować – nie wiem komu, Bogu? – bo gdyby nie to, to bym pewnie zlał temat i się nie przejął.

Przed murem stali kolesie z giwerami i jacyś inni, którzy się tam krzątali i tylko co chwilę włazili i wyłazili spod tej czarnej płachty, którą była zasłonięta budowa. Spojrzeli tylko po sobie i nawet się nie przejęli, że spływał na nich toksyczny dym. Może wiedzieli, co ich za chwilę czeka, a może zupełnie nie – w sumie, co to ma za znaczenie? Jak ich opadło, to tak zaczęli ryczeć… Tego też nie zapomnę. Ten ryk zwierzęcy, a potem to bulgotanie z gardła rozdartego cierpieniem odejmującym zmysły, kiedy nie można już więcej zachowywać się jak człowiek ani też ludzkich dźwięków wydawać. Działo się im coś potwornego ze skórą i nawet dobrze, że nie widziałem do końca, jak im się tam wszystko topi i łuszczy, jak włosy spływają z głowy i jak rozłażą się mokrymi kępami.

Najgorsze było to, w jaki sposób wszystko się potem roztapiało… To było jak gwałt na naturze. Wszystko, co żywe, rozłaziło się w obmierzłą, skrzypiącą masę, która skręcała się z takim styropianowym dźwiękiem i ruchem niepodobnym do opisania, trochę jak zeschły liść, a trochę jak tłuszcz. Nawet i stare, skarlałe, suche lipy zaczęły giąć się jak butwiejące, mokre szmaty; skwierczały, zwijały się w sobie i nadymały się przeraźliwym, raniącym uszy piskiem, a potem bąbliły się i puszczały dym, jak gotująca się zupa.

To trwało moment i prawdę mówiąc, rejestrowałem to wszystko trochę tak kątem oka, jadąc. Ten kurz lał się powoli, ale wszystko zdawało się następować aż za dziwnie szybko. Znów przeszedł mi ten metaliczny posmak po kręgosłupie, jak tylko wyobraziłem sobie, że i ja za chwilę będę też tak potwornie wył, jak tamci, dopóki z chlupotem nie pękną mi struny głosowe. Zaczął się wyścig z chmurą, gdzie wiedziałem, że będę musiał z siebie dać wszystko. Pędziłem co sił i tylko słyszałem, jak za mną gnie się, skwiercząc, kolejny rząd drzew, by zaraz obrócić się w czarną, butwiejącą masę. Pedałowałem ile wlezie, najmocniej jak mogłem, by nie rozpirzyć tego starego roweru, a wstrętny chlupot styropianu stawał się coraz wyraźniejszy.

To straszne, bo lało się przecież tak powoli, leniwie, jak mgła, co pod wieczór zasnuwa łąki… A może mi się zdawało, że wolno? Może jak coś jest tak wielkie, to staje się szybkie i groźne już tylko przez sam swój rozmiar, nawet, jak się porusza półsennie? Mnie zdaje się, że tam coś wielkiego jest za tym murem – coś jak prastary mastodont, obmierzły i gigantyczny, co przez ich niedopatrzenie wypuścił trochę zgniłego, trującego gazu.

 

* * *

Jak pójdę do szkoły średniej, to gdzieś daleko stąd, żeby się wynieść z dala od tej przeklętej fabryki. Ludziom może się zdaje, że ta eksplozja to tak nic nie zrobiła, że sobie wybuchło i wszystko będzie jak dawniej. O nie, nie będzie. Zresztą – dawniej! Co to ma znaczyć, że dawnej? To lepiej? O, nie! Proszę bardzo:

Wiślinka. 43% umieralności na raka. Co drugi człowiek prawie umiera. Ja wiem, że są tacy, co mówią, że to tyle, co średnia, ale wierzcie tam w ich gadanie.

Przełęcznia, Krakowiec, Krępiec – ponad 50%. A inne miejscowości, jeszcze bliżej? To dziwne, ale jakimś trafem są omijane przez media w ogóle i nie ma za wiele danych, ciekawe dlaczego? Jest Bogatka, Miazgi i Trzy Dęby – to chyba najbliższe miejscowości i tam, o ile wiem, wszyscy chyba pracują w tej przeklętej fabryce. Nie znam nikogo normalnego stamtąd, same praktycznie dziady i niedorozwoje. To takie miejsca, gdzie się nie chodzi i wszyscy zawsze mówili, że można tam dostać po ryju albo nawet i kosę.

Ciekawe, czy ekolodzy będą protestować, jak myślicie? Pewno że będą, bo są straszliwie głupi. Wiecie, nie chodzi o to, że ja ich nie lubię czy że uważam, że się powinno srać we własne gniazdo, bo tak jest po prostu wygodniej. Ja nawet ich lubię i zgadzam się z nimi, ale oni są po prostu głupiutcy. Co oni mogą wiedzieć? Mój stary mówi, że to lewacy – ale dla niego wszystko, czego nie rozumie, to lewacy. Siedzi i gapi się w telewizor i wciąż nadaje, że to lewacy. Reklama – lewacy. Debata – lewacy. Film jak leci – to też lewacki. Ja nie wiem, co to lewak, ale mi się zdaje, że to nic złego. Dla ojca to chyba znaczy to samo co frajer.

Widzicie, bo jak ktoś widział z bliska fabrykę, to on nie może już później zostać ekologiem i machać sobie flagami na jakichś platformach – no, a jeśli pomimo to zostaje, to już na pewno musi być słaby na umyśle. Wiecie, bo chodzi o to, że nam się zdaje, że my możemy coś zmienić, że jak będziemy wodę oszczędzać, a to a tamto – sranie! Nic, ale to NIC nie możemy. Mówię wam, kto widział raz ogrom fabryki i zobaczył, jakie masy olbrzymie trucizny suną pasami transmisyjnymi nieprzerwanie, bez jednej sekundy odpoczynku, i w dzień, i w nocy, latami tak suną, jak ciężarówki to wożą – a to są setki tych ciężarówek dziennie i po 20 ton każda pewnie (a bram jest wiele) – to daje 6000 ton dziennie przy trzystu ciężarówkach a 10000 ton przy pięciuset (zakładając że ciężarówka wiecie dwadzieścia ton, a może więcej; co tam niech wiezie i tylko 5 – to jest i tak 1500 ton dziennie najmniej), a to jest ogromna masa i przecież to mnoży się latami, a nie dniami – to daje 547500 ton rocznie najmniej, a nawet trzy miliony sześćset pięćdziesiąt tysięcy ton rocznie; Kurwa! (przepraszam) – a to jest jedna tylko fabryka; kto wie, jak ich wiele jest na świecie, w olbrzymich miastach takich jak Szanghaj, Pekin czy na rubieżach Chin, gdzie nikt w ogóle nic nie kontroluje – uff – kto wszystko to raz choć widział, ten przecież nie może już dłużej być ekologiem. Widziałem, jak się potrafi chmurzyć ta trucizna i jak się skóra od niej rozpuszcza jak plastik w ognisku, a to, co się potem robi, to przecież jakieś bluźnierstwo. Nic nie możemy i tak naprawdę to tylko zmierzamy ku samozagładzie i nie da się tego już powstrzymać, bo tej trucizny to tyle już naprodukowane jest… Że nie wiem, ale to jakiś aż absurd. Bo jak by chcieli wytruć całą ludzkość, a nawet wszystkie zwierzęta i całe w ogóle życie na ziemi unicestwić na miliony lat, a nawet do końca kosmosu… To przecież jedna setna tego by starczyła. Nie byłem nigdy orłem z matmy ale rozum swój mam i liczyć potrafię, i, mówię wam – to jest jak bomba i potrzebuje tylko czynnika aktywizującego. Tak jak tu u nas – nie wiem, ile tego wybuchło, bo pono dużo, ale mi się wydaje, że całkiem niewiele, bo potem jeszcze sprzątali i coś przecież wozili – i całe masy tego (a gdyby wybuchło, to co mieliby wozić?). Więc po co tego aż tyle? Jak sobie o tym pomyślę, to mnie to przeraża, autentycznie przeraża. Za parę lat kończę podstawówkę, a zastanawiam się, jak mam z tym żyć, bo tak mnie to przeraża. Ja chciałem być pisarzem i kiedyś ze starym mieliśmy pomysł, żeby na rowerach objeździć Morze Śródziemne. Lubiłem patrzeć na drzewa, szczególnie na stare, rozłożyste dęby, co mają gałęzie tak fajosko poskręcane, i lubię fantasy, zwłaszcza Ursulę Le Guin i cykl o Czarnoksiężniku z Archipelagu i zawsze się chciałem zakochać i mieć dziewczynę, pamiętam, nawet jak jeszcze byłem w zerówce to mi się to śniło i już wtedy wiedziałem, że to musi być Coś. A teraz? Teraz nic już nie można zrobić, bo wszyscy umrzemy – choć, wiem, że tak czy inaczej byśmy umarli, to wiem też, że po nas nic już nie będzie, żadnego życia, żadnej nadziei i to jest potwornie straszne, że cały świat pójdzie w kibel.

 

Koniec

Komentarze

Autorze opowiadania, nie rozumiem tego co tu jest. Jedynym horrorem była próba łączenia wątków. Mnóstwo wstawek, które nic nie wnoszą do świata przedstawionego a tym bardziej do wątku. Ogólny chaos uniemożliwia wyszczególnienie jakiegoś ciągu wydarzeń. Dużo wulgaryzmów. Brak konstrukcji opowiadania i brak wyraźnego punktu kulminacyjnego. Zakończenie? Z grzeczności nie skomentuję.

 

Pewnego razu był u nas Bednarek (bo mama wyjechała – a jakby była, to by nie przeszły takie numery), który najpierw został mi przedstawiony jako tajny agent, a potem jako szef mafii Gniewskiej.

Bednarek i pokazanie glocka nic nie wnosi. Po co to? A poza tym to na pewno tajny agent lub szef mafii, który ujawnia się byle komu jest realistyczny. 

 

Ten beton wyglądał trochę jak przekrój kości – w środku miał takie bąble jak w plastrze miodu, które stopniowo, im bliżej brzegu, kurczyły się i gęstniały.

Plaster miodu nie ma bąbli (które z definicji są nieregularne) tylko są uporządkowaną, sześciokątną strukturą. Po drugie skąd bąble, które są przecież puste, mogą gęstnieć?

 

Mnie też narysował – i to było najgorsze. Olbrzymi penis wchodził mi do ust i przebijał głowę z drugiej strony, wyłażąc z taką diabelską, śmiejącą się główką. Mój własny tata, wyobrażacie sobie? Nie powiem, że ja czasami głupot nie rysuję na bioli czy geografii, no ale ludzie, to przecież mój ojciec! To chyba można wymagać jakiejś powagi?

I na braku komentarza do tego wybitnego fragmentu zakończę. Więcej z nich nie chce mi się cytować.

Trochę mnie odrzuciło od tego stylu już na samym początku, ale czytałem dzielnie, bo miał być horror. Moim zdaniem taka “gadanina” i konwencja horroru się w sumie wykluczają. Niestety, tutaj była głównie gadanina. Napisana dość sprawnie i co istotne konsekwentnie. Problem polega na tym, że wysuwa się na plan pierwszy i cała historyjka ginie gąszczu z słów.

Myślę, że by się to przydało porządnie skrócić i mocno ograniczyć wątek ojca, który z jakiegoś powodu jest tak często wspominany.

Dodatkowo: bardzo niewiarygodny narrator. Z pewnością nie gada jak dzieciak, jeśli już to bardziej jak nastolatek.

No, horror to nie jest, zbyt przegadane. Horrorki buduje się stopniowaniem napięcia, obrazami, a tu jest monolog, z wieloma wtrętami. Rozumiem, że dla bohatera historia problemu alkoholowego jego ojca jest istotna, ale trochę usuwa w cień samą fabrykę.

Na początku pojawia Ci się pan Bednarek, który w ogóle nic nie wnosi do opowieści, potem jest Marian. Czy to może ta sama osoba? Jeśli tak, to dobrze byłoby to zaznaczyć, bo czytelnik się trochę gubi.

Bohatera stworzyłeś niezłego, dzieciak początkowo trochę pozuje na chojraka, który dobrze rozumie świat, a na koniec wychodzi z niego przestraszone dziecko. To akurat mi się bardzo podobało.

Język pozostawia wiele do życzenia, choć domyślam się, że to stylizacja. Trochę to jednak męczące.

W ogóle narracja pierwszoosobowa uchodzi za trudną i mam wrażenie, że trochę jej nie sprostałeś. Za dużo wątków, za dużo odbiegania od tematu, wtrętów, które wytrącają z czytania.

Masz tam kilka fajnych fragmentów. Sam pomysł jest niezły. Piszesz całkiem sprawnie, ale Ci się to trochę rozlazło.

 

 

 

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Mnie się zdecydowanie podobało. Okej, język i styl wygląda na inspirowany stylem internetowych copypast, ale IMHO działa i dobrze się zgrywa z charakterystyką narratora. Językowo sprawne, efektowne (trochę poprawek by się prosiło, jak np. zapisanie liczb – słowami). Fabularnie te poszarpane, pozornie nie łączące się ze sobą i przeładowane detalem, ale prowadzące do wspólnego finału, zaobserwowane przy tym przez bardzo ograniczonego w swej wiedzy narratora, wydają mi się bardzo konsekwentne: cały ten tekst, przy pozorach luźnej narracji i chaosu, jest przemyślany, wszystkie elementy – fabuła, narracja, styl – pasują do siebie. Po poprawieniu baboli (przecinki, zapis liczb) z przyjemnością kliknę bibliotekę.  

Dzięki Wam za feedback, nawet i ten nie do końca przyjemny :). 

Opowiadanie było pisane, że tak powiem, na flow, za jednym posiedzeniem, bez późniejszych przeróbek jakichkolwiek – można powiedzieć, że samo przyszło do mnie w tej formie. W mojej ocenie największym problemem jest sam sposób narracji, zwłaszcza eklektyczny język narratora, i to był faktycznie trudny temat do ugryznienia – tu zgodzę się, że nie za bardzo się to udało.

 

Wiem, że są rzeczy do poprawy, ale jakoś nie potrafię wrócić do opowiadań, które już napisałem. Nie wiem do końca, dlaczego. Może uważam je za coś skończonego, do czego nie ma sensu wracać, bo jak już, że tak powiem, wyrzuciłem je z siebie, to przestało mnie męczyć i przestałem o nim myśleć. Wezmę jednak Wasz feedback pod uwagę, postaram się jej trochę poprawić.

 

Co do zarzutów o pana Bednarka – tak, nic nie wnosi, nie miał wnosić. Zrobiłem to trochę jak zapis z kawałka życia, gdzie rzeczy po prostu dzieją się, nie pytając to, czy mają jakiś sens, czy dokądś prowadzą, czy nie. Może to dobrze, może źle, można się kłócić – taką po prostu przyjąłem zasadę. Mi się ona akurat podoba, uważam, że to naturalne, ale może po prostu nie jest to klarowne i nie jest to dobrze przeprowadzone, skoro ten chaos tak przeszkadza.

Swoją drogą, ta akurat część to jedyny autentyk :). 

 

Czytałam z pewnym trudem, bo opowiadanie jest dość chaotyczne i mocno przegadane, że o nie najlepszym wykonaniu nie wspomnę, a po przeczytaniu nie bardzo wiem, Panrebonko, co miałeś nadzieję opowiedzieć.

Jest tu dość rozbudowany wątek dotyczący życia rodzinnego Rafała, ze szczególnym uwzględnieniem postaci ojca, informacjami  o jego pracy i upodobaniu do alkoholu, przy jakże skąpym wizerunku matki; są wzmianki o dziecięcych zabawach i rowerowych przejażdżkach bohatera po okolicy i jest tytułowa fabryka, w której coś się dzieje, ale chłopiec-narrator nie jest w stanie powiedzieć czytelnikowi nic konkretnego, poza tym, że dzieją się tam rzeczy dziwne. I choć rzeczona fabryka zajmuje istotne miejsce w opowieści, wszystko co o niej wiemy jest pokazane oczami chłopca i uzupełnione jego domysłami, a to, moim zdaniem, nie jest zbyt wiarygodny punkt widzenia. Bo mogę zrozumieć, że Rafał był świadkiem osobliwych wydarzeń, ale czy można dać wiarę jego obserwacjom, biorąc pod uwagę wiek chłopca – a wszak sam w zakończeniu mówi, że za parę lat kończy podstawówkę, więc nalezy się domyślać, że to młodszy nastolatek.

Nie wydaje mi się, aby o opowiadaniu można powiedzieć, że to horror – nie wystarczy wspomnieć o dziwnych istotach i takichż zajściach. Brakło mi stosownej atmosfery, rosnącego napięcia, brakło sygnałów, zapowiadających coś szczególnego/ strasznego. Opisanie budowy ogrodzenia wokół fabryki, jak i późniejszego wybuchu, było, moim zdaniem, wyłożeniem kawy na ławę, niewiele mającym wspólnego z horrorem.

Wykonanie, co stwierdzam z prawdziwą przykrością, pozostawia bardzo wiele do życzenia. I choć wyznajesz w komentarzu: Wiem, że są rzeczy do poprawy, ale jakoś nie potrafię wrócić do opowiadań, które już napisałem. Nie wiem do końca, dlaczego. Może uważam je za coś skończonego, do czego nie ma sensu wracać, bo jak już, że tak powiem, wyrzuciłem je z siebie, to przestało mnie męczyć i przestałem o nim myśleć. – to byłoby miło, gdybyś pomyślał też o czytelniku, któremu niechlujnie napisany tekst odbiera przyjemność lektury.  

 

To jest w ogóle spra­wa wagi PaA.. PAń-stwo­wej… ―> Wielokropkowi brakuje jednej kropki. Wielokropek ma zawsze trzy kropki!

 

„Ee… ee.. gym!” ―> Jak wyżej.

 

chry­pli­wym, za­wo­dzą­cym gło­sem jak u zom­bia­ka.) ―> …wy­po­wie­dzia­ne takim chry­pli­wym, za­wo­dzą­cym gło­sem jak u zom­bia­ka).

Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu.

 

… Taj­nym Agen­tem. ―> Zbędna spacja po wielokropku.

 

była jakaś gruba akcja, z któ­rej pan Ma­rian do­stał w ogóle medal. ―> Czy medale dostaje się z akcji, czy może raczej: …była jakaś gruba akcja, za któ­rą pan Ma­rian do­stał w ogóle medal.

 

żeby było śmiesz­nie, to w ogóle pan Ma­rian miał pod­czas tej akcji zawał… ―> A może wystarczy: …żeby było śmiesz­nie, to pan Ma­rian miał pod­czas tej akcji zawał

Nadużywasz zwrotu w ogóle, w opowiadaniu pojawia się on chyba ze trzydzieści razy.

 

Ja to se myślę… ―> Ja to sobie myślę

Se to potocyzm i trochę razi, zwłaszcza że Rafał mówi w miarę poprawnie.

 

z nim na­praw­dę fajne mo­men­ty jak nie pije, bo można z nim jeź­dzić… ―> Czy to celowe powtórzenie?

 

Chyba wtedy za­czął na po­waż­nie pić i za­czął się robić z tego pro­blem. ―> Powtórzenie.

 

pro­du­ko­wa­li, mu­sia­ło być w każ­dym razie strasz­ne. Wszy­scy, któ­rzy tam pra­co­wa­li, mu­sie­li mieć umowę. Star­szy też się za­sła­niał umową… ―> Czy to celowe powtórzenia?

 

gdzie się bie­ga­ło latem i z kijem krę­ci­ło młyn­ka… ―> …gdzie się bie­ga­ło latem i kijem krę­ci­ło młyn­ka

 

jak tak se myślę… ―> …jak tak sobie myślę

 

Mi to się wy­da­je lo­gicz­ne. ―> Mnie to się wy­da­je lo­gicz­ne.

https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/mnie-czy-mi;11443.html

 

byłem cie­kaw, co się w tam robi… ―> Literówka.

 

za­bra­nia­li nam się tam szwę­dać… ―> …za­bra­nia­li nam się tam szwendać

 

Mi się tak zdaje… ―>> Mnie się tak zdaje

 

Wla­złem tam nie razsporo się na te­re­nie znam… ―> Wla­złem tam nieraz i dobrze znam te­re­n

 

nawet se mapę z Piotr­kiem zro­bi­liśmy­… ―> …nawet sobie mapę z Piotr­kiem zro­bi­liśmy­

 

Są chwa­sty wy­so­kie na dwa-trzy metry… ―> Są chwa­sty wy­so­kie na dwa – trzy/ dwa, trzy metry

 

Z ziemi w tej łące wy­grze­bać można masę rze­czy… ―> Z ziemi na tej łące wy­grze­bać można masę rze­czy

 

Mi się wy­da­je, że to racja… ―> Mnie się wy­da­je, że to racja

 

Są miej­sca strasz­ne, gdzie le­piej nie cho­dzić. Teraz, jak se po­my­ślę, gdzie się cza­sa­mi ła­zi­ło, to aż mam ciary. Na­praw­dę, mie­li­śmy fuksa, że nic się nigdy nie stało i po­wiem wam – jeśli w przy­szło­ści będę miał syna to nie chciał­bym, żeby on łaził tam, gdzie ja. ―> Powtórzenia.

Teraz, jak sobie po­my­ślę

 

i się ten mały za­pę­dził gdzieś, a potem tylko krzy­kiem roz­darł. ―> …i gdzieś ten mały popę­dził, a potem tylko roz­darł się/ wrzeszczał.

 

mi aż serce sta­nę­ło… ―> …mnie aż serce sta­nę­ło

 

Potem na ziemi zro­bi­li­śmy z nimi ma­sa­krę… ―> Potem, na ziemi, zro­bi­li­śmy im ma­sa­krę… Lub: Potem, na ziemi, zmasakrowaliśmy je

 

i była opusz­czo­na. Tam można było bie­gać bez­piecz­nie, jak się wie­dzia­ło gdzie. Uwa­żać zaś trze­ba byłomiej­scach, gdzie pra­co­wa­li – bo i nie po­wiem, tam też ci­cha­czem prze­my­ca­li­śmy się, żeby szpie­go­wać. Raz się zda­rzy­ło (a byłem wtedy sam), że tra­fi­łem na miej­sce, gdzie sporo się stra­chu naja­dłem i w gacie o mało nie na­ro­bi­łem. Był taki płot dru­cia­ny, zwień­czo­ny za­sie­ka­mi jak w woj­sku, gdzie raz zna­la­złem miej­sce, w któ­rym się można było prze­ko­pać. Póź­niej to na­pra­wi­li, ale przez chwi­lę dało się tam wejść. Za tym pło­tem były usy­pi­ska… ―> Byłoza. Powtórzenia.

 

usy­pi­ska sza­re­go pyłu, bez­barw­ne­go i ide­al­nie wręcz ma­to­we­go… ―> Jak coś, co jest szare, może być bezbarwne?

 

żeby wy­truć na śmierć 10000 ludzi). ―> …żeby wy­truć na śmierć dziesięć tysięcy ludzi).

Liczebniki zapisujemy słownie.

 

Naraz zdę­bia­łem, bo pra­wie wpa­dłem na Nich. ―> Dlaczego wielka litera?

 

Postanowiłem oczywiście wybadać, co Oni robią. ―> Jak wyżej.

 

może i to ci Chiń­czy­cy… ―> …może to i ci Chiń­czy­cy

 

fa­ce­to­wi w ogóle przez wiel­ką dziu­rę wy­sta­wa­ła zwiot­cza­ła, sina dupa i w ogóle się tym… ―> Czy to celowe powtórzenie?

 

Cza­sa­mi jakiś z nich ki­chał… ―> Cza­sa­mi któryś z nich ki­chał

 

któ­ryś z nich cha­rał w hałdę. ―> Czy tu aby nie miało być: …któ­ryś z nich charchał w hałdę.

 

będę ćwi­czył, aż stanę się ninją. ―> …będę ćwi­czył, aż stanę się ninja.

Ninja nie odmienia się.

 

fi­koł­ki wy­wi­jać przed Nimi… ―> Dlaczego wielka litera?

 

Na­kła­da­łem sobie ko­szu­lę na twarz i pru­łem tam, wy­obra­ża­jąc sobie… ―> Pierwszy zaimek zbędny – czy zakrywałby koszulą cudzą twarz?

 

Nawet i moja mama aż wy­szła i się pa­trzy­ła. ―> Nawet i moja mama aż wy­szła i pa­trzy­ła.

 

Wszyst­ko już inne nie ro­bi­ło ta­kie­go wra­że­nia… ―> Wszyst­ko inne już nie ro­bi­ło ta­kie­go wra­że­nia

 

wiel­kie, obu­do­wa­ne cię­ża­rów­ki co wy­glą­da­ły na ja­kieś mo­bil­ne la­bo­ra­to­ria. ―> …wiel­kie, obu­do­wa­ne cię­ża­rów­ki, które wy­glą­da­ły jak ja­kieś mo­bil­ne la­bo­ra­to­ria.

 

Za­czę­li bu­do­wać ten mur wokół fa­bry­ki. ―> Za­czę­li bu­do­wać mur wokół fa­bry­ki.

 

Mi to się widzi… ―> Mnie to się widzi

 

tak na 20 me­trów do­brze. ―> …tak na dobre dwadzieścia me­trów.

 

przed czym ma tę fa­bry­kę chro­nić ten ty­ta­nicz­ny pan­cerz? ―> Czy pancerz może być tytaniczny, czy raczej tytanowy?

 

To jakby z plo­te­ra ja­kie­goś wy­pu­ści­li, al­bo­co… ―> To jakby z plo­te­ra ja­kie­goś wy­pu­ści­li, al­bo­ co

 

to lu­dzie jakoś wię­cej po­zwa­la­ją se mówić. ―> …to lu­dzie jakoś wię­cej po­zwa­la­ją sobie mówić.

 

Przed­tem jesz­cze spo­ty­ka­ło ich na mie­ście… ―> Przed­tem jesz­cze spo­ty­ka­ło się ich na mie­ście

 

nawet do baby z wa­rzyw­nia­ka za­cho­wu­ją się jak hra­bian­ki. ―> …nawet wobec baby z wa­rzyw­nia­ka za­cho­wu­ją się jak hra­bian­ki.

 

wi­dział gdzieś w MOP­Sie anio­ła… ―> …wi­dział gdzieś w MOP­S-ie anio­ła

 

na set­kach po­roz­wa­la­nych wokół kar­te­lu­szek. ―> …na set­kach po­roz­wa­la­nych wokół kar­te­lu­szków.

 

co on se tam kom­bi­nu­je. ―> …co on sobie tam kom­bi­nu­je.

 

Se myślę, że może ze wzglę­du… ―> Myślę sobie, że może ze wzglę­du

 

i takim się wzro­kiem pa­trzy­ła… ―> …i takim wzro­kiem pa­trzy­ła

 

moja, zda­wa­ło by się, naj­nor­mal­niej­sza w świe­cie mama… ―> …moja, zda­wa­łoby się, naj­nor­mal­niej­sza w świe­cie mama

 

bo nawet jak fa­ce­to­wi flaki prują… ―> …bo nawet jak fa­ce­to­wi flaki wypruwają

 

rów­nie do­brze mogą se nu­rzać… ―> …rów­nie do­brze mogą sobie nu­rzać

 

Przede wszyst­kim zdję­ła mnie obrzy­dli­wość… –> Przede wszyst­kim zdję­ło mnie obrzy­dzenie

 

na­pię­te jak bębęn… –> Literówka.

 

to trud­no jest sobie wy­obra­zić… –> …to trud­no sobie wy­obra­zić

 

taką sło­dy­czą nie­zdro­wą, jakby cuch z setek tru­ją­cych kwia­tów. –> Wiem co to jest cucha, ale nie wiem, co to cuch.

 

Wiem, że mi ten widok i ten zacap tak pręd­ko nie wy­pa­ru­je z czasz­ki. –> Co to jest zacap?

 

widzę tę prze­trą­co­ną szczę­kę i Jego bo­le­sny wyraz twa­rzy… –> Dlaczego wielka litera?

 

Z oczy ciek­ną mu łzy… –> Literówka.

 

mają tę swoją po­li­ty­kę, gdzie nie już na pasy, ale na pi­sto­le­ty idzie. –> …mają tę swoją po­li­ty­kę, gdzie już nie na pasy, ale na pi­sto­le­ty idzie.

 

Naj­pierw sta­nie się taki jak Ci w fa­bry­ce… –> Dlaczego wielka litera?

 

że oni dla tego ry­zy­ku­ją ży­ciem… –> …że oni dlatego ry­zy­ku­ją ży­ciem

 

Mur był w tamym miej­scu… –> Literówka.

 

Znów prze­szedł mi ten me­ta­licz­ny po­smak po krę­go­słu­pie… –> Wyczuł posmak kręgosłupem???

 

Za­czął się wy­ścig z chmu­rą, gdzie wie­dzia­łem, że będę mu­siał z sie­bie dać wszyst­ko. –> Za­czął się wy­ścig z chmu­rą i wie­dzia­łem, że będę mu­siał dać z sie­bie wszyst­ko.

 

to gdzieś da­le­ko stąd, żeby się wy­nieść z dala od… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

43% umie­ral­no­ści na raka. –> Czterdzieści trzy procent umie­ral­no­ści na raka.

Liczebniki zapisujemy słownie, nie używamy skrótów i symboli.

 

Krę­piec – ponad 50%. –> …Krę­piec – ponad pięćdziesiąt procent.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

@regulatorzy, dziękuję za obszerny komentarz i poprawki. Doceniam to, że chciało Ci się poświęcić czas na ich napisanie. Z pewnością następnym razem będę zwracał uwagę na opisane problemy. Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się, że jest tak słabo i byłem całkiem zadowolony z tego opowiadania. Problemy, z których zdawałem sobie sprawę, to na pewno niespójny język narratora i używanie zbyt dużej ilości słów tam, gdzie można ich użyć trochę mniej. 

Uznałem jednak, że można to w tej formie zostawić, bo jak zauważyłaś, narrator jest młodszym nastolatkiem, ma jakieś 12-13 lat, więc używanie potocyzmów i mieszanie stylów wydało mi się uzasadnione w tym przypadku.

Panrebonko, jeśli w czymkolwiek pomogłam, to bardzo się cieszę. Jednakowoż to jest Twoje opowiadanie i będzie napisane takimi słowami, które Ty uznasz za najwłaściwsze. Rozumiem, że Rafal jest chłopcem i jego język może pozostawiać wiele do życzenia, ale nadużywanie pewnych zwrotów raziło mnie, zwłaszcza że są są także sytuacje, kiedy chłopak mówi całkiem poprawnie.

Mam nadzieję, że Twoje przyszłe opowiadania będą ciekawsze i bardziej dopracowana. Mam też wrażenie, że może zainteresować Cię ten wątek: http://www.fantastyka.pl/loza/17

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Sympatyczne :)

Przynoszę radość :)

Nowa Fantastyka