- Opowiadanie: cobold - Córka poławiacza żachw

Córka poławiacza żachw

Hasło konkursowe – “anachroniczna inwaginacja”.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Córka poławiacza żachw

„We wszystkich wioskach na południowym wybrzeżu Małych Wysp Sundajskich, od Sumbawy po krańce Timoru, spotkałem się z głęboko utrwalonym przekonaniem, że najlepszą kandydatką na żonę dla dojrzałego mężczyzny jest córka poławiacza żachw. Wśród zalet tych dziewcząt wymienia się w pierwszej kolejności umiejętność przygotowywania sześćdziesięciu siedmiu różnych potraw z morskich stworzeń stanowiących podstawę wyżywienia tamtejszej ludności. Niektórzy rozmówcy podkreślali też, że córki rybaków, same szkolone od najmłodszych lat do nurkowania, potrafią na kilka minut wstrzymać oddech, a co za tym idzie przez tak długi czas zachowywać całkowite milczenie. W tych jednak miejscach, w których byłem dopuszczany przez tubylców do bliższej komitywy, mężczyźni w sposób niedwuznaczny dawali mi do zrozumienia, że prawdziwym powodem, dla którego owe młode kobiety są tak cenione, jest ich nadzwyczajna biegłość w sztuce miłosnej. (…) O prawdziwości tych słów nie miałem jednak okazji się przekonać, gdyż nigdy osobiście nie spotkałem męża córki poławiacza żachw”.

 

J. Onglair „Życie seksualne cywilizowanych inaczej” (wydanie 2., poprawione).

 

(…)

 

 

 

 

To tylko fragment. Opowiadanie w całości będzie można przeczytać w pierwszym tomie antologii "Weird fiction po polsku".

Więcej informacji na stronie wydawnictwa Phantom Books:

 https://www.facebook.com/pages/category/Publisher/Wydawnictwo-Phantom-Books-608481312540765/ 

 

 

 

 

Koniec

Komentarze

To wygląda na efekt Rybaka… wszyscy czytają, nikt nie komentuje. ;)

Coboldzie, to opowiadanie jest jak sen starszego pana. Egzotyczny, cudowny, lecz zwieńczony prozaicznym finałem, po którym pozostaje tylko pójść się umyć i wrócić do śpiącej, niczego nieświadomej żony.

Podobało mi się. Bardzo dużo treści jak na ledwie 15k. Robi wrażenie.

 

EDYTA:

W kwestii merytorycznej. Pracowałem na szelfie Sundajskim przez trzy lata i przez ten czas nigdy nie słyszałem, by ktokolwiek z miejscowych używał nazwy “Wyspy Sundajskie”. To chyba jest nazwa stosowana raczej przez zachodnich geografów niż przez miejscowych.

W własnym języku nazywają żachwy małymi ludźmi – lalak kecil.

Język nazywa się bahasa, jeżeli to Indonezyjski lub Watubela jeżeli to język lokalny z archipelagu Maluku). Może wartoby użyć tej nazwy zamiast ogólnikowego “własnego języka”?

 

I właśnie, skąd to lalak kecil?

Lalak w Watubela oznacza “krew”, kecil w bahasa “mały”. Skąd więc ta hybryda i dlaczego tak przetłumaczona?

 

Dalej masz “gede lalak kecil” w znaczeniu święta jedzenia żachwy. Nie bardzo to ma sens. Gede w bahasa oznacza “wielki”, reszta jak wyżej.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Czyli kliknąć też nie zdążyłam, jakoś mnie tak wszyscy dzisiaj wyprzedzają :)

Cudeńko Ci wyszło :)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

No to jestem i ja. Coboldzie, chciałem wziąć sobie “anachroniczny”, tylko że nie zdążyłem. Wcale nie żałuję, choć może powinienem, bo czytając Twoje opowiadanie, tracę wiarę w swój tekst.

Podziwiam Twoją kontrolę słowa, tutaj nie ma zdania, które nie byłoby potrzebne, nie ma słowa, które nie miałoby swojej roli w tej opowieści, wszystko jest wyważone w taki sposób, że nie do końca czułem, że czytam opowiadanie, po prostu z nim płynąłem, jakbym tam był i oglądał wszystko na żywo, a taki efekt wcale nie jest łatwy.

Opowiadałeś o rzeczy oraz o ludziach, o których właściwie nic nie wiem, do teraz nie mam pojęcia, czy są zmyślone, zrobiłeś to w taki, że prawie zdołałem w to uwierzyć, fragmenty książek, cytaty, które o dziwo mnie ciekawiły, choć w większości przypadków nudzą.

Historia egzotyczna, opowiedziana ze spokojem, jednak intrygująca do granic. Najbardziej zaimponowały mi zakończenia fragmentów, w każdym umieściłeś jedną informację, która pogłębiała niepokój, dawała znać “ej, coś jest nie tak”, “ej, coś jest bardzo nie tak” itd., jednak dawkowałeś informacje, a tekst wciąż rozwijał się niespiesznie, jak od samego początku, nie było nagłego przyspieszenia akcji, choć tekst wciągnął. Ostatnio oceniam teksty w skali powrotu do domu, bo wtedy więcej wymagam od teksu – nie zauważyłem, kiedy dojechałem.

Żałuję, że nie zdążyłem nominować, ale przeczytałem, kiedy były dwa kliki, możemy to uznać? ;-)

Czep:

Na swój sposób bawi mnie myśl, że jeśli nie uda mi się uzyskać od tubylców zgody na budowę ośrodka, sam pozostanę jedynym turystą, któremu dane było obcować z tym niezwykłym światem. Szefostwo Paradise Travel Inc. oczywiście nie podziela takiego punktu widzenia, ale umówmy się – nie byłbym pierwszym agentem wracającym z tych wysp z niczym, a moje dotychczasowe zasługi dla biura pozwalają chyba raz na jakiś czas cieszyć się czymś w rodzaju dwóch tygodni nieoficjalnego urlopu na koszt pracodawcy.

Nie rozumiem – to znaczy, że jako jedyny będzie turystą, ponieważ musi zostać dłużej, a wtedy nie będzie pracował? Bo jeśli nie, to chyba sobie zaprzeczasz, albo ja pogubiłem się w toku rozumowania.

Edit. Zakończenie mi się podobało, klimatyczne, fajne niedopowiedzenie.

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Podoba mi się pastiszowość tego tekstu – to, jak pobrzmiewają w nim pewne tradycje z jednej strony europejskiego myślenia o wszystkim, co spoza zachodniego kręgu, fascynacji podszytej sporą dozą pobłażliwego lekceważenia i poczucia wyższości, z drugiej – pewnych tropów antropologii, biologii i psychologii (co mocno podkreślają “cytaty” w tekście), z trzeciej w końcu – nieoczekiwanych, oryginalnie potraktowanych motywów rodem z horroru. Na etapie święta jedzenia wielkiej żachwy spodziewałam się, że zeżrą bohatera, ale to, co się rzeczywiście stało, zaskoczyło mnie. Do tego świetnie zastosowana lekka stylizacja na taką antropologiczną narrację… Bardzo udane :)

Klikłam sobie, bo bardzo ładnie napisane, jak to zawsze u Ciebie. Ale o Twoim stylu chyba nie muszę się rozpisywać, bo musiałabym tylko słodzić, a nie chcemy za bardzo obtaczać Cię cukrem, prawda? ;)

“Córka poławiacza żachw” stoi piękną frazą; jak na tak statyczną opowieść, sporo się dzieje. Jednakże. Uczucie niepokoju, które powinno być nieodłącznym elementem opowieści weirdowych, pojawia się stosunkowo późno – a i wtedy nie jako dominujący element opowiadania, ale raczej dodatek dodający kolorytu. Nie jestem pewna, czy stężenie weirdness mnie satysfakcjonuje: tekst jest na swój sposób dziwny i dajesz znać, że coś tu nie gra, ale nie do końca poczułam napięcie. Dziwność wynika raczej z egzotyki scenografii i lekkiego oniryzmu, a nie z niepokoju, który powinien odczuwać czytelnik.

Fabuła, bazująca na dość ogranym motywie modliszki i jej ofiary, choć sprawnie przedstawiona, jednak zostawia niedosyt. Chrościsko dobrze to ujął: ten tekst jest jak sen starszego pana. Albo raczej: jak typowo męski sen, czyli fantazje o kobiecie o połowę młodszej od narratora, w dodatku zawsze chętnej i gotowej. Kolejna femme fatale i kolejny bohater, który jest zupełnie bezradny w obliczu zagrożenia zamaskowanego ładną buzią i odrobiną uwodzicielstwa. To trochę sprawia, że tekst staje się przewidywalny; od momentu, w którym zaczyna się romans, można łatwo przewidzieć, w którą stronę zmierza historia.

Zdecydowanie nie jestem targetem takich historii, ale czytało się bardzo dobrze i przyjemnie; przede wszystkim ze względu na styl.

 

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Przeczytałam, bo lubię Ciebie czytać :), no i krótkie, co powoli staje się moim priorytetem. Z ostatniego nie cieszę się. Opowiadanie zdecydowanie mi się podoba, jest fajne (jz. anetne copyrajty).

 

Dwie myśli mi chodziły po głowie, kiedy skończyłam czytać. 

Pierwsze – ale psikus dla chłopaków! Tacy są, wystarczy „odrobina zainteresowania na codzień”, „ja, ja, ja”, a dalej już… kultura patriarchalna i duży smutek, że takie to wszystko łatwe, nirwana bez sensu, i duży smutek nad losem konkretnej płci, w zasadzie obu.

Tę myśl, ponieważ nie była zbyt interesująca, zepchnęło w dal odejście do żachwy. Jakże piękne są przedstrunowce, bajeczne kolory i kształty. Dwa kluczowe otwory, rozmnażanie dwojakie, życie. Znalazłam dane o pewnej drapieżnej, mięsożernej żachwie gigant, prawie pół metra. W fazie niedojrzałej jest poszukującą, głupiutką kijanką, a po metamorfozie, kiedy przyjmuje formę osiadłą i ma wszystko, czego pragnie, zjada samą siebie, „rozum”. Ciekawe, co ważniejsze i z jakiego punktu widzenia. :)

 

Edytka: Z uwagi na chęć zgłoszenia do piórka uzupełniam o bardziej merytoryczne informacje – dlaczego. Płynność narracji. Wiedza nt. żachw i materiały nienachalnie wprowadzone do tekstu. Sposób opowiadania pozwalający dotknąć opisywanego świata i postaci, których losy chce się śledzić. 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Klasyka w pięknym stylu opowiedziana świetnym piórem. Ale Cobold to już znana marka, więc nie spodziewałam się, że będzie inaczej :)

Historia coś mi przypomina. Nie wiem dokładnie, co, ale coś mi się z tyłu głowy kołacze. Jednak sposób opowiedzenia, haczyki na które się łapałam i twist pod koniec plus fragmenty z “encyklopedii” tworzą niezwykle zgrabną kompozycję. Jeden z klików był ode mnie, bo przezornie kliknęłam jeszcze czytając z komórki ;)

Czy ja jestem jakiś kompletnie nierozgarnięty? – Nie załapałem, co się w końcu stało z głównym bohaterem? Zmienił się w coś, czy jak…

Bez względu na to – pomysł mi się podoba. Nawet bardzo. Wykonanie – fajnie panujesz nad strukturą, tak że udaje się wszystkie wydarzenia pomieścić w tak krótkim tekście. Jedyna rzecz, która mi osobiście przeszkadza to ten strasznie seksistowski trop seksualizowania “tubylczyń”. Niby rozumiem, że to taka dekonstrukcja kolonializmu, ale wypada bardzo stereotypowo.

Dzięki za komentarze i kliki.

 

Chroscisko – tak, to mokry sen starszego pana (chociaż nie, stanowczo protestuję przeciw nazywaniu mężczyzny 20 lat po ślubie starszym). Ale taki, po którym nie można już wrócić do poprzednigo życia. Dzięki też za fachowe uwagi, będę o Tobie pamiętał, na wypadek riserczu z tych rejonów. Wiem, że Wyspy Sundajskie brzmią oficjalnie, ale też pojawiają się u mnie wyłącznie w wyimku z dzieła europejskiego antropologa kultury. Co do języka, prawdę mówiąc, wymyśliłem sobie tę wioskę jako położoną w rejonach, gdzie mówi się w Manggarai, ale że nie udało mi się znaleźć wystarczająco bogatego słownika tego języka, to uznałem, że tajemnicze plemię błękitnowłosych żachwojadów może mówić swoim własnym narzeczem. Ten wymyślony język jest hybrydą malajskiego i sundajskiego, a sam „lalak” to przerobiony „lalaki” – wg mojego google tłumacza oznaczający w sundajskim człowieka. Jeśli chodzi o znaczenie frazy „gede lalak kecil”, pozwól, że odpowiem na priv, bo nie chciałbym aż tak spoilerować.

 

Irka_Luz – najważniejsze, że się podobało ;)

 

Maskrol – kiedy wybierałem hasło, wcale nie byłem pewny, że coś napiszę. Ale narzekania użytkowników piszących, że podebrałem im fajną frazę, spowodowały że się zmobilizowałem ;) Co do niejasnego początku – chodzi o to, ze bohater jest tam służbowo, ale zaczyna się zachowywać, jakby był na darmowych wczasach. Faktycznie ten fragment może być nieco niejasny, ale wynika to z faktu, że chciałem, aby bohater na początku budował skomplikowane zdania, a w miarę rozwoju historii redukował swoje wypowiedzi, tak intelektualnie, jak i emocjonalnie (vide Algernon).

 

Ninedin – fajnie, że wychwyciłaś te nawiązania do europejskich podróżników. Sam inspirowałem się informacjami o rozbieżnościach między oficjalnymi publikacjami Malinowskiego, a jego prywatnymi notatkami. No i trochę Fiedlerem. Super, że się nabrałaś, co do imprezowego menu – taki właśnie miałem niecny plan ;)

 

Gravel – dzięki! Motyw rzeczywiście mało oryginalny, ale co zrobić, kiedy taki mi się skojarzył z „anachroniczną inwaginacją” ;) Przyznam, że weird to niekoniecznie moje rewiry (choć nie odważyłbym się tak kategorycznie określić jego granic i założeń), ale będę się bronił, że wśród dozwolonych w regulaminie gatunków jest też alegoria ;)

 

Asylum – zgadzam się! Żachwy są super!

 

Bellatrix – mi też ta historia coś przypomina. Nawet kojarzą mi się konkretne nazwiska osób publicznych ;)

Hmm, Bello, mi przypomniał się flet i Asimov opisujący wydarzenia w poszukiwaniu Ziemi, chyba to było w układzie Alfa Centauri (dwie gwiazdy oczywiste i karzeł, ale Asimov, wtedy chyba jeszcze, tego nie wiedział jeszcze). Cykl Fundacja.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Napiszę krótko:

Cokolwiek stało się z bohaterem, to wygląda na to, że umarł szczęśliwy.

Wciągnęło i swoim klimatem i językiem.

Bardzo dobrze się czytało. Fakt, tekst jest dość przewidywalny, chociaż ja cały czas miałam nadzieję, że pójdzie to może w innym kierunku. Podobała mi się ta “scena”, kiedy facet leży przy oknie. Nie potrzebowałeś wielu słów, żeby przedstawić czytelnikowi tę osobistość i historię znajomości z dziewczyną. Lubię takie zagęszczone teksty. 

– Rozum – poprawia się, po angielsku. – Rozum wielkiej żachwy.

a później

Masa jest tłusta i bez smaku, przełykam ją, tłumiąc mdłości.

Przeszły mnie autentyczne ciarki.

 

Nie chcę spojlować, ale czy dobrze rozumiem, że pod koniec bohater staje się “wielką żachwą” – jedną z wielu kolejnych? Tłumaczyłoby to, skąd Devi tak biegle włada angielskim (i nie tylko angielskim).

Podejrzenia miałem od chwili, gdy ogłoszono, że bohater ma być “głównym gościem” podczas święta (w trakcie którego konsumowano poprzednią “wielką żachwę”, czy raczej jej, ekhm, “rozum”).

Pewnie nadinterpretuję. Lubię makabryczne zakręty w sielankach, może dlatego.

Tak czy siak, świetne opko.

Pozdrawiam

— Nie cmyka! Mówiłem, że nie ma zębów.

Killman – dzięki za dobre słowo. Wiesz, gdyby wszystko było jednoznaczne, nie byłoby to ani trochę weird. Dekonstrukcja kolonializmu, powiadasz? Myślałem raczej o satyrze na kryzys wieku średniego, ale lubię, kiedy Czytelnicy odkrywają nowe możliwości interpretacji gotowego już tekstu ;)

 

Fizyk111 – jak śpiewał Myslowitz: „Nie bez bólu i nie w domu, nie chcę szybko i nie chcę młodo, nie szczęśliwie i wśród bliskich, chciałbym umrzeć z miłości”.

 

Sara Winter – dzięki!

 

Paradust – myślę, że możesz mieć rację. Nie byłby to odosobniony przypadek w tych okolicach: https://pl.wikipedia.org/wiki/Fore

Ło, matko, ja z miłości nie chciałabym umrzeć. Co to, to nie! Nie przez te hormony, chyba że to efekt oxytocyny. xd

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Faktycznie ten fragment może być nieco niejasny, ale wynika to z faktu, że chciałem, aby bohater na początku budował skomplikowane zdania, a w miarę rozwoju historii redukował swoje wypowiedzi, tak intelektualnie, jak i emocjonalnie (vide Algernon).

Wiesz, mam podobny motyw w swoim opowiadaniu, które właśnie skończyłem. Nie identyczny, ale podobny, a mówię o tym na wszelki wypadek, żebyś nie pomyślał, że po chamsku ukradłem motyw.

Co do niejasnego początku – chodzi o to, ze bohater jest tam służbowo, ale zaczyna się zachowywać, jakby był na darmowych wczasach

Rozumiem, tak też po chwili namysłu pomyślałem, ale chciałem się upewnić.

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

No i wszystko jasne. Szczególnie z tymi prionami :)

— Nie cmyka! Mówiłem, że nie ma zębów.

Witaj, Coboldzie!

 

Tu chochlik jakiś:

Kiedy pojawia się przypływ, morze wpukla na się na kilkadziesiąt metrów w głąb lądu.

Zacząłem od googlowania czym jest żachwa. Skoro pojawiła się w tytule i już na początku poświęcasz jej tyle miejsca, to liczyłem się z tym, że będzie ważna dla fabuły. I się nie pomyliłem, okazała się kluczowa. Choć te najważniejsze o niej informacje sam przytoczłeś w trakcie czytania, to wcześniejsze googlowanie tylko pomogło szybciej połapać się o co chodzi.

Fajne opowiadanie, domknięte, z klamrą, nie wróć, to pełna pętla. Dobry pomysł, wykonanie zacne, kilka razy uśmiechnęło, raz się zaśmiałem. Nic tu nie jest na siłę, wszystko naturalnie. Podejrzewam, że przemyciłeś całkiem słuszną porcję własnych życiowych doświadczeń i obserwacji.

Jestem ukontentowany z lektury, niedopowiedzenia, dopowiadają się same i układają w pełną historię, i to zapętloną :-)

 

Pozdrawiam!

 

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Witaj, Mytrixie!

 

Tu chochlik jakiś

czemu?

 

Podejrzewam, że przemyciłeś całkiem słuszną porcję własnych życiowych doświadczeń

czemu?! ;)

 

Pierwsze "na" nie jest zbędne? ;>

 

Czemu? Tak jakoś, ten staż, sam wiesz…

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Pierwsze "na" nie jest zbędne? ;>

Przeczytałem to zdanie pewnie ze 20 razy przed publikacją i kolejne 10 po tym jak wskazałeś mi błąd palcem i nadal nie widziałem tego nadprogramowego “na”.

Zaprawdę żachwieję.

Dzięki!

Nie sądzę, byś żachwiał, chyba że masz jakiś namiętny romans.

To chochlik z sortu tych wrednych, gdy znamy zdanie na pamięć, optycznie wygląda dobrze i niby je czytamy, a jednak nie czytamy, trochę tak jak z perzsatwianeim lietr ;-)

Zważ, że nikt tego nie wypunktował, a ja tylko dlatego, że zostałem zaskoczony czasownikiem “wpuklać się” i go literowałem, by upewnić się, czy dobrze czytam :D Tzn. jego znaczenie nie było mi tajemnicą, tylko nie widziałem, by ktoś stosował, a ładne.

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Fajne, podobało mi się :)

Przynoszę radość. A CMowi ból i pożogę.

Gdy zaczynałem czytać, pomyślałem sobie, że nic nie napiszę, jeśli mi się nie spodoba. I teraz w sumie też nie muszę nic pisać, bo wiesz, że mi się podobało.

Za to nie podobało mi się, że wpadłeś do biblioteki bodajże bez jednego komentarza, choć wiem, że to niezależne od Ciebie.

Twój, już chyba stały, nostalgiczny nastrój i klimat opowiadań jest tutaj na odpowiednim dla mnie poziomie. Wprowadzasz w pierwszych fragmentach trochę ciekawostek, trochę opisu krajobrazu, budujesz odpowiednią scenerię, więc gdy rozwija się powolna akcja, wszystko razem dobrze się komponuje. Nie można nie docenić uroku, jaki niesie ze sobą Twoja opowieść. Zabrakło mi tylko bardziej jasnej odpowiedzi, jeśli w ogóle była, w jakim celu?

Chociaż dla mnie, wrażliwca, fakty i wyjaśnienia są najczęściej sprawą drugorzędną. 

 

Zjadłem i natychmiast, he, he, nabrałem ochoty na dalsze zabawy.

Takie rzeczy Ci po głowie chodzą… No, teraz przy Koronie i domowym zaleganiu, to scenariusz tak dogodny do realizacji, jaki już nigdy chyba nie będzie. ;)

Pozdrawiam.

 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Bardzo wciągająca historia, niby nowoczesna, ale troszkę też baśniowa i to niedookreślone zakończenie też zdecydowanie na plus. Ponadto opisy oddają bardzo dobrze indonezyjskie klimaty. Byłeś tam też? Bo opis jest naprawdę żywy i ciekawie zbudowany.

Jedyne co na mały minus, to chyba trochę płaska motywacja głównego bohatera, ale w sumie współgra to z tym jak go nam przedstawiłeś, więc może tak miało być, żeby fabuła była zgrana i zamknęła się w klamrę. I oczywiście morał historii też bardzo udany.

Darcon:

Gdy zaczynałem czytać, pomyślałem sobie, że nic nie napiszę, jeśli mi się nie spodoba.

O, nie, nie, Darcy. Tak się nie bawimy. Czytasz? Budzi refleksje? Komentujesz!

Trza mieć jaja ;)

 

Za to nie podobało mi się, że wpadłeś do biblioteki bodajże bez jednego komentarza

Też do dzisiaj nie wiem, jak interpretować ten happening.

 

Takie rzeczy Ci po głowie chodzą

Autor tylko daje tekst, skojarzenia są już po stronie czytelnika. Ale masz rację – ostatecznie

przewiduję mam nadzieję na boom demograficzny.

 

Oidrin:

Byłeś tam też?

nie, ale to podejrzenie to jeden z najpiękniejszych komplementów literackich, jakie otrzymałem :)

Ładnie napisane, z ciekawym pomysłem i takim fajnym, nienachalnym elementem refleksyjnym.

Pozdrowił i poszedł. :)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Na drugie “the” dałem się złapać :-)

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Coboldzie, niewiele nowego dodam do uwag przedpiśców. Najcelniej moje odczucia co do lektury opisali już Chrościsko i Gravel. Tekst jest piękny w formie, po prostu płynie i czyta się go z przyjemnością. Jest niestety równocześnie przewidywalny a oczekiwanie fantastyki wypiera egzotyka. Hmm… pięknie napisana lekka historia, która na progu wiosny przynosi więcej słońca.

No i dowiedziałam się czegoś, czytając fantastykę. Myślałam, że sobie te żachwy wymyśliłeś, a okazuje się, że to najprawdziwsze stworzenie i to tak dziwne, że w sam raz nadaje się na inspirację do opowiadania weird fiction. 

Wyszło Ci to świetnie, ale nie będę powtarzać tego, co już wszyscy przede mną napisali. 

Pozostaje mi podziękować za wrzucenie opowiadania na portal, bo lektura była dla mnie prawdziwą przyjemnością!

Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow, Creeps in this petty pace from day to day, To the last syllable of recorded time; And all our yesterdays have lighted fools The way to dusty death.

dziegieć 

(1.1) ciemnobrunatna, gęsta ciecz otrzymywana w procesie suchej destylacji drewna o intensywnym zapachu, mająca właściwości grzybobójcze i antyseptyczne, dawniej używana także do impregnacji płótna i skóry, uszczelniania beczek, itp

 

Kurde, trochę trudno uwierzyć – ciągle ktoś znika na wyspie i ciągle wysyłają tam ludzi.

 

Nagła poprawa angielskiego wynikała z postępującej degeneracji faceta? Jak tak, to zaczęła się ona przed zjedzeniem żuchwy – jasne, nie ma żadnego powodu, żeby pojawiała się przed, ale tam się aż prosi o ciąg przyczynowo-skutkowy – i teraz zaczynam myśleć, co on dostawał wcześniej do jedzenia…

Z wyglądu obrzydliwe – gdybym był młodszy, miałbym od razu jednoznaczne skojarzenia – po przyrządzeniu okazują się dość smaczne, trochę podobne do kalmarów, choć delikatniejsze.

Najpierw podniosło mi się ciśnienie, potem sprawdziłam jak to wygląda i ciśnienie opadło, ale tylko trochę.

 

Chyba zbyt subtelnie to napisałeś – albo to ja przed czytaniem tekstu wiedziałam zbyt mało?

I would prefer not to. // https://www.facebook.com/anmariwybraniec/

Bardzo ciekawy tekst w stylu klasycznych opowieści weird fiction, narracja niespiesznie płynie przez wydarzenia – z początku może się wydawać, że nic się nie zmienia w tym tropikalnym raju, ale fragment za fragmentem tekst buduje niepokój, aż do zakończenia, które zawiera dokładnie to, co powinno.

Mógłby z tego być odcinek Gęsiej Skórki. ;) 

CM – podziękował (a refleksją się ucieszył).

 

Peter Barton – dzięki! Co do przewidywalności, zgodzę się i nie zgodzę. Twist miał się tutaj bowiem zawierać nie w samej fabule, tylko w sposobie interpretacji hasła.

 

Rosebelle – nie znałaś żachw? A jestem więcej niż pewien, że czytałaś dzieła przytoczonej przeze mnie w cytatach trójki autorów ;)

 

Wybranietz – dziegieć spoko, dobry na łupież. Jeśli chodzi o dopływ nowych gości, to myślę, że święto, żeby było świętem, nie może się jednak zbyt często przydarzać. Co do reakcji ciśnieniowych – żachwy to duża gromada, można sobie wybrać, co kto lubi. Fragmentu komentarza z angielskim nie zrozumiałem ;(

Naprawdę myślałam, że to jest zmyślone xD Cytaty też! 

Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow, Creeps in this petty pace from day to day, To the last syllable of recorded time; And all our yesterdays have lighted fools The way to dusty death.

Z cytatami sprawa jest bardziej złożona ;)

Oj, nie chciałam wiedzieć, że ich tyle. Teraz to już w ogóle nie wiem, jak interpretować. Nie ma ciśnienia, ale jest trochę przykro.

Jak prędzej czy później przy większości Twoich tekstów.

 

Co do angielskiego, to piszesz:

Devi trochę mówi po angielsku,

dodaje czystą angielszczyzną. Ciągle zapominam zapytać, gdzie się nauczyła tego języka.

 

I czy ta nagła poprawa angielskiego wynikała z postępującej degeneracji tego faceta?

Jak tak, to zaczęła się ona przed zjedzeniem świątecznej żuchwy – nie musi być ciągu przyczynowo-skutkowego, choć to się samo narzuca – i teraz zaczynam zastanawiać się, co on dostawał wcześniej do jedzenia…

 

że święto, żeby było świętem, nie może się jednak zbyt często przydarzać.

najpierw ktoś go obserwował z chatki, potem on obserwował następnego kochanka – to już wygląda na trzech z rzędu ; )

 

 

I would prefer not to. // https://www.facebook.com/anmariwybraniec/

I czy ta nagła poprawa angielskiego wynikała z postępującej degeneracji tego faceta?

Nie miałem takiego zamysłu. Zdanie, o którym piszesz to pojedyncza, stereotypowa fraza “Wszystko będzie dobrze”, którą Devi mogła mieć po prostu dobrze przećwiczoną. W dalszej części odzywa się po angielsku tylko raz, używając słowa “rozum” na określenie mózgu, co świadczy, że jednak nie jest wybitną lingwistką.

 

najpierw ktoś go obserwował z chatki, potem on obserwował następnego kochanka – to już wygląda na trzech z rzędu

ale nie wiemy, czy ten pierwszy też był przybyszem z zewnątrz – że mogło być inaczej sugeruje otwierający cytat.

 

Nie ma ciśnienia, ale jest trochę przykro.

Jak prędzej czy później przy większości Twoich tekstów.

to ja już może zmilknę.

ad1 – to w takim razie ja to sobie nadinterpretowałam (a doszłam nawet do tego, że papka ze spermy była!), bo nie użyłabym określenia “płynna” w wypadku, kiedy to jedna fraza ; )

 

ad2 – bo cudzoziemcy lepiej smakują? ; ) 

i jeszcze jedno – sugerujesz cykliczność, przez powiązanie tego z sinym księżycem, a komentarz wcześniej mówiłeś, że święto nie może być zbyt często, bo nie jest wtedy świętem – ale to pewnie zależy od okresu, jaki uzna się za zbyt często ;>

 

ad3 – nie zmilkaj, tylko chodź na solo. wkrótce ;>

I would prefer not to. // https://www.facebook.com/anmariwybraniec/

Naprawdę nie rozumiem tych całych zachwytów. Tekst jest słaby, mdły. Niestety czuję się oszukany po przeczytaniu, gdyż widziałem lepsze teksty w poczekalni, nie przenoszone do biblioteki. 

Przepraszam, za krytykę. Może to po prostu nie moje klimaty, może niepotrzebnie zasugerowałem się komentarzami, że jest świetny i usiadłem do tego z nastawieniem, że będzie petarda. 

Słuchaj, nie potraktuj tego jako podważania Twojej opinii, bo to _absolutnie_ nie jest nic takiego, ale byłabym naprawdę ciekawa, gdybyś odrobinę rozwinął tę uwagę, że tekst jest słaby i mdły? Masz absolutnie prawo tak uważać (i absolutnie nie musisz za krytykę przepraszać!), ale ja bym chętnie wiedziała, o czym konkretnie mówimy. Fabule? Narracji? Sposobie opisu? Dawaj, może z tego być fajna dyskusja!

Oczywiście rozumiem, że nie podważasz, że ciekawości chcesz dowiedzieć się czegoś więcej, zatem rozwinę swoją myśl. Uznałem ten tekst za mdły, nijaki głównie przez wzgląd na fabułę. Do tekstu podchodziłem trzykrotnie, ponieważ wziąłem sobie za punkt honoru przeczytać wszystkie opowiadania konkursowe. Za każdym razem odpychało mnie to, że w tym tekście, nic się nie dzieje. W momencie wielkiej uczty, już byłem pewnym, kto będzie kolejnym daniem. Jak ktoś słusznie zauważył, jest to motyw dość znany i już gdzieś czytany/widziany. 

Do narracji, jako pierwszo osobowej nie mam zastrzeżeń, bardzo je lubię, bo pozwalają lepiej zrozumieć bohatera, to czym się kieruje i w jaki sposób postrzega świat. Powiedzmy, że to jest na plus.

Jeśli chodzi o opisy, to są naprawdę fajnie, ale niewiele wnoszą do samego opowiadania. 

Tak jak wspomniałem, moja ocena podyktowana jest też, tymi wszystkimi zachwytami, przeczytałem dwa, trzy komentarze, więc zostawiłem ten tekst na koniec, jako wisienkę na torcie, ale niestety, nie pestka stanęła mi w gardle. 

Yamir, wybacz, ale będę ostrzejsza. W uzasadnieniu widzę ogólniki, ale może jestem zmęczona i nie zauważam już głębi;)

tekst za mdły, nijaki głównie przez wzgląd na fabułę. Do tekstu podchodziłem trzykrotnie, ponieważ wziąłem sobie za punkt honoru przeczytać wszystkie opowiadania konkursowe. Za każdym razem odpychało mnie to, że w tym tekście, nic się nie dzieje. W momencie wielkiej uczty, już byłem pewnym, kto będzie kolejnym daniem. Jak ktoś słusznie zauważył, jest to motyw dość znany i już gdzieś czytany/widziany. 

Do narracji, jako pierwszo osobowej nie mam zastrzeżeń, bardzo je lubię, bo pozwalają lepiej zrozumieć bohatera, to czym się kieruje i w jaki sposób postrzega świat. Powiedzmy, że to jest na plus.

Jeśli chodzi o opisy, to są naprawdę fajnie, ale niewiele wnoszą do samego opowiadania. 

Tak jak wspomniałem, moja ocena podyktowana jest też, tymi wszystkimi zachwytami, przeczytałem dwa, trzy komentarze, więc zostawiłem ten tekst na koniec, jako wisienkę na torcie, ale niestety, nie pestka stanęła mi w gardle. 

Pierwsze wyboldowane – niejasne. Spróbuj uściślić. Czego oczekiwałeś – zjedzenia, realnego wbicia na pal? Motyw znany, a skąd znasz, z czym się Tobie kojarzy, co myślisz, jak rozumiesz to opko. W sumie czytamy po to, aby… no właśnie po co?

Opisy nie wnoszą nic do opowiadania? czyli gdyby to był Paryż, Zurich, Singapur, Wyspy Kanaryjskie też nie miałoby znaczenia?

Rozumiem, że nie podoba Ci się, ale co i jak pozostaje w mocy. Niezrozumiałe jest dla mnie podyktowanie oceny zachwytami, nie komentujesz sobą? niezależnie?

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Nie no, przecież napisał jasno, że nie podoba mu się fabuła, że za mało się dzieje.

Narracja i opisy mu się podobają, a “niewiele wnoszą” chyba w sensie, że do akcji jako takiej.

Myślę, że chodziło mu o to, że po komentarzach spodziewał się nie wiadomo czego, więc się rozczarował.

 

No. Yamir jest nowy i powiedziałam mu, że jesteście mili, więc teraz czuję się odpowiedzialna.

 

Bo jakby co, pamiętajcie, mnie się podobało ;)

Przynoszę radość. A CMowi ból i pożogę.

Asylum - nie podchodzę do tego, że jesteś ostrzejsza. Rozumiem, że Tobie tekst przypadł do gustu i uważasz za ciekawy. Dla mnie brakuje w tym tekście akcji. Tu nie chodzi o to, że chce skrytykować, dla skrytykowania. Dla mnie jest to troszkę jak ten film “śmierć w Wenecji” tylko zamiast o człowieku w łódce, mamy człowieka na plaży. Mnóstwo opisów o wyspie, bez większego wpływu na fabułę, która w mojej opinii stoi w miejscu do samej uczty. 

Zdecydowanie byłbym bardziej ukontentowany, gdyby na tej wyspie coś się działo, gdyby wraz z mieszkańcami przeżył jakąś przygodę zakończoną ucztą i dalej zmienił się w wielką żachwę. 

Co do motywu, kojarzę podobną historię. Próbuję odszukać ją w Internecie. Jeśli znajdę, dam znać. 

Jeśli chodzi o miejsce akcji, uważam, że jest to opowiadanie z gatunku fantasy, gdyby zamiast tych wysp, napisał o Haitii, Hawajach, czy jakiejkolwiek wymyślonej wyspie opowiadanie mogłoby lecieć dalej. 

Co do zachwytów i komentarzy, chodzi mi o to, że wybierając to opowiadanie, do przeczytania, już na starcie się nastawiłem na coś fajnego. Stąd komentując “sobą”, a nie za innymi wyraziłem pogląd, że się zawiodłem. 

Wybranietz – i tu nieuchronnie zbliżamy się do kontrowersyjnego pytania: “Czym myślą faceci?”. 

A co do księżyca – zauważ, że nie chodzi o każą pełnię, tylko o taką siną. Zaczynam się zastanawiać, czy “sina” nie znaczy “bezkrwista”. 

 

Yamir – Ale wiesz, że nie mam wpływu na gusta i komentarze Czytelników? Chciałbym Cię natomiast prosić o wskazanie tych perełek, utkniętych w Poczekalni – zobaczę, może da się coś zrobić ;)

P.S. “Śmierć w Wenecji”, wbrew obiegowej opinii, nie jest o facecie w łódce. O facecie w łódce jest “Stary człowiek i morze”. Chociaż nie… on też nie jest o tym.

“Śmierć w Wenecji” to przede wszystkim opowiadanie Tomasza Manna, na podstawie którego powstał film. Jest to piękne opowiadanie, niepokojące i pięknie zbudowane na mitycznym motywie Erosa i Tanatosa. 

Oczywiście, masz prawo do swojego gustu i rozumiem, że takie teksty mogą Ci się nie podobać, ale musiałam się wtrącić, bo to cytat z filmu “Chłopaki nie płaczą”, jakkolwiek zabawny, jednakowoż nie do końca oddaje treść tej historii. 

Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow, Creeps in this petty pace from day to day, To the last syllable of recorded time; And all our yesterdays have lighted fools The way to dusty death.

Cobold – Oczywiście, że nie masz. Przepraszam, jeśli Cię uraziłem. Po nocy uważam, że komentarz był za ostry. Fabuła mnie nie porwała i może tyle by wystarczyło w komentarzu. Nie potrzebne były ty wyniosłe oskarżające słowa. Poza negatywami, mógłbym dodać jakieś pozytywy, jak na przykład narrację pierwszo osobową, która sprawia, że mimo wszystko lepiej poznajemy bohatera. Jeśli chodzi o opowiadanie, mogę od razu zarzucić link: https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/24171

 

Rosebelle – Dziękuję za uświadomienie, nie miałem o tym pojęcia. Chodziło mi , o to, jak słusznie zauważyłaś o cytat z filmu. Mogłem to dopisać, by nie było nieporozumień. Postaram się z czasem wyrażać bardziej precyzyjnie. 

 

Yamir, trochę wczoraj na Ciebie “napadłam”, niepotrzebnie. Chcę się zrehabilitować wink i autentycznie jestem ciekawa, jak byś odebrał pewne opowiadania. Nie miałam wczoraj swobodnego dostępu do książek, więc wzięłam do ręki pewien staroć. Cieniutki, zawierający pięć opek Mrożka – “Moniza Clavier”. Oderwać się nie mogłam. Kapitalne, a każde inne, lekko weirdowe jak by dzisiaj powiedziano. Jedno z nich nawet scfi – “Wesele w Atomicach”. Ależ on (Mrożek) potrafił pisać.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Asylum – obiecuję się pochylić nad lekturą, jak tylko skończę książkę Remigiusza Mroza (pierwsza, po którą sięgnąłem tego autora i wydaje się naprawdę fajna ;) ). Opinię prześlę Ci już w prywatnej wiadomości, by nie spamować nie potrzebnie pod tekstem. Nie przejmuj się wczoraj, nie odebrałem tego jako “napad”, zwyczajna wymiana poglądów, bez wulgaryzmów, więc ok. 

Yamir – nie ma powodu, żebym czuł się obrażony. W swoich komentarzach napisałeś więcej o sobie, o swoim guście, niż o moim opowiadaniu. Mają natomiast rację Ninedin i Asylum – warto próbować dokładniej analizować i nazywać odczucia w stosunku do tekstów innych autorów, to pomaga wypracować własną drogę.

Przeczytane z przyjemnością. Fajny klimat – niby to rajskie wyspy, wakacje, słoneczko do opalania i "nosacze polskie" na drzewach… a jednak owo słoneczko, jakoś tak, coraz bardziej przygasało i przygasało…

Nie przedłużając – udane opowiadanie.

Dobry wieczór. Świetne opowiadanie. Rajska atmosfera z powoluśku wplatanym w nią lekkim niepokojem spodobały mi się niezmiernie. Przeziera tu jeszcze ta słodka tęsknota za prostym życiem, “pierdolnięciem (przepraszam) wszystkiego i wyjechaniem w Bieszczady”. No bardzo fajne, szacuneczek, coboldzie. 

Dobre. Naprawdę dobre. Człowiek jako żachwa, która, budując strefę komfortu zmienia się w gumowaty worek niezdolny do niczego poza zaspokajaniem najbardziej podstawowych potrzeb. Degeneracja funkcji umysłowych… i na koniec pożarcie w dorocznym rytuale, jak fetyszowi władcy w “Złotej Gałęzi” Frazera. Bardzo dobre, choć zrobiłbym inaczej ;-)

No i ta finałowa transformacja tytułu książki Sacksa “Mężczyzna, który pomylił swoją żonę z kapeluszem” – śmiechłem głośno :)

Solidne warsztatowo – ale to u ciebie standard :-) Co ciekawe, choć dość znaczaco różni się od tych teksów antropologicznych, które znam, to jednak jakoś intuicyjnie się z nimi kojarzy (i nie, nie tylko nawiązaniem do "Życia seksualnego dizkich" ;-) ). Zresztą w sumie nawet motyw przewodni jest ciekawym nawiązaniem do koła życia.

Choć przez część tekstu czułem, że "nie moja bajka", to jednak lektura satysfakcjonująca. Co prawda mam wrażenie, że przydałoby się trochę bardziej "namalować słowami" tę nieuchwytną magię, ale to bardzo subiektywne.

Ach, jeszcze jedna ciekawostka. W jednej ze scen miałem luźne skojarzenie z "Wężem i tęczą" (filmem, książki nie czytałem). Niby kompletnie o czym innym, niby voodoo w tle, a jednak. Znasz?

Mitr – dzięki! Nosacze wpadły przypadkowo, kiedy zacząłem się zastanawiać, co żyje w tej sundajskiej dżungli ;) W ogóle miejsce akcji wybrałem na chybił-trafił, a to bardzo inspirująca okolica – kuru, homo floresiensis i Tambora.

Łosiot – jeśli udało się uzyskać efekt niepokoju powoli niszczącego idyllę, to jest właśnie to, o co mi chodziło :)

Altti – dzięki za dobre słowo. Ja też pewnie zrobiłbym trochę inaczej, gdyby nie wymogi konkursu i hasła. Skojarzenie z Frazerem – niezasłużenie nobilitujące.

Wilku – to intuicyjne skojarzenie z tekstami antropologicznymi wynika pewnie z samych okoliczności – narracja Europejczyka pośród Obcych. A że mój bohater to jednak profan i z lekka pogardliwie zdystansowany, to i jego przekaz różni się od oficjalnych tekstów kultury. “Węża i tęczy” nie oglądałem, ale Pullman by mi tutaj pasował.

Miejscowi nie zwracają na hałas uwagi, dla nich to odgłosy naturalne jak klaksony samochodów czy szum klimatyzacji.

Czytając o ludzie świętującym jedzenie wielkiej żachwy nie odnosi się raczej wrażenia, że klaksony i szum klimatyzacji to dla nich naturalne odgłosy, a tak by wynikało z kontekstu.

 

Niemniej bardzo wciągające. Plus świetnie napisane. Dobrze się czytało smiley

Spodziewaj się niespodziewanego

Dzięki, NaNa.

 

a tak by wynikało z kontekstu.

Wynikało by, gdybym napisał np. “równie naturalne jak”. Ale nie napisałem.

Dobrze, niech będzie, zwracam honor :)

Spodziewaj się niespodziewanego

Gęsty tekst. Z jednej strony faktycznie, nie przesadzasz ze zbędnymi słowami. Z drugiej – bogaty w nawiązania. O kuru nie pomyślałam, zresztą, za słaba jestem z geografii, żeby kojarzyć takie miejsca.

Fabuła słabsza. To kolejny wariant historyjki “człowiek zachodu przyjeżdża do dzikusów i z pobłażliwą wyższością patrzy na ich rytuały religijne, dopóki nie stanie się ich ofiarą”. To chyba popularny w nauce nurt.

Na plus walory edukacyjne – nie wiedziałam o żachwach. Ale jakoś tak mi się skojarzyły z bonellią zieloną.

Ładnie pokazany świat.

Interesująca forma. Cytaty z książek dużo dają. Szczególnie zapadł mi w pamięć ten pierwszy, o niespotykaniu mężów córek poławiaczy.

Jestem na TAK, znaczy.

Babska logika rządzi!

Dzięki, Finkla! Zrobiłaś mi dzień.

Bo ja z kolei nie znałem Bonelli ;)

Nobody is perfect. ;-)

Babska logika rządzi!

Właśnie się zorientowałam, że zapomniałam dodać komentarz – a nominowałam już chwilę temu. Przepraszam!

 

O zaletach tego tekstu rozwodzono się powyżej, ja w komentarzu skupię się na tym, dlaczego postanowiłam nominować to opowiadanie.

Do pewnego momentu akcja jest przewidywalna, choć pięknie napisana i lektura dostarcza wiele przyjemności. A potem pojawia się akapit “tu nie chodzi o seks” i powiem szczerze, pod koniec zbierałam szczękę z podłogi. Każde zdanie tak bardzo w punkt, ukazujące bohatera, uniwersalność jego sytuacji, każdy element składowy niesie mocny ładunek emocjonalny. Nie dość, że parsknęłam śmiechem, to jeszcze udało ci się przeobrazić mokry sen starszego pana w coś do bólu rzeczywistego. Choć od bycia czterdziestoletnim facetem wiele mnie dzieli, weszłam w buty narratora jakby były szyte na miarę. I raz jeszcze – ten cały akapit z ładną klamerką po prostu tętnił życiem i odzwierciedlał rzeczywistość.

Przez całe opowiadanie siedziałam w głowie to u Devi, to u Narratora, a oboje byli ludźmi żywymi, prawdziwymi i takimi, którzy niemal wychodzili z ekranu, ludźmi, których się rozumie, a w okruchach zdań widzi się siebie i swoich znajomych.

 

Nie sądzę, by to opowiadanie przyniosło ci tyle komplementów co poprzednie – jest krótkie, wykorzystuje popularny motyw, a weird to chyba nie twoje kalosze - ale moje serce podbiłeś zejściem na ziemię. Tym, że sprowadziłeś piękną, niemalże egzaltowaną i trochę metafizyczną historię napisaną imponującym językiem do czegoś rzeczywistego i bliskiego. 

www.facebook.com/mika.modrzynska

Dzięki, Kam, i Tobie – za miłe a szczere słowa!

Powtórzę jeszcze raz: najbardziej bawiłem się tutaj interpretacją hasła – to było kluczowe, stąd fabuła miała znaczenie drugorzędne, a nawet powinna być standardowa, żeby puzzelki w głowie Czytelnika gładko powskakiwały na swoje miejsca. Jeżeli mimo to uważacie, że opowiadanie broni się literacko poza ramami konkursu, to bardzo się cieszę. Bo tak powinno być, choć nie zawsze to łatwo pogodzić.

 

 

Hm, moim zdaniem nieproste hasło sobie wybrałeś, ale może dlatego jestem pod jeszcze większym wrażaniem, jak doskonale sobie z nim poradziłeś :)

Jak to u Ciebie świetnie się czytało, warsztat na bardzo wysokim poziomie. Poza tym dużo się z twojego tekstu nowych rzeczy dowiedziałam, za to dodatkowy plus. Jeśli chodzi o cytaty, uwiarygodniły opowiadanie i wzmocniły jego przekaz.

Wyjątkowo satysfakcjonująca lektura :)

Znalezione obrazy dla zapytania: eagle swimming

Bardzo przyjemnie czytało się to opowiadanie :) Najbardziej podobała mi się zmiana w narracji, która podkreśla przemianę bohatera. Z wielu myśli i opisów otoczenia, na strzępki świadomości, które pojawiają się w coraz większych odstępach czasu. Dzięki temu przyjemnie płynie się wraz z opowieścią. 

Liczyłam jednak, że tekst będzie miał tę samą nutę dziwności, którą ma proces przemiany żachw (ale nie do końca to poczułam i to raczej moja wina niż tekstu).

Dzięki, Kasjopejatales!

Nie to nie Twoja wina, ani nie wina tekstu. To zawsze jest wina autora.

Fajnie, że doceniłaś ten zabieg z narastającą fragmentaryzacją i spłyceniem tekstu. Od dawna walczę z pokusą przyspieszania na finale, ale tutaj postanowiłem właśnie wykorzystać tę słabość ;)

O, a ja oznaczyłam jako “przeczytane” i nie skomentowałam. Co za nietakt z mojej strony.

Coboldzie, nie powiem, żeby Córka poławiacza żachw była twoim najwybitniejszym dziełem, ale opowiadanie jest naprawdę przyzwoite. Widać tutaj przede wszystkim to, że podjąłeś zabawę hasłem. Fabuła nie jest jakoś zaskakująca, wynagradza to natomiast piękna sceneria okraszona opisami oraz bohaterowie z krwi i kości. Zmieniająca się z czasem narracja wyszła bardzo niepokojąco.

 

Słyszę jak stoją wieczorem przed chatą i głośno się śmieją. Nie widzę w tym nic śmiesznego.

A to na przykład, o. Jak to nie było niepokojące, to ja zgłaszam protest gdzie trzeba.

 

Ogólnie Córka to nie jest typowe weird, ale może i lepiej, ileż można czytać pastiszy dzieł Lovecrafta.

Podobało się, znaczy. 

 

Pozdrawiam!

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Jak to nie było niepokojące, to ja zgłaszam protest gdzie trzeba.

Dzięki, Sy! Bądź pod telefonem w trzeciej dekadzie kwietnia ;)

Dzięki, Sy! Bądź pod telefonem w trzeciej dekadzie kwietnia ;)

W razie konieczności wyrażę oburzenie!

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Czytałam i miałam wrażenie, że oglądam film przyrodniczy, traktujący o życiu, zwyczajach i obrzędach mieszkańców egzotycznej wyspy. I muszę wyznać, że byłam bardzo zadowolona, że tego „filmu” nie czytała Krystyna Czubówna.

Dodam jeszcze, że im dłużej bohater opowiadał o swoim pobycie na wyspie, tym większego nabierałam przekonania, że przestaje być wysłannikiem biura podróży i staje się tym, czym… Ech, może wystarczy, że smakowało mu to, co jadł.

Niezwykle zacna historia z odpowiednią dawką egzotyki, absurdu i dobrej jakości humoru, a to bardzo satysfakcjonująca mieszanka, że o porządnym wykonaniu nie wspomnę. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ale jakże to, Reg? Ani kropeczki?

Skoro się tak domagasz, Coboldzie, to proszę:

W własnym języku nazywają żachwy małymi ludźmi… –> Lepiej się czyta: We własnym języku nazywają żachwy małymi ludźmi

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

No, już mi ulżyło, bo trochę to apokaliptycznie wyglądało ;)

Cieszę się, że pomogłam Ci wrócić do równowagi. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Podobało mi się, chociaż nie wiem, co było w tym weirdowego, ale nie znam się jeszcze na tym gatunku, może dlatego. Czyli facet zamienił się w żachwę? Tylko ciekawi mnie, po co ona poluje na facetów, by zamienić ich w żachwy, jakie ma z tego korzyści? Może coś przeoczyłam, hmm…

Dzieki, Sonato!

nie wiem, co było w tym weirdowego

Weirdowość nie jest w konkursie niezbędna. Cytując regulamin: “Tekst biorący udział w konkursie musi należeć do gatunku szeroko rozumianej fantastyki, z preferencją podgatunku weird, koncepcji absurdalnych, groteskowych, satyrycznych oraz abstrakcyjnych”.

 

Tylko ciekawi mnie, po co ona poluje na facetów, by zamienić ich w żachwy

To ja się pytam, pytam się ;)

 

 

Warstwa metaforyczna tekstu w moim odczuciu jest bardzo dobra, ciekawy, naturalistyczny opis zachowań ludzkich poprzez przyrównanie do bardziej prymitywnego (ale czy na pewno?) gatunku spełnił swą rolę nadzwyczaj dobrze. Ciekawa jest również struktura utworu z wplecionymi fałszywymi cytatami i przyspieszającą narracją w końcówce.

Weird jest tu dosyć subtelny. Samo opowiadanie, choć osadzone w dość egzotycznych klimatach i mało znanej społeczności, nie bardzo zachwyca oryginalnością – powtarzane są znane motywy, tropikalny raj, femme fatale, dziwaczny afrodyzjak, “perfect drug”, który sprawia, że bohater traci swoją tożsamość. Rozumiem, że to odwzorowanie tematów miało pełnić rolę komentarza, ale mam też wrażenie, że można było wycisnąć z tego więcej, zarówno z zaprezentowanej tu wizji czy nawet z samego hasła.

Trudno nie porównać tutaj tego utworu z “Konodontozą” Chrościska, które choć z pozoru dotykają różnych spraw, to w istocie dla mnie są dość podobne. “Córka poławiacza żachw” jest dla mnie lepszym utworem pod względem ogólnoliterackim, “Konodontoza” zaś w moim odczuciu lepiej wpisała się w groteskowo-weirdowe ramy, choć i przy tym aspekcie miałem w tamtym utworze nieco zastrzeżeń. 

 

Sugestie poprawek:

 

 

Siedzę na schodku[-,] przed drzwiami swojej chaty i wystawiam twarz do słońca.

 

Tutaj pozbyłbym się przecinka, chociaż jest to zmiana raczej subiektywna i odnosi się do intencji znaczenia. Jeżeli traktujemy informację o tym, że bohater siedział przed drzwiamy chaty, jako upodrzędnioną komunikacyjnie, to pierwotny kształt zdania jest słuszny, dla mnie jednak takie sekwencyjne podawanie informacji jest dość dziwne, jakby sugerowało to, że najważniejsze jest to, że bohater siedzi na schodku, gdziekolwiek by ten schodek nie był. Usunięcie przecinka moim zdaniem spowoduje, iż czytelnik od razu przetwarza opis miejsca jako całość, bez zastanawiania się, który detal jest ważniejszy, co ułatwia odbiór.

 

Więcej o tym tutaj: https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/interpunkcja-okolicznikow;14265.html 

 

Wysoko[-,] nad plażą świeci księżyc, wyraźnie niebieski

Nie postawiłbym tutaj przecinka, frazę “wysoko nad plażą” potraktowałbym jako jeden okolicznik miejsca, a nie dwa osobne.

 

 

Kiedy muzyka na chwilę cichnie, próbuję wstać, ale Devi zatrzymuje mnie na miejscu.

Ekonomia językowa; wystarczy samo “Devi mnie zatrzymuje”, tym samym zostanie usunięte powtarzające się “na”.

 

Nie wiem[+,] jak się zachować.

 

Bezokolicznik pełni tu rolę orzeczenia, więc potrzebny jest przecinek:

 https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/Przecinki-z-bezokolicznikiem;19439.html 

 

Morze, przyciągane przez siny księżyc[+,] podeszło prawie pod sam próg chaty.

Brakujący przecinek kończący wtrącenie. Zastanawiam się też, czy “księżyc” nie powinien być tutaj zapisany dużą literą. Mowa o przyciąganiu grawitacyjnym wywołującym pływy, więc w tym zdaniu Księżyc jest przedstawiany raczej jako obiekt astronomiczny, a nie tarcza na niebie.

 

Wydaje mi się, że powinienem wiedzieć[+,] kim ona jest.

Brakujący przecinek przed zdaniem podrzędnym.

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Wicked, dzięki za profesjonalny komentarz! Jestem nieodmiennie pod wrażeniem Twoich umiejętności i chętnie bym jeszcze kiedyś poddał swój tekst Twojej redakcji. Większość uwag przyjąłem i zrealizowałem, zostawiłem ten pierwszy przecinek, bo taka intonacja nadaje jednak zdaniu pewnego klimatu oraz to “na miejscu” bo, pomimo powtórzenia “na”, lepiej mi brzmi w całości.

 

mam też wrażenie, że można było wycisnąć z tego więcej

O, na pewno ;) Dlatego wciąż jeszcze piszę.

 

Żongler -

Jongleur des Universes (Queen – Innuendo) by Jean Grandville …

 

B a leprechaun ???????? | Stupid jokes, Funny adult memes, Funny jokes

A dla Ciebie, Stn, życzenia zdrowia!

I wzajemnie (i Twoim podopiecznym). Ja sobię radzę lepiej niż dobrze, więc oddaje im – bo się przyda. ;)

A, pozdrawiam również kochankę. ;)

A, pozdrawiam również kochankę. ;)

No tak, przez tę kwarantannę nie masz z nią innego kontaktu ;)

Chapeau bas. Teraz już rozumiem, czemu Twoje pacjentki wolą iść do Ciebie niż pędzić na cmentarz. Złote usta! ;)

@Cobold

 

Jestem nieodmiennie pod wrażeniem Twoich umiejętności i chętnie bym jeszcze kiedyś poddał swój tekst Twojej redakcji.

W Fantazmatach pewnie jeszcze będzie okazja, a gdybyś chciał coś zbetować, to skrzynka odbiorcza stoi otworem :) 

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

No tak, przez tę kwarantannę nie masz z nią innego kontaktu ;)

Popłakałam się ze śmiechu :D

www.facebook.com/mika.modrzynska

Podobał mi się sposób narracji tego opowiadania. Płynęło się z tekstem bezbłędnie i spokojnie. Dzięki temu ta transformacja, która ma miejsce wydaje się naturalna i w sumie bardzo na miejscu. Może nawet w pewnym momencie oczekiwana. Zamieszczone fragmenty dodają realizmu.

Bardzo dobre opowiadanie. 

Trochę mi zajęło zabieranie się za kafkowe teksty, ale nadszedł ten moment i właśnie ten jest pierwszy do lektury (oprócz zbetowanych). 

W komentarzach posypało się wiele słów. Trochę ich przeczytałam, więc pewnie się powtórzę z niektórymi. 

Piękny, wyważony styl to Twój znak rozpoznawczy, coboldzie. Chociaż byś napisał najnudniejsze opowiadanie, na pewno je przeczytam dla pięknie złożonych zdań. I jeszcze będę zachwycona na koniec. Dość jasny był dla mnie przekaz o kryzysie pana w średnim wieku i jakoś ten motyw, niezbyt mnie rusza. Pewnie dlatego, że tego jest sporo, i młoda kochanka się pojawiła w egzotycznym kraju. Temat jednak mocno eksploatowany i znany. Do tego, jakoś średnio mi podchodzi, że “biały człowiek” jedzie do egzotycznych krain i tam odkrywa siebie, czy co tam jeszcze może. Taki przekaz jest dla mnie dominujący, więc jestem mało przekonana. Ale cholera, jak Ty pięknie piszesz.

Dziękuję, Edwardzie!

 

Deirdriu, kłaniam się szarmancko. To o czym mógłbym napisać, żebyś była zadowolona nie tylko ze stylu?

Coboldzie, masz już takie teksty na koncie. Nie musisz mnie każdym zadowolić ;)

No dobrze, będzie krótko. Obowiązków co niemiara, a z tym lockdownem i niechodzeniem do pracy, to jakoś tak jest, że człowiek wcale nie ma więcej czasu. Nielogiczne. Kurde, może to są wirusy działające w tandemie; jeden atakuje organizm, a drugi jego lokalną czasoprzestrzeń. Dlatego to się tak rozprzestrzenia, mimo stosowania (pozornego) dystansu, środków zapobiegawczych… 

Okej do rzeczy, bo miało być krótko. 

Fabularnie jest bardzo prosto. To historia z rodzaju tych, które się zna, które już się gdzieś czytało/widziało/słyszało. Ale gdyby tak zapytać gdzie, to pamięć zawodzi. Właściwie powinienem potraktować to jako wadę, tę przewidywalność, typowość zarówno settingu, jak i bohatera, ale tak jakoś… nie bardzo jestem w stanie (a może nie mam ochoty) wytaczać artylerii krytyki przeciwko prostocie i oczywistości założeń fabularnych i treści, bo jestem nimi usatysfakcjonowany. Bo każdy element Twojego tekstu pasuje do siebie i zazębia się, jak w sprawnej skrzyni biegów. Opowieść, bohater, przekaz, treść, miejsce – wszystko idealnie współgra. Historia została opowiedziana własnie takim stylem, jakim powinna – miękkim, nieco melancholijnym, połyskującym pięknymi zdaniami jak odblaski słońca tańczące na falach. A na końcu każdej części trójkątna płetwa niepokoju przecina spokojną toń. Tekst jest pełny, skończony, niczego nie brakuje i nie mam wrażenia nadmiaru. Znakomita robota. 

Jest to też, moim zdaniem, opowiadanie dla dorosłych, a takich tutaj na portalu brakuje. Nie chodzi mi o umieszczanie jakiejś sceny erotycznej – takiej w tekście właściwie nie ma – ale nasączenie całej opowieści atmosferą erotyki, seksualnym napięciem, które, choć subtelne, jest niezwykle istotne, bo tłumaczy zachowanie bohatera i to, co się z nim dzieje. Tak sprawnie to zrobiłeś, że niezwykle łatwo jest zanurzyć się w klimacie tekstu i dać mu się ponieść, tak łatwo, że nawet scena konsumpcji "rozumu", nawet po tym, gdy już jasne staje się co to jest "wielka żachwa", wydaje się bardziej zmysłowa, niż obrzydliwa. I mówię, że takich tekstów brakuje, bo flaków, ekskrementów, krwi, mroku, paskudnego bizarro i tym podobnych na Fantastyce pełno, a porządnej erotyki, nawet tekstów z porządnym elementem erotycznyn, to już nie bardzo. 

Wydaje mi się też, że o ile dostrzeżenie tego co i dlaczego bohater robi nie wymaga specjalnej przenikliwości ani specyficznych warunków czytelnika, to jednak żeby w pełni "wejść w buty" postaci i zrozumieć jej motywy oraz to, że właściwie facet nie miał większego wyboru, trzeba być dorosłym (nie tylko mężczyzną). 

I jeszcze jedno – umieszczenie takich rzeczy to żaden nowatorski pomysł, ale szalenie dobre są te udawane cytaty, wplecione w fabułę. Nie dość, że bardzo profesjonalnie wykonane, to jeszcze niezwykle celne. Zwłaszcza ostatni. Genialny. I przerażający. Bo widzę, że zaczynam wkraczać w wiek żachwowy i powoli trawię własny mózg.

Prawdopodobnie dlatego od dwóch lat niczego nie napisałem :-) 

Okej, podsumowując, bo miało być krótko:

O ile przewidywalna i typowa fabuła – facet u początków wieku średniego, odizolowany od zwykłego życia w (pozornym) raju, najpierw nieco cynicznie podchodzący do egzotyki, bardzo szybko daje się oczarować i wpada w pułapkę kobiety-modliszki, drużyna spotykająca się w karczmie… a nie, sorki, to ostatnie to fragment innego komentarza… – może być minusem, to jednak kompletność opowiadania i perfekcyjne przenikanie się wszystkich jego elementów oraz znakomity styl rekompensują to z nawiązką. 

Dlatego musi być TAK. 

Pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Dobrze, że było krótko, Thargone ;-)

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Taaa. A potem się dziwię, że nie wyrabiam się z komentarzami. 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

A na końcu każdej części trójkątna płetwa niepokoju przecina spokojną toń.

[notuję w zeszycie: w przyszłym roku tez głosować na Thargone (wyrobiony gust, świetne komentarze) do Loży].

Trochę głupio zostawić opko nominowane do piórka z komentarzem typu: Cudeńko Ci wyszło. Wracam więc, żeby naskrobać parę słów więcej :)

Urzekły mnie język i styl opka, to jest to, co lubię; nieśpiesznie płynąca dobra historia. Zaczyna się stereotypowo: cywilizowany człowiek wśród dzikusów. Powolutku ta patyna cywilizacji się wyciera, a dzicy okazują się całkiem inteligentni. Bo moim zdaniem to nie tylko opowieść o modliszce, czy femme fatale, a o strategii tubylców, którzy umiejętnie wykorzystują zblazowanie, albo jak kto woli kryzys wieku średniego przybysza.

A jednocześnie to opowieść o nas. Za szybko pędzimy i przez to zbyt wcześnie się wypalamy. Potem zostaje już tylko poszukiwanie coraz nowych podniet. Twój bohater był w gruncie rzeczy łatwą ofiarą ;)

Opko jest przesiąknięte erotyzmem, ale użyłeś go bardzo subtelnie.

Podobało mi się :)

 

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Prawdę mówiąc jestem dość rozczarowany. Spodziewałem się czegoś, bo ja wiem, bardziej ekscytującego. Tymczasem święto nie różni się specjalnie od innych tubylczych rytuałów.

W tym fragmencie podmieniłabym ostatnie zdanie na “Tymczasem to opowiadanie nie różni się specjalnie od innych, które prezentuje nam autor” ;)

 

To nie jest przygana – piszesz niezmiennie bardzo sprawnie, ładną prozą, ale jest to kolejny tekst, który przy całej wyniesionej z lektury przyjemności estetycznej nie budzi we mnie emocji, brakuje mu “czegoś”. To jest opowiadanie publikowalne, na pewno jedno z lepiej wykonanych w konkursie (choć weirdowość tu taka mało przekonująca), ale jak dla mnie nie piórkowe. Nick autora to trochę za mało na wyróżnienie, od tego konkretnego autora chciałabym na piórko czegoś – no, nie wiem? Śmielszego? Nie obyczajowo, ale literacko, ofkors.

http://altronapoleone.home.blog

trzepotanie ptasich piór – raczej skrzydeł

Siedzę na schodku, przed drzwiami swojej chaty – niepotrzebny przecinek

 

Styl, który bardzo przypadł mi do gustu. Treść również. Zasłużona biblioteka.

Ale czy to opowiadanie wystarczająco dziwaczne, jak na warunki tego konkursu?

Irka_Luz – dzięki za powtórny komentarz, choć ten o cudeńku był moim zdaniem też wystarczająco merytoryczny. ;)

 

 

Drakaina – 

nie różni się specjalnie od innych, które prezentuje nam autor

Nick autora to trochę za mało

od tego konkretnego autora chciałabym

A gdyby to było opowiadanie anonimowe?

 

 

Tfurca – dzięki za komentarz! 

czy to opowiadanie wystarczająco dziwaczne, jak na warunki tego konkursu?

Oto jest pytanie! Ale, adaptując brzytwę Finkli, czy po streszczeniu do jednego zdania brzmi dziwnie?

Ej! Nie ruszaj brzytwy Finkli, bo sobie krzywdę zrobisz. ;-)

Babska logika rządzi!

Niech zatem będzie: tępa żyleta cobolda.

tępa żyleta cobolda. 

Brzmi, jakby ktoś obrażał młodocianą kochankę Cobolda ;-) 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

A gdyby to było opowiadanie anonimowe?

To był oczywiście żart, a pytanie jest ciekawe i bardzo trudne. Bo nie jestem pewna, czy masz rozpoznawalne łatwo manieryzmy, a sam wysoki poziom wykonania pod każdym względem to cecha trochę za mało dystynktywna ;)

Szczerze przyznam: nie wiem, czy rozpoznałabym Twoje opowiadanie, ale ja w ogóle nie jestem dobra w takim rozpoznawaniu. Natomiast jak oceniłabym anonimowe? Jako bardzo solidne, dobre, na pewno ponad przeciętną – ale chyba jednak niepiórkowe, bo zbyt mało tu tego czegoś na efekt wow. Dla mnie piórkowe było “rośnięcie włosów po śmierci”, bo efektem wow była tam zabawa z konwencją, pewnie byłby i “król rybak” (mimo że nadal nie godzę się z Camelotem!), ale wtedy nie głosowałam.

Nie uważam, żeby piórkowy był każdy świetnie napisany tekst, musi być jeszcze coś nieuchwytnego. Gdybym mogła głosować z dalszej perspektywy, to za jeden z podstawowych wyznaczników “taka” uznałabym zapamiętywalność tekstu. Czy nadal widzę obrazy, jakie wyprodukował w mojej wyobraźni, i czy nadal mają one moc. W przypadku dwóch wymienionych – widzę pewne obrazy do dziś bardzo wyraźnie.

http://altronapoleone.home.blog

No to ja będę tym razem na NIE. Jest oniryczne, jest dosyć intrygująco, ale ja to wszystko już gdzieś widziałem. Zaczynając od skojarzenia z klasycznym opowiadaniem "Shambleau" C. L. Moore (znane m.in. z Fantastyki), po różne wersje opowieści o kobiecie-modliszce powracające w literaturze i kinie. Inspiracje dziennikami białych podróżników badających dzikie społeczności, sam przywołujesz – ale akurat to zagranie, łącznie z pomysłowymi cytatami z wymyślonych dzieł naukowych, wyszło ciekawie.

Jednak całość trochę rozczarowuje. Oferujesz czytelnikowi dosyć znany schemat fabularny, którym zręcznie i umiejętnie bawisz się, i który inteligentnie przetwarzasz. Problem w tym, że za mało tutaj wkładu Cobolda w coboldowym tekście. Nie zaskakujesz nas zbytnio światem przedstawionym – egzotyczna wyspa, kolejny dziewiczy raj na Ziemi, plaże, ocean, szczęśliwi i nieskalani cywilizacją wyspiarze ze swoimi egzotycznymi rytuałami. Głównemu bohaterowi klasycznie podsuwasz młodą i atrakcyjną przedstawicielkę tubylców (nie wiem czemu przypomniała mi się "Róża dla Eklezjastesa" Zelaznego), która prowadzi bohatera na manowce (albo na żachwy), po drodze spełniając "mokre sny" faceta z silnym kryzysem wieku średniego (tutaj przypomniało mi się przerażające "Umrzeć w Bangkoku" Simmonsa, a nawet kuszenie Jonathana Harkera przez demonice Draculi). Jako żart popkulturowy w porządku, jednak w swojej kategorii nie jest to mimo wszystko literacka perła, ale raczej dosyć udana "wariacja" na znany temat.

Językowo ładnie, niestety zdań perełek, do których mnie przyzwyczaiłeś, znalazłem niewiele. Zabrakło mi również pociągnięcia klimatu, onirycznego flow w opisach plaży, wyspy, zachodów słońca, dziwnych ceremonii i zwyczajów, szumu fal i oddalenia od zgiełku naszej cywilizacji. Miałeś sporo luzu limitowego, żeby ten stan i okoliczności dobrze oddać i odmalować przed oczami czytelnika. Poszedłeś na skróty, jakbyś gdzieś się spieszył, od czasu do czasu rzucając tylko fragmentami, obiecującymi więcej, pokazującymi jak mogło być dobrze, gdybyś włożył więcej serca w ten tekst.

A wtedy mógłbyś mocniej uderzyć w owe fałszywe tony, zakłócające sielankową melodię wyspy i "syreni śpiew" Devi. Z większą siłą wybrzmiałyby owe nuty w postaci weirdowych elementów fabuły, wywołujące niepokój, burzące rzeczywistość, sygnalizujące jakieś ukryte, paskudne dno całej sytuacji. Tymczasem jak dla mnie, w tekście dzieje się niewiele, paradoksalnie dziejąc się za szybko. Nie mogłem zatem delektować się klimatem i formą, nie mogłem w pełni wczuć się w atmosferę wyspy i nie pojawił się nawet podskórny niepokój, gdy dotarł do mnie nieuchronny (ale dosyć przewidywalny) finał tej historii.

Kilka chwytów bardzo dobrych i pomysłowych – na przykład uczucie bycia obserwowanym z wnętrza chaty i powrót do tego niejako "od drugiej strony" pod koniec opowiadania, gdy to "rozpływający się" w zapomnieniu bohater obserwuje parę na zewnątrz.

I jeszcze jedna uwaga – nie oceniam tekstu pod kątem wymogów konkursowych, ale… O literaturze weird, której definicji się nie podejmuję, mówi się, że w przeciwieństwie do horroru ma wywoływać nie strach tylko niepokój i lęk. Nie przeczę, pewien dyskomfort udało Ci się wywołać (chociaż nieco burzyłeś go humorystycznymi wstawkami), niestety lęku nie poczułem.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Thargone – a panowie młodsi ciągle o jednym… ;)

 

Drakaina – dzięki za wyjaśnienia, teraz lepiej rozumiem Twoje stanowisko. Chociaż z tą zapadalnością w pamięć, to wiele zależy od targetu (patrz wyżej).

 

MrMaras – to bardzo uczciwy komentarz i bardzo mi potrzebny. Opowiadanie ze względów osobistych powstało w rekordowym, jak dla mnie, czasie. I Ty to widzisz. Gdyby nikt tego nie zauważył, pisanie na 90% możliwości mogłoby mi wejść w krew. A tak – dostałem ostrzegawczego kuksańca. Dzięki, brachu!

Ponieważ prawdopodobnie zagłosuję na NIE, zaglądnąłem tutaj w celu dodania paru słów na ten temat. Widzę jednak, ze w sumie częściowo powtórzyłbym się po Drakainie. Tekst jest naprawdę z kunsztem, pięknie odmalowuje tło i gdybym był czytelnikiem, dla którego warsztat jest najważniejszym elementem, byłbym zapewne zachwycony. Szukając jednak w literaturze raczej bodźców na wyobraźnię odbieram to trochę inaczej.

Pamiętam, ze kiedyś napisałeś tekst o bombie atomowej, który tak naprawdę był tekstem o zmianach historycznych i o tym jak jeden człowiek pojedynczą decyzją czy informacją może zmienić losy świata. Tamten tekst bardzo wyraźnie przedstawiał świat, a przy tym na dokładkę zmuszał do myślenia. W przypadku tego tekstu widzę coś, co jest bardzo dobrą lekturą w czytaniu, ale jednak bez efektu “wow”. Istnieje kilka ścieżek, które mogłyby mnie kierować w stronę mocniejszej oceny tekstu, ale nie chciałbym ich tu po kolei wymieniać, bo brzmiałoby to jak wyliczanka braków, a temu opowiadaniu nic nie brakuje. Zwyczajnie owo “wow” bywa wypadkową bardzo różnych elementów tekstu.

Ale muszę przyznać, że pytania doprecyzowujące, które zadajesz, są ważne, choćby dla samoweryfikacji swoich głosów ze strony głosujących – i fajnie, ze je zadajesz.

 

Wilku – przez dłuższą chwilę byłem gotów się założyć, że nigdy nie napisałem tekstu o bombie atomowej. A jednak…

Ech, ta starość!

Ja miałem tak samo. Cobold o bombie??? A jednak.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Ani żadnego z akcją w Japonii…? ;) 

Zaglądam, bo przyciągnął mnie naprawdę intrygujący tytuł.

Jest intensywnie, dziwnie, dziwność narasta. Podobały mi się wstawki napisane na naukową modłę. Zakończenie przewidywalne, ale z drugiej strony bardzo satysfakcjonujące – myślę, że za sprawą notatki o żachwach, która ostatecznie ustawia klocki w odpowiedniej kolejności.

Pozwolisz, że skorzystam z luksusu braku przymusu wypisywania w komentarzu elaboratu i dodam tylko, że podobało mi się. :)

Dzięki, Bright. Jak słusznie zauważyłeś, koniec opowieści o bohaterze nie jest jeszcze końcem tego opowiadania.

 

Pozwolisz, że skorzystam z luksusu braku przymusu

 

Nie tęsknisz jeszcze za tym obowiązkiem? ;)

Pewnie masz rację, że to tymczasowe, ale póki co – nie.

I nie wierzę, że Tobie już się znudziło. ;)

Taka konstrukcja ze świetnie ogranych klisz, troche Toporowskiego skrętu w stronę ludzkich popędów, po Lovecraftsowsku wprowadzana atmosfera niepokoju i niesamowitości dzięki stopniowej przemianie bohatera, przewrotna, ironiczna ale i bardzo gorzka pointa, świetnie i bardzo umiejętnie napisane – ot, łopko jak się pacza, tfu, czyta. Z metaforą niekoniecznie wesołą, kurła, tfu, tfu.

Czas żachwieć w dobrym stylu, psze państwa ;-)

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Dzięki, Fiszu!

Podoba mi się skojarzenie z Toporem – nie myślałem o tym, ale coś jest na rzeczy ;)

Intrygujący, egzotyczny klimat i ukazanie powolniej, niepokojącej przemiany głównego bohatera. Zabieg z przeplataniem cytatami dobrze dynamizuje tekst. Napisane jak zwykle świetnie.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Można było wyobrazić sobie wakacje. Chociaż przez chwilę :)

Ładnie napisana, z pozoru prosta historia, a jednak na tle takiej ilości znaków zaskakuje swą złożonością. Cytaty robią swoje – jak wspomniał SzyszkowyDziadek. Pozostaje mi podsumować, że się podobało :)

Jak na razie chyba to opko najbardziej mi się podobało. Nie powinno wypaść poza mój osobisty top 3. Czuć weird. Genialne opisy budujące odpowiedni klimat.

Sięgam po kolejną kawkę do czytania i gdzieś na początku lektury zapominam kompletnie o konkursie. Dawno nie wciągnęła mnie tak opowieść jak tym razem. Piórko przyznane; o tym, że wybitnie ładnie piszesz, dowiedziałeś się niejednokrotnie, i nie tylko pod tym tekstem. Co tu jeszcze? Moim skromnym zdaniem malowniczo rysujesz komunikat. Czułem, że nadążam z rozumieniem historii. Nie potrzebowałem analizować, czytać jeszcze raz. To jest naprawdę warte docenienia. Oczywiście, nie wszystko zrozumiałem w pełni, ale nie o to chodzi.

Super opowiadanie, przeżyłem przygodę, czytając twój utwór. Dziękuję :-)

“To learn which questions are unanswerable, and not to answer them: this skill is most needful in times of stress and darkness” ― Ursula K. Le Guin, The Left Hand of Darkness

Nadrabiam konkursowe zaległości i trudno mi nie powtórzyć czegoś po poprzednikach. Początkowo tubylcy kojarzą mi się z Fremenami z Diuny ze względu na niecodzienny wygląd związany z dietą. Podoba mi się sielankowo-egzotyczna oprawa i oszczędna ale sugestywna narracja, w której można znaleźć mnóstwo pięknych fragmentów, jak choćby:

 

Kiedy znowu wychyliła się z morza, lśniąca i wspaniała, miała za plecami koronę wschodzącego słońca.

Sugestywne. Początek mocno skojarzył mi się z “Ludźmi na drzewie” Hanyi Yanagihary – sytuacja wyjściowa jest bardzo podobna, wódz, uczta, tubylcy i biały człowiek (choć tam akurat na uczcie zabijano żółwia – opa-iwu-eke). Jeśli interesują cię takie klimaty – polecam.

Później na szczęście akcja u Ciebie skręca w inną stronę. Dobrze oddany klimat antropologii – takiej, jaką uprawiano jeszcze kilkadziesiąt lat temu i skażone kolonializmem spojrzenie białego człowieka na obcość (bardzo fajne wstawki kursywą). 

Zakończenie z nową ofiarą ładnie zamyka całość, domyśliłam się, że bohater źle skończy w momencie, w którym podano mu “rozum” żachwy na uczcie, choć pomyślałam o kanibaliźmie.

Satysfakcjonująca lektura.

 

Językowo zgrzytnęło mi “he he” w którymś z wpisów bohatera.

 

Będą o zmierzchu nurkować i odcinać od podwodnych skał fioletowe żachwy – jedne z tych morskich stworzeń, które podobno są zwierzętami, choć bardziej przypominają rośliny. Z wyglądu obrzydliwe – gdybym był młodszy, miałbym od razu jednoznaczne skojarzenia – po przyrządzeniu okazują się dość smaczne, trochę podobne do kalmarów, choć delikatniejsze.

 

A tu sobie pomyślałam o tym:

 

 

Dream big.

O rety, mi to przypomina… No, nieważne

Wszyscy wiedzą, co przypomina. ;-)

Babska logika rządzi!

Szyszkowy – pochwała z Twoich ust to dla mnie zaszczyt!

Arya – miło mi, że sprawiłem Ci przyjemność.

Fanthomas – ledwo Cię poznałem, a już Cię lubię!

Mersejk – to ja dziękuję! I zapewniam Cię, że to prosta historia.

Fladrif – o widzisz: Diuna. Ten motyw chyba podświadomy.

Dogsdumpling – bo “Ludzie na drzewie” już celowi. A to “he, he” kilka razy dopisywałem i kreśliłem – miało stanowić dysonans, objaw regresu narratora. I dalej nie jestem pewien, czy to działa.

bo “Ludzie na drzewie” już celowi.

W sensie, że nawiązania do książki są celowe? Poproszę o rozwinięcie zdania, bo nie rozumiem :-(.

Dream big.

Może nie tyle do książki, co do pierwowzoru bohatera. Bo to nawet te same rejony. I do tego nawiązania do kuru.

Prawdę mówiąc, pisząc ten tekst w równej mierze miałem w głowie postaci Malinowskiego, Fiedlera, Gajduska i jednego z niedawnych premierów.

Dzięki za wyjaśnienie. Zastanawiałam się, na ile nawiązania są celowe :-)

Dream big.

J. Onglair

yes

 nietkniętych globalizacją

Troszku się rymło, ale ostatecznie…

 nie dziesiątki, i nie setki

Jesteś pewien tego przecinka?

 jeśli nie uda mi się uzyskać od tubylców zgody na budowę ośrodka, sam pozostanę jedynym turystą

"Sam" jest zbędne, chyba, że chcesz to tak mocno podkreślić – ale właściwie dlaczego miałbyś chcieć?

 nie podziela takiego punktu widzenia

Mojego punktu widzenia, każdy punkt widzenia jest niepowtarzalny.

 kremowego piasku, (…) nabierają srebrzystego poblasku

Rym.

 Będą o zmierzchu nurkować

Przestawiłabym: O zmierzchu będą nurkować.

 morze wpukla się na kilkadziesiąt metrów w głąb lądu

Nie dałabym głowy za to "wpuklanie".

 ile mi jeszcze zostało czasu.

Przestawiłabym, dla jasności: ile czasu mi jeszcze zostało.

 Potrzebuję jeszcze raz porozmawiać

Zbliżasz się do aliteracji.

 robią co mogą

Robią, co mogą.

 Devi z kolei wydaje się bardzo podniecona atmosferą święta.

Dlaczego "z kolei"? Porównujesz ją tylko z jedną osobą (narratorem). "Atmosferą święta" zdaje mi się naddatkiem.

 płomyki ognia

A czego innego?

 tak że czuję

Tak, że czuję.

 wielkości fragmentów mięsa

Kawałków. Przecież nie będzie z nich budować całego mięsa.

 lśniąca i wspaniała, miała za plecami koronę wschodzącego słońca.

Rym, ale niech będzie świadectwem Twej chwały, że za pierwszym razem go nie zauważyłam.

 ale prawdę mówiąc wcale ich nie potrzebuję

Wtrącenie: ale, prawdę mówiąc, wcale ich nie potrzebuję.

 znika jak

Znika, jak.

 Nie jest to konieczne.

Dziwnie sztywne zdanie, nie gra z otoczeniem.

 Widzę jak chodzą

Widzę, jak chodzą.

 

… Jeeeeju. Kto by pomyślał, że pochwalę tekst, którego fabuła sprowadza się do bzykania panienki przez faceta w średnim wieku. A tu i język (zwłaszcza w cytatach z dzieł naukowych, których styl świetnie oddałeś – dodatkowy punkt za nazwiska autorów), i atmosfera, i śliczne kółeczko fabularne. I móóóózg… :) Polać temu panu! I to nie byle bimbru, a najprzedniejszego araku. Z palemką.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Kto by pomyślał, że pochwalę tekst, którego fabuła sprowadza się do bzykania panienki przez faceta w średnim wieku.

 

No i nie ukrywajmy, panienka na wierzchu, a facet w średnim wieku żachwieje – a więc twe poczucie feministycznej supremacji jest doskonale podkarmione ;-)

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Koniec z mackami w weirdzie – żachwy nadchodzą. 

 

Tytuł już dawno nęcił, ale przybywam dopiero teraz. 

Od czego by tu zacząć? Trudno nie oceniać tekstu pod kątem Twojego nicku. Dlatego pozytywnie mnie zaskoczyło odejście od konwencji i znajomych (historycznych albo klasyczno-SF-owych) scenerii. Początek wywołał jakieś odległe skojarzenia z le Guin – chyba z “Regułą imion” i “Tymi, którzy odchodzą z Omelas”, głównie ze względu na jakąś taką uniwersalność tych tekstów. Podobała mi się tutaj nieokreśloność czasu i miejsca akcji. Zastanowiłbym się nawet, czy nie pójść krok dalej, i czy nie zmienić nazwy “Paradise…” na coś mniej konkretnego, bardziej ogólnikowego w rodzaju “kompania”, “firma” itd. Ale to mocniejsze zakorzenienie we współczesności też ma swoje plusy. 

A jeśli jednak inspirowało Cię coś więcej niż przyroda i konkursowe hasło, to ja tych inspiracji nie dostrzegam, nie widzę nawiązań. Jedyne skojarzenie, jakie mam to “Diorama” Wybraniec z SU2018. Tym bardziej dziwią mnie jej komentarze, szukające sensu tam, gdzie powinny pozostać niedopowiedzenia :D 

Żeby dłużej nie trzymać w niepewności – bardzo mi się podobało. Oceniam ten tekst bardzo dobrze zarówno w kontekście Twojego pisania, jak i w oderwaniu od nazwiska.Opowiadanie trąciło we mnie strunę, która od dawna nie była trącana, i w sumie trudno określić, co to za struna. Znaczy: tekst świeży, wypełniający jakąś niszę. I może nie fabułą, bo jak się to sprowadzi do “motywu modliszki”, to jasne, nihil novi, ale ja tu czuję coś innego “novi”. Ten klimat, ta świetna konstrukcja z trzema cytatami, w końcu ten pomysł, wykorzystany z wyczuciem. Zazdroszczę takiego użycia zwierząt ;) 

W paru miejscach coś zazgrzytało, między innymi wymienione już “he, he” czy trochę mącące nastrój “no dobra, o seks też chodzi”. Ale z drugiej strony – może właśnie bez tych przełamań całość by tak nie wybrzmiała?

Podsumowując: zaserwowałeś świetny kawałek weirdu (ja z tych, którzy są za szerokim rozumieniem tego słowa), który nie próbuje wywierać wrażenia mrocznością, straszyć, popisywać się formą i szokować. To taka inna, subtelna dziwność, która bierze czytelnika po cichu z zaskoczenia. Wkrada się w człowieka i zostaje – prawdopodobnie, jeszcze czas zweryfikuje – na dłużej. 

a więc twe poczucie feministycznej supremacji jest doskonale podkarmione ;-)

Rybciu, bo patelnia :P

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Dzięki za kolejne komentarze.

 

Tarnino – bardzo cenne uwagi, tym bardziej, że ja czuły jestem na niezamierzone rymy i aliteracje (i wciąż nieczuły na przecinki). Na razie nie do wykorzystania, bo deadline na poprawki minął, ale później na pewno się pochylę. Wpuklania będę się trzymał, bo jak się morze może wżynać (raczej niż wrzynać), to czemu nie np. inwaginować. Zdania sztywne czy prostsze zamierzone, podobnie jak te heheszki.

 

Psychofishu – rozgryzłeś mój podstęp ;)

 

Fun – dzięki. Trzeba w końcu doczytać tę Dioramę. A przy okazji – kiedy brałem hasło, planowałem napisać coś o podróżach w czasie. Ale jakoś mi zeszło…

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Dej ta patelnia, Tarninko! ;-)

 

Cobold, zawsze doceniam dobry fortel. Biorąc pod uwagę skład żury, doskonałe nieczyste zagranie. Zagłobiczne w naturze, rzekłbym ;-)

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Okej, czas wreszcie nadrobić komentarze. Tekst przeczytałem niedługo po publikacji i niestety niektóre wrażenia nieco zwietrzały, ale służba, nie drużba.

Na pewno świetny pomysł, trudno coś też zarzucić poprawności językowej i ogólnej strukturze tekstu. Czytało mi się dość fajnie i lekko, acz całość wydała mi się nieco mdła. Szczerze mówiąc, trudno mi stwierdzić w jakim stopniu miała na to wpływ pewna, nomen omen, “mdła potrawa”, wpływająca dość mocno na wyobraźnię, w jakim konotacje, związane z samym stworzeniem, jakim jest żachwa, a w jakim bardziej obiektywne kwestie związane z samym opowiadaniem.

Podsumowując, nieco zabrakło mi jakiegoś “przełamania” gęstej, jednorodnej atmosfery opowiadania, ale lektura była satysfakcjonująca, a na plus przede wszystkim – pomysł i warsztat.

"Nie wiem skąd tak wielu psychologów wie, co należy, a czego nie należy robić. Takie zalecenia wynikają z konkretnych systemów wartości, nie z wiedzy. Nauka nie udziela odpowiedzi na pytania, co należy, a czego nie należy robić" - dr Tomasz Witkowski

Przyznam, że pierwsze co chciałam zrobić, gdy skończyłam czytać, to wygooglowanie “żachw”, ciekawa jestem bowiem samego motywu ze zjadaniem własnych mózgów.

Opowiadanie jest intrygujące, akcja ma ciekawą konstrukcję – i myślę, że jej jednostajność się na to składa. Językowo, stylistycznie i warsztatowo – również bez zarzutów. 

Zostaw ten żyrandol.

Dawno nie było okazji tu zajrzeć i już wiem dlaczego, bo potem człowiek wsiąka i czyta opka i śmieje się z komentarzy i nie wiadomo kiedy mija czas przeznaczony na co innego. A tu nowy  kolejny konkurs i wszyscy trochę starsi, i komentarze frywolniejsze, i jakby mniej biczowania.

– A twoja żona?

– Myślę, że byście się polubiły.

Naprawdę tak myślę. Kristina też tak na mnie patrzyła, kiedyś, dawno, dwadzieścia lat temu. Pewnie znalazłyby wspólny język. Chociaż nie – moja żona jest już inną kobietą. Już tak na mnie nie patrzy.

Eh, Coboldzie, chyba w podobnym wieku jesteśmy ;)))

Może dlatego starszym panom motyw syreni jest tak bliski ;)))

Tylko przyzwyczajenie do wygody sprawia że tłumnie nie wyjeżdżamy w Bieszczady, czy na inne wyspy ;)))

A tak poważnie, to samo opowiadanie jest takie jak komentarze pod nim. Jednym się podoba, dla innych jest zbyt senne, powolne, zbyt oczywiste. Fakt że w czasie kwarantanny nakreślone przez ciebie obrazy poruszają czułe struny. I faktycznie płynnie się to czyta. Ogólne odczucie na plus.

Przybywam z komentarzem jurorskim:

Mam z tym opowiadaniem pewien problem. Podobało mi się bardzo – ze względu na wykonanie, kompozycję, pomysł, styl i plastyczność narracji – niemniej jeśli mam być wierna przyjętym przez nas kryteriom oceny, nie mogę mu tak po prostu strzelić dychy w każdej kolumnie i wkleić ptaka. Postaram się wyjaśnić poniżej, dlaczego.

Wylosowany temat łatwy nie był, więc jestem pełna podziwu, że na jego kanwie stworzyłeś pełną, soczystą historię – bez generowania poczucia, że anachroniczną inwaginację wciskasz na siłę w co drugi akapit, aby tylko była. Stworzyłeś cały odrębny świat, z przypisanym mu ludem i formą niepokojących wierzeń – a zrobiłeś to jedynie na podstawie zdawkowej informacji o gastrulacji żachw. Nasz konkurs był wyzwaniem rzuconym wyobraźni autorów: masz przypadkowe hasło, niejednokrotnie absurdalne, zrób z nim COŚ – coś dobrego, dziwnego, ale nie bełkotliwego, odjechanego, ale nie bzdurnego. Jeśli „Córka poławiacza żachw” nie jest odzwierciedleniem takiej idei, to ja się podaję do dymisji.

Być może to moja nadinterpretacja, ale mam wrażenie, że inwaginacja przejawia się tutaj także w interpretacji dosłownej, tj. wpuklenia – bohater niejako wpukla się w tubylczą społeczność, wrasta w nią, podobnie jak morze, które wpukla się w ląd w porze przypływu. Zresztą nie tylko ono – ten księżyc w żyłki… Zmusza do zastanowienia holistycznego.

Mam natomiast problem z anachronicznością – niespecjalnie ją w tekście widzę. Przyjęta konwencja i stylizacja sugeruje, że akcja opowiadania może toczyć się mniej-więcej w drugiej połowie XX. wieku. Przeczytałam je drugi raz, szukając elementów chronologicznie niepasujących: środków lokomocji (wodolot – wg Wikipedii produkowany od początku XX w.), komunikacji (radio – no było), nowomowy, slangu. Piszesz o globalizacji, która jako zjawisko rozpatrywana jest od lat 80. XX w. (też się nada), choć zachodziła przecież wcześniej. Zamach stanu w Dżakarcie? 1965 (pasuje). Jeśli ten anachronizm tu jest, to tak przemyślnie ukryty, że jestem za głupia, by go wyłuskać.

Fabuła i kompozycja klasy gwiezdnej, z ironicznym ukłonem w stronę jury (dziękujemy, próbę łapówkarstwa już zgłosiliśmy właściwym organom śledczym). Tempo i klimat tekstu bardzo przypominały mi „Ludzi na drzewach” Yanagihary. Być może to właśnie skojarzenie każe mi uważniej przyjrzeć się obrzędom święta, dziwnej białej pulpie i stanowi, w który bohater zaczął popadać. Przychodzi mi na myśl nazwa pewnej choroby prionowej – słusznie, niesłusznie?

Będzie jednak łyżka dziegciu w całym tym miodu: uważam, że w pewnych miejscach poszedłeś na łatwiznę, np. mogąc bardziej rozbudować, pogłębić klimat sceny odprawianych obrzędów.

Wyłowiłam garść drobnych usterek kosmetycznych (np. „(…)kremowego piasku, a włosy, w świetle pełnego dnia błękitne, teraz nabierają srebrzystego poblasku” – niezamierzony rym; kilka źle postawionych przecinków).

Jeżeli sposób prowadzenia narracji przyrównać można do mentalnego współżycia autora z czytelnikiem, to są autorzy niesatysfakcjonujący i brutalni, którzy nas dymają bez szacunku, autorzy mili, ale nudni, którzy robią to grzecznie pod kołdrą, i autorzy tacy jak Cobold – którzy rozbierają nas jeszcze w przedpokoju, zabierają oddech i zostawiają w nadziei, że może kiedyś jeszcze zadzwonią.

Gdyby nie miało nominacji do piórka, podniosłabym w marcu wrzask. Ale miało, więc dziób był cicho.

To gwoli wyjaśnienia: określenie „anachroniczny” odnosiło się do nieprzystawalności czasowej obu uczestników aktu inwaginacji, w każdym z wymienionych, jak i w tym niewymienionym przez Ciebie, tego drugiego słowa opowiadaniowym znaczeniu.

Jeżeli sposób prowadzenia narracji przyrównać można do mentalnego współżycia autora z czytelnikiem,

Nie można, a należy :D

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

@Tarnina: …. i nagle wszyscy autorzy zaczynają po freudowsku rozkminiać swoje pisanie…

U mnie kończy się na łaskotaniu. ;-)

Babska logika rządzi!

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Cieszę się, że Panie się dobrze bawią.

Wszystko wina Walerii Orlińskiej. 

Nie mam pojęcia, o czym Pani mówi!

Jak powiedziała Lalla Ward, w tamtych czasach byliśmy tacy niewinni… :D

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Zagrało tutaj prawie wszystko, ale miałem nieodparte wrażenie, że zabrakło pewnej odwagi i nonszalancji, rzucenia się w ocean fantazji i tej wymaganej w konkursie dziwności. Zachowałeś się jak na dorosłego i wyważonego faceta przystało, i nawet próba spowiedzi z tajemniczych, seksualnych fantazji okazała się być dla mnie zaledwie przystawką. Opowiadanie okazało się być "szyte na miarę", z prawie idealną formą, przemyślanym pomysłem i odpowiednio dobranymi przyprawami (bywało pikantnie i złośliwie – szalenie to doceniam). Fantazje i dewiacje seksualne nie są w żaden sposób “dziwne”, towarzyszą naszej cywilizacji od zawsze i – wydaje mi się – próba wykorzystania ich do z(a)dziwiena żurków, była z góry skazaną na porażkę. Dlatego przypominałeś mi piękną wersję Don Kichota (też mogę pozwolić sobie na prztyczki). Usiadłeś na wielkim, pięknym i dostojnym koniu doświadczenia, zakuty w błyszczącą zbroję doskonałego warsztatu i pognałeś z wysoko uniesioną (i bynajmniej stępioną) kopią w stronę wiatraka-konkursu. Ale to wszystko dało się przewidzieć, cobold był tutaj tylko (i aż) coboldem, którego nawet skrzętnie ukrywane fantazje nikogo nie zdziwią. ;)

Wiem, że "czytność" tekstu i zrozumiałość, ma ogromne znaczenie, ale – miałeś okazję. Mam Ci trochę za złe, że pchając się ze swoją drewnianą (sękatą?) kopią pomiędzy resztę konkursowiczów, nie uwolniłeś formy, nie zaryzykowałeś, nie zamknąłeś żony w schowku na miotły, nie wziąłeś kochanki na kolano, nie zażyliście jakiegoś głupiego jasia przypisanego swojemu podopiecznemu… i nie odpłynąłeś. Jeśli to nie byłby konkurs "weird", sam wpiąłbym Ci złote piórko w dupsko, ale trzymając się pewnych ram, muszę niestety przesunąć Cię w szeregu za innych, nie wiem czy młodszych, ale pozbawionych skrupułów i niechęci do "bycia niezrozumianym". ;)

Las Eróticas aventuras de Don Quijote – Raphael Nussbaum (1976)

 

Tak z ciekawości, Stn, ile punktów od Ciebie za “prawie idealną formę” i “doskonały warsztat”?

Siedem.

Z czasem jak konkurs trwał, obniżyłem z początkowej 9, bo pojawiali się konkurenci równie sprawni – wtedy zrównałem wszystkim do 8 (zostawiając sobie pole na “zaskoczenie”), a z czasem pojawiło się kilku szaleńców, w których obłędzie było “moje to coś” (słoń – gzyms?).

Pokonał Cię m.in. fun – więc możesz go teraz besztać.

Może wyda Ci się to ciekawe, ale średnia wszystkich moich ocen dla oceny cząstkowej “język” to 5,41.

Srogo ;)

A jeszcze mnie ten konkurs piecze – pierwszy raz żurowałem. Same z tym problemy – czy aktualizować swoje oceny w trakcie czytania prac, czy je “zamrozić”? Czy wracać do tekstu/oceny już na zimno?

Starałem się jakoś w miarę sprawiedliwie aktualizować swoje oceny, zakładając pojawianie się nowych prac. Takie “sprzężenie zwrotne”. Ale i tak – meh.

Daj spokój, wszyscy uczestnicy znali skład i gusta jury.

Miłe przekomarzanko z żyri. W konkursie było dużo bohaterów o imieniu Wiktor (ale sami chłopcy, zmarnowany potencjał); Onglair i Nacks to błyskotliwe metaprztyczki.

 

Moim zdaniem, w gatunku Weird Fiction percepcja jest na podium najważniejszych rzeczy. Odpowiednio zawężona, zawęża i perspektywę czytelnika. Jako, że konsekwentnie "widzimy oczami" protagonisty, mając jednocześnie przywilej dodatkowego dystansu (on i my nie spożywamy tych samych posiłków), powstaje niepokojąca atmosfera – wiadomo, że coś jest nie tak, ale nie wiadomo, co konkretnie. Narracja się zmienia, dostosowuje do stanu świadomości bohatera.

 

Sytuacja przypomina mi poniekąd Jądro Ciemności (teraz chyba już Serce). Ten entuzjazm i fascynacja "dobrym dzikusem" Rousseau zostają skonfrontowane z męczącym myśleniem i pytaniem, czy stworzony dzikus jest równie dobry, co dzikus oryginalny, i co właściwie należy z tym zrobić. Pozostaje też problem zjedzenia własnego mózgu, który koniec końców jest zbędny.

 

Płynie z tego zwyczajowy morał, że wszyscy to szuje (szczególnie herbaciarze na nowym lądzie), nikt nie jest cywilizowany, a by osiągnąć nirvanę, należy wsiorbać małża.

 

Dobre, zwierzęce opowiadanie, pomysłowe wykorzystanie hasła.

Nowa Fantastyka