- Opowiadanie: cobold - Córka poławiacza żachw

Córka poławiacza żachw

Hasło konkursowe – “anachroniczna inwaginacja”.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Córka poławiacza żachw

„We wszystkich wioskach na południowym wybrzeżu Małych Wysp Sundajskich, od Sumbawy po krańce Timoru, spotkałem się z głęboko utrwalonym przekonaniem, że najlepszą kandydatką na żonę dla dojrzałego mężczyzny jest córka poławiacza żachw. Wśród zalet tych dziewcząt wymienia się w pierwszej kolejności umiejętność przygotowywania sześćdziesięciu siedmiu różnych potraw z morskich stworzeń stanowiących podstawę wyżywienia tamtejszej ludności. Niektórzy rozmówcy podkreślali też, że córki rybaków, same szkolone od najmłodszych lat do nurkowania, potrafią na kilka minut wstrzymać oddech, a co za tym idzie przez tak długi czas zachowywać całkowite milczenie. W tych jednak miejscach, w których byłem dopuszczany przez tubylców do bliższej komitywy, mężczyźni w sposób niedwuznaczny dawali mi do zrozumienia, że prawdziwym powodem, dla którego owe młode kobiety są tak cenione, jest ich nadzwyczajna biegłość w sztuce miłosnej. (…) O prawdziwości tych słów nie miałem jednak okazji się przekonać, gdyż nigdy osobiście nie spotkałem męża córki poławiacza żachw”.

 

J. Onglair „Życie seksualne cywilizowanych inaczej” (wydanie 2., poprawione).

 

 

 

Niezależnie od ostatecznego wyniku negocjacji, czasu spędzonego w tej osadzie z pewnością nie uznam za stracony. Niewiele jest już bowiem na Ziemi zakątków tak dzikich, nietkniętych globalizacją, miejsc pełnych pierwotnej prostoty, w których czas zatrzymał się nie dziesiątki, i nie setki, lecz jakby tysiące lat temu. Na swój sposób bawi mnie myśl, że jeśli nie uda mi się uzyskać od tubylców zgody na budowę ośrodka, sam pozostanę jedynym turystą, któremu dane było obcować z tym niezwykłym światem. Szefostwo Paradise Travel Inc. oczywiście nie podziela takiego punktu widzenia, ale umówmy się – nie byłbym pierwszym agentem wracającym z tych wysp z niczym, a moje dotychczasowe zasługi dla biura pozwalają chyba raz na jakiś czas cieszyć się czymś w rodzaju dwóch tygodni nieoficjalnego urlopu na koszt pracodawcy.

Te dwa tygodnie mogą się zresztą nieco przedłużyć. Dzisiaj odebrałem przez radio informację o trudnościach w załatwieniu zezwolenia na powrotny kurs wodolotu. Wyraziłem swoje niezadowolenie, przypomniałem warunki kontraktu i wróciłem na plażę. Siedzę teraz na zwalonym palmowym pniu i, traktując to jako dodatkowo płatne nadgodziny, przyglądam się rybakom szykującym swoje czółna do wieczornego połowu. Ich popielate ciała odcinają się na tle kremowego piasku, a włosy, w świetle pełnego dnia błękitne, teraz nabierają srebrzystego poblasku. Tubylcy ładują do wnętrza łodzi sieci o drobnych okach, naręcza plecionych lin i długie noże. Właściwe trudno ich nazwać rybakami. Będą o zmierzchu nurkować i odcinać od podwodnych skał fioletowe żachwy – jedne z tych morskich stworzeń, które podobno są zwierzętami, choć bardziej przypominają rośliny. Z wyglądu obrzydliwe – gdybym był młodszy, miałbym od razu jednoznaczne skojarzenia – po przyrządzeniu okazują się dość smaczne, trochę podobne do kalmarów, choć delikatniejsze. Tutejsze kobiety przyrządzają je na dziesiątki sposobów; przez minione dwanaście dni ani razu nie jadłem tej samej potrawy.

W otaczającym wioskę lesie podnosi się wieczorny gwar: słychać trzepotanie ptasich piór, krzyki małp. Miejscowi nie zwracają na hałas uwagi, dla nich to odgłosy naturalne jak klaksony samochodów czy szum klimatyzacji. Żyją w głębokiej symbiozie z naturą, a wszystkie stworzenia uważają za swoich krewnych. We własnym języku nazywają żachwy małymi ludźmi – lalak kecil. Wiem to od Devi, uroczej młodej istoty przydzielonej mi przez wodza jako tłumaczka. Devi trochę mówi po angielsku, ja znam nieco sundajskich słów i jakoś się dogadujemy.

Kolejne czółno z cichym szelestem wślizguje się do wody. Poławiacze pracują w milczeniu, kolejno wskakują do wnętrza łodzi, ich spocone muskularne ciała lśnią w świetle zachodzącego słońca. Devi twierdzi, że niezwykły kolor skóry, włosów i oczu jej pobratymców to wynik żywienia się głównie żachwami. Żartuje, że jeśli zostanę tu wystarczająco długo, sam stanę się do nich podobny.

 

* * *

 

Siedzę na schodku, przed drzwiami swojej chaty i wystawiam twarz do słońca. Obok, na gołej ziemi, przykucnęła Devi. Patrzy na mnie tymi wielkimi, fiołkowymi oczami – w jej spojrzeniu jest ciekawość, ale i rodzaj frywolnej przekory.

– Mógłbym cię zabrać do Stanów – mówię.

– Po co? – Wydaje się szczerze zdziwiona.

– Zostałabyś tam słynną aktorką – odpowiadam z uśmiechem.

Przechyla głowę i trzepoce długimi rzęsami.

– A twoja żona?

– Myślę, że byście się polubiły.

Naprawdę tak myślę. Kristina też tak na mnie patrzyła, kiedyś, dawno, dwadzieścia lat temu. Pewnie znalazłyby wspólny język. Chociaż nie – moja żona jest już inną kobietą. Już tak na mnie nie patrzy.

 

* * *

 

Kiedy pojawia się przypływ, morze wpukla się na kilkadziesiąt metrów w głąb lądu. Dla pewności, ale też dla zabicia czasu, jeszcze raz dokonuję dokładnych pomiarów. Miejscowym woda nie przeszkadza, ale jeśli uda się kupić ten kawałek plaży, bungalowy trzeba będzie postawić na wysokich palach. Będą tu mogli przyjeżdżać nowożeńcy na miesiąc miodowy. Albo nie, to dla nich zbyt drogie, a przy tym niepotrzebne; widzę tu raczej miejsce dla dotkniętych kryzysem małżeństw z kilkunastoletnim stażem. Może w takim miejscu byliby w stanie odbudować swoje związki?

Na razie nic nie wskazuje na to, żebym dogadał się ze starszymi wioski. Wódz wyraźnie mnie unika, twierdzi, że jest teraz bardzo zajęty. Ciekawe czym? Ci ludzie nic nie robią poza łowieniem żachw, ich gotowaniem i jedzeniem.

Radio znowu nie działa. Nie mam żadnych informacji z centrali. Nie wiem, ile mi jeszcze zostało czasu.

 

* * *

 

Wieczorem odprowadzam Devi do jej chaty. Jest jasno, wschodzi księżyc bliski pełni. Opowiadam jakieś głupoty: o swojej pracy, o podróżach, nawet trochę o dzieciach. Devi słucha jak urzeczona, moje historie wydają się jej cudownie egzotyczne. Zadaje śmieszne pytania, ciągle prosi, żebym coś powtórzył, traktuje mnie jak bohatera. Postanawiam to wykorzystać.

– Potrzebuję jeszcze raz porozmawiać z wodzem – mówię. – Pomóż mi, proszę.

– Już niedługo – odpowiada. – Wszystko będzie dobrze – dodaje czystą angielszczyzną. Ciągle zapominam zapytać, gdzie się nauczyła tego języka.

Devi chwyta mnie za rękę i pokazuje siedzącą na gałęzi śmieszną małpę z wielkim nosem. Śmiejemy się głośno, stojąc przy wejściu do chaty. Przez chwilę wydaje mi się, że ze środka ktoś nas obserwuje. Może to ojciec Devi, niezadowolony, że obcy miesza w głowie jego córce?

Księżyc ma dziwny siny odcień, jakby był pokryty drobnymi fioletowymi żyłkami.

 

* * *

 

Odezwali się wreszcie z firmy. Tłumaczyli, że monsuny, że jakiś wojskowy zamach stanu w Dżakarcie, ale że robią co mogą i niedługo mnie stąd wyciągną. Drogo ich to będzie kosztować – należy mi się odszkodowanie za rozłąkę z rodziną. I niech tylko spróbują grymasić, że nie dobiłem targu z miejscowymi, skoro sami nie potrafią załatwić głupiego samolotu.

Wiem też, co tak bardzo zajmowało wodza i starszyznę. Wioska szykuje się do święta jedzenia wielkiej żachwy. Tak właśnie powiedziała Devi – gede lalak kecil. Jakkolwiek to głupio nie brzmi, to ponoć dla miejscowej społeczności bardzo ważne wydarzenie. A ja, jak mnie zapewniła, będę gościem specjalnym.

To ostatnia okazja, żeby coś tutaj uzyskać.

 

* * *

 

Prawdę mówiąc jestem dość rozczarowany. Spodziewałem się czegoś, bo ja wiem, bardziej ekscytującego. Tymczasem święto nie różni się specjalnie od innych tubylczych rytuałów. Ognisko, głuche bębny, podskakujący w miejscu tancerze. Nie ma nawet masek.

Devi z kolei wydaje się bardzo podniecona atmosferą święta. Widzę płomyki ognia odbijające się w jej oczach. Z grzeczności, żeby nie wyjść przed nią na ponuraka, uśmiecham się i kiwam głową w rytm bębnów.

Wysoko, nad plażą świeci księżyc, wyraźnie niebieski – może to przez te monsuny?

Wódz siedzi po przeciwnej stronie ogniska, nie udało mi się z nim jeszcze porozmawiać. Kiedy muzyka na chwilę cichnie, próbuję wstać, ale Devi zatrzymuje mnie na miejscu. Najwyraźniej pochlebia jej fakt, że siedzi obok gościa honorowego. Przysuwa się jeszcze bliżej, tak że czuję ciepło bijące od jej rozpalonego ciała.

W kręgu światła pojawiają się starsze kobiety. Roznoszą posiłek. Sądząc po wielkości fragmentów mięsa, żachwa, ku czci której odbywa się dzisiejsze święto, była naprawdę sporych rozmiarów. Jedna ze staruch podchodzi do nas, podaje Devi miseczkę, a ja zostaję z wyciągniętą w powietrzu ręką. Devi zamienia z kobietą kilka słów i natychmiast pojawia się też coś dla mnie – połówka łupiny kokosa wypełniona jakby białym puddingiem.

– Co to jest? – pytam.

Otak – odpowiada Devi.

Kręcę głową na znak, że nie rozumiem.

– Rozum – poprawia się, po angielsku. – Rozum wielkiej żachwy.

Domyślam się, że to wyjątkowy rarytas, danie specjalne. Nie ma sztućców, zanurzam więc w gęstej pulpie palec, kieruję go do ust i oblizuję. Masa jest tłusta i bez smaku, przełykam ją, tłumiąc mdłości. Kobiety obserwują mnie uważnie, uśmiecham się więc, kiwam głową z uznaniem i nabieram na palec następną porcję. Paradise Travel zapłaci mi za to wszystko. Kolejne przełknięcia przychodzą łatwiej. Staruchy są zadowolone, coś komentują, poszturchują Devi, co chwilę wybuchając śmiechem. Znowu słyszę pulsowanie bębnów. Wybieram dokładnie zawartość swojej łupiny. Devi wpatruje się we mnie, jakby na coś czekała. Nie wiem jak się zachować. Wyciągam w jej stronę palec oblepiony ostatnią porcją białej masy. Ona pochyla się, otwiera usta i, cały czas patrząc mi w oczy, zlizuje resztki przysmaku.

Ogień bucha w górę.

Wszyscy wokół zrywają się do tańca.

My też tańczymy – podskakujemy w miejscu, zwróceni do siebie twarzami. Czuję jej gorący oddech na swojej piersi. Pot spływa po jej twarzy. Odchyla głowę, przedramieniem odgarnia przyklejone do czoła włosy. Bębny przyspieszają. Śmieję się. Staram się nie zgubić rytmu. Ktoś mnie potrąca. Devi ociera się o mnie biodrami. Chwyta mnie za ręce. Biegniemy do jej chaty.

 

 

„Inwaginacja, jako prymitywny typ gastrulacji, polegający na wpukleniu się do wnętrza blastuli komórek bieguna wegetatywnego i sklejeniu ich z przeciwległym biegunem, stanowi w odniesieniu do strunowców wyraz anachronizmu ontogenetycznego. Wspomniany model rozwoju zarodkowego, jakże typowy dla wstężnic, mięczaków i szkarłupni, występuje jednak, co zaskakujące, również u o wiele bliższych nam rozwojowo sprzągli i żachw”.

 

Vlastimil Orlíček „Wprowadzenie do ontogenezy porównawczej strunowców niższych. Tom VII”.

 

 

 

Bez cienia wstydu i z pełnym entuzjazmu zaangażowaniem robiła ze mną nie tylko rzeczy, o które wstydziłbym się prosić Kristinę, ale i takie, o których nigdy nie marzyłem, a nawet takie, w które trudno mi dzisiaj uwierzyć, nazwać, czy choćby je sobie wyobrazić. Nie mam pojęcia i nie chcę wiedzieć, kto i jak ją tego nauczył. Chociaż nie – była w niej taka spontaniczność i brak obaw, jakby było to coś wrodzonego, wynik nietłumionego instynktu, coś odziedziczonego po zwierzętach, roślinach dżungli, nienazwanych stworzeniach morskich głębin. W pewnym momencie musiałem ją prosić, żeby przestała, bo nie miałem już siły. Ześlizgnęła się wtedy ze mnie, wymknęła, wciąż naga, w czarną noc i wróciła po chwili z miseczką tej białej mdłej potrawy. Zjadłem i natychmiast, he, he, nabrałem ochoty na dalsze zabawy. Robiliśmy to prawie do samego rana. Przed świtem wstała, pociągnęła mnie za rękę i wyszliśmy na zewnątrz. Morze, przyciągane przez siny księżyc podeszło prawie pod sam próg chaty. Zanurzyliśmy się w jego ciepłych wodach. Devi odpłynęła daleko; ja, szczęśliwy jak dziecko, chlapałem się przy brzegu. Kiedy znowu wychyliła się z morza, lśniąca i wspaniała, miała za plecami koronę wschodzącego słońca.

 

* * *

 

Przeniosłem się na stałe do Devi. Okazuje się, że mieszkała sama. Możemy się teraz kochać w dzień i w nocy, kiedy tylko mamy ochotę. Reszta wioski się nie wtrąca. Mamy tu wszystko co potrzebne – schronienie, Devi przynosi posiłki, dostałem od niej nawet nowe ubrania, ale prawdę mówiąc wcale ich nie potrzebuję. Rzadko wychodzę na zewnątrz.

– Jakie to szczęście, że się odnaleźliśmy.

– Prawda? A tak niewiele brakowało.

– Ale jest już dobrze.

– Tak, jest bardzo dobrze.

– Nie musimy jechać do Stanów?

– Nie, po co?

Tak moglibyśmy ze sobą rozmawiać. Ale nie rozmawiamy. Nie ma potrzeby rozmawiania.

 

* * *

 

Tu nie chodzi o seks. Chodzi o szczerość, zaangażowanie. O to, że jej na mnie zależy i potrafi to pokazać. Że czuję się wyjątkowy, wybrany, potrzebny tak naprawdę, nie siłą przyzwyczajenia. Chodzi o to, że kiedy jesteśmy ze sobą, to do końca i nie ma niczego innego. Ani na zewnątrz, ani w środku – wszystkie te stare lęki, wyrzuty sumienia, porażki, nawarstwienia, jakieś śmieci zbierane latami, wszystko to znika jak wypłukane morską falą…

No dobra, chodzi też o seks.

 

* * *

 

Dzisiaj, gdy nie było Devi, wymknąłem się do swojej dawnej chaty. Drzwi zastałem uchylone, ale w środku wszystko leżało nietknięte. Nic dziwnego, te rzeczy nie były nikomu potrzebne. Ze zdziwieniem patrzyłem na przedmioty na półce, na łóżku, w rozchylonym plecaku – wszystko wydało mi się jakieś sztuczne, nieszczere, plastikowe. Zebrałem ubrania, które już na mnie nie pasowały, zakurzone książki, wyblakłe fotografie. Wyniosłem je przed chatę i spaliłem. Potem wróciłem jeszcze po radiostację. Z trudem wytachałem ją na zewnątrz, a później, ciągnąc za kable po piasku, wywlokłem na wysoki brzeg i wrzuciłem do morza. I tak częściej nie działała, niż był z niej jakiś pożytek. Zmęczyłem się, musiałem dłuższą chwilę odpocząć, ale jakimś cudem udało mi się wrócić do domu przed Devi.

 

* * *

 

Nie pamiętam, kiedy ostatnio wychodziłem. Nie jest to konieczne. Devi odwiedza mnie regularnie, daje mi wszystko, czego potrzebuję, pomaga się umyć. W nocy leży koło mnie, czuję jak oddycha. Jest taka ciepła.

 

* * *

 

Devi przysunęła moje łóżko do okna i dzięki temu mogę cały czas widzieć, co dzieje się w wiosce. Ale najbardziej lubię patrzeć na morze. Fale odchodzą i wracają, jak Devi.

Dzisiaj do brzegu przybiła duża łódź. Wyszło z niej kilku bladych mężczyzn. Chodzą po wiosce, zaczepiają mieszkańców, rozmawiają nawet z wodzem. Mają na sobie kurtki z napisami: P, A, R, coś dalej. Czytam poszczególne litery, ale nie rozumiem sensu słów. Jest z nimi też kobieta o dziwnych, czerwonych jak ogień włosach. Widzę, że stoi razem z Devi i rozmawiają na migi. Devi kręci głową, pokazuje w kierunku lasu. Tamta kobieta płacze. Wydaje mi się, że powinienem wiedzieć kim ona jest. Ale nie wiem. Męczy mnie to myślenie.

 

* * *

 

Obcy ludzie w końcu odchodzą i zabierają ze sobą swoją kobietę. Jeden jednak zostaje. Widzę jak chodzi po plaży długimi krokami, wszystkiemu się przygląda. Dołącza do niego Devi. Siedzą na zwalonym pniu, na tle zachodzącego słońca, tyłem do mnie. Chyba rozmawiają. Nie jestem zazdrosny. Wiem, że w nocy wróci do mnie i będzie leżała tuż obok. To mi w zupełności wystarcza.

 

* * *

 

Obcy i Devi spędzają ze sobą coraz więcej czasu. Spacerują całymi dniami, trzymają się za ręce. Słyszę jak stoją wieczorem przed chatą i głośno się śmieją. Nie widzę w tym nic śmiesznego.

 

* * *

 

Na niebie i w głębi morza wschodzi siny księżyc.

 

Jestem szczęśliwy i gotów na wszystko.

 

 

„W zachowaniu mężczyzn w tym wieku można doszukać się pewnej analogii do obserwacji ze świata zwierząt. Młodsze osobniki z gromady Ascidiacea (żachwy) posiadają dobrze rozwinięty układ nerwowy. Na tym etapie swojego życia przypominają wyglądem kijanki, przemieszczające się sprawnie w morskiej toni i poszukujące optymalnego miejsca do życia. Po znalezieniu owego wymarzonego miejsca przyczepiają się do skały i przechodzą w tryb osiadły, równocześnie stopniowo zmieniając swój wygląd. Stają się podobne do pustych w środku gumowatych worków, a przy tym, co ciekawsze, same stopniowo pożerają swoje, zbędne już teraz mózgi”.

 

Stanley T. Nacks „Kobieta, która pomyliła swojego męża z osłonicą”.

 

Koniec

Komentarze

To wygląda na efekt Rybaka… wszyscy czytają, nikt nie komentuje. ;)

Coboldzie, to opowiadanie jest jak sen starszego pana. Egzotyczny, cudowny, lecz zwieńczony prozaicznym finałem, po którym pozostaje tylko pójść się umyć i wrócić do śpiącej, niczego nieświadomej żony.

Podobało mi się. Bardzo dużo treści jak na ledwie 15k. Robi wrażenie.

 

EDYTA:

W kwestii merytorycznej. Pracowałem na szelfie Sundajskim przez trzy lata i przez ten czas nigdy nie słyszałem, by ktokolwiek z miejscowych używał nazwy “Wyspy Sundajskie”. To chyba jest nazwa stosowana raczej przez zachodnich geografów niż przez miejscowych.

W własnym języku nazywają żachwy małymi ludźmi – lalak kecil.

Język nazywa się bahasa, jeżeli to Indonezyjski lub Watubela jeżeli to język lokalny z archipelagu Maluku). Może wartoby użyć tej nazwy zamiast ogólnikowego “własnego języka”?

 

I właśnie, skąd to lalak kecil?

Lalak w Watubela oznacza “krew”, kecil w bahasa “mały”. Skąd więc ta hybryda i dlaczego tak przetłumaczona?

 

Dalej masz “gede lalak kecil” w znaczeniu święta jedzenia żachwy. Nie bardzo to ma sens. Gede w bahasa oznacza “wielki”, reszta jak wyżej.

Czyli kliknąć też nie zdążyłam, jakoś mnie tak wszyscy dzisiaj wyprzedzają :)

Cudeńko Ci wyszło :)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

No to jestem i ja. Coboldzie, chciałem wziąć sobie “anachroniczny”, tylko że nie zdążyłem. Wcale nie żałuję, choć może powinienem, bo czytając Twoje opowiadanie, tracę wiarę w swój tekst.

Podziwiam Twoją kontrolę słowa, tutaj nie ma zdania, które nie byłoby potrzebne, nie ma słowa, które nie miałoby swojej roli w tej opowieści, wszystko jest wyważone w taki sposób, że nie do końca czułem, że czytam opowiadanie, po prostu z nim płynąłem, jakbym tam był i oglądał wszystko na żywo, a taki efekt wcale nie jest łatwy.

Opowiadałeś o rzeczy oraz o ludziach, o których właściwie nic nie wiem, do teraz nie mam pojęcia, czy są zmyślone, zrobiłeś to w taki, że prawie zdołałem w to uwierzyć, fragmenty książek, cytaty, które o dziwo mnie ciekawiły, choć w większości przypadków nudzą.

Historia egzotyczna, opowiedziana ze spokojem, jednak intrygująca do granic. Najbardziej zaimponowały mi zakończenia fragmentów, w każdym umieściłeś jedną informację, która pogłębiała niepokój, dawała znać “ej, coś jest nie tak”, “ej, coś jest bardzo nie tak” itd., jednak dawkowałeś informacje, a tekst wciąż rozwijał się niespiesznie, jak od samego początku, nie było nagłego przyspieszenia akcji, choć tekst wciągnął. Ostatnio oceniam teksty w skali powrotu do domu, bo wtedy więcej wymagam od teksu – nie zauważyłem, kiedy dojechałem.

Żałuję, że nie zdążyłem nominować, ale przeczytałem, kiedy były dwa kliki, możemy to uznać? ;-)

Czep:

Na swój sposób bawi mnie myśl, że jeśli nie uda mi się uzyskać od tubylców zgody na budowę ośrodka, sam pozostanę jedynym turystą, któremu dane było obcować z tym niezwykłym światem. Szefostwo Paradise Travel Inc. oczywiście nie podziela takiego punktu widzenia, ale umówmy się – nie byłbym pierwszym agentem wracającym z tych wysp z niczym, a moje dotychczasowe zasługi dla biura pozwalają chyba raz na jakiś czas cieszyć się czymś w rodzaju dwóch tygodni nieoficjalnego urlopu na koszt pracodawcy.

Nie rozumiem – to znaczy, że jako jedyny będzie turystą, ponieważ musi zostać dłużej, a wtedy nie będzie pracował? Bo jeśli nie, to chyba sobie zaprzeczasz, albo ja pogubiłem się w toku rozumowania.

Edit. Zakończenie mi się podobało, klimatyczne, fajne niedopowiedzenie.

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Podoba mi się pastiszowość tego tekstu – to, jak pobrzmiewają w nim pewne tradycje z jednej strony europejskiego myślenia o wszystkim, co spoza zachodniego kręgu, fascynacji podszytej sporą dozą pobłażliwego lekceważenia i poczucia wyższości, z drugiej – pewnych tropów antropologii, biologii i psychologii (co mocno podkreślają “cytaty” w tekście), z trzeciej w końcu – nieoczekiwanych, oryginalnie potraktowanych motywów rodem z horroru. Na etapie święta jedzenia wielkiej żachwy spodziewałam się, że zeżrą bohatera, ale to, co się rzeczywiście stało, zaskoczyło mnie. Do tego świetnie zastosowana lekka stylizacja na taką antropologiczną narrację… Bardzo udane :)

Klikłam sobie, bo bardzo ładnie napisane, jak to zawsze u Ciebie. Ale o Twoim stylu chyba nie muszę się rozpisywać, bo musiałabym tylko słodzić, a nie chcemy za bardzo obtaczać Cię cukrem, prawda? ;)

“Córka poławiacza żachw” stoi piękną frazą; jak na tak statyczną opowieść, sporo się dzieje. Jednakże. Uczucie niepokoju, które powinno być nieodłącznym elementem opowieści weirdowych, pojawia się stosunkowo późno – a i wtedy nie jako dominujący element opowiadania, ale raczej dodatek dodający kolorytu. Nie jestem pewna, czy stężenie weirdness mnie satysfakcjonuje: tekst jest na swój sposób dziwny i dajesz znać, że coś tu nie gra, ale nie do końca poczułam napięcie. Dziwność wynika raczej z egzotyki scenografii i lekkiego oniryzmu, a nie z niepokoju, który powinien odczuwać czytelnik.

Fabuła, bazująca na dość ogranym motywie modliszki i jej ofiary, choć sprawnie przedstawiona, jednak zostawia niedosyt. Chrościsko dobrze to ujął: ten tekst jest jak sen starszego pana. Albo raczej: jak typowo męski sen, czyli fantazje o kobiecie o połowę młodszej od narratora, w dodatku zawsze chętnej i gotowej. Kolejna femme fatale i kolejny bohater, który jest zupełnie bezradny w obliczu zagrożenia zamaskowanego ładną buzią i odrobiną uwodzicielstwa. To trochę sprawia, że tekst staje się przewidywalny; od momentu, w którym zaczyna się romans, można łatwo przewidzieć, w którą stronę zmierza historia.

Zdecydowanie nie jestem targetem takich historii, ale czytało się bardzo dobrze i przyjemnie; przede wszystkim ze względu na styl.

 

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Przeczytałam, bo lubię Ciebie czytać :), no i krótkie, co powoli staje się moim priorytetem. Z ostatniego nie cieszę się. Opowiadanie zdecydowanie mi się podoba, jest fajne (jz. anetne copyrajty).

 

Dwie myśli mi chodziły po głowie, kiedy skończyłam czytać. 

Pierwsze – ale psikus dla chłopaków! Tacy są, wystarczy „odrobina zainteresowania na codzień”, „ja, ja, ja”, a dalej już… kultura patriarchalna i duży smutek, że takie to wszystko łatwe, nirwana bez sensu, i duży smutek nad losem konkretnej płci, w zasadzie obu.

Tę myśl, ponieważ nie była zbyt interesująca, zepchnęło w dal odejście do żachwy. Jakże piękne są przedstrunowce, bajeczne kolory i kształty. Dwa kluczowe otwory, rozmnażanie dwojakie, życie. Znalazłam dane o pewnej drapieżnej, mięsożernej żachwie gigant, prawie pół metra. W fazie niedojrzałej jest poszukującą, głupiutką kijanką, a po metamorfozie, kiedy przyjmuje formę osiadłą i ma wszystko, czego pragnie, zjada samą siebie, „rozum”. Ciekawe, co ważniejsze i z jakiego punktu widzenia. :)

 

Edytka: Z uwagi na chęć zgłoszenia do piórka uzupełniam o bardziej merytoryczne informacje – dlaczego. Płynność narracji. Wiedza nt. żachw i materiały nienachalnie wprowadzone do tekstu. Sposób opowiadania pozwalający dotknąć opisywanego świata i postaci, których losy chce się śledzić. 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Klasyka w pięknym stylu opowiedziana świetnym piórem. Ale Cobold to już znana marka, więc nie spodziewałam się, że będzie inaczej :)

Historia coś mi przypomina. Nie wiem dokładnie, co, ale coś mi się z tyłu głowy kołacze. Jednak sposób opowiedzenia, haczyki na które się łapałam i twist pod koniec plus fragmenty z “encyklopedii” tworzą niezwykle zgrabną kompozycję. Jeden z klików był ode mnie, bo przezornie kliknęłam jeszcze czytając z komórki ;)

Czy ja jestem jakiś kompletnie nierozgarnięty? – Nie załapałem, co się w końcu stało z głównym bohaterem? Zmienił się w coś, czy jak…

Bez względu na to – pomysł mi się podoba. Nawet bardzo. Wykonanie – fajnie panujesz nad strukturą, tak że udaje się wszystkie wydarzenia pomieścić w tak krótkim tekście. Jedyna rzecz, która mi osobiście przeszkadza to ten strasznie seksistowski trop seksualizowania “tubylczyń”. Niby rozumiem, że to taka dekonstrukcja kolonializmu, ale wypada bardzo stereotypowo.

Dzięki za komentarze i kliki.

 

Chroscisko – tak, to mokry sen starszego pana (chociaż nie, stanowczo protestuję przeciw nazywaniu mężczyzny 20 lat po ślubie starszym). Ale taki, po którym nie można już wrócić do poprzednigo życia. Dzięki też za fachowe uwagi, będę o Tobie pamiętał, na wypadek riserczu z tych rejonów. Wiem, że Wyspy Sundajskie brzmią oficjalnie, ale też pojawiają się u mnie wyłącznie w wyimku z dzieła europejskiego antropologa kultury. Co do języka, prawdę mówiąc, wymyśliłem sobie tę wioskę jako położoną w rejonach, gdzie mówi się w Manggarai, ale że nie udało mi się znaleźć wystarczająco bogatego słownika tego języka, to uznałem, że tajemnicze plemię błękitnowłosych żachwojadów może mówić swoim własnym narzeczem. Ten wymyślony język jest hybrydą malajskiego i sundajskiego, a sam „lalak” to przerobiony „lalaki” – wg mojego google tłumacza oznaczający w sundajskim człowieka. Jeśli chodzi o znaczenie frazy „gede lalak kecil”, pozwól, że odpowiem na priv, bo nie chciałbym aż tak spoilerować.

 

Irka_Luz – najważniejsze, że się podobało ;)

 

Maskrol – kiedy wybierałem hasło, wcale nie byłem pewny, że coś napiszę. Ale narzekania użytkowników piszących, że podebrałem im fajną frazę, spowodowały że się zmobilizowałem ;) Co do niejasnego początku – chodzi o to, ze bohater jest tam służbowo, ale zaczyna się zachowywać, jakby był na darmowych wczasach. Faktycznie ten fragment może być nieco niejasny, ale wynika to z faktu, że chciałem, aby bohater na początku budował skomplikowane zdania, a w miarę rozwoju historii redukował swoje wypowiedzi, tak intelektualnie, jak i emocjonalnie (vide Algernon).

 

Ninedin – fajnie, że wychwyciłaś te nawiązania do europejskich podróżników. Sam inspirowałem się informacjami o rozbieżnościach między oficjalnymi publikacjami Malinowskiego, a jego prywatnymi notatkami. No i trochę Fiedlerem. Super, że się nabrałaś, co do imprezowego menu – taki właśnie miałem niecny plan ;)

 

Gravel – dzięki! Motyw rzeczywiście mało oryginalny, ale co zrobić, kiedy taki mi się skojarzył z „anachroniczną inwaginacją” ;) Przyznam, że weird to niekoniecznie moje rewiry (choć nie odważyłbym się tak kategorycznie określić jego granic i założeń), ale będę się bronił, że wśród dozwolonych w regulaminie gatunków jest też alegoria ;)

 

Asylum – zgadzam się! Żachwy są super!

 

Bellatrix – mi też ta historia coś przypomina. Nawet kojarzą mi się konkretne nazwiska osób publicznych ;)

Hmm, Bello, mi przypomniał się flet i Asimov opisujący wydarzenia w poszukiwaniu Ziemi, chyba to było w układzie Alfa Centauri (dwie gwiazdy oczywiste i karzeł, ale Asimov, wtedy chyba jeszcze, tego nie wiedział jeszcze). Cykl Fundacja.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Napiszę krótko:

Cokolwiek stało się z bohaterem, to wygląda na to, że umarł szczęśliwy.

Wciągnęło i swoim klimatem i językiem.

Bardzo dobrze się czytało. Fakt, tekst jest dość przewidywalny, chociaż ja cały czas miałam nadzieję, że pójdzie to może w innym kierunku. Podobała mi się ta “scena”, kiedy facet leży przy oknie. Nie potrzebowałeś wielu słów, żeby przedstawić czytelnikowi tę osobistość i historię znajomości z dziewczyną. Lubię takie zagęszczone teksty. 

– Rozum – poprawia się, po angielsku. – Rozum wielkiej żachwy.

a później

Masa jest tłusta i bez smaku, przełykam ją, tłumiąc mdłości.

Przeszły mnie autentyczne ciarki.

 

Nie chcę spojlować, ale czy dobrze rozumiem, że pod koniec bohater staje się “wielką żachwą” – jedną z wielu kolejnych? Tłumaczyłoby to, skąd Devi tak biegle włada angielskim (i nie tylko angielskim).

Podejrzenia miałem od chwili, gdy ogłoszono, że bohater ma być “głównym gościem” podczas święta (w trakcie którego konsumowano poprzednią “wielką żachwę”, czy raczej jej, ekhm, “rozum”).

Pewnie nadinterpretuję. Lubię makabryczne zakręty w sielankach, może dlatego.

Tak czy siak, świetne opko.

Pozdrawiam

— Nie cmyka! Mówiłem, że nie ma zębów.

Killman – dzięki za dobre słowo. Wiesz, gdyby wszystko było jednoznaczne, nie byłoby to ani trochę weird. Dekonstrukcja kolonializmu, powiadasz? Myślałem raczej o satyrze na kryzys wieku średniego, ale lubię, kiedy Czytelnicy odkrywają nowe możliwości interpretacji gotowego już tekstu ;)

 

Fizyk111 – jak śpiewał Myslowitz: „Nie bez bólu i nie w domu, nie chcę szybko i nie chcę młodo, nie szczęśliwie i wśród bliskich, chciałbym umrzeć z miłości”.

 

Sara Winter – dzięki!

 

Paradust – myślę, że możesz mieć rację. Nie byłby to odosobniony przypadek w tych okolicach: https://pl.wikipedia.org/wiki/Fore

Ło, matko, ja z miłości nie chciałabym umrzeć. Co to, to nie! Nie przez te hormony, chyba że to efekt oxytocyny. xd

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Faktycznie ten fragment może być nieco niejasny, ale wynika to z faktu, że chciałem, aby bohater na początku budował skomplikowane zdania, a w miarę rozwoju historii redukował swoje wypowiedzi, tak intelektualnie, jak i emocjonalnie (vide Algernon).

Wiesz, mam podobny motyw w swoim opowiadaniu, które właśnie skończyłem. Nie identyczny, ale podobny, a mówię o tym na wszelki wypadek, żebyś nie pomyślał, że po chamsku ukradłem motyw.

Co do niejasnego początku – chodzi o to, ze bohater jest tam służbowo, ale zaczyna się zachowywać, jakby był na darmowych wczasach

Rozumiem, tak też po chwili namysłu pomyślałem, ale chciałem się upewnić.

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

No i wszystko jasne. Szczególnie z tymi prionami :)

— Nie cmyka! Mówiłem, że nie ma zębów.

Witaj, Coboldzie!

 

Tu chochlik jakiś:

Kiedy pojawia się przypływ, morze wpukla na się na kilkadziesiąt metrów w głąb lądu.

Zacząłem od googlowania czym jest żachwa. Skoro pojawiła się w tytule i już na początku poświęcasz jej tyle miejsca, to liczyłem się z tym, że będzie ważna dla fabuły. I się nie pomyliłem, okazała się kluczowa. Choć te najważniejsze o niej informacje sam przytoczłeś w trakcie czytania, to wcześniejsze googlowanie tylko pomogło szybciej połapać się o co chodzi.

Fajne opowiadanie, domknięte, z klamrą, nie wróć, to pełna pętla. Dobry pomysł, wykonanie zacne, kilka razy uśmiechnęło, raz się zaśmiałem. Nic tu nie jest na siłę, wszystko naturalnie. Podejrzewam, że przemyciłeś całkiem słuszną porcję własnych życiowych doświadczeń i obserwacji.

Jestem ukontentowany z lektury, niedopowiedzenia, dopowiadają się same i układają w pełną historię, i to zapętloną :-)

 

Pozdrawiam!

 

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Witaj, Mytrixie!

 

Tu chochlik jakiś

czemu?

 

Podejrzewam, że przemyciłeś całkiem słuszną porcję własnych życiowych doświadczeń

czemu?! ;)

 

Pierwsze "na" nie jest zbędne? ;>

 

Czemu? Tak jakoś, ten staż, sam wiesz…

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Pierwsze "na" nie jest zbędne? ;>

Przeczytałem to zdanie pewnie ze 20 razy przed publikacją i kolejne 10 po tym jak wskazałeś mi błąd palcem i nadal nie widziałem tego nadprogramowego “na”.

Zaprawdę żachwieję.

Dzięki!

Nie sądzę, byś żachwiał, chyba że masz jakiś namiętny romans.

To chochlik z sortu tych wrednych, gdy znamy zdanie na pamięć, optycznie wygląda dobrze i niby je czytamy, a jednak nie czytamy, trochę tak jak z perzsatwianeim lietr ;-)

Zważ, że nikt tego nie wypunktował, a ja tylko dlatego, że zostałem zaskoczony czasownikiem “wpuklać się” i go literowałem, by upewnić się, czy dobrze czytam :D Tzn. jego znaczenie nie było mi tajemnicą, tylko nie widziałem, by ktoś stosował, a ładne.

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Fajne, podobało mi się :)

Przynoszę radość

Gdy zaczynałem czytać, pomyślałem sobie, że nic nie napiszę, jeśli mi się nie spodoba. I teraz w sumie też nie muszę nic pisać, bo wiesz, że mi się podobało.

Za to nie podobało mi się, że wpadłeś do biblioteki bodajże bez jednego komentarza, choć wiem, że to niezależne od Ciebie.

Twój, już chyba stały, nostalgiczny nastrój i klimat opowiadań jest tutaj na odpowiednim dla mnie poziomie. Wprowadzasz w pierwszych fragmentach trochę ciekawostek, trochę opisu krajobrazu, budujesz odpowiednią scenerię, więc gdy rozwija się powolna akcja, wszystko razem dobrze się komponuje. Nie można nie docenić uroku, jaki niesie ze sobą Twoja opowieść. Zabrakło mi tylko bardziej jasnej odpowiedzi, jeśli w ogóle była, w jakim celu?

Chociaż dla mnie, wrażliwca, fakty i wyjaśnienia są najczęściej sprawą drugorzędną. 

 

Zjadłem i natychmiast, he, he, nabrałem ochoty na dalsze zabawy.

Takie rzeczy Ci po głowie chodzą… No, teraz przy Koronie i domowym zaleganiu, to scenariusz tak dogodny do realizacji, jaki już nigdy chyba nie będzie. ;)

Pozdrawiam.

 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Bardzo wciągająca historia, niby nowoczesna, ale troszkę też baśniowa i to niedookreślone zakończenie też zdecydowanie na plus. Ponadto opisy oddają bardzo dobrze indonezyjskie klimaty. Byłeś tam też? Bo opis jest naprawdę żywy i ciekawie zbudowany.

Jedyne co na mały minus, to chyba trochę płaska motywacja głównego bohatera, ale w sumie współgra to z tym jak go nam przedstawiłeś, więc może tak miało być, żeby fabuła była zgrana i zamknęła się w klamrę. I oczywiście morał historii też bardzo udany.

Darcon:

Gdy zaczynałem czytać, pomyślałem sobie, że nic nie napiszę, jeśli mi się nie spodoba.

O, nie, nie, Darcy. Tak się nie bawimy. Czytasz? Budzi refleksje? Komentujesz!

Trza mieć jaja ;)

 

Za to nie podobało mi się, że wpadłeś do biblioteki bodajże bez jednego komentarza

Też do dzisiaj nie wiem, jak interpretować ten happening.

 

Takie rzeczy Ci po głowie chodzą

Autor tylko daje tekst, skojarzenia są już po stronie czytelnika. Ale masz rację – ostatecznie

przewiduję mam nadzieję na boom demograficzny.

 

Oidrin:

Byłeś tam też?

nie, ale to podejrzenie to jeden z najpiękniejszych komplementów literackich, jakie otrzymałem :)

Ładnie napisane, z ciekawym pomysłem i takim fajnym, nienachalnym elementem refleksyjnym.

Pozdrowił i poszedł. :)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Na drugie “the” dałem się złapać :-)

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Coboldzie, niewiele nowego dodam do uwag przedpiśców. Najcelniej moje odczucia co do lektury opisali już Chrościsko i Gravel. Tekst jest piękny w formie, po prostu płynie i czyta się go z przyjemnością. Jest niestety równocześnie przewidywalny a oczekiwanie fantastyki wypiera egzotyka. Hmm… pięknie napisana lekka historia, która na progu wiosny przynosi więcej słońca.

No i dowiedziałam się czegoś, czytając fantastykę. Myślałam, że sobie te żachwy wymyśliłeś, a okazuje się, że to najprawdziwsze stworzenie i to tak dziwne, że w sam raz nadaje się na inspirację do opowiadania weird fiction. 

Wyszło Ci to świetnie, ale nie będę powtarzać tego, co już wszyscy przede mną napisali. 

Pozostaje mi podziękować za wrzucenie opowiadania na portal, bo lektura była dla mnie prawdziwą przyjemnością!

dziegieć 

(1.1) ciemnobrunatna, gęsta ciecz otrzymywana w procesie suchej destylacji drewna o intensywnym zapachu, mająca właściwości grzybobójcze i antyseptyczne, dawniej używana także do impregnacji płótna i skóry, uszczelniania beczek, itp

 

Kurde, trochę trudno uwierzyć – ciągle ktoś znika na wyspie i ciągle wysyłają tam ludzi.

 

Nagła poprawa angielskiego wynikała z postępującej degeneracji faceta? Jak tak, to zaczęła się ona przed zjedzeniem żuchwy – jasne, nie ma żadnego powodu, żeby pojawiała się przed, ale tam się aż prosi o ciąg przyczynowo-skutkowy – i teraz zaczynam myśleć, co on dostawał wcześniej do jedzenia…

Z wyglądu obrzydliwe – gdybym był młodszy, miałbym od razu jednoznaczne skojarzenia – po przyrządzeniu okazują się dość smaczne, trochę podobne do kalmarów, choć delikatniejsze.

Najpierw podniosło mi się ciśnienie, potem sprawdziłam jak to wygląda i ciśnienie opadło, ale tylko trochę.

 

Chyba zbyt subtelnie to napisałeś – albo to ja przed czytaniem tekstu wiedziałam zbyt mało?

I would prefer not to.

Bardzo ciekawy tekst w stylu klasycznych opowieści weird fiction, narracja niespiesznie płynie przez wydarzenia – z początku może się wydawać, że nic się nie zmienia w tym tropikalnym raju, ale fragment za fragmentem tekst buduje niepokój, aż do zakończenia, które zawiera dokładnie to, co powinno.

Mógłby z tego być odcinek Gęsiej Skórki. ;) 

CM – podziękował (a refleksją się ucieszył).

 

Peter Barton – dzięki! Co do przewidywalności, zgodzę się i nie zgodzę. Twist miał się tutaj bowiem zawierać nie w samej fabule, tylko w sposobie interpretacji hasła.

 

Rosebelle – nie znałaś żachw? A jestem więcej niż pewien, że czytałaś dzieła przytoczonej przeze mnie w cytatach trójki autorów ;)

 

Wybranietz – dziegieć spoko, dobry na łupież. Jeśli chodzi o dopływ nowych gości, to myślę, że święto, żeby było świętem, nie może się jednak zbyt często przydarzać. Co do reakcji ciśnieniowych – żachwy to duża gromada, można sobie wybrać, co kto lubi. Fragmentu komentarza z angielskim nie zrozumiałem ;(

Naprawdę myślałam, że to jest zmyślone xD Cytaty też! 

Z cytatami sprawa jest bardziej złożona ;)

Oj, nie chciałam wiedzieć, że ich tyle. Teraz to już w ogóle nie wiem, jak interpretować. Nie ma ciśnienia, ale jest trochę przykro.

Jak prędzej czy później przy większości Twoich tekstów.

 

Co do angielskiego, to piszesz:

Devi trochę mówi po angielsku,

dodaje czystą angielszczyzną. Ciągle zapominam zapytać, gdzie się nauczyła tego języka.

 

I czy ta nagła poprawa angielskiego wynikała z postępującej degeneracji tego faceta?

Jak tak, to zaczęła się ona przed zjedzeniem świątecznej żuchwy – nie musi być ciągu przyczynowo-skutkowego, choć to się samo narzuca – i teraz zaczynam zastanawiać się, co on dostawał wcześniej do jedzenia…

 

że święto, żeby było świętem, nie może się jednak zbyt często przydarzać.

najpierw ktoś go obserwował z chatki, potem on obserwował następnego kochanka – to już wygląda na trzech z rzędu ; )

 

 

I would prefer not to.

I czy ta nagła poprawa angielskiego wynikała z postępującej degeneracji tego faceta?

Nie miałem takiego zamysłu. Zdanie, o którym piszesz to pojedyncza, stereotypowa fraza “Wszystko będzie dobrze”, którą Devi mogła mieć po prostu dobrze przećwiczoną. W dalszej części odzywa się po angielsku tylko raz, używając słowa “rozum” na określenie mózgu, co świadczy, że jednak nie jest wybitną lingwistką.

 

najpierw ktoś go obserwował z chatki, potem on obserwował następnego kochanka – to już wygląda na trzech z rzędu

ale nie wiemy, czy ten pierwszy też był przybyszem z zewnątrz – że mogło być inaczej sugeruje otwierający cytat.

 

Nie ma ciśnienia, ale jest trochę przykro.

Jak prędzej czy później przy większości Twoich tekstów.

to ja już może zmilknę.

ad1 – to w takim razie ja to sobie nadinterpretowałam (a doszłam nawet do tego, że papka ze spermy była!), bo nie użyłabym określenia “płynna” w wypadku, kiedy to jedna fraza ; )

 

ad2 – bo cudzoziemcy lepiej smakują? ; ) 

i jeszcze jedno – sugerujesz cykliczność, przez powiązanie tego z sinym księżycem, a komentarz wcześniej mówiłeś, że święto nie może być zbyt często, bo nie jest wtedy świętem – ale to pewnie zależy od okresu, jaki uzna się za zbyt często ;>

 

ad3 – nie zmilkaj, tylko chodź na solo. wkrótce ;>

I would prefer not to.

Naprawdę nie rozumiem tych całych zachwytów. Tekst jest słaby, mdły. Niestety czuję się oszukany po przeczytaniu, gdyż widziałem lepsze teksty w poczekalni, nie przenoszone do biblioteki. 

Przepraszam, za krytykę. Może to po prostu nie moje klimaty, może niepotrzebnie zasugerowałem się komentarzami, że jest świetny i usiadłem do tego z nastawieniem, że będzie petarda. 

Słuchaj, nie potraktuj tego jako podważania Twojej opinii, bo to _absolutnie_ nie jest nic takiego, ale byłabym naprawdę ciekawa, gdybyś odrobinę rozwinął tę uwagę, że tekst jest słaby i mdły? Masz absolutnie prawo tak uważać (i absolutnie nie musisz za krytykę przepraszać!), ale ja bym chętnie wiedziała, o czym konkretnie mówimy. Fabule? Narracji? Sposobie opisu? Dawaj, może z tego być fajna dyskusja!

Oczywiście rozumiem, że nie podważasz, że ciekawości chcesz dowiedzieć się czegoś więcej, zatem rozwinę swoją myśl. Uznałem ten tekst za mdły, nijaki głównie przez wzgląd na fabułę. Do tekstu podchodziłem trzykrotnie, ponieważ wziąłem sobie za punkt honoru przeczytać wszystkie opowiadania konkursowe. Za każdym razem odpychało mnie to, że w tym tekście, nic się nie dzieje. W momencie wielkiej uczty, już byłem pewnym, kto będzie kolejnym daniem. Jak ktoś słusznie zauważył, jest to motyw dość znany i już gdzieś czytany/widziany. 

Do narracji, jako pierwszo osobowej nie mam zastrzeżeń, bardzo je lubię, bo pozwalają lepiej zrozumieć bohatera, to czym się kieruje i w jaki sposób postrzega świat. Powiedzmy, że to jest na plus.

Jeśli chodzi o opisy, to są naprawdę fajnie, ale niewiele wnoszą do samego opowiadania. 

Tak jak wspomniałem, moja ocena podyktowana jest też, tymi wszystkimi zachwytami, przeczytałem dwa, trzy komentarze, więc zostawiłem ten tekst na koniec, jako wisienkę na torcie, ale niestety, nie pestka stanęła mi w gardle. 

Yamir, wybacz, ale będę ostrzejsza. W uzasadnieniu widzę ogólniki, ale może jestem zmęczona i nie zauważam już głębi;)

tekst za mdły, nijaki głównie przez wzgląd na fabułę. Do tekstu podchodziłem trzykrotnie, ponieważ wziąłem sobie za punkt honoru przeczytać wszystkie opowiadania konkursowe. Za każdym razem odpychało mnie to, że w tym tekście, nic się nie dzieje. W momencie wielkiej uczty, już byłem pewnym, kto będzie kolejnym daniem. Jak ktoś słusznie zauważył, jest to motyw dość znany i już gdzieś czytany/widziany. 

Do narracji, jako pierwszo osobowej nie mam zastrzeżeń, bardzo je lubię, bo pozwalają lepiej zrozumieć bohatera, to czym się kieruje i w jaki sposób postrzega świat. Powiedzmy, że to jest na plus.

Jeśli chodzi o opisy, to są naprawdę fajnie, ale niewiele wnoszą do samego opowiadania. 

Tak jak wspomniałem, moja ocena podyktowana jest też, tymi wszystkimi zachwytami, przeczytałem dwa, trzy komentarze, więc zostawiłem ten tekst na koniec, jako wisienkę na torcie, ale niestety, nie pestka stanęła mi w gardle. 

Pierwsze wyboldowane – niejasne. Spróbuj uściślić. Czego oczekiwałeś – zjedzenia, realnego wbicia na pal? Motyw znany, a skąd znasz, z czym się Tobie kojarzy, co myślisz, jak rozumiesz to opko. W sumie czytamy po to, aby… no właśnie po co?

Opisy nie wnoszą nic do opowiadania? czyli gdyby to był Paryż, Zurich, Singapur, Wyspy Kanaryjskie też nie miałoby znaczenia?

Rozumiem, że nie podoba Ci się, ale co i jak pozostaje w mocy. Niezrozumiałe jest dla mnie podyktowanie oceny zachwytami, nie komentujesz sobą? niezależnie?

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Nie no, przecież napisał jasno, że nie podoba mu się fabuła, że za mało się dzieje.

Narracja i opisy mu się podobają, a “niewiele wnoszą” chyba w sensie, że do akcji jako takiej.

Myślę, że chodziło mu o to, że po komentarzach spodziewał się nie wiadomo czego, więc się rozczarował.

 

No. Yamir jest nowy i powiedziałam mu, że jesteście mili, więc teraz czuję się odpowiedzialna.

 

Bo jakby co, pamiętajcie, mnie się podobało ;)

Przynoszę radość

Asylum - nie podchodzę do tego, że jesteś ostrzejsza. Rozumiem, że Tobie tekst przypadł do gustu i uważasz za ciekawy. Dla mnie brakuje w tym tekście akcji. Tu nie chodzi o to, że chce skrytykować, dla skrytykowania. Dla mnie jest to troszkę jak ten film “śmierć w Wenecji” tylko zamiast o człowieku w łódce, mamy człowieka na plaży. Mnóstwo opisów o wyspie, bez większego wpływu na fabułę, która w mojej opinii stoi w miejscu do samej uczty. 

Zdecydowanie byłbym bardziej ukontentowany, gdyby na tej wyspie coś się działo, gdyby wraz z mieszkańcami przeżył jakąś przygodę zakończoną ucztą i dalej zmienił się w wielką żachwę. 

Co do motywu, kojarzę podobną historię. Próbuję odszukać ją w Internecie. Jeśli znajdę, dam znać. 

Jeśli chodzi o miejsce akcji, uważam, że jest to opowiadanie z gatunku fantasy, gdyby zamiast tych wysp, napisał o Haitii, Hawajach, czy jakiejkolwiek wymyślonej wyspie opowiadanie mogłoby lecieć dalej. 

Co do zachwytów i komentarzy, chodzi mi o to, że wybierając to opowiadanie, do przeczytania, już na starcie się nastawiłem na coś fajnego. Stąd komentując “sobą”, a nie za innymi wyraziłem pogląd, że się zawiodłem. 

Wybranietz – i tu nieuchronnie zbliżamy się do kontrowersyjnego pytania: “Czym myślą faceci?”. 

A co do księżyca – zauważ, że nie chodzi o każą pełnię, tylko o taką siną. Zaczynam się zastanawiać, czy “sina” nie znaczy “bezkrwista”. 

 

Yamir – Ale wiesz, że nie mam wpływu na gusta i komentarze Czytelników? Chciałbym Cię natomiast prosić o wskazanie tych perełek, utkniętych w Poczekalni – zobaczę, może da się coś zrobić ;)

P.S. “Śmierć w Wenecji”, wbrew obiegowej opinii, nie jest o facecie w łódce. O facecie w łódce jest “Stary człowiek i morze”. Chociaż nie… on też nie jest o tym.

“Śmierć w Wenecji” to przede wszystkim opowiadanie Tomasza Manna, na podstawie którego powstał film. Jest to piękne opowiadanie, niepokojące i pięknie zbudowane na mitycznym motywie Erosa i Tanatosa. 

Oczywiście, masz prawo do swojego gustu i rozumiem, że takie teksty mogą Ci się nie podobać, ale musiałam się wtrącić, bo to cytat z filmu “Chłopaki nie płaczą”, jakkolwiek zabawny, jednakowoż nie do końca oddaje treść tej historii. 

Cobold – Oczywiście, że nie masz. Przepraszam, jeśli Cię uraziłem. Po nocy uważam, że komentarz był za ostry. Fabuła mnie nie porwała i może tyle by wystarczyło w komentarzu. Nie potrzebne były ty wyniosłe oskarżające słowa. Poza negatywami, mógłbym dodać jakieś pozytywy, jak na przykład narrację pierwszo osobową, która sprawia, że mimo wszystko lepiej poznajemy bohatera. Jeśli chodzi o opowiadanie, mogę od razu zarzucić link: https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/24171

 

Rosebelle – Dziękuję za uświadomienie, nie miałem o tym pojęcia. Chodziło mi , o to, jak słusznie zauważyłaś o cytat z filmu. Mogłem to dopisać, by nie było nieporozumień. Postaram się z czasem wyrażać bardziej precyzyjnie. 

 

Yamir, trochę wczoraj na Ciebie “napadłam”, niepotrzebnie. Chcę się zrehabilitować wink i autentycznie jestem ciekawa, jak byś odebrał pewne opowiadania. Nie miałam wczoraj swobodnego dostępu do książek, więc wzięłam do ręki pewien staroć. Cieniutki, zawierający pięć opek Mrożka – “Moniza Clavier”. Oderwać się nie mogłam. Kapitalne, a każde inne, lekko weirdowe jak by dzisiaj powiedziano. Jedno z nich nawet scfi – “Wesele w Atomicach”. Ależ on (Mrożek) potrafił pisać.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Asylum – obiecuję się pochylić nad lekturą, jak tylko skończę książkę Remigiusza Mroza (pierwsza, po którą sięgnąłem tego autora i wydaje się naprawdę fajna ;) ). Opinię prześlę Ci już w prywatnej wiadomości, by nie spamować nie potrzebnie pod tekstem. Nie przejmuj się wczoraj, nie odebrałem tego jako “napad”, zwyczajna wymiana poglądów, bez wulgaryzmów, więc ok. 

Yamir – nie ma powodu, żebym czuł się obrażony. W swoich komentarzach napisałeś więcej o sobie, o swoim guście, niż o moim opowiadaniu. Mają natomiast rację Ninedin i Asylum – warto próbować dokładniej analizować i nazywać odczucia w stosunku do tekstów innych autorów, to pomaga wypracować własną drogę.

Przeczytane z przyjemnością. Fajny klimat – niby to rajskie wyspy, wakacje, słoneczko do opalania i "nosacze polskie" na drzewach… a jednak owo słoneczko, jakoś tak, coraz bardziej przygasało i przygasało…

Nie przedłużając – udane opowiadanie.

Dobry wieczór. Świetne opowiadanie. Rajska atmosfera z powoluśku wplatanym w nią lekkim niepokojem spodobały mi się niezmiernie. Przeziera tu jeszcze ta słodka tęsknota za prostym życiem, “pierdolnięciem (przepraszam) wszystkiego i wyjechaniem w Bieszczady”. No bardzo fajne, szacuneczek, coboldzie. 

Dobre. Naprawdę dobre. Człowiek jako żachwa, która, budując strefę komfortu zmienia się w gumowaty worek niezdolny do niczego poza zaspokajaniem najbardziej podstawowych potrzeb. Degeneracja funkcji umysłowych… i na koniec pożarcie w dorocznym rytuale, jak fetyszowi władcy w “Złotej Gałęzi” Frazera. Bardzo dobre, choć zrobiłbym inaczej ;-)

No i ta finałowa transformacja tytułu książki Sacksa “Mężczyzna, który pomylił swoją żonę z kapeluszem” – śmiechłem głośno :)

Solidne warsztatowo – ale to u ciebie standard :-) Co ciekawe, choć dość znaczaco różni się od tych teksów antropologicznych, które znam, to jednak jakoś intuicyjnie się z nimi kojarzy (i nie, nie tylko nawiązaniem do "Życia seksualnego dizkich" ;-) ). Zresztą w sumie nawet motyw przewodni jest ciekawym nawiązaniem do koła życia.

Choć przez część tekstu czułem, że "nie moja bajka", to jednak lektura satysfakcjonująca. Co prawda mam wrażenie, że przydałoby się trochę bardziej "namalować słowami" tę nieuchwytną magię, ale to bardzo subiektywne.

Ach, jeszcze jedna ciekawostka. W jednej ze scen miałem luźne skojarzenie z "Wężem i tęczą" (filmem, książki nie czytałem). Niby kompletnie o czym innym, niby voodoo w tle, a jednak. Znasz?

Mitr – dzięki! Nosacze wpadły przypadkowo, kiedy zacząłem się zastanawiać, co żyje w tej sundajskiej dżungli ;) W ogóle miejsce akcji wybrałem na chybił-trafił, a to bardzo inspirująca okolica – kuru, homo floresiensis i Tambora.

Łosiot – jeśli udało się uzyskać efekt niepokoju powoli niszczącego idyllę, to jest właśnie to, o co mi chodziło :)

Altti – dzięki za dobre słowo. Ja też pewnie zrobiłbym trochę inaczej, gdyby nie wymogi konkursu i hasła. Skojarzenie z Frazerem – niezasłużenie nobilitujące.

Wilku – to intuicyjne skojarzenie z tekstami antropologicznymi wynika pewnie z samych okoliczności – narracja Europejczyka pośród Obcych. A że mój bohater to jednak profan i z lekka pogardliwie zdystansowany, to i jego przekaz różni się od oficjalnych tekstów kultury. “Węża i tęczy” nie oglądałem, ale Pullman by mi tutaj pasował.

Miejscowi nie zwracają na hałas uwagi, dla nich to odgłosy naturalne jak klaksony samochodów czy szum klimatyzacji.

Czytając o ludzie świętującym jedzenie wielkiej żachwy nie odnosi się raczej wrażenia, że klaksony i szum klimatyzacji to dla nich naturalne odgłosy, a tak by wynikało z kontekstu.

 

Niemniej bardzo wciągające. Plus świetnie napisane. Dobrze się czytało smiley

Spodziewaj się niespodziewanego

Dzięki, NaNa.

 

a tak by wynikało z kontekstu.

Wynikało by, gdybym napisał np. “równie naturalne jak”. Ale nie napisałem.

Dobrze, niech będzie, zwracam honor :)

Spodziewaj się niespodziewanego

Gęsty tekst. Z jednej strony faktycznie, nie przesadzasz ze zbędnymi słowami. Z drugiej – bogaty w nawiązania. O kuru nie pomyślałam, zresztą, za słaba jestem z geografii, żeby kojarzyć takie miejsca.

Fabuła słabsza. To kolejny wariant historyjki “człowiek zachodu przyjeżdża do dzikusów i z pobłażliwą wyższością patrzy na ich rytuały religijne, dopóki nie stanie się ich ofiarą”. To chyba popularny w nauce nurt.

Na plus walory edukacyjne – nie wiedziałam o żachwach. Ale jakoś tak mi się skojarzyły z bonellią zieloną.

Ładnie pokazany świat.

Interesująca forma. Cytaty z książek dużo dają. Szczególnie zapadł mi w pamięć ten pierwszy, o niespotykaniu mężów córek poławiaczy.

Jestem na TAK, znaczy.

Babska logika rządzi!

Dzięki, Finkla! Zrobiłaś mi dzień.

Bo ja z kolei nie znałem Bonelli ;)

Nobody is perfect. ;-)

Babska logika rządzi!

Właśnie się zorientowałam, że zapomniałam dodać komentarz – a nominowałam już chwilę temu. Przepraszam!

 

O zaletach tego tekstu rozwodzono się powyżej, ja w komentarzu skupię się na tym, dlaczego postanowiłam nominować to opowiadanie.

Do pewnego momentu akcja jest przewidywalna, choć pięknie napisana i lektura dostarcza wiele przyjemności. A potem pojawia się akapit “tu nie chodzi o seks” i powiem szczerze, pod koniec zbierałam szczękę z podłogi. Każde zdanie tak bardzo w punkt, ukazujące bohatera, uniwersalność jego sytuacji, każdy element składowy niesie mocny ładunek emocjonalny. Nie dość, że parsknęłam śmiechem, to jeszcze udało ci się przeobrazić mokry sen starszego pana w coś do bólu rzeczywistego. Choć od bycia czterdziestoletnim facetem wiele mnie dzieli, weszłam w buty narratora jakby były szyte na miarę. I raz jeszcze – ten cały akapit z ładną klamerką po prostu tętnił życiem i odzwierciedlał rzeczywistość.

Przez całe opowiadanie siedziałam w głowie to u Devi, to u Narratora, a oboje byli ludźmi żywymi, prawdziwymi i takimi, którzy niemal wychodzili z ekranu, ludźmi, których się rozumie, a w okruchach zdań widzi się siebie i swoich znajomych.

 

Nie sądzę, by to opowiadanie przyniosło ci tyle komplementów co poprzednie – jest krótkie, wykorzystuje popularny motyw, a weird to chyba nie twoje kalosze - ale moje serce podbiłeś zejściem na ziemię. Tym, że sprowadziłeś piękną, niemalże egzaltowaną i trochę metafizyczną historię napisaną imponującym językiem do czegoś rzeczywistego i bliskiego. 

www.facebook.com/mika.modrzynska

Dzięki, Kam, i Tobie – za miłe a szczere słowa!

Powtórzę jeszcze raz: najbardziej bawiłem się tutaj interpretacją hasła – to było kluczowe, stąd fabuła miała znaczenie drugorzędne, a nawet powinna być standardowa, żeby puzzelki w głowie Czytelnika gładko powskakiwały na swoje miejsca. Jeżeli mimo to uważacie, że opowiadanie broni się literacko poza ramami konkursu, to bardzo się cieszę. Bo tak powinno być, choć nie zawsze to łatwo pogodzić.

 

 

Hm, moim zdaniem nieproste hasło sobie wybrałeś, ale może dlatego jestem pod jeszcze większym wrażaniem, jak doskonale sobie z nim poradziłeś :)

Jak to u Ciebie świetnie się czytało, warsztat na bardzo wysokim poziomie. Poza tym dużo się z twojego tekstu nowych rzeczy dowiedziałam, za to dodatkowy plus. Jeśli chodzi o cytaty, uwiarygodniły opowiadanie i wzmocniły jego przekaz.

Wyjątkowo satysfakcjonująca lektura :)

Znalezione obrazy dla zapytania: eagle swimming

Bardzo przyjemnie czytało się to opowiadanie :) Najbardziej podobała mi się zmiana w narracji, która podkreśla przemianę bohatera. Z wielu myśli i opisów otoczenia, na strzępki świadomości, które pojawiają się w coraz większych odstępach czasu. Dzięki temu przyjemnie płynie się wraz z opowieścią. 

Liczyłam jednak, że tekst będzie miał tę samą nutę dziwności, którą ma proces przemiany żachw (ale nie do końca to poczułam i to raczej moja wina niż tekstu).

Dzięki, Kasjopejatales!

Nie to nie Twoja wina, ani nie wina tekstu. To zawsze jest wina autora.

Fajnie, że doceniłaś ten zabieg z narastającą fragmentaryzacją i spłyceniem tekstu. Od dawna walczę z pokusą przyspieszania na finale, ale tutaj postanowiłem właśnie wykorzystać tę słabość ;)

O, a ja oznaczyłam jako “przeczytane” i nie skomentowałam. Co za nietakt z mojej strony.

Coboldzie, nie powiem, żeby Córka poławiacza żachw była twoim najwybitniejszym dziełem, ale opowiadanie jest naprawdę przyzwoite. Widać tutaj przede wszystkim to, że podjąłeś zabawę hasłem. Fabuła nie jest jakoś zaskakująca, wynagradza to natomiast piękna sceneria okraszona opisami oraz bohaterowie z krwi i kości. Zmieniająca się z czasem narracja wyszła bardzo niepokojąco.

 

Słyszę jak stoją wieczorem przed chatą i głośno się śmieją. Nie widzę w tym nic śmiesznego.

A to na przykład, o. Jak to nie było niepokojące, to ja zgłaszam protest gdzie trzeba.

 

Ogólnie Córka to nie jest typowe weird, ale może i lepiej, ileż można czytać pastiszy dzieł Lovecrafta.

Podobało się, znaczy. 

 

Pozdrawiam!

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Jak to nie było niepokojące, to ja zgłaszam protest gdzie trzeba.

Dzięki, Sy! Bądź pod telefonem w trzeciej dekadzie kwietnia ;)

Dzięki, Sy! Bądź pod telefonem w trzeciej dekadzie kwietnia ;)

W razie konieczności wyrażę oburzenie!

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Czytałam i miałam wrażenie, że oglądam film przyrodniczy, traktujący o życiu, zwyczajach i obrzędach mieszkańców egzotycznej wyspy. I muszę wyznać, że byłam bardzo zadowolona, że tego „filmu” nie czytała Krystyna Czubówna.

Dodam jeszcze, że im dłużej bohater opowiadał o swoim pobycie na wyspie, tym większego nabierałam przekonania, że przestaje być wysłannikiem biura podróży i staje się tym, czym… Ech, może wystarczy, że smakowało mu to, co jadł.

Niezwykle zacna historia z odpowiednią dawką egzotyki, absurdu i dobrej jakości humoru, a to bardzo satysfakcjonująca mieszanka, że o porządnym wykonaniu nie wspomnę. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ale jakże to, Reg? Ani kropeczki?

Skoro się tak domagasz, Coboldzie, to proszę:

W własnym języku nazywają żachwy małymi ludźmi… –> Lepiej się czyta: We własnym języku nazywają żachwy małymi ludźmi

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

No, już mi ulżyło, bo trochę to apokaliptycznie wyglądało ;)

Cieszę się, że pomogłam Ci wrócić do równowagi. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka