- Opowiadanie: Klontwa - Karetka

Karetka

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Karetka

Karetka mozolnie przeciskała się przez ruiny zbombardowanego miasta. Z poklejonego taśmą klejącą głośnika płynęły nuty „Whats up”. Kawałek dawno zapomnianej muzyki w dobie techno ambientu i fazy na drukowanych dragach. W świecie żyjącym tylko nocą gdzie kobiety zamawia się DHL stara muzyka była nowością. Tym bardziej, że płynęła z głośnika karetki, która jeździła na własnych kołach ulicami posiekanymi przez leje tysiąca megaton magmy, rozlanej plazmy i innego syfu uśmiercającego wszystko co żywe w przeciągu milisekund na przestrzeni miliona mil. Odległe rubieże frontu dawno zapomniane przez mega korporacje w nikt nie odwołał stacjonujących tam jednostek Trauma Teamu mimo, że były złożone tylko z pełnowartościowych ludzi.

 Android prowadzący samochód wyznaczał trasę po resztkach ulic. Wracali przez rumowiska przedmieść do posterunku jednostki do której zostali oddelegowani z centrali. Wojna trwała już trzy lata i nie było jej końca.

Wojna, którą politycy w swojej pustej mowie nazywali największą i najważniejszą w dziejach ludzkości. Miała dać nową nadzieję na dobrobyt i splendor społeczny a okazała się koszmarem bez końca, początku i sensu. Jak w każdej wojnie byli jacyś Oni, jacyś My, tylko tym razem ci “Oni” to nie byli współbracia ludzie, których można zabijać na milion wyrafinowanych i dobrze znanych sposobów tylko cyborgi a więc coś co kiedyś miało być super człowiekiem a okazało się super psycholem, w dodatku niebezpiecznym bo wyposażonym, na przykład w mini działko catlinga zamiast ręki, czy endoszkielet wolframowy dający hiper napęd lub siłę mogącą spokojnie podnieść mały czołg i ciskać nim jak piłką do szczypiorniaka.

Bezduszne, wciąż poprawiające swoje ustawienia sztuczne inteligencje o wiele lepiej rozwinięte od prostych ludzi. Żywy, morderczy dowód zachłanności i hipokryzji ludzkiej. Bo przecież filmy z lat 90 tych to tylko filmy, tak samo wykreowane przez ludzi futurystyczne obrazki bawiące gawiedź… Z tą myślą umarło pierwsze trzy miliardy ludzi. Następne jak szczury zaczęły przystosowywać się do szybko zmieniających się warunków, zaczęli myśleć. A wśród tych szczurów byli RATS oddziały ratowników medycznych wyspecjalizowanych w pomaganiu ludziom, ginącemu gatunkowi. Jednostki, które wcześniej były marginalizowane w społeczeństwie nagle stały się bezcenne.

Dwoje ratowników z martwym wzrokiem wpatrywało się w podłogę pojazdu. Po 48 godzinach walki o ludzkie życie na linii frontu jedyne o czym myśleli to cisza, pełna miska i ciepła prycz z kocem, po którym dla odmiany nie biegałyby swobodnie karaluchy i pluskwy. Lufy karabinów przewieszonych przez ramię zahaczały o kieszenie kamizelek na których wyszyte były emblematy czerwonego krzyża, półksiężyca i wadżry hinduskiej. Zabawne, że ludzie nadal wierzyli, że te symbole wzbudzą litość wśród maszyn…nie wzbudzały, były jedynie celem, widocznym celem, ale ludzkość nadal uważała, że symbole mają magiczną moc ochrony, w końcu to stanowiło element ich człowieczeństwa. Dla odmiany na drugim ramieniu tak konkretna dwójka miała wściekłego szczura z czerwonymi ślepiami i martwym eskulapem w łapkach. To skolej był symbol budzący groze wśród ludzi bo oznaczał elitarną jednostkę, która została powołana na samym początku wojny i działała w odwodzie oddziałów specjalnych wysyłanych do neutralizacji wyspecjalizowanych celów. Jednym słowem elita elit i lurpy których bali się wszyscy, którzy mieli chodź odrobinę oleju w głowie.  

Na twarzach uciekający pot rzeźbił kanały w brudzie, krwi, pyle i resztach bunkra, w którym operowali przez ostatnie dwa dni przy jedynej zdychającej lampie. Bunkry wysunięte daleko na peryferia były dziurami w ziemi przywalonymi płytami betonu gruzu i tego co zostało po ogrodzeniach, za nimi był już tylko mur a za nim wieczna pustynia, dzika kraina pełna najniebezpieczniejszych żywych stworzeń jakie kiedykolwiek widziało Night City.

Mimo, iż karetki jeszcze przed wojną wyposażone zostały w wyspecjalizowany system podtrzymywania życia nikt nie przewidział, że będzie on dosłownym pożeraczem energii elektrycznej jak i generatorem fal pozwalających z wozu zrobić jeżdżący cel z samo namierzaniem. Rozsądni ratownicy po stracie jednego z takich wozów wyłączyli wszystkie bajery przez co w dni cieplejsze gotowali się z powodu braku klimy. „Lepiej śmierdzieć, ale żyć niż umrzeć z chłodnym powietrzem na gębie” mawiał jeden z nich.

– Karen, na drodze znajduje się uszkodzony obiekt, mój termo wizjer sugeruje, że to nie maszyna, ale nie mam pewności. Zatrzymać się? – ciepły głos androida przypominał głos przedwojennego GPS niż robota reanimacyjno-bojowego mającego pod pancerzem granatniki i defibrylator w jednej komorze.

Brązowo oka ratowniczka popatrzyła na swojego starszego kolegę i westchnęła ciężko. Oboje wiedzieli, że sumienie nie pozwoli im przejechać obojętnie, nawet jeśli był to cyborg. Życie to życie bez względu czy białkowe czy z układów scalonych.

– Zatrzymaj w najbardziej bezpiecznym miejscu, włącz czujniki i odepnij się od sieci. Zróbmy się niewidoczni to może dojedziemy żywi do bazy. – Głos dziewczyny był cyniczny, ale ciepły.

Na kupie gruzu pod betonowo zazbrojoną płytą leżało ciało dziewczynki, na pierwszy rzut oka martwej. Zastygła z otwartymi oczami wyglądała jak przygnieciona lalka.

– Uważaj to może być…. – ratownik idący tuż za nią nie zdążył dokończyć, zresztą nie musiał oboje wiedzieli jak ryzykowne jest wychodzenie z pojazdu i jak często maszyny w trupach podrzucały ładunki wybuchowe.

– ROSC sprawdź z łaski swojej czy niema tu żadnych niespodzianek dla śmiertelnych proszę– Głos mężczyzny był niski spokojny i aksamitny. Półszeptem powiedziane słowa do laryngofonu zostały odebrane przez androida nazywanego prześmiewczo ROSC. Skinął głową na znak, że odebrał wiadomość po czym zaczął skaning w poszukiwaniu ładunków wybuchowych.

Ratownicy podeszli do dziewczyny w charakterystycznym szyku bojowym z podniesioną bronią gotową do strzału. Dziewczyna obstawiła szpicę, szpakowaty ratownik zajął tył. Przykucnął najbliżej dziewczynki. Nie odkładając broni ratowniczka zdjęła z jednej ręki nomeksową rękawiczkę, pod którą był nitryl, takie działanie dawało jedynie pozorną ochronę własną, ale dobrze wiedzieli, że niema czasu na zmiany rękawiczek i wiąże się to z odłożeniem broni na co absolutnie nie mogli sobie na razie pozwolić.

Zza pleców sięgnęła w stronę szyi poszkodowanej nadal obserwując otoczenie przed sobą. Byli tylko we dwójkę musieli kryć siebie nawzajem. Wymacała tętnicę na szyi i zaczęła liczyć w głowie do 10.

– Tramp, jest tętno…– podała z nieukrywaną nadzieją w głosie, pozostał tylko oddech, przyłożyła dłoń do twarzy dziecka i czekała. Ciepłe ledwo wyczuwalne powietrze pozostawiło krople na nitrylu. Oddech był przynajmniej coś co bardzo chciała by nim był.

– ROSC zbieraj dupę zabieramy ją do środka. – w głosie Karen dało się słyszeć zdenerwowanie. Wiedziała, że od tego momentu walczy w swojej walce, w walce z czasem i światem, który rzuca dwie karty na stół i nie wiadomo którą wybierze.

Android odpalił zdalnie silnik i podjechał karocą tak by zasłonić ratowników i dać swobodny dostęp do odsuwanych drzwi bocznych.

Tramp obrócił się i ocenił sytuację. Nie wyglądało to dobrze, w rzeczywistości wyglądało fatalnie, obie nogi dziecka przygniecione były betonem. Nie miało by to znaczenia, gdyby z nich nie wystawały pod skórą stalowe części mechaniczne które dawno temu zastąpiły kości, ścięgna i mięśnie pozwalając dziecku na zabawę i chodzenie.

– Cholera, mała widziałaś to? Ona ma bio wszczepy.

– No i? Z tego powodu ma umrzeć? Bo jest człowiekiem tylko w 66%?

– Przecież wiesz, że tak nie myślę, ale wiesz również, że ja się znam tylko na tkance miękkiej, nie jestem mechanikiem.

– Spoko poradzimy sobie z tym, na razie załóż stazy na obie nogi i rwiemy. Jak z człowiekiem.

– Poczekaj kobieto w gorącej wodzie kompana a sprawdziłaś jej świadomości jak jej wyharatasz nogi jak jest przytomna to padnie z bólu.

– Tak sprawdziłam jest nieprzytomna, ale ryzykować nie mam zamiaru – skinęła na ROSC-a który podszedł i z łatwością podniósł płytę, którą przygnieciona była ofiara. Teraz poszło już łatwo. Zabezpieczyli i zapakowali do karetki. Jak tylko zamknęły się za nimi drzwi android odpalił i z całą mocą silnika pognał do bazy. W pace rozgrywał się taniec tylko, że tym razem był to taniec wyczerpanych słoni, niż zgrabnych baletnic.

– Cholera nie mogę się wkuć, próbuj.

– Dobra mam, podaj płyny, ale mi ręce chodzą jak galareta.

– Podpięłaś ją,

– Nie, nie zdążyłam, podepniesz?

-Już to zrobiłem

– Damy jej MF

– Damy

– A co z tymi nogami?

– W dolnej szafie są trytytki, daj, zepnę największe przewody chłodnicze nie będzie wyciekał płyn i smar i zabezpieczę płytkę scaloną powinno wystarczyć, żeby nie było zwarcia na obwodach. Byle by chip w rdzeniu wytrzymał, bo będziemy się bawić z neuro wstrząsem.

– dobra ma tachy, ale wydolna, jeszcze… Ciśnienie?

– 60/0?!

– No to wykrakałaś ten wstrząs

– Kierowniku dojeżdżamy do bramek -głos ROSC-a wyrwał ich z pogoni myśli

 Drzwi paki zostały otwarte i do środka wszedł niski brunet z bliznami po ospie na twarzy. Nalana okrągła morda z daleka opisywała paskudny charakter. Bezceremonialnie rozejrzał się po pace karetki przejechał palcem po szafce po czym podszedł do noszy, na których leżała dziewczynka. Zmierzył ją wzrokiem, odgarnął ratowników, podszedł do głowy, przyłożył palce do tętnicy i czekał. Minuty nieubłaganie ulatywały wraz z kolejnym słabnącym oddechem i kolejnym uderzeniem serca. Kiedy linia monitora przestała skakać w charakterystyczny wzór odłożył palce i pozwolił karetce jechać. Ratownicy byli bezsilni, wiedzieli, że za nim stoją bezwolni ludzie i mierzą do nich z broni maszynowej. Jedyne co mogli zrobić to stać bezczynnie i czekać mordując posterunkowego w myślach na wszystkie znane im sposoby. Kiedy wychodził został zatrzymany silnym uściskiem ramienia. Dziewczyna miała śmierć w oczach, jego śmierć.

– nie zostawię tego, zapłacisz za to co zrobiłeś a ostatnią twarz jaką będziesz widział będzie moja. Rozumiesz?– Jak można było się spodziewać nie zrobiło to na nim większego wrażenia. Czół się panem i władcą życia i śmierci.

Po zamknięciu drzwi oboje rzucili się na ratunek, poszło wszystko co mieli w zapasach, ROSC jakby przeczuwając co się dzieje gnał po wyznaczonych drogach bazy z całą mocą wozu. Wpadli do sali Triagu potocznie zwanej „Warsztatem”. Przejął ich młody niski czarno włosy lekarz, który bez słowa zajął się kontynuacją walki. Oboje wyszli z Sali przez wejście i w milczeniu zapalili papierosy.

Po 6 godzinach siedzenia w brudzie i pyle, od czasu do czasu zasypiając z wyczerpania dowiedzieli się, że dziewczynka nie przeżyła. Podziękowali lekarzowi i poszli do swoich kwater. Dziewczyna w milczeniu wykąpała się, ubrała w cywilne ciuchy, wymalowała i poszła do kantyny.

Po paru drinkach z kapitanem, logistykiem i generałem wyszła z lekkim uśmiechem na twarzy.

Rano stała na drodze dojazdowej do bazy z satysfakcją odpalając papierosa, patrzyła na twarz posterunkowego, który ze łzami w oczach gramolił się do ciężarówki wyjeżdżającej na pierwszą linię frontu. Jak obiecała jej twarz była ostatnią jaką widział.

Wróciła do kantyny zabrała dwa kubki herbaty i poszła do śpiącego jeszcze rata. Usiadła przy jego pryczy i poczekała, jak się obudzi, podała mu kubek i uśmiechnęła się pełna ciepła i troski. Przetarł oczy, podniósł na ramieniu, upił łyk odwzajemnił uśmiech, położył kubek na ziemi, złapał jej kubek, odstawił, po czym zagarnął ją ramieniem na prycze, przytulił pozwolił położyć się obok i wtuleni poszli spać.

Dwa kolejne dni wlokły się w upale i znoju. Po śniadaniu bez smaku, godzinach na siłowni, spacerze wokół murów i niekończących się rozmów, wreszcie dostali nowe wezwanie, a raczej zostali na nie zaciągnięci do kwatery głównej. Było to tym dziwniejsze, że nigdy nie wchodzili aż na tak wysoki stopień. Zawsze dostawali informacje od przełożonego, że mają zbierać dupę i jechać na objazd po terenie, czasem na 4g a czasem 4 dni. Trzymali się razem bo inni niechętnie do nich podchodzili, dobrze wiedzieli dlaczego i bardzo im to pasowało. Potocznie nazywani „Szczurami”, budzili respekt i strach. Potrafili tak dobrze ratować ludzkie życie jak i je odbierać i robili to z równą precyzja i zaangażowaniem.

Wieść o odwiezieniu kolegi z posterunku na wieczną służbę rozszedł się piorunem co tym bardziej przestraszyło podrzędnych wojskowych przyzwyczajonych do wykonywania rozkazów i śmierci na zawołanie. Część pochwalała, część z nienawiścią patrzyła na dziewczynę. Jeden po głębszym usiłował siłowo przedstawić swój pogląd. Skończyło się na „warsztacie” i drutowanej szczęce. Po tym incydencie przestali podchodzić i tylko mierzyli wzrokiem z oddali co bardzo jej pasowało.

W kwaterze w sali z wielką mapą terenu na bilbordzie i długim stołem stali generał, dowódca sił rozpoznania, dowódca saperów, av, lotnictwa i inni. Jednym słowem wierchuszka. Jeśli w tym momencie pocisk walnął by w bunkier nie było by co zbierać z wojsk ludzi. Padło by wszystko. Rozejrzeli się po sali popatrzyli ze zdziwieniem na siebie.

-Rozumiem, że my dla zabezpieczenia tego nagłego walnego zgromadzenia?– Zapytał Tramp.

– Nie. Zostaliście wezwani ponieważ mamy dla was ważne zadanie a jesteście jedynymi tak doświadczonymi ratownikami w promieniu kilkuset mil.

– Mała obawiam się, że chcą nas zneutralizować, jak słyszę takie słowa, że jesteśmy „doświadczeni” to przypomina mi się tylko jedno zadanie tam też tak mówili-

– Jemen 6 tys. ludzi w trzy dni a myśmy mieli ich ratować, w 200 osób. Bo się komuś liczby pojebały.

-Zostaliście wtedy odznaczeni krzyżem walecznych.

-Szkoda, że nikt oficerów nie odznaczył młotkiem głupoty. – Dziewczyna uśmiechnęła się zacięcie przypominając sobie tę rzeź niewiniątek. Słowo „demage kontrol” nabrało wtedy zupełnie nowego brzmienia.

-Dosyć czułości, wszyscy znamy twoje możliwości i cięty język Karen. Oficer Mark do dzisiaj leczy szczękę i przez następne trzy tygodnie będzie pił zupę przez słomkę– generał był widocznie spięty ale dalej pozostawał przyjazny dla ratowniczki, to że nadal mógł przekładać kartki prawą ręką zawdzięczał jej szybkiej reakcji gdy oberwał odłamkami z bomby, którą podrzuciły drony tuż pod bramę trzy miesiące temu. Ona ustaliła nowy rekord prędkości w biegu po bazie a jej partner zestrzelił 4 śmigła w jednym secie.

– Do rzeczy. Dołączymy was do oddziału delta, który ma za zadanie odbicie jednego z neutranerów jakieś 200 mil za linią walk na terenie całkowicie objętym przez cyborgi. Nic nowego dla was. Macie doprowadzić do tego by zarówno nasi jak i neutraner wrócili żywi do jednostki.

– Nie wystarczy jego wszczep z danymi? A to nowość, mamy ratować całego człowieka, humanitaryzm wraca, niesłychane.

– Coś wam się nie podoba żołnierzu?! – narwany oficer AV wyraźnie zapienił.

– Pan się tak nie burzy bo panu ciśnienie skoczy a nie mam hiperek przy sobie– Trump spokojnie wpatrywał się stalowymi oczami w nalaną twarz oficera.

– To nam się nie podoba, że wysyłacie nas jak zawsze z minimalnym sprzętem daleko na tern wroga wierząc, że nikomu się nic nie stanie tylko dlatego, że będzie czerwony krzyżyk na ramieniu. Nie mamy czym ich leczyć jak oberwą. Jedziemy na rezerwach sprzętowych i znowu jest nas dwoje na osiem ludzi w jedną stronę i dziewięciu w drugą. Człowiek to nie maszyna nie zaspawam dziury byle blachą a na magazynie jest jedna trzecia hemostatyków niezbędnych do zabezpieczenia bazy, a co dopiero na wyjścia gdziekolwiek. Proszę pamiętać, że nie mamy części zamiennych w garażu, jesteśmy jednorazowego użytku. 

W Sali zapanowała przeciągająca cisza, którą przerwał generał.

– Dobra dość pierdolenia wszyscy wiemy jak wygląda sytuacja.

– To czemu nie spakujemy się i nie wyjedziemy stąd? Nikt o nas nie pamięta więc na cholerę tkwić na zadupiu, który dla nikogo nie jest ważny? – wszedł mu w słowo Trump.

– I właśnie dlatego chcemy zabrać tego gościa i się stąd zwinąć.

– Rozumiem, że on ma to co jest niezbędne? Co? Kody do kluczyków merola tego barana – dziewczyna skinęła głową na oficera AV, który nadal stał z opadniętą szczęką.

– To ściśle..

– Tajne, tak wiem, jak wszystko co jest jawne i dobrze znane. Ma kody do wjazdu do miasta, wiemy. Po co innego byłby potrzebny z tej strony Night City? Dobra daj plany, drogę ewakuacji i stan tych dzielnych rumaków, którzy będą go zgarniać. Odwalmy swoje i zabierajmy się stąd, ostatni hologram widziałam 3 lata temu. Mam trochę dość pyłu, który włazi w majtki i gryzie niemiłosiernie. Na twarzach panów pojawiło się zmieszanie równe zażenowaniu ale dalej trzymali fason. Do pokoju wszedł postawny przystojny młody facet ubrany jak typowy specjals. Kiwnął głową na zgromadzonych po czym zmierzył wzrokiem jedyną kobietę w sali i zdziwił się.

– To oni mają nas ochraniać? Sądziłem, że dostanę specjalistów a nie białogłowę i starca.

Panowie odruchowo zrobili krok do tyłu dając Karen przestrzeń ale ku wielkiemu zdziwieniu olała komentarz i nawet nie uraczyła przybyłego spojrzeniem. Pod nosem szepnęła tylko „kolejny kogut z wielkim grzebieniem i pustką w spodniach”. Po odprawie rozeszli się do pakowania sprzętu.

Na placu stały dwa wozy opancerzone gotowe do wyjazdu. Dwoje szczurów z plecakami i karabinami przyszło na miejsce jak wszyscy już byli gotowi. Gdy podchodzili do wozów zapadła cisza. Dowódcy jednostki z wrażenia spadł papieros. Dopiero w pełnym umundurowaniu widać było odznaczenia jednostki z której byli.

– Ja bardzo przepraszam nie wiedziałem– Przyznał gdy wsiedli do wozu. 

– Wielu rzeczy jeszcze nie wiesz synek, wielu rzeczy.. – Tramp uśmiechnął się podobnie jak szczur na jego ramieniu.

Jechali w ciszy, tłukący się wóz co jakiś czas podskakiwał na koleinach. Dojechali do ostatniego posterunku, odstawili wozy i ruszyli z buta w ruiny miasta. Oddział szybko zauważył, że ratownicy nie odstępują ani wytrzymałością ani tempem pomimo, że mieli dokładnie tyle samo kilogramów na grzbietach co oni. Na postojach trzymali się osobno jedząc to samo żarcie z menaszek, tylko nie odpalali ognisk co po pierwszych dwóch nocach zostało im wypomniane.

– Cyborgi tutaj działają na termowizji. Jak wypatrzą ciepło puszczą nam na zwiad wiazki z laserów, a mamy być podobno niewykrywalni. Już i tak wystarczy, że my jesteśmy ciepli nie potrzebujemy flary z informacją o naszych pozycjach, prawda?

– Skąd wiecie, że tu są jakieś cyborgi w ogóle? To martwe pola.

– Boże i oni są oddziałem specjalnym!? – dziewczyna była wyraźnie zniesmaczona. Zawlokła oficera pod wyłom w ścianie i pokazała jeszcze ciepłą plamę oleju, nic więcej nie trzeba było, chłopcy natychmiast weszli w tryb bojowo patrolowy i zaczęli iść szybciej do celu.

Trzeciego dnia ich dopadli, nie usłyszeli świstu pocisku dopóki nie walnął w ścianę nad nimi, cyborg który stał na dachu po drugiej stronie ulicy nie krył się zbytnio ale to, że nie trafił w nich świadczyło, że nie chciał ich zabić tylko poinformować że są bardzo niemile widziani.

-Kryć się !!- Karen wrzasnęła i przyskoczyła do najbliższej osłony opierając się plecami o Trampa, który już tam był. Jeden z żołnierzy odpowiedział ogniem i zmiótł cały dach deszczem pocisków. Nie wiele to dało bo z dwóch sąsiadujących budynków w odpowiedzi poleciała cała siła rażąca.

– Halix oberwał ! – to wystarczyło, wyskoczyła z zasłony doskoczyła do chłopaka i zaczęła go łatać. Rana nie była poważna ale ramię bryzgało posoką. Zacisnęła, złapała za klej, zalała dziurę po czym wpakowała ludzką żelatynę w tętnice szyjną. Chłopak zawył ale po 10 sekundach był już gotowy do walki. Drugi nie miał tyle szczęścia ale tym zajął się Tramp. Noga poszarpana odłamkami wyglądała paskudnie, po 5 min była oprawiona jak ryba na sushi. -Przeżyjesz chłopie, idź i graj bohatera dalej.

Po dwóch godzinach wymiany ognia nastała cisza… Niebezpieczna cisza.

– Ile masz w magu?– Tramp skulony podszedł do Karen. – Połowę i dwa pełne ale od godziny wale na simpu, żeby nie zeszło wszystko.

– Ok ja mam jeszcze trzy. Trzeba się stąd zwijać, gości trzeba podlać bo odpłyną. Idę do kierownika wycieczki.

Dowódca siedział oparty o ścianę i liczył naboje w magazynku. Na widok ratownika prawie wstał na baczność. – Nie wygłupiaj się chłopie bo cię odstrzelą. Jakiś plan wyjścia z tego przystanku? Wycieczka ciekawa ale chciałbym zobaczyć inne atrakcje.

-Przeczekamy do świtu i na ładowaniu baterii solarnych wymkniemy się. Czy do tego czasu dacie rade podłatać naszych?

– Po to tu jesteśmy, plan niezły. – klepnął po przyjacielsku chłopaka i podszedł z powrotem do dziewczyny, która zasłonięta murkiem patrzyła przez wyłom na ulice. Coś wyraźnie zaniepokoiło ją bo skupienie na twarzy sugerowało, że czegoś szuka wzrokiem w ruinach po przeciwnej stronie.

– co jest?

– nie co, tylko kto, widzisz tam? -wskazała na kamienice po przeciwnej stronie– co jakiś czas coś biega, małego ale nie zwierzę.

Podniósł kolimator karabinu do twarzy i popatrzył na kamienice, w tym momencie usłyszał krzyk dziewczyny.

-Jest!! – wyskoczyła zza wyłomu i popędziła prosto na ulice.

– Karen!! Wrzasnął za nią zdenerwowany– nie czas na heroizm wariatko, szlak!- Pognał za nią osłaniając przed wszystkim co mogło ją dopaść.

Dziewczyna wpadła w kamienice po czym wyniosła chłopca na środek ulicy. Położyła ostrożnie i zaczęła opatrywać, chłopiec drgał w konwulsjach co pewien czas sypiąc iskrami z rany na głowie.

– Cholera, Szlak trafił kondensator tlenu małego i chip. Dlatego ma drgawki, podaj mi Role i dwa kabzle tlenu. Trzeba go uspokoić. Nie zlutuje jak mi się tak trzęsie.

– Posrało cię!? Jesteśmy na środku ulicy. Zaraz nas rozwalą. Jak boga kocham zabije cie jak przeżyjemy– był ściekły ale posłusznie wyjął z kieszeni spodni co było potrzebne i podał za plecami. Czuł całym ciałem, że są bacznie obserwowani zarówno z jednej jak i z drugiej strony.

Dziewczyna uspokoiła chłopca, złapała za podręczną lutownice, zlutowała obwody na płytce skroniowej, wstrzeliła MF w szyje po czym poklepała lekko chłopca po twarzy. Otworzył cyber oczka, nastawił soczewki i uśmiechnął się.

– Słyszysz mnie?

– Tak proszę pani czy mogę już iść do domu? Mama się nie pokoi.

– Zmiataj dzieciaku zanim cie zastrzelą jedni albo drudzy.

Gdy chłopiec wstał, z ulicy miedzy kamienicami wyszedł postawny cyborg w płaszczu. Był bez broni i z podniesionymi rękami w górze. Podszedł do ratowników.

– Dlaczego? On nie jest wasz?

– Życie to życie a ja przysięgałam je bronić. – cyborg milczał przez chwilę jak by coś z dawnych czasów wróciło do jego pamięci.

– Puścimy was ale dajcie nam spokój.

– Zabierzemy co nasze i wynosimy się stąd ale będziemy musieli tu wrócić w drodze powrotnej z naszymi śmieciami.

– Puścimy was wtedy. Życie za życie. – Odwrócił się napięcie i poszedł z powrotem do kamienicy. Ratownicy wrócili do swoich

– Kierowniku, możemy ruszać dalej, puszczą nas?

– Że co?!

– Życie za życie ale radziłbym szybko się decydować mogą im się płytki przegrać i zmienią zdanie.

Chłopcy zebrali się jak by ktoś nasypał im rozżarzonych węgli w spodnie. W 30 sekund byli w pełnym rynsztunku gotowi do wymarszu.

W czwartej dobie dotarli pod właściwe współrzędne. …cdn

Koniec

Komentarze

Klontwo, ponad dwadzieścia trzy tysiące znaków to na pewno nie szort. Bądź uprzejma zmienić oznaczenia na OPOWIADANIE.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję za cenną uwagę już poprawiłam. 

Bardzo proszę. I również dziękuję. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

…cdn

Nie śmiem dyskutować z lożą ale to powyżej chyba bardziej wskazuje na fragment niż opowiadanie.

 

Z poklejonego taśmą klejącą głośnika

Bardzo nie ładne powtórzenie.

 

Wojna trwała już trzy lata i nie było jej końca.

Proponuje: Wojna trwała już trzy lata i nie było widać jej końca.

 

Bezduszne, wciąż poprawiające swoje ustawienia sztuczne inteligencje

Niby bez błędu ale nie podoba mi się. Dałbym: “Bezduszne, wciąż poprawiające swoje ustawienia zastępy sztucznej inteligencji”

skaning

Nie lepiej po prostu “rozpoczął skanowanie”?

 

Oddech był przynajmniej coś co bardzo chciała by nim był

Czegoś tu brakuje.

 

wiedziała, że od tego momentu walczy w swojej walce, w walce z czasem i światem, który rzuca dwie karty na stół i nie wiadomo którą wybierze.

Długie z powtórzeniem i mało zrozumiałe.

 

Poczekaj kobieto w gorącej wodzie kompana

 

Dałbym coś mocniejszego.

 

Przejął ich młody niski czarno włosy lekarz

Albo przyjął ich albo przeją pacjenta.

 

nie usłyszeli świstu pocisku dopóki nie walnął w ścianę nad nimi

Świst walną?

 

Jak boga kocham zabije cie jak przeżyjemy

 

Nie wiem czemu ale ten tekst zawsze mi się podoba

 

Fabułą tekstu ciekawa. Przyznaje się bez bicia że czytałem z trudem ale uważam że było to tego warte. A czemu z trudem?

Warsztat leży i kwiczy. To co ci wypisałem to na pewno nie wszystko.

Dialogi drętwe a zachowanie postaci momentami średnio realistyczne. (nie jestem ekspertem ale medycy rannego chyba najpierw niosą w bezpieczne miejsce a dopiero później go zszywają)

Mimo że lubię cięty język przemyśl jeszcze raz gdzie postać nie “bała by się” go zastosować (Niektórym nawet najbardziej pyskatym język siedzi grzecznie za zębami jeśli w pobliżu są wystarczająco ważne osobistości)

i Jeszcze jedno. Na początku piszesz o bezdusznych maszynach a później piszesz że pozwolili im przejść po uratowaniu jednego z nich. Czegoś chyba nie rozumiem.

 

Podsumowując tekst byłby dobry (a może nawet i bardzo dobry) gdyby nie wszelkiego rodzaju literówki, przecinki i te dialogi dwa na dziesięć.(czyli ogólnie warsztat) To wszystko sprawia że tekst jest obecnie słaby. Popraw go może poproś kogoś by ci pomógł z tym wszystkim a może wykluje się z tego coś naprawdę pięknego bo uważam że trzon (pomysł/fabuła) jest serio dobry.

Pisz to co chciałbyś czytać, czytaj to o czym chcesz pisać

Dziękuję za twoje uwagi, każda nauka jest cenną. co do bezdusznych maszyn jest to okreslenie generalizujące ktre w opaowiadaniu chciałam ukazać jako zakłamane że wcale takie nie są i jak wiele stygmatów przedstawianych przez ludzi jest zakłamane. Jeśli chodzi o swere medyczną to z doświadczenia wiem, że są dwie fazy “ Stay and play” gdzie zostaje się na miejscu zdarzenia i robi co jest potrzebne ( w tym przypadku zszywanie, lutowanie lub czynności wymagane na miejscu pozlwalające na szybkie opanowanie krwawienia) lub “loud and go “ kiedy zabieramy poszkodowanego z miejsca jak najszybciej i wieziemy do jednostki medycznej.  

Nad resztą popracuję jak troszkę ochłonę :) jak każdy pisarz biorę do siebie uwagi i potrzebuję trochę czasu by nad nimi przejść do porządku. Co nie zmienia faktu że jestem za nie wdzięczna.

 

p.s ( na dyzortografię mam papiery i nawet jak pięćdziesiąt razy poprawiam to i tak coś zawsze mi umknie :) )  

co do bezdusznych maszyn jest to okreslenie generalizujące ktre w opaowiadaniu chciałam ukazać jako zakłamane że wcale takie nie są i jak wiele stygmatów przedstawianych przez ludzi jest zakłamane

Jeśli wsadzisz to w usta postaci to okey ale jeśli mówi to “narrator” czytelnik przyjmuje to za prawdę niezbywalną. (przynajmniej ja)

 

Co do kwestii medycznej tak jak mówiłem nie jestem ekspertem.

 

Nad resztą popracuję jak troszkę ochłonę

Oki, nie ma problemu.

 

p.s ( na dyzortografię mam papiery i nawet jak pięćdziesiąt razy poprawiam to i tak coś zawsze mi umknie :) )  

 Polecam więc pisać w wordzie gdzie autokorekta wyłapuje część błędów a potem wrzucać na betalistę, gdzie zostanie wyłapana kolejna część błędów. Jak będziesz pisała kolejny tekst lub poprawiała ten zgłaszam się na bete. (Nie nadaje się do przecinków)

Pisz to co chciałbyś czytać, czytaj to o czym chcesz pisać

Jest źle. Piszesz, że jesteś kobietą i masz 34 lata, a ja przeczytałem coś, co wygląda na tekst 16-letniego młodzieńca, który chce pisać bardzo fajowe, szpanerskie i "amerykańskie" teksty, najlepiej w okularach lustrzankach i z wykałaczką w zębach.

Efekciarskie, napakowane sztampą i kalkami, pełne efekciarskich terminów, zwrotów i elementów świata przedstawionego.

Za dużo filmów akcji, za dużo Terminatora, za mało własnej inwencji, za mało uwagi na lekcjach języka polskiego.

Interpunkcja leży i kwiczy, leży zapis dialogów, zapis zaimków, zapis nazw, kompozycja i konstrukcja zdań. Kwiczą gramatyka z ortografią. Logika, sens i treść merytoryczna także leżą i kwiczą tuż obok. Właściwie wszystko leży.

A tak w ogóle to jest fragment i tak powinien być oznaczony. A ja nie musiałbym tego czytać.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Nowa Fantastyka