- Opowiadanie: Monique.M - Wiewiórczy psikus

Wiewiórczy psikus

Witam:)

Historia ponoć prawdziwa.

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Biblioteka:

katia72

Oceny

Wiewiórczy psikus

– Oddawaj walkmen! Tata kupił go mi!

– Ale kaseta Madonny jest moja! Weź w zamian piłkę.

Ruda otworzyła oczy. Jak tu można spać, kiedy dzieciarnia bawi się na podwórku, waląc piłką w dąb. Zero szacunku dla przyrody. Gryzoń przekręcił się na drugi bok, sięgając po kolejnego żołędzie do pochrupania. Łapka natrafiła jednak na pustkę. Zaspanymi oczętami wiewiórka rozejrzała się po swojej dziupli. Ani jednego żołędzia. Na ten widok ruda sierść zjeżyła się od czubka główki, aż po końcówkę puszystego ogona – chluby Rudej. Tylko spokojnie, nic takiego się nie stało. Mam przecież zakopane zapasy. Wychynęła z dziupli, rozglądając się dookoła. Tym razem nie zwracała uwagi na dziecięce zachwyty. Gdzie też posiałam te kryjówki? Biała pierzyna nie ułatwiała zadania, a wręcz je uniemożliwiała. Na widmo głodu pusty brzuszek zaczął burczeć. A tu dopiero dziesiąty grudnia! Serduszko prawie wyrwało się z piersi. A mama mówiła mi: nie leń się, tylko zrób duże zapasy. I nie podjadaj!

Uwagę wiewiórki zwróciła żółta taksówka, rzadki widok na osiedlu domków jednorodzinnych. Nagle w główce zaświtał pomysł. Siostra wspominała jej kiedyś o wyprawie do miasta. To zupełnie inny świat, mawiała. Nie było na co czekać. Złapała żółtą taksówkę, kiedy tylko ta zatrzymała się przed jednym z domów. Co prawda dach okazał się mało wygodnym miejscem na podróż, ale za to ten wiatr w futerku…

Podmiejski krajobraz pomału zastępowała zwarta zabudowa. Domy stawały się coraz wyższe a ruch na ulicy większy. Zewsząd leciała miła dla ucha melodia Jingle Bells, na zmianę z Englishman In New York, Stinga.

Wtem dostrzegła orzechy! Wnoszone przez ludzi do sięgającego chmur biurowca. Co prawda nie rozumiała czemu powiesili orzechy na gałęziach choinki – każdy głupi wie, że tam nie rosną, ale teraz nie miało to znaczenia. A ponieważ taksówka zatrzymała się w pobliżu, więc wiewiórka postanowiła również wysiąść. Wprost na kapelusz dystyngowanej damy. Może trochę trzęsło, ale za to nakrycie głowy okazało się bardzo wygodne, a i z wysoka świat wydawał się ciekawszy i bezpieczniejszy.

– Pani Wilson, jakie miłe spotkanie.

Żywa taksówka wiewiórki nagle zatrzymała się, obracając nieznacznie.

– A, witam. Nie zauważyłam pani w tym tłumie.

– A ja i owszem. Dzięki temu stylowemu kapeluszowi z rudą kitą! – zachwyciła się rozmówczyni. – Gdzie go można kupić?

– Aaaa… obawiam się, że nie rozumiem… Przepraszam, śpieszę się. Do widzenia, pani Brown.

Nie, nie, nie! Czemu skręcasz! Miałaś iść do tego ładnego budynku. Wiewiórka w ostatniej chwili zeskoczyła na ulicę. Nie myliła się, co do tego miejsca. To była istna dżungla, gdzie w każdej chwili można było zostać zdeptanym. Ludzie przemierzali zakorkowane ulice w tę i w tamą. Ruda zwinnymi susami uskakiwała spod szpilek i lakierek nim dotarła na miejsce. Szczęśliwa, już miała wbiec do środka, kiedy drzwi zatrzasnęły się tuż na jej pyszczku. Bolesna lekcja, nie poszła jednak w las. Ruda nie zamierzała się poddać. Rozejrzała się dookoła, aż dostrzegła rusztowanie. Teraz to było proste, jak zabrać dziecku orzeszka. Po rusztowaniu, wspięła się na pierwsze piętro, stamtąd przez otwarte okno weszła do środka i już zaczęła węszyć. Zwykły pokój z kilkoma biurkami i metalowymi szafkami. Nic ciekawego, a przynajmniej zjadliwego. Wyszła przez uchylone drzwi na korytarz. Przebiegła tuż przed elegancką panią, krzyczącą:

– Szczur!!!

Po czym pobiegła dalej.

Sama nie wiedziała ile już tak krąży. Pomału zaczęła podejrzewać, że nigdy się stąd nie wydostanie. Do kolejnych drzwi zwabił ją harmider. Może za nimi jest ulica i wolność? Pomyślała z nadzieją. Przystanęła na chwilę na tylnych łapkach, zabawnie poruszając noskiem. Próbowała coś wywęszyć, ale orzechy zniknęły na dobre. Ciekawość w końcu– przezwyciężyła strach. Wykorzystała moment, że ktoś wychodził i wślizgnęła się do środka. Ludzka wrzawa była ogłuszająca. Morze ludzi wpatrywało się w ogromne ekrany pozawieszane na ścianach i słupach. Jeszcze jeden telefon nie przestawał dzwonić, a już następny domagał się odebrania. Wiewióra, aż skuliła się przytłoczona napięciem wypełniającym całą salę. I oczywiście zero orzechów. Tego już za wiele! Wychodzę! Nie było to jednak takie łatwe. Plątanina korytarzy, wind i klatek schodowych mogła niejednej wiewiórce zamącić w głowie. Na szczęście instynkt jej nie zawiódł i trafiła do pomieszczenia z metalowymi szafkami skrywającymi wiele kolorowych kabli. Lekki powiew świeżego powietrza z lufcika był niczym wybawienie. Jednak zanim wyszła, postanowiła zrobić psikus, jaki zrobił niegdyś jej wujek w domu Hendersonów. Wybrała wyglądający najsmakowiciej kabel i przegryzła go.

 

Wielki zegar odmierzał czas.

– Mam sprzedawać akcje IBM?!

– Czekaj, czekaj na sygnał!

– Po ile stoją?

– Co?! Nie słyszę cię! Ciszej tam!

– Sprzedaję dwa tysiące sztuk po trzydzieści trzy.

– No stary, to szansa…

– Jest za wcześnie! Patrz na wskaźniki!

Nagle wszystkie ekrany zgasły. Maklerzy zamilkli. W tej ciszy szept jednego człowieka, zdawał się krzykiem:

– O rzesz kur…, giełda padła.

Koniec

Komentarze

Ludzie przemierzali zakorkowane ulice w tą i w tamą

w i w tamtą (chyba w domyśle stronę)

 

To jest wyraźnie opowiadanie drogi, co najmniej jak road movie :) Konstrukcja pozwala rozciągać przygody wiewiórki podróżniczki w nieskończoność, bo nie ma tu jakiegoś wydarzenia kulminacyjnego. Jeśli tak, to z przygodami można było bardziej zaszaleć, zerwać łańcuchy krępujące wyobraźnię, przekroczyć granicę logiki…

Zawsze można dopisać :)

Pozdrawiam!

Dzięki za odwiedziny:) Anonim już poprawiał.

W moim mniemaniu historia jest zamknięta, wszystko prowadziło do kulminacyjnej sceny:) Choć nie wykluczone, że Ruda jeszcze ma jakieś psikusy w zanadrzu ;).

Przyjrzałabym się przecinkom, ale nie czytało się źle ;)

Przynoszę radość

Sympatyczne ufantastycznienie historii ponoć prawdziwej :) Zabawne. 

smiley

Niestety przecinki to pięta Achillesowa Anonima. Ale jeszcze się im przyjrzę:)

Wywołało uśmiech, szczególnie zakończenie.

Troszeczkę chaotyczne, ale sympatyczne opko, a i Rudą da się polubić. :)

Cieszę się, że na plus :)

Ot, takie sobie przygody głodnej wiewiórki, szukającej pożywienia w wielkim mieście i taki sobie finałowy „psikus”.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hm, do mnie nie do końca trafiło. Po pierwsze, zastanawiam się, czy można to opowiadanie nazwać fantastyką, ale powiedzmy, że świadome wiewiórki łapią się do tej kategorii.

Po drugie, po kolorze futerka domyślam się, że Anonim opisał wiewiórkę polską, bo wiewiórki w Stanach są szare lub brązowe. Nigdy nie widziałam tam rudej. Są trochę większe od naszych i nie mają pędzelków na uszach. Krótko mówiąc – polska wiewiórka jest lepsza i słodsza pod każdym względem, ale jak znalazła się w Nowym Jorku?

Po trzecie, za mało wiarygodne uważam, że nikt tej wiewiórki nie spostrzegł. Nowy Jork może i jest pełen zabieganych ludzi, ale to naprawdę byłoby zauważone i nie wierzę, że ktoś pomyliłby ją ze szczurem. Ani nie wydaje mi się, żeby kogokolwiek w NYC zaszokował widok szczura – jest ich tam pełno. 

Może niepotrzebnie się czepiam takiej miłej opowiastki, ale jednak z tych powodów tekst nieszczególnie do mnie trafił. 

Dzięki za komentarz i uwagi:) Szkoda, że nie podeszło, ale chociaż uważasz ją za miłą opowiastkę – to zawsze coś:).

Tekst powstał szybko, na fali pomysłu i Anonim rzeczywiście nie sprawdził jak wyglądają tamtejsze wiewiórki. Teraz za późno na zmianę, ale to nauczka na przyszłość.

Ktoś jednak jeszcze spostrzegł wiewiórkę;)

Sympatyczne przygody uroczej wiewiórki. Podobało mi się :) 

smiley

Zabawne, podobało mi się. Mogłabym się przyczepić jedynie do tego, że za szybko zdradziłeś, gdzie trafiła wiewiórka ;)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Sympatyczne przygody głodnej wiewiórki. Dobrze się czytało. Ode mnie biblioteczny kliczek na zachętę :)

Miła bajeczka!

O dziwo, znów mam wrażenie, że trochę przegadana.

 

Z drobiazgów:

– “po kolejnego żołędzie” – literówka;

– “w tę i w tamą” – tudzież;

– “Wiewióra, aż skuliła się” – czemu wiewióra? źle to brzmi; i przecinek zbędny;

– “O rzesz kur…,” – specjaliści doradzają inną pisownię – https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/Ozez-ty;137.html 

 

Sympatyczna błahostka!

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Anonim dziękuje za pozytywny odzew i klika:) Błędy oczywiście poprawię po konkursie:)

Sympatyczne, chociaż fantastyka naciągana.

Mam nadzieję, że wiewiórce nic się nie stało podczas psikusowania.

Babska logika rządzi!

Fantastyki to tu faktycznie jak na lekarstwo ;) No, ale czytało się niezwykle przyjemnie. Na koniec nawet się uśmiechnąłem, chociaż po chwili dotarło do mnie, że nasza główna bohaterka pewnie się usmażyła…

Dzięki za kolejne komentarze :) Anonim wierzy, że jednak szybko puściła kabel i teraz śpi sobie w swojej dziupli:) Fantastyki rzeczywiście niewiele, ale Anonim liczył się z tym.

Przyjemna historia:)

Zgodziłabym się z Rossabele, że bardziej pasowałaby szara wiewiórka, tym bardziej, kiedy doszło do pomyłki ze szczurem.

Twist mi się podobał. Fantastyki nie za wiele, ale w końcu to fantastyczna wiewiórka:)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

smiley

Chyba po zakończeniu konkursy rzeczywiście zmienię na tę właściwą wiewiórkę.

Nawet sympatyczne :) Długie akapity trochę przeszkadzały w czytaniu, można by rozbić je na mniejsze.

 

Sugestie poprawek:

sięgając po kolejnego żołędzie do pochrupania

Literówka.

 

Domy stawały się coraz wyższe[+,] a ruch na ulicy większy.

Brakujący przecinek.

 

o prawda nie rozumiała[+.] czemu powiesili orzechy na gałęziach choinki

Jw.

 

Bolesna lekcja[-,] nie poszła jednak w las.

Zbędny przecinek.

 

Wykorzystała moment, że ktoś wychodził[+,] i wślizgnęła się do środka.

Brakujący przecinek.

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Dzięki za komentarz:) Po konkursie poprawię.

Urocza historyjka nie przekonuje. Nie wiem jak ją traktować – czy jak uroczą opowiastkę dla dzieci, czy może… no właśnie. Nie do końca wiem dla kogo jest ta wiewiórcza opowiastka. Ma swoje plusy, chociaż przyznam, że nie lubię czytać zbyt dużego nagromadzenia zdrobnień. 

Brzmi trochę jak bajka, ale kończy się giełdą – wątpię, aby dzieci wiedziały, co to takiego. Niby sympatyczne, ale właściwie nic poza tym, historyjka raczej niezbyt ciekawa czy oryginalna.

Zostaw ten żyrandol.

Całkiem sympatyczne, choć historyjka lekko naciągana. Ale czytało się bezboleśnie, a końcówka nie tylko zaskoczyła, ale i uśmiechnęła :)

http://altronapoleone.home.blog

Dziękuję za komentarze:)

Nowa Fantastyka