- Opowiadanie: GaPa - Tako rzecze Słowo

Tako rzecze Słowo

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Biblioteka:

Użytkownicy

Oceny

Tako rzecze Słowo

Pochylony w przód Dzwonnik powoli pokonywał schody. To był ten lepszy kierunek ― piął się do góry ― schodzenie wymagało zbyt dużego wysiłku. Przystawał co jakiś czas, niby to poprawiając marynarkę, ścierając nieistniejący kurz ze ściany. Ruszał dopiero, gdy oddech powracał do normalnego tempa. Otworzył skrzypiące drzwi, za nimi kończyła się część udostępniona zwiedzającym. Pojawiły się pęknięcia w murze, można było podziwiać precyzyjną robotę pająków. Wyjrzał przez okno. Miasto pławiło się w słońcu. Z Pałacu wyszła ubrana w skromną, ale elegancką sukienkę nauczycielka muzyki, sympatyczna kobieta. Przez chwilę się zastanawiał, czy nie udzielała zazwyczaj lekcji w inny dzień tygodnia, ale nie umiał rozstrzygnąć tej kwestii. Otarł pot z czoła i podjął wędrówkę. Coraz bardziej kręte schody przybliżały go do szczytu wieży.

Dotarł do swojego królestwa. Gospodarskim okiem zinwentaryzował wyposażenie dzwonnicy, sprawdził godzinę. Do południa ponad minuta. Spokojnie podszedł do malutkiego, ulubionego okienka. Gdyby wyjrzał w przeciwną stronę, niebo przesłaniałyby nowoczesne wysokościowce. Tutaj był panem świata! Nie oglądał go z żabiej perspektywy, tylko czuł się jak marynarz na bocianim gnieździe. Dachy Starego Miasta raziły miedziano-patynową łuną, potem była łysina Wzgórza, na której królował Pałac. Nagle zatrwożył się. Plugawe, metalowe monstrum zjeżdżało krętą serpentyną, kierując się do Centrum. Jeszcze zdąży nadać Sygnał!

 

Dzień był jasny, okna duże, więc szcze­gó­ły przed­sta­wia­ły się z nad­zwy­czaj­ną wy­ra­zi­sto­ścią. Roz­pacz oglą­dał scenę zbrod­ni. Nie­któ­re de­ta­le nie pa­so­wa­ły do wy­po­sa­że­nia zwy­kłe­go miesz­ka­nia w bloku. Roz­rzu­co­ne tu i ów­dzie strzę­py kosztownych tka­nin, ro­ze­rwa­ny sznur dro­go­cen­nych pereł. Zwle­kał, ale w końcu skon­cen­tro­wał wzrok na sto­ją­cej w ka­łu­ży krwi wa­liz­ce, do któ­rej upchnię­to drob­ne ciała. Dzwon jęknął po dwakroć i nieoczekiwanie zamilkł. Na jego dźwięk sto­ją­cy w otwar­tych drzwiach chło­piec upu­ścił za­krwa­wio­ny nóż, ale wy­da­wał się tego nie za­uwa­żać. Nawet nie drgnął. Nie zareagował też, gdy dzwon podjął pracę, tym razem wybijając w równych odstępach dwunastą.

Wiedział, że dziecko nie może go usłyszeć. Pomimo tego Rozpacz przemówił, głosem wibrującym od goryczy.

― Nie mo­głeś wy­trzy­mać, co? A teraz wszyst­ko się zga­dza, roz­pusz­czo­ny ba­chor i po­ukła­da­na dziew­czyn­ka…

Zgęstki mroku, warujące do tej pory w rogach pomieszczenia, zaczęły pożerać światło. Coś dziw­ne­go dzia­ło się z po­wie­trzem, roz­my­wa­jąc kon­tu­ry, za­kłó­ca­jąc per­cep­cję. Nie­od­wra­cal­ne. Z racji swej do­me­ny rozpięta była na róż­nych pla­nach cza­so­wych; od teraz w przy­szłość, prze­szłość. Spa­ja­ła wątki, cią­gnąc nie­wi­dzial­ne nici po­mię­dzy wy­da­rze­nia­mi, przybijając żałobne pieczęcie na kartach osobistych kalendarzy. Nawet Roz­pacz z tru­dem zno­sił jej obec­ność. Cier­piał. Mak­sy­mal­nie się skon­cen­tro­wał, aż do­strzegł jej po­są­go­wą twarz. Ski­nął głową. Nie od­po­wie­dzia­ła w żaden spo­sób. Chwi­lę wpa­try­wa­li się w sie­bie, nawet nie mrugnęła. Jej obec­ny-nie­obec­ny wzrok promieniował mocą, któ­rej nie mógł spro­stać. Po­czuł mdło­ści.

Chło­piec od­wró­cił się i za­czął scho­dzić po scho­dach. Roz­pacz zna­lazł się na klat­ce scho­do­wej. Pa­ni­ka, w sza­tach może nawet bar­dziej po­tar­ga­nych niż u chłop­ca, rzu­cał się bez­wład­nie, zsyn­chro­ni­zo­wa­ny z cha­otycz­nym torem ruchu dziec­ka. W każ­dym miej­scu, gdzie chło­piec do­tknął ścia­ny, zo­sta­wa­ły ślady. Obec­ność wichrującej stru­mie­nie czasu Nie­od­wra­cal­ne była tak silna, że smugi zmie­nia­ły barwy, raz lśni­ły krwi­sto­czer­wie­nią, by po chwi­li zmie­niać się w sczer­nia­łe plamy albo znik­nąć cał­ko­wi­cie, jakby już lub jesz­cze ich nie było.

Gdy Pa­ni­ka zno­kau­to­wał się o rury cie­płow­ni­cze, chło­piec znie­ru­cho­miał. Ści­snął głowę, jakby chciał ją zmiaż­dżyć, nie otwie­ra­jąc ust wydał z sie­bie prze­ra­ża­ją­cy dźwięk, ni to sko­wyt, ni jęk. Potem ru­szył sztyw­no. W jego cho­dzie było coś nie­po­ko­ją­co nie­ludz­kie­go, jakby prze­mie­nił się w po­psu­tą za­baw­kę, zo­stał p r z e n i c o w a n y.

Wyprostowaną ręką otwo­rzył drzwi i sta­nął na chod­ni­ku. Po prze­ciw­nej stro­nie ulicy zo­ba­czył mamę, która…

…od razu go roz­po­zna­ła, cho­ciaż w jego syl­wet­ce było coś dziw­ne­go, jakby pa­trzy­ła przez znie­kształ­co­ną so­czew­kę. Za­mru­ga­ła, ale przed ocza­mi wciąż tań­czy­ły mrocz­ki, obraz był nie­wy­raź­ny. Serce zatrzepotało, bo ― cho­ciaż zda­wa­ło się, że ich spojrzenia się skrzyżowały ― nie od­po­wie­dział na uśmiech. Krzyk­nął, peł­nym bólu i lęku gło­sem. Rzu­cił się do uciecz­ki, jak gdyby to jej się oba­wiał. Dzie­li­ła ich szosa, po któ­rej z de­fi­ni­cji mogły prze­miesz­czać się tylko po­jaz­dy. Po­gna­ła do przej­ścia. Wo­ła­ła go, ob­ser­wu­jąc zmniej­sza­ją­cą się po­stać, ale nie re­ago­wał. Wy­raź­nie wi­dzia­ła, jak za­trzy­mu­je wiel­ką, czar­ną li­mu­zy­nę. Do­bie­ga­ła, gdy pulch­na, przy­stro­jo­na pier­ście­nia­mi dłoń otwo­rzy­ła drzwi. Syn wy­raź­nie się uspo­ko­ił. Usły­sza­ła tylko, jak pyta “Masz może cu­kier­ka?” i oto stała, krzycząc z bezsilności, oto­czo­na spa­li­na­mi i ry­kiem od­da­la­ją­ce­go się sil­ni­ka.

Była zdez­o­rien­to­wa­na. Ab­sur­dal­na sy­tu­acja, wszyst­ko po­sta­wio­ne na gło­wie. Za­cho­wał się zu­peł­nie od­wrot­nie, niż po­wi­nien. Przecież musiał słyszeć Sygnał, po którym opustoszały chodniki. Oczy­wi­ście roz­po­zna­ła auto, było je­dy­ne w swoim ro­dza­ju. Sam Wład­ca prze­mie­rzał nim ulice Me­tro­po­lii. O losie bezdomnych lub nieostrożnych dzieciaków, które dały się zwabić na przejażdżkę, krążyły straszne opowieści. Mu­sia­ła coś wy­my­ślić, jak naj­prę­dzej, po­li­cja była sko­rum­po­wa­na, nie mogła li­czyć na ni­czy­ją pomoc. Wciąż jest na­dzie­ja. Myśl, myśl!

Pod sto­pa­mi po­czu­ła drże­nie. Wie­dzia­ła, co to ozna­cza. W nieodległym, gó­ru­ją­cym nad mia­stem Pa­ła­cu-La­bi­ryn­cie zmie­nił się układ ko­ry­ta­rzy. Był to pro­ces zu­peł­nie lo­so­wy, po­zba­wio­ny ja­kiej­kol­wiek kon­tro­li. Mogła sobie wy­obra­zić, jak służ­ba wy­bie­ga, pe­ne­tru­jąc przej­ścia, wy­ty­cza­jąc nowe szla­ki. Ona oczy­wi­ście nie mu­sia­ła­by tego robić. Uczy­ła Księ­cia mu­zy­ki i któ­re­goś razu po­zna­ła Ta­jem­ni­cę. Plan się skry­sta­li­zo­wał. Uj­rza­ła szan­sę. Każdy kocha swoje dzie­ci.

Zde­ter­mi­no­wa­na ru­szy­ła w kie­run­ku lśnią­cych wie­ży­czek. Cze­ka­jąc na zmia­nę świa­teł na znaku ze strzał­ką w lewo do­strze­gła na­klej­kę. Li­ter­ki były małe, mu­sia­ła się pochylić, by je od­czy­tać. Napis brzmiał “prawo”. Dy­so­nans był nie do znie­sie­nia. Za­śle­pi­ła ją furia.

 

Od­zy­ski­wa­ła świa­do­mość.

― Już, już, już. Spo­koj­nie.

Współ­czu­ją­cy, ła­god­ny głos na­le­żał do star­sze­go męż­czy­zny, w którym rozpoznała Dzwonnika. Wpa­try­wa­ła się w po­ra­nio­ne dło­nie, po­ła­ma­ne pa­znok­cie. Na­klej­ka znik­nę­ła, do­słow­nie zdra­pa­na ze sta­lo­we­go słupa. Cięż­ko dy­sza­ła, wciąż nie mogąc do sie­bie dojść.

― Ech, jako gów­nia­rze też ro­bi­li­śmy takie “psi­ku­sy”, na­le­pia­jąc na chy­bił-tra­fił na­klej­ki. Cza­sem któ­raś nie pa­so­wa­ła… Po­trzeb­na pomoc? Może za­pro­wa­dzę panią na po­go­to­wie?

Po­krę­ci­ła prze­czą­co głową. Czuła na sobie wzrok star­ca, gdy pod­ję­ła prze­rwa­ną wę­drów­kę.

 

Budowla była olbrzymia. W do­ty­ku mury Pa­ła­cu-La­bi­ryn­tu były cie­płe, miło-szorst­kie, spra­wia­ły wra­że­nie ży­we­go or­ga­ni­zmu. Za­mknę­ła oczy. Usu­nę­ła z umy­słu wszyst­kie po­ję­cia, zna­cze­nia. Ro­bi­ła miej­sce na nowy język. Stra­ci­ła ra­chu­bę czasu. Za­śpiew jak zwy­kle po­ja­wił się nie­za­po­wie­dzia­nie. Po pro­stu w pew­nym mo­men­cie zdała sobie spra­wę, że już od ja­kie­goś czasu roz­brzmie­wa czy­sto, kla­row­nie. Dźwię­ki sta­wa­ły się zna­ka­mi, wy­ra­że­nia­mi opi­su­ją­cy­mi lo­ka­li­za­cję taj­nych przejść, ko­ry­ta­rzy. Układ po­miesz­czeń użyt­ko­wych nigdy się nie zmie­niał. Zna­jąc umiej­sco­wie­nie celu, dzię­ki tym in­for­ma­cjom można było od­na­leźć drogę. Z ocią­ga­niem od­su­nę­ła się od ścia­ny. W rytm ga­lo­pu nie­rów­no bi­ją­ce­go serca ru­szy­ła do kom­na­ty Księ­cia.

Ko­ry­ta­rze pro­mie­nio­wa­ły przy­jem­nym w od­bio­rze świa­tłem. Za każ­dym razem, gdy sły­sza­ła ludz­kie głosy zmie­nia­ła trasę, cho­ciaż nie­kie­dy trud­no było zlo­ka­li­zo­wać źró­dło dźwię­ku. Czyż­by nawet echo nie mogło od­na­leźć drogi w za­wi­łym la­bi­ryn­cie skrzy­żo­wań, scho­dów, przejść? Za­pa­dła w ro­dzaj transu, sta­jąc się ka­mer­to­nem har­mo­nij­nych dźwię­ków Za­śpie­wu. Gdy do­ty­ka­ła ścian, by od­czy­tać wska­zów­ki do­ty­czą­ce dal­szej wę­drów­ki, nie­kie­dy miała wra­że­nie, że mur wy­brzu­sza się, jakby z prze­ciw­nej stro­ny na­pie­ra­ła jakaś ol­brzy­mia, plu­ga­wa, ale jed­no­cze­śnie pełna sło­dy­czy i po­cią­ga­ją­cych obiet­nic siła. W noz­drzach czuła za­pach per­fum “Oni­rycz­ne nr 5”. Na fali słod­ko-gorz­kich wspo­mnień wy­pły­nę­ła po­stać jej za­gi­nio­ne­go męża, skry­to­prag­ma­ty­ka. Ofuk­nę­ła się, dość fan­ta­sma­go­rii. Ze zdu­mie­niem od­kry­ła, że stoi u celu, jakby pod­świa­do­mie nie wie­rzy­ła, że misja się po­wie­dzie. Fakty nie kła­ma­ły ― pa­trzy­ła na pięk­nie rzeź­bio­ne, dę­bo­we drzwi ba­wial­ni Księ­cia. Złote gwoź­dzie błysz­cza­ły ni­czym gwiaz­dy pierwszej mroźnej nocy.

Czuła się wy­cień­czo­na, a prze­cież to jesz­cze nie ko­niec. Uczy­ła Księ­cia mu­zy­ki, więc jej obec­ność nie po­win­na wzbu­dzać po­dej­rzeń. Na­bra­ła głę­bo­ko po­wie­trza i na­ci­snę­ła klam­kę z rzeź­bą kro­gul­ca. Za­krwa­wio­ne dło­nie skry­ła za ple­ca­mi. Na szczę­ście ubra­na w far­tu­szek służ­by ko­bie­ta roz­po­zna­ła ją od razu. Wy­raź­nie ucie­szy­ła się na myśl o prze­rwie. Nim wy­szła jesz­cze prze­sad­nie udała, że ście­ra pot z czoła. Królewski potomek mu­siał dzi­siaj szcze­gól­nie do­ka­zy­wać. Obie prze­wró­ci­ły ocza­mi i uśmiech­nę­ły się do sie­bie po­ro­zu­mie­waw­czo.

Już po chwi­li zro­zu­mia­ła wyraz twa­rzy udrę­cze­nia słu­żą­cej. Ksią­żę był dzi­siaj w nad­zwy­czaj ka­pry­śnym na­stro­ju. Miała ocho­tę na opa­sce, kry­ją­cej puste oczo­do­ły (oczy nie­zwłocz­nie zo­sta­ły chi­rur­gicz­nie usu­nię­te, gdy tylko zo­rien­to­wa­no się, że nie widzi), na­pi­sać “za­słu­ży­łem na klap­sa” i wy­mie­rzyć karę. Speł­nia­ła jego za­chcian­ki, śpie­wa­jąc ry­mo­wa­ne ba­śnie pełne nie­sa­mo­wi­tych przy­gód Ksią­żąt, po­ta­jem­nie wy­kra­da­ją­cych się ze swych sie­dzib.

Opo­wie­ści padły na po­dat­ny grunt. Aż zro­bi­ło jej się żal, tak smut­ny miał gło­sik.

― Mnie nigdy nie pusz­cza­ją sa­me­go na ze­wnątrz, nawet jak roz­ka­żę Stra­żom. Król nie po­zwo­lił…

― Cóż, mam pe­wien po­mysł, ale mu­siał­byś za­cho­wać go w ta­jem­ni­cy. I zro­bić do­kład­nie to, co ci po­wiem.

― Na­ka­zu­ję ci wy­ja­wić ten po­mysł! Ja bar­dzo, bar­dzo bym chciał! Wszyst­ko za­pa­mię­tam!

― Po pierw­sze, mu­sisz za­brać ze sobą sio­strę.

― Nie wiem jak do niej tra­fić. We­zwij lek­ty­kę, nie­chaj za­nio­są mnie tam nie­zwłocz­nie!

― Nie, mu­sisz pójść sam, ina­czej się nie wy­mkniesz. Ja nie mogę cię za­pro­wa­dzić, nie mam wstę­pu do kom­nat Księż­nicz­ki, ale zdra­dzę ci, jak zna­leźć do niej drogę.

Ignorując ból pil­ni­kiem do pa­znok­ci wy­kro­iła sobie ka­wa­łe­czek ucha. Krwawy strzępek wy­mie­sza­ła z mar­ce­pa­nem i dała Księ­ciu do zje­dze­nia. Z tego co znalazła pod ręką spreparowała prowizoryczny opatrunek, tamując ciepły strumyczek gęstej cieczy, łaskoczący szyję. Za­pro­wa­dzi­ła chłopca pod ścia­nę, przy­tknę­ła drob­ne dło­nie do ścia­ny i śpie­wa­ła mu, aż nagle jego per­li­sty śmiech wy­peł­nił kom­na­tę.

― Ro­zu­miem! To słowa! Tłu­ma­czą jak można przejść La­bi­rynt!

― Pa­mię­taj Ksią­żę, to Ta­jem­ni­ca. Wsłu­chaj się teraz do­kład­nie. Za­śpie­wam ci, gdzie znaj­dziesz sio­strę oraz Ta­jem­ną Furtę, przez którą nie­zau­wa­że­ni czmych­nie­cie z Pa­ła­cu.

Pa­mięć miał fe­no­me­nal­ną, bez­błęd­nie za­pa­mię­tał dźwię­ko­we ko­or­dy­na­ty.

― Zapiszę in­struk­cje, które wręczysz sio­strze. Za­śpiew do­pro­wa­dzi was do Furty. Tam się spo­tka­my. Gdyby jed­nak coś mnie za­trzy­ma­ło, opi­szę wam drogę do bez­piecz­ne­go schro­nie­nia. Pa­mię­taj, to bar­dzo ważne, by­ście przed wyj­ściem z Pa­ła­cu za­ło­ży­li spe­cjal­ne stro­je.

― Pe­le­ry­ny-nie­wid­ki? Jak w bajce?

― Do­kład­nie, ma­gicz­ne pe­le­ry­ny, dzię­ki któ­rym nie bę­dzie­cie się wy­róż­niać w Mie­ście. Wiesz prze­cież, co się dzie­je, gdy nie ma do­pa­so­wa­nia? Gdy zna­cze­nie wy­ra­zu nie zga­dza się z tym, co opi­su­je?

Z roz­tar­gnie­niem przy­tak­nął głową. Dzie­cin­ne py­ta­nie, to prze­cież oczy­wi­ste, umysł wtedy ucie­ka i dzie­ją się strasz­ne rze­czy, do­pó­ki nie doj­dzie do Wy­rów­na­nia. Wie­dzą o tym nawet nie-mo-wla-ki! To wszyst­ko mi­mo­cho­dem prze­mknę­ło mu przez głowę, bo my­śla­mi prze­mie­rzał już ta­jem­ne kra­iny. Był pul­su­ją­cą iskrą; Kor­sa­rzem, Ry­ce­rzem, Łowcą Smo­ków. Przy­go­da była na wy­cią­gnię­cie ręki. Nie mógł się do­cze­kać. Nie było wąt­pli­wo­ści, że na­kło­ni sio­strę do współ­pra­cy. Za­wsze ro­bi­ła, o co ją po­pro­sił lub co jej roz­ka­zał. Była praw­dzi­wie do­brze wy­cho­wa­ną Księż­nicz­ką.

Ko­bie­ta przelała na papier in­struk­cje. Raz jesz­cze przej­rza­ła w my­ślach plan. Wy­da­wał się spój­ny. Chło­piec da radę, jego ułom­ność spo­wo­do­wa­ła roz­wój in­nych zmy­słów, słuch miał wprost fe­no­me­nal­ny, dla­te­go tak łatwo przy­jął dar Za­śpie­wu. Już miała mu otwo­rzyć drzwi, gdy tar­ga­na wąt­pli­wo­ścia­mi zmie­ni­ła zda­nie. Droga przez La­bi­rynt nie nio­sła ksią­żę­cej parze żad­ne­go za­gro­że­nia, tego była pewna. Co jed­nak dalej? Gdyby miała pro­blem z do­tar­ciem do Furty, czy nie wy­stra­szą się i nie za­wró­cą? A jeśli jednak pójdą? Droga nie była daleka, wskazówki precyzyjne, ale czy nie będą się za­nad­to wy­róż­niać po­śród prze­chod­niów? Mogła li­czyć na Księż­nicz­kę w kwe­stii wy­bo­ru stro­ju? Dro­gie, wy­myśl­ne ubra­nia Księ­cia pa­so­wa­ły do bo­ga­te­go wy­stro­ju kom­na­ty, pa­ła­co­we­go blich­tru, jed­nak w oto­cze­niu współ­cze­sne­go Mia­sta by­ły­by szo­ku­ją­cym dy­so­nan­sem. Po chod­ni­kach cho­dzi­li zwy­kli lu­dzie, ucznio­wie, zbun­to­wa­na mło­dzież, ale nie ro­dzi­na kró­lew­ska w baśniowych wprost strojach!

Zde­ter­mi­no­wa­na za­gry­zła wargi. Nucąc raz jesz­cze lo­ka­li­za­cję Taj­nej Furty, by uspo­ko­ić pod­eks­cy­to­wa­ne­go Księ­cia, za­czę­ła prze­szu­ki­wać jego gar­de­ro­bę. Zna­la­zła szatę, którą można było wziąć za zwy­kły, dzie­cię­cy płasz­czyk. Za­rzu­ci­ła mu ją na ra­mio­na.

― Ma­gicz­na pe­le­ry­na! – krzyknął z emfazą.

Lekko za­pro­te­sto­wał, gdy zdję­ła ksią­żę­cą ko­ro­nę.

― Sio­stra swoją rów­nież musi zo­sta­wić w Pa­ła­cu ― po­wie­dzia­ła po pro­stu. ― To ko­niecz­ne. Macie to zapisane i podkreślone, ale przy­po­mnij jej, żad­nych wy­myśl­nych sukni. Naj­le­piej pe­le­ry­na, po­dob­na do two­jej. Aha, gdy­by­ście sami do­tar­li do celu za­no­to­wa­łam rów­nież, gdzie znaj­dzie­cie stro­je, w które na­tych­miast mu­si­cie się prze­brać. Stoi tam wa­liz­ka, w którą mo­że­cie scho­wać swoje rze­czy. Trze­cie pię­tro. Drzwi nigdy nie za­my­ka­my na klucz. Po pro­stu trzy­maj­cie się in­struk­cji. Ach, co to bę­dzie za przy­go­da!

Była pewna, że Księż­nicz­ka znaj­dzie coś od­po­wied­nie­go po­śród ubrań jej syna. Sama za­su­ge­ro­wa­ła zwy­kłe dresy. Do Wład­cy bę­dzie mogła zwró­cić się do­pie­ro, gdy upew­ni się, że ksią­żę­ca para znaj­du­je się w jej miesz­ka­niu. Nawet ten okrut­nik i tyran bę­dzie mu­siał się ugiąć pod takim szan­ta­żem. Ksią­żę i Księż­nicz­ka w za­mia­n za jed­ne­go, zwy­kłe­go, naj­uko­chań­sze­go chłop­ca. Jego wspo­mnie­nie wy­ru­go­wa­ło wszel­kie wąt­pli­wo­ści. Otwo­rzy­ła drzwi i pełen za­pa­łu mło­dzie­niec wy­ru­szył, jedną dło­nią wo­dząc po ścia­nie.

Za­dy­go­ta­ła. Do­pie­ro teraz zdała sobie spra­wę, w jak wiel­kim na­pię­ciu dzia­ła­ła. Gdy zni­kał za za­krę­tem nagle jego syl­wet­ka wy­da­ła się łu­dzą­co po­dob­na do syl­wet­ki jej syna. Po­wie­trze za­wi­ro­wa­ło i znowu po­czu­ła dziw­ną nie­moc sku­pie­nia wzro­ku, ale uczu­cie było dużo bar­dziej in­ten­syw­ne i nie­przy­jem­niej­sze niż po­przed­nio. Wszyst­ko pul­so­wa­ło, tra­ci­ło kształ­ty. Rzeczywistość rozszczepiała się; jed­no­cze­śnie wędrowała ko­ry­ta­rza­mi La­bi­ryn­tu i patrzyła na swoje miesz­ka­nie, wyglądające jak po odwiedzinach olbrzyma, który znudzony potrząsał meblami, wysypując ich zawartość. Zaschnięte, sczerniałe ślady zdobiły ściany, podłogę, wypchaną walizkę. Erupcja bólu zdmuchnęła myśli, paląc żywym ogniem w samym cen­trum świa­do­mo­ści. Ze­mdla­ła.

 

Kiedy od­zy­ska­ła przy­tom­ność, ze zdu­mie­niem od­kry­ła, że znaj­du­je się w Pa­ła­cu. Była zdez­o­rien­to­wa­na. Prze­cież nie miała dzi­siaj udzie­lać lek­cji? Pod­nio­sła dło­nie do oczu. Zmarsz­czy­ła brwi. Widok wy­pie­lę­gno­wa­nych dłoni, sta­ran­nie po­ma­lo­wa­nych pa­znok­ci wy­wo­ły­wał nie­po­ko­ją­ce wra­że­nie, ale nie umia­ła okre­ślić, co się za nim kryło. Czuła, że umyka jej coś nie­sa­mo­wi­cie waż­ne­go, ale im­pre­sja szyb­ko zni­kła, ni­czym senny majak. Zresz­tą nie­waż­ne, mu­sia­ła wra­cać. Wkrótce południe, prze­cież za chwi­lę jej syn kończy szkołę. Na pewno zdzi­wi się, kiedy wróci do domu i ni­ko­go nie za­sta­nie.

Koniec

Komentarze

Opowiadanie było fascynujące! Nie wiem, dlaczego jeszcze nie ma tu komentarzy, ponieważ ten tekst zdecydowanie warto przeczytać. Działania bohaterów początkowo są niejasne, ale linijka po linijce coraz lepiej można było zrozumieć logikę tego uniwersum. Postać syna i księcia są połączone, to przez wypaczające działanie Nieuniknionego obserwujemy wydarzenia w taki sposób, nie mylę się?

@Ge­ki­ka­ra – heh, taki spoiler w pierwszym komentarzu ;)

Tak, ta Nieodwracalne jak dla mnie tutaj – dosłownie – namieszała… (zgodnie z zamysłem autora ;)

 

pzdr

(| – _ – |)

Hmm. Pomysłowe i nastrojowe. Sceny w pałacu ładnie napisane. Dla mnie jednak początek nieco zbyt chaotyczny, nawet jak na weird. Ale intrygujące, zostaje w pamięci. 

@ni­ne­din – zostaje, ale czy na długo ;)

pzdr

@(_)@

Nie będę czekała z niecierpliwością na komentarze. Napiszę to, co sama myślę i skarżę do biblio. Nawet nie łamię przy tym swoich zasad, gdyż opko było wyborne już wtedy, gdy je pierwszy raz czytałam. 

Za co klik:

* bardzo dobra miniatura, historia zamknięta w niewielkim pudełku,

* misterna konstrukcja,

* napisane w sposób, który budzi mój zachwyt,

* oryginalne, przejmujące i dynamiczne,

* prawdziwy science weird, a takich jest cholernie niewiele,

* hasło silnie odwzorowane w opku.

 

(¬_¬”)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Hej Asylum, fajnie że zasmakowało i ciągle smakuje ;)

 

pzdr

‿( ́ ̵ _-`)‿

Zgłosiłam do piórka.

 

-

ʘ‿ʘ

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Fajnie, że tak przypadło. Czy też przedwczesne Prima aprilis? ;)

 

3mka

d(^o^)b¸¸♬

Próbowałem, ale odpadłem po kilku akapitach. Widzę w komentarzach powyżej, że nie tylko ja z tym początkiem mam problem, ale skoro z tych samych komentarzy wynika, że potem jest lepiej, to może jeszcze spróbuję.

Oj tam, oj tam, wilk jesteś, nie pękaj. Jak napisał Gekikara ,"Działania bohaterów początkowo są niejasne, ale linijka po linijce coraz lepiej można było zrozumieć logikę tego uniwersum". Gekikarze nie wierzysz?

pzdr

––

\m/_(>_<)_\m/

No to kapa, bo ja jestem czytelnikiem, który lubi poplątanie, a Ty mnie tu straszysz, że dalsza część tekstów tego atutu nie ma :-( Od tekstu odpadłem ze względu na sposób, w jaki początek jest napisany. Jak wspomniałem, pewnie spróbuję jeszcze raz, ale musi być przerwa na jakieś inne teksty :)

Kapa, to kapa. Wilku, lecz ja nie pojmuję, co jest niezrozumiałego, leci po sznurku. Zresztą niedługim, więc i wczytywać się w intencję  nie trzeba. Zaczynam myśleć, że fantasy=sf. 

Nam, człekokształtnym potrzeba magii, a reszta furt z nią, czyli zaczynamy coraz bardziej walkę o życie.

PS. Dopisuję, bo pisałam po emocjach, i mniej do Ciebie.  Teraz trudny czas, zaczyna się balanga i ciągle jeszcze umiarkowana groza. Lepiej pomyśleć, co „se ne wrati”, może jakaś ułuda na moment. Zobaczymy,  czas interregnum. Fajnie, że się starałeś, przeczytałeś. Wszystko ulotne. Chuch! Nie ma. Zniknęło. Słowa już od jakieś czasu znowu, po raz kolejny tracą moc. Kiedy pierwszy raz usłyszałam, że słowa są słabe – wiedziałam, że tak jest, choć jednocześnie to przecież paradoks, bo ważą i opisują narrację. Zdaje się nie do pogodzenia, a jednak, możliwe. 

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

@wilk-zi­mo­wy Od tek­stu od­pa­dłem ze wzglę­du na spo­sób, w jaki po­czą­tek jest na­pi­sa­ny.”

Jakbyś coś więcej napisał, co przez to rozumiesz. Początek (mnie się wydaje), hm, dość rzemieślniczo solidny? Ciekaw więc jestem, co miałeś na myśli…

 

No to kapa, bo ja je­stem czy­tel­ni­kiem, który lubi po­plą­ta­nie,

Tu nie umiem odpowiedzieć, czy jest wystarczająco dalej splątane, czy nie. Przyjdź i obwąchaj.

 

@Asy­lum

Czasem i truizmy pomagają, jak wypowiadające je osoba nie irytuje nas zbytnio… Może potruizmuj sobie trochę, pogap się w chmury, uśmiechnij – choćby sztucznie. 3maj się.

 

pzdr

(•ᴥ• )́`́''''́`́''''́⻍

Początek (mnie się wydaje), hm, dość rzemieślniczo solidny? Ciekaw więc jestem, co miałeś na myśli…

Cóż, ja miałem odczucie, ze przez ten początek musiałem brnąć i się przebijać, aż w końcu odpadłem. Na pewno technicznie lepiej był napisany od.ruch. Tutaj po tych paru dniach od napisania pierwszego komentarza nie pamiętam co było w tej czołówce.

Natomiast tak, o ile łącznie 1/3 opowiadania była trudna do przejścia, to potem tekst już leci i nie ma takich problemów. I niestety tajemniczości też nie ma, pomimo faktu, ze świat jest bardzo psychodeliczny, niemalże jak pogranicze snu i urojeń. Jest i dramat i szaleństwo. nawet niepewność co do tego, czy bohaterka wszystko zmyśliła, czy tylko nałożyła szaleństwo na już istniejącą złą rzeczywistość. Ale początek nadal jest tu czynnikiem utrudniającym czytanie.

 

@wilk-zi­mo­wy, takie przedstawienie sprawy rozumiem.

 

pzdr

ʕつ•ᴥ•ʔつ

Nowa Fantastyka