- Opowiadanie: Anonimowy bajkoholik - Biełka

Biełka

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Biełka

Z deski wy­ło­ni­ło się naj­pierw oko. Czar­ne, in­ten­syw­nie pa­trzą­ce, z bia­łym bli­kiem. Potem nos zbyt wy­chu­dzo­ny i lekko siny.

– Tatku, a to kto?

– Świę­ty Sy­me­on.

– Hm.

Tatko po­cią­gnął z flasz­ki dobry łyk i po pra­cow­ni roz­szedł się odór bim­bru. Chuch­nął na­stęp­nie na susło i szyb­ko pod­niósł na kulce z chle­ba drżą­cy pła­tek złota.

– Muszę prze­stać chlać. Ręka mi się trzę­sie – mruk­nął.

Chło­pak pa­trzył, jak oj­ciec złoci. Świe­tli­ste esy-flo­re­sy za­czę­ły po­kry­wać całe tło i nimb, i odzie­nie świę­te­go. Tatko przyj­rzał się wy­le­nia­łe­mu pę­dzel­ko­wi kry­tycz­nie.

– Muszę zła­pać jakąś wie­wiór­kę.

– Po co?

– Z jej ogona zro­bię przed­ni pę­dzel.

Gry­sza wy­obra­ził sobie, jak tatko ogłu­sza bied­ną wie­wiór­kę i wy­ry­wa jej włosy z ogona. Zdu­sił w sobie krzyk, wy­padł prze­ra­żo­ny z izby i oglą­da­jąc się trwoż­nie po­biegł za sto­do­łę. Tam ukry­ta wśród krza­ków, w klat­ce zro­bio­nej z łyka sie­dzia­ła War­wa­ra. Gry­sza naj­pierw spraw­dził, czy nic jej nie jest, a potem dał orze­chów i szy­szek, które trzy­mał dla niej po kie­sze­niach. Miała cu­dow­ny biały ogon, białe fu­ter­ko i bla­do­nie­bie­skie oczka. Zna­lazł ją nie­daw­no w ol­szy­nach, nie ucie­ka­ła, tylko spo­koj­nie na niego cze­ka­ła. Wy­cią­gnął nie­pew­nie rękę, a ona usia­dła mu na dłoni i dała się za­nieść do domu. Był wtedy tak szczę­śli­wy, jak nigdy w życiu. Miał ogrom­ne pra­gnie­nie, żeby teraz po­gła­skać jej mięk­ką srebr­ną sierść, ale wie­dział, że nie może.

– Grysz­ka!

To oj­ciec. Stał w progu i krzy­czał na całe po­dwór­ko. Gry­sza nie­chęt­nie ode­rwał się od swo­jej wie­wiór­ki i po­wlókł ku cha­cie.

– Tak, tatku.

– Przy­je­dzie ba­ciusz­ka z Sie­mia­tycz, po ikonę, po Joana Pried­tie­czę, wiesz, ta co w rogu.

– Wiem, tatku.

– Po­wiesz dla niego, że w sumie za dwie się na­le­ży, bo jesz­cze za Roż­dże­stwo, co to mu na­pi­sa­łem na świę­ta.

– Po­wiem, tatku.

Oj­ciec po­szedł do szyn­ku, po, jak mówił, ko­niecz­ne pro­cen­ta, a Gry­sza ode­tchnął. Przy­niósł wie­wiór­kę na ganek i przy­glą­dał jej się z za­chwy­tem, jak na­py­cha sobie po­licz­ki na­sio­na­mi.

– Hej, hej!

To przy­szła Ida, ko­le­żan­ka z klasy. Gry­sza uwa­żał, że za­da­wa­nie się z dziew­czy­na­mi to że­na­da, ale po­nie­waż ni­ko­go w po­bli­żu nie było, więc ła­ska­wie ski­nął jej głową.

– Co tam masz?

Chło­pak po czę­ści jed­nak za­do­wo­lo­ny, że może się komuś po­chwa­lić, oświad­czył nie bez dumy:

– To jest moja War­wa­ra.

Sierść wie­wiór­ki za­czę­ła opa­li­zo­wać, jakby na końcu każ­de­go wło­ska za­pa­li­ło się mi­kro­sko­pij­ne świa­teł­ko, które co raz zmie­nia­ło kolor. Ida z za­chwy­tu kla­snę­ła w ręce.

– Ach! Jakie to cudne!

Gry­sza wy­pu­ścił wie­wiór­kę, a ta za­czę­ła hasać po po­dwór­ku, przy­bie­ra­jąc barwę to błę­kit­ną, to znowu cy­try­no­wą. Wspię­ła się na wi­śnię, har­cu­jąc po gru­bych ko­na­rach i rzu­ca­jąc w dzie­ci owo­ca­mi i li­ść­mi, czym wzbu­dza­ła nie­po­ha­mo­wa­ne salwy śmie­chu. Nagle pies są­sia­dów gło­śno za­sko­wy­czał, a War­wa­ra spło­szo­na czmych­nę­ła na dach, z dachu przez okno do izby, tylko mi­gnął im jej ogon. Rzu­ci­li się za nią do środ­ka. Zde­ner­wo­wa­na ska­ka­ła po całej pra­cow­ni, na deski, po pa­ra­pe­cie, po stole. Zgo­dzi­li się, że po­dej­dą z dwóch stron i spró­bu­ją zła­pać ją do ko­szy­ka. Ida za­cza­iła się przy szta­lu­dze i zanim Gry­sza zdą­żył krzyk­nąć, wy­pu­ści­ła ko­szyk i chwy­ci­ła wie­wiór­kę w obie ręce. W tejże chwi­li roz­legł się głu­chy od­głos i oboje po­czu­li ude­rza­ją­cy w nich cie­pły po­dmuch. Po­wie­trze, które stało się gęste i lep­kie, unio­sło ich pod po­wa­łę, a wraz z nimi wszyst­kie przed­mio­ty w pra­cow­ni. Pły­wa­ły w izbie szpa­chel­ki, pod­obra­zia, sło­iki, żółt­ka z jajek i wy­tar­te pędz­le. Cien­ką war­stwą roz­la­ły się olifa i wer­nik­sy, a pig­men­ty roz­sy­pa­ły prosz­kiem, two­rząc róż­no­ko­lo­ro­wą za­wie­si­nę. Bro­dzi­li jak w gę­stej mazi, pró­bu­jąc do­pły­nąć do fra­mu­gi i opu­ścić się na pod­ło­gę. Z tru­dem od­su­wa­li złot­ni­cze noże i szpon­gi dry­fu­ją­ce w tym małym ko­smo­sie.

A oczy War­wa­ry świe­ci­ły jak czer­wo­ne la­ta­ren­ki.

– War­wa­ro! Daj już z tym spo­kój! Nie ma się czego bać! – Chło­pak prze­mó­wił do wie­wiór­ki uspo­ka­ja­ją­co.

Jak nagle wszyst­ko się pod­nio­sło, tak nagle opa­dło.

– Oj­ciec mnie za­bi­je – jęk­nął Gry­sza, gdy lekko po­tłu­czo­ny wstał z ziemi.

To było istne po­bo­jo­wi­sko. Każda rzecz zo­sta­ła do­kład­nie po­kry­ta war­stwą oleju i sze­la­ku, do któ­rych przy­le­pi­ły się pig­men­ty, kreda i złoto. Naj­gor­sze jed­nak były znisz­cze­nia do­ko­na­ne na iko­nach. A ta dla ba­ciusz­ki z Sie­mia­tycz była w okrop­nym sta­nie. Nie można było roz­po­znać, kogo przed­sta­wia, bo obraz zgi­nął pod war­stwą tłu­ste­go cia­sta ze sprosz­ko­wa­nych ka­mie­ni.

Ida zła­pa­ła się za głowę.

– Aj! Co my teraz zro­bi­my?

Spoj­rze­li na War­wa­rę. Wie­wiór­ka w klat­ce z łyka, ze swo­imi zwy­kły­mi błę­kit­ny­mi oczka­mi, ki­wa­ła le­ni­wie ogo­nem, a w środ­ku niej coś cicho chrzę­ści­ło jak w ze­ga­rze.

Kiedy jako tako po­sprzą­ta­li, od­skro­ba­li z grub­sza po­kost, wy­rzu­ci­li roz­bi­te szkło, a ikonę do Sie­mia­tycz scho­wa­li w ko­mo­rze za wor­kiem z mąką, Ida po­wie­dzia­ła:

– Dziw­na ta twoja wie­wiór­ka, ale strasz­nie mi­lu­sia.

Gry­sza po­kra­śniał z za­do­wo­le­nia. Był taki dumny ze swo­jej War­wa­ry!

– Tylko jak się prze­stra­szy, to robi roz­pier­du­chę.

– Aaa, to fru­wa­nie.

– Wła­śnie. Du­cho­wo roz­wa­la rze­czy i robią się lek­kie jak pie­rze, i dla­te­go la­ta­ją.

– Acha – po­wie­dzia­ła Ida.

Nie­ste­ty zaraz na po­dwór­ko za­je­chał ba­ciusz­ka z Sie­mia­tycz. Gry­sza wy­szedł na ganek i ob­gry­za­jąc pa­zno­kieć nie­wy­raź­nie się przy­wi­tał:

– Sława Isusu Chri­stu…

– A gdzie to mój Pried­tie­cza?

– Nie skoń­czo­ny jesz­cze. – Chło­pak ob­łud­nie się uśmiech­nął.

– A, nie­do­brze. A ja taki szmat drogi… No, po­wiedz dla ojca, niech się weź­mie do ro­bo­ty za­miast po wsi za wódką łazić.

– Uhym.

Nagle przy­szło mu coś do głowy.

– A ba­ciusz­ka wi­dział kiedy śnież­ną wie­wiór­kę?

Pop się za­śmiał.

– Ja to nie, ale mój baćko, co to z Sy­bi­ru wró­cił po woj­nie z Ki­taj­ca­mi, mówił, że wi­dział. Ba, nawet ją oswo­ił! Z bie­lut­kim ogo­nem była i czar­ny­mi ślep­ka­mi.

Chło­pak po­ki­wał głową. A więc War­wa­ra po­cho­dzi­ła z Sy­be­rii.

– Pło­chli­wa po­dob­no bar­dzo. Ale potem to już cały czas na ra­mie­niu mu sie­dzia­ła.

Ba­ciusz­ka za­wo­łał na są­sia­da, żeby przy­pro­wa­dził konia z wozem. Sie­dli obaj na koźle, woź­ni­ca cmok­nął i gnia­dy po­wo­li ru­szył. Gry­sza za nimi krzyk­nął:

– A co trze­ba zro­bić, żeby ją oswo­ić?

– Trze­ba dawać jej za­cza­ro­wa­ne orze­chy. – Stary pop pu­ścił do niego oko.

 

***

Sie­dzie­li na strysz­ku wy­chy­le­ni z okna, a po­mię­dzy nimi stała klat­ka z War­wa­rą.

– Sły­sza­łem w radiu, że na Sy­be­rii spadł ostat­nio me­te­oryt. Ja to w ogóle myślę, że ona też na Zie­mię spa­dła jak me­te­oryt.

Gry­sza wy­ci­nał no­ży­kiem w lesz­czy­no­wym orzesz­ku li­te­rę „A”. Po­ło­żył go na dłoni i przy­su­nął do klat­ki, a wie­wiór­ka chwy­ci­ła go chci­wie i za­czę­ła pró­bo­wać na nim swo­ich zębów.

– A oj­ciec cię nie zleje za roz­pier­du­chę?

– Tatko? Jak rano się obu­dzi, to po­my­śli, że sam tak na­roz­ra­biał.

Za­brał się za wy­ci­na­nie li­ter­ki „W”.

– Bę­dzie­my ją kar­mić za­cza­ro­wa­ny­mi orze­cha­mi. Na­uczy­my ją mówić i bę­dzie naszą przy­ja­ciół­ką – po­wie­dział z dumą.

Ida ob­law­szy się ru­mień­cem, z tru­dem wy­du­ka­ła:

– My?

– Jasne, to bę­dzie nasza ta­jem­ni­ca.

– Czy będę mogła ją po­gła­skać?

Zbli­ży­ła rękę, wpa­tru­jąc się jak za­hip­no­ty­zo­wa­na w opa­li­zu­ją­ce fu­ter­ko War­wa­ry. Gry­sza ją po­wstrzy­mał.

– Nie, jesz­cze nie teraz. Wpierw musi do nas przy­wyk­nąć.

Nic nie po­ły­ka­ło świa­tła gwiazd. Świe­ci­ły w czer­ni nieba in­ten­syw­nie, jakby miały za chwi­lę opaść desz­czem. War­wa­ra spoj­rza­ła w noc ocza­mi, które teraz przy­bra­ły mlecz­ną barwę i mo­gła­by Ida przy­siąc, że cicho wes­tchnę­ła.

Koniec

Komentarze

Milutkie i cieplutkie jak kita Warwary :) Przeczytałam na dobranoc i mam nadzieję, że mi się taka śnieżna wiewiórka przyśni…

Dużo tu magii i barwnych opisów. Bardzo mi się :) 

Ode mnie kliczek i powodzenia w konkursie. Dobranoc :)

Trochę mam niedosyt po tym opowiadaniu :)

Dobre opowiadanie, czyta się lekko i przyjemnie. Wypowiedzi bohaterów brzmią bardzo naturalnie. Sam pomysł na wiewiórkę świetny, aż czuć magię. Jeden szczegół:

Powietrze, które stało się gęste i lepkie[+], uniosło ich pod powałę

Chyba tu brakuje przecinka.

 

Dziękuję za przeczytanie i komentarze, przecinek naniesiony :)

Ciepłe, klimatyczne, stylizowane. Bogate słownictwo tematyczne. Ktoś tu dobre rzemiosło wykonał.

No, powiedz dla autora, że to mi się podoba.

Mytrix

wink

Dzięki!

Bardzo to ładne, choć miałam lekkie poczucie fabularnego niedosytu na końcu, brakło mi czegoś więcej o Warwarze. Przekonująco zbudowałeś/aś, Anonimie, świat i bohaterów :) Klik, oczywiście.

Po raz pierwszy zetknęłam się z formą Grysza, muszę przyznać.

 

Najgorsze jednak były zniszczenia[-,] dokonane na ikonach.

Warwara spojrzała w noc swoimi oczami, które teraz przybrały mleczną barwę i mogłaby Ida przysiąc, że cicho westchnęła.

Zaimek śmieć, zupełnie niepotrzebny.

drakaina

Anonim starał się niczego za dużo nie napisać o Warwarze, aby była tajemnicza. I żeby dało się snuć domysły.

Grysza oczywiście to zdrobnienie od Grzegorza, a raczej od Grigorija.

Zaimek już w śmietniku.

Dzięki!

Grysza oczywiście to zdrobnienie od Grzegorza, a raczej od Grigorija.

Chodziło mi o “y” – znam tylko formę Grisza :)

drakaina

 

Grysza w gwarach północnoukraińskich i białoruskich (w Polsce), Grisza to wersja rosyjska, tak myślę.

O, ciekawe :)

Ależ barwnie i plastycznie.

 

Pływały w izbie szpachelki, podobrazia, słoiki, żółtka z jajek i wytarte pędzle. Cienką warstwą rozlały się olifa i werniksy, a pigmenty rozsypały proszkiem, tworząc różnokolorową zawiesinę. Brodzili jak w gęstej mazi, próbując dopłynąć do framugi i opuścić się na podłogę. Z trudem odsuwali złotnicze noże i szpongi dryfujące w tym małym kosmosie. cool

Choć to zupełnie nie moje klimaty, to nie mogę nie docenić wykonania i przeniesienia mnie, poprzez język oraz szczegóły, do tego miejsca. Polubiłam bohaterów, dlatego cieszę się, że wszystko dobrze się skończyło (choć w pewnym momencie miałam obawy:). Ciekawy pomysł na wiewiórkę. Ode mnie klik.

 

Powodzenia w konkursie :)

Sympatyczne :)

Świetne opowiadanie, jak napisal grzelulukas, bardzo barwne i plastyczne, przytoczony fragment mnie urzekł. Chyba najlepsze z wiewiórczych. :)

Ładny tekst, czuć tę wiewiórczą magię. :)

Cieszę się, że czytelnikom się spodobało! dziękuję za przeczytanie!

Chciałbym dodać, że to opowiadanie pokonało system i dzięki Duchowi Biblioteki anonim przestał być anonimowy. :D

Gekikara oj, niedobrze, anonimowość dawała jakieś szanse, również na przełamanie stereotypów czytelniczych, a tak nic z tego…

Bardzo ładny tekst, obrazowy w sposobie opisu, pomysłowy w podjęciu tematu. Zdecydowanie mi się podobało. 

Zgrzebne,polskie,wiewiórcze

pozdrawiam wielbicieli gryzoni trzebionych przez hordy ukochanych kotków

Sympatyczne, ciepłe, magiczne. Przytulne wręcz. Podobało się, i to bardzo. :)

Sporo tu niedopowiedzeń, ale może dlatego opowiadanie jest takie magiczne. ;)

Niektóre zwroty i zdania brzmią dziwnie, np.: – Po­wiesz dla niego, że… ale rozumiem, że to taka stylizacja.

 

Chuch­nął na­stęp­nie na susło i szyb­ko pod­niósł na kulce z chle­ba drżą­cy pła­tek złota. –> Co to jest susło?

 

Za­brał się za wy­ci­na­nie li­ter­ki „W”. –> Za­brał się do wycinania li­ter­ki „W”.

Podobało mi się :) “Kosmiczna” wiewiórka miała w sobie sporo kolorytu, ciekawy setting, ładne opisy przestrzeni roboczej artysty. Kompozycja otwarta, ale mi raczej nie zakłóciło to odbioru.

 

Sugestie poprawek:

 

Tatko pociągnął z flaszki dobry łyk i po pracowni rozszedł się odór bimbru. Chuchnął następnie na susło

Niejasny podmiot domyślny – chuchnął odór bimbru?

 

***

Siedzieli na stryszku wychyleni z okna, a pomiędzy nimi stała klatka z Warwarą.

Dodałbym pusty wiersz odstępu po gwiazdkach.

Bardzo miła opowiastka o kosmicznej wiewiórce. Udało Ci się, Anonimie, stworzyć fajny klimat i zaostrzyć apetyt na coś więcej. 

Bardzo klimatyczny tekst. Zachwyciły mnie szczegółowe opisy pracowni malarskiej, jak również osadzenie opowieści w Rosji. Bohaterowie żywi i uroczy. Tekst działa na wyobraźnię i wciąga. Naprawdę nieźle Ci się to wszystko, Anonimie, udało. 

Ładnie wykreowany świat, czuć rosyjskość (czy tam ukraińskość, mniejsza o szczegóły) i to nie współczesną, tylko starszą.

Trochę czuję się niedopieszczona fabularnie. Kosmiczna wiewiórka wystraszyła się i narozrabiała, ale żadnych skutków to nie miało.

No nie wiem…

Ja jednak lubię, kiedy tekst jest o czymś. A tutaj to taka luźna impresja nieomal.

Podsumowując – autor rzuca kilka klocków, a ty sobie czytelniku zbuduj z tego, co chcesz. I czegoś takiego nie lubię!

Za to wykonanie pierwsza klasa!

– Tak, tatku.

W mojej głowie to zdanie było pytaniem. 

 

Tekst bardzo lekki, przyjemny, malowniczy. Porządne wykonanie. Poczułem klimat, bardzo ładnie wykreowanego świata. Taki obrazek trochę, urywek – bo fabularnie czuję niedosyt. 

Staruch

Oczywiście masz rację, fantastyka jest tu chyba pretekstowa, bo opowiadanie jest o przyjaźni, a może pierwszej miłości, która nie byłaby możliwa, gdyby nie wiewiórka. Może fabularnie kosmiczna wiewiórka jest otwarta i niedokończona, lecz temat przyjaźni jak najbardziej jest zamknięty. Czasami fajnie napisać coś o czymś małym.

Brak jatki, terminatorów i końca świata rzeczywiście może powodować niedosyt :)

Nie zdradzę, co to susło, bo to tajemnica.

 

Dziękuję wszystkim czytelnikom za przeczytanie!

 

 

 

 

Ładne, malownicze. Opis pływających po izbie przedmiotów pierwsza klasa. Brakuje mi trochę jakiejś historii.

Pięknie przerabiasz na akcję i pokazywanie, chociaż ten „nos wychudzony” mnie zatrzymał, no bo jaki to jest wychudzony, czy on się może zmniejszać, jego wygląd – tak, ale wielkość?

Kolejne opko związane z alkoholem, tę myśl jednak kasuję, gdyż winna jest moja kolejność czytania. Tutaj zalewanie robaka zdaje mi się naturalne, tj. cholernie pasujące do sytuacji. 

Bardzo ładna historia. Podoba mi się! Te obrazy, ikony:)

Trochę pokasowałabym przymiotniki.

Jesteś już w biblio, też bym kliknęła:)

Urocze. Ładnie opisujesz świat przez pryzmat dziecka. Opis unoszenia się w pracowni i pewnej beztroski, z jaką całe to zdarzenie zostało przyjęte, świetny.

Ujmujące, klimatyczne i świetnie napisane.

Rezolutne dzieciaki i ich autentyczne interakcje na plus. A zdanie: 

Jak rano się obudzi, to pomyśli, że sam tak narozrabiał.

rozwaliło system.

 

Dziękuję wszystkim czytelnikom za odwiedziny i głosy i cieszę się, że spodobał się lekki klimat oraz ikonograficzno-podlaski anturaż.

Nowa Fantastyka