- Opowiadanie: chalbarczyk - Biełka

Biełka

Chciałam dodać, że zainspirowało mnie optymistyczne opowiadanie “Pureva”, autorką którego jest MaaaaaadHatter. Tematycznie całkiem inne, ale też o przyjaźni, które znajduje się tu:

https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/24059

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Biełka

Z deski wy­ło­ni­ło się naj­pierw oko. Czar­ne, in­ten­syw­nie pa­trzą­ce, z bia­łym bli­kiem. Potem nos zbyt wy­chu­dzo­ny i lekko siny.

– Tatku, a to kto?

– Świę­ty Sy­me­on.

– Hm.

Tatko po­cią­gnął z flasz­ki dobry łyk i po pra­cow­ni roz­szedł się odór bim­bru. Chuch­nął na­stęp­nie na susło i szyb­ko pod­niósł na kulce z chle­ba drżą­cy pła­tek złota.

– Muszę prze­stać chlać. Ręka mi się trzę­sie – mruk­nął.

Chło­pak pa­trzył, jak oj­ciec złoci. Świe­tli­ste esy-flo­re­sy za­czę­ły po­kry­wać całe tło i nimb, i odzie­nie świę­te­go. Tatko przyj­rzał się wy­le­nia­łe­mu pę­dzel­ko­wi kry­tycz­nie.

– Muszę zła­pać jakąś wie­wiór­kę.

– Po co?

– Z jej ogona zro­bię przed­ni pę­dzel.

Gry­sza wy­obra­ził sobie, jak tatko ogłu­sza bied­ną wie­wiór­kę i wy­ry­wa jej włosy z ogona. Zdu­sił w sobie krzyk, wy­padł prze­ra­żo­ny z izby i oglą­da­jąc się trwoż­nie po­biegł za sto­do­łę. Tam ukry­ta wśród krza­ków, w klat­ce zro­bio­nej z łyka sie­dzia­ła War­wa­ra. Gry­sza naj­pierw spraw­dził, czy nic jej nie jest, a potem dał orze­chów i szy­szek, które trzy­mał dla niej po kie­sze­niach. Miała cu­dow­ny biały ogon, białe fu­ter­ko i bla­do­nie­bie­skie oczka. Zna­lazł ją nie­daw­no w ol­szy­nach, nie ucie­ka­ła, tylko spo­koj­nie na niego cze­ka­ła. Wy­cią­gnął nie­pew­nie rękę, a ona usia­dła mu na dłoni i dała się za­nieść do domu. Był wtedy tak szczę­śli­wy, jak nigdy w życiu. Miał ogrom­ne pra­gnie­nie, żeby teraz po­gła­skać jej mięk­ką srebr­ną sierść, ale wie­dział, że nie może.

– Grysz­ka!

To oj­ciec. Stał w progu i krzy­czał na całe po­dwór­ko. Gry­sza nie­chęt­nie ode­rwał się od swo­jej wie­wiór­ki i po­wlókł ku cha­cie.

– Tak, tatku.

– Przy­je­dzie ba­ciusz­ka z Sie­mia­tycz, po ikonę, po Joana Pried­tie­czę, wiesz, ta co w rogu.

– Wiem, tatku.

– Po­wiesz dla niego, że w sumie za dwie się na­le­ży, bo jesz­cze za Roż­dże­stwo, co to mu na­pi­sa­łem na świę­ta.

– Po­wiem, tatku.

Oj­ciec po­szedł do szyn­ku, po, jak mówił, ko­niecz­ne pro­cen­ta, a Gry­sza ode­tchnął. Przy­niósł wie­wiór­kę na ganek i przy­glą­dał jej się z za­chwy­tem, jak na­py­cha sobie po­licz­ki na­sio­na­mi.

– Hej, hej!

To przy­szła Ida, ko­le­żan­ka z klasy. Gry­sza uwa­żał, że za­da­wa­nie się z dziew­czy­na­mi to że­na­da, ale po­nie­waż ni­ko­go w po­bli­żu nie było, więc ła­ska­wie ski­nął jej głową.

– Co tam masz?

Chło­pak po czę­ści jed­nak za­do­wo­lo­ny, że może się komuś po­chwa­lić, oświad­czył nie bez dumy:

– To jest moja War­wa­ra.

Sierść wie­wiór­ki za­czę­ła opa­li­zo­wać, jakby na końcu każ­de­go wło­ska za­pa­li­ło się mi­kro­sko­pij­ne świa­teł­ko, które co raz zmie­nia­ło kolor. Ida z za­chwy­tu kla­snę­ła w ręce.

– Ach! Jakie to cudne!

Gry­sza wy­pu­ścił wie­wiór­kę, a ta za­czę­ła hasać po po­dwór­ku, przy­bie­ra­jąc barwę to błę­kit­ną, to znowu cy­try­no­wą. Wspię­ła się na wi­śnię, har­cu­jąc po gru­bych ko­na­rach i rzu­ca­jąc w dzie­ci owo­ca­mi i li­ść­mi, czym wzbu­dza­ła nie­po­ha­mo­wa­ne salwy śmie­chu. Nagle pies są­sia­dów gło­śno za­sko­wy­czał, a War­wa­ra spło­szo­na czmych­nę­ła na dach, z dachu przez okno do izby, tylko mi­gnął im jej ogon. Rzu­ci­li się za nią do środ­ka. Zde­ner­wo­wa­na ska­ka­ła po całej pra­cow­ni, na deski, po pa­ra­pe­cie, po stole. Zgo­dzi­li się, że po­dej­dą z dwóch stron i spró­bu­ją zła­pać ją do ko­szy­ka. Ida za­cza­iła się przy szta­lu­dze i zanim Gry­sza zdą­żył krzyk­nąć, wy­pu­ści­ła ko­szyk i chwy­ci­ła wie­wiór­kę w obie ręce. W tejże chwi­li roz­legł się głu­chy od­głos i oboje po­czu­li ude­rza­ją­cy w nich cie­pły po­dmuch. Po­wie­trze, które stało się gęste i lep­kie, unio­sło ich pod po­wa­łę, a wraz z nimi wszyst­kie przed­mio­ty w pra­cow­ni. Pły­wa­ły w izbie szpa­chel­ki, pod­obra­zia, sło­iki, żółt­ka z jajek i wy­tar­te pędz­le. Cien­ką war­stwą roz­la­ły się olifa i wer­nik­sy, a pig­men­ty roz­sy­pa­ły prosz­kiem, two­rząc róż­no­ko­lo­ro­wą za­wie­si­nę. Bro­dzi­li jak w gę­stej mazi, pró­bu­jąc do­pły­nąć do fra­mu­gi i opu­ścić się na pod­ło­gę. Z tru­dem od­su­wa­li złot­ni­cze noże i szpon­gi dry­fu­ją­ce w tym małym ko­smo­sie.

A oczy War­wa­ry świe­ci­ły jak czer­wo­ne la­ta­ren­ki.

– War­wa­ro! Daj już z tym spo­kój! Nie ma się czego bać! – Chło­pak prze­mó­wił do wie­wiór­ki uspo­ka­ja­ją­co.

Jak nagle wszyst­ko się pod­nio­sło, tak nagle opa­dło.

– Oj­ciec mnie za­bi­je – jęk­nął Gry­sza, gdy lekko po­tłu­czo­ny wstał z ziemi.

To było istne po­bo­jo­wi­sko. Każda rzecz zo­sta­ła do­kład­nie po­kry­ta war­stwą oleju i sze­la­ku, do któ­rych przy­le­pi­ły się pig­men­ty, kreda i złoto. Naj­gor­sze jed­nak były znisz­cze­nia do­ko­na­ne na iko­nach. A ta dla ba­ciusz­ki z Sie­mia­tycz była w okrop­nym sta­nie. Nie można było roz­po­znać, kogo przed­sta­wia, bo obraz zgi­nął pod war­stwą tłu­ste­go cia­sta ze sprosz­ko­wa­nych ka­mie­ni.

Ida zła­pa­ła się za głowę.

– Aj! Co my teraz zro­bi­my?

Spoj­rze­li na War­wa­rę. Wie­wiór­ka w klat­ce z łyka, ze swo­imi zwy­kły­mi błę­kit­ny­mi oczka­mi, ki­wa­ła le­ni­wie ogo­nem, a w środ­ku niej coś cicho chrzę­ści­ło jak w ze­ga­rze.

Kiedy jako tako po­sprzą­ta­li, od­skro­ba­li z grub­sza po­kost, wy­rzu­ci­li roz­bi­te szkło, a ikonę do Sie­mia­tycz scho­wa­li w ko­mo­rze za wor­kiem z mąką, Ida po­wie­dzia­ła:

– Dziw­na ta twoja wie­wiór­ka, ale strasz­nie mi­lu­sia.

Gry­sza po­kra­śniał z za­do­wo­le­nia. Był taki dumny ze swo­jej War­wa­ry!

– Tylko jak się prze­stra­szy, to robi roz­pier­du­chę.

– Aaa, to fru­wa­nie.

– Wła­śnie. Du­cho­wo roz­wa­la rze­czy i robią się lek­kie jak pie­rze, i dla­te­go la­ta­ją.

– Acha – po­wie­dzia­ła Ida.

Nie­ste­ty zaraz na po­dwór­ko za­je­chał ba­ciusz­ka z Sie­mia­tycz. Gry­sza wy­szedł na ganek i ob­gry­za­jąc pa­zno­kieć nie­wy­raź­nie się przy­wi­tał:

– Sława Isusu Chri­stu…

– A gdzie to mój Pried­tie­cza?

– Nie skoń­czo­ny jesz­cze. – Chło­pak ob­łud­nie się uśmiech­nął.

– A, nie­do­brze. A ja taki szmat drogi… No, po­wiedz dla ojca, niech się weź­mie do ro­bo­ty za­miast po wsi za wódką łazić.

– Uhym.

Nagle przy­szło mu coś do głowy.

– A ba­ciusz­ka wi­dział kiedy śnież­ną wie­wiór­kę?

Pop się za­śmiał.

– Ja to nie, ale mój baćko, co to z Sy­bi­ru wró­cił po woj­nie z Ki­taj­ca­mi, mówił, że wi­dział. Ba, nawet ją oswo­ił! Z bie­lut­kim ogo­nem była i czar­ny­mi ślep­ka­mi.

Chło­pak po­ki­wał głową. A więc War­wa­ra po­cho­dzi­ła z Sy­be­rii.

– Pło­chli­wa po­dob­no bar­dzo. Ale potem to już cały czas na ra­mie­niu mu sie­dzia­ła.

Ba­ciusz­ka za­wo­łał na są­sia­da, żeby przy­pro­wa­dził konia z wozem. Sie­dli obaj na koźle, woź­ni­ca cmok­nął i gnia­dy po­wo­li ru­szył. Gry­sza za nimi krzyk­nął:

– A co trze­ba zro­bić, żeby ją oswo­ić?

– Trze­ba dawać jej za­cza­ro­wa­ne orze­chy. – Stary pop pu­ścił do niego oko.

 

***

Sie­dzie­li na strysz­ku wy­chy­le­ni z okna, a po­mię­dzy nimi stała klat­ka z War­wa­rą.

– Sły­sza­łem w radiu, że na Sy­be­rii spadł ostat­nio me­te­oryt. Ja to w ogóle myślę, że ona też na Zie­mię spa­dła jak me­te­oryt.

Gry­sza wy­ci­nał no­ży­kiem w lesz­czy­no­wym orzesz­ku li­te­rę „A”. Po­ło­żył go na dłoni i przy­su­nął do klat­ki, a wie­wiór­ka chwy­ci­ła go chci­wie i za­czę­ła pró­bo­wać na nim swo­ich zębów.

– A oj­ciec cię nie zleje za roz­pier­du­chę?

– Tatko? Jak rano się obu­dzi, to po­my­śli, że sam tak na­roz­ra­biał.

Za­brał się za wy­ci­na­nie li­ter­ki „W”.

– Bę­dzie­my ją kar­mić za­cza­ro­wa­ny­mi orze­cha­mi. Na­uczy­my ją mówić i bę­dzie naszą przy­ja­ciół­ką – po­wie­dział z dumą.

Ida ob­law­szy się ru­mień­cem, z tru­dem wy­du­ka­ła:

– My?

– Jasne, to bę­dzie nasza ta­jem­ni­ca.

– Czy będę mogła ją po­gła­skać?

Zbli­ży­ła rękę, wpa­tru­jąc się jak za­hip­no­ty­zo­wa­na w opa­li­zu­ją­ce fu­ter­ko War­wa­ry. Gry­sza ją po­wstrzy­mał.

– Nie, jesz­cze nie teraz. Wpierw musi do nas przy­wyk­nąć.

Nic nie po­ły­ka­ło świa­tła gwiazd. Świe­ci­ły w czer­ni nieba in­ten­syw­nie, jakby miały za chwi­lę opaść desz­czem. War­wa­ra spoj­rza­ła w noc ocza­mi, które teraz przy­bra­ły mlecz­ną barwę i mo­gła­by Ida przy­siąc, że cicho wes­tchnę­ła.

Koniec

Komentarze

Milutkie i cieplutkie jak kita Warwary :) Przeczytałam na dobranoc i mam nadzieję, że mi się taka śnieżna wiewiórka przyśni…

Dużo tu magii i barwnych opisów. Bardzo mi się :) 

Ode mnie kliczek i powodzenia w konkursie. Dobranoc :)

Trochę mam niedosyt po tym opowiadaniu :)

say what you mean, but don't say it mean

Dobre opowiadanie, czyta się lekko i przyjemnie. Wypowiedzi bohaterów brzmią bardzo naturalnie. Sam pomysł na wiewiórkę świetny, aż czuć magię. Jeden szczegół:

Powietrze, które stało się gęste i lepkie[+], uniosło ich pod powałę

Chyba tu brakuje przecinka.

 

Uwaga! Spoilery w komentarzach! Czytasz na własną odpowiedzialność

Dziękuję za przeczytanie i komentarze, przecinek naniesiony :)

Ciepłe, klimatyczne, stylizowane. Bogate słownictwo tematyczne. Ktoś tu dobre rzemiosło wykonał.

No, powiedz dla autora, że to mi się podoba.

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Mytrix

wink

Dzięki!

Bardzo to ładne, choć miałam lekkie poczucie fabularnego niedosytu na końcu, brakło mi czegoś więcej o Warwarze. Przekonująco zbudowałeś/aś, Anonimie, świat i bohaterów :) Klik, oczywiście.

Po raz pierwszy zetknęłam się z formą Grysza, muszę przyznać.

 

Najgorsze jednak były zniszczenia[-,] dokonane na ikonach.

Warwara spojrzała w noc swoimi oczami, które teraz przybrały mleczną barwę i mogłaby Ida przysiąc, że cicho westchnęła.

Zaimek śmieć, zupełnie niepotrzebny.

http://altronapoleone.home.blog

drakaina

Anonim starał się niczego za dużo nie napisać o Warwarze, aby była tajemnicza. I żeby dało się snuć domysły.

Grysza oczywiście to zdrobnienie od Grzegorza, a raczej od Grigorija.

Zaimek już w śmietniku.

Dzięki!

Grysza oczywiście to zdrobnienie od Grzegorza, a raczej od Grigorija.

Chodziło mi o “y” – znam tylko formę Grisza :)

http://altronapoleone.home.blog

drakaina

 

Grysza w gwarach północnoukraińskich i białoruskich (w Polsce), Grisza to wersja rosyjska, tak myślę.

O, ciekawe :)

http://altronapoleone.home.blog

Ależ barwnie i plastycznie.

 

Pływały w izbie szpachelki, podobrazia, słoiki, żółtka z jajek i wytarte pędzle. Cienką warstwą rozlały się olifa i werniksy, a pigmenty rozsypały proszkiem, tworząc różnokolorową zawiesinę. Brodzili jak w gęstej mazi, próbując dopłynąć do framugi i opuścić się na podłogę. Z trudem odsuwali złotnicze noże i szpongi dryfujące w tym małym kosmosie. cool

Choć to zupełnie nie moje klimaty, to nie mogę nie docenić wykonania i przeniesienia mnie, poprzez język oraz szczegóły, do tego miejsca. Polubiłam bohaterów, dlatego cieszę się, że wszystko dobrze się skończyło (choć w pewnym momencie miałam obawy:). Ciekawy pomysł na wiewiórkę. Ode mnie klik.

 

Powodzenia w konkursie :)

Sympatyczne :)

Przynoszę radość. A CMowi ból i pożogę.

Świetne opowiadanie, jak napisal grzelulukas, bardzo barwne i plastyczne, przytoczony fragment mnie urzekł. Chyba najlepsze z wiewiórczych. :)

Ładny tekst, czuć tę wiewiórczą magię. :)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Cieszę się, że czytelnikom się spodobało! dziękuję za przeczytanie!

Chciałbym dodać, że to opowiadanie pokonało system i dzięki Duchowi Biblioteki anonim przestał być anonimowy. :D

Gekikara oj, niedobrze, anonimowość dawała jakieś szanse, również na przełamanie stereotypów czytelniczych, a tak nic z tego…

Bardzo ładny tekst, obrazowy w sposobie opisu, pomysłowy w podjęciu tematu. Zdecydowanie mi się podobało. 

Zgrzebne,polskie,wiewiórcze

pozdrawiam wielbicieli gryzoni trzebionych przez hordy ukochanych kotków

Sympatyczne, ciepłe, magiczne. Przytulne wręcz. Podobało się, i to bardzo. :)

Sporo tu niedopowiedzeń, ale może dlatego opowiadanie jest takie magiczne. ;)

Niektóre zwroty i zdania brzmią dziwnie, np.: – Po­wiesz dla niego, że… ale rozumiem, że to taka stylizacja.

 

Chuch­nął na­stęp­nie na susło i szyb­ko pod­niósł na kulce z chle­ba drżą­cy pła­tek złota. –> Co to jest susło?

 

Za­brał się za wy­ci­na­nie li­ter­ki „W”. –> Za­brał się do wycinania li­ter­ki „W”.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Podobało mi się :) “Kosmiczna” wiewiórka miała w sobie sporo kolorytu, ciekawy setting, ładne opisy przestrzeni roboczej artysty. Kompozycja otwarta, ale mi raczej nie zakłóciło to odbioru.

 

Sugestie poprawek:

 

Tatko pociągnął z flaszki dobry łyk i po pracowni rozszedł się odór bimbru. Chuchnął następnie na susło

Niejasny podmiot domyślny – chuchnął odór bimbru?

 

***

Siedzieli na stryszku wychyleni z okna, a pomiędzy nimi stała klatka z Warwarą.

Dodałbym pusty wiersz odstępu po gwiazdkach.

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Bardzo miła opowiastka o kosmicznej wiewiórce. Udało Ci się, Anonimie, stworzyć fajny klimat i zaostrzyć apetyt na coś więcej. 

Bardzo klimatyczny tekst. Zachwyciły mnie szczegółowe opisy pracowni malarskiej, jak również osadzenie opowieści w Rosji. Bohaterowie żywi i uroczy. Tekst działa na wyobraźnię i wciąga. Naprawdę nieźle Ci się to wszystko, Anonimie, udało. 

Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow, Creeps in this petty pace from day to day, To the last syllable of recorded time; And all our yesterdays have lighted fools The way to dusty death.

Ładnie wykreowany świat, czuć rosyjskość (czy tam ukraińskość, mniejsza o szczegóły) i to nie współczesną, tylko starszą.

Trochę czuję się niedopieszczona fabularnie. Kosmiczna wiewiórka wystraszyła się i narozrabiała, ale żadnych skutków to nie miało.

Babska logika rządzi!

No nie wiem…

Ja jednak lubię, kiedy tekst jest o czymś. A tutaj to taka luźna impresja nieomal.

Podsumowując – autor rzuca kilka klocków, a ty sobie czytelniku zbuduj z tego, co chcesz. I czegoś takiego nie lubię!

Za to wykonanie pierwsza klasa!

Częścią tolerancji jest uwolnienie się od kompulsywnej potrzeby słuszności - JeRzy

– Tak, tatku.

W mojej głowie to zdanie było pytaniem. 

 

Tekst bardzo lekki, przyjemny, malowniczy. Porządne wykonanie. Poczułem klimat, bardzo ładnie wykreowanego świata. Taki obrazek trochę, urywek – bo fabularnie czuję niedosyt. 

Staruch

Oczywiście masz rację, fantastyka jest tu chyba pretekstowa, bo opowiadanie jest o przyjaźni, a może pierwszej miłości, która nie byłaby możliwa, gdyby nie wiewiórka. Może fabularnie kosmiczna wiewiórka jest otwarta i niedokończona, lecz temat przyjaźni jak najbardziej jest zamknięty. Czasami fajnie napisać coś o czymś małym.

Brak jatki, terminatorów i końca świata rzeczywiście może powodować niedosyt :)

Nie zdradzę, co to susło, bo to tajemnica.

 

Dziękuję wszystkim czytelnikom za przeczytanie!

 

 

 

 

Ładne, malownicze. Opis pływających po izbie przedmiotów pierwsza klasa. Brakuje mi trochę jakiejś historii.

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Pięknie przerabiasz na akcję i pokazywanie, chociaż ten „nos wychudzony” mnie zatrzymał, no bo jaki to jest wychudzony, czy on się może zmniejszać, jego wygląd – tak, ale wielkość?

Kolejne opko związane z alkoholem, tę myśl jednak kasuję, gdyż winna jest moja kolejność czytania. Tutaj zalewanie robaka zdaje mi się naturalne, tj. cholernie pasujące do sytuacji. 

Bardzo ładna historia. Podoba mi się! Te obrazy, ikony:)

Trochę pokasowałabym przymiotniki.

Jesteś już w biblio, też bym kliknęła:)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Urocze. Ładnie opisujesz świat przez pryzmat dziecka. Opis unoszenia się w pracowni i pewnej beztroski, z jaką całe to zdarzenie zostało przyjęte, świetny.

Zostaw ten żyrandol.

Ujmujące, klimatyczne i świetnie napisane.

Rezolutne dzieciaki i ich autentyczne interakcje na plus. A zdanie: 

Jak rano się obudzi, to pomyśli, że sam tak narozrabiał.

rozwaliło system.

 

Dziękuję wszystkim czytelnikom za odwiedziny i głosy i cieszę się, że spodobał się lekki klimat oraz ikonograficzno-podlaski anturaż.

Teraz mogę to napisać: gdyby nie deanonimizacja, dla mnie to opowiadanie byłoby podiumowe. Co najmniej na drugim miejscu mojego osobistego rankingu!

Bardzo, bardzo mi się podobało!

http://altronapoleone.home.blog

Mnie się też bardzo podobało, gratulacje!

drakaina

Bardzo się cieszę, że się spodobało. Dziękuję też za organizację fajnego konkursu i całą pracę. Ech, mam nadzieję, że już mi się nie odanonimizuje (jestem prawie pewna, że nie ma takiego słowa). Pozdrawiam wszystkich czytelników!

:) Mi ta deanonimizacja wyszła na dobre w sensie, że mogłam zagłosować na dwa pierwsze miejsca :D

 

Planuję raz za czas organizować takie mikro konkursiki z różnymi zwierzątkami.

 

A przy okazji, czy mogę zapytać o awatar, który od dawna w oczywisty sposób przyciąga mój wzrok (zważywszy, że mam siostrę w swoim) – czy jest on wyrazem bardziej konkretnych zainteresowań?

http://altronapoleone.home.blog

Co do obrazu: lubię sposób malowania Michałowskiego impasto, grubo, energicznie, a cesarza Francuzów też darzę ciepłymi uczuciami, przynajmniej od moich sztubackich lektur pana Makuszyńskiego, którego profesor historii Gąsowski, gdyby mógł, zakrzyknąłby gromko “Niech żyje cesarz!” i rzuciłby się za nim w wir walki.

No, to zaspokoiłam ciekawość :) Miło poza wszystkim, że ktoś jeszcze odważa się lubić Michałowskiego… Jak krótko studiowałam na krakowskiej historii sztuki, to było to dozwolone głównie ze względu na koneksje rodzinne jednego z profesorów ;) Pozdrawiam!

http://altronapoleone.home.blog

I ja gratuluję, piękne opowiadanie i klimat. :-)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

to było to dozwolone głównie ze względu na koneksje rodzinne jednego z profesorów

No nie, o tempora! Tym bardziej się cieszę, że mogę na portalu trochę go poreklamować ;)

Asylum

Dzięki, fajnie, że klimat Ci się spodobał!

Nowa Fantastyka