- Opowiadanie: grzelulukas - Niezadowolony klient

Niezadowolony klient

Mam nadzieję, że chociaż przez chwilę będziecie się dobrze bawić ;)

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Niezadowolony klient

– Smaaażone, kiszone, pieczone, duszone! – wykrzyczał na jednym wydechu sprzedawca.

Dwójka funkcjonariuszy policji po cywilnemu stała przed ulicznym barem, którego neonowy szyld układający się w zgrabny napis squ-food oświetlał ich twarze czerwono-rdzawymi barwami.

Knajpa przyciągała zapachami. W gęstym powietrzu tańczyły aromaty cynamonu, imbiru i kolendry. Na pierwszym planie w buchającym parą woku skwierczały kawałki delikatnego mięsa, cukinii i czerwonej papryki przyprószone kurkumą. W płaskich koszach obok leżały świeżo usmażone wiewiórki przyrządzone na tuzin sposobów. W tle, na metalowej komodzie stał słój wielkości przerośniętej dyni piżmowej. Wypełniała go mętna zalewa z fermentującymi gryzoniami – prawdziwy rarytas dla koneserów. Wnętrze lokalu uzupełniali uwijający się przy grillach trzej kucharze, przygotowujący zamówienia dla osób stojących przy kasie. 

Policjanci zbliżyli się do lady, nad którą migotał holocennik.

– Co dla panów? – zapytał ze wschodnioeuropejskim akcentem, niski mężczyzna.

– Wydział do walki z genetycznie modyfikowanym mięsem. Poprosimy z kierownikiem – powiedział Max, machając blachą.

– Ach, okej. – Wyraźnie się zmieszał, po czym odwrócił głowę w kierunku kuchni. – Nikita! Panowie do ciebie.

Max wraz ze swoim syntetycznym partnerem zajmowali się kontrolą mięsa w barach w tej części dzielnicy. Weryfikacja certyfikatów i podstawowe badania genetyczne na miejscu to chleb powszedni pracowników tego wydziału. Rewir Maxa i Jeta obejmował setki knajp. Część sprawdzali rutynowo, inne tak jak ten bar to reakcja na zgłoszenia. Zawsze musieli wtedy podjechać, sprawdzić i spisać protokół. Ewentualnie wystawić mandat, a w najgorszym przypadku zamknąć jadłodajnię.

Dla Maxa praca w patrolu genetycznym była trzymiesięcznym zesłaniem za: pierdoloną niesubordynację, jak to w subtelny sposób określił komendant. Do zakończenia przymusowej degradacji pozostało czternaście długich dni.

W końcu, z przerzuconą przez ramię przybrudzoną białą szmatką przy ladzie z nierdzewnej stali pojawił się Nikita.

– Widziały gały, co brały. Nie ma zwrotu kasy – powiedział znudzony.

Odznaka znowu zabłyszczała w dłoni Maxa.

– Jesteśmy z wydziału… – nie skończył mówić.

Nikita niczym Flash obrócił się na pięcie i zaczął uciekać przez kuchnię w kierunku zaplecza.

– Szlag! – wycedził Max przez zęby.

Skinął na androida, który od razu pobiegł ukrytą w mroku uliczką na tyły budynku. Sam prześlizgnął się nad barem i pobiegł za Nikitą.

 Minął zdezorientowanych kucharzy i wbiegł przez kołyszące się drzwi wahadłowe na zaplecze. W ostatniej chwili w przytłumionym świetle dostrzegł, jak ścigany skręcił w korytarz po prawej.

– Stój! – wykrzyczał.

 Wbiegł za kierownikiem do kolejnego pomieszczenia, które po sam sufit wypełniały klatki ze ściśniętymi w środku żywymi wiewiórkami. Przystanął na ułamek sekundy. Swoją strukturą knajpa przypominała górę lodową.

Policjant dostrzegł w głębi pomieszczenia po lewej domykające się drzwi, sekundę temu przebiegał nimi Nikita. Max znowu ruszył biegiem, złapał za klamkę i pociągnął do siebie. Usłyszał nagle dźwięk przypominający toczące się koło kolejowe. Uciekający wywrócił słój pełen fermentujących, rudych gryzoni, który stoczył się z półki i z trzaskiem uderzył w podłogę tuż przed policjantem. W Maxa uderzył kwaśny zapach słonej zalewy. Podłogę wypełniła ciecz z obślizgłymi szarymi wiewiórkami. Dzisiejszy obiad zaczął pukać do gardła policjanta. Max chciał susem pokonać śmierdzącą kałużę, po której powierzchni sunęły białe bańki. Źle wymierzył, noga nastąpiła na kiszoną wiewiórkę. Stracił równowagę, wyrzucił ręce do tyłu, próbując ratować się przed upadkiem. Bez rezultatu. Z hukiem upadł przed siebie, uderzając głową ścianę.

Ciemność.

 

***

 

– Max! Ocknij się! – wołał Jet.

– Moja głowa… – Max uniósł tułów, łapiąc się prawą ręką za guza na czole.

– Mój moduł medyczny sugeruje, żeby podać ci czterdzieści miligramów…

– Nie. Wszystko jest okej. Gdzie ten gnojek? – Wstał, mrużąc oczy i dziękując opatrzności, że nie upadł w tę cuchnącą breję.

– Już prawie go miałem, ale twój chip ratunkowy wywołał mnie do natychmiastowej pomocy medycznej.

– Cholera jasna! Wyślij do centrali jego pełną biometrykę twarzy. Długo się nie uchowa.

– Już to zrobiłem. Wzywamy wsparcie?

– Moment, coś mi tu nie gra. – Max wrócił do pomieszczenia wypełnionego klatkami. Jet jak cień podążył za nim.

Ściśnięte wiewiórki przyglądały się duetowi z apatycznym zaciekawieniem.

– Jakieś pięćset sztuk, głównie pospolite – powiedział android po szybkiej analizie.

– Na cholerę mu tyle tych gryzoni, co o tym sądzisz Jet? – Pytanie zawisło w powietrzu.

– To faktycznie dziwne. W tej branży korzysta się głównie z przetworzonego wcześniej mięsa.

Jak na taką liczbę zwierząt nie było widać karmy i odchodów. Max zbliżył się do jednej z klatek, rudzielce nie wykazywały pobudzenia. Wręcz przeciwnie. Wyciągnął z zamka metalową zawleczkę w kształcie litery P i wyjął delikatnie jedną z wiewiór, uważając żeby pozostali mieszkańcy metalowego schronienia nie uciekli. 

– Jet, zrób pełną analizę medyczną.

– Max dobrze wiesz, że nie mam uprawnień do pełnej. – Jet starał się trzymać regulaminu.

– Po prostu to zrób.

Syntetyk nie miał wyjścia. Odsłonił wewnętrzną część przedramienia, z którego w ułamku sekundy wysunął się niewielki terminal skanujący ze złączem do pobierania próbek płynów ustrojowych. Chwilę później android na hologramie wyświetlał tomogram gryzonia i pełne wyniki krwi.

– Drobne modyfikacje genetyczne, aczkolwiek mieszczące się w normach.

– Mów dalej.

– Zdecydowanie za wysokie stężenie tryptofanu… w skrócie, substancji uspokajającej – dodał, widząc pytający wzrok Maxa. – Do tego zobacz tutaj…

Max spojrzał na animację, po czym zerknął z uśmiechem na Jeta.

– Bingo! Wezwij chłopaków. Poczekaj tu i pilnuj pozostałych pracowników. Nie mamy pewności, czy nie są w to zamieszani. Ja muszę jeszcze coś załatwić.

– Max, to co chcesz zrobić, wykracza poza nasze kompetencje.

– Przyjąłem do wiadomości, Jet.

 

***

Tego samego wieczora

 

Max wybiegł na wypełnioną gwarem ulicę. Skierował się w górę, w stronę budynku oznaczonego numerem 454.

Na miejscu zbliżył się do głównych drzwi i aktywował wideo-domofon. Po kilku sekundach odezwał się męski głos.

– Słucham?

– Dobry wieczór, jestem z wydziału do walki z genetycznie modyfikowanym mięsem. Chciałbym porozmawiać o pańskim zgłoszeniu dotyczącym baru squ-food. – Odsłonił od razu karty.

– Komplet informacji podałem w zgłoszeniu – zabrzmiało w głośniczku.

– Tak, tak. Rzecz w tym, że w naszej ocenie wszystko było okej. Chciałbym poznać więcej szczegółów.

Po kilku sekundach elektryczny rygiel w drzwiach odskoczył. Facet złapał przynętę.

Max wbiegł na drugie piętro i przystanął wsparty ręką o polimerową balustradę. Chwilę później mechanizm zamka zatrzeszczał we wnętrzu drzwi wejściowych do mieszkania. Jak tylko metalowe skrzydło otwarło się, Max wpadł z impetem do środka, przewracając gospodarza.

– Teraz mi wszystko opowiesz – rzucił z pewnością siebie policjant.

 

***

Dwa dni później

 

– Co ci do łba strzeliło, żeby odwalić taki numer?! – krzyczał rozwścieczony komendant.

Wysoki i barczysty mężczyzna poczerwieniał na twarzy od złości.

– Byłem pewien…

– Gówno mnie obchodzi, czego byłeś pewien. Wtargnąłeś do mieszkania wzorowego obywatela tego miasta. Co ty sobie do diabła wyobrażałeś?!

– Byłem pewien, że ten facet ma coś wspólnego ze sprawą squ-food – głos przesiąkał pokorą.

– To się kurwa pomyliłeś! To był tylko niezadowolony klient, który dostał sraczki po tym cholerstwie. – Komendant usiadł na fotelu, którego skórzana tapicerka zatrzeszczała od ciężaru. Zamyślił się.

– I co ja mam z tobą zrobić, Max? – Złość wyraźnie się ulotniła. – Masz szczęście, że te gnojki zaszyły trzydzieści kilogramów syntokoki w tych wiewiórkach. Dzięki tobie rozbiliśmy lokalny punkt dystrybucji tego ścierwa, które szmuglowali ze wschodnich rubieży. Teraz tylko módl się, żeby sprawa tego faceta rozeszła się po kościach. – Komendant wstał i podszedł do okna.

Max uznał to za pożegnanie i już miał skierować się do wyjścia.

– Zapomniałbym. – Szef policji obrócił się w kierunku podwładnego. – Ten, jak mu tam… Nikita to w rzeczywistości Viktor Simril. Dorwaliśmy go wczoraj w jednej z lokalnych melin. Rok temu zatrzymałeś go w związku ze znalezieniem niewielkiej ilości prochów przy jego motorze. Na przesłuchaniu powiedział, że zaczął uciekać, bo cię rozpoznał i był pewien, że tym razem pojawiłeś się w związku z syntokoką.

Choć Max nie przypominał sobie Viktora Simrila, uśmiechnął się delikatnie z satysfakcją, nie uszło to uwadze staremu.

– Dobra wystarczy tego lizania się po jajach. – Wrócił Mr Hyde. – Zejdź mi z oczu.

Max ruszył w stronę drzwi, starając się nie złapać kontaktu wzrokowego ze starym.

– I jeszcze jedno – rzucił komendant do stojącego w wyjściu podwładnego. – Obserwuję cię. – Szef policji przyłożył dwa palce do powiek i po chwili skierował je wymownie w stronę Maxa.

 

***

Dwa tygodnie później

 

– Z okazji twojego powrotu z odmętów policyjnych wydziałów, stawiam dzisiaj lunch – rzuciła z radością Megan, wychodząc na miasto.

– Okej. – Uśmiechnął się Max.

Po kwadransie siedzieli przy swoich biurkach, zajadali drugie śniadania i rozmawiali o tym, co się wydarzyło przez ostatnie trzy miesiące.

– I wyobraź sobie, że biegnę za tym gościem i wywracam się na brei gnijących wiewiórek. Centymetry dzieliły mnie, żeby wpaść w to gówno.

– Centymetry to dzieliły cię od roztrzaskania czaszki. Kiszone wiewiórki zabiły policjanta – Megan ruchem dłoni zobrazowała w powietrzu news serwisów informacyjnych, odkrywając przy tym białe zęby.

– Bardzo zabawne. Jedno jest pewne, nigdy nie tknę żadnej wiewiórki.

Megan zamarła. Zerknęła na kompana i jego sałatkę. Max rozszyfrował to spojrzenie w ułamku sekundy.

– To nie jest kurczak? – zapytał nerwowo.

– To teraz takie fit, przepraszam.

– Nie wierzę.

Koniec

Komentarze

Paskudne. Fermentowane wiewiórki, błeee. Ale opowiadanie spójne, i, choć zbudowane na dość utartych pomysłach, nieźle się czyta.

W paru miejscach brakuje przecinków. W jednym wkradł się spory błąd: stoczył się z pułki → półki.

Generalnie czytało się dobrze, ale mojej dotychczasowej klasyfikacji ulubionych w tym konkursie nie zmieniło :)

O jeja taki babol, no co zrobić…

 

Dzięki za lekturę i komentarz :)

Przez chwilę dobrze się bawiłem Anonimie :) Dobrze się czytało, ale te fermentowane wiewiórki… z cynamonem i imbirem… Ale, sprawdziłem i np. w Anglii wiewiórki to ponoć przysmak… Brr

– I co ja mam z tobą zrobić[+,] Max?

Fajne :)

Przynoszę radość. A CMowi ból i pożogę.

Dziękuję za odwiedziny i komentarze :)

 

Skoro mamy kiszone cytryny, jajka, śledzie (Surströmming), ptaki (Kiviak) – nie wspominając już o “naszych” rarytasach ;) to czemu nie wiewiórki. Przykrywka do szmuglowania syntokoki musi być niezwykle wiarygodnie przygotowana ;)

Wyciągnął z zamka metalową zawleczkę w kształcie litery P i wyjął delikatnie jedną z wiewiór ,uważając żeby pozostali mieszkańcy metalowego schronienia nie uciekli. 

Tu jeszcze do poprawienia. 

 

Szorciak akcji z wiewiórczym mięsem. Poprawnie napisane, akcja ładnie rozpisana. I w sumie tyle, bo to naprawdę dobrze napisany kawałek tekstu, któremu brakuje tego “czegoś”, żeby porwać czytelnika. Ale i tak, lektura była przyjemna. 

Tak, zdecydowanie coś w tym zdaniu zgrzyta… przemyślę ;)

 

Dzięki za odwiedziny cool

Menu zdecydowanie nie moje, ale intryga kryminalna fajna :)

Dobrze się czytało :)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Dzięki za odwiedziny i klika, bardzo mi miło :)

Podobało mi się, choć przeszły mnie ciarki przy tych pieczonych i fermentowanych wiewiórkach. Muszę jednak przyznać, że jako pomysł na wiewiórczy konkurs, to bardzo oryginalne. :)

 

Tak mnie tylko zastanawia ten “wydział do walki z genetycznie modyfikowanym mięsem”. Jakoś tak po tym poślizgnięciu się Maxa na kiszonej wiewiórce moja wyobraźnia podsunęła mi obraz policjantów walczących wręcz z surowym mięsem…

 

Absurdalnie zabawne. laugh

Dzięki za komentarz. Bardzo mnie cieszy, że się podobało cool

Anonimie, w przedmowie wyraziłeś nadzieję, że lektura opowiadania sprawi czytelnikowi choć chwilę radości, ale cóż, w moim przypadku Twoja nadzieja okazała się płonna.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

:( 

 

W każdym razie, dzięki za poświęcony czas i komentarz :)

A mnie tekst bardzo się spodobał i rozbawiła mnie końcówka. Jedyne co, to jeśli chodzi o temat konkursu, wydaje mi się, że tutaj daniem głównym wcale nie musiały być wiewiórki, więc choć tekst był fajny, nie wiem, czy musiał być konkursowy. Niemniej czytało się fajnie. 

Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow, Creeps in this petty pace from day to day, To the last syllable of recorded time; And all our yesterdays have lighted fools The way to dusty death.

Dzięki za miłe słowo i poświęcony czas. Faktycznie, można by tam użyć zupełnie czegoś innego niż wiewiórki ;)

O fuuu…

Choć przyjemnie napisane, jednak tematyka mnie nie kupiła. Poza tym to jakiś fragmencik tylko. I choć puenta wybrzmiewa nieźle, czegoś mi tu brak…

Aha, co to jest “koło kolejowe”? Istnieje takie pojęcie?

Częścią tolerancji jest uwolnienie się od kompulsywnej potrzeby słuszności - JeRzy

Dzięki za lekturę i komentarz :)

 

W sjp pwn tego nie uświadczyłem, ale wiele razy spotkałem się z tym określeniem w Internetach… może powinno być zestawu kołowego? A może mogłem to zastąpić zupełnie czymś innym [drapię_się_po_głowie] :) 

Tematyka taka troszkę ciężkawa, albo raczej ciężkostrawna ;) Tak czy inaczej, dobrze się czytało, a w końcówce nawet uśmiechnęło i za to ode mnie biblioteczny kliczek :)

Dziękuję uprzejmie :) 

yes

Oryginalny pomysł na wiewiórki w sensie niezadowolony klient i zakończenie, sprawnie opisana akcja, bohaterowie. 

Tylko, tylko… chyba nie przepadam za takim daniem albo przekąską. 

Zdaje mi się, że nie musiały to być koniecznie wiewiórki, więc konkursowo niekoniecznie.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Dziękuję za lekturę i komentarz blush

Już mi się zachciało jeść, a tu masz… smażone wiewiórki. sad

Fajne, fajne, fajne, z wyjątkiem tego co zrobiłoś z wiewiórkami. Fe, be, fuj.

Świetnie się czytało, normalnie jak jakiegoś MacLean’a.

Tylko te wiewiórki!!!

No dobra, świetny pomysł, świetne wykonanie, chcę takich opowiadań więcej.

 

Chciałoby się napisać w podsumowaniu, że nie ma się do czego przyczepić – ale jest:

Swoją strukturą knajpa przypominała górę lodową.

Jaką strukturę ma góra lodowa?

dźwięk przypominający toczące się koło kolejowe.

Czy ktoś kiedyś słyszał toczące się koło kolejowe?

Podłogę wypełniła ciecz

Wypełniła podłogę?

Max uniósł tułów, łapiąc się prawą ręką za guza

Ciekawy sposób unoszenia tułowia. laugh

Dzięki za lekturę i komentarz. Fajnie, że się podobało :)

Jeja, przypomniałeś mi Działa Nawarony…

 

Słówko struktura jest tutaj niestety nietrafione, fakt. Zdanie miało podkreślić, że powierzchnia zaplecza jest nienaturalnie większa od powierzchni kuchni – od takie niewielkie ziarenko, że coś tu nie gra.

Kolejna osoba zwraca uwagę na to nieszczęsne koło kolejowe, do zmiany. 

Taak podłogę wypełniła ciecz :) do zmiany.

hahaha – dopiero teraz sobie zobrazowałem, chłop łapie się za głowę i przyciąga tułów, do zmiany.

Poprawię po zakończeniu głosowania :)

Klasyczne cyberpunkowe klimaty, dynamiczne śledztwo – finał może nie super zaskakujący, ale czytało się fajnie. Na plus przede wszystkim ciekawy pomysł na wykorzystanie wiewiórek.

 

trzydzieści kilogramów syntokoki w tych wiewiórkach

Ta syntetyczna koka to nawet wcale nie taka futurystyczna, już ostatnio w półświatku research chemicals latały jakieś HEX-EN-y albo inne beta-ketony, których działanie porównywano do kokainy.

 

Sugestie poprawek:

 

W końcu, z przerzuconą przez ramię przybrudzoną białą szmatką[+,] przy ladzie z nierdzewnej stali pojawił się Nikita.

Brakuje przecinka kończącego wtrącenie.

 

co o tym sądzisz[+,] Jet?

Przecinek przed wołaczem.

 

uważając[+,] żeby pozostali mieszkańcy metalowego schronienia nie uciekli. 

Przecinek otwierający zdanie podrzędne.

 

aktywował wideo-domofon

“wideodomofon”, bez dywizu, ewentualnie może być też krótsza wersja “wideofon”

 

– Dobra[+,] wystarczy tego lizania się po jajach.

Brakujący przecinek.

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Dzięki za poświęcony czas i uwagi do teksty. Poprawię wszystko po zakończeniu głosowania.

Interesujące podejście, ale mało wiewiórkowe. Równie dobrze nada się tu wszystko od owadów do delfinów.

Właściwie, nie kumam, dlaczego gliniarz przyczepił się do donosiciela. Przecież gdyby naprawdę był zaangażowany w przemyt narkotyków, to słowem by nie pisnął, że z knajpą jest coś nie w porządku.

Babska logika rządzi!

Dzięki za lekturę i komentarz :) Powody donosu mogły być różne, gliniarz błędnie uznał, że zakablował ktoś z konkurencji, jakiś były pracownik knajpy, oszukany narkoman? Gliniarz miał swoje powody. Zostawmy to w domysłach ;)

Zgadzam się z tymi, którzy piszą, że czegoś zabrakło.

Wiewiórki – zamiast np. kur – razem z wydziałem do walki z genetycznie modyfikowanym mięsem (jest oddzielny dla drobiu, ryb, żarcia roślinnego…? ;) – niezgorszy smaczek. Chociaż rzecz niekonieczna, luźno doczepiona do sztampowej i niefantastycznej fabuły. Z konkursowego zapewne (warunki) musu. I tak doceniam.

W każdym razie czytało się dobrze.

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Dzięki za odwiedziny i komentarz :)

Podobała mi się sama historia, ale trochę mniej wykonanie. Mam wrażenie, że czasami zdania są zbyt sztywne, jakbyś tworzył sprawozdanie, a nie opowiadanie, przez co całość wydaje się trochę nijaka.

Zostaw ten żyrandol.

Dzięki za komentarz :)

 

Swoją drogą bardzo interesująca i cenna uwaga. Dzięki!

Sprawnie napisane, ale – no, okrutnie niesmaczne ;)

http://altronapoleone.home.blog

Dzięki za odwiedziny :)

Nowa Fantastyka