- Opowiadanie: Chrościsko - Dewon. Konodontoza

Dewon. Konodontoza

Opowiadanie zawiera wątpliwą estetycznie erotykę [+18]. Tekst nie jest polecany osobom wrażliwym na tym punkcie.

Hasło konkursowe: “Zbrukany niesporczak”.

Ilustracje są autorstwa pewnej anonimowej nastolatki, która utknęła w domu z powodu pandemii.

Za betę serdecznie dziękuję Bellatrix i Kam_mod.

 

Zgodnie z koncesją udzieloną w wątku konkursowym przez jedną z jurorek, pozwoliłem sobie minimalnie przekroczyć limit, nawet mniej, iż “parę setek”. Tekst w Wordzie mieścił się w limicie.

 

Słownik pojęć:

Niesporczaki (Niedźwiadki wodne) – typ pospolitych, małych zwierząt bezkręgowych. W stanie anabiozy mogą przetrwać w temperaturach od prawie zera absolutnego do ponad 150°C.

Gytia – osad organiczny lub organiczno-mineralny powstający na dnie zbiorników wodnych.

Konodonty (†Conodonta) – grupa wymarłych organizmów morskich, po których zachowały się głównie rozproszone mikroskopijne zębokształtne elementy aparatu wokółprzełykowego.

Graptolity (†Graptolithina) – wymarła gromada zwierząt zaliczanych do półstrunowców. Tworzyły wielogałązkowe, przypominające koronę drzew kolonie.

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Dewon. Konodontoza

 

Biologia. Praca klasowa.

Kaja Toś, klasa VIIIc.

Opisz wybraną rodzinę bezkręgowców.

 

Młode niesporczaki osaczyły przestraszonego pantofelka i grały nim w piłkę.

– Dzieci, do mnie, szybciutko – zawołał ojciec.

– Ale my się tak ładnie bawimy. Jeszcze chwilkę.

– Później się pobawicie. – Tata nie dał się uprosić. – Wzrosło stężenie kobaltu-60, czas się ukryć i zapaść w anabiozę.

– Znowu?

– Pospieszcie się, żeby nie było jak na Mururoa.

Niedźwiadki wodne przestały męczyć pierwotniaka, nieświadomego rozpoczętej właśnie wojny nuklearnej, i karnie podążyły za ojcem. Trauma sprzed lat, gdy mama przyswoiła zbyt wiele obcych genów i stała się hybrydą, wciąż była jeszcze żywa.

 

 

*

 

Katedra Jana Chrzciciela od zawsze robiła na Marii wrażenie. Szczególnie w taki dzień jak ten, powszedni, zimowy, kiedy szybko zmierzcha, a szaruga i deszcz przeganiają ludzi tak z ulic, jak i z kościołów. Olbrzymie filary z zimnej cegły, przesiąkniętej wiekami modlitw, skruch i zdradzanych w konfesjonałach wszeteczeństw, stały niewzruszone, strzeliste, skryte w półmroku.

Serce Marii tego dnia biło szybciej. Przyklękła przed tlącym się w oddali pomarańczowym światełkiem, przeżegnała i usiadła w dębowej ławie. Złapała się na tym, że zamiast rozpocząć modlitwę trwa w bezruchu, wpatrzona w wydrążone przez korniki dziurki.

Otrząsnęła się. W nawie bocznej, w konfesjonale, dostrzegła malutką zapaloną lampkę. Serce załomotało jeszcze mocniej. Czuła jakby w jej trzewiach poruszało się coś śliskiego i paskudnego.

Boże, dlaczego mi to zrobiłeś? – westchnęła.

Zwykle Maria chodziła do spowiedzi w swojej parafii. Robiła to w zgodzie z własną wolą i sumieniem. Z ulgą. Tym razem było inaczej. Nie potrafiłaby później spojrzeć proboszczowi w oczy. Liczyła, że w katedrze, będąc anonimową wierną przed nieznajomym księdzem, łatwiej wyrzuci z siebie to plugastwo. Przeliczyła się. Im dłużej tu siedziała, tym bardziej chciała wybiec z kościoła, niczym panna odmawiająca zamążpójścia. Wiedziała jednak, że tak nie można. Trzeba oczyścić serce. Pozbyć się ciężaru. Tutaj, teraz, i już nigdy do tego nie wracać.

– Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus – rzekła drżącym głosem.

– Na wieki wieków – odpowiedziała postać skryta w mroku konfesjonału. Tembr sugerował człowieka zasadniczego. Oczyma wyobraźni Maria dostrzegła surowego sędziego, dla którego litera prawa świętsza jest niźli miłosierdzie.

Wypowiedziawszy formułki, zamilkła na dłuższą chwilę, nie wiedząc od czego zacząć. Posępny sędzia nie ponaglał.

– Jestem laborantką na uniwersytecie – wydusła z siebie. Cień w konfesjonale poruszył się i zbliżył do drewnianej kraty. – Mam męża, dzieci, wnuki nawet. Męża nigdy nie zdradziłam. Jednak ostatnio dzieje się ze mną coś złego. Nigdy wcześniej się tak nie zachowywałam. Wstyd mi, proszę księdza, nawet o tym mówić, w moim wieku…

Maria zamilkła. Ręce się jej trzęsły. Sędzia okazał się cierpliwy.

– Kilka dni temu miałam sen – zaczęła od początku. – Przyśnił mi się ten doktorant od profesora Kożuchowskiego. Często przynosi nam próby do maceracji.

– Nazwiska nie są istotne – szepnął ksiądz cicho, a mimo tego stal w jego głosie aż zmroziła Marię.

– Otóż ten doktorant jest zawsze smutny. Nie, nie smutny. Ponury. Ma w sobie taką złość, albo żal, może zawiść. Coś, co sprawia, że nigdy się nie uśmiecha. W ogóle mało mówi. A jak powie „dzień dobry” tym niskim głosem, to brzmi, jakby matkę przeklinał. Czasem patrzy na mnie swoimi ciemnymi ślepiami, a wtedy mam wrażenie, że zaraz podejdzie i zacznie dusić. Boję się go. I nie tylko ja. Nie wiem, czemu profesor go wziął, podobno zdolny, ale… No i właśnie on mi się przyśnił, ten magister, Piotr.

Gdzieś na chórze zabrzmiał pojedynczy dźwięk organów. Chwilę później zawtórowało mu pociągnięcie smyczka w tej samej tonacji i drugie, nieco fałszywe. A potem znów zapadła cisza.

– Proszę księdza, czy ja naprawdę muszę to opowiadać? Bo w tym śnie, to ja, razem z nim… To bardzo krępujące.

– Sny nie są zależne od naszej woli. Czy można więc zgrzeszyć we śnie?

– Ale… Nie to jest najgorsze, co mi się przyśniło, tylko to, że… rano, zaraz po przebudzeniu, ja… Męża już wtedy nie było, bo akurat miał nockę. Proszę księdza, jest mi tak bardzo wstyd. – Maria się rozpłakała. Po raz pierwszy w swoim sześćdziesięcioletnim życiu płakała w konfesjonale, nie wyznawszy nawet grzechu.

Mroczny człowiek spoglądał zza kraty, cierpliwy niczym anioł, albo kat. Nie dopytywał o szczegóły, nie drążył, nie wnikał, ani nie pouczał. Milczał tylko, a Maria czuła w tym milczeniu potępienie, pogardę i osąd. Wszystkie te rzeczy, których bała się najbardziej.

Kiedy ostatnia łza spłynęła po jej policzku, kiedy pociągnęła nosem po raz ostatni, sędzia zapytał:

– Czy skrzywdziłaś kogokolwiek swym uczynkiem?

– Nie – zająknęła się. – Chyba nie.

– Czy żałujesz?

– Tak – odpowiedziała bez zastanowienia.

– Idź i więcej nie grzesz!

Trzy głośnie stuknięcia o wiekowe drewno zakończyły misterium.

 

Szła szybkim krokiem, niemal biegła, wymijając kałuże i pośniegowe błoto upstrzone cieniami słupów ulicznych latarni. Nie mogła uwierzyć. Krupy marznącego deszczu smagały jej plecy niczym bicz. Ostrów Tumski milczał wymownie. Wiatr pohukiwał potępieńczo.

Nie dał mi pokuty! – dotarło do niej. Nie wyznałam grzechów! Nie wypowiedziałam ich! Przeszedł ją dreszcz obrzydzenia do samej siebie, gdy wspomniała tamten poranek. Wilgotne palce. Szeroko rozwarte uda ladacznicy. A wcześniej rozczarowanie, że to był tylko sen. Tego ostatniego nie potrafiła sobie wybaczyć. Tego pierwszego zresztą też nie. Teraz zaś, już po spowiedzi, czuła się jeszcze bardziej zbrukana. Niegodna. Nieczysta. Plugawa i upodlona.

 

*

 

Profesor Andrzej Kożuchowski nosił się ekstrawagancko. Jego szyję zawsze zdobił zielony szal, świetnie komponujący się z miedzianą ramką archaicznych binokli. Kiedy zaś wchodził do laboratorium, przywdziewał biały fartuch, obszyty, a jakże, zielonymi lamówkami. Szala nigdy nie zdejmował, nawet tutaj.

– Pani Marysiu, dzień dobry. Już pani jest. Świetnie, świetnie, cudownie, rewelacyjnie.

– Dzień dobry, panie profesorze! – Maria poprawiła okulary, próbując zakryć sińce po nieprzespanej nocy.

Andrzej, lekko utykając, targał wielkie metalowe wiadro, które z brzękiem postawił na stole, tuż obok ascetycznie ubranej laborantki.

– Udało się – odsapnął. – Pamięta pani to pechowe odsłonięcie w depresji Świebodzic? Tam, gdzie doktor Kot złamał nogę. Pani zobaczy.

Profesor pogmerał we wiadrze. Wyjął kilka kawałków skał zapakowanych w foliowe woreczki i stosownie opisanych, odkładając je gdzie bądź.

– Gdzie to było? – szeptał pod nosem. – O, jest, świetnie, świetnie, cudownie, rewelacyjnie.

Na stole przed Marią zaległ kawał czarnej jak noc, plastycznej bryły.

– Pani Marysiu, pani zadba o tę próbę.

– A cóż to takiego, panie profesorze? Węgiel?

– Gdzie tam węgiel. W dewonie? – obruszył się staruszek, po czym nachylił się do laborantki. – Powiem pani, pani Marysiu, że sam nie wiem. Jakaś taka niby gytia, ale jakim cudem to się uchowało w takim stanie? Pani patrzy, szczątki organiczne nie do końca jeszcze rozłożone, może da się nawet tkanki miękkie wyseparować. Dlatego z tym do pani przychodzę. Pani pilnuje tej próby jak oka w głowie. Nie macerować chemicznie, do ciekłego azotu nie wstawiać. Tylko rozmiękczyć wodą destylowaną. Potem zobaczymy, co tam jest.

 

*

 

Biologia. Poprawa pracy klasowej.

Kaja Toś, klasa VIIIc.

Przedstaw sposoby odżywiania się bezkręgowców na dowolnym przykładzie.

 

Niedźwiadek płynął przez bezkres wód, wymijając pasące się na okrzemkowych matach małżoraczki. Kiedy las czułków nagle zafalował, odnóża się pochowały, a inkrustowane muszle zamknęły wokół miękkich ciał, niesporczak wiedział, że nie jest dobrze.

Przyspieszył, aby ukryć się w graptolitowym lesie. Jego prymitywne zwoje motywowały go, przedstawiając obrazy drapieżnych konodontów. Długie, smukłe ciała, osiągające zawrotne, przynajmniej jak dla niesporczaków, prędkości. Poziomo rozwierające się szczęki o najostrzejszych zębach, jakie znał świat. Na domiar złego jeszcze ten kolec jadowy. O nie, niedźwiadek nie chciał spotkać konodonta, dlatego przebierał swymi krótkimi odnóżami co sił. Byle nie podzielić losu tatusia. I dziadka. I całego stadka rodzeństwa. Las graptolitowy był jednak bardzo daleko, a konodonty nie znały litości.

 

 

*

 

Kolejny dzień nie okazał się lepszy. Maria została w pracy do późna. Od feralnego snu jej myśli wciąż wracały w te same plugawe rejony, a ona z każdym dniem czuła coraz większe obrzydzenie. No i jeszcze ta nieszczęsna spowiedź.

Rozpakowała kolejny worek, wyjmując fragment piaskowca o niecodziennym kształcie. Gładki walec z obłą końcówką usadowił się w dłoni niemal idealnie. Maria, uświadomiwszy to sobie, odrzuciła go ze wstrętem, po czym ze złością zalała solą glauberską. Opis próbki był równie wymowny: „mgr Piotr Zbrukany, próba 14B”.

– Dobry wieczór! – zabrzmiał niski głos, jakby na wezwanie. Laborantka uświadomiła sobie, że wszyscy poszli już do domu. Zamarła. Roztwór soli glauberskiej przelał się z kuwety i wartką strugą ściekał teraz na podłogę.

– Pani Mario, pomogę. – Magister Zbrukany chwycił jej dłoń, tę samą, w której trzymała niemal już pustą zlewkę.  Uniósł ją do góry. Drugą ręką chwycił ścierkę.

Nie wiedzieć czemu spojrzała mu w oczy. W wieczornym świetle wydały się niemal czarne. Uzmysłowiła sobie, że mężczyzna wciąż jej dotyka.

– Wszystko słyszałem – rzekł, zastygły w bezruchu, jak monolit. Jak ona. Oboje przypominali teraz lodową rzeźbę pośród pędzącego czasu. – Tam, w katedrze.

Nie mrugnęła nawet. Była pewna, że to sen. A przecież sen to nie grzech.

Piotr jakby chciał coś jeszcze powiedzieć, lecz nie umiał znaleźć właściwego słowa.

– Też tego chcę – poruszyły się jego usta.

Może jej się tylko zdawało?

Kolejne mikrosekundy pędziły przez wieczność wśród nieruchomych głazów.

– Ale przecież jestem stara – oznajmiła bardziej do siebie niż do niego.

Kręcił tylko głową.

Kręcił, jakby przecząc temu, co oczywiste. Ciemne oczy sczerniały jeszcze bardziej. Nie – mówiło ciało. Nie – szeptały usta. Nie – męska dłoń spoczęła na jej policzku. Na zmarszczkach. Ciepła dłoń. Nie, nie ciepła. Gorąca. Rozpalona, a zarazem chłodna jak głos sędziego.

Potem mężczyzna znikł.

Nie, nie znikł. Wyszedł. Obrócił się, skierował się ku wciąż uchylonym drzwiom i wyszedł.

Maria znów to poczuła. Wszeteczną wilgoć. Czekała, aż się obudzi. Pójdzie od razu pod prysznic i zmyje to z siebie, a potem pojedzie do pracy, jakby nigdy nic, bez wyrzutów sumienia.

Sen to nie grzech. Nie można grzeszyć nieświadomie.

Czekała na próżno. Sól glauberska nie ciekła już ze stołu, a jedynie kapała. Na wpół mokra, porzucona ścierka leżała w kałuży na podłodze. Z oddali dobiegał hurkot pędzącego tramwaju.

Maria nie spała.

 

*

 

W kuchni unosił się zapach zupy ogórkowej. Kaja wyłączyła kuchenkę, odstawiła garnek na zimny palnik i spojrzała na siedzącą nad talerzem babcię zatopioną w myślach.

– Babciu, jedz! – powtórzyła dziewczynka. Delikatnie, tak delikatnie, jak tylko nastolatki potrafią.

– Zaraz – odpowiedziała mechanicznie Maria.

– Babciu… – Kaja jakby zawahała się na chwilę. – Pójdziemy na zakupy!

Kobieta podniosła głowę.

– Spójrz! – Wnuczka otaksowała ją. – Te ubrania mają chyba z dwadzieścia lat. Wyglądasz w nich staro, czujesz się w nich staro. Nie chcę takiej babci.

– Ale ja…

– O nie, nie. Już się chcesz wycofać. Nie. Jesteś moją babcią i masz być ładna. Bo ładna to znaczy szczęśliwa. Najpierw kupimy ci bieliznę – zaśmiała się Kaja. – Nie, nie na placu. Pójdziemy do brafitterki. Popatrz, takie fajne, duże piersi, a nosisz je jak dwa worki mąki. A przecież wystarczy je tylko trochę podnieść. Bycie atrakcyjnym to nie grzech.

 

*

 

Marii było tak bardzo, bardzo źle. Poczucie winy, odraza do siebie i własnego ciała. Wszystkie te piękne ubrania od wnuczki ukryła na dnie szafy i włożyła najbardziej siermiężny strój, jaki znalazła.

Nie pomogło.

Czuła się równie plugawa, jak wcześniej. W laboratorium była tylko ciałem, machinalnie rozmiękczając czarną breję w szalkach Petriego, umysłem zaś krążyła gdzieś pomiędzy słowami ponurego księdza, ponurego Piotra, i ponurego męża, obok którego nie czuła się godna już nie tylko sypiać, ale nawet przebywać. Tłumaczyła sobie, że to dlatego zostaje po godzinach w mrocznych piwnicach laboratorium, gdzie odrapane ściany i zatęchłe powietrze wibrują na tych samych częstotliwościach co jej dusza.

Wilgoć przesiąkająca mury od czasu powodzi nigdy nie opuściła tego miejsca, a zimą niemal skraplała się na ścianach. Maria wpatrywała się w rozległy czarny grzyb w narożniku i wyobrażała sobie, że tak właśnie wygląda jej dusza. Czy coś tak plugawego, może być jeszcze plugawsze?

Zaskrzypiały drzwi.

Piotr nie wypowiedział słów powitania. Skierował się prosto ku niej. Próżno było w nim odnaleźć tę nutkę delikatności sprzed kilku dni. Jego oczy zdawały się ciemniejsze niż zwykłe, niemal czarne, jak smoła, jak gytia profesora, jak grzyb w narożniku.

Pożerał ją wzrokiem. Hipnotyzował. Pętał. Maria stała nieruchomo, wciąż jeszcze trzymając szalkę Petriego.

Zimna dłoń musnęła jej policzek, środkowy palec zahaczył o dolną wargę, a chwilę później dotknął języka.

Znów ten sen. To musi być sen.

Nabrała gwałtownie powietrza i równie gwałtownie je wypuściła.

We śnie to nie grzech.

Mężczyzna rozpiął guziki jej swetra. Nie, nie swetra. Drapiącego, zgrzebnego obrzydlistwa. Grzyb w narożniku wciąż był czarny jak smoła.

Bardziej czarny przecież już nie będzie.

Odruchowo odłożyła szalkę. Piotr uwolnił ją od kolejnych warstw odzieży, po czym uniósł jak piórko i posadził na stole.

Brzęknęło szkło.

– Uważaj, próby profesora! – wyrwało jej się z ust.

Zawstydziło ją to jeszcze bardziej. Tak jakby jej głos wzmógł realizm całej sceny.

Doktorant nie zwrócił na to uwagi. Przeciągnął dłonią po zmarszczkach na jej szyi i opuścił ramiączka spranego biustonosza. Wyzwolił ją od niego.

Przyjęła to z niemal ulgą. Przez ułamek sekundy. Potem zakryła piersi dłońmi.

Jak worki mąki – przypomniała sobie słowa wnuczki. Nie za wiele już tej mąki w nich zostało.

– To jest ta słynna gytia profesora? – Doktorant sięgnął po szalkę i zanurzył place w smolistej brei. Roztarł ją w palcach, powąchał, posmakował. – Zachowała się w takim stanie od dewonu? Niezwęglona? Niemożliwe.

Trwało to jednak tylko chwilę. Wkrótce mrok znów zasnuł jego oczy.

– Zbrukajmy ją – zadecydował.

Maria nie była pewna, co, lub kogo miał na myśli.

Piotr rozmazał śliską materię na jej skórze, na piersiach, na brzuchu. Plugastwo duszy rezonowało w niej z plugastwem ciała. Wypełniało pory.

Później posunął się dalej. I jeszcze dalej. I jeszcze.

Czuła zapach wilgoci, swojej wilgoci, przemieszany z aromatem zgnilizny i wonią przekopywanej jesienią ziemi. I diaboliczny chłód śliskich, oblepionych czernidłem palców, tańczących pośród rozprutych rajstop i rozciętej skalpelem grubej kremowej bawełny. A na koniec doszedł jeszcze jeden zapach. Jego własny.

 

*

 

Profesor siedział za binokularem i mamrotał pod nosem, jak to miał w zwyczaju.

– Jakie ostre macie te zębiska. Świetnie, świetnie. Jakby ledwie od dentysty wróciły. Cudownie. A ciebie, przyjacielu, to nie znam. Rewelacyjnie. Przeczekaj, huncwocie, znajdę cię, znajdę.

Staruszek sięgnął po monografię: „Taxonomy, Evolution and Biostratigraphy of Conodonts”. Kartkował ją zawzięcie, co rusz zaglądając pod mikroskop. Zdawał się nie zauważać Marii, która zapukawszy trzykrotnie, uchyliła drzwi jego gabinetu.

– Dzień dobry – powiedziała skromnie.

– Nie mają cię w aktach, kolego. Świetnie, świetnie. Jakeś ty się im uchował? – pomrukiwał coraz bardziej zaintrygowany. – Nawet rodziny ci nie sklasyfikowali? Nie może być. Rewelacyjnie.

– Dzień dobry, panie profesorze – powtórzyła Maria nieco głośniej.

– O, pani Marysia, cudownie. Te preparaty od pani właśnie przeglądam. Niesamowite. Świetnie zachowana mikrofauna. Otwornice, graptolity, konodonty, czego tam nie ma. Nawet niesporczaki znalazłem. Prawie jak żywe.

Profesor mógł tak mówić godzinami. Maria, nauczona wieloletnim doświadczeniem, chrząknęła dyskretnie.

– A tak, tak. Rzeczywiście. Proszę siadać, pani Marysiu. Z czym pani przychodzi?

Spoczęła na jedynym krześle nie zajętym przez sterty studenckich kolokwiów, „bezcennych” okazów, ani niczego, co można by zaliczyć do kreatywnego bałaganu niezbędnego w pracy naukowej. Na siedzisku leżała tylko niedbale wydrukowana praca: „Niesporczaki i ich hybrydy genetyczne. Przyczynek do dyskusji”, którą Maria odłożyła na biurko.

– Chciałam poprosić o urlop, panie profesorze. Źle się ostatnio czuję.

Andrzej Kożuchowski po raz pierwszy tego dnia spojrzał na nią trzeźwo. Tak jak kiedyś, gdy była jeszcze młodsza, a on mocno stąpał po ziemi. Zlustrował ją od stóp do głów, zatrzymując wzrok na jej biuście.

Zarumieniła się, żałując, że niepotrzebnie włożyła tę nową bieliznę od Kai. Bluzka też nagle wydała się zdecydowanie zbyt cienka. Profesor, co do niego niepodobna, jakby się zawiesił, wciąż na nią patrząc. Maria płonęła ze wstydu.

– Pani Marysiu. Nie chciałbym, aby to zabrzmiało niestosownie, ale… Jakby to wyrazić… Pani lewa pierś się porusza, podczas gdy prawa pozostaje w bezruchu.

Wtedy to poczuła.

Najpierw nieprzyjemnie łaskotanie pod skórą, później wybrzuszenia tuż pod delikatną tkaniną stanika, a na końcu ukłucie i przeraźliwy ból.

Wrzasnęła. Wystrzeliła z krzesła i poczęła strząsać z siebie niewidzialnego insekta. Niesprawdzone jeszcze kolokwia z geologii historycznej rozsypały się po gabinecie.

– Niech pan to zabierze! – wydarła się wniebogłosy.

Zajrzała pod bluzkę. Jedynie co dostrzegła, to falujący jedwab stanika po lewej stronie. Kiedy zaś uchyliła miseczkę, wrzasnęła jeszcze przeraźliwiej.

– Pan to ze mnie wyciągnie, profesorze!

– Proszę pokazać. – Andrzej Kożuchowski zachował zimną krew. Mówił powoli, a jego oczy przypominały morskie wody w bezwietrzny dzień. – Usiądźmy.

Maria dygotała.

– Mogę?

Przytaknęła.

– Będziemy musieli to zdjąć.

Liliowa bluzeczka powędrowała ku górze.

– To chyba też. Mogę?

Jedwabny stanik miał zapięcie z przodu. Jeżeli zdziwiło to profesora, to nie dał tego po sobie poznać. Wpatrywał się z zaciekawieniem w poruszające się wybrzuszenie.

– Proszę to ze mnie wyciągnąć – załkała.

– Chyba trzeba wezwać pogotowie!

– Nie wytrzymam dłużej. To się we mnie wgryza, tam w środku – wrzasnęła.

Profesor nacisnął kciukiem poruszającą się larwę, czy cokolwiek to było, a robal zatoczył pod skórą łuk i zanurkował głębiej, kryjąc się za szeroką brodawką piersi.

Ktoś wbiegł do gabinetu zaalarmowany krzykiem. Staruszek rozejrzał się w poszukiwaniu swoich narzędzi. Leżały obok mikroskopu. Niewielki nóż do papieru, kilka szpatułek, zestaw pęset i szczypiec. Była nawet pipeta i buteleczka z kwasem solnym.

Pasożyt zdołał przeżreć się przez kolejny kawałek tkanki, a teraz, wnioskując po rosnącym wybrzuszeniu koniuszka sutka oraz rosnącej panice Marii, zamierzał wyjść na zewnątrz.

Andrzej wybrał szczypce.

Doktor Kazimierski, który przybył w sukurs, po chwilowej konsternacji chwycił dygoczącą laborantkę. Profesor, uzbrojony już nie tylko w szczypce, ale i szklany słoik, czekał. Maria szlochała żałośnie.

Najpierw pojawiła się kropelka krwi, kilka kolejnych upstrzyło fartuch profesora. Kiedy zaś z rany wyłoniła się kilkumilimetrowa główka z kłapiącymi szczękami, staruszek z wprawą zacisnął szczypce przy jej nasadzie i wyciągnął robaka jednym ruchem.

Obłe, segmentowane ciało z reliktowymi odnóżami przypominało wydłużonego niesporczaka, powiększonego dziesięciokrotnie. Profesor ze swym kolegą wnet zapomnieli o cierpiącej Marii i z fascynacją oglądali wijące się na dnie słoika stworzenie. Było w nim coś intrygującego i przerażającego zarazem. Profesor nie wypowiedział tego głośno, lecz w kłapiących, zorientowanych poprzecznie szczękach dostrzegał znajomy wzorzec.

 

*

 

Biologia. Egzamin komisyjny.

Kaja Toś, klasa VIIIc

Pasożytnictwo. Przyczyny epidemii konodontozy.

 

Konodont był młody i łapczywy. Połknął niedźwiadka, mimo że ten ledwie mieścił się w jego otworze gębowym. Uparty niesporczak nadął się, rozpostarł odnóża tak szeroko, jak tylko mógł, a zaklinowawszy się w brzuchu drapieżcy, zrobił to, co potrafił najlepiej. Zapadł w anabiozę.

Pechowemu konodontowi wkrótce się zmarło. Usypali mu nawet kurhanik w gnijącym graptolitowym lesie, a potem wszelki słuch o nim, jak i o niedźwiadku, zaginął.

Długo niesporczak czekał na lepsze czasy. Przyszedł jednak dzień, kiedy dobrzy ludzie go odnaleźli i zabrali do domu. Zrobili mu ciepło i miło. Gdy poczuł ich miłość, uznał, że wystarczy już leniuchowania. Niemal czterysta milionów lat to nie w kij dmuchał, wyjście z anabiozy nie jest takie proste. Na szczęście zostało nieco białek i kwasów nukleinowych po martwym konodoncie.

 

 

*

 

Profesor po kilku dniach obserwacji zalał hybrydę formaliną, wypreparował i przeprowadził sekcję. W trakcie analizy truchła, w przedostatnim jego segmencie, odnalazł tysiące jaj. Ostatniego segmentu brakowało.

 

*

 

Rana na ciele goiła się szybko, jednak w duszy Marii wciąż panował mrok. Mąż patrzył na nią z troską, a ona spuszczała tylko wzrok, pełna winy i żalu.

Zdecydowała, że wszystko mu opowie. Nie potrafiła żyć w kłamstwie. Przerastało ją to, zżerało od środka. Własna zdrada bolała tysiąckroć bardziej niż wspomnienie pasożyta.

W sypialni w ich małżeńskim łóżku leżał Jerzy, blady i cichy, nieruchomy. Jedyną oznaką życia były delikatnie poruszające się usta, jakby wygrzebywał językiem resztki kolacji.

Podeszła do niego, uklękła. Zastanawiała się, czy nie wyznać mu wszystkiego teraz, gdy śpi. Wydało się to oszustwem. Jerzy, Jurek, Jureczek, tyle lat razem. Nigdy jej nie skrzywdził. Wpatrywała się w jego usta. Ostatni pocałunek zanim otworzy serce. Pochyliła się ku nim. Zanim on wyrzuci ją z domu. Musnęła je delikatnie. Były zimne jak palce Piotra. Dotknęła je swoimi ustami. Miniaturowe szczęki o zębach cieńszych od włosa, zacisnęły się na jej wardze.

Gdy pogotowie zabierało Jerzego, wciąż jeszcze żył.

 

*

 

Grażynka z dziekanatu doniosła, że profesor miał gości z Państwowej Inspekcji Sanitarnej. Następnego dnia ogłoszono dni dziekańskie. Do odwołania.

– Grażynko – Maria starała się brzmieć naturalnie, choć w istocie ledwie była w stanie utrzymać telefon. – Czy masz może listę osób zakażonych? Tak, od nas z instytutu. Tak, wiem, że profesorowi nic nie jest. Chodzi mi o kogoś innego. Mogłabyś sprawdzić magistra Zbrukanego?

Przedłużająca się w słuchawce cisza była nie do zniesienia.

 

*

 

To było tuż przed tym, jak wprowadzono kwarantannę. Ostrów Tumski przywitał Marię wiosennym słońcem. Nie potrafiła się jednak nim cieszyć. Hełmy na wieżach katedry wyłaniały się zza wciąż ogołoconych przez zimę gałęzi drzew. Na jednej z ławek kobieta karmiła niemowlę. Małe rączki obejmowały pierś, którą osesek ssał łapczywie. Mama, jeszcze nieświadoma rodzącej się epidemii, wpatrywała się w dziecko z miłością.

Nie, proszę. – Maria wzniosła oczy ku niebu.

Przyspieszyła korku.

Wewnątrz mroczny gotyk jawił się jeszcze bardziej złowrogo niż wtedy. Zamiast dźwięku organów, pobrzękiwały klucze, zamiast śpiewu chóru, głucho domknęły się ciężkie drzwi. Jedynie głos ponurego sędziego był równie zimny jak ostatnio.

– To wszystko przeze mnie. To moja wina – kajała się.

– Wyznaj swoje grzechy – odpowiedział surowy głos.

Maria wyznała. Całą prawdę.

– Czy skrzywdziłaś kogokolwiek swym uczynkiem?

– Wszystkich – wyjąkała. – To przeze mnie. Tylu cierpi w męczarniach. Tylu jeszcze umrze.

– Czy żałujesz?

– Tak – odpowiedziała po dłuższej chwili milczenia.

– Idź i więcej nie grzesz!

Trzy głośne stuknięcia o wiekowe drewno zakończyły misterium.

– Ale… co z pokutą?

– A, tak, pokuta. – Sędzia jakby wybudził się z transu. – Trzy razy Ojcze Nasz i trzy Zdrowaś Maryjo. A teraz żałuj za grzechy.

 

*

 

Biologia. Diagnoza wstępna

Kaja Toś, klasa VIII

Rozmnażanie płciowe a przemiana pokoleń

 

Niedźwiadek szybko doszedł do siebie, wyrosły mu konodontowe szczęki i długi ogon, i już nigdy niczego się nie bał. Miał też bardzo dużo dzieci. Zamieszkały one w ciałach dobrych ludzi, gdzie wśród miłości i pożądania odnajdowały nowe domy.

 

I wtedy zabrali do szpitala mojego dziadka. Zachorowały też dwie panie z jego zakładu. I ich mężowie. I pani Grażynka z dziekanatu. A potem umarła babcia.

 

Koniec

Komentarze

Powiem tak: podoba mi się pomysł, że tło wydarzeń wyjaśnia, zamiast jakiegoś rodzaju infodumpu, ta biologiczna “bajka” nastolatki, na dodatek, oceniając po konieczności zdawania egzaminu komisyjnego, niezrozumiana przez szkolny establishment :D :D. Sam pomysł bardzo fajny, literacko ciekawie sprzedany, skutecznie miesza elementy groteski z horrorem, ale nie jestem najlepszą oceniającą dla tego typu fabuły: jest to dokładnie i szczegółowo ten rodzaj body horroru, który u mnie [tu wstaw jakieś odpowiednio imponujące określenie na “budzi strach połączony z obrzydzeniem” :D ].

No wreszcie! Już się sam nudziłem.

O właśnie, właśnie, wiedziałam, że o czymś zapomniałam…

 

Podoba mi się to nowe zakończenie. Nie mój ulubiony twój tekst, ale lektura szalenie miła i dostarczająca niespotykanych doznań estetycznych. Klikam.

www.facebook.com/mika.modrzynska

Tekst po prostu świetny, nie ma co. Jestem pod wrażeniem szczególnie od strony technicznej – przebogaty język, a jednak niewymuszony, celny, lekki. Postaci wyraziste, żyją i oddychają, jak z krwi i kości. No i najważniejsze – całość wciąga, a i człowiek się przy okazji nauczy paru nowych rzeczy.

Pozdrawiam!

p.s. ilustracje pasują doskonale!

— Nie cmyka! Mówiłem, że nie ma zębów.

Technicznie tekst jest świetny i pomysł na ogranie tematu jak najbardziej też niebanalny. Ilustracje też dodają smaczku, tak samo jak wtrącenia z pracy domowej gimanzjalistki/dziewczyny ze szkoły podstawowej – wybacz, nie łapię się już w naszych reformach szkolnictwalaugh

.

Dziękuję pięknie za komentarze i kliki.

 

Ninedin, nawet nie wiedziałem, że jest taki gatunek jak body horror. :) 

ale lektura szalenie miła i dostarczająca niespotykanych doznań estetycznych.

Kam, to drugie jestem w stanie zrozumieć, ale miła?

 

Paradust, Oidrin, fajnie, że wpadliście. Tym fajniej, że z dobrym słowem.

 

Coboldzie, nie mam nic przeciwko komentarzom innych konkursowiczów, nawet jeśli są krytyczne. Nie krępuj się :)

 

Oczywiście wypracowania z biologii, które takim manifestacyjnie naiwnym językiem i formą, podkreślają przewrotność samego pomysłu, są największym atutem tej historii. Przypominają mi fragmenty z książki czytanej przez Homka w Dolinie Muminków w listopadzie.

 

Niestety historia z babcią latającą do spowiedzi i jakimś jest tam romansem i tymi schizami w jej głowie, przynajmniej dla mnie, niezbyt interesująca, ale i niezbyt przekonująca. Wydawała się nieco konceptualna.

Myślę jednak, że sama jakość tekstu i jego wykonanie zasługują na wielką pochwałę, a pod względem oryginalności to chyba najciekawsze opowiadanie, jakie tutaj przeczytałem do tej pory.

Niestety historia z babcią latającą do spowiedzi i jakimś jest tam romansem i tymi schizami w jej głowie, przynajmniej dla mnie, niezbyt interesująca, ale i niezbyt przekonująca. Wydawała się nieco konceptualna.

Killmanie, dla mnie w historii tej kobiety najistotniejszy był nie tyle sam romans, a kwestia winy, wyrzutów sumienia, oraz ich zasadności.

Owszem można postrzegać ten wątek jako przerysowany i niezbyt przekonujący, ale w tym konkursie raczej chodziło o groteskę niż realizm.

Dzięki za komentarz i pochwałę.

Jak pięknie się zaczęło, tak pięknie się zagmatwało na końcu.

Ale, gdyby się nie zagmatwało, to nie było by zakręcone. A zakręcone musi być.

Fajny uniwersytecki klimat, erotyka też fajna, taka bardziej 16+ (albo 56+) – dla mnie jak najbardziej na każdy +. Bardziej mi się podobał początek, im dalej tym trudniej było czytać. Klimat i język jak najbardziej na plus. 

Ach, zapomniał bym o Kai. Bardzo piękne te interludia.

Zaiste, chory tekst.

Wątek erotyczny odważny, zważywszy że czytelnicy mają zwyczaj odnosić go do osobistych fantazji autora ;) Dobre otwarcie głównego wątku przez scenę spowiedzi – wprowadza element egzystencjalnego niepokoju, dobre też domknięcie tej klamry. Świetny motyw gytii – brudne to i tłuste. No i wreszcie obrazki – tworzą udany duet z fragmentami wypracowań: jedne i drugie freaky, ale w odmiennych rejestrach.

Tego elementu chorej dziwaczności zabrakło mi w postaci profesora – rozumiem, że jego sceny miały wprowadzić element komicznego oddechu, ale jest dla mnie zbyt standardowo odklejony i nieudaczny, a brakuje w nim właśnie tego pierwiastka niepokoju.

Czepiałbym się rozłożenia sił w limicie – scenę otwarcia można byłoby skrócić o dobrą jedną trzecią i poobcinać nieco kolejne, żeby wygospodarować znaki na końcówkę. Od narodzin Obcego akcja przyspiesza w sposób chaotyczny, co jednak nie sprawia wrażenia celowego zagęszczenia fabuły tylko walki z limitem. Osobiście najmocniej potknąłem się w momencie wprowadzenia Jerzego (who the fuck is Jerzy?) – spróbowałbym wpleść postać męża w pierwsze katedralne rozważania.

Bardzo fajne opowiadanie.

Podoba mi się ta “niedźwiadkowatść” niesporczaków, zwłaszcza przy pierwszym rysunku się uśmiechnęłam, więc przekaż, proszę, pewnej anonimowej nastolatce, że przyniosła mi dziś radość ;)

Podoba mi się to przeplatanie tego, co się dzieje w laboratorium, z pracami szkolnymi. Naprawdę dobry pomysł na wytłumaczenie wszystkiego, do tego ładnie zrealizowany.

Czytało mi się dobrze i no i, wiadomo, fajne, podobało mi się :)

Przynoszę radość

Dzięki, fizyku, za odwiedziny.

 

Wątek erotyczny odważny, zważywszy że czytelnicy mają zwyczaj odnosić go do osobistych fantazji autora ;)

coboldzie, cóż za piękna riposta. ;) Jestem urzeczony.

 

Owszem, walczyłem z limitem. I tak, scena z Jerzym została dopisana później. Niezłe masz oko.

Profesora za to będę bronił. Nie widzę w nim nieudaczności. Gdyby zaś go obdarzyć niespokojnym duchem, mogłoby być tego zbyt wiele.

 

Bardzo fajne opowiadanie.

nice :)

 

Dziękuję, Anet.

Komplementy nastolatce przekażę.

Wczoraj pytała, czy dostanę jakąś kasę za to opowiadanie, bo jak tak, to mam się z nią podzielić. ;)

 

:DDDD

Przynoszę radość

I co tu mądrego po takiej lekturze napisać? XD

Nie będę ukrywał, że kiedy myślałem wstępnie o spisaniu opinii, mój mózg… zgłosił nieprzygotowanie. ;-)

No nic. Próbujmy.

Tekst na swój sposób na pewno odważny. Balansujesz na granicy tego, o czym chcemy czytać, rozmawiać, przede wszystkim zaś co chcemy sobie wyobrażać. ;)

Jest to fajne, bo gdzieś pomiędzy opowiadaną historią zahaczasz o naszą tendencję do tworzenia tematów tabu. Do wypierania ze świadomości i rozumienia świata tego, z czym nam nie po drodze, co ze względów estetycznych jest dla nas (i dla naszych oczu:)) nie do przyjęcia.

Jednocześnie, Twoje opowiadanie to nie jest jakiś typowy manifest pod tym względem. Bo tutaj czytelnik absolutnie nie ma poczucia, że cały tekst istnieje przede wszystkim po to, żeby owe tabu przełamywać i wyeksponować. Że poprzez swój tekst usiłujesz podnieść tematy i sprawy tak czytelniczo, jak i życiowo ignorowane, bo nieestetyczne i niewygodne.

Ów manifest pojawia się tu raczej przy okazji. Jako taka lekka wartość dodana tekstu. Tworzysz sprawne opisy, dzięki którym nasza wyobraźnie błaga momentami o litość i złorzeczy na odwagę Autora, tym nie mniej jest to tylko jeden element tekstu.

Sam tekst jest zaś… nazwijmy to… intrygujący. ;-)

Choć prawdopodobnie jest to jedno z tych opowiadań, na których powstanie słownik języka polskiego absolutnie nie był przygotowany. ;-)

Ech, a miałem się streszczać…

Opowiadasz historię, przeskakując od narracji do wypracowania. Połączenie nieoczywiste, a zatem i ciekawe czytelniczo. Fajnie wypada ten motyw z wykorzystaniem wypracowania. Ładnie też się kleją te dwa elementy, poprzez nakreśloną relację wnuczki z babcią. Myślę, że bez tego połączenie budziło by pewne wątpliwości, bo też istniało już tylko na słowo honoru.

Sama historia wciąga, mimo że jest taka… nieofensywna. Nieofensywna znaczy z grubsza tyle, że masz tu sporo elementów z założenia stonowanych. Kobieta w określonym wieku, której (w przekonaniu jej i społeczeństwa) nie wszystko wypada. Kościół. Laboratorium. To wszystko kojarzy się z takim względnym spokojem, więc i trudno powiedzieć, że opowiadanie porywa. Raczej, jak pisałem, intryguje.

A intryguje z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że jest się tak zwyczajnie, po ludzku ciekawym, jak dana historia się zakończy. Po drugie zaś, pojawia się ciekawość (i obawa jednocześnie;)) na ile Autor w tej prezentacji omawianego tabu sobie pozwoli.

Niesporczaki w tekście są zaznaczone dość wyraźnie. Nie można w żadnym razie zarzucić, że temat potraktowałeś po macoszemu. Są one natomiast jakby mniej widoczne. Albo może słabiej walczą o uwagę czytelnika? Na pierwszym planie, dla mnie jako czytelnika, od początku do końca były problemy Marii, jej dylematy moralne i przemycany przy okazji wątek tematu tabu. Sama obecność niesporczaków i jej wpływ na Marię nie robił więc większego wrażenia.

Nie jest to tekst, który wciąga czytelnika w taki sposób, że chce on biec oczami po kolejnych zdaniach, czekając niecierpliwie zakończenia.

Tutaj ten bieg ma miejsce raczej w myślach. To tam pojawia się refleksja na temat tematu tabu, to tam rozwija się historia poprzez analizę tego, co zechcesz zaprezentować, opowiedzieć i do czego się posuniesz. Słowem, choć nie można w żadnym razie powiedzieć, że opowiadanie się snuje, albo, że tempo jest zbyt wolne, nie goni się tutaj za akcją. Ciekawość czytelnika budują równomiernie koncepcja, nietypowość, pewna odwaga, obrazy oraz element refleksyjności, może nie jakiś nachalny, ale taki, który jednak musi się pojawić.

Zakończenie jakiegoś większego wrażenia nie zrobiło. Ale też nie jest to tekst, gdzie ten finał będzie tak istotny dla końcowego odbioru opowiadania jak w wielu innych przypadkach. Nie budujesz tekstu pod samo zakończenie. Raczej solidnie rozmieszczasz różne elementy po całym opowiadaniu, które mają za zadanie podtrzymać zainteresowanie czytelnika.

Słowem, dosyć odważny, może i pojechany tekst, lekko tańczący wokół granicy tego, o czym chcemy czytać i co chcemy zobaczyć (ale w żadnym razie, przynajmniej w mojej opinii, tych granic nie przekraczający), zupełnie nie moim guście, a jednak wzbudzający (co stwierdziłem w trakcie lektury z niemałym zdziwieniem) moje spore zainteresowanie.

Pewnie o czymś w tym komentarzu zapomniałem, ale trudno. I tak moja opinia jest pięć razy dłuższa niż miała. :)

Daruj ewentualne literówki w komentarzu (a może również niejasności, jeśli się pojawią), ale chciałem na szybko spisać ogół odczuć towarzyszących lekturze, więc gdzieś w tym pośpiechu mogłem się machnąć, zamotać, bądź wyrazić nieprecyzyjnie.

Tyle. Pozdrowił i poszedł.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Bardzo dziękuję, CM, za tak dogłębny komentarz.

Choć prawdopodobnie jest to jedno z tych opowiadań, na których powstanie słownik języka polskiego absolutnie nie był przygotowany. ;-)

Brzmi spektakularnie, choć wciąż nie wiem czy to komplement, czy zniewaga? ;)

Pochwała kreatywności. :)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Od czego zacząć… tekst wywołał u mnie obrzydzenie, ale chyba tak miało być. ;) 

Byłem ciekaw, w jaki sposób historyjka o niesporczaku zwiąże się z losami Marii, ale, kurde, takiego obrotu spraw się nie spodziewałem! Może dlatego, że fetysz w postaci nacierania się prehistorycznymi maziami zawierającymi dziesiątki pasożytów jest mi daleki. 

Jak dla mnie trochę zbyt mocni został wyeksponowany wątek obsesji na punkcie seksualnej nieczystości względem tego, co okazało się najistotniejsze, ale rozumiem, że miał jakoś uwiarygodnić scenę z nacieraniem mazią (fuj). Za to ksiądz rutyniarz wypadł nieźle, szczególnie przy spowiedzi na końcu. 

Może dlatego, że fatysz w postaci nacierania się prehistorycznymi maziami zawierającymi dziesiątki pasożytów jest mi daleki. 

Dziwne :/

 

Dzięki za wizytę, Gekikara ;)

Może dlatego, że fatysz w postaci nacierania się prehistorycznymi maziami zawierającymi dziesiątki pasożytów jest mi daleki. 

Dziwne :/

Ja też myślałam, że wszyscy to robią ;))))

Przynoszę radość

Jak zaczynałem czytać, to pierwsze wypracowanie, później kolejne, to myślałem, że ten tekst będzie mega ciężki, skomplikowany i zagmatwany. Finalnie jestem pozytywnie zaskoczony. 

 

Romans, całe poczucie winy Pani Marii, jak najbardziej na plus. Cichym bohaterem jest niesporczak, który na końcu triumfuje. Dobrze, że ograniczyłeś się, tylko do nacierania, więcej bym nie chciał wiedzieć ^^

Naprawdę świetnie się bawiłem. Wszystko tu jest takie, jakie powinno być: zamysł, struktura, stylistyka, rozładowujący horrorowość humor. Wciąga, nie przynudza, obrazuje. Postacie w dialogach świetne. Jestem pod wrażeniem.

If the sky falls we shall catch larks

Yamirze, Japkiewiczu, pięknie dziękuję za wrażenia z lektury.

 

Dobrze, że ograniczyłeś się, tylko do nacierania, więcej bym nie chciał wiedzieć

Zdradzę, że jedna z betaczytaczek miała mi za złe, że zaciągnąłem hamulce.

Ciekawy pomysł na poszatkowanie historii wypracowaniami uczennicy. Odnalazłam w tym tekście absurd, weird i resztę konkursowych haseł. Chwilami opowiadanie było zabawne, czasem niepokojące. Duży plus, że erotyka w Twoich tekstach za każdym razem jest inaczej ujęta. Ryzykowny pomysł, by bohaterką stała się kobieta w starszym wieku, z którą trudno się utożsamić. Jednak sama konstrukcja i wydarzenia sprawiają, że tekst dobrze się czyta. Trochę szkoda, że zamiast drobiazgowo opisywać spowiedź Marii, nie wykorzystałeś tych znaków na rozwinięcie jej relacji z magistrem. ;)

 

Dziękuję, ANDO, za uwagi.

Trochę szkoda, że zamiast drobiazgowo opisywać spowiedź Marii, nie wykorzystałeś tych znaków na rozwinięcie jej relacji z magistrem. ;)

No właśnie. Ale czy tam była jakaś głębsza relacja?

Czy magister w ogóle był rzeczywisty? :)

Miałam na myśli, że chętnie przeczytałabym więcej historii obyczajowej, co wynika z moich osobistych upodobań.

Nie wiem, czy magister był realny, ale marzenia też mogłyby być ciekawe. ;)

Miałam na myśli, że chętnie przeczytałabym więcej historii obyczajowej, co wynika z moich osobistych upodobań.

Będę pamiętał następnym razem. :) Tutaj jednak konkurs wymagał obrania nieco innych kierunków.

Mam tylko jedno pytanie.

Spoczęła na jednym krześle nie zajętym przez sterty studenckich kolokwiów (…)

Z kontekstu wywnioskowałam, że w zamyśle było raczej “jedyne krzesło”. Jeśli tak, to literóweczka, jeśli nie – to nic nie mówiłam angel

 

Świetnie się czytało. Napisałabym może coś mądrego, ale tyle już zostało napisane, że nie wiem, czy coś oryginalnego wymyślę. Dodam więc tylko: chapeau bas.

Spodziewaj się niespodziewanego

NaNa, masz rację, jest literóweczka. :)

Dzięki. Już poprawiam.

Cześć, Chrościsko! Odkąd tu zaglądałem sto lat temu, zrobiłeś szalony postęp ze stylem. Przyjemne, groteskowe, łączy odstrzelony humor i perspektywę tabu, seksualność starszej kobiety, w zaskakująco dobrze skomponowany dekokt. Mazanie gytią wyjątkowo seksowne, muszę spróbować – daj znać, skąd wziąć taki towar.

Dziękuję Jurorce za lądowanie.

 

Wisielcze, rzadko tu ostatnio bywasz, tym bardziej cieszy mnie, że zerknąłeś właśnie do mnie. 

Wiesz, że byłeś pierwszą osobą, od której dostałem na portalu komentarz? :) 

 

Co do gytii… trochę toto śmierdzi :), ale skoro kąpiele błotne mają swych koneserów, to czemu nie gytia. Podobno na Mazurach koło Grunwaldu wydobywają ją i sprzedają do celów kosmetycznych.

A w naturze występuje czasem na dnie jezior (tak, to taki czarny paskudny muł :)) lub torfowisk.

Ej, miałam kosmetyk z błota z terenu wulkanu siarkowego (Solfatara). Było maziaste, cuchnęło i robiło cuda. Tak tylko mówię :D 

Było maziaste, cuchnęło i robiło cuda. Tak tylko mówię :D 

Wisielcowi raczej chodziło o zastosowanie w nieco innych celach niż zdrowotne. :)

Hmmm, domyśliłam się. I, hmm, ciekawam, czemu od razu zakładasz, że cuda mają coś wspólnego tylko ze zdrowiem… :D :D :D (dobra, zmykam, niebezpieczny offtop się tu robi…)

:D

Żeby nie było, że tak uciekłam bez komentarza, to dodam: powodzenia w konkursie, tekst jest dostatecznie dziwaczny (w dobrym znaczeniu!), żeby pasować.

Wiesz, że byłeś pierwszą osobą, od której dostałem na portalu komentarz? :) 

Pamiętam! Byłem pod wrażeniem Twojego projektu słowiańskiej powieści i starałem się jakoś delikatnie przekazać, że ciężka stylizacja staropolska to może być ślepy zaułek.

Na portalu nie było mnie więcej niż rok, chciałem zobaczyć, jak rozwijają się znajomi – a to opowiadanie przerosło moje oczekiwania. Przewrotny humor wątku z wypracowaniami, który znajduje własną puentę, był wisienką na torcie.

I chyba rzeczywiście da się tu odczytać duszną frustrację nawiązującą do Kafki.

Co do gytii… trochę toto śmierdzi :), ale skoro kąpiele błotne mają swych koneserów, to czemu nie gytia.

Dla wielu facetów najlepiej pachną brudne gacie ukochanej kobiety, więc gusta są różne ;D

Byłem pod wrażeniem Twojego projektu słowiańskiej powieści i starałem się jakoś delikatnie przekazać, że ciężka stylizacja staropolska to może być ślepy zaułek.

Stylizację zmieniłem. Jest dużo lżejsza w porównaniu do tej pierwotnej wersji. Powieść, a raczej pierwsza jej księga, czeka na werdykt jurorów konkursu GC. Zobaczymy, czy coś z tego wyjdzie.

Dla wielu facetów najlepiej pachną brudne gacie ukochanej kobiety, więc gusta są różne ;D

Napisz coś o tym, chętnie poczytam. ;)

Czym jest konkurs GC? I co możesz tam uwojować?

Napisz coś o tym, chętnie poczytam. ;)

Dobrze, pójdę z duchem czasu, zrobię pole na fejsbuku, i jak zbiorę tysiąc lajków, to napiszę o gaciach.

Sorry za offtop, ale Solfatara pachnie!

http://altronapoleone.home.blog

Interesujące opowiadanie.

Religijne rozterki Marii mnie irytowały. Wydaje mi się, że trzeba nie mieć prawdziwych problemów, żeby przejmować się snami i latać z tego powodu do spowiedzi. A Maria miała rodzinę, pracę (ile ona ma lat, BTW, że już ma dość duża wnuczkę, ale jeszcze pracuje w laboratorium?).

Jak Piotr to zrobił, że podsłuchał spowiedź? Przebrał się za księdza?

Ale może nie powinnam się czepiać takich rzeczy, bo to w końcu ma być dziwny tekst.

Fajny motyw wypracowania.

Babska logika rządzi!

Koleje trudne hasło… Zbrukany niesporczak, sama ostatnio pisałam o niesporczakach. Fascynujące stworzenia, ale żeby zbrukane… I znowu jestem pod wrażeniem świetnego poradzenia sobie z hasłem. Tekst z pewnością nie lekki, ale weirdowy i na swój sposób mroczny i przerażający :) Bardzo dobrze napisany.

 

Ps. Wypracowanie i rysunki dodają opowiadaniu niezwykłego uroku :)

Finklo, dzięki za uwagi. Maria ma około sześćdziesięciu lat, założyłem, że jest tuż przed emeryturą.

Religijne rozterki Marii mnie irytowały. Wydaje mi się, że trzeba nie mieć prawdziwych problemów, żeby przejmować się snami i latać z tego powodu do spowiedzi.

Wydaje mi się, że są takie osoby (choć tu problem jest zapewne przerysowany), które praktyki religijne traktują bardzo poważnie. I owszem, może to irytować, jeżeli patrzy się na to z boku chłodnym okiem. Ale każda jednostka ma swoje wartości, wierzenia, swój kodeks moralny, swój bagaż doświadczeń.

Ocenę pozostawiam czytelnikom.

Jak Piotr to zrobił, że podsłuchał spowiedź? Przebrał się za księdza?

To zależy już od interpretacji. Jeżeli założymy, że Piotr był osobą realną, to jest to jedno z możliwych wyjaśnień.

 

Katiu, Tobie też dziękuję za odwiedziny i komentarz. 

Wypracowania są mojego autorstwa :) A rysunki… No cóż, od dwóch tygodni realizuję się jako domowy nauczyciel… chyba nieco wyszedłem poza podstawę programową z biologii ;) 

OK, są takie osoby. Nie neguję, nie potępiam. Ale żeby od razu pisać opowiadanie o wyimaginowanych grzechach? Niesporczaki są tematem o wiele ciekawszym, IMO.

Babska logika rządzi!

Niesporczaki są tematem o wiele ciekawszym, IMO.

Pisząc o grzechu, łatwiej je zbrukać :)

Dobry pomysł, ale to już ktoś wyżej powiedział. Dobra proporcja normalności i dziwności. Taka właśnie na granicy zastanawiania się, gdzie przebiega granica, tak to powinno wyglądać. Erotyką niepotrzebnie straszyłeś. :) Myślałem, że pojechałeś szczegółami i wszystko będzie z detalami, a nie było tak źle. Powoli zmierzam do tego, że czegoś mi w opowiadaniu zabrakło. I w sumie to wiem czego akurat mnie. Trochę za mało dziwności w dziwności. ;) Bo mimo dobrych proporcji, jakiś jeden odjazd by się przydał. :)

Lekko rozczarowujące są nawiązania do geologii. Homo sapiens gdzieś tam krążył blisko ziemi, Raczkujący Mars też, więc mimo, że to różne opowiadania, ten wspólny element zaczyna zmieniać opko na minus. 

Porządnie napisane, ciekawe osobowości, sam temat tylko nie do końca mi podszedł. To jednak najmniejsza wada, bo wszystkim się przecież nie dogodzi, a napisałeś kilka opowiadań, które nadal pamiętam, więc do następnego razu.

Pozdrawiam.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Darconie, dziękuję za uwagi.

Lekko rozczarowujące są nawiązania do geologii. Homo sapiens gdzieś tam krążył blisko ziemi, Raczkujący Mars też, więc mimo, że to różne opowiadania, ten wspólny element zaczyna zmieniać opko na minus. 

Ale w czym właściwie tkwi problem? W samym nawiązaniu do geologii, że zbyt wiele moich opowiadań zawiera takie nawiązania, czy raczej w tym, że akurat tutaj nie jest to atrakcyjne?

Tak, samej geologii zbyt wiele w opowiadaniach. Wydaje mi się, że dla ogółu to nie jest tak bardzo pasjonujący temat. Jeśli już, to wolałbym bardziej, jak jest u Drakainy, czyli główny bohater ten sam, który na czymś się zna, lubi itp., i motyw ten przewija się w kolejnych opowiadaniach. 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Tak, samej geologii zbyt wiele w opowiadaniach. Wydaje mi się, że dla ogółu to nie jest tak bardzo pasjonujący temat.

Możliwe, że ten temat nie jest zbyt pasjonujący. Choć mimo wszystko uważam, że jest to bardzo mało wyeksploatowana działka w fantastyce, i można tutaj wnieść coś nowego, z czego chętnie korzystam.

W tym przypadku bardzo świadomie. Chodzi mi po głowie cykl opowiadań nawiązujący do różnych okresów z naszych pradziejów, a to opowiadanie się w ten cykl wpisuje.

Nie sądzę również, by to tematyka była tutaj problemem, bo jak się ją odpowiednio poda, to stanie się atrakcyjna. Widocznie, póki co, nie było wystarczająco atrakcyjnie.

Hm, w moim przypadku, chyba trochę było. Coś a’la “ojej, znowu skały”. Ale jeśli chodzi o cykl, jestem za. :) Tylko widzisz, mnie przyciąga treść, która jest ładnie/dobrze/misternie poukładana. Dlatego taki cykl powinien mieć punkt wspólny, opowiadania powinny się łączyć. A może być nim tylko człowiek, nie skała. Powtórzę się, w beletrystyce interesuje nas tylko i wyłącznie drugi człowiek, nic więcej. A to, że poszczególne opowiadania będą dzielić miliony albo tysiące lat nie ma większego znaczenia. Po to jest właśnie fantastyka, żeby to wszystko pokazać. :)

Pisząc ten cykl, myśl o ludziach, nie o skałach. A z Twoją ręką odniesiesz sukces.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Ej, geologia jest ciekawa (a taka mineralogia, to już wogle, że o diamentach nie wspomnę ;-) ). O wiele bardziej niż enta zakochana para nastolatków. Ja lubię, kiedy mogę się czegoś dowiedzieć z tekstu.

Edytka: w olbrzymiej większości epok nie było człowieków. Czyżby cykl o geologu? ;-)

Babska logika rządzi!

Edytka: w olbrzymiej większości epok nie było człowieków. Czyżby cykl o geologu? ;-)

Albo podróże w czasie, ale tu mam pewien opór. Albo współczesność, lecz tematyka opowiadań nawiązująca do przeszłości. Tak jak np. to nawiązuje do Dewonu.

Nie mam jeszcze pełnej koncepcji, na razie tylko luźne pomysły.

Może też być future z kolonizacją planety, która przypomina Ziemię z dawnych lat. 

Ech, Finklo, ostatnio co któryś wpis podkreślasz jak nie lubisz wątków melodramatycznych, ale ok. Nie mówię, że nie można.

Chrościsko, jedno i drugie już było, to nic złego, ale trudniej przez to będzie. Kolonizacja planety jest już ciekawsza. Mnie od razu przyszło do głowy coś na wzór Stowarzyszenia starego, prawie jak Ziemia. :) Wiesz jedno i drugie stare, związane ze sobą itd. Uwielbiam gdy coś z czegoś wynika, a najlepiej gdy nie jest to oczywiste od razu. Mało przeczytałem klasycznej literatury więc dam Ci przykład na filmach.

Wojna Światów i tak zwany bohater z dupy, idzie sobie mechanik i zostaje amerykańskim bohaterem. Wiadomo, Amerykanie to lubią, wiedzieć, że każdy z nich jest ważny i może zostać Supermanem.

Za to zupełnie inny jest film Sicario, gdzie na końcu wszystkie elementy kostki wpadają na swoje miejsce i zdajesz sobie sprawę, że nic nie było przypadkowe.

Masz przy geologii duże pole do popisu, więc warto pomyśleć o silnych związkach, które nie od razu są oczywiste. Chociaż wiesz, Wojnę Światów też w końcu obejrzałem i sumarycznie przygodówki nie są takie złe. Tyle, że efektu WOW nie było.

 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Darconie, na razie wszystko jest w sferze raczkujących pomysłów. Zobaczymy za jakiś czas, co z tego wyjdzie.

Ok, ok. Rozpędziłem się. :)

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Nowa Fantastyka