- Opowiadanie: Ajzan - [Między pieśniami] Przygody Sigyn w krainie elfów

[Między pieśniami] Przygody Sigyn w krainie elfów

Moje hasło to “Sprawiedliwe kłamstwo”.

Ponieważ nie znam dobrze twórczości Kafki, zamiast tego inspirowałam się “Alicją w Krainie Czarów”.

Znajomość poprzednich tekstów z serii nie jest wymagana, ale chronologiczny spis znajduje się na moim profilu.

 

Za betę bardzo dziękuję Asylum.

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Biblioteka:

Irka_Luz

Oceny

[Między pieśniami] Przygody Sigyn w krainie elfów

1

Za złotą wiewiórką

 

Coś miękkiego musnęło dłoń Sigyn. Niechętnie uchyliła powieki. W jedmej chwili zdążyła niemal zupełnie zapomnieć, jaki miała sen. Pozostał jej jedynie posmak miodu w ustach. To musiało być naprawdę przyjemne marzenie, skoro wciąż czuła słodkie doznanie.

Przy jej ręce tuptała tam i z powrotem wiewiórka o puszystym ogonie, dwakroć dłuższym niż samo stworzenie. Szczerozłote futro lśniło w promieniach słońca, tak samo jak wielkie, wystraszone oczy. Sigyn jeszcze nigdy nie widziała tak uroczej istotki.

– Witaj… Nie musisz się mnie obawiać, moja droga – dodała, widząc że na dźwięk jej głosu wiewiórka odskoczyła spłoszona.

Sigyn powoli usiadła i rozejrzała dookoła. Gdyby nie wiewiórka, pomyślałaby, że została zmniejszona jakimiś czarami do rozmiarów małego gryzonia. Otaczały ją drzewa o pniach szerokich niczym domy. Wysoko, naprawdę wysoko, wśród gałęzi płynęły chmury, a ptaki śpiewały uroczą piosenkę. Między korzeniami rosły grzyby szerokie niczym parasole.

To miejsce było jednym z najpiękniejszych, jakie Sigyn dotychczas widziała i tylko jedna myśl nie dawała jej spokoju: jak tu w ogóle trafiła? Tak jak snu, za nic nie potrafiła sobie tego przypomnieć.

Nim zdążyła się nad tym dobrze zastanowić, nim ogarnął ją niepokój, złota wiewiórka podeszła nieśmiało z powrotem. Sigyn sądziła, że kiedy wyciągnie dłoń, stworzonko najpierw ją obwącha, po czym pozwoli się pogłaskać, lecz ono miało zupełnie inne plany. Łapkami mocno szarpnęło wystawione palce. Sigyn pisnęła z zaskoczenia i bólu, kiedy ostre pazurki zadrapały skórę.

– Co…? – Urwała, bo spostrzegła brak obrączki ślubnej. Zamiast na palcu, złoty pierścionek tkwił w łapkach wiewiórki. – Proszę, oddaj mi ją. Jest dla mnie bardzo cenna.

Mała złodziejka nie usłuchała, lecz wsadziła sobie obrączkę do pyszczka i czmychnęła w głąb lasu. Sigyn pragnęła odzyskać swój skarb, dlatego ruszyła w pogoń.

W przeciwieństwie do rudych krewniaczek, złota wiewiórka cały czas pędziła po ziemi, ani myśląc wspiąć się na drzewo. Mimo to wkrótce i tak Sigyn straciła gryzonia z oczu. O tym gdzie jest, świadczył tylko odległy złoty błysk, lecz także ten co jakiś czas znikał, aż w końcu i on przepadł na dobre

Zrezygnowana Sigyn przystanęła, bardziej smutna z powodu straty, niż zła na wiewiórkę. Nie zamierzała jednak długo poddawać się rozpaczy. Postanowiła, że mimo wszystko odzyska pierścionek.

– To nie czas na próżny żal – mruknęła. – Przecież mogę jeszcze coś zrobić.

Z tymi słowami poszła dalej przed siebie. Zaglądała do każdej nory i dziupli, do której mogła dosięgnąć. Ptaki nie przestawały śpiewać ślicznie, a w pewnym momencie do ich treli dołączyły dźwięki fletu. Im dłużej Sigyn szła, tym melodia była głośniejsza.

– Kto tak pięknie gra? – zapytała samą siebie.

Odpowiedź na to pytanie poznała, gdy wyszła na polanę. Rosły tu miło pachnące kwiaty oraz grzyb wielkości stolika do kawy. Na płaskim kapeluszu siedział elf w kolorowym stroju nadwornego skalda. To on grał na flecie.

 Sigyn chętnie przystanęłaby pod drzewem, by posłuchać wspaniałej muzyki, gdyby nie konieczność odnalezienia wiewiórki z obrączką.

Podeszła bliżej. Elf zauważył ją i przerwał grę.

– Witam panią w tak cudownym dniu! – powiedział z uśmiechem. – Zgaduję, że zmierza pani na ślub?

Ze zdziwienia Sigyn znieruchomiała. 

– Dzień dobry – odparła nieśmiało. – Przepraszam za kłopot, ale nie idę na ślub.

– Doprawdy? Toż to najważniejsze wydarzenie w całym Alfheimie!

– Alfheim? Czyli jestem w krainie elfów?

Ledwie zadała to pytanie, już go pożałowała. Elfi grajek popatrzył na nią roześmianymi oczyma.

– Czyżby zgubiła pani drogę?

– Nie… – Sigyn zawahała się. – Nie wiem. Szukam mojej obrączki. Zabrała mi ją złota wiewiórka o bardzo puszystym ogonie. Czy widział pan może takie stworzenie?

Tym razem, ku konsternacji Sigyn, elf zaśmiał się naprawdę.

– Proszę nie opowiadać bajek, proszę pani! Nigdy nie widziałem żadnej złotej wiewiórki.

Zarzucenie kłamstwa ubodło Sigyn.

– Mówię prawdę, proszę pana – zdołała wydusić z siebie, a na dowód pokazała zadrapane palce.

– Skoro tak pani uważa. – Elf wzruszył ramionami, po czym zeskoczył z grzyba. – Do widzenia! Muszę już iść, bo spóźnię się na ślub.

Nie czekając na odpowiedź, odszedł w głąb lasu.

 

2

W niespodziewanej pułapce

 

Oskarżenie o blagierstwo, gdy mówiła prawdę, bolało Sigyn równie mocno, jak słuchanie kłamstw. Jednak jak postanowiła wcześniej, nie mogła marnować czasu na rozpacz. Powinna zastanowić się, co dalej, toteż przycupnęła na grzybie, na którym wcześniej siedział grajek. W takiej pozycji lepiej mogła ocenić sytuację, a ta nie wyglądała dobrze. Po tak długim czasie złota wiewiórka mogła być gdziekolwiek.

Nagle z tyłu rozległ się trzask gałęzi, któremu towarzyszyło trzęsienie ziemi. Gdy Sigyn się odwróciła, ujrzała wysokiego, jak pałac, olbrzyma w idealnie skrojonym garniturze. Płakał, lecz kiedy wyszedł na polanę i zobaczył młodą kobietę siedzącą na grzbie, uśmiechnął się przez łzy.

– Tu jesteś, Avo! Znalazłem cię wreszcie! – zahuczał radośnie. – Chodź do mnie, kochana!

– Nie jestem Avą! – krzyknęła wystraszona Sigyn, cofając się jednocześnie, bo olbrzym wyraźnie był gotów sam ją wziąć do ręki.

– Czemu mi to robisz, Avo? – zapytał z wyrzutem i posmutniał. – Najpierw grasz ze mną w chowanego, a ja szukam cię całymi godzinami, myśląc iż może straciłem mą miłość już na zawsze. Teraz zaś, kiedy na powrót jesteśmy razem, udajesz kogoś innego. Chodź już, dość tych zabaw. Spóźnimy się na ślub, na który przecież tak bardzo chciałaś pójść.

Sigyn zacisnęła pięści. Już drugi raz w przeciągu kilku minut oskarżono ją o kłamstwo.

– Proszę mnie posłuchać – powiedziała spokojnie. – Ja naprawdę nie jestem tą, której pan szuka. Na imię mam Sigyn i sama poszukuję…

Olbrzym nie dał jej dokończyć. Zniecierpliwiony uderzył pięścią w rosnące najbliżej drzewo z taką siłą, że zostawił dziurę w pniu.

– Mam dość tych zabaw, moja droga Avo! Jeśli nie chcesz ze mną iść na ślub, to sam cię nań zabiorę!

Wyciągnął przed siebie rękę, żeby złapać Sigyn. Ona jednak zdążyła uciec. Pędziła prosto przed siebie, nie oglądając się do tyłu. Za nią olbrzym ryknął dziko, lecz potem nie usłyszała odgłosów pogoni, tylko cichnący płacz.

Gdyby nie strach i złość, być może odrobinę by współczuła wielkoludowi, jednak wolała trzymać się od niego jak najdalej. Ava pewnie myślała tak samo, dlatego od niego uciekła.

Jak zawsze, emocje dodawały Sigyn siły do dalszego biegu. Pewnie pędziłaby dalej, gdyby nie dostrzeżona zbyt późno dziura. Nie mogła już wyhamować ani spróbować przeskoczyć, nikt też w ostatniej chwili nie złapał jej od tyłu. Wpadła i chyba straciła przytomność, bo następne, co poczuła, to coś mokrego tuż przy twarzy. 

Jak się okazało, kiedy Sigyn otworzyła swe jedyne oko, był to nos siedzącego przy niej lisa. Zaciekawiony rudzielec spoglądał na nią bystrymi, brązowymi oczyma.

Znajdowali się na dnie cylindrycznej dziury, dość szerokiej, aby leżeć na wznak. Wylot jaśniał daleko poza zasięgiem ich obojga. O dziwo, Sigyn nie miała pogruchotanych kości i mogła chodzić. Tak samo lis, który wyglądał tylko na przestraszonego. Ciekawe, jak długo tu tkwili?

– Nie martw się, mój drogi. Spróbuję nas stąd wydostać – zapewniła i jego, i siebie.

Lis pomachał ogonem z nadzieją, a także pozwolił na małe pieszczoty. Następnie Sigyn dokładnie zbadała skalne ściany, idealnie gładkie, bez choćby najmniejszego punktu zaczepienia. 

– Kto kopie takie dziury? – zapytała samą siebie.

Dokładnie przejrzała kieszenie spódnicy, lecz okazało się, że są puste. Na ziemi też nic nie leżało, nawet kamyki. Gdyby tylko miała swój nóż i kawałek sznurka… ale nie miała nic. Nie mogła nic zrobić.

Już miała się poddać i mimo wcześniejszych zapewnień, pogodzić się z myślą, że zostanie w tej dziwnej dziurze na bardzo długo, gdy jednak przypomniała sobie o czymś. Aż uderzyła się w czoło. 

– Ale jesteś zapominalska! – skarciła samą siebie. – Jesteś przecież czarodziejką. 

Dokładnie oceniwszy swoje skromne możliwości w dziedzinie magii, wyciągnęła przed siebie ręce. Miała pewien pomysł, może zbyt skomplikowany, lecz jednocześnie taki, o którym wiedziała, że nie niesie ze sobą wielkiego ryzyka.

W ciągu kilku sekund w dole zapanował chłód. Lis dygotał, lecz nie Sigyn. Z jej dłoni, niczym z chmur, zaczął padać śnieg. Coraz większe płatki opadały coraz gęściej na dno, wkrótce je zakrywając. Sigyn udeptywała białą pokrywę, wysoko podnosząc kolana. Lis w mig zrozumiał zamiary nowej przyjaciółki, dlatego dołączył do niej w utwardzaniu śniegu. Skakał wysoko, jakby polował na niewidzialną mysz.

Razem tak pląsali w tym dziwnym, skocznym tańcu bez muzyki, co sprawiało im wielką radość. Od tupania, warstwa po warstwie, rosła powoli twarda, biała pokrywa, wynosząc uwięzionych do wyjścia.

W końcu zdołali dosięgnąć powierzchni. Zadowolona z siebie Sigyn usiadła na krawędzi, a lis położył głowę na jej kolanach. Bezwiednie drapała go za uchem, zastanawiając się dokąd mogłaby teraz iść. Nie miała żadnych pomysłów, poza jednym.

Zarówno elfi grajek jak i olbrzym wspomnieli o ślubie, będącym największym wydarzeniem Alfheimu. Może właśnie tam powinna pójść? Przeczucie podpowiedziało, że może na ceremonii znajdzie jakieś wskazówki, gdzie szukać złotej wiewiórki i własnej obrączki.

– Ponoć dziś jest ważny ślub – zagadnęła lisa.

Ten odpowiedzi energicznie skinął głową, po czym wstał. Odszedł parę kroków z wyraźną sugestią, by Sigyn za nim podążyła.

– Zaprowadzisz mnie tam, naprawdę? – Lis potwierdził radosnym szczeknięciem. – Ah, bardzo dziękuję, przyjacielu!

 

3

Koszmar, nie wesele

 

Lis kroczył przez las jak przystało na kogoś, kto mieszkał w nim od urodzenia. Zatrzymywał się jedynie czasem, by sprawdzić, czy Sigyn za nim podąża. Im dalej szli, tym więcej napotykali ciekawych rzeczy.

Na drzewach wisiały afisze informujące o dzisiejszej uroczystości. Przytwierdzono je do pni strzałami z lotkami w kształcie serc. Z jakiegoś powodu jeden anons spadł z drzewa na ziemię, więc Sigyn go podniosła. Według zawartych na arkuszu informacji, ślub księżniczki Runy z księciem Ulfrikiem, na który mógł przyjść każdy, miał się odbyć w samo południe.

Zaciekawiona tym szczegółem Sigyn spojrzała w górę. Przez gęste korony drzew dostrzegała przebłyski słońca nieznacznie nachylonego ku zachodowi.

– Dotrzemy dopiero na wesele – powiedziała zmartwiona do lisa.

Zanim ruszyli w dalszą drogę, wzięła jeszcze z ziemi strzałę o całkiem ostrym grocie. Nie było to wiele, ale przynajmniej miała od teraz jakąś broń przy sobie.

Trochę później zauważyła drogowskazy kierujące idących na wielką polanę, gdzie miała miejsce uroczystość. Na każdym z dużą dokładnością wypisano odległość dzielącą od celu, zarówno w jardach, stopach, calach jak i minutach. Kwadrans przed dotarciem na miejsce Sigyn zachwyciły kolorowe lampiony, wstęgi i proporce porozwieszane gęsto na gałęziach.

Z daleka dochodziła muzyka i wesoły gwar. Młoda kobieta niemal pobiegła w tamtym kierunku, popychana ciekawością. W końcu wyszła na największą polanę, jaką w życiu widziała. Ledwie dostrzegała czubki koron drzew po drugiej stronie. To zaś, co ujrzała poniżej, tyleż ją urzekło, co prawie spłoszyło, bo jeszcze w życiu nie widziała również takiego tłumu.

Przy stołach, nie bacząc na pochodzenie, zasiadały elfy, ludzie, karły i Asowie. Były też olbrzymy wszelkich żywiołów oraz leśne stworzenia. Nikt z nikim nie walczył ani nie prowadził sporów. Każdy za to się weselił i jadł przy długich na kilkaset jardów stołach, uginających się od potraw. Gdzieś, ukryta wśród gości, grała orkiestra.

Sigyn nie lubiła głośnych zbiorowisk, ale mimo to weszła głębiej na polanę, głównie dlatego, że nie chciała zgubić lisa.

Jak ja dowiem się tu czegokolwiek o mojej obrączce? – zastanawiała się, omijając gości weselnych zbyt zajętych zabawą, aby zwracać na nią uwagę. Nie rozpoznawała nikogo znajomego. Powoli dochodziła do wniosku, że źle zrobiła przybywając tutaj w poszukiwaniu zguby.

Porządku na weselu pilnowali elfi strażnicy w lśniących, paradnych zbrojach. Jak ona, krążyli między stołami, samemu nic nie biorąc. Może któryś z nich jej pomoże?

Zerkała na każdego, oceniając, czy warto podejść. Wreszcie napotkała wzrokiem wysoką strażniczkę, która również spoglądała na nią. Nim Sigyn zdążyła podjąć decyzję, czy to do niej powinna podejść, elfka sama ruszyła w jej stronę.

– Witam – powiedziała uprzejmie. – Wygląda pani na zakłopotaną. Czy coś się stało?

Słowa uwięzły Sigyn w gardle, lecz zdołała odpowiedzieć:

– Tak. Zgubiłam coś bardzo dla mnie cennego.

Strażniczka uniosła brew w taki sposób, że wzbudził niepokój Sigyn.

– Co takiego, proszę pani?

Sigyn chciała zrezygnować i odejść, lecz czuła, że jeśli teraz się wycofa, narobi sobie ogromnych kłopotów. Przełknęła więc tylko ślinę.

– Moją obrączkę ślubną. Zabrała mi ją złota wiewiórka… – Więcej nie powiedziała, bo strażniczka położyła dłoń na jej ramieniu. Sigyn jęknęła z bólu, bo tak silny uścisk miała elfka.

– Pójdzie pani ze mną – rzekła stanowczo.

Oszołomiona Sigyn nie odrzekła nic. Pozwoliła, aby kobieta zaprowadziła ją w głąb festynu. Nie wiedziała, co się dzieje. Aresztowano ją? Jeśli tak, co złego właściwie zrobiła? Powinna zapytać, ale milcząca elfka, mimo swej zdumiewającej urody, budziła w niej lęk. Otuchy dodawała Sigyn tylko obecność rudego przyjaciela, który szedł z nią tak samo zaniepokojony.

Mijali stoły, potem kolorowe namioty. Goście weselni spoglądali za nimi zaciekawieni, lecz na szczęście, nikt nie postanowił iść za nimi. Wreszcie dotarli do największego i najpiękniejszego ze wszystkich namiotów: białego, przystrojonego girlandami pastelowych róż. Strażnicy otworzyli im przejście. Wewnątrz stoły ustawiono w kształt podkowy. Siedzieli przy nich najdostojniejsi goście weselni: ambasadorzy i władcy prawie wszystkich krain w dziewięciu światach.

Wśród muzyków, grających w kącie sali, Sigyn rozpoznała grajka spotkanego wcześniej w lesie. On oraz reszta orkiestry przerwali grę, kiedy weszła prowadzona przez strażniczkę. W nagłej ciszy wszyscy zebrani zwrócili ku nim głowy. Elfka popchnęła dalej swojego uległego więźnia.

Dotarli przed najważniejsze miejsca przy głównym stole. Na misternie wyrzeźbionych tronach siedzieli państwo młodzi, oboje bardzo piękni. Szczególnie księżniczka Runa przyćmiewała zebranych swą urodą. Od samego patrzenia na nią Sigyn piekły piegi na całej twarzy oraz blizny w miejscach brakujących oka oraz ucha. Ku swemu zdziwieniu, zauważyła u boku panny młodej znajomą, złotą wiewiórkę. Zwierzątko beztrosko zajadało smakołyki z postawionego specjalnie dla niego talerza.

Strażniczka zrobiła jeszcze jeden krok do przodu i uklękła przed nowożeńcami.

– Moja pani! Przyprowadziłam złodziejkę, która miała czelność zabrać twoją obrączkę!

Sigyn wydała z siebie okrzyk zdumienia, tak samo goście za nią. Spojrzała uważnie na odziane w długie, białe rękawiczki dłonie panny młodej. Na zgrabnym palcu lśnił znajomy, złoty pierścionek. Nie mogło być mowy o zwidach – to była jej obrączka!

Księżniczka Runa wstała z gracją. Jej twarz pozostawała nieskazitelnie piękna nawet w gniewie.

– Dziękuję, możesz odejść. – Następnie skierowała pełne ognia spojrzenie na Sigyn. – A tobie, złodziejko, naprawdę się dziwię, że miałaś tupet tu przyjść. Co masz na swoje usprawiedliwienie?

Gdy panna młoda nazwała ją złodziejką, cały szok i strach odpłynął z Sigyn, ustępując miejsca wściekłości. Miała dość tego wszystkiego. Nie wiedziała, w jaki sposób trafiła do Alfheimu, co robiła przedtem, lecz jednej rzeczy była absolutnie pewna:

– To moja obrączka – wycedziła przez zęby. – To mi została zabrana przez tego gryzonia. – Skinęła głową na zamarłą z kawałkiem krakersa w łapkach złotą wiewiórkę.

– Kłamiesz! – Oskarżenie księżniczki zabrzmiało niemal jak dziki ryk. – Moja wspaniała przyjaciółka przeczesała cały las wzdłuż i w szerz, by odnaleźć skradzioną mi obrączkę. Obrączkę, którą znalazła na twoim palcu!

– Jeśli jest to kłamstwo, to sprawiedliwe! – Sigyn tupnęła nogą. – Ja nigdy nie kłamię! Nie potrafię!

Kiedy mówiła, wnętrze namiotu pociemniało, jakby gęste chmury zasłoniły słońce na zewnątrz. Złota wiewiórka pisnęła. Lis szczeknął i rzucił się w pogoń za stworzonkiem. Biegali między nogami gości, zmuszając ich do powstania z krzeseł. Równocześnie przez główne wejście wniknął silny podmuch mroźnego wiatru, przynosząc ze sobą drobny śnieg.

– Co?! – Księżniczka Runa rozejrzała się zdezorientowana, po czym wskazała palcem stojącą niewzruszenie oskarżoną. – To twoja sprawka! Straże! Aresztujcie tę wiedźmę!

Zanim jednak ktokolwiek położył dłoń na Sigyn, zimowy wiatr wtargnął do środka wszystkimi otworami. Był tak silny, że poprzewracał wszystko, nawet obciążone półmiskami stoły. Przerażeni goście weselni i strażnicy uciekali w popłochu. Nawet książę Ulfrik porzucił świeżo poślubioną żonę. Po odgłosach z zewnątrz można było wnioskować, że i na festynie panuje niemożliwy do opisania chaos. Krzyki tysięcy gości mieszały się z szumem wiatru i odgłosami zniszczenia.

– Nie! – wrzasnęła księżniczka Runa niemal w tej samej chwili, gdy śnieżyca porwała biały namiot w siną dal.

Na pobojowisku zostały tylko ona oraz Sigyn. Na tej drugiej szalejący wokół żywioł nie robił wrażenia, choć łopotał spódnicą i targał włosy. Całą uwagę czarodziejka miała skupioną tylko na załamanej pannie młodej. 

Było jej żal księżniczki, ale tylko troszeczkę, bo nie mogła wybaczyć fałszywych oskarżeń. Korzystając z jedynej szansy, podeszła do niej, chwyciła mocno za dłoń i ściągnęła obrączkę.

– Wszystko zniszczyłaś! – ryknęła panna młoda. – ZABIJĘ CIĘ ZA TO!

Powstała z kolan, a Sigyn cofnęła od niej – posunięcie tym słuszniejsze, gdyż księżniczka Runa zaczęła przechodzić przemianę w zupełnie inne stworzenie. Rosła tak szybko, że suknia ślubna pękała w szwach, strzelając na wszystkie strony guzikami i koralikami. Po mniej niż minucie na miejscu przepięknej elfki stał straszliwy smok, gotowy pożreć ofiarę przed sobą.

Sigyn zorientowała się, że nadal trzyma w dłoni znalezioną wcześniej strzałę, której strażniczka z jakiegoś powodu nie skonfiskowała. Niewiele myśląc, rzuciła ją w stronę bestii. Trafiła w oko. Smoczyca zawyła, zaś Sigyn uciekła z odzyskaną obrączką.

Biegła prosto przed siebie, skakała przez połamane stoły, powywracane ławy i zburzone namioty. Księżniczka Runa podążała za nią, rycząc wściekle. Sigyn czuła, jak ziemia drży od ciężkich kroków smoczycy. Gęsty śnieg nie będzie długo stanowił bezpiecznej zasłony.

Jak na zawołanie, przed Sigyn wynurzyła się ze śnieżycy nora na tyle duża, że uciekająca mogła do niej wejść, co też uczyniła. Najpierw biegła, potem pełzła najszybciej jak tylko mogła, nie zważając na to, iż tunel jest coraz bardziej stromy. W końcu zrobił się niemal pionowy i Sigyn zaczęła spadać w nieprzeniknioną ciemność. Oprócz szumu w jedynym uchu, słyszała tylko własny krzyk

 

4

Po upadku

 

Sigyn uderzyła plecami tak mocno o ziemię, że zabrakło jej tchu. Walczyła o oddech, podczas gdy ktoś uparcie wołał jej imię. Zamrugała parę razy. Kolorowe plamy powoli nabierały konkretnych, znajomych kształtów.

– Signy! Signy, na głowę Mimira! – Loki westchnął z ulgą. – Obudziłaś się wreszcie!

– Co? – jęknęła. Spróbowała wstać, lecz uniemożliwiły jej to ręce męża, który trzymał ją za ramiona. Gdy zorientował się, co Sigyn zamierza zrobić, nie tylko pozwolił jej na to, ale i przytrzymał, aby nie upadła.

Usiadła w śpiworze. Rozpoznała wnętrze ich namiotu. Wspomnienia wracały powoli. Wcale nie byli w krainie elfów, jeszcze nie. Dopiero dzisiaj mieli przekroczyć granicę z Alfheimem, następnym celem ich podróży poślubnej. Poprzedniego dnia rozbili obóz, na kolację zjedli pieczeń i do późna pili dużo miodu. Loki zgarnął wszystkie butelki do kąta.

Jej przygody w krainie elfów okazały się jedynie snem, lecz nadal czuła niepokój. Spuściła wzrok na swoje dłonie i odkryła, że jedną ma nadal zaciśniętą w pięść. Gdy ją otworzyła, ujrzała swoją obrączkę ślubną. Kamień spadł jej z serca.

Spojrzała na męża, który wyglądał na nienaturalnie dla siebie zatroskanego.

– Co ci się śniło? Znowu wilki?

– Nie tym razem – mruknęła.

Jak to bywa ze snami, trochę szczegółów uleciało już z jej pamięci, dlatego mówiła szybko, by zdążyć opowiedzieć jak najwięcej: od spotkania ze złotą wiewiórką po ucieczkę przed smoczycą. Wiedziała, że relacjonuje bez ładu i składu, lecz Loki słuchał z najwyższą uwagą, a kiedy się zacinała, zachęcał by opowiadała dalej.

– Najgorsze w tym śnie było to – stwierdziła na koniec – że prawie nikt mi nie wierzył, kiedy mówiłam prawdę.

Potarła oko, bo zebrała się w nim wilgoć. Loki wykorzystał ten moment, aby objąć żonę ramieniem. Przyciągnął do siebie, odgarnął z twarzy włosy i pocałował w czoło.

– Ja ci wierzę, śnieżynko – powiedział dobitnie. – W tym związku to ja jestem uważany za kłamcę.

Także Sigyn uwierzyła jemu, zaśmiała się i pozwoliła, aby założył jej obrączkę z powrotem na palec, jak na ślubie.

– Dziękuję, lisku.

– Drobiazg. Głodna? Pójdę rozpalić ognisko. Ile chcesz tostów?

– Dwa.

Loki wyczołgał się ze swego śpiwora i ruszył w stronę wyjścia. Nie wyszedł jednak na zewnątrz, tylko stanął w przejściu. 

Zaciekawiona Sigyn wyjrzała znad ramienia męża. 

Promienie porannego słońca rozświetlały powoli topniejący śnieg wokół ich obozu. Delikatny, letni wietrzyk szumiał w soczyście zielonych koronach drzew. Na skraju zaśnieżonej polany zaciekawiony jeż obwąchiwał biały puch.

– Oj. – Sigyn zasłoniła usta dłonią.

No tak, powinna coś takiego przewidzieć. W końcu była czarodziejką.

Koniec

Komentarze

Coś mi się wydaje że to nie będzie weird

Na szczęście to nie “mój” konkurs i to nie ja w nim juroruję, bo miałabym spory problem. To jest bardzo sympatyczny tekst – dla młodszych nastolatków. Miły, ciepły, bajkowy, z bardzo tu zwyczajną Sigyn jako bohaterką, ze zwierzątkami nie jak z mitu, a jak z Disneya. Nie zbliża się nawet do poziomu dziwności “Alicji w krainie czarów”, a cóż dopiero do weird fiction jako konwencji literackiej. Gdybym robiła konkurs dla baśń dla młodego czytelnika – wyróżniłabym :) 

Dziękuję za komentarz, ninedin. ^^

Wychodzi na to, że weird to jednak nie moja działka.

Ajzan, dlaczego zdjęłaś tag konkursu? Zaryzykowałabym. No, stało się, mleko rozlane. A może przywrócisz? Byłoby więcej czytelników w tej powodzi konkursów.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Po namyśle jednak przywróciłam tag.

I dobrze! Każdy ma prawo wziąć udział w konkursie i wrzucić swoje opowiadanie! Powodzenia!

Każdy za to się weselił i jadł przy długich na kilkaset jardów stołów (…)

Chyba powinno być “stołach” ;)

 

Bardzo ładna bajka, taka troszkę alicjowa w swoim szaleństwie, choć zdecydowanie mniej dziwna. Fajnie się czytało :)

Spodziewaj się niespodziewanego

Dziękuję, NaNa. ^^ Usterka poprawiona.

Dziękuję, Olciatko.

Przyjemny tekst, choć w niektórych momentach przydałoby się napisać ciut więcej. Na przykład "watr powywracał wszystko" <– trudno sobie wyobrazić, co właściwie, opisałbym to. Tak samo bardzo sprawnie poraziła sobie ta Sigyn ze smokiem, chyba ciut za sprawnie – w tym momencie pomyślałem sobie, że to musi być sen, wszystko idzie jakoś zbyt szybko… i rzeczywiście tak się okazało. :) 

Na końcu zabrakło mi jakiegoś twista, może ze złotą wiewiorką? 

 

 

Hmmm. Jest trochę dziwności, ale niewiele. Wydaje mi się, że zapożyczenia z Alicji dominują w tej dziedzinie. Twoich udziwnień zostaje mało.

I nie znoszę zakończeń z serii “to był tylko sen”. Bardzo oklepane. :-(

To Sygin miała tylko jedno oko?

Loki zgarnął wszystkie butelki do kąta.

Czy oni używali butelek? Późniejsze tosty też nietypowo wyglądają.

Babska logika rządzi!

Finklo, popatrz na dziwność z perspektywy boga/czarodziejki Sigyn. Przestaje być być bogiem, błąka się po lesie, jakiś „olbrzymi kretyn” uważa, że…, wszyscy mówią o ślubie, o którym ona nic nie wie, a powinna. :-) Kompletny odjazd – dla niej.

Butelki i tosty przegapiłam, kurka flaczek, a nie działo się to w międzyczasie? To jest jakiś okres, w którym żyli bogowie? Niejako – dla mnie – ci bogowie wiedzą co było, jest i będzie? wink

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

No, dla niej to odlot, ale ja nie takie rzeczy czytałam. ;-)

Wiesz, jeśli się przeniesie bogów do współczesności, to spokojnie, mogą nawet oddawać krew/ichor w punktach krwiodawstwa. Ale tu przeniesienia nie widać.

Babska logika rządzi!

No, nie widać, z tym, że jest to opowiadanie w ciągu, więc gdzieś tam jest. Gapa ze mnie, a nie beta, sic! Przy odrealnieniu znika dla mnie kontekst. Umocowane jest we śnie, więc wszystko możliwe, ale wtedy trzeba zadbać o moment przebudzenia, bądź wyjścia z tego stanu, racja. yes 

Chyba na drugim poziomie (w tle) odbierałam to jako rozgrywkę bogów, czyli wrogów Lokiego i Sigyn, ich związku, a że nie znam się na mitologii, sama wiesz… kicha. 

Jestem bardzo ciekawa, co myśli o Twoim komentarzu Ajzan? Co miała na myśli? :-)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Zostałam wywołana, więc się wypowiem.

To opowiadanie powstało w przerwach nad innym, większym tekstem. Tutaj chciałam głównie przetestować pomysł na uczynienie z Sigyn władczyni śniegu. Miałam także pomysł na scenę, gdzie dziewczyna wydostaje się z głębokiego dołu, tworząc pod sobą masę utwardzonego śniegu.

Przyznaję, nie jestem dobra w weirdzie,. Próbowałam to osiągnąć ciągiem dziwnych zdarzeń. Zdaję sobie również sprawę z tego, że scenariusz z tylko snem jest nie dość, że oklepany, ale i rozczarowujący (dlatego sama wolę “Czarnoksiężnika z Krainy Oz” od “Alicji w krainie czarów”), ale nic lepszego nie przyszło mi do głowy, aby usprawiedliwić dziwność.

Fajnie, że się odniosłaś. :) Ze śniegiem z trudem się domyślam, czyli Sigyn próbuje swoich mocy. :) Mi się sceny podobały. Weird w wersji boskiej niełatwo przedstawić, bo niby z czyjego pktu widzenia go pisać: ludzkiego czy boskiego, a jeśli jeszcze utrzymujemy jej pkt widzenia to sprawa się komplikuje w dwójnasób.

Snem się nie przejmuj, i bogowie udają się na odpoczynek i ich mózgi wariują, w jakiejś części są ludźmi, przynajmniej tak sobie ich wyobrażam. Dla mnie były momenty dziwne, niepokojące. Czarnoksiężnika też lubię, czy bardziej niż Alicję – nie wiem, trudno rozstrzygnąć.

Finklowie, zwrócili uwagę na ważny moment – przebudzenia. Zresztą, mam wrażenie, że i Ty to ciągle rozkminiasz, pytając się o XIX wiek i inne takie. Zaczynam pojmować kłopot. Międzyczas albo czas, jak się w nim usadowić, zwłaszcza, że odniesienia byłyby ciekawe.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Bardzo bajkowe, takie bardziej jak sen niż groteskowy przesadzony weird, ale dość przyjemnie się czytało. Główna bohaterka da się lubić i dlatego chce się śledzić jej poczynania w tym wyśnionym świecie.

Dziękuję, oidrin. ^^

Całkiem przyjemne czytadło, takie baśniowe, i tu trochę szkoda, że są elfy, a nie skrzaty. ;) Ale ja stary jestem, więc i baśnie kojarzą mi się “tradycyjnie”. Czy jest tu naiwność? Nie wiem, mnie kojarzy się właśnie z konwencją baśni, a baśnie miały swój specyficzny język.

Gdzieś przewinęło mi się, że piszesz coś większego, bardzo dobrze, to jest porządna wprawka.

Pozdrawiam.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Mnie się bardzo podobało, mocno baśniowe wyszło Ci to opko. W ogóle Twoi Asowie są mocno baśniowi, tacy trochę uładzeni. Sprowadziłaś mitologię do baśni. To nie jest wada, raczej ciekawy eksperyment, który w tym opku wybrzmiewa najmocniej. Ciekawa jestem dalszych części :)

Na razie kliczek :)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Nowa Fantastyka