- Opowiadanie: wybranietz - Omasz

Omasz

Panie Jezu, nasze Słonko, pobłogosław to jedzonko!

(Czy to jeszcze ja?)

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Omasz

Najważniejsze odkrycia zawdzięcza się przypadkowi: woda przelewająca się przez brzegi wanny, jabłko spadające z drzewa, makaron pływający w zupie.

Miałem sześć lat, kiedy przestałem być sobą.

W tamtych czasach, czasach rodzącego się kapitalizmu, przestał wystarczać fakt, że makaron był. Musiał mieć do zaoferowania coś więcej, niż tylko dostępność: między banalnymi muszelkami, świderkami, tym płaskim do łazanek i innymi rurkami pojawiały się dinozaury, samochody i alfabet.

To była pomidorowa. Pamiętam, że kość słoniowa liter wyraźnie odznaczała się od zabielonej czerwieni zupy. Pod nieprzejrzystą powierzchnią kłębiły się znaki. Upojony świeżo nabytą umiejętnością czytania i pisania, łapałem na łyżkę Ale, koty i psy, i połykałem je w całości.

W końcu pozostało tylko ułożone na rancie talerza moje imię i nazwisko – Tomek Kiba. Chciałem celebrować ostatnie litery, ich smak doprawiony perspektywą rychłego braku. Nabrałem na łyżkę Te i kiedy je przełknąłem, samotnie pływające w blado-czerwonej zupie, mój ojciec zacmokał ze współczuciem. Spojrzałem na niego, zdezorientowany.

– Synu – powiedział – ty już nie jesteś Tomkiem Kibą. Od dziś nazywasz się Omek Kiba.

Moje życie momentalnie legło w gruzach. Wszystkie moje zabawki, mój pokój, moje rysunki nagle przestały być moje, bo już nie byłem sobą. Czy rodzice oddadzą mnie do domu dziecka? Czy wezmą na moje miejsce jakiegoś lepszego Tomką Kibę, takiego niewybrakowanego? Czy koledzy na podwórku mnie poznają, czy też będą na próżno wypatrywać Tomka, kiedy tylko Omek pozostał? W moim śmiertelnym przerażeniu zareagowałem tak, jak mogło zareagować sześcioletnie dziecko.

Wybuchnąłem płaczem.

Ojciec próbował mnie uspokoić, ale był zbyt zajęty duszeniem własnego śmiechu, by mi pomóc. Kryzys zażegnała matka, zbierając resztki mnie na jedną łyżkę, którą kazała mi połknąć, mówiąc, że w brzuszku znajdą swoje Te i będą razem szczęśliwe, a ja nie muszę się o nic martwić.

Ale we mnie pływało alfabetyczne morze, skąd mogła więc mieć pewność, że to właściwe Te się odnajdzie i przestanę być Omkiem? Pochlipując, wysiorbałem zupę, przerażony, że już nigdy nie będą sobą, że już na zawsze pozostanę niekompletny.

Następnego dnia koledzy na podwórku rozpoznali mnie bez problemów, najwyraźniej nawet nie podejrzewali, że przed nimi, zamiast Tomka może stać Omek; zresztą imiona i tak były mniej ważne niż to, na którym krańcu kijka z kupą się znajdowało. Nie myślałem o tym więcej i było to prawie tak samo, jakbym zapomniał.

Dopiero kiedy podczas rekrutacji do liceum okazało się, że w tej samej klasie co ja, ma być inny Tomasz Kiba, ponownie ogarnęła mnie groza. Zadzwoniłem do sekretariatu, mając nadzieję, że wkradł się błąd, że przez pomyłkę wpisano mnie dwa razy, jakby ta podwójność miała przysłonić niepewność istnienia. Sekretarka prawie przyznała mi rację: numery pesel zaczynały się tak samo, ale nie.

W moim mieście był inny Tomasz Kiba, urodzony tego samego dnia, zapisany do tego samego liceum. Z każdym dniem wakacji nienawidziłem go coraz bardziej, z każdym dniem czułem się coraz bardziej Omaszem, bo któryś z nas musiał być fałszywy, a to przecież ja głupio straciłem swoje imię, jakbym oddał swe pierworództwo za miskę soczewicy.

Oczywiście, pierwszego dnia szkoły wszyscy patrzyli na nas.

– Tomasz Kiba – powiedziałem, wyciągając rękę.

– Tomasz Kiba – powtórzył, zupełnie jak echo.

Moje pierwsze starcie z przybladłym koszmarem z dzieciństwa oprawiły dźwiękiem śmichy i chichy. Uścisnęliśmy sobie dłonie. Tamten miał dłoń sflaczałą jak śnięta ryba i zrozumiałem, że nie wszystko stracone.

 Pewne było, że będą nas mylić, przypadkiem i specjalnie, udając tylko, że to przypadek, więc równie dobrze mogliśmy sami dołączyć do zabawy. Zaprzyjaźniłem się z tym drugim, by móc patrzeć mu na te śnięte ręce. Zgodnie z duchem przysłowia, że przyjaciół blisko, ale wrogów jeszcze bliżej, trzymałem go tak blisko siebie, jak tylko mogłem. Był zagrożeniem dla mojej integralności. Groził mi zdemaskowaniem, wykazaniem mojego braku: kto inny, jak nie Tomasz mógł odkryć we mnie Omasza? Za każdym razem, kiedy wołali nas, jego, mnie, moje serce zamierało i nie do końca wierzyłem, czy to na pewno, czy to jeszcze ja, czy już przejrzeli moją farsę i śmiejąc się w duchu, czekają aż nie wytrzymam presji i przyznam się do bycia Omaszem.

Patrzyłem więc na niego uważnie i kopiując, poprawiałem jego działania, by być bardziej. Jako Omasz musiałem przecież być lepszy w byciu Tomaszem niż Tomasz. Musiałem starać się podwójnie, by uzupełnić ten brak we mnie, zniszczyć Omka wyglądającego zza Tomka.

Kiedy ten drugi pił piwo, ja sięgałem po wino. Kiedy on dopiero całował, ja pieściłem już piersi. Bił się do pierwszej krwi, a ja do pierwszego złamania. Ale też, kiedy on dostawał piątki ze sprawdzianów, ja wygrywałem olimpiady. Kiedy szedł do dorywczej pracy, by zarobić na kurs prawa jazdy, ja odkładałem już na samochód.

Naprawdę się starałem.

Byliśmy w jednej klasie, ten sam profil, nie było więc dziwne, że wybraliśmy ten sam kierunek studiów. Było mi nieswojo, bardziej nieswojo niż zwykle, na myśl, że jego przyszłość mogłaby być różna od mojej.

Jakże mógłbym je porównać i ocenić?

Pomagałem mu przygotować się do matury – już wczesniej zauważyłem, że ten drugi flaczeje. Zostaje w tyle. Różnica między nami była coraz wyraźniejsza. Na moją korzyść, oczywiście, ale im wyraźniej odbiegałem od Tomasza, tym bardziej czułem się Omaszem.

Dostał się na ten kierunek, na który chciałem i mogłem w spokoju żyć dalej, niezdemaskowany. Ten drugi złapał drugi oddech i znowu mógł być ze mną prawie równy, choć dostrzegałem w nim narastające oznaki zniechęcenia.

Nim skończyliśmy studia, nie mogłem mieć ładniejszej dziewczyny – bo on nie miał żadnej, nie mogłem mieć lepszej pracy – on nie miał żadnej, nie mogłem mieć lepszych perspektyw – nie miał żadnych.

Stawał się coraz bardziej przeciętny, coraz nudniejszy, nijaki. Czy taki ma być Tomasz Kiba, mniejszy niż życie? Nie mogłem na to pozwolić. Nie mogłem i nie chciałem być bardziej nieogolony, bardziej byle jaki i zobojętniały, bardziej zaprzepaścić szanse i bardziej pogrążyć się w marazmie. Tomasz zapadał się w sobie, kurczył, jakby i on miał Omasza depczącego po piętach. Bałem się, że zniknę razem z nim, nigdy nie osiągając pełni siebie. Nie mogłem pozwolić, by przepadł do szczętu.

Nie tak widziałem naszą przyszłość. Miałem więcej do zyskania niż on do stracenia. Doprowadziłem bycie Tomaszem do perfekcji, a do pełni siebie brakowało mi tylko Te. Nigdy się z tym brakiem nie pogodziłem, widocznie Omasz Kiba nie odnalazł swojego Te w moim sześcioletnim żołądku.

Poszedłem więc do domu tego drugiego. Spał na kanapie, w niedoskonałym oryginale mojego salonu. Obok stała pusta butelka po whisky. Oczywiście, ja pijałem lepsze alkohole.

Założyłem lateksowe rękawiczki, rozłożyłem folię ochronną, podstawiłem wiaderko pod jego szyję i przeciąłem tętnicę. Zadrżał, ale krew opuszczała go szybciej niż wracała świadomość i nawet nie zdążył się obudzić. Ściągnąłem go z kanapy na podłogę i ostrożnie rozciąłem brzuch. Z lewej strony, przebijając skalpelem, jak włócznią przebito Chrystusa, bo w końcu obaj umarli dla mojego zmartwychwstania.

Wyciąłem jego trzustkę, pokroiłem na dwanaście kawałków i ugotowałem w zupie pomidorowej.

Zjem je wszystkie, by w końcu uzupełnić ten brak Te we mnie i stać się Teomaszem Kibą.

 

Koniec

Komentarze

Czytam sobie czytam, uśmiecham się, jest miło, niepozornie, ot będzie taka przyjemna historyjka, a potem mam uczucie… ej ten człowiek to psychopata… No i cóż ostatnia scena to potwierdza. Fajne :)

Świetne.

Groteskowe, dziwaczne i pokrętne, a jednocześnie – wychodzące z realistycznego psychologicznie doświadczenia dzieciaka. Nie stricte fantastyczne, ale idące w ten rodzaj dziwacznej groteski, której do realizmu daleko. Świetnie się czytało, bo i wykonanie bardzo dobre. Klik.

Świetny tekst, trochę w klimacie internetowych past, ale w pozytywnym sensie. Historia Omasza dla mnie bardzo przekonująca i kurde, to mogło się wydarzyć! Osobiście liczyłem na trochę inne zakończenie, ale takim realizem idealnie pokazałeś schizofrenię narastającą przez lata.

Wow, skąd takie pomysły? Bardzo fajne, dobrze napisane i niesamowity pomysł. Niepokojące. Klikalabym ale nie mam jeszcze takich mocy;)

Tak, to nadal Ty.

Ale że kijek z kupą?

Dziwne, niepokojące, pomysłowe, ale przede wszystkim bardzo dobre. Od początku do końca przeczytałam z ogromnym zainteresowaniem i narastającym z każdym zdaniem poczuciem przerażającego odrealnienia. Jak to u Ciebie świetny warsztat.

Oczywiście klikam :)

Znakomite. Zaczyna się tak niewinnie i zabawnie, tak autentycznie dziecięco. Potem zaczyna się Kafka, a zakończenie to już hardcore. Język bardzo plastyczny i lekko przyswajalny, jak pomidorowa. W takim krótkim formacie udało się osiągnąć nieprzewidywalność finału. Respekt i klik ode mnie.

Bardzo smakowita lektura devil. Bohater psychologicznie wiarygodny. Najpierw odkrywa w sobie fundamentalny, metafizyczny brak. Potem objawia się ktoś, kto w jakiś sposób jest tego braku “winny”. Potem walka i rywalizacja z cieniem. A na koniec… znowu zupa!

Jedno mnie tutaj frapuje: czemu trzustka?

No to lecę po klika, bom już na tyle mocna.

Dziękuję za osłodę tego wrednego poniedziałku, pozdrawiam smiley

Wow, pięknie wszystkim dziękuję za miłe słowa!

 

Wow, skąd takie pomysły?

Z życia xD

Ale że kijek z kupą?

Raz na apokalipsę mogę ; )

I would prefer not to.

Jedno mnie tutaj frapuje: czemu trzustka?

Tu motywacja jest prosta, by nie rzec prostacka – jest na Te i jest w układzie pokarmowym ; )

I would prefer not to.

Ale… co?

<szczypie się w ramię by sprawdzić, czy jeszcze śni>

 

To ci niespodzianka…

<szturcha wybranietz i sprawdza, czy się nie rozpuści>

 

Wybranietz, jeśli oby przejęli twoje ciało, mrugnij dwa razy.

Jeśli zmartwychwstałaś i jesteś tymczasowo zupełnie żywa, mrugnij trzy.

 

 

Opowiadanie jak zwykle quality stuff, niczego innego bym się po tobie nie spodziewała – pomysłowe, każda linijka doszlifowana, śliczne tło psychologiczne, choć niby groteskowe, to odwołujące się do rzeczywistych problemów z poszukiwaniem własnej tożsamości. Mocny powrót. Kliku kliku. Witaj z powrotem, koleżanko. Miło cię widzieć :)

www.facebook.com/mika.modrzynska

fajne ;-)

 

edit: pomyślałem sobie, że tamten tomasz powinien przywitać się pierwszy. Mielibyśmy wtedy do czynienia ze swego rodzaju zwrotem akcji i bohaterem dynamicznym…

Ciekawy szort. Narracja przemyślana i pozornie stonowana, a jednak z wyczuwalną podskórnie obsesyjnością bohatera. Rozterki z jednej strony realistyczne, z drugiej zupełnie absurdalne ze względu na całą sytuację wyjściową. Wprowadzenie drugiego Tomasza tylko potęguje narastającą paranoję, ale krwawy finał ostatecznie i tak zaskakuje. Samo ostatnie zdanie bardzo przewrotne.

Podobało mi się. Bardzo przyjemne, choć krwawe.

Cieszę się, że znów piszesz na portalu. :)

Ciekawe opowiadanie, które lekko się czyta. Nie zinterpretowałam tej historii jako drogi do realnego zabójstwa. Moim zdaniem, u bohatera widać problemy psychiczne, a finał odczytuję jako urojenie tak silne, że wydaje się rzeczywistością.

Mnie też się podobało. Całkiem fajny szorcik. :)

<mryg>

<dyg>

<pląs>

pomyślałem sobie, że tamten tomasz powinien przywitać się pierwszy.

Ano, wtedy Omasz mógłby się dodatkowo martwić, że to jego za echo wzięto. Choć to byłoby +10 do obsesji i chyba za bardzo?

 

Dziękuję wszystkim! :D

<cała w słodkich uśmiechach, dygach i pląsach>

I would prefer not to.

Ciemo, wróciłaś! :))

 

Fajnie znów Cię czytać.

Szorcik jak dla mnie super – jest konsekwentny, twardy język, jest świetny klimat i paskudne zakończenie. Niby krótki tekst, ale dobrze wykreowałaś zarazem Tomka, jak i Omka.

A to ostatnie zdanie… Heh, powiało grozą ;)

 

Trzymaj się ciepło.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Fajne i mile. Smierc lekka i przyjemna, tez fajnie. Ciekawie sie czytalo.

Oł maj Gad. Wybranko, zachwyciłaś i wystraszyłaś, aż łapanki zrobić nie zdołam (bo też co to jest, parę omsknięć… ooojjjj…)

Chapeaux bas.

Niniejszy komentarz, wszystkie występujące w nim postacie i wydarzenia są fikcyjne. Żadne zwierzęta nie ucierpiały podczas tworzenia tego komentarza. Maras jest piękny i dobry. Metro Goldwyn Mayers. Wraa.

Początek zapowiadał coś dobrego, koniec w pełni te oczekiwania spełnił. Świetne :D

Zostaw ten żyrandol.

Dziękować ; )

 

Ale, Tarnino, gdzie gif? ;c

I would prefer not to.

Wystraszył się. No, chodź, chodź, gifie, do cioci. No, dostaniesz pikselków…

Niniejszy komentarz, wszystkie występujące w nim postacie i wydarzenia są fikcyjne. Żadne zwierzęta nie ucierpiały podczas tworzenia tego komentarza. Maras jest piękny i dobry. Metro Goldwyn Mayers. Wraa.

Perełka! 

I would prefer not to.

No cóż, prima sort :) 

Wybranietz! Wróciłaś <3

Te opisy makaronu z początku – coś pięknego. Fajnie pobawiłaś się też motywem doppelgangera. To było jednak moje pierwsze skojarzenie, ponieważ, kiedy spotka się takiego człowieka, cóż, kończy się to niechybnym nieszczęściem. Przyznam też, że od początku lektury miałam poczucie zaniepokojenia. 

Co tu więcej pisać? Szorciak na wysokim poziomie.

Dziękuję! <3 

I would prefer not to.

Narastająca dziwność, postępujący obłęd w opowiadaniu jest zdecydowanie jedną z jego większych zalet. Przeczytałem z przyjemnością. :)

Dzieci fantazjują, ale niezmiernie rzadko przeradza się to w prawdziwy obłęd kończący się zrealizowaniem psychopatycznego czynu. Ale ok. Kazuistyka

pozdrawiam

Co tu dużo mówić, świetny tekst. Rewelacyjnie napisany, równie rewelacyjnie się czyta. Sam opis dzieciństwa, dorastania, wreszcie dorosłości nie tyle wciąga, co pożera z butami – realizmem, bezlikiem przemyśleń, sprytnych rozwiązań narracyjnych i innych takich. Zakończenie mnie rozbawiło i zaskoczyło, w pozytywny sposób, choć i bez niego opko rewelacyjne.

Pozdrawiam!

P.s. dlaczego akurat śledziona? To taki banalny organ.

— Nie cmyka! Mówiłem, że nie ma zębów.

Dziękuję ślicznie ; )

 

nie śledziona a trzustka – jest na T i jest w układzie pokarmowym.

I would prefer not to.

Fajne, podobało mi się :)

Przynoszę radość

Radość! ;D

I would prefer not to.

Ach tak, przepraszam. Nie wiem dlaczego myślałem o śledzionie – muszę mieć chyba jakąś obsesję. W ogóle śledziona jest passe. Niby coś tam wytwarza, wchłania i tak dalej, ale na dobrą sprawę jest jak zupa pomidorowa – można bez niej żyć.

Tak czy siak, wielki plus za trzustkę. To o wiele ciekawszy organ.

— Nie cmyka! Mówiłem, że nie ma zębów.

jak zupa pomidorowa – można bez niej żyć.

… nie, całe moje dzieciństwo trafił szlag.

Niniejszy komentarz, wszystkie występujące w nim postacie i wydarzenia są fikcyjne. Żadne zwierzęta nie ucierpiały podczas tworzenia tego komentarza. Maras jest piękny i dobry. Metro Goldwyn Mayers. Wraa.

ja miałam fazę na pieczarkową <3 

I would prefer not to.

Bardzo dobry szort, oparty na ciekawym pomyśle. Tempo narracji i niezły język sprawiają, że przez tekst się bardzo przyjemnie płynie. Końcówka też niczego sobie.

Dobre, absurdalne, ale wychodzące z jakiegoś realnego problemu. Początkowo zabawne, ale wraz z pojawieniem się drugiego Tomka, atmosfera coraz bardziej gęstnieje. Zakończeenie mnie zaskoczyło. Końcowy Twist świetny.

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Świetnie mi się czytało ten tekst. Na początku tak sielankowo , przyjemnie się dzieje, a później jak nie poleci z grubej rury. Zaskoczenie totalne na końcu – i bardzo dobrze.

Czarująca historia, opowiedziana ze swadą i humorem, a przy tym ocieplona egzystencjalną podszewką. Cudowna rzecz.

Wybraniec jest świetna w kreowani nieoczywistych skojarzeń.

Świetny pomysł okraszony porcją absurdu i humorem znakomitej jakości. Bardzo satysfakcjonująca lektura. ;D

 

mię­dzy ba­nal­ny­mi mu­szel­ka­mi, świ­der­ka­mi, tym pła­skim do ła­za­nek i in­ny­mi rur­ka­mi po­ja­wia­ły się di­no­zau­ry, sa­mo­cho­dy i al­fa­bet. ―> Nie rozumiem zdania – co to jest tym pła­skim do ła­za­nek?

 

sa­mot­nie pły­wa­ją­ce w bla­do-czer­wo­nej zupie… ―> …sa­mot­nie pły­wa­ją­ce w bla­doczer­wo­nej zupie

 

zbie­ra­jąc reszt­ki mnie na jedną łyżkę, którą ka­za­ła mi po­łknąć… ―> Połknąć łyżkę?

A może: …zbie­ra­jąc na łyżkę reszt­ki mnie, które ka­za­ła mi po­łknąć

 

już wcze­sniej za­uwa­ży­łem… ―> Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka