- Opowiadanie: Cień Burzy - Diabłu co diabelskie

Diabłu co diabelskie

Po­dzię­ko­wa­nia bar­dzo gra­vel­ko­wi, bo tekst na­pi­sa­łem w ciągu... no dzi­siaj, na szyb­ko, byle było. I jeśli fak­tycz­nie jest, to tylko dla­te­go, że ona po­wie­dzia­ła mi, że “może być” (uprzed­nio ogar­nia­jąc to, co być jed­nak nie może).

No i za tytuł też dzięki^^

 

Nie obie­cuj­cie sobie po tym tek­ście zbyt wiele, bo i ja ni­cze­go Wam nie obie­cu­ję. Może nawet nie po­wi­nie­nem był go pisać. Może po­wi­nie­nem zo­sta­wić sobie ten po­mysł na coś więk­sze­go, le­piej prze­my­śla­ne­go; na coś, co miał­bym czas na­pi­sać, a nie tylko stwo­rzyć.

Zde­cy­do­wa­łem jed­nak ina­czej, bo Bail, bo Ilu­zja, bo Wer­ben­ka, bo Ma­Skrol, bo Azy­lum, bo Bella, bo Wy wszy­scy... – słabe to będą po­dzię­ko­wa­nia, wiem, ale jed­nak po­dzię­ko­wa­nia.
 

Peace!
 

P.S.

Miej­sca jakby praw­dzi­we, resz­ta – nie­ko­niecz­nie.

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Diabłu co diabelskie

Do pełni bra­ko­wa­ło jesz­cze kilku dni, ale w cie­płą noc póź­ne­go lata księ­życ świe­cił jasno nad wioskami przycupniętymi w dorzeczu Sanu, nad zalesionymi szczytami gór i nad zielonym kobiercem tutejszych dolin, pstrząc sny ludzi i zwie­rząt nie­da­ją­cym się okre­ślić nie­po­ko­jem.

Me­lo­dia har­mo­nij­ki, którą echo każ­dej nocy przy­no­si­ło gdzieś ze stoku Tro­hań­ca, jed­na­ko gło­śna i jed­na­ko nie­do­sły­szal­na w każ­dym za­kąt­ku Biesz­czad, tym razem nie do­po­wia­da­ła tego nie­po­ko­ju; nie przy­nio­sła ni­ko­mu ulgi, ale i nie po­głę­bi­ła ni­czy­ich kosz­ma­rów.

Dziś znów po­cho­wa­no sa­mo­bój­cę, Żyda, mor­der­cę, wiedź­mę albo może cza­row­ni­ka, a Pu­stel­nik opu­ścił swoją sa­mot­nię.

 

– Jak cię zwą?

– Nie mam imie­nia.

– Wy­rze­kasz się więc chrztu i wiary w Pana Na­sze­go, Je­zu­sa Chry­stu­sa? – za­py­tał su­ro­wo ka­płan.

– Wiesz, kim je­stem. Wiesz, że nie mam imie­nia, i że nie będę miał na­grob­ka, na któ­rym mo­gli­by­ście to imię wyryć.

– Do­brze. A zatem zo­sta­niesz osą­dzo­ny jako in­no­wier­ca i jako in­no­wier­ca ska­za­ny.

– Skoro już wie­cie, że zo­sta­nę ska­za­ny – za­py­tał spo­koj­nie sta­rzec – to po co chce­cie mnie jesz­cze są­dzić?

 

Ciało było nie­du­że i lek­kie, a przy tym zo­sta­ło po­cho­wa­ne płyt­ko, bez trum­ny, za­wi­nię­te je­dy­nie w stare płót­no, toteż ro­bo­ty dużo z nim nie miał. Świt przy­cho­dził jed­nak wcze­śnie, więc Pu­stel­nik mu­siał się spie­szyć. Naj­wię­cej pro­ble­mów, jak zwy­kle, spra­wia­ło po­now­ne za­sy­pa­nie grobu w taki spo­sób, by nikt nie od­krył, że jest on pusty.

 

– Przy­zna­jesz się do pro­fa­na­cji zwłok, czar­no­księ­stwa, ne­kro­man­cji i kon­szach­tów z si­ła­mi nie­czy­sty­mi?

– A cóż za róż­ni­ca? I tak mnie po­wie­si­cie, i tak mnie po­wie­si­cie.

– Przy­zna­jesz się do pro­fa­na­cji zwłok, czar­no­księ­stwa, ne­kro­man­cji i kon­szach­tów z si­ła­mi nie­czy­sty­mi?

– Po­wiedz mi, księ­że pro­bosz­czu, po­wi­nie­nem po­zwo­lić, byś to ty do listy mych prze­win do­pi­sał kłam­stwo przed ob­li­czem Pana, czy sam po­wi­nie­nem to zro­bić?

– Przy­zna­jesz się do pro­fa­na­cji zwłok, czar­no­księ­stwa, ne­kro­man­cji i kon­szach­tów z si­ła­mi nie­czy­sty­mi?

– Nie, nie przy­zna­ję się do ni­cze­go. Nie upra­wiam guseł ni cza­rów nijakich, a i zwłok nie zbez­cze­ści­łem żadnych. Tylko z tymi siłami nieczystymi różnie bywa. Czasem Dia­beł za­cho­dzi do mnie w go­ści­nę, wódkę przy­no­si, na roz­ma­wia­nie się wpra­sza… A czasem to ja w doliny zejdę i trafi mi się Złego spotkać. – Starzec patrzył prosto w oczy kapłana. – Kon­szach­ta­mi bym tego jed­nak nie na­zwał.

 

Po­kry­tej wy­so­ką trawą po­la­ny, le­żą­cej na wschod­nim stoku Tro­hań­ca, nie­mal pod samym szczy­tem, nikt nie na­zwał­by cmen­ta­rzem, nawet gdyby zwró­cił uwagę na róż­nej wiel­ko­ści ka­mie­nie, które re­gu­lar­no­ścią uło­że­nia przeczyły naturze miłym po­rzą­dkom. Słoń­ce nie zdą­ży­ło zbli­żyć się jesz­cze do ze­ni­tu, gdy Pu­stel­nik usta­wił ko­lej­ny taki ka­mień i po­ło­żył się w tra­wie, z głową opar­tą o nie­wiel­ki kop­czyk ukry­ty pod dar­nią. Mam­ro­tał coś przez chwi­lę, niby sam do sie­bie, za­śmiał się po­god­nie, po­gro­ził komuś pal­cem, a potem mach­nął ręką, jakby wiatr przeganiał, i wyjął har­mo­nij­kę. Grał długo aż wreszcie, jakby uko­ły­sa­ny wła­sną me­lo­dią, za­snął głę­bo­ko.

 

– Co ci zatem mówi Dia­beł?

– Nic cie­ka­we­go. – Pu­stel­nik wzru­szył ra­mio­na­mi. – Głów­nie na­rze­ka, że wszyst­ko go boli, bo stary reu­ma­tyk, i wy­kli­na na mnie i na nasze pięk­ne góry, bo dla niego za wy­so­kie.

Przez tłum ze­bra­ny na placu w cen­trum wsi Lu­to­wi­sko, gdzie od­by­wał się pro­ces, prze­wa­li­ła się fala śmie­chu.

– A jakie daje ci Dia­beł roz­ka­zy? – Paweł Ko­leb­ka, tu­tej­szy pro­boszcz z nada­nia Bi­sku­pa Czap­skie­go i In­kwi­zy­tor Biesz­czadz­ki z nada­nia wła­sne­go, nie dał po sobie po­znać, jak bar­dzo draż­nią go kpiny oskar­żo­ne­go. – Cóż ci nakazał na wy­kra­dzio­nych po­czy­nać zwło­kach?

– Ja nigdy nie słu­cham się jego, a on rzad­ko słu­cha się mnie.

– Co to ma zna­czyć? Więc nie słu­żysz Dia­błu?

– Nie – za­prze­czył sta­rzec.

– Ale przy­zna­jesz, że po­zo­sta­jesz z nim w ko­mi­ty­wie?

– Tak. Przy­zna­ję.

– Kimże zatem je­steś, jeśli nie dia­blim sługą?

– Hmmm… Jego przy­ja­cie­lem.

 

Przy­szli po niego w sze­ściu. Gdzie miesz­kał – ni­ko­mu to nie ta­jem­ni­ca. Wszak nie tylko złe moce na­wie­dza­ły go w skal­nej wnęce; zbyt małej, by na­zwać ją ja­ski­nią, lecz do­sta­tecz­nie dużej, by sa­mot­ny czło­wiek miał gdzie zło­żyć głowę do snu. Po co przy­szli, czego chcie­li, nie po­wie­dział żaden – po pro­stu ka­za­li iść – ale też żaden nie śmiał go skrzyw­dzić. Bali się Pu­stel­ni­ka bar­dziej, niż on bał się ich, choć do­brze wie­dział, dokąd go za­bio­rą.

 

– Ile zwłok wy­kra­dłeś?

– Nie zwłok, tylko ludzi. Ilu się dało. Ale czyi oni, że mia­łbym ich kraść? Wasi nie, bo się ich wy­rze­kli­ście i Boga też nie, bo Mu ich ode­bra­li­ście. – Pu­stel­nik pluł krwią z roz­bi­tej wargi i za­czął se­ple­nić, po­zba­wio­ny kilku zębów. – A co ani bo­skie, ani ludz­kie, to dia­ble. I to wy ofia­ro­wa­li­ście mu te wszyst­kie dusze, choć nie na­le­żą one ani do was, ani do niego. Jeśli więc kogo okra­dłem, to tylko Dia­bła wła­śnie. A czy ten jest grzesz­ni­kiem, kto od­da­je Bogu, co diabelskie, czy jednak ten, kto od­da­je Dia­błu, co na­le­ży do Boga?

– Dosyć tego! – In­kwi­zy­tor Ko­leb­ka, teraz już nie­zdol­ny ukryć gnie­wu, rów­nież się po­pluł. – Nie śmiej wię­cej za­sła­niać się ro­je­nia­mi o Dia­błach i wódce, ty przeklęty głupcze, bom gotów uwie­rzyć, żeś praw­dzi­wie sza­lo­ny. A Pismo uczy, że obłą­ka­nie od Złego zstę­pu­je i jego jest pięt­nem, które żywym ogniem wy­pa­lić na­le­ży… Ile zwłok wy­kra­dłeś, pytam!? W jaki spo­sób je bez­cze­ści­łeś!? Gdzie one!?

– Co na­zy­wasz bez­czesz­cze­niem, księ­że pro­bosz­czu? – Pu­stel­nik nie prze­sta­wał się uśmie­chać. – Bo wedle mnie pro­fa­na­cją jest od­da­wa­nie ciała nie­świę­tej ziemi, skąd Dia­beł duszę może wy­łu­skać ła­twiej niż ksiądz mo­ne­tę z ko­ściel­nej skar­bo­ny.

 

Kiedy przy­pro­wa­dzi­li go do wsi, słoń­ce miało się już ku za­cho­do­wi, więc roz­pra­wę prze­ło­żo­no na dzień na­stęp­ny, a noc Pu­stel­nik prze­pę­dził na placu, przy­wią­za­ny do słupa szu­bie­ni­cy, którą na­pręd­ce dla niego skle­co­no. Póki noc na dobre nie ogar­nę­ła Do­li­ny Sanu, lu­dzi­ska tło­czy­li się wokół więź­nia jak dzi­kie psy przy pa­dli­nie, ale nikt nie od­wa­żył się go lżyć, pluć czy ukrzyw­dzić. Nikt też jed­nak nie pod­szedł, by dać mu łyk wody. Tylko sta­rzec-łach­ma­niarz, zapewne jeden z wielu, ja­kich ta czy inna wojna s­pę­dzi­ła w te stro­ny, pod­szedł do Pu­stel­ni­ka, uklęk­nął przed nim, krzy­wiąc się z bólu, i otarł mu twarz wil­got­ną szmat­ką. Gdy na­chy­lił się bli­żej, wię­zień szep­nął mu kilka słów, na co łachmaniarz ski­nął głową poważnie. Z nie­wiel­kiej sa­kiew­ki przy pasie starego Pu­stel­ni­ka wyjął ustną har­mo­nij­kę i odszedł.

Gdy na­stał świt, a plac na nowo za­peł­nił się ludź­mi, ten sam sta­rzec, bio­rąc na świad­ków Boga i ludzi, ze­znał, że ubie­głej nocy wi­dział Pu­stel­ni­ka, jak wy­ko­py­wał zwło­ki cza­row­ni­cy, po­grze­ba­ne pod cmen­tar­nym murem.

 

– A kimże ty je­steś, by pod­wa­żać au­to­ry­tet Ko­ścio­ła i usta­no­wio­ne przez niego prawa? Któż dał ci wie­dzę, mą­drość i moc, by le­piej niż świę­ci oj­co­wie osądzać, komu na­le­ży się zba­wie­nie, a komu wiecz­ny ogień?

– A czym jest Ko­ściół i kim są świę­ci oj­co­wie, by le­piej od Boga osądzać, komu na­le­ży się zba­wie­nie, a komu wiecz­ny ogień? Kto wam pozwolił od­bie­rać lu­dziom prawo do zba­wie­nia?

– Ach, więc to tym się zaj­mu­jesz, tak? Na tym po­le­ga twoja służ­ba? Zba­wiasz tych, któ­rych po­tę­pił Ko­ściół?

– Nie – pu­stel­nik po­krę­cił głową – nie mam prawa ni­ko­go zba­wiać, tak jak ty nie masz prawa ni­ko­go po­tę­pić. Ja tylko daję lu­dziom szan­sę uczci­wie roz­mó­wić się z Bo­giem. Cho­wam ich tam, gdzie Dia­beł nie jest w sta­nie po nich się­gnąć.

– Prze­cież Dia­beł to twój przy­ja­ciel – za­kpił Ko­leb­ka. – Dla­cze­go okra­dasz przy­ja­ciół? Czyż­byś nie wie­dział, że w dwój­na­sób jest to grze­chem?

– Dia­beł jest moim przy­ja­cie­lem i wiem, że mnie ro­zu­mie. Tak jak ja ro­zu­miem jego. Obaj jesteśmy już starzy i zmęczeni. A co z tobą i Bo­giem? Po­dob­no też je­ste­ście przy­ja­ciół­mi, więc dla­cze­go Go okra­dasz? Czyż­byś nie wie­dział, że w dwój­na­sób jest to grze­chem?

– Starczy tych bluź­nierstw! Dość już usłyszeliśmy, by wyzbyć się wszelkich wątpliwości co do winy tego człowieka! – zawołał proboszcz w stronę tłumu – W imieniu Boga i Kościoła skazuję cię na śmierć, czarowniku. Wkrót­ce się prze­ko­na­my, jak twój przy­ja­ciel od­wdzię­czy ci się za wszyst­ko, co zrobiłeś…

– Na pewno nie go­rzej niż twój tobie, księ­że pro­bosz­czu.

 

Gdy o za­cho­dzie słoń­ca po­wie­si­li sta­re­go pu­stel­ni­ka, lu­dzie byli nie­spo­koj­ni; wielu ode­szło do domów, żeby nie pa­trzeć, na­to­miast inni zo­sta­li wła­śnie po to, żeby po­pa­trzeć – nie byli jed­nak cie­ka­wi trupa, a tego, kto przyj­dzie po jego duszę: Dia­beł czy Bóg?

Nie przy­szedł ani jeden, ani drugi. Gdy Pu­stel­nik za­stygł osta­tecz­nie na swoim sznu­rze, In­kwi­zy­tor kazał wrzu­cić go do tego sa­me­go nie­uświę­co­ne­go grobu, w któ­rym le­d­wie dzień wcze­śniej po­cho­wa­no cza­row­ni­cę.

– Oca­li­łeś tak wielu, ale kto ocali cie­bie? – kapłan splu­nął na mo­gi­łę i od­szedł.

 

Do pełni bra­ko­wa­ło jesz­cze kilku dni, ale w cie­płą noc póź­ne­go lata księ­życ świe­cił jasno nad wioskami przycupniętymi w dorzeczu Sanu, nad zalesionymi szczytami gór i nad zielonym kobiercem tutejszych dolin, pstrząc sny ludzi i zwie­rząt nie­da­ją­cym się okre­ślić nie­po­ko­jem.

Me­lo­dia har­mo­nij­ki, którą echo każ­dej nocy przy­no­si­ło gdzieś ze stoku Tro­hań­ca, jed­na­ko gło­śna i jed­na­ko nie­do­sły­szal­na w każ­dym za­kąt­ku Biesz­czad, i tym razem do­po­wia­da­ła ten nie­po­kój, nie­któ­rym przy­no­sząc ulgę, a innym – kosz­ma­ry.

Dziś znów po­cho­wa­no sa­mo­bój­cę, Żyda, mor­der­cę, wiedź­mę albo może cza­row­ni­ka, a Pu­stel­nik opu­ścił swoją sa­mot­nię. Kil­ka­dzie­siąt rąk – wiedź­mich, ży­dow­skich, spla­mio­nych czy­jąś krwią, zim­nych i nie­zgrab­nych – wy­ko­pa­ło go z nie­świę­tej ziemi i unio­sło z po­wro­tem gdzieś na stok Tro­hań­ca.

Mil­czą­ca ka­wal­ka­da prze­szła przez wieś, nie bu­dząc ni­ko­go, i tylko pe­wien sta­rzec-łach­ma­niarz, który cze­kał na skra­ju za­bu­do­wań, bez stra­chu ob­ser­wo­wał nad­cią­ga­ją­cy po­chód. Kiedy Pu­stel­nik wraz ze swoją świtą mi­ja­li dzia­dy­gę, ten skło­nił się nisko. Mimo że ciało ema­no­wa­ło bólem, sta­ro­ścią i zmę­cze­niem, nie po­tra­fił się nie uśmiech­nąć.

Przy­tknął do ust har­mo­nij­kę i za­grał.

Koniec

Komentarze

Po przeczytaniu spalić monitor.

.

 

(Dzięki za klika – mam nadzieję, że nie musiałeś się w tej intencji specjalnie fatygować z kunia ;).

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Ponieważ artykułowanie myśli wychodzi mi lepiej na papierze niż w mowie, wracam z sensowniejszym (mam nadzieję) komentarzem.

Co mi się podobało? Jak zwykle u Cię – piękna fraza, dobór słów, brzmienie zdań. To zawsze była największa siła Twoich tekstów: to opowieści, których dobrze by się słuchało przy ognisku, najlepiej opowiadanych przez gawędziarza, który zna się na rzeczy. Podoba mi się pomysł; ma w sobie nostlagiczny urok, pewien – pozwolisz, że ujmę to nieco bardziej poetycko – bieszczadzki smutek. (Posłuchałabym tej historii jako piosenki SDM).

Podobało mi się zakończenie.

 

Ale cały czas mam wrażenie, że czegoś w tym tekście brakuje. Może pewnej sprężystości – czegoś, co nadałoby jej odpowiedniego tempa i emocjonalnej siły. Bo opowiadanie ma pod tym względem potencjał.

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Historyjka mnie w 100% nie kupiła, ale niektóre obrazy w tekście już tak (jak ta melodia snująca się nad górami). IMHO warto było napisać :) 

Budujesz konsekwentnie klimat, opowiadanie jest przesycone subtelnymi emocjami. Mnie kupiło. Ładny, ale zupełnie inny tekst niż “Szkodniki”. W tym opowiadaniu akcja płynie spokojnie, chociaż przedstawia znany motyw, przekonuje sposób ujęcia tematu. Zgłaszam do biblioteki. :)

Pięknie napisane opowiadanie, Cieniu. Historia toczy się niespiesznie, jak to w górach :) Czuć klimat, nostalgię i jeszcze coś, czego nie potrafię nazwać, ale tutaj jest. Motyw dyżuru został subtelnie wpleciony. Opowiadanie przeczytałam z przyjemnością, zgłoszę do biblio :)

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Okej, jestem.

Gravcim – wiesz jak jest. Dzięki za korektę (ogarnęła to w jakieś dziesięć minut, może mniej – wyobrażacie to sobie) i komentarz. Fajnie, że fajnie i niefajnie, że jednak nie do końca fajnie. Ale no – limit i deadline, i zrobisz co? Nic, krótki szpic.

 

Ninedin, tak dla doprecyzowania: opowiadanie Cię w 100% nie kupiło, czy nie kupiło Cię na 100%? Niby wiem, niby znam odpowiedź, bo dalsza część komentarza, ale pewność uzyskam tylko w jeden sposób. Dziękuję za komentarz, tak generalnie. I cieszę się, że opowiadanie uważasz za warte napisania. To już sporo.

 

ANDO, Sy – Wam zbiorczo ukłon w pas i serdeczne “dziękuję” za dobre słowo. Bardzo się cieszę, że opowiadanie przypadło Wam do gustu.

Ech, same frazesy.^^

 

Peace!

 

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Klimat. Cudny, rewelacyjny, bardzo podoba mi się motyw z harmonijką i połączenie początku tekst z końcem, jest bardzo płynne i nie widać specjalnie tego “powtórzenia”, jakby ktoś jeszcze raz wprowadzał mnie do tego świata, tylko tym razem od zaplecza, z całą wiedzą.

Budujesz ten nastrój mieszając sąd z wydarzeniami rozgrywającymi się nieco wcześniej, a ten zabieg udał się na tyle, że wyniósł tekst na inny poziom. Gdybyś opisał wszystko w normalnej kolejności, uznałbym je za “niezłe, dobrze się czytało”, a to… bardzo mi się podoba. Jestem zdania Gravel, prowadzisz nas przez opowiadanie, jakby to była wypowiedź gawędziarza, a ja mam wrażenie, że siedzę przy ognisku. Bardzo cenię takie coś, to są historię, które wciągają człowieka w pełni, wpływają na nastrój i trzymają czytelnika do ostatniego zdania.

Bardzo na moją opinię wpłynęło też zagranie z “łachmaniarzem”, który miał reumatyzm. Podobała mi się rozmowa Pustelnika, który tak łatwo zaginał księdza. Dużo dobrych elementów tutaj wplotłeś, przeczytałem przed chwilą drugi raz i zrobiłem to bez odrywania się, a to rzadko mi się zdarza.

Idę nominować.

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Ach, ten dialog z księdzem był rewelacyjny. Jak ja lubię takie świeże spojrzenie, takie celne odwrócenie kota ogonem. Do tego niesamowity klimat, rewelacyjna klamra z harmonijką i oczywiście diabeł pod samym nosem kościelnych hierarchów. Trochę go uczłowieczyłeś, ale taki jest prawdziwszy.

Wciąga to Twoje opko, nie pozwala się oderwać, zasmuciło, a ta ostatnia scena poruszyła.

A wszystko tak pięknie, spokojnie opowiedziane.

Cieszę się, że zdążę kliknąć :)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Mam wrażenie, że to autorska i przerobiona wersja jednego z wielu górskich mitów albo innych lokalnych porzekadeł, czego udowonić nie mam jak, choć i tak by mi na tym nie zależało. Po prostu czuć specyficzny klimat, a mózg postanowił skategoryzować tego szorta pod etykietą "pewnie usłyszałbym to przy ognisku w górach". Rozmowa pustelnika z księdzem byłaby raczej dość typowa (zmęczony życiem sceptyk naprzeciw zapalonego w swej wierze idioty), ale poprowadzona ciekawie i pomogła jej cała mistyczna otoczka wokół. 

Podobało mi się również zakończenie, takie z rodzaju "tłustych", wypchanych wieloma zrozumiałymi podtekstami.

Osobiście to nie jestem fanem tego typu fantastyki, za dużo tutaj (mętnych) wierzeń ludowych i pewnego rozmycia tejże. Niby na końcu pojawia się jej bezpośredni element, ale takiego Pustelnika można jednocześnie uznać za piekielnie bystrego, choć chorego psychicznie biedaka. Wolę fantastykę odleglejszą od Ziemi, nie jestem tutaj "klientem", dla którego chcialeś to napisać, dlatego tylko schylę czoło i idę dalej.

Niby Ceniu-lejewoda, a jak ma limit, to potrafi.

Sympatyczne :)

Przynoszę radość

Hej, ludziowie!

 

Srry, że nie odpisuję Wam jak należy – kocioł, ważna misja, takie tam – ale postaram się nadrobić. Póki co musicie zadowolić się skromnym “dziękuję”.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Za Gravel, może być. ;) Dobrze też ujęła rzecz w komentarzu. I dobrze mówisz, że limit mógł też okroić opowieść z większych emocji. 

Tylko starzec-łachmaniarz, zapewne jeden z wielu, jakich ta czy inna wojna spędziła w te strony, podszedł do Pustelnika, uklęknął przed nim, krzywiąc się z bólu, i otarł mu twarz wilgotną szmatką.

Ty tu piszesz o Bogu, Diable i Jezusie. I dla mnie nowe jest to spojrzenie, choć poruszasz się w dosłownie tej samej historii. Za to masz dużego plusa. 

Pozdrawiam.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Pustelnik-sofista, dla mnie w całości opowiadanie jest mocno sofistyczne, ale bardzo to pasuje do całej scenerii, chociaż jakby nieco brakuje prawdziwego problemu, o który proboszcz z pustelnikiem mogliby się spierać.

 

Łoj, fajne i sklamrowane jak ballada:-) Dłuższa pieśń śpiewana dla uciechy zgromadzonego rycerstwa i ich białogłów. Eh, że ja się muszę trzymać tych realiów historycznych:p Słowo daję, jakiegoś „alta” trza byłoby wymyślić,  aby móc sięgać do innych skojarzeń.

Na przykład, ku radości wszystkich Amazonek i ich towarzyszy, odpoczywających po ostatniej zwycięskiej bitwie o słońce i czyste niebo nad nami. Klimat wreszcie został ustabilizowany. Na olbrzymią polanę ściągnął kto żyw, ale wielu musiało poprzestać na okolicznych dolinach. Głos harmonijki niósł się nad nimi,  docierając do każdego zakątka Fantastycznych Gór…

Po pieśni rozległy się gromkie oklaski.

Bardzie, twa opowieść rzewna. Do uśmiechu, smutku i namysłu nad kołem i przewrotnością naszego losu. Pięknymi słowami potrafiłeś nam streścić jak blisko ten diabeł jest koło nas i może nie taki straszny, jakim go malują. Czego/kogo więc się bać?

srd:)

a

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Motywu dyżuru to ja bym się tu nie doszukał (jest sugestia, ze starzec być może przejmuje rolę, ale to nie do końca to, co nawet szeroko rozumiany dyżur), ale opowiadanie bardzo dobre, budujące nastrój (i to bez spowolnienia czytania!), dobrze skonstruowane. Ale co najważniejsze: w tym tekście jest głębszy sens, jest przesłanie i jest coś, co skłania do zastanowienia się.

"–Dosyć tego!"

 

Spację zjadło.

 

Dobre:)

Spóźnione, ale szczere:

Wszyscy: dzięki. Bardzo się cieszę, że Wam się podobało, że tekst skłania do refleksji, że wynosicie z tego opowiadania coś więcej, niż “fajne czytadło”. Biorąc pod uwagę tempo i trochę jednak prowizorkę przy pisaniu, każda taka opinia cieszy podwójnie.

 

Uwag, że tak powiem, personalnych, to mam niewiele.

 

STN – cała historia, od początku do końca, jest moim pomysłem (choć oczywiście nie twierdzę, że jest oryginalna) czy raczej tym, co z tego mojego pomysłu zdołałem upchać w limicie. Niemniej, jeśli faktycznie udało mi się wbić w klimat górskich legend, to tylko lepiej.

 

Asylum – nie wiem, kogo warto się bać. Czasem wydaje mi się, że ludzie są o wiele gorsi od diabłów, a czasem… że to diabły nie dorastają nam do pięt. :)

 

Wilku – tak, wiem, że motyw dyżuru jest tu co najmniej dyskusyjny, ale uznałem, że jednak dostatecznie czytelny, by wpasować się z tekstem w konkurs. Czy słusznie – ocenią Czwartkowi.

 

Dzięki wielkie raz jeszcze.

 

Peace!

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Może motyw dyżuru nie jest bardzo ewidentny, ale coś w tym tekście urzeka. Są pewne obrazy, opisy, które bardzo działają na wyobraźnię i to jest zdecydowanie na plus. Na minus troszkę, że początkowy dialog ciutkę zwalnia akcję. Aczkolwiek, diabły, czarty, demony– mój ulubiony motywsmiley

Cześć :)

Krotko i na temat…

 

Długo się wahałem, ale i tutaj znalazłem perłę. Nie jestem fanem opowiadań w podobnych klimatach, szczególnie, że mocną stroną zdaje się jednostronna pyskówa w temacie moralno-religijnym, ale całość, ta czytelność opowiadania, na którą składają m.in. rytm historii, jej układ, sprawiły, że postanowiłem je docenić. Można powiedzieć, że przekonała mnie koncepcja tego opka.

 

Kreacja postaci?

Zdecydowanie przypisani do swych ról. Pustelnik w swojej wyważonej postawie patrzący bez lęku na zbliżającą się śmierć, epatujący mądrością i niezachwiana pochwałą rozumu w kontraście z sędzią inkwizytorem posługującym się wyuczonym frazesem, gubiący się przy odpowiedziach wychodzących poza szablon. Wyszło to bardzo przekonywująco.

 

Świat przedstawiony?

Sceneria swojska, jak snopki zboża na polach, zapomniane przez Boga chałupy drewniane i szmer strumyka, gdzie ludzie prości, acz w Boga zapatrzeni…

 

Przesłanie?

Co jest złem, co dobrem? Kto jest służy dobru, kto złu? Ludzie potrzebują prostych wytycznych, jeżeli tylko mogą będą unikać samodzielnego myślenia, bo to wzięcie odpowiedzialności, tego się boją, nie oddadzą tego komfortu. Zdaje się, że lepiej byłoby, gdyby Chrystus zszedł z krzyża na oczach swych oprawców…

 

Temat konkursu?

Bardzo się doszukiwałem i ostatecznie stwierdziłem, że miejscowi dyżurowali pod stryczkiem w oczekiwaniu na wyrok… No cóż, takie warunki konkursu.

 

Pozdrawiam

Czwartkowy Juror :)

Pięknie się to czyta, Cieniu, a zdania niosą treść ważką, choć dają pozór snujących się leniwie, zgoła od niechcenia.

I choć od początku los Pustelnika zdaje się być przesądzony, jego spokojne słowa trafiają do czytelnika, w przeciwieństwie do banałów rozdrażnionego proboszcza, którego irytacja i bezradność są wręcz namacalne.  

Nie mogę nie wspomnieć, że Diabeł, jakim opisał go Pustelnik, nad wyraz przypadł mi do gustu. No i harmonijka – od początku nadająca opowieści szczególny ton i świetnie wybrzmiewająca na końcu.

 

– Nie – pu­stel­nik po­krę­cił głową… ―> Wcześniej Pustelnik był pisany wielką literą.

 

Gdy o za­cho­dzie słoń­ca po­wie­si­li sta­re­go pu­stel­ni­ka… ―> Jak wyżej.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ładne, klimatyczne, ale niewiele poza tym. Trochę przegadane, choć czyta się dobrze i bezboleśnie. Widać rękę Gravel w części zdań, bo stylistycznie jest to lepsze i bardziej konsekwentne niż większość Twoich tekstów, które czytałam.

Brakło mi tu lepiej zarysowanego kontekstu – piszesz “ta czy inna wojna”, a nie dajesz żadnych konkretów – w takim przypadku może lepiej nie dawać określeń (a zwłaszcza zaimka wskazującego), bo samo “wojna” czy “jakaś wojna” lepiej pasowałaby do zawieszenia w czasie i nieokreśloności realiów?

Atmosfera niedopowiedzenia na plus, aczkolwiek wolałabym mniej epizodów, bo one się trochę powtarzają. Postać starca chyba najciekawsza w całym tekście.

No i szczerze mówiąc, średnio tu widzę “dyżur” (albo jest on bardzo rozmyty między wiele postaci), ale niech będzie ;)

http://altronapoleone.home.blog

drakaino, moja ingerencja w tekst ograniczała się do zrobienia porządku z kilkoma przecinkami i zmienienia szyku jednego zdania. Nie zmieniałam nic, jeśli chodzi o styl, zresztą Cień i tak by mi na to nie pozwolił ;) Poza tym miałam niecałe dziesięć minut na przeczytanie i ogarnięcie tekstu, więc nie było czasu na wprowadzanie głębszych poprawek.

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

No proszę, ale wyszło zdecydowanie bardziej w Twojej stylistyce, takiej oszczędnej, bez rozgadania i bez emocji :) Gdyby mi ktoś ten tekst pokazał anonimowo i wiedziałabym tylko, że napisało go jedno z was, to strzelałabym, że Ty… Może to tak przez osmozę. Jak dla mnie to ewolucja Cienia w dobrym kierunku stylistycznym.

http://altronapoleone.home.blog

Ostatnio zasypuję Cienia tyloma tekstami, że osmoza jest więcej niż prawdopodobna. Biedak zatraca swą tożsamość literacką. Asymilacja jest nieunikniona, a opór bezcelowy.

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Oho, widzę, że zrobiło się tu ciekawie. Będzie rozstawianie po kątach zaraz. Ale to zaraz zaraz, póki co – chronologia.

 

oidrin

Dziękuję za wizytę i cieszę się niezmiernie, a nawet dumę lekką z tego odczuwam tytułu, iż opowiadanie Cię urzekło i zgrało się z Twoją wyobraźnią, tworząc ładny, klimatyczny opis. Kłaniam się pięknie. A jeśli lubisz fajne diabły, to poszperaj trochę u Joseheim. Warto.

 

Czarny Tomie, Czwartkowy, Poławiaczu Pereł. Tobie dziękuję za konkurs, komentarz, wizytę, przeczytanie i docenienie (w dowolnej kolejności).

Prawdę mówiąc, autorskim zamysłem – zarówno jeśli chodzi o dyżur, jak i motyw przewodni, kwintesencję tej opowieści – było jednak ukazanie bardziej tej mistycznej strony życia Pustelnika; jego “przyjaźni” z Diabłem i służby – dyżuru – którą pełnił przez większość życia, ratując straceńców pochowanych w nieświętej ziemi, a proces miał tak naprawdę tylko dopowiadać tę historię. Szkoda i nie szkoda, że akcent padł jednak na proces jako motyw przewodni. Szkoda, bo dla mnie osobiście ta historia – faktycznie w jakiś sposób smutna, romantyczna i melancholijna, jak prawdziwe górskie opowieści snute wieczorami przy ognisku – wydaje się być znacznie bardziej ciekawa jako całość, niż jako tło dla przegadywanek mędrca i idioty, i tak chciałem ją właśnie opowiedzieć. Nie szkoda natomiast, ponieważ efekt, takie jednak “pół na pół” (albo przynajmniej “prawie pół na pół” – przynajmniej w to chce wierzyć ;) jeśli chodzi o wyważenie opowieści, jak się okazuje, też fajnie koreluje z gustami i wyobraźnią czytelników. Ergo – robi robotę. Mogę więc chyba uznać, że proces jako taki jest po prostu wartością dodaną dla całej historii, a nie jej przeinaczeniem.

Mam nadzieję, że mimo wszystko ta moja autorska interpretacja nie zaburzy Ci odbioru opowiadania.

 

Reg. Jakiej innej jeszcze miary trzeba, by ocenić boskość naszej Bogini, niż prosty fakt, że nawet dla Diabła dobre znajdzie słowo, z serca takiego polubi, a jak przyjdzie co do czego, to kto wie, może i pogłaska po kosmatej główce?^^

Błędy – bo to są błędy – poprawiam w trymiga i bardzo dziękuję za wizytę i komentarz. Rad jestem, widząc Cię usatysfakcjonowaną z lektury (oraz, ma się rozumieć, że nie widzę listy własnych wpadek długiej jak sznur szubieniczny).

 

Grv, Drako,

Jeśli chodzi o rękę Gravel w tym tekście, to co rzekła, rzekła prawdziwie. Może więc trzeba by rozważyć inną opcję, wręcz antytezę Twojego założenia? Może to nie w moim tekście dostrzegasz rękę Grv, tylko w opowiadaniach Grv dostrzegasz moją?^^

Tak szczerze jednak – ale wciąż z przymrórzeniem oka – to, na ile mi wiadomo, jestem jednak dosyć uniwersalny, jeśli chodzi o stylistykę. Cieniu wodę leję, naród pływać chodzi – wiadomo. Niemniej nie czuję się zamknięty w żadnej konkretnej szufladzie.

Tak więc, jeśli faktycznie ewoluuję, to może nie w jednym dobrym kierunku, a we wszystkie możliwe strony naraz?

Natomiast z tą konsekwencją, to mnie zaciekawiłaś. Rozwiniesz?

 

Brakło mi tu lepiej zarysowanego kontekstu – piszesz “ta czy inna wojna”, a nie dajesz żadnych konkretów – w takim przypadku może lepiej nie dawać określeń (a zwłaszcza zaimka wskazującego), bo samo “wojna” czy “jakaś wojna” lepiej pasowałaby do zawieszenia w czasie i nieokreśloności realiów?

Ależ tekst wcale nie jest nieokreślony czasowo, jest zakotwiczony w pewnym konkretnym okresie – okresie, kiedy na granicach Rzeczpospolitej raczej nie szło się nudzić – tylko trzeba poszukać.^^ Generalnie jednak kotwiczyłem to opowiadanie na czuja, żeby mi mniej więcej pasowało wszystko do wszystkiego, ale nie skupiałem się na tym jakoś szczególnie, bo to akurat – w moim odczuciu – najmniej istotna kwestia. W końcu starałem się napisać baśń (czy coś koło tego), a nie powieść historyczną.

Dzięki za wizytę i komentarz.

 

Peace!

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Cóż, oczywiście, że tekst sprawia wrażenie osadzonego raczej w XVII niż XII czy XIX wieku, niemniej przy tym swoim czepialskim drobiazgu pozostanę, zwłaszcza jeżeli realia historyczne są dla autora nieważne. Tak jak jest, może w kimś wywołać podobną reakcję jak we mnie, a gdyby było całkiem uniwersalnie, to takiej reakcji by nie było…

http://altronapoleone.home.blog

A ja, pozwolisz, będę jednak odbierał to jako czepianie się trochę na siłę, bo nie patatajam tu na Twoim koniku.

Komentarzy mam tu już trochę, a przy tym jak na razie tylko jedna osoba – Historyczka gębą tak pełną, że aż podziw i zazdro – zwróciła uwagę na rzekomy brak uniwersalności (z którym ja się osobiście nie zgadzam: “ta czy inna wojna” w moim odczuciu jest bardziej uniwersalne niż “wojna” – która aż prosi się o dopowiedzenie, konkrety – i w żadnym sensie nie mniej uniwersalna niż “jakaś wojna”, bo niby dlaczego?) i, ogólnie, realia historyczne.

Inna rzecz, że wszystko tutaj naprawdę można sobie całkiem nieźle dopowiedzieć, jeśli komuś zechce się pogłówkować.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Działalność Pustelnika odebrałem jako misję, zadanie, któremu poświęcił się nie bacząc na konsekwencję, coś jak powołanie, przez co malo widzialem w tym obowiązku, który bardziej kojarzy się z dyżurem :) Oczywiscie Twój zamysł jest dobrze widoczny, to raczej kwestia mojej definicji, a w zasadzie jej interpretacji :) Natomiast w tej drugiej kwestii -akcentu opowiadania, granica była cieńka mogłem jej nie zauważyć ;) Pozdrawiam i dalszych sukcesów życzę:)

Ależ pozwalam, jakże śmiałabym zabronić… Zgłaszam jedynie moje votum separatum, nazywając je od razu czepialskim drobiazgiem, a do tego, że mamy bardzo różne gusta i oczekiwania wobec tekstów przywykłam od początku mojego pobytu na tym portalu :)

http://altronapoleone.home.blog

Gdyby podium nie było takie ciasne, Twoje opowiadanie też by na nim stanęło, Cieniu. Byłeś blisko.

Warsztatowo jest bardzo dobrze, nie widać tego pośpiechu, o którym wspomniałeś, nie widać pogoni za limitem i wyścigu z czasem. A co do treści…

Bardzo spodobała mi się ta mądra, ciepła i subtelna przypowieść/opowiastka. Napisana bardzo ładnym językiem, eleganckim stylem z lekką stylizacją "folklorystyczną". Z niespiesznymi opisami okoliczności przyrody… Bieszczadzkich gór i dolin. Udał Ci się również bohater. Być może przedstawiciel Kościoła jest nazbyt sztampowy i programowo zły, ale za to Pustelnik z miejsca budzi sympatię. I nawet konszachty z diabłem nie osłabiają tej sympatii. Imponuje jego mądrość i spokój, a przede wszystkim rozsądek i przyzwoitość. No i dobroć, wielkie serce, wrodzony kompas moralny, który wskazuje, co jest dobre i właściwe. Jak to u prostych ludzi bywa. Diabła za to oswoiłeś i nieco wybieliłeś. Jest Twój diabeł jakiś taki poczciwy i chyba bliższy Bogu niż Inkwizytorzy, co zakrawa na bluźnierstwo i pewnie ktoś Ci to wytknie.

Podobają się również cięte i inteligentne dialogi, podoba klimat ni to baśni, ni to ludowej przypowieści. Lekko heretyckiej, a nawet pogańskiej. No i chyba antyklerykalnej. Ale przede wszystkim inteligentnej.

Uściślenie czasu nie wydaje mi się potrzebne. Czas jest umowny, niczym w balladzie czy górskiej legendzie, liczy się opowiadana historia i jej morał. Taka opowieść może się dziać wszędzie i zawsze (lub nigdzie i nigdy). A jej przekaz i wymowa i tak wydają się bardzo aktualne.

W konkursie zasłużone wyróżnienie, nad TAKiem wciąż się zastanawiam.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Bardzo to miło, że Cień wciąż odwiedza portal, przynosząc zacne teksty. Mam nadzieję, że będzie w tym regularność :-) 

A ten zacny jest zaiste, bardzo dobrze napisany, piękna frazą, ładnymi zdaniami. Podoba mi się kontrast między delikatnymi, baśniowo – melancholijnie – folkowymi fragmentami, a ostrą i konkretną niczym inteligencja Pustelnika, twardością scen "przesłuchania". Fajnie to wszystko skomponowane, przeplecione, z balladową klamrą spinającą krańce utworu. Satysfakcjonujące zakończenie – nie z gatunku tych tłistowych, zaskakujących, a raczej… właściwych. Zostawia wrażenie, że tak właśnie powinno być, tak właśnie powinno się stać, mimo że czytelnik (ja znaczy) takiego a nie innego rozwiązania się spodziewał. 

Drażni mnie natomiast harmonijka. Zapewne chodzi tu o jakąś bieszczadzką legendę, więc ważne jest to, że występuje tu właśnie harmonijka a nie, dajmy na to, fujarka. Poza tym harmonijkowa melodia, ledwie słyszalna, ale niemożliwa do pomylenia z czymkolwiek innym, rozchodząca się gdzieś pomiędzy wzgórzami, nie wiadomo skąd, wpleciona w osnowę tej krainy, jak dźwiękowe przedłużenie krajobrazu, to +10 do klimatu. Tylko, że (tak, nawiązuję do rozmowy o określeniu czasu akcji) harmonijka zupełnie niepotrzebnie zakotwicza tekst w dziewiętnastym wieku, w drugiej połowie. Jeśli dorzucić do tego opisane przez Ciebie, realnie istniejące miejsca, to rzecz nam się bardzo niebaśniowo konkretyzuje. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie gryzło się z treścią – nie wyobrażam sobie, żeby proboszcz, nawet na zadupiu (choć w dziewiętnastym wieku Bieszczady nie były takim zadupiem jak dzisiaj, region mocno oberwał w wyniku wojen i ruchawek w pierwszej połowie dwudziestego wieku) odwalił taki samosąd. Musiałby być totalnym psychopatą, i to aż dziwne, ze porwał za sobą ludzi, co więcej, z całą pewnością beknąłby za morderstwo. A i wśrod hierarchów poleciałby zapewne głowy.

No i teraz brakuje mi kontekstu, brakuje złożoności i wielokrotności warstw, które mogłoby stanowić i tworzyć długie, pełnoprawne opowiadanie. Bo, przykładowo, nie wątpię, że taki psychopatyczny proboszcz Kolebka mógł się trafić. Cholernie ciekawy typ. Ale w Twoim tekście nic na ten temat nie ma. Ba, sprawia wrażenie, jakby proboszcz Kolebka był w prawie. A nie jest. Działa samowolnie, nie stoi za nim instytucja. 

No i w efekcie dzieje się to, co w przypadku większości szortów – brak mi rozwinięcia. Bo postać Pustelnika można interpretować na mnóstwo sposobów – może to kolejny święty, albo inkarnacja któregoś z poprzednich? A może to wcielenie samego Jezusa? Tak czy owak, morał opowieści nieco się rozwadnia, bo Pustelnik nie staje w opozycji do Kościoła jako instytucji, nie przeciwstawia się niewłaściwym zasadom religii, a konfrontuje swą inteligentną słuszność z pojedynczym wariatem. Zatem przesłanie wciąż ma pewien ciężar, ale taki bardziej księżycowy, niż ziemski.

Rzecz sprawia wrażenie niepełnej, pobieżnej, tekst stoi w nieprzyjemnym rozkroku między baśnią, a historyczną przygodówką. Zbyt to wszystko jednoznaczne, czarnobiałe, dydaktyczne i proste, by stanowić dobrą, przygodowo-historyczną-fantasy opowieść, a jednocześnie zbyt twardo osadzone w konkretnych realiach, by móc dać ponieść się poetyce i allegoryczości baśni. Dlatego, mimo zalet wszelakich, nie jest to tekst piórkowy. 

(Uff, właśnie znowu wybroniłem swoje stanowisko NIE wobec szortów. Ciekawe, jak długo jeszcze twierdza ma wytrzyma :-)) 

(A nie, przecież ostatnio zatakowałem szorta Ichtiolocosa. Cóż, jedna jaskółka…) 

Tak czy owak, gratuluję bardzo dobrego tekstu! 

Pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

No i teraz brakuje mi kontekstu, brakuje złożoności i wielokrotności warstw, które mogłoby stanowić i tworzyć długie, pełnoprawne opowiadanie.

Oj, i ja mam ten problem z szortami. To są z reguły sprawnie napisane, bardzo proste historyjki bazujące na kliszach/skojarzeniach/znajomości podobnych utworów, bo samemu trudno jest wykreować cały świat, bohaterów i historię od podstaw w tak maleńkim limicie.

A opowiadania z tego konkursu nie podeszły mi zupełnie – a czytam wszystkie dwukrotnie, żeby mieć pewność, że nic mi nie umknęło.

 

Cieniu,

To jest ślicznie napisana historia. Bardzo podobały mi się dialogi, ich rytm, melodia, naprawdę dobrze ci to wyszło i bardzo się cieszę, że zdecydowałeś się wziąć udział w konkursie, bo lektura była miła i przyjemna.

 

O bohaterach wiem niewiele, a szkoda, bo niemożnością było wykrzesać z siebie emocjonalne zaangażowanie, gdy nie rozumiem ich motywacji. Historia też nieszczególnie zafascynowała ani nie zaskoczyła. Nie widzę tu żadnych zabiegów ani technik, które obiektywnie można uznać za obiektywnie świetne i przyznać piórko.

 

Zakończenie mi się podobało i w ogóle sprawnie napisana historia. Cieszę się, że opowiadanie zasłużenie znalazło się w bibliotece i zostało wyróżnione w konkursie.

 

– Starczy tych bluźnierstw! Dość już usłyszeliśmy, by wyzbyć się wszelkich wątpliwości co do winy tego człowieka! – zawołał proboszcz w stronę tłumu – W imieniu Boga i Kościoła skazuję cię na śmierć, czarowniku.

zapis dialogu – zgubiona kropka

www.facebook.com/mika.modrzynska

Sorry, Winnetou, ale jestem na nie.

Rozmowy Pustelnika z plebanem bardzo fajne, nie przeczę. Ale do bólu prawdziwe. W sensie – mogły się pojawić. Za mało mi fantastyki w fantastyce. Diabeł pojawia się tylko w dialogach – obaj rozmówcy święcie w niego wierzą, jeden twierdzi, że się z nim spotyka. Misja Pustelnika też całkiem możliwa. OK, jakiś element pojawia się w końcówce, ale – too little, too late.

Fabularnie niewiele się dzieje. Od razu wiadomo, jak to się skończy, a oni gadają i gadają. Meandrujesz, krążysz wokół jednego tematu…

Postawiłeś na nastrój, a to nie jest droga do mikroprocesora pełniącego obowiązki mojego czytelniczego serduszka.

I muzycznie jestem tak głucha, że najprawdopodobniej nie odróżniłabym harmonijki od fujarki. Po dźwięku, znaczy.

Babska logika rządzi!

Wiecie, poprzednią – czwartą albo piątą, sam już nie wiem – wersję niniejszego wpisu zacząłem jakoś tak: “Jeśli tym razem nie uda mi się dokończyć tego komentarza, to czniał, poddaję się – widać nie zasługujecie, żebym Wam odpisał.^^”

I wiecie co? Chyba faktycznie nie zasługujecie. ;)

 

Raz wyłączyła mi się przeglądarka, raz system uznał, że lepiej ode mnie wie, kiedy jest dobra pora na aktualizację i restart, raz ktoś coś źle kliknął, raz sam, debil, wyłączyłem sobie lapka w pół pracy, bo bogi dróg wezwali…

I nie, w tym wypadku próby pisania w edytorze też nie pomaga; dream team Cień i Burza – tudzież Peszek i Głupotka – takie zabezpieczenie potrafią obejść z palcem w… w miejscu, gdzie Cień płynnie przechodzi w Burzę.

Nie wiem, paranoja jakaś.

Tak czy inaczej nie mam siły odtwarzać mojego elaboratu w całości po raz kolejny, zwłaszcza że z jakiegoś powodu to widocznie nie może się udać, więc meritum – w przeciwieństwie do właśnie kończącego się wstępu – będzie krótkie i rzeczowe.

 

Zbiorczo dzięki wszystkim za wizytę, komentarze i bardzo się cieszę Waszą – ogólnie rzecz ujmując – czytelniczą satysfakcją.

 

Mniej zbiorczo:

W konkursie zasłużone wyróżnienie, nad TAKiem wciąż się zastanawiam.

A wiesz Pan, Panie Maras Szanowny, że dopiero tym zdaniem uświadomiłeś mi, że ktoś – raz jeszcze bardzo dziękuję, Irko – życzył oddać diabłu, co niekoniecznie diabelskie?

Taki jestem ogarnięty.

Jedna noga na podium jest o wiele bardziej satysfakcjonująca niż dwie nogi poza, więc rad jestem i szczęśliwy, że chociaż na tyle udało mi się oderwać od ziemi. Niestety muszę się nie zgodzić z twierdzeniem, iż nie widać w tym opowiadaniu pośpiechu i niedopracowania, co Thargone – choć chyba nieświadomie – był uprzejmy bardzo ładnie wypunktować.

Harmonijka znaczy.

Nie, Mistrzu Muminie, ten tekst nie bazuje na żadnej znanej mi legendzie, więc harmonijka od początku do końca jest moim pomysłem. I moim błędem, wynikłym najprawdopodobniej z umiłowania i tęsknoty za czasami, gdy mój nieodżałowanej pamięci dziadek grywał czasem albo na harmonijce ustnej, albo na akordeonie.

Coś mi się kojarzyło, że to instrument o wiele starszy, więc pasujący do mojej historii i do czasów, w których ją osadziłem. Pomyliłem się jednak, i to grubo. Jest jakaś prastara wersja harmonijki, znana jako sheng, ale w żadnym sensie nie ratuje ona tutaj sytuacji. 

Co więcej, ta harmonijka okazała się błędem nie tylko sama w sobie, ale również jako kontekst dla historii. Nie ona to bowiem, a wspomniane gdzieś tam mimochodem nazwisko jest – a raczej powinno być – elementem kotwiczącym opowieść w pewnej epoce. I nie jest to epoka harmonijek ustnych.

Mea culpa, mea cupla, mea maxima cupla.

 

Kam, dzięki, kropkę wstawiam radośnie.

 

Fifi,

z Tobą chętnie bym nieco przepolemizował temat niedostatecznej ilości fantastyki w fantastyce, gdyby to miało jakikolwiek sens. Stety-niestety ja tego sensu nie dostrzegam, bo wszystko rozbija się o indywidualne gusta, które mogę tylko uszanować, nawet jeśli sam uważam inaczej. A uważam, że dana historia albo jest fantasy, albo nie, i że nie ma tu miejsca na nic pomiędzy zerem a jedynką. Jasne, można gdybać o pewnych niedopowiedzeniach, o czytelnika odbiorze własnym, kiedy pojawiają się elementy z pogranicza, które można interpretować różnie – w poprzek i podłużnie. W tym opowiadaniu nie ma jednak na żadne domniemywania, domysły, przypuszczenia, interpretacje i nadinterpretacje – motyw fantastyczny jest tu widoczny jak na dłoni, więc opowiadanie jest fantasy, po prostu. Nie trochę, nie trochę za mało, nie trochę za późno – jest fantastyka i koniec.

Oczywiście w pełnym zrozumieniu godzę się z faktem, iż jest tej fantastyki za mało “w trakcie”, by opowieść mogła zaspokoić Twoje prywatne oczekiwania i apetyty, i że przełożyło się to na ostateczną ocenę oraz werdykt.

 

No, już prawie się udało, więc nie ryzykuję i nie przeciągam dłużej. Jeszcze raz przepraszam – bo cały wstęp, nie wiem, czy wiecie?, był faktycznymi (choć miernymi, true), przeprosinami – dziękuję, kłaniam się pięknie i polecam na przyszłość osobę mą skromną.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Hej, Cieniu ;-) To jest całkiem dobre opowiadanie. Wprawdzie układanka mnie nie przekonała. Mądry Pustelnik i zły proboszcz to trochę za prosty dobór elementów, ale zgodzę się z tym, że w ramach opowieści baśniowej nie ma tu problemu – całkiem usprawiedliwione uproszczenie. Z drugiej strony zapisałeś poważne dialogi, nad którymi należałoby podumać i te rozmowy uciekają trochę baśniowej konwencji, w sensie swojego wewnętrznego skomplikowania. Pustelnik reprezentuje skromnego mędrca o humanistycznej postawie moralnej, który angażuje się w metafizyczny świat na personalistycznym poziomie… To nie jest takie lekkie jak na baśń. Ale jest ciekawe i ten element doceniam najmocniej. Poza tym opowiadanie miało klimat baśni pomieszanej z mistyką.

Nowa Fantastyka