- Opowiadanie: drakaina - Ciężka woda

Ciężka woda

Miało być zupełnie co innego. Napisałam to w dwie godziny, żeby nie wyjść całkiem z nawyku pisania konkursowego, ale baboli pewnie jest z tego powodu sporo. Tekst zawiera kilka drobnych elementów autobiograficznych :)

 

Opowiadania z tego uniwersum (jakby kto chciał), chronologia wewnętrzna:

Gwiazdka z nieba

Czy ktoś widział psa czarnego?

Coś w maszynie

Ciężka woda

Pan Samochodzik i Śpiąca Królewna

 

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Ciężka woda

Po szóstym petencie porucznik Gienek Widok zwątpił w to, że on jest normalny, świat jest normalny, a przede wszystkim Adamowicz, znaczy szef, jest normalny.

„Dni otwarte” – pomyślał ponuro. „Bardzo zabawne”.

Ciekawe, jak rozesłał wiadomości? Czy w widocznej jedynie dla istot nadprzyrodzonych przestrzeni wisiały plakaty informujące, że w nocy z trzydziestego kwietnia na pierwszego maja Wydział Siódmy udziela porad w sprawach nadzwyczajnych? Pal jeszcze diabli, że w sprawach. Gorzej, że istotom niezwyczajnym.

W sumie Gienek był zadowolony, że dzięki pomysłowi szefa nie będzie musiał iść na pochód. Oczyma wyobraźni zobaczył kadrową Halinkę wymachującą flagą oraz kapitana Zająca niosącego transparent, który dzień wcześniej w pocie czoła malowała jego córka.

Porucznik nie przejmował się, że nie polezie przez pół Krakowa w upale. Zwłaszcza że u braci ze wschodu pierdyknęła jakaś elektrownia i chodzenie po ulicach nie było ponoć dobrym pomysłem. Niemniej towarzysze z bezpieki łazili do naukowców i kazali im ściągać kartki z danymi dotyczącymi zanieczyszczeń w powietrzu, więc oczywiście porucznik nie wychylał się i udawał, że martwi go konieczność przesiedzenia całej nocy na komisariacie.

Po szóstym petencie zaczynał jednak zmieniać zdanie. Pierwsza piątka była dość zwyczajna. Ot, starowinka twierdząca, że pamięta czasy Mateczki Austrii, dała Gienkowi koszyk pełen buteleczek z kordiałami na wszystkie choroby i inne paskudztwa. Po czym zapewniła, że chętnie wesprze władzę ludową ludowymi specjałami na strzygi i wilkołaki.

Potem diabli nadali podchmielonego borutę, który wyjaśnił Gienkowi, że to nie imię, ale nazwa gatunkowa, no i podkreślił, że – broń, Panie Boże – nie należy go mylić z rokitą. „Bo ja, panie władzo, w wierzbach mieszkam, a on po prostu w lesie”. Boruta, krótko mówiąc, zażądał, by pan władza wystosował odpowiedni okólnik, w którym będzie jasno stało, że przecież nikt psu nie da na imię Pies.

Problem zaczął się, kiedy Gienek nieopatrznie spytał, jak w takim razie boruta ma na imię, bo coś w aktach znaleźć się musi. Nieszczęsny diabeł, który do tej pory był podchmielony na wesoło, wybuchnął nagle płaczem i nie uspokoił się, dopóki porucznik nie wystawił mu – na odwrocie starego pisma o przepisach jeszcze z czasów stanu wojennego – aktu nadania imienia. Jan Boruta. Diabeł natychmiast zjadł papier, a następnie w podskokach wybiegł z pokoju.

Para wilkołaków, a nawet upiór, który rzucał przedmiotami, byli dość zwyczajni. Gienek pracował w Siódemce od półtora roku, więc wiele rzeczy przestało go już dziwić.

Szósty petent był wampirem. Nie, nie zamordował żadnej kobiety, nawet nie próbował ich zabijać tłuczkiem czy żadnym innym narzędziem. Zamiast tego pokazał Gienkowi parę kłów godnych hollywoodzkiego filmu, a następnie zapadł się w przedwojenny fotel, który przywlókł do podziemnej siedziby Siódemki Adamowicz.

– Mogę tu zamieszkać? – zapytał.

– Nie – odburknął Gienek.

– Bo widzi pan – ciągnął niezrażony petent. – Zasadniczo pomieszkuję w piwnicy rodzinnego domu. Chciałoby się powiedzieć „u babci”, ale ja konkretnie u córki, wie pan.

Dalej nastąpiła łzawa historia o przodku, o którego istnieniu rodzina nawet nie wie, który chętnie zatrudniłby się gdzieś, na przykład w kostnicy, choć krew zmarłych jest ciężkostrawna, no ale okradanie szpitali z krwi to w sumie nieładna sprawa, a on nie potrafi tak po prostu rzucić się na ofiarę, no więc czasem zakrada się do stacji krwiodawstwa albo na oddział, i troszkę podjada…

– Dobra – przerwał mu w końcu Gienek. – Problem tylko w tym, że w zasadzie to co ja mam zrobić? Z mojego punktu widzenia pan jesteś przestępcą, bo kradniesz…

– Ale nie zabijam – powiedział cicho wampir z Woli Justowskiej. – A mógłbym… – Puścił oko do Gienka i przeciągnął sobie palcem po szyi.

– Wiem, wiem – mruknął porucznik. – Jak towarzysz Lenin. Tak, za ten żart też powinienem pana wsadzić. Tylko że pan nie istnieje, znaczy… Pan oficjalnie umarł, tak?

Tamten pokiwał smutno głową.

– Tak – odparł. – Pan władza myśli, że bycie wampirem to działalność antypaństwowa?

Kiedy namolny wampir ze skrupułami wreszcie sobie poszedł (musiał zdążyć na Wolę Justowską przed świtem), Gienek miał szczerą nadzieję, że na tym będzie koniec.

– Nieźle pana wymęczyli. – Głos odezwał się spod biurka i Gienek omal nie podskoczył.

To był znajomy głos. Psołak Stefan Szwarc, na stałe zamieszkały w RFN, zmaterializował się jak zwykle w źle wymierzonym miejscu.

– Siedziałeś tam cały czas? Czemu nie pograłeś z duchem w piłkę?

Stefan zrobił minę zbitego kundla.

– Boję się duchów – wyznał. – Za to przyniosłem panu czekoladę – dodał pojednawczo. – Dobrą, najnowszy smak.

To zawsze działało, Gienek nie zdążył jednak wziąć tabliczki do ręki, ponieważ w pokoju zaczęło się dziać coś dziwnego.

Najpierw pojawiła się mgła. A potem w tej mgle zaczęła kształtować się postać. Kiedy stanęła przed nimi, Stefan się zarumienił, a Gienek gwizdnął.

Zasadniczo była to najpiękniejsza kobieta, jaką kiedykolwiek w życiu widział. Tyle tylko, że coś było z nią koszmarnie nie w porządku. Jakby rozpadała się na kawałki. Zanim Gienek zdążył cokolwiek powiedzieć, utkana z mgły dziewczyna rozpłynęła się w kałużę wody na środku pokoju, po czym mgła raz jeszcze zaczęła się unosić i formować w postać stojącą przed biurkiem.

– Co to… – zaczął Gienek.

Dziewczyna ukształtowała się ponownie, ale znów zaczęła się rozpływać. Strużki tworzyły rany, skóra zdawała się odpadać płatami i zamieniać w wodę.

– Co u…

Stefan stał z wyrazem przerażenia na białej jak kreda twarzy.

– Panie poruczniku – powiedział. – Ja chyba wiem, co to jest.

 

*

 

– Choroba popromienna?

Stefan skinął głową.

– Aha. U nas w radiu mówili, że na Ukrainie wybuchła…

– Ciii. – Gienek zatkał mu usta. – Niby wszyscy to wiemy, ale lepiej nie gadać głośno.

– No więc jeśli to jest rusałka, a to musi być rusałka – ciągnął szeptem Stefan. – To skoro woda jest skażona, bo podobno deszcz był przez jakiś czas, to może na nią też to działa?

Porucznik miał wielką ochotę wpełznąć pod biurko i udawać, że go nie ma. Jeszcze większą – zadzwonić do Adamowicza i kazać mu się zająć tą sprawą. Gdzie w ogóle ten szef się podziewał? Dzień… noc otwarta, a jego nie ma. To on powinien wiedzieć, jak leczy się napromieniowane rusałki.

Dziewczyna tymczasem uformowała się znowu, ale zdążyła jedynie rzucić Gienkowi błagalne spojrzenie. Niewątpliwie miała zielonkawe włosy – nie zauważył tego wcześniej w marnym świetle słabej żarówki.

Odruchowo sięgnął po telefon, żeby zadzwonić do znajomego z Instytutu Fizyki Jądrowej, uświadomił sobie jednak, że jest czwarta rano. Za oknem nawet nie szarzało.

– Dobra – rzucił do Stefana. – Siedź tu i jakby zjawił się ktoś jeszcze, to… Zamień się w psa i odstrasz.

Po czym wybiegł i pognał przez prawie pusty budynek do stołówki. Po krótkim namyśle wybrał wielki garnek na zupę, wsadził go do zlewu, wypłukał z niezbyt apetycznie wyglądających resztek i biegiem wrócił do Siódemki.

Wodna dziewczyna właśnie rozpływała się ponownie w kałużę. Zaczekał, aż spróbuje raz jeszcze się ukształtować, a wtedy postawił garnek koło biurka. Miał nadzieję, że petentka zrozumie. Zbieranie rusałki z podłogi ścierką wydało mu się nie na miejscu.

Najwyraźniej zrozumiała, ponieważ chwilę później woda spłynęła do garnka, a na powierzchni ukazała się jedynie twarz. W oczach rusałki widać było ból, ale i nadzieję.

– Myśli pan, że damy radę jej pomóc? – spytał Stefan, wpatrując się w ledwie widoczne wodne oblicze.

Gienek odmruknął coś niezrozumiałego. Nie znał się na chorobach rusałek ani innych dziwnych stworzeń. Słyszał, że w związku z obecnym problemem należy pić płyn Lugola, po prawdzie dzięki znajomej farmaceutce nawet już go wypił. Tylko czy to dobry sposób na napromieniowaną magiczną istotę?

– Bierz garnek. Spróbujemy. Najpierw jednak musimy ją zbadać.

 

*

 

Stefan, a i Gienek po prawdzie też, jak zaczarowani patrzyli na niewielkie urządzenie, którym wyciągnięty z łóżka o piątej rano doktor Mazur zmierzył poziom radioaktywności wody w milicyjnym garnku. Urządzenie piszczało jak wściekłe.

– Powiem panom – odezwał się w końcu fizyk – że czegoś takiego jeszcze nie widziałem. Znajomi przynosili tu ser od baby z placu, mierzyłem to, co osadziło się na podeszwach butów, oczywiście mieliśmy też deszczówkę sprzed dwóch dni, bardzo niedobre wyniki, ale to… – Zerknął niepewnie na Gienka.

– Może pan mówić otwarcie – mruknął porucznik. – Był pan w Siódemce, wie pan, że na zwykłe antypaństwowe gadki przymknę uszy. Powiem panu, że to wielka ulga.

– Dobra. – Doktor Mazur wziął głęboki oddech. – Ta woda sprawia wrażenie, jakbyście ją przywieźli prosto spod reaktora. Tego, który… No, wiecie.

Teraz przyszedł ten naprawdę trudny moment. Fizyk pomógł już raz rozwiązać siódemkowy problem, ale to było coś więcej. Na szczęście Stefan ubiegł Gienka.

– Bo w tej wodzie jest napromieniowana rusałka – wypalił. – I zastanawialiśmy się z porucznikiem, czy nie należałoby jej podać Lugola!

Doktor Mazur patrzył na nich przez dłuższą chwilę z miną sugerującą wahanie między niedowierzaniem a całkowitą niewiarą, po czym zaśmiał się.

– Sądzę, że lepiej będzie ją przefiltrować.

 

*

 

W pierwszomajowe południe porucznik Widok siedział w swojej kawalerce w towarzystwie Stefana Szwarca i pogryzał czekoladę z rodzynkami. W telewizorze leciała relacja z pochodów pierwszomajowych w całym kraju i kiedy tylko wspominano o Krakowie, Gienek podbiegał do ekranu, żeby z poczuciem triumfu wypatrywać kolegów z pracy.

W łazience doktor Mazur doglądał poczciwej pralki Frani, przerobionej na filtr dla rusałek.

Trzy godziny później akcja zakończyła się, podobnie jak telewizyjne relacje. Gienek nie wypatrzył Halinki ani kapitana, ani nawet transparentu wykonanego charakterystycznym krzywym pismem małej Zającówny. Mało go to jednak teraz obchodziło. Przykucnął nad wodą, wylaną do wielkiej, pożyczonej od sąsiadki miednicy („mam półtuszę, odpalę kawałek” – teraz trzeba będzie tylko skądś skombinować kawał mięsa), i wypatrywał na powierzchni rysów rusałki.

Nie był pewny, czy miała szanse przeżyć wyżymanie przez skombinowany naprędce przez fizyka filtr. Nie miał pojęcia, czym jest ciało rusałki: wodą, inną materią, iluzją?

Doktor Mazur miał minę, jakby chciał powiedzieć, że Gienek to wszystko wymyślił, żeby nie iść na pochód, kiedy powierzchnia wody zafalowała. Bardzo powoli uniosła się nad nią kobieca postać – równie piękna jak ta, która pokazała im się po raz pierwszy – i niewątpliwie cała. Tylko bardzo, bardzo przezroczysta.

Porucznik właśnie zastanawiał się, co powinien z nią zrobić – wywieźć do jakiegoś jeziora, wypuścić na łące? – kiedy rusałka spojrzała na niego zalotnie.

– Mogę tu zamieszkać? – zapytała. I, nie czekając na odpowiedź, wskoczyła do wanny.

– Nie – mruknął pod nosem Gienek. – Nie, nie, nie. – Spojrzał jednak w jej wielkie zielone oczy, w których zbierały się łzy. – Tak – burknął. – Ale nie na zawsze.

Z pewną satysfakcją dostrzegł zazdrość na twarzach Stefana i Mazura.

Koniec

Komentarze

Rozczuliłaś mnie. Bardzo lubię styl tych opowiadań, tego lekko zdystansowanego, ironicznego narratora, oraz – jak wiadomo z mojej odanonimowanej niedawno walentynki – Gienek jest moim herosem, ale tu dodatkowo bardzo pomysłowo, IMHO, ograłaś konkretny moment w czasie i w nieoczekiwany sposób go wykorzystałaś. Naprawdę, kawał pierwszej klasy urban fantasy, w takiej postaci, w jakiej ten gatunek lubię.  

Wyżymaczka do rusałek… <płacze> 

Ty mi lepiej pomóż tytuł wymyślić :D

http://altronapoleone.home.blog

Świetne opowiadanie :) klimat z epoki, wariatkowo z obowiązkowym pochodem pierwszomajowym po Czarnobylu. Problemy paranormalnych bliższe tamtym czasom niż współczesności :D Sprawne wplecenie słowiańskiego bestiariusza w klimat PRL. Do tego najzupełniej prawdziwy motyw z kombinowaniem przez partyjnych by z pochodów się jednak wymigać .

 

Jestem na tak

drakaina wow ale wyobraźnia, podobał mi się wątek z zębami wampira. Fajne, lekkie opowiadanie. Dobrze się czytało.

 

Pozdrawiam.

Schizofrenia, ależ dziwna ta choroba... Czy tylko mnie śmieszą homilie??? Dziwny ten świat w około.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Przeczytawszy. Tym razem nie będę prowokować do kopania się po gustach, obiecuję ;)

 

skóra zdawała się odpadać płatami i zamieniać się w wodę

Sympatyczny tekst. Podobał mi się bardziej niż ten świąteczny, może dlatego, że poszłaś bardziej w stronę humoru niż nostalgii. Trochę kojarzy mi się z Pilipiukiem.

***** ***

Dzięki, dobrzy ludzie :) Jak na twór dwóch szalonych godzin tekst nawet sobie jakoś radzi, jak widać…

 

MPJ – z ciekawości, bo lożowo zajrzałam na zgłoszenia do Biblioteki – jaki epizod? Bo tu jest trochę autobiograficznych elementów ;)

http://altronapoleone.home.blog

Przede wszystkim jak to u Drakainy, bardzo dobrze napisane. Poza tym, w moim odczuciu bardzo udane połączenie polskiej rzeczywistości z czasów PRL’u , stworów ze słowiańskich wierzeń i Czarnobylu. Przeczytałam z przyjemnością. 

Powodzenia w konkursie, a ode mnie kolejny biblioteczny kliczek :)

@Drakaina: a może wyedytuj opis i dorzuć linki do innych Gienków, żeby nowi czytelnicy mieli szansę się z nim zapoznać w większych ilościach <he’s my hero, walentynkę mu napisałam>

Dobre, dobre, bardzo dobre! Przyjemnie się czyta, płynnie i bez zgrzytów. Świetne nawiązanie do wybuchu elektrowni.

JohnnyTrestle

Jezu, drakaino, jak ty piszesz taką świetną historię w dwie godziny to ja nie mam więcej pytań :D zazdro!

Bardzo fajne połączenie PRLowiej rzeczywistości z postaciami z mitologii słowiańskiej, czytało się gładziutko, jak to u ciebie :) Udana lektura. 

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Fajny pomysł, dobrze się czyta. Chyba nawet bardziej lubię Gienka niż Vidocqa :)

Tak się tylko zastanawiam, czy to promieniowanie z gara nie było szkodliwe dla Gienka ;)

Wysyłam do Biblioteki :)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Irko – mogło być :) Może to wykorzystam w jakimś kolejnym tekście, w końcu bohater nie powinien mieć zbyt łatwo… A z drugiej strony – nie wiem, czy to tak działa? Ona sama “wlazła” do garnka, oni w zasadzie z nią bezpośredniego kontaktu nie mieli… Pamiętam z tego 1986 roku, że tato kazał mamie zrobić sobie prysznic, jak ją zaskoczył deszcz w tych najgorszych dniach (to mojego tatę nachodzili “smutni panowie” w kwestii danych, tak nawiasem mówiąc…), ale to przecież nie skacze z osoby na osobę?

http://altronapoleone.home.blog

Gienek, uwielbiam blush Ale wyobraźnia. Co oni z tą rusałką zrobili! xD

Fajnie Ci to wyszło. Zabawowo. I potknęłam się chyba tylko dwa razy ;)

 

Ładne :)

Przynoszę radość. A CMowi ból i pożogę.

Na początku myślałem, że o deuter chodzi i zapaliła się lapka “potencjalnego hard sci-fi”. :|

Mam wrażenie, że ninejszym tekstem chcesz wkurzyć naszych trzech werterycznych żurków, lubujących się w maraśmie, ciemności i generalnym bólu istnienia.

W ogóle, to gdyby uznać, że Maras się potrafi uśmiechać i założyć, że tekst byłby anonimowy, to jego wskazałbym jako autora. Chyba przez bardzo fajny i udany przeplot fantastyki z czasami PRLu i komuną. Mogę się też mylić, bo wcześniejszych opek z serii nie znam (ale bardzo dobrze się niniejszym zareklamowałaś). Widok w wersji języka barbarzyńców (nazywam tak każdy, którego nie potrafię wymówić) nie jest do końca dla mnie, ten – no bym się z nim napił.

Tak mi się rozmarzyło, żeby znaleźć taki tekst, co by miał i to co powyżej, i trochę hard sci-fi, i trochę lemowsko-strugacko-twojego jaja (zgodzę się na jajnika). Jakby to rozbudować, dodać trochę zabawy z jądrami atomu, przepleść małą tragedią (no troszkę za wesoło jest – wolę, kiedy uczucia lecą sinusoidą), to bym nominował. Biblio masz, więc łap szósty punkt ode mnie.

Miałem nic nie pisać, żeby po Kapsule nie wyglądało, że się uparłem. Chciałem zaznaczyć “przeczytane”, ale to też nie jest najlepsze rozwiązanie. Mówiąc zaś krótko, są osoby na forum od których wymagam więcej, pod każdym względem. Pochwalić tu mogę debiutanta, kogoś jeszcze bez odpowiedniego warsztatu za opowiadanie słabsze niż te, ale osób, które piszą na wyższym levelu nie będę chwalił za każdy walnięty tekst, nie i już. Bo to nie przyniosłoby nic dobrego, a wręcz przeciwnie, mogłoby tylko zaszkodzić. Rozumiem chęć pisania, z grubsza rzecz biorąc, dla samego pisania. Każdy z nas jest inny. Ale nie jestem fanem. Jak nie widzę wysiłku włożonego w tekst to i często nie mam za bardzo co pochwalić. Choć nie przeczę, że machnięte od ręki utwory czasem lubią mnie zaskoczyć. Dlatego nie zamykam się na żadną niespodziankę. Tu jednak zaskoczenia nie było. Gienek jak Gienek. Może następnym razem. Zajrzeć pewnie nie omieszkam.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Dzięki, Darconie, za wizytę :) Ostatnie konkursy zbiegły mi się z wyjazdem naukowym, a siedzenie przez cały dzień w archiwum, żeby sfotografować jak najwięcej dokumentów, które następnie będę przetwarzać na książkę, nie sprzyja pisaniu literatury… Nie sprzyjają mi też niskie limity, bo jestem długodystansowcem, a przynajmniej średniodystansowcem. Niemniej i tak jestem dość zadowolona, bo opowiadanko większości użytkowników się w sumie spodobało, a ja mam poczucie, że nie zawaliłam całkiem kolejnego konkursu ;)

http://altronapoleone.home.blog

Dobrze napisane, ale niestety nie w moim guście. Przeplatane stwory z bajek, jakbym trafił na Cartoon Network. Ale to rzecz gustu.

pozdrawiam

Z wielką przyjemnością przeczytałam!:) Coraz lepsze opowiadania o Wydziale Siódmym, Gienku i jego szefie Adamowiczu. W dodatku ujawnia się coś, co z trudem przebijało się przez Twoje teksty – charakterne postaci. Wysycona jest ich osobowością narracja i sposób wyrażania się. Bardzo potoczyste no i „z jajem”.

Gdybym miała podrzucić coś do zastanowienia się w tym konkretnym, acz tego nie przesądzam – absolutnie – to liczba wizyt przed rusałką. Jednak jedno zdanie/opinia jest zdecydowanie niemiarodajna.

pozdrowienia:)

a

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Szalenie sympatyczny tekst! Zdecydowanie najbardziej mi się podobał z tego, co przeczytałam Twojego do tej pory, dynamiczny, barwny, oryginalny. Podobały mi się pomysły na demony z problemami, postać Gienka, ciekawe nawiązanie do rzeczywistych wydarzeń, podobało mi się rozwiązanie problemu.

Bohaterowie wzbudzający sympatię. Boruta najszczególnej, taki miły absurdzik, którego bym się po tobie nie spodziewała.

Będę na TAK.

 

 

Aha, żeby nie było tak słodko, to tytuł w moim odczuciu jest nieciekawy, słabo korespondujący z tekstem i niezachęcający do lektury.

www.facebook.com/mika.modrzynska

Klimat zdecydowanie przypadł mi do gustu, a i główny bohater bardzo sympatyczny. Dobra lektura po ciężkim dyżurze, który przytrafił mi się dzisiaj IRLsmiley

@kam_mod: tytuł to ja autorce podpowiedziałam, biorę krytykę na klatę :) 

 

Przeczytałem z przyjemnością. Podoba mi się Gienek jako postać, lubię takich bohaterów. Ciekawe jest spektrum osobliwości które przewija się przez to opowiadanie, a najlepszy jest Boruta :). No i jestem pod dużym wrażeniem, że napisałaś coś na takim poziomie w dwie godziny :)

Ciężką wodę, tak jak dotychczasowe historie z udziałem Gienka Widoka, czytało się całkiem miło, ale obawiam się, że powoli do opowieści zaczyna wkradać się monotonia. To co było swoistą atrakcją i bawiło na początku – cofnięcie się do czasów PRL-u i niecodzienność rozwiązywanych problemów, że o słabości porucznika do czekolady nie wspomnę – nieco spowszedniało i kolejne sprawy, z którymi Gienkowi przychodzi się zmagać, już nie tchną taką świeżością.

 

w nocy z trzy­dzie­ste­go kwiet­nia na pierw­sze­go maja… –> …w nocy z trzy­dzie­ste­go kwiet­nia na pierw­szy maja

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ech, opowiadanie z kategorii “zmarnowany potencjał”… Choć może to wynika po cześci z Twoich doświadczen.

 

Zaczyna się lekko i całość jest lekka, ale… W przypadku tego konkretnego opowiadania, mimo że seria o Widoku w całości jest lekka i to w jakimś stopniu narzuca ramy, można było się pokusić o odbiegnięcie od reszty serii. Łączenie lekkich zdań z ciężkim tematem bywa trudne, ale możliwe, a i lekkie serie miewają czasem pojedyncze odskoki w stronę czegoś z dużym ciężarem.

No i tutaj bł ogromny potencjał w opisie cierpienia rusałki, w dramatyzmie, być może też w strasznym zakończeniu (co byłoby rysą na tle reszty serii) lub strachem przed strasznym zakończeniem, które mogło na końcu okazać się jednak dobre.

No… krótko mówiąc pomysł tekstu dawał duże możliwości, ale realizacja poszła zupełnie ogólnym torem. A szkoda, myślę, że byłabyś w stanie napisac to w stronę bardziej okolic thrillera medycznego.

 

Ale nawet w przyjętej konwencji pytanie czy podłoga w pokoju służbowym Widoka nie niepokoi go? Czy on sam nie jest zaniepokojony po dłuższym przebywaniu w pobliżu rusałki sprzed wyleczenia? Nie zbadali rusałki już po filtracji?

 

Ogólnie w aktualnej formie zakończenie jest ok w kategorii “teksty lekkie”. Wstawki historyczne całkiem zgrabnie dodane, tak zeby je było widać, a jednocześnie żeby nie przeszkadzały, ale mimo wszystko jak dla mnie tekst, którego pomysł był bardzo mocny i straszny, a został sprawnie napisany obrazek.

Limit, wilku, limit… Ja nie jestem krótkodystansowcem, choć ostatnio ku własnemu zaskoczeniu napisałam dobrze przyjętego drabbla. Może jeśli kiedyś uznam, że Gienek zasłużył na zbiorek opowiadań, rozwinę ten tekst – wtedy Twoje uwagi będą bardzo cenne.

 

Reg – taki już los uniwersów i tekstów o jednym bohaterze… A ja wolę pisać uniwersa niż jednostrzałówki. Przykłady poczytności Pilipiuka czy Jadowskiej pocieszają mnie, że sporo ludzi lubi w kółko te same historie o lubianych bohaterach ;)

http://altronapoleone.home.blog

Rozumiem, Drakaino, i trzymam kciuki, żeby nie brakowało Ci pomysłów i żeby każdy następny był lepszy od poprzedniego. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Limit, wilku, limit… Ja nie jestem krótkodystansowcem, choć ostatnio ku własnemu zaskoczeniu napisałam dobrze przyjętego drabbla. Może jeśli kiedyś uznam, że Gienek zasłużył na zbiorek opowiadań, rozwinę ten tekst – wtedy Twoje uwagi będą bardzo cenne.

Już bez przesady z tymi limitami – tutaj to tylko kwestia przemeblowania treści, może przeformatowania zdań na bardziej ponure. Z drugiej strony gdyby faktycznie iść tym torem, to powstaje odwieczne pytanie: jeśli pomysł ma naprawdę ogromny potencjał, który jest gwałtownie ścinany limitem, to czy na pewno warto poświęcać go na konkurs?

 

Wiesz, ja to napisałam w dwie godziny, jakie mi zostały w konkursie, więc i tak wiele więcej bym nie zdążyła – ani napisać, ani przemeblować…

http://altronapoleone.home.blog

Cóż, może warto kiedyś spróbowac napisać wersję alternatywną?

Sympatyczny tekst. Bardzo fajny pomysł na rusałkę z chorobą popromienną. :-)

Też się przejęłam, czy bohaterom ta radioaktywna woda nie zaszkodzi.

Przyjemne wstawki na temat komunizmu, entuzjazmu do pochodów itp.

Plus za humor.

Jestem na TAK, znaczy. Nie tylko z powodu wspierania tekstów z humorem. Także za świeży pomysł z rusałką.

Babska logika rządzi!

Lekka opowiastka z ciężką wodą i napromieniowaną rusałką… Hmm. Brzmi intrygująco, ale jest to po prostu kolejna sympatyczna opowieść o Gienku i od początku wiemy, że będzie z przymrużeniem oka i z happy endem. Trudno się w tej sytuacji zbytnio przejmować losami bohaterów, zarówno ludzkich, jak i mitycznych. Łykamy tę konwencję, bawimy się raz lepiej, raz gorzej, ale to jednak nie są opowiastki na piórko.

Nie ten ciężar gatunkowy i literacki.

Fabularnie jest bardzo prosto, kilka dowcipów (np. wampir, 1 Maja) udanych i trafionych. Zwrotów akcji za bardzo nie uświadczamy – skoro rusałka (dziwnie ulotna, ciekła czy płynna) niedomaga, potrzebny jest jakiś trick/żart i pstryk! mamy kolegę fizyka i wyżymanie przez Franię. Pomysł oczywiście fajny, pasujący do żartobliwej wymowy tekstu, chociaż ten Czarnobyl w tle mógłby położyć się większym cieniem na fabule w celu podkręcenia dramaturgii i zainteresowania czytelnika. A tak wszystko idzie bohaterom gładko i łatwo. Równie gładko i łatwo fabułka ulatuje z głowy czytelnika.

Sam Gienek, wymyślony jako peerelowska literacka inkarnacja Vidocqa, to temat/postać lotna i pewnie jeszcze nie raz przyjedzie się nam uśmiechnąć przy jego przygodach.

Takiej humorystycznej urban fantasy ostatnio sporo, także w polskich realiach, ale Twój pomysł na czasy PRL-u, zresztą fajnie przedstawione i wplecione w akcję smacznymi nawiązaniami, jest oryginalny i nośny. Trzymam kciuki za jakiś zbiorek z Gienkiem na okładce.

Warsztatowo na wiadomym poziomie, nie widać zupełnie tego pośpiechu i za to wielki szacun. Przyczepiłbym się do powtarzanego "niemniej" (ale chyba już poprawiłaś) oraz kilku zdań dziwnie przeciągniętych i z dziwnym szykiem np.

"Nie był pewny, czy miała szan­se prze­żyć wy­ży­ma­nie przez skom­bi­no­wa­ny na­pręd­ce przez fi­zy­ka filtr."

Po przeczytaniu spalić monitor.

Dzięki, Marasie, za w sumie pozytywną opinię (i wcześniej klika).

 

Nie jest to może najlepsze miejsce, bo nie chodzi mi o obronę tego konkretnego tekstu, na tę odpowiedź, ale muszę odpowiedzieć. Otóż nie zgadzam się – podkreślę jeszcze raz: abstrahując od tego konkretnego tekstu – że na piórko zasługuje wyłącznie wyższy “ciężar gatunkowy i literacki”. Wręcz przeciwnie – uważam, że ostatnio zbyt często nominacje mnożą się wyłącznie za ten ciężar, czasem pozorny i płytki. Myślę, że głównie to powodowało ninedin przy nominacji tego tekściku. Gdyby był czyjś inny, pewnie sama głosowałabym na nie, bo zgadzam się, że fabuła ma braki (limit). Niemniej jestem absolutnie przeciwna postrzeganiu piórka jako nagrody dla tekstów poruszających “ważne” tematy w przygnębiający bądź wysoko emocjonalny sposób. Nie będę się rozwodzić, bo nie miejsce tutaj ;) Mam nadzieję, że pod wieloma tekstami nominowanymi przez czas mego lożowania (a i wcześniej) zostawiłam dość uwag, żeby moje zdanie w tym względzie było jasne.

 

ten Czarnobyl w tle mógłby położyć się większym cieniem na fabule w celu podkręcenia dramaturgii i zainteresowania czytelnika

Pełna zgoda – ale powtórzę: limit. Nie jestem krótkodystansowcem, nie potrafię tak skondensować formy, żeby dużo upchnąć w krótkim tekście. Bardzo tego żałuję zresztą, bo to przydatna umiejętność :) Ale też postrzegam to jako słabość własnego tekstu.

http://altronapoleone.home.blog

Nie twierdzę, że teksty rozrywkowe, lżejsze i humorystyczne nie mogą dostać piórka. Gdyby to był zabawny tekst na poziomie Neila Gaimana w podobnej konwencji pewnie od razu dostałby piórko platynowe ;)

Mówiąc o nieodpowiednim ciężarze gatunkowym i literackim miałem bardziej na myśli prostotę fabuły, prostotę charakterów, brak literackich i warsztatowych fajerwerków oraz lekki/letni humor z gatunku małozaskakujących. 

Edit. Chyba znana jest moja opinia o cierpiętniczych, nabuzowanych i przeładowanych emocjami, przewrażliwionych tekstach. Dramatycznych, tragicznych, zwijających się z bólu egzystencji. Prędzej mojego TAKa dostanie świetna przygodówka niż nadęta opowieść o sierocie, któremu zabito rodzinę i przyjaciół, ojciec go nie tulił, matka kradła jego kanapki do szkoły, potem zachorował na nieuleczalną chorobę, żona go zdradziła, dom się spalił, on sam wpadł w długi i nałogi, a następnie uratował ludzkość anonimowo wysadzając się na powierzchni Słońca w celu zapoczątkowania reakcji nuklearnej, co przypłacił życiem.

Po przeczytaniu spalić monitor.

W takim ujęciu – zgoda. Sama uważam, że mam w dorobku teksty znacznie bardziej potencjalnie zasługujące na piórko (sama dałabym innym niż dostały). Niemniej tendencja ostatnio jest do nominowania “ciężkich tematów” w dość specyficznym ujęciu, więc nie dziw się, że tak odebrałam Twoją skrótową uwagę. Ale to dyskusja na osobny wątek, może nawet założę takowy na HP (albo namówię ninedin), bo w sumie dyskusja o tym, co uważamy za piórkowe może się przydać.

http://altronapoleone.home.blog

Każdemu, nawet lożaninowi, należy się wyjaśnienie, dlaczego NIE (swoją drogą to dobry tytuł paradokumentalnego serialu). 

Zatem – to fajny, całkiem pomysłowy, lekki i zabawny kawałek. Kolejny odcinek serii; wiadomo czego się spodziewać, nie ma zaskoczeń, zmian kursu, brzmienia, stylu. Ale to dobrze – wciąż poruszamy się w znanym i lubianym towarzystwie, pijąc ulubione drinki i opowiadając dowcipy, które się już słyszało, ale są tak dobre, że wciąż bawią. Coś jak kolejna płyta Iron Maiden. 

Stylistycznie bez zarzutu. Również lekko, łatwo i przyjemnie, w pełnej synchronizacji z treścią. Znać profesjonała (czapki z głów) – w dwie godziny to ja potrafię co najwyżej napisać taki komentarz. 

Oczywiście lekki, przyjemny, profesjonalnie wykonany szort to za mało na piórko, trzeba czegoś więcej, zresztą dobrze o tym wiesz. Potrzeba czegoś ekstra, czegoś, co może zachwycić. I wcale nie chodzi mi o konieczność dodania jakiegoś ciężaru, czegoś zupełnie serio; można na całym froncie utrzymywać żartobliwą stylistykę) Zwłaszcza, gdy mamy do dyspozycji tylko jakieś dziesięć tysięcy znaków i nie ma miejsca na fabularne kombinacje, budowanie świata, bohaterów, klimatu i takie tam. A u Ciebie jedna trzecia tekstu to zbiór (całkiem fajnych) żartów, a reszta – właściwa akcja, która też w zasadzie jest żartem, tylko bardziej rozpasanym fabularnie. Podkreślam – nie ma w tym nic złego, ale z pewnością nie jest sprawa piórkowa. Zresztą nie ma co strzępić kciuków, jestem pewien, że sama sobie byś za to piórka nie przyznała. 

I jeszcze jedna rzecz – choć pytam z ciekawości, bo to nie ma związku z jakością tekstu:

– Ciii. – Gienek zatkał mu usta. – Niby wszyscy to wiemy, ale lepiej nie gadać głośno.

To sprawia wrażenie, że sprawa z awarią była oficjalnie tajemnicą, że rozpowszechnianie informacji o katastrofie w Czarnobylu było działalnością antypaństwową, za którą można było oberwać i w ogóle lepiej sza, bo aresztują. 

Miałem wtedy sześć lat (reaktor walnął w moje urodziny :-)) i cała ta sprawa jest jednym z moich pierwszych, pełnych, wyraźnie dokładnych i nie fragmentarycznych wspomnień. Wydaje mi się, że tajemnicy nie było, gdy tylko odpowiednie organy i instytucje (nie pamiętam jak się nazywały, musiałbym wyguglować) wyczaiły co jest grane (bo Rosja oczywiście milczała) rzecz została natychmiast nagłośniona, a możliwe akcje przeciwdziałania podjęto szybko i sprawnie. Pamiętam, że gdy pognano nas do ośrodka zdrowia na szota płynu Lugola, wszyscy, nie tylko rodzice ale i dzieciaki, wiedzeli dokładnie co jest grane. Choć oczywiście sześciolatkowi nie było łatwo wyobrazić sobie całokształt. Dopiero później, zapewne pod wpływem nacisków, zaczęto siać dezinformację, głównie bagatelizując rozmiar i skutki skażenia (Twój tato jest fizykiem, tak? Nic dziwnego, że musiał znosić wizyty smutnych panów. Jeszcze jakieś publikacje nieautoryzowane by mu do głowy przyszły ;-)) 

Zmierzam do tego, że z Twego tekstu wynika, iż katastrofa w Czarnobylu była zatajona, społeczeństwo wiedziało o niej, jak o większości wyciszonych spraw za PRL, za sprawą poczty pantoflowej, a głośno lepiej nic nie mówić, bo można oberwać, zwłaszcza jeśli jest się przedstawicielem władz, a żeby dostać płyn Lugola, trzeba było mieć znajomych. 

To nie jest krytyka, bo po pierwsze wrażenie takie może być tylko moje, a po drugie byłem dzieciakiem i moglem wszystko odbierać inaczej. Dlatego pytam – czy naprawdę była w tych pierwszych dniach taka cichosza o katastrofie, czy to bardziej trochę tak dla klimatu opowiadania? 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

To sprawia wrażenie, że sprawa z awarią była oficjalnie tajemnicą, że rozpowszechnianie informacji o katastrofie w Czarnobylu było działalnością antypaństwową

Była. To, co tam jest o naukowcach wywieszających wyniki, to jest autentyk, mój tato był dyrektorem Instytutu Fizyki UJ (tym naukowym, nie partyjnym) i dokładnie robił podchody z UB. Sprawę ujawniono dopiero po 1 maja, bo obawiano się o pochód. Zrobiłam do tego dodatkowy risercz, choć sprawę znam z rodzinnych opowieści. Z sandałkami to ja biegałam do IF UJ na geigery :D

http://altronapoleone.home.blog

Dzięki! 

No i jestem pod wrażeniem natychmiastowej odpowiedzi. Dostajesz jakieś powiadomienia, kiedy ktoś napisze coś pod Twoim tekstem ;-)? 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Nie :D Zaglądałam na wieści piwne

http://altronapoleone.home.blog

 zwątpił w to, że on jest normalny

On to petent, czy Gienek?

 nie przejmował się, że nie polezie

Hmm.

 towarzysze z bezpieki łazili

W sumie łażenie już było dwa zdania wcześniej.

 Jan Boruta.

Dobrze, że nie Jan Maria XD

 Diabeł natychmiast zjadł papier, a następnie w podskokach wybiegł z pokoju.

To chyba skracalne.

 Para wilkołaków, a nawet upiór, który rzucał przedmiotami, byli dość zwyczajni.

Para – byli?

 – Nie – odburknął Gienek.

yes Krótko i węzłowato XD

 w zasadzie to co ja mam zrobić?

W zasadzie, to co ja mam zrobić?

 Tylko że

Tylko, że. Ontologicznie istnieje, tylko nie ma osobowości prawnej. Ulubiona_emotka_Baila i Reg Shoe to the rescue.

w źle wymierzonym miejscu

Hmm.

 zaczęła kształtować się postać

Postać, czyli kształt. I to "się" na końcu, a, fe…

 Kiedy stanęła przed nimi

A wcześniej leżała?

 Strużki tworzyły rany

…?

stał z wyrazem przerażenia na białej jak kreda twarzy

Wystarczy, że zbladł, wiemy, co to oznacza.

 pomógł już raz

Przestawiłabym.

 przeżyć wyżymanie

Nie za bardzo to brzmi, i "wyżymanie"?

 przez skombinowany naprędce przez fizyka filtr

Dwa "przez", w sumie zbędne – "przez fizyka" mogłabyś wyciąć.

 Tak – burknął. – Ale nie na zawsze.

Awww… I – ładna klamra.

 

Jak miluchno ^^ I co więcej mogę rzec. Chyba nic. Miluchno, i tyle.

 nie wiem, czy to tak działa? Ona sama “wlazła” do garnka, oni w zasadzie z nią bezpośredniego kontaktu nie mieli…

Oj, nie wiem. Alfy i bety przez garnek nie przejdą, ale gammy chyba mogłyby…

 Nie jestem krótkodystansowcem

Mhm, widać. Ale przynajmniej coś kończysz… <rozpływa się w użalaniach nad sobą>

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Nowa Fantastyka