- Opowiadanie: sy - W spokoju wiecznym każdy śni

W spokoju wiecznym każdy śni

Fragmenty wiersza pt. “Miasto na morzu” Edgara Allana Poe w tłumaczeniu Antoniego Lange.

 

bądźcie łaskawi, czytam to po raz pierwszy razem z wami ❤ niebetowane XD

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

W spokoju wiecznym każdy śni

Siedział w wysłużonym fotelu na werandzie, patrząc na niskie fale gnane wiatrem. Koniec lata był na tyle ciepły, że mężczyzna miał na sobie jedynie wełniany sweter. Taka pogoda sprzyja jesienią silnym sztormom. Mewy darły się uparcie na oddalonej o kilkaset jardów kamienistej plaży.

Mężczyzna trzymał wysłużony egzemplarz „Moby Dicka”, z którego okładki wystawał skrawek pożółkłej gazety. Lecz z ułudnego morza fal, milczące światło spływa w dal, przeczytał w myślach widoczny fragment.

Nie miał pojęcia, kto go tam umieścił. Oprócz dwóch tomów regulaminu, biblii każdego latarnianego, na wyspie znalazł kilkanaście książek o tematyce raczej przygodowej. Ten wiersz był inny. Niepokojący.

Mężczyzna wyciągnął kawałek papieru. Od ciągłego rozkładania obie połówki ledwo się razem trzymały. W ciągu swojego dyżuru latarnik czytał ten utwór setki razy. Nie należał do szczególnie wykształconych ludzi, czuł jednak energię bijącą ze słów utrwalonych tuszem drukarskim.

Osoby związane przez całe życie z morzem, takie jak on, posiadały szósty zmysł.

– Dlaczego nie wykorzystał go pan, żeby zapobiec zatonięciu pańskiego statku, panie Evans? – zapytał go złośliwie przysadzisty człowieczek, który przed rokiem przeprowadzał z nim rozmowę kwalifikującą na stanowisko latarnianego. Nawet dziś Jacka Evansa ogarniała wściekłość na wspomnienie tego szczura lądowego.

– Pan wybaczy, „Pride” zatonął przez niedopatrzenie – odpowiedział mu wtedy po chwili milczenia. – Zapalił się dolny pokład od pieca do wytapiania wielorybiego tłuszczu. Obejmowałem wtedy wachtę na górnym pokładzie.

– Tylko pan się uratował – kontynuował człowieczek. – Dlaczego?

– Szczegółowe zeznania złożyłem przed odpowiednimi służbami. Pan do nich nie należy, zdaje się.

Po tej odpowiedzi był pewien, że go nie zatrudnią. Ale Jack Evans dostał tę pracę, a po niemal czterech miesiącach służby mógł powiedzieć z czystym sumieniem, że wypełniał swoje obowiązki wzorowo.

Na horyzoncie dało się zauważyć statek zmierzający do Cieśniny Hudsona. Na godzinę przed zachodem słońca Jack wstał spokojnie z fotela i ruszył krótką ścieżką prowadzącą ku wzniesieniu z odsłoniętej skały, na której górowała wybielona wapnem latarnia.

 

 ∙ 

 

Nazywał siebie opiekunem światła. Conocną wartę spędzał na niewygodnym taborecie, wpatrując się w potęgowany soczewkami ostry blask reflektora. Widział tylko biel, obezwładniającą i czystą, jak wtedy, gdy oślepiło go słońce po długim pobycie pod czarnymi wodami oceanu. Wiedział, że dostał drugie życie, lecz to pragnął spędzić już w spokoju, wyzbyty od awanturniczej natury marynarza, którą mógł się pochwalić, pływając na statku wielorybniczym.

Dochodził kwadrans po siódmej rano, kiedy uporał się z wypolerowaniem szyb laterny, podłogi i knotów. Chciał jeszcze zjeść śniadanie przed zaplanowanym pięciogodzinnym snem. Poranek uderzył go chłodnym, wilgotnym powietrzem, Jack postanowił jednak iść dłuższą drogą, przez plażę na północnej stronie wyspy, gdzie poprzedniego dnia rozłożył pułapki na kraby. Wiatr mierzwił mu włosy, niczym oszalała z pożądania kochanka.

Już z daleka mężczyzna zauważył stada białych ptaków krążące nad czymś wyrzuconym na brzeg przez fale. Podszedł bliżej, żeby się przekonać, że to nie były mewy.

Albatrosy.

Jack wiedział, że te ptaki spotykano tysiące mil od poszarpanych wybrzeży Labradoru. Musiały przybyć dziś, nie widział ich do tej pory, choć przecież na wyspie spędzał czwarty miesiąc i znał ją już niemal jak własną kieszeń. Podszedł bliżej do czegoś, co wyglądało jak niewielka skrzynia. Albatrosy rozpierzchły się posłusznie.

Drewno było zbutwiałe, białe od soli i, wydawało się, że również od farby. Jack dotknął i skruszył między palcami jasną skorupę. Farba okrętowa.

Niewielka skrzynia miała około dwudziestu cali długości. Ku zdziwieniu mężczyzny, wieko nie zabito gwoździami, a związano śliskim wodorostem i to tak mocno, że bez nożyka by go nie podważył.

Cofnął się opanowany grozą, a potem przeczołgał się na czworakach bliżej wody, żeby zwymiotować. Lodowata woda obmywała jego nogi i nadgarstki. Potem Jack wstał i uciekł, lecz przed oczami nadal miał obraz zawartości skrzyni, a właściwie małej trumny.

Napuchnięte ciało niemowlęcia o wyłupiastych rybich oczach i nóżkach pokrytych łuskami.

 

 ∙ ∙ 

 

Tego dnia Jack nie zasnął i nie oporządził, jak co południe. Spróbował wmusić w siebie śniadanie złożone z owsianki i kubka czarnej kawy, jednak nadal podrażniony żołądek sprawił, że mężczyzna wszystko zwrócił.

Przyszła mu nawet do głowy myśl, że wydarzenie o poranku stanowiło jedynie sen, a obraz albatrosów i dziwnego, maleńkiego ciała podsunął mu zmęczony po nocnej warcie umysł. Wrócił na plażę przekonać się, że jego obawy były niedorzeczne, lecz gdy dostrzegł nadal leżącą na wilgotnych kamieniach skrzynię, zbladł. Mimo wielkiego oporu przykrył ją kopczykiem otoczaków, w obawie przed krążącymi nieopodal mewami, po czym udał się do latarni, chcąc tam zastanowić się, co zrobić z upiornym znaleziskiem.

Do świtu garbił się nad dziennikiem dyżurów, aż wreszcie zdecydował, że nie zanotuje w nim opisu wydarzenia. Wzięliby go za wariata, a Jack liczył na przedłużenie kontraktu. Zostały dwa tygodnie służby, aby wykazać, że na to całkowicie zasługuje.

Rano udał się w siekącym deszczu do szopy po niewielką łódź, którą przeciągnął na brzeg. Nie zdziwiło go, że w ciągu dwóch dni, stabilna, dość ciepła końcówka lata zamieniła się w zimną, deszczową jesień. Pogoda na morzu mogła zaskoczyć w ciągu minuty. Oprócz swetra Jack nosił teraz na sobie płaszcz i kapelusz przeciwdeszczowy, a także ciężkie skórzane buty.

Trumnę przewiózł na taczkach, nie chcąc jej dotykać zbyt długo. Wciąż szarpały nim torsje na wspomnienie rybich oczu i łusek niemowlęcia.

Wiosłował poprzez prądy, czując jak mięśnie coraz bardziej rozgrzewają się pod grubymi warstwami odzienia. Gdy oddalił się wystarczająco, złożył wiosła i zamilkł. Na tle nieba zasnutego ołowianymi chmurami biel latarni przypominała pianę odznaczającą się na czarnych falach uderzających o brzeg.

– Panie – zaczął latarnik, a jego głos zabrzmiał chropowato niczym dawno nieużywana maszyna. – Powierzamy głębi ciało tego dziecka, gdzie ulegnie zepsuciu, dopóki życie nie zwycięży nad śmiercią, a morze nie odda zmarłych.

Nie wiedząc co jeszcze mógłby dodać, powiedział jedynie:

 Przez naszego Pana Jezusa Chrystusa. Amen.

Jack wrzucił obciążoną trumnę do ciemnej wody, oddając morzu, co jego.

Tam wielcy – mali – dobrzy – źli – w spokoju wiecznym każdy śni, przeszły mu przez myśl słowa wiersza.

 

 ∙ ∙ ∙ 

 

Po powrocie Jack spał jak kamień niemal osiem godzin, a kiedy wstał zjadł dużą porcję zupy z puszki i smażonej ryby. Był odrobinę spokojniejszy, zauważył również, że albatrosy odleciały w taki sam tajemniczy sposób, w jaki się pojawiły. Na wartę w latarni poszedł pogwizdując, mimo że deszcz nie ustępował.

Jak na każdym dyżurze na szczycie białej wieży, patrzył w oślepiające, niemal hipnotyzujące światło reflektora. Czuł ciepło buchające od ognia, które miało się palić, nim nie wzejdzie słońce.

Nagle mężczyzna usłyszał syk, nieprzypominający w niczym ten ze spalania nafty. Odwrócił gwałtownie głowę w kierunku schodów. Musiała minąć chwila, nim jego wzrok przyzwyczaił się do półmroku.

Niżej stała jakaś postać. Evans mógł dostrzec jedynie zarys łysej czaszki obciągniętej gnijącą skórą. Poczuł zapach, który zwalił go z nóg, zapach który setki razy próbował z siebie zmyć, a który przylgnął do niego na długie lata niczym pąkle uczepione kadłuba statku. Zapach tranu.

Głowa po chwili zeszła poniżej poziomu laterny, ale Jack ogarnięty strachem nie otworzył oczu już do końca warty.

 

 ∙ ∙ ∙ ∙ 

 

Śniło mu się, że tonie. Czuł jak lodowata, słona woda wdzierała się do oczu i gardła, a ciało powoli traciło siły. Blask słońca rozmyty przez fale ginął w mroku głębin jakby powierzchnia oceanu była oddalona o tysiące mil. Płuca paliły mężczyznę żywym ogniem, gdy próbował płynąć ku górze.

Nagle poczuł na kostkach zaciskające się zimne, znacznie zimniejsze od otaczających go wód, palce. Odwrócił się i zobaczył za sobą kotłowaninę rąk rozdętych trupów.

Poparzone twarze z okrągłymi oczami zasnutymi bielmem szczerzyły zęby wystające przed spalone wargi w straszliwym grymasie.

Trupy ściągały Evansa w dół, ich rozmiękłe palce przesuwały się po łydkach, udach, wreszcie po brzuchu i szyi.

Po przebudzeniu mężczyzna szlochał, krusząc w pięściach płatki okrętowej farby leżące na pledach.

 

 ∙ ∙ ∙ ∙ ∙ 

 

Przez cały poranek na niebie wisiały ciężkie, popielate chmury, żeby po południu mogły zaatakować okrutną ulewą. Wichura szalała, a Evans czuł się jak mała łódeczka walcząca z przeciwnym wiatrem. Zmęczony bezsennością opadał z sił przy każdym kroku.

Zdołał zapalić światło latarni wcześniej, musiał jednak wrócić i zabezpieczyć dom przed burzą. Biegł, kiedy zobaczył coś na horyzoncie.

Sięgnął pod płaszcz po lunetę, żeby sprawdzić, co to za okręt. Wypłynięcie statku na otwarte wody w taką pogodę musiało zostać odnotowane.

To niemożliwe.

Znał te trzy górujące maszty jak własną matkę. Przeczytał białe litery na kadłubie: PRIDE.

Burza rozszalała się na dobre, szyby trzęsły się w oknach. Jack wiedział, że jego drugie życie to ułuda, a przeszłość zawsze wypływa na wierzch jak nieobciążone zwłoki. Dawni towarzysze z okrętu zeszli już na brzeg. Kara za niedopilnowanie wachty przy piecu i kłamstwo miała być okrutna.

Po kilku sekundach, które w innym świecie mogły trwać wieczność, Jack podjął decyzję. Drzwi same otworzyły się na oścież, niemal wypadając z zawiasów przez wichurę, a Evans z szeroko rozłożonymi ramionami rzucił się w objęcia sztormu, oddając morzu, co jego.

 

 ∙ 

 

Parowiec należący do floty Departamentu Żeglugi i Rybołówstwa płynął przez zimne wody labradorskie, obierając kierunek wschodni na położoną gdzieś między wiatrem a wodą nienazwaną wyspę. Sztorm o niespotykanej sile mógł wyrządzić ogromne szkody, należało się przekonać czy pan Evans ocalał.

Gdy dwuosobowa załoga, w tym pan Peterson, korpulentny człowiek, z którym Evans rozmawiał przed zatrudnieniem, wysiadła na brzegu, zastała ich cisza niemal dzwoniąca w uszach. Nawet fale rozmywały się na kamienistym brzegu jakby ze stłumionym szumem. Petersona przeszły dreszcze.

Z daleka latarnia wyglądała na nienaruszoną, jednak dom i pomieszczenie gospodarcze były całkowicie zdezelowane, mimo przybitych do okien i dachów desek zabezpieczających. Zbiorniki na deszczówkę stały przewrócone, a w okolicy wiatr rozrzucił meble z resztą wyposażenia.

– Panie Evans, jest pan tu?! – krzyczeli obaj mężczyźni.

– Panie Evans! – zawołał Peterson już w latarni, jednak odpowiedziała mu cisza. – Cholerne schody – mruknął, po czym zaczął się na nie z trudem wspinać.

Wreszcie mężczyzna wyczołgał się na górę. Podniósł klapę prowadzącą bezpośrednio do laterny i wsunął ramiona do środka.

– Albatros – wyszeptał, nie wierząc w to, co widzi.

Ptak przypominał białą figurę szachową ustawioną na środku ciemnej planszy. Gdy dostrzegł Petersona przekrzywił głowę, po czym rozłożył skrzydła i zaskrzeczał ogłuszająco.

Koniec

Komentarze

Nastrojowe i efektowne, trochę jak z Poego, trochę jak z Coleridge’a, trochę filmowo… Dobrze się czytało, sama historia intrygująca, a klimat odpowiednio przygnębiający i opresyjny.

Zastanawiam się tylko nad kwestią upiornego niemowlęcia. O ile pozostałe strachy wprost wskazują na przeszłość bohatera i jego dawną winę, o tyle z tym mi coś zgrzyta. Owszem, jest to szalenie efektowne, jak chodzi o kreowanie nastroju grozy, ale fabularnie mi się, muszę przyznać, nie całkiem klei. A może to ja czegoś nie dostrzegam?

hej, ninedin, miło cię tu widzieć – nie spodziewałam się, że ktoś tak szybko przeczyta moje opowiadanie :)

 

Ogólnie sprawa z niemowlęciem ma się tak, że jest to symbol nowego życia Jacka, człowieka powiązanego z morzem, stąd niektóre cechy syreniego ciała, jednego z najbardziej tajemniczych stworzeń morskich, w które marynarze wierzyli. Martwe dziecko = martwe nowe życie. Chciałam w ten sposób pokazać, że z nowym życiem Jacka, choć darowanym po katastrofie “Pride”, pozostaje coś nie w porządku. Taka moja wskazówka, choć chyba niezbyt jasna xd

 

edit:

 

W głowie rysowały mi się sceny z syrenami, ale czas i limit mi już nie pozwolił na zabawę :C Być może kiedyś bardziej rozpiszę tę historię, ale to już dla własnego funu :D

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Po przeczytaniu spalić monitor.

dziękuję za konika i za klika, marasie :3

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Jak przeczytałem o niemowlaku-rybie, to pomyślałem, że na koniec wyjedzie zza kamieni cthulhu. Nie wyjechał, ale nastrój i tak jest. Tego symbolizmu, o którym piszesz w komentarzu, również nie dostrzegłem w trakcie czytania. Stąd mi też wyszło, że rzeczy pojawiające się w opowiadaniu to po prostu rekwizyty grozy. Tak czy siak opowiadanie się fajnie czyta ze względu na klimat.

I po co to było?

syfie, Wielki Przedwieczny nie wyjechał zza kamienia, bo jednak trochę mnie odrzuca czerpanie ze świata stworzonego w pocie czoła przez kogoś innego :D. Domyśliłam się, że ten symbolizm jest mało widoczny, być może jakbym zbudowała na nim parę innych scen to by się wszystko rozjaśniło, ale limit i czas nie ten. Moja wina, cóż. 

Dzięki wielkie, cieszę się, że klimat porwał :)

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

syfie, Wielki Przedwieczny nie wyjechał zza kamienia, bo jednak trochę mnie odrzuca czerpanie ze świata stworzonego w pocie czoła przez kogoś innego :D.

 

W tworzenie mitologii to już zaangażowane zostało tyle osób, że każde kolejny utwór można już spokojnie oceniać jako współzaangażowanie :P 

I po co to było?

W sumie racja, syfie, jakoś nikt nie nazywa książek opartych na mitologii Lovecrafta fanfikami

*intensywnie myśli*

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

O, jest i drugi szanowny juror! Hej, Arnubisie :3

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Sy, kurczę, jak Ty pięknie budujesz klimat, czułam samotność bohatera i jego smutek.

Przewrotne to trochę, nie wiem, czy świadomie igrasz z czytelnikiem, ale pewnie tego opka długo nie zapomnę. Na początku współczułam Evansowi. Przeżył jako jedyny, zrezygnował z pływania, co musiało nie być łatwą decyzją. Pewnie miał poczucie winy i smutek w związku ze śmiercią kolegów. To pytanie jego pracodawcy jeszcze to uczucie we mnie wzmogło. Nie dostrzegłam żadnych znaków, że był odpowiedzialny za zatonięcie statku.

Kiedy pojawiła się skrzynia, nie odczytałam jej w tak dosłowny sposób, jak piszesz w wyjaśnieniu dla Ninedin, wydawało mi się, że to morze i jego tajemni mieszkańcy dopominają się o jego życie, uważają, że nie powinien był się im wymknąć. Im bardziej Evans był osaczony, tym bardziej mu kibicowałam.

I na końcu okazało się, że kibicowałam zwykłemu draniowi. Tu już nawet nie chodzi o to, że zawalił dyżur, ale o to, że nie poniósł kary, nie przyznał się, a może nawet zwalił winę na jakiegoś nieszczęśnika. A kiedy okazuje się, że wzięłaś stronę tego niedobrego, to nie jest to przyjemne uczucie.

Tak że podwójna wolta na koniec. Niezłe :)

Kliczek :)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Irko, jak ja ci dziękuję za ten komentarz! ❤

Rozgryzłaś moje opowiadanie koncertowo – to chciałam właśnie przekazać. Obawiałam się, że nie jest to czytelne, że w tym pośpiechu zawaliłam potencjał całej historii i wtedy zjawiasz się ty, cała na biało, i kurczę, masz to! Ale się cieszę :D

 

Kiedy pojawiła się skrzynia, nie odczytałam jej w tak dosłowny sposób, jak piszesz w wyjaśnieniu dla Ninedin, wydawało mi się, że to morze i jego tajemni mieszkańcy dopominają się o jego życie, uważają, że nie powinien był się im wymknąć.

to jest świetna interpretacja i łączy się z tym, że Evans “oddał morzu co jego”. Oszukał przeznaczenie, ale nie na długo :)

 

Cieszę się, że opowiadanie wzbudziło w tobie tyle emocji :) Dziękuję też za klika!

 

edyt:

 

o, i może dopowiem co nieco, bo nie wiem, kiedy zawita tutaj jakiś spec w tematyce żeglugi – dawniej marynarze wierzyli, że w albatrosach żyją dusze ich zmarłych kompanów. Może to też trochę rozjaśni pewne rzeczy :)

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

dawniej marynarze wierzyli, że w albatrosach żyją dusze ich zmarłych kompanów. Może to też trochę rozjaśni pewne rzeczy :)

Nie wiedziałam. I w sumie dobrze, bo by mi się za wcześnie rozjaśniło, bo pewnie nie byłoby takiego efektu. Na końcówce domyśliłam się, że albatros jest duchem Evansa.

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Na końcówce domyśliłam się, że albatros jest duchem Evansa.

fajnie, że doszłaś do tego bez tej wiedzy :)

 

Ja też nie wiedziałam, dopóki nie zrobiłam riserczu w temacie. Człowiek to zawsze czegoś ciekawego się dowie przy pisaniu opowiadania :D

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Bardzo, bardzo nastrojowe i ładnie napisane, świetnie oddajesz emocje bohatera. Sam pomysł na ciężki dyżur też na plus. Wyjątkowo satysfakcjonujaca lektura.

Powodzenia w konkursie, a ode mnie kolejny biblioteczny kliczek :)

dziękuję, katiu, za miłe słówko i za klika :)

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Podobnie, jak w innych opowiadaniach, efektownie budujesz klimat. Jednak muszę zgodzić się z Syfem, że elementy tego świata wydają się rekwizytami. Zabrakło akcji, całość wygląda jak ładna, ale statyczna scena. Do końca opowiadania czekałam, w jaki sposób wykorzystasz wątek niemowlęcia, ale rozczarowałam się, bo został ucięty. Zamiast tego sięgasz po ograny schemat, co moim zdaniem, czyni historię przewidywalną.

W początkowym fragmencie napisałabym myśli bohatera od nowej linijki.

Ando, tu nie miało być pościgów i wybuchów, to że zauważasz, że nie ma tu akcji, to w sumie na plus :) Będę wdzięczna za wskazanie, w którym miejscu sięgam po “ograny schemat”, to sobie wyciągnę naukę na przyszłość.

Dzięki za komentarz.

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Znany jest motyw latarnika z trudną przeszłością i poczucie winy pokazane w postaci sennego koszmaru. Mogłabym też przyczepić się do typowego opisu zmarłych, ale w bardzo wielu opowiadaniach konkursowych są podobnie przedstawieni.

O akcji pisałam na podstawie kilku Twoich opowiadań. Klimat jest w nich bardzo ładnie oddany, ciekawe opisy, ale mało się dzieje. IMO opowieść to zapis wydarzeń i przemian.

Czytałam z zapartym tchem.

Fajny, marynistyczny klimat. (Miałam skojarzenia z pewną znienawidzoną lekturą szkolną, ale to mój problem, szybko je odpędziłam). Drobne stylistyczne niedomogi nie zaburzyły lektury.

Uznanie budzi umiejętne wplecenie wiersza w fabułę. 

 

Mam dwie uwagi dotyczące tematyki morskiej:

  1. “Statek” i “okręt” to nie są synonimy. (Okręt to jednostka sił zbrojnych). Pomimo tego, że określenia “chłopiec okrętowy”, “lina okrętowa” itd. stosują się do statków i okrętów.
  2. Piszesz: “Pride” zatonął. Myślę, że skoro rzecz ma miejsce w anglosaskim obszarze, dobrze wyglądałoby “Pride” zatonęła. Ale to nie tylko kwestia specyfiki angielszczyzny: dalej porównujesz statek do matki i to chyba nie bez przyczyny. Dla marynarza statek jest matką jak Kościół dla wierzącego, albo Uniwerytet dla uczonego. Dlatego wydaje mi się, że rodzaj żeński byłby tu bardzo na miejscu.

Ten albatros na końcu… Ach, już słyszę jego skrzeczenie!

Ogólnie, bardzo udany tekst. 

 

Pozdrawiam smiley

 

 

Ando, nadal podtrzymuję, że akcji miało być tu tyle co kot napłakał, czyli jest okej :D 

Dzięki za rozwinięcie komentarza :) 

 

Facies_Hippocratica, hej, miło cię tu widzieć! 

 

Czytałam z zapartym tchem.

 

(Miałam skojarzenia z pewną znienawidzoną lekturą szkolną, ale to mój problem, szybko je odpędziłam

Czyżby Latarnik Sienkiewicza? :D

 

Dziękuję za uwagi, wezmę je pod uwagę przy poprawkach po wynikach konkursu. Pewnie bym je wychwyciła, gdybym nie pisała na ostatnią chwilę. Trochę mi wstyd przez to wymienne używanie “statku” i “okrętu” :C. Co do dwójeczki to się zgadzam, lepiej będzie brzmieć rodzaj żeński.

 

Pozdrawiam również!

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

He, he, sam “Latarnik” – gdyby nie jego rozmiary – chyba nadawałby się na konkursdevil.

biorąc pod uwagę temat – jak najbardziej :D

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Motyw latarnika dość ograny, ale podobał mi się zbudowany przez Ciebie klimat – zimny, szary, tak bardzo morski. Latarnie morskie i puste, wietrzne pola, to zdecydowanie mojsze klimaty. Gdyby w konkursie limity były trochę większe, napisałbym coś pewnie w stylu, którego Ty użyłaś. Przygnębiająca samotność latarnika jak najbardziej na plus.

Jeden motyw, w moim odczuciu, gdzieś się utopił to dziecko i jego powiązanie z Jackiem. Wyjaśnienia podane ninedin tez mi jakoś nie rozjaśniły. Trochę to zbyt odległe, więc została we mnie pustka po niespełnionej obietnicy. Martwe i "rybie" dziecko zapowiadało coś naprawdę mocnego, a zakończenie wyszło “zaledwie” ciemnoszare (choć nadal zadowalająco ciemne jak dla mnie). 

 

Nie porwało. Trzy podejścia miałem do tego tekstu, długo mi zajęło przeczytanie, ale to też przez moje znużenie tego wieczoru. Coś na początku nie chwyciło, sporo było opisu i żadnego haczyka, który złapałby nieco wcześniej. Rozmowa bez specjalnych emocji, zadziałałby nawet, gdyby nie tak rozciągnięte opisy obok, sporo tych informacji nie było konieczne, kilka opisów pogody tak naprawdę ważne są trzy informację z całej pierwszej połowy tekstu: fakt, że latarnik pilnował pieca na tym statku i ciało niemowlaka, cały opis o staranie się o pracę i inne rzeczy można by zdecydowanie uszczuplić, klimat może i był, ale ja niespecjalnie go czułem, zdmuchnęły go opisy. No nie wiem, czemu mnie nie urzekło, skoro wszyscy tak chwalą, nie zadziałało ani trochę na mnie.

Pewnie dlatego, że taki sposób – to znaczy opisowy, bo jest taki, nawet jeśli ładnie ubrany w słowa, na mnie nie działa. Opis pogody może być w porządku, ale raz, a tutaj wspomniałaś o tym, nie wiem… cztery? pięć?

Zasadniczo jest tak, że jak nie przyciągnie mnie początek, to dalsza musi być potężnym uderzeniem, żebym był zadowolony z lektury, tutaj była szansa, ale jak dla mnie niewykorzystana. Głównie z tego powodu:

Nie zdziwiło go, że w ciągu dwóch dni, stabilna, dość ciepła końcówka lata zamieniła się w zimną, deszczową jesień. Pogoda na morzu mogła zaskoczyć w ciągu minuty. Oprócz swetra Jack nosił teraz na sobie płaszcz i kapelusz przeciwdeszczowy, a także ciężkie skórzane buty.

Nie chodzi mi tylko o ten akapit, lecz ogół, zamiast pokazać mi jego zdziwienie czy przerażenie trumną, bo zasadniczo to miał być problem tekstu, serwujesz opis pogody i ubrania, po raz kolejny. Nie widzę związku emocjonalnego, nie widzę, że ta trumna jest centrum wydarzeń, nie jest tłem, ale nie wypycha się naprzód. A to, że miał torsję na wspomnienie rybich oczu, nie przekonuje, bo to tylko zapewnienie, właściwie zaangażowanie emocjonalne bohatera, poza samotnością, którą można było zauważyć, było bardziej umowne, bo widziałem je wyłącznie w opisie, nie dostrzegałem natomiast reakcji.

Szkoda też tego dziecka, fajny motyw mógł z tego być, tekst by się wybronił, ale wątek dla mnie wyglądał tak:

Zbyt długi opis.

Znalezienie dziecka.

Akurat dość fajna (w sensie działająca) reakcja latarnika (zaczynam się wciągać).

Niepotrzebny opis.

Niepotrzebny opis.

Patrz wyżej.

Wypłynięcie dziecka i pozbycie się go.

Zajebista scena modlitwy, ona akurat serio była świetna, ale wątek umarł bezpowrotnie mimo potencjału.

Nagle mężczyzna usłyszał syk, nieprzypominający w niczym ten ze spalania nafty. Odwrócił gwałtownie głowę w kierunku schodów.

Teraz troszkę o takich sformułowaniach. “Nagle” bardzo rzadko udaje się wstawić tak, żeby rzeczywiście działało, tak naprawdę jest nieco tandetne, to taki zapewnienie, że coś stało się niespodziewanie, ale nie wynika z akcji, trochę na tym polegają przysłówki, że zapewniają, jednak to nie jest dobre, bo tak na prostą logikę.

Kiedy używasz “nagle” to tak jakbyś ostrzegała, że teraz stanie się coś niespodziewanego, czy to co ma być nagłe, tak naprawdę przestaje takie być. Lepiej pokazać to w tekście, samo z siebie, na przykład budując nastrój i nagle go burząc, lub kontrolując tempo zdań, niespodziewanie to tępo zmienić. Wiem, że to trudne, nie zawsze się udaje, ale działa na czytelnika lepiej, zdecydowanie lepiej, niż powiedzenie, że to jest nagłe i niespodziewane. Możesz spróbować pobawić się interpunkcją we własnych myślach – poucinać jakoś te zdanie, żeby kropki nadały prędkość. Na przykład.

Usłyszał syk. Inny. Nieprzypominający w niczym spalania nafty. 

Trochę inaczej, prawda? Wiem, że nieidealnie, ale nie jestem jakimś mistrzem, staram się tylko coś pokazać, pomóc.

No a tamto “gwałtownie” też nie robi tego odwrócenia naprawdę gwałtownym. To jest klątwa przysłówków, chce się ich używać, ale w większości przypadków tak naprawdę nie działają.

Albo takie coś, choć to już bardzo subiektywne spostrzeżenie:

Musiała minąć chwila,

Evans mógł dostrzec

Czemu po prostu nie “minęła”, czemu “mógł dostrzec”, a nie “dostrzegł”. Niby mały element, ale mam wrażenie, że oddala czytelnika od akcji, jakby dystansuje.

Właśnie głównie o ten dystans chodzi, przez cały tekst miałem wrażenie, że jestem gdzieś poza nim, oglądam go przez szybę, a nie jestem wewnątrz akcji. Ta końcówka też była taka trochę rozmyta, niby coś było, a tego nie było, podobała mi się, ale nie do końca. Splot twist bardzo smaczny, tylko zaserwowany z ością, jakoś ta końcówka też mi do końca nie podeszła, nie wiem czy w końcu to mu się śniło czy nie.

Tyle ode mnie. Mam nadzieję, że trochę pomogłem, pamiętaj, że moje uwagi są w pełni subiektywne i możesz się z nimi nie zgadzać, prezentuję tutaj zasady, które ja bym oczekiwał od tekstu, który mi by bardzo pasował, ale wiadomo każdy ma inny gust.

Ależ się rozpisałem…

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

MaSkrolu, (przepraszam, Sy, że się wcinam pod Twoim tekstem), Twoje uwagi o określeniu “nagle” są bardzo pouczające enlightened. A zdanie 

To jest klątwa przysłówków, chce się ich używać, ale w większości przypadków tak naprawdę nie działają.

jest bardzo trafne. Ładnie ująłeś to, z czym w stu procentach się zgadzam, ale nie umiałabym tak zgrabnie tego ująć.

Sorry, Sy blush

 

Dzięki, Facies_Hippocratica, miło, że się przydały. Właściwie zacząłem zwracać na nie uwagę na lekturze “Pamiętniku Rzemieślnika” KInga, nie wiem po ilu latach bym to zauważył, gdyby on o tym nie napisał. Z tego co wiem wiszę Ci komentarz za “Póki śmierć…”, pamiętam jakby co i zajrzę, choć chyba już nie dziś. Postaram się wpaść z komentarzem jutro.

Sy, przepraszam najmocniej za offtop.

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Dzięki, stnie, za kilka słów pochwał – motyw martwego dziecka z morza zostawiłabym dokładnie w tym samym kształcie w którym jest teraz, może jeszcze dopisałabym parę scen powiązanych z tym wątkiem, gdybym nie pisała tego opowiadania na ostatnią chwilę. Jak już gdzieś tam wspominałam wyżej, rozbuduję sobie tę historię dla własnej rozrywki już, bo mi to spokoju nie daje :D

 

MaSkrolu, hej, dzięki za obszerny komentarz, do którego spróbuję się odnieść. 

 

Musisz wiedzieć, że ja jestem fanką opisów, dużo bardziej niż dialogów, dlatego w moich opowiadaniach jest ich sporo. Czy uważam, że są zbędne? No nie, uważam, że w dużej części budują klimat. Te opisujące pogodę też. 

 

Dzięki za uwagi do do przysłówków, też czytałam Kinga, wiesz :P On tam też wspomina, że przysłówki trzeba wypleniać, ale czasami warto niektóre zostawić, no nie wyczujesz gościa. A że King nie wydał jedynego słusznego poradnika pisania, to ty wiedz. 

 

Faktycznie z tym “nagle” coś mi nie wyszło (tak, pośpiech, ale jesteś nudna, sy), wyplenię to po wynikach konkursu. A to:

 

Usłyszał syk. Inny. Nieprzypominający w niczym spalania nafty. 

wybacz, dla mnie słabo to brzmi, ale ja nie jestem fanką równoważników zdań, nie bierz tego do siebie :D

 

Do czego się nie odniosłam, to bierę sobie do serduszka z pokorą, będę nanosić jeszcze poprawki do tego tekstu. Jestem wdzięczna za wskazówki.

 

nie wiem czy w końcu to mu się śniło czy nie

Co do zakończenia – prawidłowo, o to mniej więcej chodziło :3

 

Szkoda, że ci nie podeszło, no może następnym razem trafię bardziej w twój gust ❤

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Sympatyczne :)

Przynoszę radość

dziękuję, Anet ❤

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Musisz wiedzieć, że ja jestem fanką opisów, dużo bardziej niż dialogów, dlatego w moich opowiadaniach jest ich sporo. Czy uważam, że są zbędne? No nie, uważam, że w dużej części budują klimat :3. Te opisujące pogodę też. 

Prawda, ale wszystko ma swój umiar. Był gość, który zmarł, bo pił za dużo soku marchewkowego, klimat też może zdechnąć, jeśli każdy przedział w tekście ma opis pogody. Ale prawda, też czasem wolę opisy, potrafią fajnie ten klimat zbudować, jednak wiadomo, że nie do wszystkich zawsze trafią i to wcale nie dowodzi, że są złe. Gusta są skomplikowane ;-)

Dzięki za uwagi do do przysłówków, też czytałam Kinga, wiesz :P On tam też wspomina, że przysłówki trzeba wypleniać, ale czasami warto zostawić, no nie wyczujesz gościa. A że King nie wydał jedynego słusznego poradnika pisania, to ty wiedz. 

A wiem, oczywiście, że wiem, ale tą uwagą rzucam gdzie mogę, bo (moim zdaniem) ona rzeczywiście się sprawdza. Zasadniczo pisząc, można wyczuć, który brzmi sztucznie, a który można zostawić. To nagle chyba nie było jedyne, ale innych już nie zaznaczałem.

wybacz, ale dla mnie słabo to brzmi, ale ja nie jestem fanką równoważników zdań, nie bierz tego do siebie :D

Spoko, co kto lubi, przykład też nie jest dobry, bo wyrwany z kontekstu i wymyślony na szybko. Chciałem tylko powiedzieć, że tamten moment był jak dla mnie za mało podkreślony, a przykład był niewinną sugestią zmian, a nie jedyną drogą. Lubie dynamikę, dlatego takie równoważniki też mi pasują.

Cieszę się, że mogłem pomóc i nie piszę tego przez złośliwość, po prostu tutaj te opisy już były za długie, nie chwyciły, a z tego co pamiętam pod Krampusnacht zachwalałem Cię za ten klimat. Różnie bywa. Powodzonka w konkursie ;P

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Bardzo dobre opowiadanie, oparte na warstwie emocjonalnej, ale nie jest tych emocji za dużo, są pokazane subtelnie. Jak zobaczyłam, że o morzu, to już się wystraszyłam, że będzie nudne, bo mam alergię na opisy morza, ale tu nie było tych opisów za dużo, więc mnie nie znudziły. Wieje grozą. Tylko nie wiem, co miało wspólnego to rybie dziecko z latarnikiem i po co była ta postać na schodach, czy to ma jakieś ukryte symboliczne znaczenie czy jest tylko po to, żeby wprowadzić jakiś element fantastyczny? Bo jak jest element fantastyczny, to powinien być jakoś powiązany z bohaterem/treścią opowiadania.

EDIT Przeczytałam część komentarzy dopiero po napisaniu własnego i wychodzi na to, że miałam posobnie jak inni komentujący :D Już wiem, czego symbolem było dziecko, ale ja sama bez wyjaśnienia bym tego nie zauważyła, tak samo z albatrosami, ale może ktoś, kto bardziej siedzi w tej tematyce, by to wyłapał.

Opowiadanie jest ok. Ładnie napisane, chociaż wydaje mi się, że za szybkie. Niestety ja mam problem z klimatem. Nie poczułam tego. :( 

 

 

 

P.S. Też miałam latarnika :P To może i dobrze, że nie wrzuciłam. ;)

Ot, kolejna historia z życia latarnika. Choć klimat tego miejsca niezmiennie lubię, czytałem już lepsze, intrygujące kawałki.

pozdrawiam

Hej, Sy :-) Muszę przyznać, że masz umiejętność budowania nastrojowych tekstów. Kupuję stylizacje, które wykorzystujesz w utworach. Wpada w mój gust. Doceniam też to, że na przestrzeni trzech ostatnich prac napisałaś trzy różne teksty – pod względem konwencji, głównego motywu itp. Wiele rzeczy “zgadza się” w twoim pisaniu. Tworzysz malownicze scenerie i budujesz emocjonalność przez wrażliwość, którą ja rozumiem (przynajmniej tak mi się wydaje). W “Spokoju wiecznym każdy śni” zapisałaś ciekawą fabułę w konwencji grozy. W krótkim tekście opowiedziałaś o demonach przeszłości, które nie pozwalają człowiekowi żyć jego teraźniejszością. Było nostalgicznie oraz mrocznie. Cały układ opowiadania wydaje się mało nowy, ale jest zrealizowany w taki sposób, że miałem przyjemną lekturę przed snem. No i super, powodzenia w konkursie.

 

Urzekł mnie gotycki nastrój tej opowieści i ujęcie konkursowego tematu – coś pomiędzy klaszyczną grozą w najlepszym wydaniu, a ciężkim dramatem psychologicznym. Podobało się.

Bardzo, bardzo, Sy. Klimatyczne, nastrojowe i takie intymne. Chociaż nie brakuje tu grozy. Zbudowałaś kawałek nieskomplikowanej, ale udanej historii. To tylko potwierdza, że świat nie zawsze musi być nowy i porządnie rozbudowany. Podobało mi się.

Pozdrawiam.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Nadrabiam zaległości w czytaniu opowiadań i komentarzy – wybaczcie mi dłuższą nieobecność. Dziękuję za wszystkie komentarze, krytyczne i niekrytyczne. Poprawki będę wprowadzać już za niedługo, dlatego za wszystkie sugestie wielkie dzięki!

 

Mer, oidrin, Darconie – podbudowaliście mnie na duchu!

 

Do wszystkich, którzy nie poczuli klimatu, albo czuli się zagubieni w fabule – obiecuję was uwieść następnym razem! :D

 

Do zobaczenia pod waszymi opowiadaniami :)

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Hmmm. Ładnie budujesz sytuacje, ale same z siebie nie chciały mi się złożyć w sensowny komiks. Dopiero wyjaśnienia z komentarzy pomogły z dzieckiem i albatrosem.

Wolę, kiedy jest więcej przyczynowości. Kumple go tak długo szukali?

I ciekawe, jak się uratował, jeśli dyżurował przy piecu. Nie mów, że wyszedł na pokład, żeby sobie zapalić. ;-)

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka