- Opowiadanie: Światowider - Zza cudownej tafli nietoperz obrzydły

Zza cudownej tafli nietoperz obrzydły

Dwie trzecie opowiadania powstało w dniu publikacji, więc z góry ostrzegam, że może zawierać spore braki redakcyjno-interpunkcyjne. Spodziewam się oczywiście miażdżącej krytyki czwartkowych eksterminatorów, bo czasu w konkursie było aż nadto, po prostu pomysł późno się zjawił.

Ostrzegam również, że opowiadanie sili się na stylizację staropolską, więc jeśli męczą Cię, wielce szanowny Czytelniku, podobne klimaty, warto być może poświęcić czas na przeczytanie i skomentowanie innego opowiadania na portalu :) (no chyba, że jesteś jurorem, wtedy zostać tu na chwilę musisz!)

 

Tym, co jeszcze nie uciekli, życzę miłego czytania!

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Zza cudownej tafli nietoperz obrzydły

W starościńskim urzędzie grodzkim powoli upływał pospolity dzień. Pełniący służbę w kancelarii regent, to jest podrzędny zastępca dzierżącego pieczę nad dokumentami pisarza, nie przykrzył sobie tego jednak. Lubił, gdy spokoju w mieście nie mącił żaden sejmik czy jarmark, a w urzędzie brakło zarówno interesantów, jak i pozostałych pracujących w nim członków palestry. W takie dni mógł bowiem samotnie, pośród ciszy zakłócanej jeno przez brzęczące pod sufitem muchy, oddawać się ukochanemu zajęciu. Pochylony nad grubymi tomiszczami akt grodzkich przewracał z atencją powleczone kurzem karty, studiując ukryte między nimi niezliczone historie. Rozpoczynając służbę wpierw wybierał proces albo inszą awanturę sprzed lat, by następnie zza szkieł okularów przebijać się wzrokiem przez gęstwiny protestacji, pozwów i obdukcji, próbując wytyczyć wśród nich gościniec wiodący wprost poprzez bieg minionych wypadków. Niemało czyhało na owym szlaku pułapek. Każdy wpis stanowić mógł jeno wytwór bujnej imaginacji albo zjadliwą satyrę przeciw znienawidzonemu sąsiadowi. Przeto mało kto nie tracił orientacji w tej dzikiej puszczy, a nawet sam regent, choć niejedną stronę ksiąg przeczytał i niejedną własną ręką zapełnił, nieraz wiele musiał się natrudzić, by odtworzyć historię sprzed dekad. Każda jednak taka opowieść wynagradzała wysiłek, wypełniając godziny nudnego życia skromnego urzędnika.

Tego dnia nie dane jednak było wytrwać regentowi w tym zajęciu do końca służby. Zanurzony w przeszłych wypadkach nie posłyszał kroków, aż więc podskoczył, gdy nad uchem jego ktoś zahuczał:

– Czołem, panie Kozieł.

Regent uniósł wzrok, usta otwierając, by dać respons na powitanie, lecz na widok gościa zastygł bez ruchu. Stał przed nim wysoki mąż, odziany w zdobną ferezję, zdradzającą niechybnie wielkiego pana. Twarz przybysza znał Kozieł aż nazbyt dobrze. Stał przed nim sam Łukasz Niewęgłowski, sławny w całym powiecie jako człek możny, ale sąsiadom ciężki, dla którego zajazd uczynić czy sejmik rozpędzić to jakoby splunąć. Za szlachcicem do sali wkroczyło dwóch zbrojnych w przypasane do boków szable hajduków.

Po chwili konfuzji regent poderwał się z siedzenia.

– Co sprowadza waszą miłość? – zapytał, kłaniając się.

– Doszły mnie słuchy, że w wieży starościńskiej osadzon jest niejaki Fabricius. Zali to prawda?

– A juści, jest tu takowy. Przyszliście, wasza miłość, rychło w czas, bo jutro czeka owego szelmę kat.

– Tedy prowadź do burgrabiego. Pragnę z owym więźniem pogawędzić.

– Nie masz dziś pana burgrabiego, jeno trzech semenów stróżuje w wieży. Ja waszą miłość do owego Fabriciusa zaprowadzę.

Kozieł wyszedł spoza stołu, kierując się ku bocznemu przejściu, wiodącemu ku przylegającej do urzędowego budynku wieży. Postrzegł kątem oka, że prócz szlachcica podążyli za nim takoż dwaj hajducy. W drzwiach regent przystanął i obrócił się.

– Jako żem mówił, w wieży są semeni, nie będzie trza waszej miłości czeladzi dla bezpieczeństwa.

Niewęgłowski nie odpowiedział, wskazał jeno regentowi, by prowadził dalej. Kozieł nie śmiał dłużej oponować, pociągnął więc ku położonym za drzwiami schodom. Czoło jednak uperlił mu pot. O czym chciał Niewęgłowski rozmawiać z więźniem i na cóż mu było do tego dwóch zbrojnych? Ciężkim krokiem regent wspiął się po kamiennych stopniach, aż dotarł do piętra wieży. Tam, w szerokiej sali przy długim stole, dwóch strażników umilało czas sobie grą w kostki.

– Fedko, prowadź na górę, do Fabriciusa – zawołał Kozieł.

Semen poderwał się i, na widok Niewęgłowskiego, skłonił. Toż samo uczynił jego towarzysz. Obaj ruszyli ku wiodącym jeszcze wyżej schodom.

– Jakże to? Ów oczajdusza nie siedzi in fundo? – Rozległ się za plecami regenta głos szlachcica.

– Wybacz, wasza miłość, ale nikogo inszego w więzieniu nie ma, a Fabricius i tak da rychło gardła, więc też pan burgrabia nie chciał go do lochów wrzucać.

– Miły, widzę, mają u was szelmy traktament.

Przed celą stróżował z samopałem na ramieniu trzeci semen. Fedko otworzył drzwi odpiętym od pasa kluczem. Wnętrze stanowiła rozległa komnata o kamiennej posadzce. Pod prawą ścianą stał surowo ciosany, prosty stół, przy którym siedział pochylony człek w czarnej szacie, o twarzy niemłodej, porosłej kruczą, zmierzwioną brodą. Po drugiej stronie pokoju znajdowało się wielkich rozmiarów, zdobnie oprawione zwierciadło.

– Któż to tu umieścił? Przeć to lustro tego łotra! – zawołał Niewęgłowski.

Regent spojrzał na strażników, ci zaś przybrali pozy niewiniątek. Bez chyby dali się przekupić, a może nawet sami wnieśli zwierciadło do celi.

– Dosyć tego! – Niewęgłowski zbliżył się do więźnia. – Fabricius, pomiocie Belzebuba, bogdaj cię nie urodziła twoja mać wylegnica. Za to żeś mnie oszukał, godzien jesteś ćwiartowania. Co, kpie, myślałeś, że zdołasz mnie na dudka wystrychnąć? A przecie teraz żeś jest w moim ręku. Wiedz, że nikt, kto zadarł z Łukaszem Niewęgłowskim, nie odejdzie bez odpłaty. Zdechniesz, psie, jako na to zasłużyłeś.

Na znak chlebodawcy hajducy ruszyli ku Fabriciusowi. Kozieł patrzał na to wszystko przestraszony. Nigdy jeszcze go coś takowego nie spotkało. Strach mu było czynić protesty wobec szlachcica, ale nie mógł dać przecież zarżnąć na swych oczach starościńskiego więźnia jak wieprza.

– Stójcie! – krzyknął w akcie ostatniej desperacji. – Wasza miłość, powiadałeś, że chcesz się jeno z owym człekiem rozmówić?

– I pogwarzyłem z nim dosyć. Teraz odbiorę na nim sprawiedliwość za krzywdy, jakie mi uczynił.

– Sprawiedliwość wymierzy mu kat.

Niewęgłowski pokręcił głową.

– Nie wiem za co ten kiep jest więzion, aleć nie za to, co mi zrobił. – Wskazał oskarżycielsko na zwierciadło. – Łgał jak najęty, patrząc w owe szkło diabelskie, prawiąc, gdzie znajduje się pewien człek przeze mnie poszukiwany. Albo li kłamał celowo, albo żadnych mocy nie ma ów krystalomanta przeklęty. W obu razach jednak wychodzi, żeć to machlerz obrzydły, przez któregom niepotrzebny zajazd uczynił i bez zysku żadnego ludzi swych na szwank wystawiał. Za występęk wobec Niewęgłowskiego Niewęgłowski płaci, nie kat. – Zwrócił się do hajduków. – Kończcie go.

Pachołkowie posłusznie dobyli szabel, zamierzając się na milczącego wciąż więźnia. Ów powolnym ruchem, jakoby nie zdawał sobie z niebezpieczeństwa sprawy, sięgnął za pazuchę, dobywając z niej woreczek niewielki. Nim ostrza opadły na jego głowę, wyciągnął z sakiewki garść czegoś, złoty proszek przypominającego, i cisnął nią w lustro. Zwierciadło rozjarzyło się, jakby płomieniem. Hajducy zamarli zaskoczeni. Na szklanej tafli odmalował się po chwili jakowyś kształt ciemny, wpierw mały, niby daleko w głębi się znajdujący. Z czasem zaczął rosnąć, aż uformował się w maszkarę okropną. Potwór przypominał olbrzymiego, pozbawionego sierści nietoperza. Z obciążonych błoniastymi skrzydłami kończyn wyrastały wyciągnięte ku ludziom szpony, a pół gadzi, pół rybi pysk szczerzył długie kły.

– Hospody pomyłuj! – jęknął Fedko.

Widok stwora otrzeźwił jednego z hajduków.

– Giń, czarci synu! – zawołał, opuszczając szablę na Fabriciusa.

Nim jednak ostrze dosięgło więźnia, rozległo się wycie upiorne. Lustro znów rozbłysło, a z poświaty wypadł, frunąc, potwór. Nietoperz wpił się kłami w gardło hajduka, który zarzęził i upuścił broń.

– Chryste! – wrzasnął towarzysz pachołka, próbując ugodzić maszkarę.

Stwór uniknął ostrza, po czym błyskawicznie przeorał pazurami pierś drugiego hajduka, obalając go na posadzkę. W sukurs ruszył Niewęgłowski, który dobywszy szabli nastąpił na potwora. Ten jednak ponownie się wywinął, a jednocześnie przeciął krtań leżącego pachołka. Z rany trysnęła krew. Ubroczony w niej nietoperz zwrócił się z kolei ku szlachcicowi. Nim ów zdążył go ugodzić, poczuł ból straszny w piersi i dojrzał, że został przyszpilony pazurami do ściany.

Monstrum nie zatopiło kłów w ciele szlachcica. Z siedzenia podniósł się bowiem Fabricius i podszedł do Niewęgłowskiego, śmiejąc się cicho.

– A co, mości Niewęgłowski? Powiedałeś, że mocy mi braknie. Obacz więc, z kimeś zadarł, mopanku.

Szlachcic oczy wytrzeszczył i jęknął, gdy nietoperz powoli zacisnął na jego gardle szczęki.

Regent i semeni patrzali na całą scenę niby we śnie, do żadnej reakcji niezdolni. W końcu jednak paraliż strachu z nich ustąpił, czy może czar moc swoją utracił.

– Iwan, pal! – nakazał zbrojnemu w samopał semenowi Fedko.

Ten wycelował, nie popuścił jednak cyngla, bojąc się dogorywającego szlachcica ugodzić. Broń wyrwał mu nagle Kozieł i czasu nie tracąc, wypalił. Czy łaska Boska czuwała nad sługami starościńskimi, czy też los uśmiechnął się do nich, dość, że niewprawna ręka regenta powiodła kulę wprost w łeb upiornego nietoperza. Stwór głosu nawet nie dobył, jeno wbity w martwe ciało Niewęgłowskiego, wraz z nim osunął się na ziemię.

– Brać go! – zawołał Kozieł, wskazując Fabriciusa.

Więźniowi jednak nie brakło dowcipu. Na widok śmierci przywołanego potwora, błyskawicznie dobył znów cudownego proszku. Rzucił go na taflę lustra, a zaraz potem sam do niego skoczył. Zamiast jednak roztrzaskać szkło, przeniknął przez nie, niby przez wodę. Semeni zamarli.

– Na cóż czekacie? Gonić szelmę! – Regent wyminął ich i dotknął lustra. Dłoń nie przeszła na drugą stronę, a jedynie oparła się na gładkiej tafli zwierciadła. – Takież to sztuczki diabelskie! – Kozieł podrapał się po głowie.

Powiódł wzrokiem po pobojowisku. Przy stole leżeli dwaj hajducy, poznaczeni ranami i cali we krwi. Pod ścianą półsiedział zaś Niewęgłowski, z wbitym weń potwornym ścierwem. Dysząc ciężko, regent rozmyślał, jakże się wytłumaczy z owej awantury. Wreszcie dobył z przytroczonej do pasa sakwy czerwońca.

– Macie tu – rzekł do semenów. – Ubabrajcie się ową krwią. Gdy będą pytać, mówcie, żeście pragnęli powstrzymać Niewęgłowskiego i ludzi jego, chcących Fabriciusa zgładzić. Jako żeście dobrzy pachołkowie, pokonaliście wrażych synów, aleć w zamieszaniu więzień uciekł. A to… – Spojrzał na nietoperza. – Spalcie.

Semeni przytaknęli zgodnie, a na znak regenta wyszli. Kozieł podszedł do zwierciadła. Westchnął, po czym podniósł jedną z szabel i mocnym ciosem zbił lustro.

– Może ci to w czym przeszkodzi, psi synu – mruknął.

 

***

 

Ciężko musiał się regent tłumaczyć dnia następnego. Sam podstarości przesłuchiwał go, kręcąc głową niedowierzająco. Bo jakże mógł więzień wśród siedmiu ludzi przez całą wieżę uciec niezauważony? I czemuż Niewęgłowskiego tak okrutnie skłuto? W końcu jednak regent powrócił do ukochanych ksiąg. Siedział wśród nich nieswój, dręczony ciężką pokusą. Jedna mu rzecz ciekawa się w żywocie przydarzyła, nęciło więc go, by ją zapisać, przyszłym regentom na pamiątkę. Wstrzymywał jednak strach, że jeśli kto wkrótce zapis przeczyta, pozna prawdę, albo, co gorsza, autora za wariata weźmie. Któż jednak miał studiować owe zapiski? A nawet jeśli, to przecie nie zaraz. Nim ktoś do kancelarii zawita, dawno wszyscy o dziwnym wypadku zapomną. A wszakże w aktach wiele mieściło się dziwacznych historii i krotochwil, cóż znaczy jedna więcej? Kozieł nie wytrzymał i chwycił za pióro.

Koniec

Komentarze

Stylizacja IMHO działa, jak najbardziej; nie jestem specjalistką od polszczyzny tej epoki, sama pewnie bym miała jakieś drobne uwagi, ale całość czytało mi się płynnie. Co mi trochę przeszkadza, to konstrukcja fabuły, a dokładniej – to, że pod koniec IMHO siada napięcie. Rewelacyjny tytuł, bardzo dobry początek budujący nastrój, ale awantura z uwięzionym kończy się, po efektownej bijatyce, dość antyklimaktycznie (no ej, tak po prostu im czarnoksiężnik zwiał?). Pomysł na ten tekst, jak wyjęty z zapisków w jakimś "Dziejopisie żywieckim” lub innym źródle w podobnym stylu, jest znakomity, opowiadanie generalnie udane, mimo moich powyższych zastrzeżeń. 

Odnośnie zakończenia, na bardziej efektowne trochę brakowało znaków (może gdybym miał więcej czasu, to udałoby się wcisnąć coś bardziej porywającego). Poza tym nie jest to historia o przeżyciach czarownika, tylko regenta, a myślę, że z perspektywy tego ostatniego trzy trupy, jeden potwór i jeden (nawet jeśli ucieknięty) krystalomanta były wystarczająco efektowne.

Bardzo mnie cieszy opinia nt. tytułu, bałem się, że wyszedł trochę przekombinowany.

Dziękuję za wizytę :)

EDIT: Witam pierwszego jurora!

Przekonała mnie Twoja stylizacja. Udane nawiązanie do epoki (i chyba do Trylogii Sienkiewicza?), ale najbardziej podobał mi się wątek nietoperza. Początek podzieliłabym na dwa lub trzy mniejsze akapity. Zgłaszam opowiadanie do biblioteki.

Ando, dziękuję za wizytę!

Nawiązań do Trylogii, poza podobieństwem ogólnego sztafażu historyczno-językowego, raczej nie ma, ale jeśli takie dostrzegłaś, to przyjmuję to jako komplement dla opowiadania :)

Po przeczytaniu spalić monitor.

Ups, chyba mi trójklik wyszedł, chyba że ktoś kliknął jednocześnie… W każdym razie mignął mi na ekranie dwuklik, po czym opko wylądowało w bibliotece. Podobało mi się, ale chciałabym wiedzieć, co z Fabriciusem! W jednym miejscu robi Ci się niepotrzebnie narrator wszechwiedzący (wgląd w odczucia szlachcica), ake z komórki nie zacytuję.

http://altronapoleone.home.blog

Właśnie się zastanawiałem, kto był na tyle wredny, żeby dać trzy kliki i nie zostawić śladu :D

Myślę, że ewentualne dalsze losy Fabriciusa to temat na inną opowieść ;)

 – Fedko, prowadź na górę, do Fabriciusa – zawołał Kozieł – Kropkę zjadło :)

 

 – I pogwarzyłem z nich dosyć. – Nie czasem nim? Chyba, że to też jakaś stylizacja.

 

Światowider, wielceś mi radości sprawił tekstem owym. Rad Ci jestem, bo lubuję taką stylizację ponad miarę wszelką, czasem i ponad dziewki jakowe czy napitek babki.

Tytuł ręką godną najzacniejszego skryby zapisany, treść owego manuskryptu takoż mnie w nastrój dobry wprawiła, jak i radość z lektury przyniosła. Jeno jeden sprawunek wadzi mi krztynę.

Dobra, kończę tę grafomanię :D Mam podobnie jak ninedin. Końcówka mnie nie usatysfakcjonowała w pełni. Zabrakło jakiegoś twista, ciekawego rozwiązania sprawy, czegokolwiek. Mamy tylko zapisek w księgach i nawet nie dowiadujemy się, co się z czarownikiem stało. Nie mówię, że to źle. Ale całość naprawdę bardzo mi się podobała i zabrakło mi jakiegoś wyraźniejszego zakończenia.

Bywaj! ;)

 

 

 

Podobało mi się, nawet mi ta końcówka z lekko opadającym napięciem nie przeszkadzała. W sumie pasuje do zawodu, wykonywanego przez bohtera ;) Choć z drugiej strony dalsze losy Fabriciusa chętnie bym poznała.

Stylizacja zacna, pomysł prosty, ale fajny, tytuł zajefajny. Aż żal, że kliczka nie potrzebujesz :)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Przyjemne :)

Przynoszę radość

Witam nowych przybyszów!

 

Realuc, swoje racje w kwestii zakończenia wyłożyłem wyżej, więc nie będę ich powtarzał. Cieszę się, że mimo tego mankamentu lektura sprawiła Ci przyjemność. Skoro tak Ci się podoba stylizacja, to nieskromnie polecam także poprzednie moje w tym duchu napisane opowiadania: “Smok nad Warszawą”“Kiedy sowa zakwili”

Irko, raduje mnie, żeś kontenta z lektury :) Widzę, że Fabricius, mimo krótkiego czasu antenowego, wszystkich zaintrygował. Trzeba nad nim będzie pomyśleć.

Anet, ośmielę się zapytać, jak sytuuje się “przyjemne” w stosunku do “ciekawe” i “fajne”? :D

Nie wiem, trzeba zapytać tych, którzy układali skalę ;)

Przynoszę radość

Ejże, po przedmowie spodziewałem się czegoś gorszego, a użyta przez Ciebie stylizacjie nie jest wcale męcząca ani zła, ba, wyważona i pasująca.

Na samym początku, przy okazji lustra, myślałem, że to coś o Twardowskim będzie, ale uciekłeś w swoje rejony. Ciekawe zresztą – w takich staropolskich legndach i podaniach, właśnie też przez stylizację, jest coś intrygującego i tajemniczego. Co prawda trochę skiepściłeś wszystko zakończeniem, no bo jak to hop w lusterko i koniec chryji? Nie chcę oskarżać Cię o skorzystanie z deus ex machiny, bo nie zasługujesz, ale czymś takim nieprzyjemnym lekko zalatuje. Może ta perspektywa regenta jest zbyt dla owej tajemnicy wąska, może czarownik jest serio jakiś Twojszym Twardowskim, może. Pewnym jest, że czytało mi się bardzo dobrze.

Przedmowa wynikła z komentarzy części czytelników poprzednich opowiadań, twierdzących, że ze stylizacją przesadzam, czy wręcz, że dialogi trudno zrozumieć bez pomocy Googla. Poza tym to konkretne opowiadanie było w większej części pisane na chybcika, więc nie byłem pewien, na ile ta stylizacja się udała i jest spójna. Jak widać jednak te obawy były chyba płonne ;)

Posądzenie o "deus ex machinowość" zakończenia próbowałem uprzedzić wyraźnym zaznaczeniem istnienia zwierciadła w celi. Wydaje mi się, że jest to wystarczający sygnał dla czytelnika, że owo zwierciadło jakąś rolę w fabule odegra.

Co do Twardowskiego, on pewnie rzeczywiście nie potrafił wskakiwać do zwierciadeł, ale możemy uznać, że był tylko takim siedzącym na królewskim dworze krystalomantycznym celebrytą, a prawdziwi fachowcy działali w większej dyskrecji :D

Dzięki za wizytę i komentarz!

Rzeczywiście, stylizację masz bardzo wiarygodną, przyjemnie się to czyta, w takiej ilości znaków. Jestem ciekawy, jak byłoby z powieścią, ale myślę, że to kwestia pewnego przyzwyczajenia i też czytałoby się całkiem dobrze.

Historia jak historia, klimat robi cała otoczka, wieża, cela i lustro. I jeśli chodzi o lutro, to widzę tu słaby punkt. Mając proszek Fabricius mógł w każdej chwili wyjść, i nie chodzi mi o ucieczkę do środka lustra, bo tą można umotywować, jako niebezpieczną, ale przy każdej wizycie, czy podawaniu posiłku mógł coś przywołać i uciec. Ale to chyba nie o to chodzi, tylko o zabawę językiem. :)

Pozdrawiam.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Nie no, zaznaczyłeś, ale nieco lepiej wytłumaczył to Darcon.

Twardowskiego ratowała legenda i związany z nim PR, też mam wrażenie, że był znacznie przereklamowany. Ale co był na Księżycu, to był. ;)

Witaj, Darconie!

I jeśli chodzi o lutro, to widzę tu słaby punkt. Mając proszek Fabricius mógł w każdej chwili wyjść, i nie chodzi mi o ucieczkę do środka lustra, bo tą można umotywować, jako niebezpieczną, ale przy każdej wizycie, czy podawaniu posiłku mógł coś przywołać i uciec.

Z drugiej strony, być może fakt, że mógł w każdej chwili wyjść, sprawiał, iż mu się właśnie nigdzie nie spieszyło. Bo np. posiadając magiczne zwierciadło, a może będąc po prostu wystarczająco domyślnym, spodziewał się wizyty Niewęgłowskiego i chciał przed ucieczką załatwić z nim porachunki ;)

Przeczytałam. Stylizacja mi się podoba, widać, że znasz się na rzeczy. Historię przyjemnie się czytało, była rozrywkowa. Brakło mi tylko jakiegoś wyjaśnienia, kim jest facet z lustrem i czym właściwie było lustro. Rozumiem, że tak miało być, że główny bohater nie wie, ale mogła być chociaż jakaś wskazówka dla czytelnika.

Myślę, że lustro jest po prostu lustrem ;)

Dzięki za wizytę i komentarz!

 

Przyzwoita stylizacja, bo nie nuży, a dodaje smaczku opowieści. Szkoda tylko, że zakończeniu brakuje jakiejś takiej mocniejszej puenty, ale miło się czytało.

Oidrin, dziękuję za wizytę!

Uch, pierwsza połowa tekstu strasznie ciężko opisana. I nie chodzi o stylizację, a o sposób jej wprowadzenia. W końcu później stylizacja jest nadal, a jednak drugą połowę łatwiej się czyta.

 

Tekst jak tekst. Niby fajny, ale zakończenia (czy może raczej epilogu) jakby brakło. Wspomniałeś, że liczba znaków… Niekoniecznie. Ten tekst spokojnie nadaje się do skrócenia i wtedy można by dodać epilog. Dlaczego bardziej epilog niż zakończenie? Zakończenie samo w sobie trzyma się kupy i udziwniać go nie trzeba, ale nie daje ono satysfakcji czytelniczej. Za to brakło jakiejś choćby drobnej sugestii tego, co się stało z uciekinierem – a tu pole do popisu jest ogromne.

 

Z technikaliów: niektóre akapity zdecydowanie zbyt długie, do podzielenia na mniejsze. No i niekonsekwencja w spacjach na początku linijek. Wstawiasz je często, co mogłoby sugerować celowe robienie wcięć, ale nie robisz tego zawsze. Przez moment myślałem, ze wcięcia dajesz tylko tam, gdzie nie ma dialogów, co mogłoby być celowym formatowaniem, ale niektóre dialogi też mają to dodatkowe wcięcie (a niektóre nie).

 

Witaj, Wilku!

Odnośnie różnej jakości połów – w pierwszej części tekstu dominują opisy, w drugiej jest więcej dialogów. Mam więc rozumieć, że dialogi wyszły lepiej od opisów, czy jednak Twoje wrażenie dotyczyło czegoś innego?

Nie wątpię, że można by było opowiadanie skrócić, pytanie, czy miałby taki zabieg sens. Co do epilogu, masz rację. Mogę tylko stwierdzić, że być może będę chciał to w przyszłości rozwinąć, stąd kwestię dalszych losów Fabriciusa wolałem pozostawić na razie otwartą. Zgadzam się jednak, że temu konkretnemu tekstowi to mocno zaszkodziło.

Spacje to niestety efekt przenoszenia tekstu na portal z edytora tekstowego. Postaram się w wolnej chwili to naprawić.

Dzięki za wizytę!

Odnośnie różnej jakości połów – w pierwszej części tekstu dominują opisy, w drugiej jest więcej dialogów. Mam więc rozumieć, że dialogi wyszły lepiej od opisów, czy jednak Twoje wrażenie dotyczyło czegoś innego?

W dialogach nasycenie stylizacji było mniejsze, w opisie większe. Czasem tak bywa, że suwak pójdzie za daleko. Trochę jak w używaniu zwrotów obcojęzycznych w tekście. Gdy jest ich trochę – nadają klimatu. Gdy za dużo – czynią tekst nieczytelnym.

Lektura, mimo stylizacji, odbyła się bezboleśnie, a niecodzienne zdarzenie, którego świadkiem był regent Kozieł okazało się całkiem zajmujące. Jednakowoż zastanawiam się, jak skończyłaby się ta historia, gdyby Niewęgłowski nie odwiedził Fabriciusa i mag, aby uniknąć spotkania z katem, musiałby zniknąć następnego dnia. Czy jego ucieczka byłaby równie widowiskowa? Tylko czy wtedy regent miałby co zapisać w swoich księgach…?

 

nie przy­krzył sobie tego jed­nak. ―> Nie wydaje mi się, aby można było nie przykrzyć sobie, tak jak chyba nie napisałbyś: …nie nudził sobie tego jed­nak.

A może miało być: …nie przykrzyło mu się jednak.

 

w urzę­dzie bra­kło za­rów­no in­te­re­san­tów, jak i po­zo­sta­łych pra­cu­ją­cych weń człon­ków pa­le­stry. ―> …jak i po­zo­sta­łych pra­cu­ją­cych w nim człon­ków pa­le­stry.

Weń to inaczej w niego.

 

prze­wra­cał z aten­cją po­wle­czo­ne ku­rzem karty, stu­diu­jąc ukry­te mię­dzy nimi nie­zli­czo­ne hi­sto­rie. ―> Mam wrażenie, że niezliczone historie ukryte były na kartach tomiszczy, a nie między kartami.

 

wraz z nim osu­nął się na zie­mię. ―> Raczej: …wraz z nim osu­nął się na podłogę/ posadzkę.

 

przez całą wieżę uciec nie za­uwa­żo­ny? ―> …uciec nieza­uwa­żo­ny?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Wilku, a to ciekawe, starałem się, by właśnie opisy były bardziej współczesne. No cóż, tym razem nie wyszło ;)

Regulatorzy, obawiam się, że gdyby Niewęgłowski nie przyszedł z wizytą, ucieczka byłaby dużo bardziej dyskretna. Ale wtedy musieliby z niej się jakoś wytłumaczyć stróżujący semeni, więc może wymyśliliby równie efektowną historię ;)

Nie wydaje mi się, aby można było nie przykrzyć sobie

Otóż można jak najbardziej, np. "Ale najbardziej hałasował i przykrzył sobie te ciężkie czasy Podziomek" albo "Ale lud ten, niedawno ze zbójców w rolników zmieniony, przykrzył sobie prawo, surowość rządów i porządek, uciekał więc tam, kędy nadzieja dzikiej swobody zabłysła".

Bardzo dziękuję za wizytę i poprawki!

Światowidrze, bardzo dziękuję za wyprowadzenie mnie z błędu. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Do usług :)

Sorry, Winnetou, ale jestem na NIE.

Nie przeszkadza mi stylizacja – jest w porządku, nawet na plus. Tylko przegadanie tekstu. Mam wrażenie, że kompozycja jest zachwiana – opowiadanie chyba jest o spektakularnej ucieczce, a do celi docieramy dopiero po półmetku. Wcześniej jest dużo staropolskiego small talku i tekst chyba zyskałby na jego skróceniu.

IMO, taka rozwlekłość mogłaby się sprawdzić w powieści, ale szkodzi szortowi. Mam poczucie, że jeśli człowiek dysponuje tylko garstką słów, to powinien ich oszczędniej używać.

Przyznam, że wczoraj zasnęłam na komentarzach i dzisiaj już nie bardzo mogę sobie przypomnieć wydarzenia, zwłaszcza z tej pierwszej części.

Aha, przeszkadzał mi regent. Wyjaśniasz funkcję, ale mnie to słowo kojarzy się głównie z p.o. króla i jakoś mnie to gryzło.

Babska logika rządzi!

Bardzo ładnie napisane opowiadanie. Prosta historia, całkiem dynamiczna jak na stylizację zabijającą wszelką gwałtowność. Sympatyczny główny bohater. Więzień – nie widzę powodu, dla którego czekałby aż do ataku, by uciec. Początek – mocno przeciągnięty, cięłabym. Nie możesz sobie pozwalać na zbędne zdania w tak krótkim tekście.

Wielki plus za stylizację, bo naprawdę rzadko się zdarza, by ktoś potrafił używać tego typu języka w sposób wystarczająco przyjemny, by lektura przebiegała bezboleśnie. Dobra robota i zasłużona biblioteka, choć jak na piórko to niezbyt wiele pokazałeś.

Naprawdę zgrabny szorcik. Czytałam z zadowoleniem :)

www.facebook.com/mika.modrzynska

No proszę, nawet nie zauważyłem, że mój tekst dostał nominację. Miła niespodzianka!

 

Finklo, bardzo mi się podoba określenie “staropolski small talk”. Zgadzam się, że być może początek jest pod tym względem przeszarżowany (szczególnie w stosunku do objętości całości), z drugiej strony większości czytelników to chyba nie przeszkadzało, więc raczej nie było tak źle. Niemniej, kolejna kwestia do poprawienia w przyszłej pisaninie.

Dziękuję za odwiedziny!

 

Kam, dzięki za pochwały i uwagi! Na temat wstępu odpowiedziałem wyżej Finkli. Odnośnie więźnia, skoro mógł dostrzegać przyszłość, zapewne czekał na Niwęgłowskiego, żeby się z nim rozprawić.

Naprawdę zgrabny szorcik. Czytałam z zadowoleniem :)

Dobrze, jeśli chociaż jeden zwrot z lożowskiej opinii jest anetny. ;-)

Babska logika rządzi!

Dobrze, jeśli chociaż jeden zwrot z lożowskiej opinii jest anetny. ;-)

Oj tam, za pierwszą nominacją żaden nie był anetny, mogło być gorzej ;)

Tekst stylizacją stoi. Naprawdę zgrabnie poruszasz się w historycznych realiach i takiego laika w temacie Polski szlacheckiej jak ja nazewnictwo, słownictwo i cała reszta przekonuje wystarczająco.

Sama intryga jest już jednak bardzo uproszczona. I aż żal, że tak sprawne pióro i naturalny dryg do "historii osadzonych w historii", posłużyły do opowiedzenia niezbyt porywającej fabuły. Ot, historyjka o magu, który ucieka z więzienia, spod topora katowskiego i przed szablą oszukanego wroga. Bez emocji i bez większych wzruszeń, bez zaskoczeń i bez zapadających w pamięć charakterów.

Przyznam szczerze, że naprawdę sporo obiecywałem sobie po wstępie: regent przeszukujący stare sprawy mógł trafić na coś naprawdę niezwykłego, tajemniczego i fascynującego – fajnie to wymyśliłeś i opisałeś, a ja zawierałem ręce. Jednak zupełnie porzuciłeś ten interesujący trop/wątek. Nie traciłem nadziei, wszak swoją pasję Kozieł mógł jakoś wykorzystać do rozwiązania sprawy mu współczesnej, czyli więzionego maga Fabriciusa – ale znów obszedłem się smakiem – nic takiego nie nastąpiło. Okazało się, że cały ten wstęp był potrzeby jedynie do spięcia tekstu klamrą i być może swoistego "przebicia czwartej ściany" (Kozieł spisał swoją historię, a my ją teraz czytamy). Niestety, na samą akcję żadnego wpływu nie miał.

Jest kilka faktów w tej opowieści, które budzą moje wątpliwości. Na przykład jak tak potężny mag dał się złapać? Czemu nie uciekł wcześniej skoro to było takie proste (miał swoje zwierciadło, proszek itd.). Dlaczego semeni stali bezczynnie gapiąc się na potwora, który masakruje obstawę szlachcica i niechybnie zaraz zajmie się resztą towarzystwa? Czekali na swoją kolej? Akurat właśnie ich zamurowało? Sam przyznasz, że to chwyt rodem z filmów klasy B.

Słaby jest też motyw, jakim kieruje się Niewęgłowski. Wdziera się do ratusza, by ubić maga za to, że tamten nie wytropił kogoś innego dla niego? Tradycyjne ustrzelenie demona z samopału też jakieś mało magiczne. Pomyślałem sobie, że skoro regent chybił, to pewnie przypadkiem zbije lustro unicestwiając nieziemską bestię. I znów nie trafiłem. Akcja, która zresztą gwałtownie i ze stratą dla kompozycji tekstu przyspiesza w pewnym momencie, toczy się więc bardzo prostymi koleinami i nie zaskakuje, mimomimo że kolejny raz idzie innym tropem niż oczekiwałem. Po prostu z przewidywalnych zagrań wybierałeś zazwyczaj te jeszcze prostsze.

Z uwag technicznych: przydałoby się np. pozamieniać tego "stwora" na jakieś synonimy. Zdarzają się też babolki wynikłe z pośpiechu:

– Fedko, prowadź na górę, do Fabriciusa – zawołał Kozieł (brak kropki).

Po przeczytaniu spalić monitor.

Okazało się, że cały ten wstęp był potrzeby jedynie do spięcia tekstu klamrą…

Jednych wstęp znudził, u innych rozpalił fałszywe nadzieje. Tak źle i tak niedobrze ;) Niemniej nie zgodzę się, by służył on tylko stworzeniu klamry. Jest też pewną prezentacją głównego bohatera.

Dlaczego semeni stali bezczynnie gapiąc się na potwora, który masakruje obstawę szlachcica i niechybnie zaraz zajmie się resztą towarzystwa? Czekali na swoją kolej? Akurat właśnie ich zamurowało? Sam przyznasz, że to chwyt rodem z filmów klasy B.

Myślę, że paraliżujący szok wobec pojawienia się nadnaturalnego potwora jest reakcją wystarczająco realistyczną. A czemu zamurowało akurat semenów? Pewnie dlatego, że byli tylko wartownikami na ciepłych posadkach w zwykle pustym więzieniu, podczas gdy hajducy Niewęgłowskiego żyli w ogniu ciągłych bitek i zajazdów, może byli nawet weteranami wojen etc.

Słaby jest też motyw, jakim kieruje się Niewęgłowski. Wdziera się do ratusza, by ubić maga za to, że tamten nie wytropił kogoś innego dla niego?

Nie do ratusza, tylko do kancelarii grodzkiej. Dwa zupełnie różne urzędy ;)

Nie za to, że nie wytropił, tylko że oszukał. Sądzę, że taki czyn zdecydowanie wystarczył Niewęgłowskiemu do podjęcia gwałtownych kroków, ze względów zarówno honorowych, jak i prestiżowych. Choć zapewne mea culpa, że nie uwypukliłem tego wystarczająco w tekście.

 

Pomimo powyższego marudzenia z większością uwag się zgadzam i bardzo za nie dziękuję. Również wielce dziękuję za organizację konkursu, było wielką przyjemnością (być może wbrew ponurej formule “Ciężkiego dyżuru”) w nim uczestniczyć :)

Lepiej późno niż wcale :-) 

Jak zapewne wiesz, głosowałem NIE, choć nie bezboleśnie.

Jesteś mistrzem stylizacji, na portalu nikt nie potrafi tak, jak Ty. Archaizujesz naturalnie, niewymuszenie, nie ma u Ciebie sztuczności charakterystycznej dla amatorskich podejść do pisania "z epoki", nie ma nawet pojedynczego przypadku użycia fajnie brzmiącego, ale niewłaściwego dla kontekstu treści archaizmu, co zdarza się u innych (wliczając w to na przykład Sapkowskiego) zaskakująco często… Cóż, nie będę się rozpisywał, wystarczy, że powiem: czapki z głów. Nie sądzę, bym kiedykolwiek widział lepszą stylizację na siedemnasty wiek. 

Ale fabularnie to tam raczej kiepsko. Nie tyle chodzi mi o prostotę historii, bo to nie jest wadą, ale raczej o wrażenie, bardzo mocne zresztą, że gdyby tylko autor miał do dyspozycji większą przestrzeń, więcej znakow i możliwości rozpisania się, to zniknęłyby dziury logiczne, skróty i płycizny fabularne, a pytania kto, po co i dlaczego, z pewnością uzyskałyby satysfakcjonujące odpowiedzi. 

Zatem, by nie przedłużać (tyle do zrobienia, a tak niewiele czasu, jak mawiał Joker) – jestem zachwycony stylem, ale zawiedziony fabułą. Przede wszystkim przeszkadza mi to wrażenie – tekst byłby dużo lepszy (może i piórkowy) gdyby był dłuższy. A w piórkach nie ma osobnej kategorii dla tekstów, które muszą borykać się z limitem znaków. 

Pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Witaj, Thargone!

Jesteś mistrzem stylizacji, na portalu nikt nie potrafi tak, jak Ty.

Raczej mało kto próbuje. Myślę, że co najmniej kilka osób tutaj dałoby radę, gdyby było im to potrzebne.

gdyby tylko autor miał do dyspozycji większą przestrzeń, więcej znakow i możliwości rozpisania się, to zniknęłyby dziury logiczne, skróty i płycizny fabularne, a pytania kto, po co i dlaczego, z pewnością uzyskałyby satysfakcjonujące odpowiedzi.

Pracuję teraz w oderwaniu od konkursów nad dłuższym tekstem, więc być może uda się zweryfikować tę tezę ;)

Również pozdrawiam!

Świetnie napisane opowiadanie. Mówię tu o stylizacji. Mnie przekonało, a ja w ogóle lubię taki historyczny klimat. Znalazłem go w książkach Komudy, czy nawet Piekary (”Szubienicznik”). Twoje opowiadanie nie odstaje pod tym względem.

Limit pozwolił na zapisanie rozbudowanej sceny a szkoda. Z takim zacięciem mógłbyś stworzyć naprawdę ciekawą historię. Ogólnie jeśli czegoś tu zabrakło, czy mielibyśmy szukać zarzutu, to wskazałbym fabułę lub ogólnie krótką historyjkę. Ale powiedziałbym też, że to pewnego rodzaju cena związana ze stylizacją. Potrzebowałeś miejsca na zbudowanie klimatu i zabrakło trochę na opracowanie przebiegu wydarzeń, aby trzymał w napięciu i zaskakiwał. Pomimo to, opowiadanie nadal jest bardzo fajne :-)

Dziękuję za wizytę i dobre słowo :)

Ja prozę Komudy dla odmiany niezbyt lubię (najciekawsze dla mnie są u niego zawsze przypisy ze źródłami :P), "Szubienicznika", przyznam się, nie czytałem, muszę kiedyś wreszcie go nadrobić.

Limit rzeczywiście ograniczył trochę pole manewru. Na szczęście na razie mamy przerwę w interesujących mnie konkursach (weird jakoś niespecjalnie mi leży), można więc popracować nad czymś bez ograniczeń ;)

Nowa Fantastyka