- Opowiadanie: Łosiot - Lucy

Lucy

Tekst jest inspirowany (nie klikać przed przeczytaniem!) pewną historią, z pewnością wielu z Was znaną.

Życzę satysfakcjonującej lektury,  jak zwykle z ogromnymi wątpliwościami klikam “Gotowe” :P
 

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Lucy

“Początkiem wszechrzeczy są atomy i próżnia.

Wszystko inne jest tylko mniemaniem”.

 

Demokryt z Abdery, “śmiejący się filozof”

 

 

Zanim w pełni dotarło do mnie, że już jej nie ma i nie będzie, musiałem ułożyć układankę. Jeden po drugim, na swoje miejsca wpadały kolejne elementy: nagła informacja o wypadku samochodowym, wszystkie te sprawy związane z pogrzebem, uderzenia łopaty uklepującej świeżą mogiłę i drewniany krzyżyk wbity w mokry piasek. Niedługo będzie tam kamienny nagrobek z wyrytym imieniem: Lucy.

Ale potem jeszcze kolejne puzzle: pusty dom, pierwsza noc w zimnym łóżku, śniadanie w ciszy, poranna gazeta z której nic nie zapamiętam. I kolejne, a po nich następne. Układanka zdawała się nie mieć końca. 

 

 

Zaczyna się od trzeszczącego: “Przechodzą do twojego sektora, są na głównym szlaku, powinieneś ich za chwilę zobaczyć, odbiór”. Pewnie wtedy ukryte w krzakach szklane ślepie kamery łypnęło w kierunku skraju lasu i wylewającej się stamtąd na łąkę burej drogi. Operator wyostrzył, nacisnął przycisk, zaszumiała obracająca się w kasecie kamery szpula z celuloidową taśmą. Z półmroku, spomiędzy powykręcanych pni starych dębów wychodzą żołnierze. Idą w luźnym szyku, z bronią przewieszoną przez ramię, rozglądając się czujnie, ale i rozmawiając. 

– Ładny ten las dowódco, co nie?

– Harris, zamknijże się już, kłapiesz dziś jadaczką jak baba, no ile można? – odpowiada dowódca.

– Poruczniku, ale przyzna pan, że dobrze tak się czasem wyrwać na łono natury. Pogoda ładna, ciepło, zielono, słoneczko… – włącza się kolejny żołnierz. 

– Pieprzycie szeregowy, wam tylko łona w głowie – ripostuje porucznik, wzbudzając salwę śmiechu wśród reszty chłopaków.

Pamiętam, jak mnie wtedy zabolało. Przecież już nie powinno, od jej odejścia minęło sporo czasu, a jednak wciąż nie byłem gotowy nawet na takie żarty. 

Na końcu tego fragmentu jest jeszcze: “Oddział trzyma się głównej drogi, wchodzą z do trzeciego sektora. W wasze ręce, bez odbioru”. 

 

*

 

Później, znacznie później, odbyła się rozmowa porucznika z jednym z tych gogusiów w białych fartuchach. Znalazłem ją i dopasowałem do układanki.

 

– Natknęliśmy się na nich w lesie, tuż po przejściu przez łąki – mówił porucznik z nieskrywaną niechęcią w głosie. 

– No tak, punkt kontrolny, sektor trzy. Jak się wtedy czuliście? Czy… były już jakieś zmiany? 

– Trudno powiedzieć, fakt, że chłopaki coraz bardziej dokazywali, no i jak w środku lasu zobaczyliśmy waszą ekipę w tych białych fartuchach, z notatnikami i poważnymi minami, wtedy może już rzeczywiście coś…

– Śmialiście się wszyscy i nie mogliście przestać, co was tak rozbawiło? – przerwał porucznikowi goguś. 

– Nie wiem, wszystko, a może każdego co innego, w każdym razie wie pan, jak to się śmiech udziela, wystarczy, że jedna osoba zacznie i po chwili wszyscy zrywają boki. Wie pan jak to jest. 

– Nie wiem, poruczniku.

 

*

 

W sektorze trzecim, zalesionym terenie o powierzchni paru hektarów, obserwowało nas co najmniej kilku świetnie ukrytych operatorów z kamerami, całą akcję oglądam więc z różnych ujęć. 

Piątka królewskich marines idąca niepewnie po miękkim mchu. Dziwnie wyglądamy, chodzimy trochę jak brodzące w stawie ptaki lub, po prostu, jak idioci. Podnosimy wysoko nogi nad krzaczkami jagód, staramy się nie deptać grzybów i nie zbliżamy się zbytnio do pni drzew. 

Wiem, pamiętam, dlaczego. Po wcześniejszym spotkaniu z ekipą doktorków ruszyliśmy w głąb lasu, a ten zrobił się jakiś… inny. Dla mnie wtedy – przerażający. Wszystko tam wyglądało coraz bardziej obco; pojawiły się nowe kolory i tekstury, a nawet kształty, światła w cieniach, ruch tam, gdzie nic nie miało prawa się ruszać. Wszystko to, z początku nieuchwytne, na skraju pola widzenia, z czasem stawało się coraz wyraźniejsze i coraz pewniej wpychało się na pierwszy plan. Na filmie tego nie widać, ale potwierdzają to niektóre nagrania naszych rozmów. 

 

– Harris, nazbierajcie tych świecących, tych na niebiesko, przydadzą się – rozkazuje dowódca wskazując na ziemię. – Uważaj na siebie, dziwnie to wygląda. 

– Jasne poruczniku! – odpowiada żołnierz, po czym zdejmuje hełm i, niezwykle ostrożnie, zaczyna zbierać do niego szyszki opadłe z porastających sektor wysokich świerków. 

– Reszta, ubezpieczać Harrisa!

Po tym rozkazie dwóch szeregowych przyklęka w pobliżu kolegi plecami do niego, z karabinami wycelowanymi w las.

– Walter, sprawdź radio i spróbuj kontaktu z bazą, musimy złożyć meldunek. Walter! Co z tobą? Weź się w garść!

Stoję, lekko się chwiejąc. Mam żałośnie bezradny wyraz twarzy, gdy z każdej możliwej strony przyglądam się swoim dłoniom. 

– Szefie, gdzie my, kurwa, jesteśmy? Co się dzieje? Jezus Maria poruczniku, co to za miejsce? Czy wy widzicie to, co ja? – wołam rozglądając się gwałtownie. 

– Walter! Radio! – warczy porucznik. – Macie mi odpalić radio, natychmiast!

– Tak dowódco, radio, tak! – mówiąc to, zdejmuję z pleców radiostację, delikatnie kładę ją na grubej warstwie mchu i mocuję się z kablami. 

Zajmujemy pozycję na niedużej polance w środku lasu. Harris melduje się dowódcy z hełmem pełnym szyszek, jedna z kamer pokazuje go od góry.

– Bardzo dobrze Harris, pilnujcie tego jak oka w głowie. Walter, dawać mi to pierdolone radio!

– Już szefie, za moment będzie! – odpowiadam drżącym głosem. 

Klęcząc przy radiostacji, usiłuję rozplątać przewody. Trzęsę się cały, rozglądam nerwowo. Nie radzę sobie z tymi kablami.

– Szefie, to czymś obrosło, wszystko tu obrasta, nie kładźcie nic na ziemię, ona jest… Ja nie wiem, ona nas chyba atakuje, chce zabrać radio!

– Johnson, Derrick, ognia! – krzyczy szef. 

Pamiętam, poczułem wtedy ogromną ulgę, bo okazało się, że nie byłem sam; chłopaki widzieli to samo, co ja, tak mi się przynajmniej wydawało.

Dwaj szeregowi odwracają się w kierunku radiostacji i, zgodnie z rozkazem, otwierają do niej ogień. Kamery z mechaniczną fascynacją zarejestrowały spowitą dymem scenę. Ich operatorzy zapewne otwierali szeroko oczy ze zdziwienia; w końcu dwaj marines ostrzelali właśnie własną radiostację, wywalając w nią po magazynku ślepaków.

– Poruczniku, to nic nie daje, nadal ją trzyma! – melduje któryś z chłopaków, wymieniając magazynek. 

– Wstrzymać ogień! Harris, kryształami w nią! – ryczy porucznik. – Rusz się!

I rzeczywiście, szeregowy Harris wykonuje rozkaz. Atakuje radiostację szyszkami, ja zaś zaczynam ze zdwojonym entuzjazmem szarpać się ze sprzętem, by w końcu urwać jeden z kabli wraz z słuchawką. I znowu: nie ma tego na filmie, ale wiem, Harris pomógł mi wtedy, jego świetliste pociski uwolniły radio z falującego kolorami, wciągającego wszystko mchu.

– Jest! Szefie, mam ją!

– Dobrze, daliśmy im popalić! – huknął dowódca.– A teraz, padnij! Złapiemy łączność.

Spowici chmurą dymu ze ślepych nabojów, marines jak jeden mąż rzucają się na kobierzec porośniętego paprociami, obsypanego igliwiem i łuskami karabinowymi, mchu. Królewscy marines, zachowujący się jak idioci, a do tego spietrani jak nigdy. 

 

 

Co oni nam zrobili? Gdzie nas wysłali? To miały być zwykłe ćwiczenia terenowe. Szukałem odpowiedzi, składałem okruchy informacji. Niektóre z nich były jak puzzle z niebem na układance z jakimś pejzażem: zapełniały wolne miejsce, ale nie wnosiły nic nowego. 

Na przykład rozmowy któregoś z tych naukowców z Johnsonem i Derrickiem, przeprowadzone w jednej z salek ośrodka Porton Down. Krzesło, stół, popielniczka, dym z papierosa sięgający chciwie szarymi mackami w górę do wiszącej tam blaszanej lampy. Dwie takie same sceny, dwóch innych aktorów, ten sam głos dobiegający zza kamery. 

 

– Co się stało w lesie, Johnson?

– W lesie… Cóż, w lesie to… nie byliśmy już chyba w lesie. 

– A gdzie?

– Nie wiem, przecież to wy nas tam wysłaliście. 

– Dlaczego otworzyliście ogień do radiostacji?

– Zostaliśmy zaatakowani, to znaczy coś zaatakowało radio, porucznik kazał strzelać. 

– Kto was zaatakował? 

– Nie wiem. 

– To do czego strzelaliście?

– Walter mówił, że coś obrasta radio, że je wciąga, potem też to widziałem, jakby palce z ziemi. Nie wiem, no!

 

– Derrick, do czego strzelaliście w lesie?

– Coś chciało nam zabrać radio, wciągało je pod ziemię, Walter to widział. 

– Co dokładnie?

– Nie wiem, sir, naprawdę, wszystko tam było tak dziwne, nie do nazwania. Pytaliście Waltera? Gdzie on jest? Co z nim?

– Co tam czuliście, Derrick?

– Bałem się sir, bałem się jak cholera. 

 

*

 

W lesie zapada kompletna cisza. Gdy uważnie wsłuchać się w nagranie, słychać ciężkie oddechy i szepty żołnierzy leżących promieniście na mchu jak rozsypane bierki. 

Po pewnym czasie jeden z szeptów zmienia się w chichot, a następnie – głośny śmiech niosący się echem między pniami. Mój śmiech. Wstaję, mówię chłopakom, że pierdolę ich i ich głupią zabawę w pierdolone wojsko i zaczynam się oddalać chwiejnym krokiem.

– Walter, kretynie, tu jest niebezpiecznie!

Odpowiadam głośnym, zabarwionym histerią śmiechem, bezczelnym i piskliwym.

– Walter, zamknij się, to rozkaz! – cedzi przez zęby porucznik. 

W kolejnych kadrach i ujęciach prowadzących mnie przez las kamer zataczam się lekko, co rusz zatrzymuję, przyglądam czemuś, mamroczę pod nosem. Widziałem tam obrazy i kolory. Pamiętam patrzenie na wszystko z bliska, znaczenie szczegółów, ogrom świata w skali mikro. Niesamowite pejzaże kory drzewa, nieskończone fraktale paproci, rozległe mapy unerwienia liści. Coraz szybsze spadanie niżej i głębiej w morze komórek, cząsteczek, drobin.

 

Kamery nagrały jak pałętam się po lesie, zapluty, cały w igliwiu, uśmiechnięty jak debil. Dochodzę do granicy sektora. Przejmują mnie poważni faceci w białych fartuchach, są też inni żołnierze. Fartuchy badają mi puls, zaglądają do oczu, próbują ze mną rozmawiać, robią notatki. Nie zdawałem sobie wtedy sprawy z ich obecności i bardzo dobrze jest to uwiecznione na taśmie filmu: tępy wyraz twarzy, nieobecny wzrok, niezgrabne ruchy. Oglądam to i czuję obrzydzenie samym sobą. 

W końcu, ładują mnie do karetki, a ta powoli, podskakując na korzeniach leśnej drogi, odwozi mnie do bazy. 

 

 

To się musiało stać właśnie podczas jazdy wojskowym ambulansem. Osunąłem się w dół, na samo dno. Lodowata oczywistość myśli, że umarłem, zaraz zgasnę na wieki. Wokół szaleje spieniona burza. Kolejne cząstki mnie rozpłyną się w niej, zniknę jak cukier w szklance herbaty. 

Porwał mnie ten ocean drobinek, smagał z niepojętą siłą, rzucał mną, pomiatał jak oszalały z wściekłości wiatr. Wciąż istniałem jednak; ta maleńka fala, zmarszczka raczej na nieskończonym cielsku czegoś gargantuicznego i surowego jak skała, wzburzonego jak morze, palącego ogniem, trzeszczącego jak lód i ryczącego milionem huraganów, to ja. 

 

*

 

Znalazłem kolejny element układanki, więcej niż tylko puzzel z niebem. Wniknąłem w tę informację, jej strukturę, ziarna taśmy, ziarna dźwięku i obrazu. 

 

– Poruczniku, co się stało po tym, jak Walter sobie poszedł? – dopytuje facet o charakterystycznym, gładziutkim jak masło, głosie. 

– Przecież dobrze wiecie. Wszystko nagrywaliście. – Głos dowódcy jest niski i bezbarwny. Znałem ten ton: porucznik był wściekły. W koszarach nagle zrobiłoby się wokół niego pusto. 

– Skąd pan to wie? – Nie ustępuje Laluś, jak go sobie nazwałem. 

– Zgadłem, a pan to właśnie potwierdził. 

– Jasne, przyjmijmy, że tak było. – W głosie Lalusia pojawia się sarkazm. Duży błąd w rozmowie z dowódcą. – Niech pan opowie, z pana punktu widzenia? 

– Byłem kompletnie zdezorientowany. To miejsce, po co nas tam wysłaliście?

– Zdezorientowany? W lesie?

– Mało powiedziane. Nie wiedziałem, co się dzieje, tam wszystko było inne, co to za miejsce?

– Poruczniku, byliście w lesie.

– Słuchaj no, ty ważniaku, zaraz ci usunę z japy twój głupawy uśmieszek, nawet nie zdążysz pisnąć. – Dowódca jest jak czajnik, w którym zaczyna wrzeć.

– Poruczniku, tu są kamery i mikrofony. – Głos Lalusia wszedł na nieco wyższe tony. – Wszystko będzie na taśmach…

Rozlega się łomot, to porucznik gwałtownie wstaje i przewraca krzesło. Dwa kroki, ruch ręką, kamera upada i widzę już tylko wyłożoną linoleum podłogę. 

– Coście nam zrobili, gdzie jest Walter? – porucznik mówi cicho. Znałem ja to jego ciche mówienie. Było o wiele gorsze niż zwyczajny krzyk. 

– Nic złego… naprawdę… to taki eksperyment tylko… – Laluś mówi z trudem, jakby ktoś z ogromną siłą złapał go za gardło. 

– Gadaj! Przysięgam, nie ręczę za siebie, zrobiliście z nas wariatów! 

– Podaliśmy wam substancję… kwas lizergowy… ale nie, nie, nie, to nic groźnego! – Laluś mówi teraz szybko, bardzo szybko. – Chcieliśmy sprawdzić, co się po tym dzieje, to eksperyment…

– Gdzie jest Walter!!! – ryczy porucznik.

Znów łomot, kroki, ktoś wbiega do pomieszczenia. Uderzenia, krzyki, jęki, porucznik musiał oberwać, przeklina, w jego głosie słychać ból.

– Zabrać go! – pada rozkaz.

– Gdzie jest Walter! Coście z nami zrobili! – Głos dowódcy oddala się i cichnie, słychać trzaśnięcie drzwiami.

– Doktorze, co z panem? – pyta inny głos, lekko zasapany.

– Dobrze, wszystko dobrze, nic… mi… nie zrobił.

 

*

 

Oślepiony i ogłuszony, pogrążony w nieskończonym szumie spienionych, drgających ziaren. To wciąż ja. Ja, ale kto? Ogołocony z imienia, pamięci, wszystkiego. Samotne ziarnko strachu, które zaraz zniknie. Szukam czegoś, czegokolwiek, żeby się uczepić, nie zniknąć zmyty przez inne fale, całe morza fal-gigantów, fal ziaren, fal piasku. 

Po co ja jestem? Byłem kiedyś, dla kogoś…

Drewniany krzyżyk wbity w gliniasty piasek.

– Lucy! – Mój krzyk przedarł się przez wichurę, wstrząsnął nią, rozkołysał. 

I przypomniała mi się moja układanka. 

 

*

 

Eksperyment zakończył się w sektorze trzecim, niedługo po tym, jak zostawiłem chłopaków. Derrick i Johnson leżą na plecach i gapią się w niebo. Harris dłubie saperką w pniu rosnącego obok świerku, nucąc pod nosem. Na filmie widać jeszcze, jak dowódca nie daje za wygraną: zagaduje chłopaków, krzyczy na nich, gestykuluje. W końcu zdejmuje jednak hełm, rzuca go w krzaki i siada na mchu. Znajduje coś na niebie i wpatruje się w nie, aż do momentu, gdy z lasu dookoła wychodzą białe kitle. Robią kolejne wywiady kontrolne (te bardziej pogłębione zrobią później, już na terenie ośrodka), mierzą marines ciśnienie, świecą małymi latarkami w oczy i co rusz zapisują coś w swoich notatnikach. 

Jedynym, który jest w stanie nawiązać rozmowę z przybyszami jest porucznik. Stara się wszystko wytłumaczyć, a najbardziej siebie.

 

*

 

Myśl o Lucy była dla mnie jak kotwica rzucona w spienioną burzę drobin. Złapałem się jej kurczowo. Wspomnienie ożyło, obrosło innymi wspomnieniami, a te spasowały się i poukładały. Odeszła i zostawiła mnie. Mnie!

Ja!

Trwałem tak, trzymając się własnych myśli, zagarniając je bliżej siebie jak ptak własne pisklęta, chroniąc je przed chciwą zamiecią. Byle przetrwać. 

Zauważyłem maleńkie zawirowanie na spienionym ogromie, krążyło wokół mnie. Targane zawieruchą znikało, ale zawsze wracało. 

– Lucy! – Usłyszałem krzyk, wrzask właściwie, rozpaczliwy, jak ledwie przebijający się przez ryk ulewy płacz przerażonego burzą dziecka. Ktoś tam ze mną był, poczułem obecność, jak łapie się mnie kurczowo, jak chwyta i splątuje się ze mną, z moimi myślami, a raczej tą jedną myślą, która sprawiła, że trwałem. 

Lucy. 

Ja. Jestem tym, który został sam, gdy łopata grabarza ubiła mokre ziarna piasku w niepozorny pagórek; gdy na szczycie pagórka stanął skromny, sosnowy krzyż. 

– Lucy – rzekł do mnie głos, tym razem bardzo wyraźnie, głośno. Głośniej niż szalejąca wokół piana. 

 

*

 

Dali nam coś w ramach eksperymentu. Nie wyraziliśmy na to zgody, ale nikt nas o nią nie pytał. Nikt też nam o tym nie powiedział. Chcieli zobaczyć, co się stanie. I co? Wpadli na jakiś kolejny chory pomysł na nową broń?

Nieważne. 

W tym dziwnym świecie spotkałem Lucy. Nie mogliśmy się widzieć, słyszeć, byliśmy jak myśli w swoich myślach. Twierdziła, że ją wezwałem, że usłyszała mnie w zamieci, złapała trop i mnie znalazła. 

Umarłem i dołączyłem do niej?

– Nie umarłeś, mój ukochany, przecież żyjemy, jesteśmy tu ze sobą.

– Jesteśmy tu. Tu, czyli gdzie? – zastanawiałem się. 

– Tu gdzie zawsze. Zawsze jest tylko tu.

– Lucy, gdzie my jesteśmy? Muszę wiedzieć.

– Jesteśmy wszędzie, jesteśmy na świecie. Nie martw się tym, jesteśmy teraz razem, bądź szczęśliwy.

– To, co nas otacza, nie rozumiem tego, jest obce, a zarazem tak znajome i oczywiste.

– Kochany, to wszystko są miejsca. I rzeczy. Wszystko, co nas otacza, to właśnie… wszystko. Tylko że teraz widzisz to takim, jakie jest naprawdę. Jesteśmy na samym dnie wszystkiego.

Lucy pokazała mi, jak patrzeć na ocean, wsłuchiwać się w jego ryk i go rozumieć. Ten lewiatan składa się z miejsc: zatok, bąbli i wysp, archipelagów, kontynentów. Można wniknąć w nie, zrozumieć i dowiedzieć się wszystkiego. Teraz nie ma tajemnic, jest tylko odkrywanie. Chciała, żebyśmy, już zawsze razem, odkrywali. Żebyśmy odbili się od dna oceanu i ruszyli w górę.

“Próbowałam już, mój miły, lecz sama nie dam rady. Ocean porywa, wygładza, poleruje i stajesz się okrągłym ziarnkiem piasku, zapominasz kim jesteś. Razem, nigdy nie zapomnimy”. 

 

 

“Co zrobiliście z Walterem?” – wciąż słyszę głos dowódcy. Nurkuję w ryczącym konglomeracie wyjących drobinek. Pojedynczego ziarna nie sposób wysłuchać i zrozumieć, ale razem tworzą chór; gdy wsłuchuję się w jego poszczególne partie, odnajduję sens. Wnikam w filmy, nagrania, papiery. Powoli dowiaduję się wszystkiego, znajduję kolejne elementy. Lucy nie odstępuje mnie ani na krok, mówi, że nie chce, bym się zatracił, rozmył i wciągnął w pieśń ziaren.

W końcu trafiamy na coś odmiennego, chór inny niż wszystkie. Milczący, gromada ziaren połączonych ciszą. 

 

*

 

Leżę. Opletli mnie rurkami i kablami, do gładko ogolonej głowy przymocowali elektrody; podają mi też kroplówkę, a dookoła poustawiali całą masę skomplikowanej aparatury, która próbuje się wsłuchać w ciszę mojego mózgu. 

Może to ostatni element układanki? Ułożona na metalowym łóżku pusta skorupa podpięta pod aparaturę w bloku medycznym Porton Down. Głupki, podłączyli do mojego ciała wszystko, co się dało, ale jedyne co dostaną, to cisza. A może zastanawiają się, czy tam w ogóle jestem? Potem któryś z nich, być może Laluś, pierwszy zada pytanie: “co z nim zrobimy?” I, za jakiś czas, pewnie kiedy na tej papierowo szarej twarzy wyrośnie broda, a z palców wykiełkują poskręcane, długie paznokcie, ktoś odłączy wszystkie te urządzenia.

 

*

 

– Jestem wolny, Lucy. 

– Tak, mój jedyny. 

– Chcę na powierzchnię oceanu, chcę zobaczyć wszystko.

– Będziemy wszędzie i zobaczymy wszystko, miły. 

Wyruszyliśmy w podróż przez odmęty świata; prawdziwego, takiego jakim jest. Odbiliśmy się od dna, gdzie ziarna pienią się nieustannie i wciąż zaczynają lub kończą istnienie wszystkiego. Ruszyliśmy, dwie maleńkie fale, zmarszczki na kosmicznym suknie. Na zawsze razem, pniemy się w górę, wyżej i wyżej. Do planet, gwiazd, galaktyk, wszechświata. To moja nowa układanka, a może kolejny fragment jednej i tej samej?

 

Czasem nie jestem pewien. Czasem obracam w palcach ten jeden kawałek, puzzel budzący wątpliwość. Nie wiem, czy pasuje. Nigdy nie będę miał pewności. 

– Lucy, czy to ty?

Koniec

Komentarze

Oddział trzyma się głównej drogi, wchodzą z do trzeciego sektora. – czegoś tutaj za dużo.

 

chodzimy trochę jak długonogie ptaki lub – osobiście wydaję mi się to zbyt wielkim uogólnieniem, bo nie wiem, jak to mam sobie wyobrazić. Myślę, że inaczej chodzi struś a inaczej flaming. Może lepiej dać jakiś konkretny przykład?

 

a ten zrobił się jakiś …inny. – tutaj kropeczki chyba należałoby przesunąć w lewo.

 

odpowiadam drżącym głosem. 

poczułem wtedy ogromną ulgę – Trochę jak dla mnie zbyt chaotyczne przejścia między czasami. W pewnych momentach gubiłem się, nie wiedząc, czy coś dzieje się teraz, czy jest to nadal opowieść bohatera dotycząca wydarzeń wstecz.

 

Niektóre z nich były jak puzzle z niebem na układance z jakimś pejzażem: zapełniały wolne miejsce, ale nie wnosiły nic nowego. – To mi się bardzo spodobało :)

 

Wstaję, mówię chłopakom, że pierdolę ich i ich głupią zabawę w pierdolone wojsko i zaczynam się oddalać chwiejnym krokiem – kropeczkę zjadło :)

 

Łosiot, Lubię Twoje pisanie ale trudno mi jakoś konkretnie skomentować ten tekst. Chyba przez to, że zwyczajnie zbyt często czułem się zagubiony podczas lektury. Szalejesz nieco z przeskokami czasowymi, co wspominałem już wyżej. Sam wątek eksperymentu też wydaję mi się nieco poplątany. Do tego bohater odpływa gdzieś świadomością w kosmiczne sfery, spotyka się ze zmarłą, zaraz wraca do świata, zaraz znowu odpływa. Nie do końca też potrafię zrozumieć związek między wydarzeniami w dziwnym lesie, czyli eksperymentem a śmiercią tytułowej Lucy. Wszystko to nie są zarzuty tylko moje własne odczucia. Zwyczajnie czułem lekki chaos i nie pozwoliło mi to czerpać pełnej satysfakcji z tego tekstu.

Jednak powtórzę: lubię Twój styl, opowiadanie czytało się dobrze, niektóre fragmenty podobały mi się wielce, więc ogólnie na plus, a powyższe uwagi są może tylko kwestią moich własnych preferencji :)

Pozdrówka!

 

Siemanko Realuc, dzięki za reality check ;) i konkret uwagi. Popracuję, poprawię. 

Miałem od samego początku taką obawę, że to jest tekst przekombinowany, to nie jest kwestia Twoich preferencji, tak mi się zdaje. Coś czuję, że to chyba jeden z tych przypadków, gdy większość konceptu i tego, co chciałem przekazać, pozostanie w mojej głowie :)

Nie chcę wchodzić w tłumaczenia, bo jeśli bystry czytelnik, a za takiego Cię uważam, ma wątpliwości, to znaczy, że coś tu się nie klei. 

Niezależnie od tego, jak wypada to opowiadanie, polecam gorąco filmik, do którego linkuję w przedmowie. Jeśli nie znasz operacji Moneybags, warto się zapoznać (są też w necie artykuły na ten temat i skrócone wersje filmu). Bo nawet, jeśli tego tutaj dobrze nie sprzedałem, to jest to rzecz bardzo ciekawa.

pozdro, dzięki!

Spokojnie, przyjdą pewnie większe bystrzaki i wszystko się wyjaśni bez Twoich tłumaczeń, będę śledził. A wspomnianej operacji nie znam ale dzięki, że przypomniałeś o filmiku z przedmowy, bo z chęcią obejrzę i dowiem się o co kaman :)

Przeczytałem z zainteresowaniem. Nie słyszałem wcześniej o wydarzeniach, które zainspirowały opowiadanie. Styl i język ładny, adekwatny do tematu. Podobało mi się przedstawienie narkotycznego transu. Z początku myślałem, że to główny bohater będzie próbował znaleźć Lucy, dowiedzieć się, co się z nią stało, a tu w sumie Lucy odnalazła go. Fajny zwrot akcji. Koniec bardzo smutny, ale i wzruszający. Taki słodko-gorzki. Dobrze, że od tamtego czasu eksperymenty medyczne stały się trochę bardziej uregulowane. Dzięki za opowiadanie, pozdrawiam.

O, super Filipie, dzięki za przeczytanie i miły komentarz.

Ciekawe opowiadanie z równie ciekawą inspiracją. Czytałem z zaciekawieniem, chociaż momentami rzeczywiście miałem poczucie pewnej chaotyczności, ale nie na tyle, że zepsuło mi to w jakimkolwiek stopniu lekturę. Pewien chaos można w zasadzie uznać nawet za zaletę, skoro podejmujesz – między innymi – kwestię używania LSD jako środka obezwładniającego. Ogólnie rzecz biorąc, to podobało mi się. :D

Crucis, miło Cię tu zobaczyć :)

Bardzo się cieszę, że zainteresowało i podobało się. Zapewne jedną z zasadniczych kwestii tutaj jest to, czy ten chaos narracyjny psuje odbiór, czy nie. Starałem się, żeby to było poprowadzone konsekwentnie, tzn mimo gwałtownych przeskoków czasowych, trzymało się pewnych założeń. Jesli piszesz, że nie zepsuło lektury, to jest nadzieja!

Dzięki bardzo za przeczytanie i komcia.

P.S.

Mną trochę wstrząsnęło, jak zapoznałem się z tematem tego eksperymentu. Oburz mam na myśl, że można takie świństwo zrobić ludziom. 

Czytałem wczoraj, ale musiałem poczekać z komentarzem, żeby coś sensownego napisać.

Trudny temat sobie wybrałeś, trudny dla mnie. Odbiłem się tutaj, na portalu, od kilku tekstów związanych z narkotykami, wizjami itd. Częściowo było tak i tutaj. Na szczęście zbudowałeś to na realnym świecie, wojsku, więc było się czego złapać. Tylko tak, ostatni konkurs wygrało opowiadanie właśnie związane z wojskiem – Dach Świata i niestety, Dach prezentuje się pod tym względem znacznie korzystniej. Tam czuć było wojsko, tekst był dosłownie nim przesiąknięty. Myślę, że pod tym względem nie udźwignąłeś tematu. Nie wiem, czy potrzeba do tego większej wiedzy, doświadczenia, czy może tylko wyczucia, ale prawdą jest, że rzadko trafiam na porządne “wojskowo napisane” opowiadania.

Najlepiej wypada końcówka z Lucy, czuć taką sensualną, wirtualną nutę. I to czytało się przyjemnie, aż pojawiło mi się pytanie na końcu, dlaczego akurat wojsko? Pewnie przez źródło, które podałeś, ale mam przeczucie, że sadowiąc bohaterów w innych realiach mógłbyś uzyskać lepszy tekst i efekt.

Ale to tylko gdybanie, kto to naprawdę wie.

Pozdrawiam.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Łosiot, masz rację. Eksperymentowanie na ludziach bez ich wiedzy (w zasadzie jeśli weźmiemy pod uwagę jakąkolwiek substancję) rodzi poważne wątpliwości natury moralnej. Jednak tutaj wybrzmiewa jeszcze motyw z Lucy, co nieco – przynajmniej mnie – odciągnęło od tego typu przemyśleń. :)

hejo Darconie

Jakoś tutaj się specjalnie na oddaniu wojskowych realiów nie skupiałem, co nie zmienia faktu, że pewnie gdybym się skupił, wcale nie byłoby lepiej niż teraz ;) Ale, tak, wojsko, bo chciałem zostać w pobliżu oryginalnej historii. W filmie z eksperymentu jest facet, którego straszliwie i na długo ten kwas sponiewierał, duże wrażenie to na mnie wywarło, stąd pozostanie w tym klimacie. Dzięki, że przeczytałeś. I, paczę, kliknąłeś! Super. 

Crucis, Lucy wybrzmiewa tu mocno, to taka moja pierwsza (no dobra, w sumie druga, zalezy jak definiować) przymiarka pisarska do wątku romantycznego.

 

Z ciekawostek dodam tylko, skąd akurat imię Lucy.

Otóż z piosenki Beatlesów pod tytułem Lucy in the Sky with Diamonds…

Dobrze mi się czytało, porządnie, sprawnie napisane. Odnośnie treści też oceniam na plus. Intersujący pomysł przedstawiony w intersujący sposób. Dużo tu goryczy i jakiegoś takiego smutku, ale… hm, ja jestem zadowolona z lektury. Klikam :)

Jakoś tutaj się specjalnie na oddaniu wojskowych realiów nie skupiałem

Tak wiem, nie znaczy, że miałeś się skupiać, ale czasami tak bardzo chcemy przekazać czytelnikowi naszą wizję, że całą resztę traktujemy po macoszemu, co rzutuje na całe opowiadanie. Sztuką jest przekazać wizję, dopieszczając po drodze wszystkie detale. Ale to niełatwa sztuka, i to właśnie, między innymi, nazywam pisarską dojrzałością.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Hej Katia, dzięki za odwiedziny i wyczucie swoim radarem goryczy/smutku w tym tekście. I za przeczytanie go. I skomentowanie. I w ogóle :) Darconie, nie uważam, że dopieszczanie wszystkich detali jest niezbędne, ale tak, wiem o co Ci chodzi.

Jak się nie zna inspiracji (ja nie znałam), to początek czyta się trochę jak skrzyżowanie “Anihilacji” z “Piknikiem na skraju drogi”. Zgadzam się z przedmówcami, że narkotyczne motywy lepsze od tych stricte wojskowych, ale mi to nie przeszkadza. Fajny pomysł na to, co spotyka bohatera pod wpływem substancji psychoaktywnej. Styl pasuje do opisywanej historii. Klik ode mnie. 

Hejo! Dzięki ninedin bardzo. A wiesz, z tą Anihilacją, to fajnie trafiłaś. Czytałem to już jakiś czas temu i duże na mnie tamtejsza atmosfera zrobiła wrażenie. Coś może być na rzeczy. 

Mało kto na tym forum potrafi tak tworzyć klimat jak ty. Używasz języka z precyzją zegarmistrza – budujesz obrazy, niszczysz je, składasz w metafory i bawisz się, zostawiając czytelnika z lekkim oszołomieniem jak po kieliszku szampana – układanka z pierwszych zdań, na przykład, bez żadnego wysiłku składasz serię obrazków czytelnikowi przed oczami i w ciągu kilku linijek opowiadasz całą historię. No szapoba, kolego. To się samo czyta. Klimat jest gęsty i lepki, podobny jak w poprzednich twoich opowiadaniach. Budujesz swój styl, ale mam nadzieję, że się nie ograniczasz – masz talent, możesz pisać różnorodne historie.

 

Jesteś świetnym gawędziarzem (storyteller? czy mamy na to ładniejsze słowo, help?), ale brakuje ci umiejętności projektowania historii. Być może dlatego właśnie wszystkie twoje opowiadanie są tak krótkie, bo wiesz, na co możesz sobie pozwolić. "Lucy" jest historią chaotyczną i nieprzemyślaną w swojej konstrukcji, jakbyś sam nie wiedział, co ma być jej tematem – czy chcesz pisać o eksperymencie, utraconej miłości czy traceniu siebie. Przesuwasz nacisk od jednego pojęcia do drugiego, a czytelnik pozostaje zakłopotany – prowadzisz go niepewną ręką. Czy planujesz opowiadania przed przystąpieniem do pisania, czy raczej jak archeolog odkopujesz kolejne linijki, sam się nimi zaskakując?

 

Przy czym tradycyjnie zmasakrowałeś interpunkcję. Chłopie, no weź już. Wołacze wydziela się przecinkami. Wołacze wydziela się przecinkami. Wołacze wydziela się przecinkami.

 

 

Garść uwag:

 

Oglądam to z przykrością. 

Show, don’t tell. Jak się objawiała ta przykrość?

 

 

– Coście nam zrobili! Gdzie jest Walter? – porucznik mówi cicho, znałem ja to jego ciche mówienie, było o wiele gorsze niż zwyczajny krzyk. 

Jak mówił cicho, to nie stosuj wykrzykników, oraz – ostatnie zdanie warto rozbić na dwa (bo dwa podmioty).

 

– Lucy! – mój krzyk przedarł się przez wichurę,

Zapis dialogów też nie wszędzie jest poprawny.

 

Eksperyment zakończył się w sektorze trzecim, niewiele po tym,

niewiele czego? może jednak niedługo?

 

To będzie pierwsze w moim życiu opowiadanie ze słabą interpunkcją, któremu kliknę bibliotekę – uważam, że to ważne, by w Bibliotece stały teksty, w których przynajmniej przecinki są dobrze postawione, ale tu zrobię wyjątek, bo treść, język i klimat są na wysokim poziomie i początkujący czytelnicy mogą się od ciebie uczyć, Łosiocie. Dobra robota.

www.facebook.com/mika.modrzynska

kam, jakże czekałem!

Bo raz, że umiesz chwalić, oj umiesz…

Miło bardzo. 

 

Wydaje mi się, że trafiłaś w samo sedno z tym nieporadnym projektowaniem historii. 

O ile w poprzednim opowiadaniu (Zlodowacenie) miałem Plan (jakże prosty), to z reguły jednak bliższa jest mi metoda na archeologa: spontan, zatrzymać się, zobaczyć co wyszło, podjąć kilka decyzji, jechać dalej. Fuck, to chyba źle. 

 

W Lucy trzymałem się ogólnej koncepcji, w której zależało mi na tym, żeby czytelnik nie był pewien, czy bohater ma ciężki trip tylko, czy może to coś więcej. Czy oszalał i umarł, a może jednak przeniósł się na jakąś inną płaszczyznę percepcji? To samo z Lucy – spotkał ją, czy nie? Projekcja przeżartego kwasem umysłu? 

W rezultacie jednak (sam się na tym złapałem), mam kłopot z odpowiedzią, o czym jest ta historia. Przekombinowane?

 

P.S. 

Dzięki za klik i poprawki, szybciutko ogarniam przecinki. 

EDIT: i inne rzeczy 

 

 

Hej, Łosiocie, lubię Twoje opka za klimat, napięcie i coś, czego nie umiem nazwać, a co sprawia, że wsiąkam w nie bez reszty. Tu jednak coś chyba nie do końca wyszło. Mam wrażenie, że próbujesz jednocześnie ciągnąć trzy sroki za ogony, masz tu i eksperyment, i żałobę bohatera, i psychiczne rozpadanie się na kawałki tegoż bohatera. Trochę za dużo jak na tę skromną objętość. To sprawia, że podczas lektury sama nie wiedziałam, na co zwracać uwagę, o czym tak naprawdę opowiadasz. Gubiłam się trochę i to nie pozwoliło mi zaangażować się do końca w Twój tekst.

To niezłe opko, ale miałeś już lepsze.

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Irko, mega się cieszę, że wpadłaś z komentarzem motywującym do dalszej pracy. Aś mi tu też napisała komplemęta, dobrze że potem jest już krytycznie, bo bym pękł. 

No ewidentnie coś jest na rzeczy. Ponakładałem tu za dużo warstw, wydawało mi się, że wystarczy je połączyć centralną postacią głównego bohatera i zagra. Wniosek: kłaść większy nacisk na wybrany wątek?

serdeczności Irko, dzięki za wizytę. 

bliższa jest mi metoda na archeologa: spontan, zatrzymać się, zobaczyć co wyszło, podjąć kilka decyzji, jechać dalej. Fuck, to chyba źle. 

Nie, Łosiocie, to nie jest źle, tak długo jak piszesz i powstają historię, robisz to dobrze ;) Natomiast twoja metoda wiąże się z większą ilością edycji czy nawet przepisywania tekstu od nowa w porównaniu z pisaniem po zaplanowaniu. Oszczędzasz czas na planowaniu, w zamian za to spędzasz go potem, poprawiając. Natura lubi balans.

W każdym razie nie przejmuj się i pisz dalej tak, jak ci wygodnie – jestem pewna, że z czasem nauczysz się sam wyłapywać błędy konstrukcyjne.

 

Wniosek: kłaść większy nacisk na wybrany wątek?

Polecam ćwiczenie: opisz jednym zdaniem, o czym jest twoje opowiadanie. Tu mógłbyś powiedzieć: Lucy to historia o manipulowaniu ludźmi / o nadużyciach władzy / o utracie siebie / o przechodzeniu żałoby – i potem pisać tak, by cała historia się wokół tego tematu obracała. Mając go w głowie, trudniej ci będzie uciekać w dygresje.

www.facebook.com/mika.modrzynska

Osobliwe to opowiadanie.

Najlepiej czytało mi się fragmenty opisujące poczynania żołnierzy w lesie. Domyśliłam się, że na śniadanie nie podano im tostów z dżemem, że to, co się z nimi dzieje, nie dzieje bez przyczyny. Nie wnikam, czy dobrze opisałeś klimaty wojskowe, bo się na tym zupełnie nie znam, ale zachowanie żołnierzy poddanych „eksperymentowi” wydało mi się takie, jakiego oczekiwałabym po kimś, kto „coś” zażył.

Nieźle też wypadły fragmenty, w których bohater, z zapamiętanych urywków zdarzeń i przeżyć, a także z dostępnych materiałów, usiłuje złożyć do kupy swoją łamigłówkę.

Gubię się natomiast we fragmentach z Lucy – wiem, że ona nie żyje, ale co z Walterem? Czy to, że jest podłączony do aparatury, jest skutkiem „eksperymentu”? Czy, mimo że jeszcze „żyje”, już jest z Lucy?

Mimo niejasności czytało się świetnie, więc postawiłam opowiadanie na bibliotecznej półce.

 

– Po­da­li­śmy wam sub­stan­cję….. kwas li­zer­go­wy… ale nie, nie, nie, to nic groź­ne­go! ―> Dlaczego pierwszy wielokropek, zamiast trzech, ma pięć kropek?

 

– Chcie­li­śmy spraw­dzić, co się po tym dzie­je, to eks­pe­ry­ment…. ―> Po wielokropku nie stawia się kropki.

 

Znaj­du­je coś na nie­bie i wpa­tru­je się weń… ―> Weń to inaczej w niego, a Ty piszesz o wpatrywaniu się w niebo, które jest rodzaju nijakiego, więc: Znaj­du­je coś na nie­bie i wpa­tru­je się w nie

 

Lucy po­ka­za­ła mi, jak pa­trzeć na ocean, wsłu­chi­wać w jego ryk i go ro­zu­mieć. ―> Czy tu aby nie miało być: Lucy po­ka­za­ła mi, jak pa­trzeć na ocean, wsłu­chi­wać się w jego ryk i go ro­zu­mieć.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

A oto i ona, na skrzydłach kosmicznego wiatru, spowita złotym płomieniem :))))

Dzięki reg bardzo, że poświęciłaś swój czas. Nie mam wytłumaczenia dla pięciokropka i pozostałych potknięć, może po prostu je poprawię. 

 

Co do niejasności z Lucy i Walterem, to chciałem to zostawić otwarte, to znaczy nie chciałbym tutaj jakoś mocno potwierdzać ani zaprzeczać. No dobra, ale Tobie się przyznam w tajemnicy: chciałem tu wpleść out of body experience i to że ten Walter podpięty do aparatury, to już tylko ciało. A na końcu, jak już sobie z Lucy odlecieli, to nasz bohater odciął się od swojego ciała definitywnie. Jakoś tak :)

Dzięki za kliczek, serdeczności.

Nie klikałam w link, nie czytałam komentarzy, moim pierwszym skojarzeniem jest: “Lucy in the Sky with Diamonds” ;)

Tak też sobie myślałam, Łosiocie, że skoro Lucy go znalazła, to Walter wolał wyruszyć z nią w podróż przez odmęty świata; prawdziwego, takiego jakim jest. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bello pozdro dla kumatych :P

Dobrze mi się czytało :)

Przynoszę radość

Anet, jest mi niezmiernie!

Cóż, przeczytałem, ale niewiele mam sensownego do powiedzenia. Nie moja tematyka, nie moje klimaty. Nie trawię ani motywów narkotycznych, ani militarnych. Opisy wszelkiej maści transów i wizji po dragach przyprawiają mnie tylko o ziewanie i irytację, a z żołnierzami jakoś ciężko mi sympatyzować. Zapoznałem się z eksperymentem, który stanowił inspirację dla tego tekstu, i nie zrobił na mnie większego wrażenia. Wojsko, instytucja totalna i z natury patologiczna, robiło i robi sto razy gorsze rzeczy. Co z tego, że paru facetów pośmiało się i pozataczało po LSD? Wieczorem obaliliby flaszkę i mieliby z grubsza to samo, a już parę lat później młodzież zacznie łykać te piguły jak dropsy, dla rozrywki. Może coś ze mną nie tak, ale bardziej się przejąłem losem biednego słonia, któremu dyrektor zoo wespół ze zhippisiałym psychiatrą zaaplikowali śmiertelną dawkę tego narkotyku, bo bardzo chcieli zobaczyć, co zrobi naćpany słoń.

Motyw z odnalezieniem na haju/w zaświatach (?) zmarłej żony/narzeczonej/dziewczyny był dla mnie niezrozumiały i jakoś nie kleił mi się z resztą tekstu. Nie mam pojęcia, czy powinienem się cieszyć, że się odnaleźli (?), bo nie wiem, jak wyglądała ich relacja, czy jakąś w ogóle mieli. Dowiedziałem się tyle, że mieszkali w jednym domu, spali w jednym łóżku i jedli razem śniadania. A co ma do tego wszystkiego cytat z Demokryta, jest dla mnie kompletną zagadką.

Pod względem technicznym opowiadanie wydaje mi się przyzwoicie wykonane, ale nie dostrzegam też tej językowej maestrii czy też wirtuozerii, o której pisali poprzednicy. Wielkim problemem jest dla mnie pierwszoosobowa narracja – skoro po wszystkim bohater jest w stanie wegetatywnym/śpiączce, a jego świadomość/dusza/whatever wchodzi w interakcje jedynie z Lucy, o której mówi w trzeciej osobie, to komu właściwie opowiada swoją historię? I kogo ma na myśli porucznik, mówiąc: “Natknęliśmy się na nich w lesie, tuż po przejściu przez łąki”? Chyba nie uczonych, skoro z jednym z nich właśnie rozmawia? Zresztą oni powinni równie dobrze wiedzieć, gdzie spotkali żołnierzy.

DoBrY tEkSt PoWiNiEn BrOnIć SiĘ sAm!

Bolly, teraz mnie trochę gryzie sumienie w związku z tym, że Cię tu ściągałem prosząc o komentarz, boś się umęczył chyba łokropnie z tą Łucją. 

Tym bardziej dziękuję za lekturę i komentarz. Potwierdzasz, że za dużo sroczek za ogonki próbowałem złapać, co już wcześniej zauważyli inni czytelnicy. 

Odpowiadać na Twoje pytania chyba nie będę, co? (Chyba że chcesz, to na privie. )

Bo, cytując chińskiego mędrca “DoBrY tEkSt PoWiNiEn BrOnIć SiĘ sAm!” (ja też tak uważam).

Serdeczności, dzięki za odwiedziny i rzeczowy komentarz. 

A tam, zaraz umęczył. Okazało się po prostu, że nie jestem targetem opowiadania. Ale mnie w ogóle trudno dogodzić, więcej rzeczy nie lubię jak lubię. To, że tekst mi się nie spodobał, nie znaczy w żadnym wypadku, że jest zły – przez większość czytelników został ciepło przyjęty, dostał się nawet do Biblioteki.

Dlaczego nie miałbyś odpowiedzieć na moje pytania? I dlaczego nie tutaj? Żeby nie było, bo już jedna osoba tutaj nie zrozumiała mojej poprzedniej sygnaturki – to zdanie o tekście, który powinien bronić się sam, to ironia jest.

DoBrY tEkSt PoWiNiEn BrOnIć SiĘ sAm!

Oj, to chyba będzie mój najkrótszy komentarz w historii. Albo przynajmniej od ostatniego Jom Kippur. Bo cóż mogę napisać? 

Styl, jak zwykle, bardzo dobry – znakomicie panujesz nad słowem; gdy trzeba jest dynamicznie, prosto i celnie, tak, by wywołać wrażenie, nie dokładnie opisać, innym razem spokojniej, bardziej obrazowo, niemal poetycko, szczegółowo ale bez lęku przed abstrakcją. Świetnie. Lektura była więc przyjemna. 

I to właściwie tyle. O owym eksperymencie (eksperymentach) słyszałem, zaskoczenia więc nie było. A opisy astralnych podróży Waltera po tym, gdy LSD uwolniło jego mzimu, chi, czy inne czakramy, choć malownicze, spowodowały niestety tylko wzruszenie ramion. Takie rzeczy są dla mnie interesujące tylko wtedy, gdy do czegoś prowadzą, stanowią element konkretnej fabuły, nie literacki cel sam w sobie. Dlatego niewiele mogę na temat tego tekstu napisać. Dobra robota, choć wybitnie poza zasiegiem moich zainteresowań literackich. 

Pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

bolly – ale ja się z tą sentencją zgadzam, mimo, że ironiczna. Przykładowo – jeśli po lekturze tego opowiadania nasunęło Ci się tyle pytań i nie znalazłeś w nim odpowiedzi, tekst się nie wybronił. Trochę mieliśmy ostatnio kontaktu i w mojej opinii inteligentny z Ciebie gość. Wydawało mi się, że te odpowiedzi tutaj są, jednak zakopałem je zbyt głęboko, ot co. 

 

thargone – bardzo mi miło, że zawitałes do mnie, chyba trochę szkoda że akurat do tego tekstu. Uwaga, dalej będę pitolił, taki mam nastrój :) Od pewnego czasu param się amatorsko gotowaniem ramenu. Pisanie jest jak gotowanie ramenu. To proces, który ma swoje etapy, kluczowe momenty w których dodajesz składniki, czekasz, potem dodajesz kolejne, a efekt końcowy, cóż – jest na końcu ;) i dopiero wtedy wiesz, czy Ci wyszło.

Ramen łatwo spieprzyć – za mało składników sprawi, że będzie cienki i mdły. Za dużo – płaski i nieciekawy, lub zdominowany przez jedną nutę smakową. Jeśli gotujesz za krótko – będzie nędza. Jeśli za długo – straci aromat.

Tutaj dodałem za dużo wszystkiego i chyba zbyt długo trzymałem na ogniu, w efekcie być może ta właśnie porcja pisarskiego ramenu i wygląda ładnie (ramen zawsze wygląda ładnie jak się go dobrze przystroi), ale smakowo nic się w niej nie wybija, nie robi wrażenia, jest rozgotowana. 

Również, pisanie w ogóle nie jest jak gotowanie ramenu. Bo jak zrobisz dobry ramen, to już wiesz jak to robić, masz w głowie przepis i nic, tylko go powtarzać, gotować, podawać na stół. 

(R)Amen :P

 

 

Nigdy nie gotowałem ramenu (nie licząc zupek w proszku) ale mam czarny pas w kalafiorowej na rosole z kaczki, więc paralelę rozumiem. No i w pisaniu najważniejsza jest kaczka i kalafior. To znaczy składniki. Jak się ma dobre składniki, to i coś smacznego można ugotować. A Ty składniki masz znakomite – styl, warsztat, pomysły – pierwsza klasa. 

Oczywiście, nawet takiemu mistrzowi jak Auguste Gusteau zdarzało się ugotować coś mało strawnego, czego dowodem jest smażona grasica w sosie lukrecjowym. A Alfredo Łosioteau może popełnić nieco zbyt kwaskowatą "Lucy". Ale to nic, bo gdy ma się talent i zasłużoną renomę, to drobne kiksy uchodzą na sucho. 

No. Jeszcze parę tych złotych myśli i możemy wydawać poradnik. 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

bolly – ale ja się z tą sentencją zgadzam, mimo, że ironiczna. Przykładowo – jeśli po lekturze tego opowiadania nasunęło Ci się tyle pytań i nie znalazłeś w nim odpowiedzi, tekst się nie wybronił. Trochę mieliśmy ostatnio kontaktu i w mojej opinii inteligentny z Ciebie gość. Wydawało mi się, że te odpowiedzi tutaj są, jednak zakopałem je zbyt głęboko, ot co.

Jak uważa Vercenvard, czasami tekst nie broni się nie ze względu na autora, tylko na czytelnika. Może odpowiedzi mam przed oczami, tylko ich nie dostrzegam. Może czytałem nieuważnie, może przeceniasz moją inteligencję, trudno powiedzieć. A ja naprawdę chętnie bym się dowiedział, do kogo jest adresowana narracja i na kogo natknęli się w lesie żołnierze (tego akurat domyślam się z opisu eksperymentu, choć IMO z tekstu nijak to nie wynika).

DoBrY tEkSt PoWiNiEn BrOnIć SiĘ sAm!

Hmmm. Póki myślałam, że to fantastyka, czytało się nieźle. Kiedy przyznałeś, że podali żołnierzom kwas – skiepściło się.

Nie składał mi się bohater. Miał kobietę, sypiał z nią, mieszkał. A teraz jest żołnierzem. Wstąpił do armii jako wdowiec? A oni nie wolą ledwie pełnoletnich dzieciaków? Był jednocześnie w wojsku i związku? Ale dlaczego nie dorobił się porządnego stopnia i gania z radiostacją?

A już całkiem zirytował mnie filmik z przedmowy. Czego ja się niby miałam z niego dowiedzieć? Że narkotyki wpływają na zachowanie i percepcję ludzi? Jakby już mi się to kiedyś obiło o uszy. Że armia eksperymentuje z różnymi substancjami, nie zawsze legalnie? Cóż, z dwojga złego pewnie wolałabym LSD niż iperyt albo broń biologiczną. Oczekiwałam na jakąś bombę w zakończeniu filmu, a tu nic. Zmarnowane 15 minut, można było streścić to w pięciu zdaniach.

Babska logika rządzi!

Hej Finklo, przyjmuję tę gorzką pigułkę z godnością, albowiem zdaję sobie sprawę z poważnego zanieczyszczenia tego opowiadania kaszaną. Dzięki za recenzję utwierdzającą mnie w tym przekonaniu. 

Być może kwaśny niesmak, jaki pozostawiła u Ciebie Lucy warto szybko zmyć Jeźdżcem Czwartym? Prosta rzecz w klimacie postapo, zapraszam nieśmiało. 

 

pozdro :)

Wiesz, najgorszy był film. Straszna strata czasu. Finkle nie lubią filmów, ale skoro zamieściłeś w przedmowie, to myślałam, że będzie ważne i ciekawe. Weź, na przyszłość ostrzegaj mnie, że nie ma po co zaglądać.

Do nowszych tekstów kiedyś dotrę, na razie jestem na 20 lutym.

Babska logika rządzi!

Wiesz, na mnie akurat film wywarł duże wrażenie. Fakt, jest w necie skrócona wersja. Fakt, gorsze rzeczy robią w wojsku (na przykład zabijają innych ;).

Dla mnie co innego jest wiedzieć, że ludzie traktują ludzi jak szczury laboratoryjne, a inaczej zobaczyć to na własne oczy. Brr!

Anyway, najchętniej skasowałbym to opoko, ale zostawię, bo włożyłem w nie sporo serca. No i popełnione tu błędy też mają swoją wartość.

Skasować? Apage! 

 

Zaprawdę powiadam Wam:

Ci, którzy dzieło swe z błogosławionych stronic Portalu usuwają 

Za dnia kroczyć po rozsypanym Lego stopą nieobutą będą 

Nocą zaś, gdy w łożnicy powinność małżeńską spełniać ochoczo poczną 

Demon obmierzły nachodzić ich będzie, gapiąc się bezwstydnie i w głos się śmiejąc. 

 

 Objawienie Nieśw. Thargonusa Szydercy 

666 – 69

 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

O, Szyderczy Thargonusie, azaliż klątwa owa obejmuje człeków, którzy, wydawnictwem przymuszeni, czasowo dzieło swe przed czcigodnymi mieszkańcami Portalu skryją?

Babska logika rządzi!

Milszy metanefridiom Pana jest fenek marnotrawny, który zbłądziwszy, pod płaszcz Jego skruszon powraca, niźli wielbłąd uparty, co błąd swój wielbiąc we wszeteczności trwa. 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Panie złoty, ja przecie prosty człowiek, sługa uniżony i gorliwy! Z klocków to ja panie najwyżej na podwórcu czasem w coś wdepnę na boso, a z demonem to ja mieszkam pod jedną strzechą i dziatków mam pół tuzina, bestyje gorsze niźli mać ich wrodzona, tfu!

Gdzieżbym śmiał kasować, nieszczęście se jeszcze na łeb ściągać, jakby mi mało było? Trudno, wstyd się po wsi poniósł, ale lepiej tak niźli wielebnemu bruździć. 

Nowa Fantastyka