- Opowiadanie: Darcon - Finwal

Finwal

 

Utwór dedykuję wszystkim marudnikom, którzy narzekają na zbytnią ckliwość moich opowiadań.

 

 

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Finwal

Niezidentyfikowany obiekt w termosferze – periodyczną ciszę przerwał komunikat Jądra z holoboxów. – Niezidentyfikowany obiekt w termosferze.

 

Evo w mgnieniu oka znalazł się przy pulpitach kontrolnych.

– Rozpoznanie – wydał komendę, jednocześnie analizując sytuację.

Obiekt, który znalazł się tak daleko, nie zostając wcześniej wykrytym. Co stało się z siatką satelitów? Gdyby tu była miliardowa aglomeracja i na orbicie poruszałyby się dziesiątki milionów obiektów, może coś mogłoby się przedostać. Zawsze sceptycznie podchodził do samouczących się programów. Jednak tutaj, na Nowym Keplerze 22b, gdzie pełnił samotną służbę, nic nie latało oprócz niego i małych patrolowych dronów. Przejście niezauważonym przez siatkę było niemożliwe.

Aż do dzisiaj.

 

Jądro streściło raport.

Typ jednostki – nieznany.

Budowa – nieznana.

Napęd – nieznany.

Masa – nieznana.

Wielkość – przybliżona do holownika klasy Delta.

 

Nieznana, przybliżona? Nie wiedział, że Jądro w ogóle zna takie słowa. Wszystko mogło ująć w jednostkach. Wszystko i zawsze.

Aż dotąd.

– Obraz!

Na centralnym hologramie ukazał się widok z kamer drona patrolującego. Mężczyzna nic nie widział. Nic, oprócz czystego nieba.

– Przybliż – dodał, choć sam nie wiedział, co chciał przybliżyć.

I wtedy zobaczył falowanie gorącego powietrza. Ledwo widoczne, przemieszczające się w sposób nieliniowy, ale na pewno nie przypadkowy. Jądro oznaczyło obszar.

Długość trzydzieści pięć, wysokość siedem metrów.

Coś tam było. I to „coś” zbliżało się właśnie do granicy mezosfery. Nie miał już szans na założenie skafandra taktycznego. Na szczęście Evo nigdy nie pełnił służby bez kombinezonu wytrzymałościowego. Wybiegł, jak stał w kierunku śmiga.

 

 

Wcisnął hełm i podłączył się do wszystkich systemów. Przejął sygnał z drona i ustawił najkrótszą trajektorię lotu. Wystartował z pełnym przyśpieszeniem, przeciążenie skoczyło do kilkunastu g.

Niebezpieczeństwo utraty świadomości, redukuję…

Dwoma kliknięciami odciął Jądro od sterowania. W kilkadziesiąt sekund śmig leciał z prędkością Mach dwadzieścia. Radary nie wykrywały żadnej jednostki, celowniki nie wychwyciły celu. Posiłkował się informacjami Jądra o kierunku przemieszczania się „falującego powietrza”. Musiał zbliżyć się na odległość zasięgu kamer. Uruchomił ręczne sterowanie pocisków. Nie chciał kolejnej interwencji Jądra.

 

To była jego czwarta zmiana, druga na Nowym Keplerze 22b. Przeszło trzy tysiące dni według licznika Starej Ziemi. Do końca tej tury zostało niecałe dwieście. Na wszystkich ZOLach (Zabezpieczona Oaza Ludzkości) służba bez jednego wypadku, bez żadnego incydentu. A dzisiaj bezpośredni kontakt z obcym i realna groźba starcia. Co do tego nie miał wątpliwości. Uczono go szybkiej analizy. Był szkolony i edukowany w bardzo szerokim spektrum, od literatury pięknej, poprzez medycynę, aż do działań wojennych. Poznawał techniki medytacji i samodoskonalenia się. Wszystko po to, żeby w dniu próby nie zawieść. To była jedna z najlepszych dziewiczych planet. Zgodność z ziemskim klimatem w dziewięćdziesięciu jeden procentach. Za wszelką cenę należało zachować ją dla ludzkości.

 

Zbliżył się do celu na odległość taktyczną. Zredukował prędkości do Mach trzy. Nadal widział tylko przybliżony kształt i nieregularną smugę gorącego powietrza. Od początku wykrycia obiektu Jądro nadawało sygnały inicjujące kontakt. Bez żadnej odpowiedzi. Procedury były jasne. Odbezpieczył spusty pocisków.

 

I wtedy obiekt wyłączył maskowanie.

 

Mężczyzna wstrzymał oddech. Przed nim leciał… Finwal. Dobrze pamiętał hola ze Starej Ziemi, fascynowały go. A teraz miał przed sobą płynącego niebem prawdziwego wieloryba. Widział coś takiego po raz pierwszy, ale wiedział, że to nie jest mistyfikacja. Zwierzę poruszało się dostojnie, jakby płynęło w wodzie. Evo patrzył na rytmiczne ruchy ciała i płetwy ogonowej. Choć ta wyglądała inaczej niż u ziemskich stworzeń. Była równie gruba, jak samo cielsko. Jej tylną powierzchnię szczelnie wypełniały wypustki w kształcie meduz, leżące jedna przy drugiej, każda wielkości ludzkiej głowy, które otwierały się i zamykały rytmicznie, przypominając żyjący plaster miodu.

 

Zareagował, dopiero gdy finwal zrobił zwrot i gwałtownie przyśpieszył. Instynktownie skopiował manewr. Ekran zamigał na czerwono przeciążeniem osiem g. Co za prędkość! Starał się nie zgubić stworzenia, które zaczęło wykonywać zwrot za zwrotem. Próbował namiaru automatycznego, ale nawet na milisekundę nie znalazł się dostatecznie blisko. Ścigał prawdziwe zwierzę! Nie miało stalowego korpusu ani konwencjonalnego napędu, nie wyrzucało też spalin. Odczyty wykazywały tylko zwiększony pęd i wyższą temperaturę „wydalanego” przez ogon powietrza. I to maskowanie. Dlatego przedostało się przez siatkę satelitów. Tylko jak? Jak żywe, biologiczne stworzenie, mogło przemierzać kosmos?

 

Finwal zanurkował w stronę oceanu. Evo chciał go dopaść, zanim wpadnie do wody i zniknie w głębinach. Nie miał technologicznych możliwości przeskanowania oceanu zajmującego połowę powierzchni planety. Inaczej – miał, ale zajęłoby to miesiące. Wystrzelił kilkanaście serii pulsacyjnych o kilkusetmetrowym polu rażenia.

 

Pudło.

 

Wieloryb uderzył w powierzchnię, rozbryzgując niewielkie fale i zniknął pod wodą. Evo otworzył kabinę i wszystkie kanały przepływowe, rozszczelnił korpus i schował osłony. Śmig był teraz trójwymiarową siatką ze zmniejszonym kilkukrotnie współczynnikiem oporu. Musiało wystarczyć, choć nigdy nie próbował nurkować z takiej prędkości. Przed samym uderzeniem w powierzchnię zwolnił maksymalnie, a i tak po wejściu w wodę przeciążenie skoczyło do trzydziestu g. Zaaplikował podwójną dawkę meta–adrenaliny. Zmienił mieszkankę powietrza na Heliox. Woda wtargnęła do kabiny jak wodospad, mało nie wyrywając go z fotela. W okamgnieniu był na głębokości sześćdziesięciu metrów. Skorygował błyskawicznie kurs, podążając w głębiny za zwierzęciem. Przyśpieszył. Jeśli za chwilę go nie dopadnie, ciśnienie go zabije.

 

Sto metrów.

Zmienił mieszankę na Hydreliox. Odpalił reflektory szperające. Miał stwora na granicy widzenia.

 

Sto trzydzieści metrów.

Musiał próbować. Strzelił. Wieloryb zrobił szybki zwrot. Evo znowu stracił dystans.

 

Sto sześćdziesiąt metrów.

Posłał serię blefującą, by zaraz strzelić kolejną w miejsce, gdzie spodziewał się manewru wieloryba. Trafił! Pocisk przeorał bok zwierzęcia, które zaryczało na wysokich częstotliwościach i tylko dzięki automatycznej redukcji dźwięku mężczyzna nie ogłuchł. Finwal ruszył ku powierzchni, znacząc wodę posoką.

 

Sto czterdzieści metrów.

Zaaplikował dożylnie Sufixen, żeby nie wpaść w dekompresje po wypłynięciu na powierzchnię. Miał tylko nadzieję, że Jądro dobrze przeliczyło dawkę, i azot nie zagotuje mu się we krwi, rozrywając przy okazji płuca.

 

 

Wylądował kilkadziesiąt metrów obok stworzenia. Nie zemdlał tylko dzięki podwójnej dawce stymulantów. Ściągnął hełm, chwycił karabin pulsacyjny i ruszył w kierunku finwala. Zwierzę z bliska nie przypominało ryby, wyglądało jak jeden wielki mięsień. „Meduzy” w ogonie już nie falowały, chociaż nadal drgały. Ruszył wzdłuż cielska. Znalazł miejsce postrzału. Opuścił karabin. Rana miała jakieś półtora metra długości, była dosyć głęboka, ale już nie krwawiła. Zbliżył się do łba. Finwal leżał z rozdziawioną paszczą, a w jego pysku… Siedział człowiek.

 

Wszystko potoczyło się w ciągu jednej sekundy.

 

0.1 sek.

Zobaczył człowieka, ale innego, niż on sam. Skórę miał szarą, bez żadnego owłosienia, również na głowie. Z niej zaś wychodziło kilkanaście „pępowin”, które łączyły się z cielskiem wieloryba. Siedział w pewnego rodzaju mięsistym fotelu. I na pewno był żywy.

 

0.2 sek.

Nie miał ust, więc nie było sensu się odzywać. Posiadał szczątkowy nos i czarne oczy, bez śladów białek czy źrenic. Evo wiedział, że widzi przed sobą swój własny gatunek, który ewoluował setki, jeśli nie tysiące lat temu w zupełnie innym kierunku, niż jemu znana ludzkość.

 

0.4 sek.

Patrzył na człowieka na innym poziomie ewolucji. Ta ludzkość nie potrzebowała stali, prawdopodobnie w ogóle żadnych kopalnych surowców, które jego ludzkości służyły do budowania maszyn, budynków, statków, wszystkiego, co nazywał do tej pory cywilizacją.

 

0.6 sek.

Ta ludzkość podporządkowała sobie naturę, stworzyła biotechnologię na niewyobrażalnym poziomie. Nie miał przed sobą człowieka, to był nadczłowiek.

 

0.7 sek.

Wiedział, że przeprowadził prawidłową analizę… Tylko zdecydowanie zbyt wolno.

 

0.8 sek.

Zaczął unosić karabin do góry.

 

0.9 sek.

Nadczłowiek znalazł się tuż przy nim.

 

1.0 sek.

Próbował się uchylić. Poczuł uderzenie w głowę i stracił przytomność.

 

 

Leżał pod błoniastą, mlecznobiałą kopułą o średnicy trzykrotnie większej niż jego ciało. Miała regularną strukturę i przypominała pęcherz pławny. Leżąc, delikatnie się w niej odbijał.

Był nagi, niczym nie skrępowany, jednak nie mógł się poruszyć. Nad nim stał nadczłowiek. Evo przyjrzał mu się dokładnie. Coś, co wcześniej wziął za skórę, stanowiło pewnego rodzaju osłonę, być może naturalny pancerz. Przypominało do złudzenia łuski, ale tak jak łuski nachodzą jedna na drugą, tak te łączyły się ze sobą, tworząc gładką, ledwie zauważalną siatkę. Prawe ramię nadczłowieka obejmowało coś w kształcie ośmiornicy. Nie było to dosłownie zwierzę, które pamiętał z hologramów. Raczej bionarzędzie, którego każda macka miała inną długość i grubość. Jakby uzupełniający się uniwersalny zestaw. Dwie najbardziej cienkie dotykały ciała Evo, a pozostałe oplatały jego stopy. Nie… Stóp już nie miał. Macki preparowały właśnie kikuty.

Mężczyzna odizolował uczucie szoku, starając się ocenić sytuację. Nadczłowiek przystąpił do amputacji ramion. Evo nie czuł bólu, ale odczuwał wszystkie czynności. Przecinanie skóry, oddzielanie mięśni i kości. Patrzył na to jak w transie. Miał wrażenie, jak gdyby ktoś odklejał od niego niepotrzebne elementy, części.

 

Tak, tak właśnie było.

 

Nadludzie nie podróżowali w stalowych okrętach. Używali zwierząt. Zmodyfikowanych, przeobrażonych i wyhodowanych, ale nadal biologicznych, żywych organizmów. Posługiwali się też b i o l o g i c z n y m i częściami zamiennymi. A czymże on był, jeśli nie zbiorem tkanek, białek i mięśni? Do tego w doskonałym stanie.

 

Spojrzał na bionarzędzie, które przeszło do preparacji brzucha. Patrzył na rozcinaną i rozkładaną na boki skórę. Na macki, które nadzwyczaj sprawnie pozbawiały go jelit i reszty wnętrzności. Nie zemdlał, być może nadczłowiek coś mu podał. Te najcieńsze ciągle poruszały się w okolicach serca i głowy.

 

Monitorowały. Mięśnie powinny być jak najdłużej dotlenione.

 

Nie czuł obrzydzenia. Wiedział, że umiera, ale nie czuł strachu. Bezbronny, podzielony, leżał jak zbiór części zamiennych, a jednocześnie jak nigdy dotąd był dumny, że jest istotą ludzką.

Nadczłowiek pochylił się nad nim. Skierował bionarzędzie w stronę jego głowy. Zatrzymał się w połowie ruchu. Evo patrzył na jego gładką, pozbawioną mimiki twarz. Spojrzał w głąb czarnych oczu. Widział w nich pogardę, zrozumienie, czy może szacunek?

 

Zamknął oczy, gdy macki impulsywnie objęły mu głowę.

 

Koniec

Komentarze

Na forum bardzo zdecydowanie jesteśmy w trakcie roku wieloryba :D

 

A tekst z pomysłem, tylko w wykonaniu coś mi przeszkadza, jakoś nie mogę złapać tej narracji, wydaje mi się nieco mało płynna, rwana. To może być czysta idiosynkrazja, ale ten krótki tekst czytałam w trzech rzutach.  

Opowiadanie nieco inne od Twoich poprzednich tekstów. Emocje również widać, zwłaszcza w zakończeniu. Podobała mi się nieprzewidywalność tego tekstu i eksperymentalny sposób opisu doświadczeń bohatera, zwłaszcza przy bliższych oględzinach finwala. (Nie chcę spojlerować, dlatego tak ogólnie).

W końcówce piszesz o rzeczach ekstremalnych, w sposób wyważony, ale poruszający. Ode mnie klik. :)

IMO, siłą literatury są emocje, jestem zdecydowanie za “ckliwymi” tekstami.

Ninedin, przyznaję, że napisałem to opowiadanie specjalnie pod ten konkurs. Zobaczymy.

Ando, chciałbym być wszechstronnym “pisarzem”, a do napisania tego zainspirowały mnie, częściowo, komentarze pod moim poprzednim opowiadaniem, które było podobno “takie moje”. :) Fajnie, że jakoś do Ciebie przemówił.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Po przeczytaniu spalić monitor.

No i fajne. Nie będę porównywał do Twoich ckliwych, bo po co, jest po prostu inne. Podoba mi się, bo jest wartka akcja, szybko, z rozmachem, sugestywnie, z posypką smaczku hard scifi. 

Do tego jeszcze wizja latającego wieloryba, uwielbiam te klimaty, mam w domu na ścianie taką grafikę…

 

Dwie rzeczy mi tutaj trochę zgrzytnęły.

Pierwsza, to założenie, że w tych ZOL-ach ich strażnicy mają rozkaz strzelania do wszystkiego, co się rusza. Rozumiem, to ogólny koncept, podprowadzasz nieco, ale shoot first and ask questions later nadal wydaje mi się tutaj bezsasadne. Zastanawiałem się, dlaczego on, karramba, strzela do tak pięknego zwierza?

 

Druga – przeskok z wody na ląd. Wczesniej piszesz o wielkim oceanie, nie mam świadomości, że tam gdzieś jest ląd. A oni wyskakują z wody i lądują od razu gdzieś na ziemi. Zdziwko, skąd tu ląd?

 

podsumowując – bardzo to jest fajne i działa na wyobraźnię, choć potknłem się w dwóch powyższych miejscach. 

pozdro!

Rozdzieliłem czasowo “kropkami” fragment trafienia i lądowania.

Strzelać i bronić owszem, ale nie od razu do wszystkiego.

Nadal widział tylko przybliżony kształt i nieregularną smugę gorącego powietrza. Od początku wykrycia obiektu Jądro nadawało sygnały inicjujące kontakt. Bez żadnej odpowiedzi.

 Więc będę się tu bronił, a zwierzę owszem, wolał zabić, niż pozwolić uciec. Powody zostawiam do domysłów, w końcu nie było z tego świata.

Jak działa na wyobraźnie to już coś. :)

Pozdrawiam.

 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Trochę inne niż pozostałe Twoje teksty, ale tak czy inaczej, mi się podobało. Przede wszystkim dlatego, że w moim odczuciu mocno oryginalne zarówno pod względem pomysłu jak i jego realizacji :) Obrazowo i sprawnie napisane.

Ode mnie kolejny biblioteczny kliczek :)

To jest ta ciekawa sytuacja, gdy treść z jakiegoś powodu nie wchodzi (jakby czegoś brakło albo… jakby coś umykało), a zarazem wchodzi przekaz. Ale co ciekawe – tekst jest bardzo, hm, ilustracyjny. Uruchamia skojarzenia z historiami, jakie czasem dzieją się w tle niektórych teledysków lub prezentacji z demo sceny (może nawet bardziej z tym drugim).

No bo prawdzie jest tu kilka elementów nie bardzo pasujących (np. zbyt jasne rozmyślania o ewolucji zapomnianej linii ludzkości), jest pewne pogranicze symboliki, ale… jakoś i tak wspomniana “ilustracyjność” (pomimo braku grafiki!) opowiadania to w całości przykrywa.

Szkoda, ze tak na ostatnią chwilę, bo powiem szczerze, że pomimo owego “nie wejścia treści” jest tu coś, co pewnie gdybyś odrobinę, hm, nawet nie “doszlifował”, a “domalował”, to pewnie byłby tu potencjał pióra. No ale niestety – jest o ten krok za mało, o te pół kreski wyobraźni brakło.

 

PS. Ale podciągnięcie tego pod temat “ciężkiego dyżuru” mocno naciągane. Niemniej to problem jury, nie mój ;-)

 

Mam poczucie, że to wciąż bardzo Twój tekst, Darconie. Jest coś ckliwego i uroczego w wielorybach w kosmosie, więc może stąd moje wrażenie. Nie jest to zarzut, bo mi bardzo odpowiada oniryczność Twojego tekstu. Fajnie podryfowałeś w kierunku science fantasy, a spotkanie dwóch obcych nasunęło mi skojarzenia z “Prometeuszem” i “Obcy: Przymierze” (cokolwiek nie myślicie o tych filmach, ja tam je lubię). 

Podsumowując, wcale nie muszę wiedzieć o co Ci chodziło w tekście. Historia mnie urzekła obrazem, skojarzeniami i możliwością do interpretowania. 

Bardzo dobre opowiadanie, Darconie. Podoba mi się nowe podejście do narracji z dzieleniem fabuły na części (w tym fragmencie o pogoni za wielorybem i spotkaniem nadczłowieka), pasuje do hard sci-fi, które tutaj zaserwowałeś.

Napisane bardzo dobrze, jak to u ciebie. Nieszczęśliwe dla głównego bohatera zakończenie dla mnie na plus :D

 

Jest chyba jedna kwestia, której nie zrozumiałam, chyba gdzieś nawet mi mignęła wyżej w komentarzach. Po pogoni pod wodą i postrzale zwierzęcia, bohater jak i wieloryb nagle znajdują się na suchym lądzie. Bohater okrąża zwierzę, trzymając karabin. Jakim cudem? :D

 

cokolwiek nie myślicie o tych filmach, ja tam je lubię

Deirdriu, ja też je lubię, ale ja to w ogóle jestem bezkrytyczna dla tej serii :D

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Katio, Tobie podobają się prawie wszystkie moje teksty. :) To pewnie ze względu na podobne emocje, które na nas działają. Miło, że widzisz w tekście oryginalność, niejednokrotnie czytałem o kliszach, więc to budujące słowa.

 

Wilku Zimowy, cieszy mnie, że widzisz tu (zmarnowany) potencjał na piórko, i chyba rozumiem, o co ci chodzi? Chociaż jak sprecyzujesz, to też będzie dobrze. Często frapują mnie opinie pod moimi szortami typu:

gdybyś odrobinę, hm, nawet nie “doszlifował”, a “domalował”,

A to dlatego, że każdego szorta od razu mam w głowie, od początku do końca i w ogóle nie prowadzę rozważań, czy można coś dopisać lub napisać inaczej. Może warto nad tym pomyśleć. Nie mniej taki właśnie zaplanowałem tekst na taki, a nie inny konkurs i takie jury. ;) I tu zupełnie się z Tobą nie zgadzam, że naciągany temat. Mam nadzieję, że jury nie czeka tylko na dyżur w szpitalu, szkole, tudzież wartę w wojsku. Wracając zaś do opowiadania, to miał być najbardziej dynamiczny utwór w konkursie, co prawda nie czytałem jeszcze wszystkich, ale mam przeczucie, że tak właśnie jest. To miało mnie wyróżniać, zobaczymy, czy trafnie.

 

Deirdriu, miło, że nadal widzisz tu przekazywane “moje” wartości, mimo pewnej odmienności tego tekstu. I tak, chciałem trochę science, ale na zrównoważonym poziomie, zaś skojarzenia z “Prometeuszem” to dla mnie duży komplement i sprawiłaś mi ogromną radość. Ja też widzę w tym filmie duży potencjał. I szkoda, że Scott nie poszedł w kierunku inżynierów tylko znowu w Obcego. Jako ciekawostka: “Obcego Przymierze” nie widziałem, leciał we wtorek w telewizji, ale właśnie wtedy pracowałem nad powyższym tekstem i tym razem musiałem odłożyć oglądanie na inny termin. :)

 

Sy, widzisz w tekście to, co chciałem przekazać, więc nie powiem, że nie czuję jakieś tam małej dumy.

Napisane bardzo dobrze, jak to u ciebie.

Będę musiał pokazać to paru osobom z tego forum, ale po prawdzie, zawdzięczam to właśnie dokładnie tym samym paru osobom. Po konkursie przyjrzę się jeszcze lądowaniu. Dzięki za wizytę.

Pozdrawiam.

 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Darconie, zaiste inny ten tekst. Ale nie tylko inny od Twoich, a inny w ogóle. Początek jakoś wielce mnie nie porwał ale później, od pojawienia się wieloryba, było już tylko lepiej. Największe pozytywy jak dla mnie to wspomniana inność, ciekawy motyw wieloryba i jego kierowcy, zakończenie też z takich, jakie osobiście lubię. Zaciekawiłeś mnie tym tekstem i już :) Też uważam, że nie jest to naciągany temat. Sam napisałem tekst na ten konkurs w zupełnie innych realiach niż szpital etc. Więc ten aspekt również uważałbym za plus.

Jedynie nie do końca rozumiem, dlaczego bohater tak zawzięcie wdał się w gonitwę za wielorybem. Narażał życie w celu polowania na istotę, która przecież wcale go nie atakowała. Miał chronić nową planetę, jasne, ale czy to rozsądne od razu zabijać obiekt, o którym nic nie wiemy? Dla mnie zabrakło uzasadnienia dla tej kwestii i to mi troszkę zepsuło wrażenia z całości. Ale te, tak czy siak, okazały się bardzo pozytywne :)

Pozdrawiam serdecznie.

Podoba mi się pomysł, wykonanie też. Coś mi jednak szwankuje. Facet siedzi tam już dziesięć lat, gdzieś tam siedział już wcześniej i cały czas bez żadnego incydentu. I na dodatek nie wspomina o incydentach, które zdarzały się innym. A jednocześnie jest wyszkolony tak, aby na każdą próbę wejścia na planetę reagować w bardzo bezwzględny sposób. Trochę mi się to rozjeżdża.

Ta bezwzględność reakcji świadczy o tym, że kosmos jest pełen istot rozumnych i trzeba rywalizować o miejsce do życia. A z drugiej strony ten wcześniejszy spokój wskazuje na coś innego. Dlatego, podobnie jak przedpiścy mam problem ze zrozumieniem zachowania bohatera. Skąd ta zajadłość?

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Co do dyżuru/warty – nie chodziło mi o rodzaj dyżuru (bo zmiana to też dyżur), tylko o to, że to w zasadzie w ogóle jest bardziej zmiana w sensie “tury” (w tekście brzmi jakby chodziło o coś wieloletniego), choć to oczywiście kwestia definicji.

O reszcie napisze później.

Realucu, Irko_Luz, na ogół nie lubię pisać wyjaśnień pod tekstem, często też pozostawiam wiele rzeczy w sferze domysłów, ale to utwór z dosyć krótkim limitem, więc może polecę niekoniecznie najlepszym porównaniem: leży pies i pilnuje dla reszty psów miski z jedzeniem przed innymi zwierzętami, i nie ma znaczenia, czy skrada się kot, lis, czy na brzegu miski usiądzie piękny ptaszek. Ta miska jest ich. Taki instynkt przetrwania. Powinno to jednak wynikać z tekstu. Tak samo jak to, co Ci się rozjeżdża, Irko – nie ufaj nikomu, i jak na wojnie – najpierw strzelaj, później pytaj.

Tyle dobrego, że coś fajnego dla siebie znaleźliście.

Ok, Wilku.

Pozdrawiam.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Opowiadanie jest całkiem atrakcyjne, jeżeli chodzi o pomysł i słowne wykonanie. Rzeczywiście pewne minusy ujawniają się przy nieco głębszej analizie świata przedstawionego: procedur przewidzianych dla takich zdarzeń, jednoosobowych outpostów ludzkości, braku zaawansowanych maszyn bojowych, które działałyby autonomicznie, etc .

Brakuje też jakiegoś punktu zaczepienia do zrozumienia wybrania akurat finwala jako wehikułu – poza może efektownością wizji. W pewnym sensie zaś naturalnym skojarzeniem związanym z figurą gościa, który wyłazi ze środka wieloryba, są postaci Jonasza/Jezusa – ale ten trop chyba w opowiadaniu nie występuje… :) 

Ogólnie rzecz biorąc – fajnie się czyta, ale widać pewne luki. 

I po co to było?

W wielu opowiadaniach z world buildingiem można doszukać się luk, owszem, czasem większych czasem mniejszych.

A finwala łatwo Ci wytłumaczę. Każdy świat musi mieć jakieś podstawy, postawiłem na tym, co już znamy, czyli ludzie nadal mają ręce, nogi i głowy, choć nie bez pewnych zmian, idąc tym tokiem myślenia, pozostawiłem zwierzęta, które znamy. I tak, orzeł wydał mi się zbyt banalny, raczej do łuków i fantasy, słoń prędzej w bajkach dla dzieci, zwłaszcza trzepoczący uszami ;), ale wieloryb, wieloryb płynący po niebieskim jak woda niebie, tak. To jest moja estetyka piękna. Choć nie wiem, czy zadowala Cię taka logika. Jeśli opko jest dla Ciebie atrakcyjne, biorę to za całkiem porządny komplement.

Pozdrawiam.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Ta miska jest ich. Taki instynkt przetrwania.

A, czyli nie ma znaczenia, czy w kosmosie są jacyś obcy, ważne, że mogą być. Po prostu przenosimy nasze lęki, poczucie własności i takie tam na inne planety. Obcy nie może być dobry, bo to obcy. Teraz rozumiem. I smutne to.

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Dobra, wracam.

Pytałeś Darconie co według mnie można by doilustrować… No i nie mam prostej odpowiedzi, jedynie właśnie mogę powtórzyć, że brakło “kilku kresek”, jakiegoś dopełnienia wrażenia.

Tekst jak już wspomniałem odebrałem jako taki, który posiada formułę zbliżającą go do klimatu teledysków lub prezentacji demo sceny – z pełnymi tego konsekwencjami. Sprawia to, że np. nawet jeśli przechodzą przez głowę myśli o przyczynach ataku na wieloryba mimo, że nie okazał się obcym i zaczął uciekać, czy o tej naprzemiennej wiedzy-i-niewiedzy o Ziemi (fascynacja wielorybami, niewiedza, ze to “pojazd” ludzi z Ziemi, wiedza o rozwoju dawnych Ziemian), to w ogóle to nie przeszkadza w odbiorze. Tekst w dużej mierze przekierowuje na obrazy w głowie i jest to sporym jego atutem, ale też i wyzwaniem. Bo w którymś momencie robi się jak i w dobrych piosenkach – muzyka musi dobrze zagrać.

Być może brakło puenty (choć nie upierałbym się przy tym, bo ta konstrukcja tekstu tego nie wymaga, więc raczej nie w tym rzecz), być może gdzieś nieco większego podkręcenia wyobraźni (tu już bardziej).

Ciekawostka, z mojego synestezyjnego punktu widzenia. Wspomniałeś, że celowałeś w dynamiczność. No więc… ja odebrałem tekst odwrotnie (i to nie jest zarzut, wręcz przeciwnie!), choć bez wątpienia są tu opisy dynamicznych scen. Rzecz tylko w tym, że… w głowie wszystkie te dynamiczne sceny zobaczyłem jakby w spowolnionym tempie, jednocześnie skondensowanym w krótki opis. Gdyby faktycznie ująć to w teledysk, to w tło najbardziej by mi pasowało nie ostre łojenie, a… metalowe  lub rockowe ballady. I powiem Ci, że choć jestem zwolennikiem dynamiki treści, to takie wyobrażenie tych konkretnych scen, daje tu coś dramatyzmu.

 

Nie ująłbym tego lepiej, Irko.

Ciekawostki piszesz, Wilku. Pewne rzeczy, wydawałoby się, takie same, postrzegamy inaczej, ale to dobrze. Pomyślę nad tym, co napisałeś.

 

 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Co stało się z siatką satelitów? Gdyby tu była miliardowa aglomeracja i na orbicie poruszałyby się dziesiątki milionów obiektów, może coś mogłoby się przedostać.

Wybiegał, jak stał w kierunku śmiga.

A nie “wybiegł”?

 

Hm, jakoś mnie nie poruszyło. Może dlatego, że Obcy (nawet jeśli człekokształtny) krojący biednych Ziemian (bądź ich potomków), to jednak dość znajomy obrazek :) Podobał mi się jednak zabieg narracyjny z podzieleniem opisu na ułamki sekundy.

O, lubię taką scifi, która przypomina mi teksty z minionej złotej epoki. Trochę przygody, trochę tajemnicy, a wszystko podlane tłuściutkim sosem sci-fi.

Doceniam dbałość o szczegóły nawet tak mało znaczące, jak nazwy mieszanek do oddychania. Takie pierdółki zawsze budują klimat.

No i bio-statki kosmiczne. Zagrałeś kilka starych nut kilkoma rzadko używanymi instrumentami, za co Ci serdecznie dziękuję. Ucieczka w stronę horroru tuż na końcu opowiadania pozostawiła mnie neutralnym. Rozumiem Twój wybór, ale ja szukałbym czegoś bliższego transmutacji dyżurnego w drugą nadistotę. Jestem ciekaw, jak opisałbyś zmianę postrzegania tak “przetwarzanego” człowieka. Szkoda więc, że zamknąłeś się w więzieniu limitu znaków.

 

Przyczepię się do jednego, ale to przez zboczenie zawodowe:

zaryczało na wysokich częstotliwościach (…)

To byłby raczej pisk. Wysokie częstotliwości to wysoka energia (czyli “kosztowne”), a przy tym bardzo słaba przenikalność, więc taki dźwięk bardzo szybko zostałoby wytłumiony przez wodę. Niska częstotliwość, taki przeciągający się ryyyyyyyyyyyyk, który przeszyłby wiele setek kilometrów kwadratowych, to byłoby coś.

Światowiderze, może następnym razem, na dłużej niż sekundę. ;)

 

Stnie, tym razem czułem, że w końcu coś mojego Ci się spodoba. Pierwszy zauważyłeś szczególiki. :) Ja to widzę bardziej jako pragmatyzm, niż horror. I godzi się to w dużym stopniu z moim postrzeganiem spotkania rasy dużo bardziej rozwiniętej z tą znacznie mniej. Oczywiście z piskiem masz rację, przeoczyłem w ferworze walki, poprawię po konkursie.

Pozdrawiam.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Ciekawe :)

Przynoszę radość

Mówiąc szczerze, to Twoje teksty muszę nadrobić. Nie wychylaj się jeszcze z “tym razem”. ;)

Podobało się. 

Początek trochę mi się wlekł, ale ten latający wieloryb, tak sprawnie i ładnie opisany tak mi się spodobał. Bardzo fajny pomysł. A dalej było jeszcze bardziej pomysłowo i zacnie. Że cooo? Skąd wy, ludzie, bierzecie takie pomysły? Tzn. nadludź w mięsistym fotelu skojarzył mi się z “Battlestar Gallactica”, tam coś podobnego zauważyłam, jeśli nie mylę filmów. Ale to, co zaserwowałeś dalej czytałam z otwartą gębą. Kurcze, fajne to było. 

Podobało mi się, jak rozbiłeś te sekundy. I pod koniec odliczania: 

0.7 sek.

Wiedział, że przeprowadził prawidłową analizę… Tylko zdecydowanie zbyt wolno.

 

Muszę poczytać te Twoje ckliwe teksty. Ten bardzo na plus!

Nic tak nie cieszy, jak zadowolony czytelnik. :) Dzięki za dobre słowo i poczytanie, Saro Winter. :)

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

 

Wszystko było fajnie dopóki nie pojawił się człowiek z pępowinami z wielorybem.

Jest to wprawdzie fantastyka, ale mogło być nieźle bez tej przesadzonej chimery.

pozdrawiam

Czytałem innego Darcona niż dotychczas, ale było równie fajnie.

Co ciekawe mam skojarzenie na wieloryba, bo w grze Star Wars: Knights of the Old Republic była płaszczak latająca po niebie. Bardzo fajnie wyszedł ten pomysł dwóch cywilizacji idących w odmiennych kierunkach. Poszedłeś w szczegółową narrację i ona była również fajna. Ja trochę nie nadążałem za nią, ale mam dzisiaj wymagający dzień i trudno o skupienie. Ciężko powiedzieć mi na ile rozegrałeś ten układ narracyjny, w sensie wiedzy fizycznej itd. Ale mogę powiedzieć, że było przekonująco. Moim zdaniem poradziłeś sobie z utworem. Widziałem wprawnie napisaną oraz poprowadzoną historię i dobrze przemyślaną. Pomimo że tym opowiadaniem chciałeś odbić się od pewnej łatki, co w gruncie rzeczy Ci się udało, to finał opowieści zbudowałeś przez wrażliwość, którą widać w Twoich innych tekstach. I dobrze, bo lubię tę perspektywę.

Teraz czekam na opowiadanie zadedykowane fanom Twoich utworów ;-)

Dziękuję za regularne wizyty, Mersayake. Jesteś też kolejną osobą, która mówi o innym Darconie, a jednak tym samym. Może coś w tym jest. Najczęściej po napisaniu opowiadania, biorę się za kolejne, które jest w innej konwencji. Z natury lubię zmiany, a że skończyłem niedawno coś dłuższego fantasy, to czuję w kościach, że teraz sięgnę po coś bardziej mrocznego. Fanów to chyba jeszcze nie mam, więc też nie wiem, co mógłbym dla nich napisać. :)

Cieszę się, że znalazłeś coś dla siebie w opowiadaniu.

Pozdrawiam.

 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Mimo, że narracja troszkę rozbiegana i momentami nierówna, to finał opowiadania jakoś to wiąże w całość i uderza w te struny emocji, co trzeba. Zachęciłeś mnie też do zajrzenia do twoich wcześniejszych opowiadań.

Dzięki za komentarz i oczywiście zapraszam.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Ano właśnie, przeczytałem dawno, ale o komentarzu zapomniałem…

 

Ja miałem odwrotnie, niż ninedin, tzn. narracja bardzo mi się podobała. Przypomniało mi się jak za małolata czytałem, wtedy już stare, “Spotkania w przestworzach”. Początek tekstu zabrał mnie właśnie w takie rejony, dawnego s-f i dobrze mi z tym było:)

Dałeś czytelnikowi to, w czym jesteś mocny. Malowniczy, działający na wyobraźnię i wysoce estetyczny obraz – twój finwal nie jest jakimś mega odkryciem, ale jakże to porywający temat… A zderzony z chłodną, krótko prowadzoną narracją wstępu, no, to było naprawdę coś. A potem zrobiłeś coś, czego zrozumieć nie potrafię. 

 

Nadludzie nie podróżowali w stalowych okrętach. Używali zwierząt. Zmodyfikowanych, przeobrażonych i wyhodowanych, ale nadal biologicznych, żywych organizmów. Posługiwali się też b i o l o g i c z n y m i częściami zamiennymi. A czymże on był, jeśli nie zbiorem tkanek, białek i mięśni? Do tego w doskonałym stanie.

Po kiego diabła tak obcesowo wykładasz kawę na ławę? Najpierw pięknie żenisz kosmiczny chłód sf z cudowną impresją obserwacji biologicznego absolutu i zamiast zostawić z tym czytelnika (a niech ustosunkuje się do tego w głębi swego ducha, a co!) zabierasz się za tłumaczenie tego, co już pokazałeś działającymi na wyobraźnię (”pilot” w gębie finwala!) obrazami. No kurka wodna, po co? Poczułem się jakbym na umajonej łące gonił barwnego motylka, a mając go już niemal w dłoniach, wyrżnął, zahaczywszy noskiem buta o kamień, prosto na ryj. No, nie tegom chciał.

 

No i jeszcze na koniec taki soundtrack do opowiadania. Samo się prosi;)

 

 

 

Na ogół fanom dawnej SF opowiadanie się podoba, może rzeczywiście ma coś w sobie z tych dawnych klimatów. Spodobało Ci się kilka rzeczy, więc to mnie cieszy.

Co do fragmentu z cytatu, cóż, miałem obawy, czy oprócz fanów dawnego SF ktoś wpadłby jeszcze na to, o co chodzi, zwłaszcza przy skrótowej narracji. Stąd pojawił się w opowiadaniu.

Okładka fajna, ale muzyka wybitnie nie moja. :)

Pozdrawiam.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Ładna wizja.

Podoba mi się, że tekst jest fantastyczny, a nie obyczajowy.

Nie bardzo podoba mi się, że od razu zaczynają się tłuc. Wcześniej już wyjaśniałeś, że na wojnie się najpierw strzela. Ale IMO takie podejście prowadzi do wojen właśnie. A przecież można pogadać, pohandlować, wymienić się dziełami sztuki… Tak, pies pilnuje miski, ale czasem wystarczy warknięcie albo nawet psy mogą sobie powąchać tyłki…

Babska logika rządzi!

No proszę, wchodzę, a tu komentarz Finkli.

Pewnie, może Ci się nie podobać. Masz inny punkt widzenia, szanuję, ale mojego komentarza nie przeczytałaś dokładnie. Nie pisałem o obronie miski przez psa przed innym psem. Pisałem o obronie przed innym gatunkiem, i to samo mam na myśli jeśli chodzi o wojnę w tym przypadku. Twój komentarz sugeruje, że masz ma myśli wojnę wewnątrz jednego gatunku, gdzie w dużym stopniu znasz mentalność przeciwnika, który jest w dużym stopniu podobny do ciebie. A to niezupełnie to samo.

Podobne podejście do Twojego będzie miała większość pacyfistów, jeśli nie wszyscy. Poza tym, nawet biorąc pod uwagę jeden gatunek, historia człowieka zna dziesiątki, jeśli nie setki przypadków konfliktów zbrojnych gdzie wymienione przez Ciebie sposoby nie poskutkowały. Zaraz też przyszła mi na myśl sławna scena z Niemcem z filmu Szeregowiec Ryan, kto widział, na pewno wie, o którą scenę chodzi.

 

Oczywiście nie neguję, sam też nie widzę powyższego, jako jedynego rozwiązania, ale w tym opowiadaniu postawiłem właśnie na takie.

Pozdrawiam.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Nowa Fantastyka