- Opowiadanie: rrybak - Plan "Basior"

Plan "Basior"

Plan “Ba­sior” – no­we­la al­ter­hi­sto­rycz­na, opu­bli­ko­wa­na w Nowej Fan­ta­sty­ce nr 9/2019 (444)

Wer­sja au­tor­ska – po przy­wró­ce­niu ośmiu do­ko­na­nych przed dru­kiem, z przy­czyn tech­nicz­nych,  skró­tów (w sumie około 2 tys. zna­ków) i przed osta­tecz­nym mu­śnię­ciem dło­nią MC.

Za­pra­szam do dłu­uuugiej lek­tu­ry, mam na­dzie­ję – in­te­re­su­ją­cej. Jako że hi­sto­ria, a nawet al­ter­hi­sto­ria Pol­ski i świa­ta na­uczy­ciel­ką życia jest, ze spe­cjal­ną (fo­ru­mo­wą) de­dy­ka­cją dla Mr.Marasa, Ar­nu­bi­sa, Fen­rir­ra, Ba­ilo­uta, Bel­la­trix, i kilku in­nych wier­nych przy­ja­ciół (i moich, i Pol­ski), o któ­rych za­po­mnia­łem (lub, jak pisał Tuwim – pominąłem...) ;D.

Niech Was to moje ostat­nie za­miesz­czo­ne tu opko i wy­ni­ka­ją­cy z niego morał cie­szy odtąd już na za­wsze.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Plan "Basior"

Oku­po­wa­na Pol­ska, War­sza­wa, 5 X 1939, godz. 12.47

 

Pył opa­dał po­wo­li na lej po wy­bu­chu na rogu No­we­go Świa­tu i Alei Je­ro­zo­lim­skich. Na tro­tu­arach i ko­st­ce bru­ko­wej przy­kry­wał opa­li­zu­ją­cą war­stew­ką drżą­ce ka­łu­że krwi, wy­sza­rzał czę­ścio­wo zwę­glo­ne ludz­kie szcząt­ki i nie­fo­rem­ne bryły po­de­rwa­nych z pod­ło­ża ka­mie­ni. Roz­dar­ty eks­plo­zją opan­ce­rzo­ny mer­ce­des führera, sze­ścio­ko­ło­wy czte­ro­to­no­wy ka­brio­let W31, leżał na boku na skra­ju kil­ku­na­sto­me­tro­wej wyrwy, tuż przy wy­szczer­bio­nym murze ka­mie­ni­cy zaj­mo­wa­nej przez Bank Go­spo­dar­stwa Kra­jo­we­go. Obok po­zba­wio­ne­go głowy ciała w je­dy­nym takim w Eu­ro­pie ja­sno­brą­zo­wym uni­for­mie, na który na­rzu­co­ny był długi skó­rza­ny płaszcz, spo­czy­wa­ły zwło­ki kie­row­cy i za­ra­zem ad­iu­tan­ta wodza, obe­rgrup­penführera SA Wil­hel­ma Bruck­ne­ra. Pod ścia­ną zaś zbu­rzo­nej eks­plo­zją ka­mie­ni­cy przy Nowym Świe­cie 7, przy­gnie­cio­na sta­ty­wem ar­ri­fle­xa, krzy­cząc z bólu i prze­ra­że­nia, wiła się na­dwor­na kro­ni­kar­ka Hi­tle­ra – Leni Rie­fen­stahl. Odłam­ki zma­sa­kro­wa­ły jej twarz, osu­wa­ją­cy się frag­ment muru zmiaż­dżył stopy.

Do tru­pów i ran­nych bie­gli wła­śnie, sami mniej lub bar­dziej kon­tu­zjo­wa­ni, le­ka­rze ekipy me­dycz­nej i ochro­na z trze­cie­go mer­ce­de­sa bio­rą­ce­go udział w prze­jeź­dzie uli­ca­mi pod­bi­tej War­sza­wy, po ode­bra­niu de­fi­la­dy We­hr­mach­tu i zwie­dze­niu przez führera Bel­we­de­ru. Klę­czą­cy przy ciele wodza ge­ne­rał Wal­ther von Brau­schitsch, na­czel­ny do­wód­ca lą­do­wych wojsk nie­miec­kich w Pol­sce, w szoku macał wokół sie­bie roz­ca­pie­rzo­ny­mi pal­ca­mi lewej ręki. Naj­wy­raź­niej szu­kał ode­rwa­nej pra­wej dłoni. Czy­nił to coraz bar­dziej nie­pew­nie. Wy­buch dwóch ćwierć­to­no­wych ła­dun­ków, pod­ło­żo­nych przez grupę sa­pe­rów do­wo­dzo­ną przez ma­jo­ra Fran­cisz­ka Nie­po­kól­czyc­kie­go na tra­sie prze­jaz­du ka­wal­ka­dy zwy­cięz­ców, do­pro­wa­dził do krwo­to­ków we­wnętrz­nych, któ­rych ge­ne­rał nie był w sta­nie prze­żyć.

Ge­ne­ra­ło­wie Ga­land i Bla­sko­witz mieli wię­cej szczę­ścia, po­dob­nie jak Wal­ter Schel­len­berg, szef hi­tle­row­skie­go kontr­wy­wia­du SD – Si­cher­he­its­dienst des Re­ich­fuh­rers SS. Oca­le­li przy­pad­kiem. Po­cząt­ko­wo mieli je­chać dru­gim mer­ce­de­sem, tuż przed wozem führera, a za pół­cię­ża­rów­ką z ob­sta­wą, ale spod Bel­we­de­ru za­bra­li się wła­sny­mi au­ta­mi dys­po­zy­cyj­ny­mi. Wła­śnie od­bie­ra­li mel­dun­ki i wy­da­wa­li pierw­sze roz­ka­zy, w tym po­le­ce­nie cał­ko­wi­tej blo­ka­dy in­for­ma­cyj­nej i prze­ka­za­nia Enig­mą za­szy­fro­wa­nej in­for­ma­cji o śmier­ci wodza jego ofi­cjal­ne­mu na­stęp­cy, Her­man­no­wi Go­erin­go­wi. Ko­lej­nym kro­kiem było po­le­ce­nie roz­strze­la­nia ponad czte­ry­stu za­kład­ni­ków, w tym przed­wo­jen­ne­go pre­zy­den­ta mia­sta Ste­fa­na Sta­rzyń­skie­go.

Pol­scy miesz­kań­cy domów są­sia­du­ją­cych z de­fi­la­dą zo­sta­li za­wcza­su uprze­dze­ni przez Ge­sta­po, że pod groź­bą śmier­ci nie wolno im się było nawet zbli­żać do okien. Dzię­ki temu w więk­szo­ści unik­nę­li znacz­niej­szych ob­ra­żeń. Przez po­trza­ska­ne szyby w oko­licz­nych ka­mie­ni­cach, nie­mal co do jed­nej wy­bi­te falą ude­rze­nio­wą, mogli teraz uj­rzeć prze­sło­nię­te pyłem sine chmu­ry na ciem­nym błę­ki­cie, a gdy ktoś od­wa­żył się na wię­cej – czerń i czer­wień sztan­da­rów III Rze­szy w tle.

 

***

W znaj­du­ją­cej się kil­ka­dzie­siąt me­trów od trupa Hi­tle­ra piw­ni­cy Cafe Clubu przy Nowym Świe­cie 15/17, za­mknię­tej od ze­wnątrz na ma­syw­ną kłód­kę, po­rucz­nik Fran­ci­szek Unter­ber­ger pu­ścił rącz­kę nie­po­trzeb­nej już so­wiec­kiej sa­per­skiej za­pa­lar­ki. Wie­dział, że jego misja wła­śnie się za­koń­czy­ła. Spo­koj­nie zmó­wił pa­cierz i dał znak przy­bocz­ne­mu, który do tej chwi­li kon­tro­lo­wał we­wnętrz­ny po­dwó­rzec ka­mie­ni­cy z po­zio­mu za­kra­to­wa­ne­go okien­ka w za­głę­bio­nym w bruk wy­ku­szu, tak by móc usły­szeć sy­gna­ły ze­wnętrz­ne­go ob­ser­wa­to­ra.

Wcze­śniej­sze za­ło­że­nia były jasne: za­da­nie jest dla stra­ceń­ców, bez szans uciecz­ki. Sta­no­wi­ska muszą zo­stać za­ję­te trzy dni wcze­śniej. Ob­ser­wa­tor, po­rucz­nik Sa­wic­ki, z kry­jów­ki pod ru­ina­mi gma­chu ko­le­jo­we­go na­prze­ciw­ko BGK, strza­łem z ro­syj­skie­go pi­sto­le­tu TT daje znak do roz­po­czę­cia ataku. Po­wi­nien to zro­bić na około dwie se­kun­dy przed wjaz­dem mer­ce­de­sów do dwu­dzie­sto­me­tro­wej sku­tecz­nej stre­fy ra­że­nia. Wtedy przy­bocz­ny w piw­ni­cy Cafe Clubu krzy­czy: „Już!”, a wów­czas Unter­ber­ger na­tych­miast zwie­ra elek­trycz­ny obwód de­to­na­to­ra. Da­wa­ło to wy­star­cza­ją­cy mar­gi­nes pew­no­ści…

De­cy­du­ją­ce były szczę­śli­wy traf, im­pro­wi­za­cja i mel­du­nek pol­skie­go wy­wia­du z Ber­li­na, nada­ny tuż po ka­pi­tu­la­cji sto­li­cy Pol­ski, in­for­mu­ją­cy o szy­ko­wa­nej przez hi­tle­row­ców de­fi­la­dzie. Resz­tę miały za­ła­twić fi­zy­ka, che­mia i… przy­pa­dek. Pią­te­go paź­dzier­ni­ka 1939 roku wszyst­kie te czyn­ni­ki za­dzia­ła­ły bez­błęd­nie i rów­no­cze­śnie. Nie trze­ba było nawet uru­cha­miać re­zer­wo­wej grupy za­ma­chow­cow, na tra­sie wio­dą­cej na Okę­cie.

Gdyby za­mach się po­wiódł, Sa­wic­ki miał wy­pa­lić po­now­nie, tyle że dwu­krot­nie. A potem skoń­czyć ze sobą.

 – Udało się, udało! – wrza­snął do Unter­ber­ge­ra jego asy­stent, gdy tylko usły­szał dwa pi­sto­le­to­we wy­strza­ły po gi­gan­tycz­nej eks­plo­zji, która do­słow­nie za­ko­ły­sa­ła ka­mie­ni­cą. Zaraz potem roz­legł się huk wy­bu­cha­ją­ce­go gra­na­tu. Obaj żoł­nie­rze spoj­rze­li po sobie ze smut­nym trium­fem w oczach. Sta­no­wi­ło to także ich po­że­gna­nie. Nic wię­cej nie mogli już zro­bić.

Asy­stent, pod­la­ski Tatar z po­cho­dze­nia, pod­szedł, prze­ła­do­wał pi­sto­let i wy­pa­lił Unter­ber­ge­ro­wi w tył głowy. Potem ze­rwał za­wlecz­ki trzech kar­bo­wa­nych so­wiec­kich „efek”, wło­żył lufę te­tet­ki do ust i na­tych­miast na­ci­snął spust. Nie żył już, gdy po trzech se­kun­dach za­pal­ni­ki za­dzia­ła­ły i wy­bu­chy roz­nio­sły zwło­ki. Spo­sób za­koń­cze­nia akcji nie był przy­pad­ko­wy. Ucie­kać i tak nie było gdzie, po piw­nicz­nych scho­dach dud­ni­ły już pod­ku­te buty es­es­ma­nów.

 

 

ZSRS, Da­wyd­ko­wo pod Mo­skwą, 29 X 1939, godz. 00.15

 

Czwór­kę li­kwi­da­to­rów prze­my­co­no do pol­skiej am­ba­sa­dy w Mo­skwie przy Spi­ry­do­now­ce 30 jesz­cze w lipcu, po trzech la­tach taj­nych ćwi­czeń z rusz­ni­ca­mi boysa i gra­nat­ni­ka­mi ar­ba­le­sta w wy­dzie­lo­nych sek­to­rach po­li­go­nu w Rem­ber­to­wie. Oraz nad Bu­go-Na­rwią z bry­tyj­skim sprzę­tem nur­ko­wym sys­te­mu Da­wie­sa/Cor­lieu. Wje­cha­li do Kraju Rad w chro­nio­nych przez ku­rie­rów skrzy­niach z „dy­plo­ma­tycz­ną” pocz­tą: jako pia­ni­no, dwie szafy i sejf. Zło­żo­no ich na­stęp­nie za pan­cer­ny­mi drzwia­mi w piw­nicz­nym po­miesz­cze­niu am­ba­sa­dy, wy­po­sa­żo­nym w pod­sta­wo­we za­pa­sy i wy­go­dy i za­mknię­tym od ze­wnątrz dla wszyst­kich poza re­zy­den­tem Dwój­ki. Nie cho­dzi­ło tylko o ukry­cie ko­man­do­sów przed so­wiec­kim kontr­wy­wia­dem. Znacz­nie bar­dziej nie­bez­piecz­ny dla po­wo­dze­nia misji był ak­tu­al­ny szef pla­ców­ki Wa­cław Grzy­bow­ski, wy­jąt­ko­wy dy­le­tant, który w swo­ich ra­por­tach do war­szaw­skie­go MSZ nawet pod ko­niec roku 1938 wciąż oce­niał, że „ZSRS słab­nie”.

Tuż przed koń­cem wy­mu­szo­nej przez Mo­ło­to­wa po sie­dem­na­stym wrze­śnia ewa­ku­acji am­ba­sa­dy, w ciem­no­ściach, wśród ob­ja­wów po­spiesz­ne­go zwi­ja­nia i po­rzu­ca­nia pla­ców­ki przez jawny per­so­nel, za­ma­chow­cy nie­po­strze­że­nie opu­ści­li bu­dy­nek na za­kry­tej pace jed­nej z pół­cię­ża­ró­wek chro­nio­nych pro­to­ko­łem dy­plo­ma­tycz­nym. Tą aku­rat kie­ro­wał re­zy­dent ope­ru­ją­cy pod przy­kryw­ką szo­fe­ra. Prze­dziu­ra­wio­na wcze­śniej opona cze­ki­stow­skiej „emki” ode­rwa­ła od nich so­wiec­ką ob­sta­wę na mniej wię­cej kwa­drans. Umoż­li­wi­ło to sa­mot­ny do­jazd na prawy brzeg rzeki Mo­skwy, a na­stęp­nie szyb­ki i dys­kret­ny de­sant z paki, skok w nad­rzecz­ne chasz­cze przy Wo­ro­bio­wych Wzgó­rzach i wej­ście do wody. Re­zy­dent miał re­fleks i szczę­ście – kiedy po­now­nie do­gna­li go taj­nia­cy, był już z po­wro­tem na te­re­nie am­ba­sa­dy i mógł opu­ścić ZSRS bez ko­niecz­no­ści za­ży­wa­nia cy­jan­ka­li z den­ty­stycz­nej plom­by…

Po noc­nym spły­wie z nur­tem, nad dnem rzeki, w apa­ra­tach od­de­cho­wych i z wo­dosz­czel­nym alu­mi­nio­wym kon­te­ne­rem ze sprzę­tem, go­ście z Pol­ski zna­leź­li się przy lewym, dzi­kim brze­gu. Tam wła­śnie, na wy­so­ko­ści ba­gien­nych Łuż­nik, cze­ka­ła na nich kry­jów­ka w ob­dar­tych ze wszyst­kie­go co cenne ru­inach cer­kwi Matki Bożej Ti­chwiń­skiej. Bol­sze­wi­cy znisz­czy­li ją jesz­cze w la­tach 20., a teraz stała sa­mot­na, jak niemy wy­rzut su­mie­nia, po­śród za­pusz­czo­nych pól po­kry­tych zwa­ła­mi roz­kła­da­ją­cych się śmie­ci.

Łuż­ni­ki sta­no­wi­ły w Mo­skwie od­po­wied­nik war­szaw­skie­go Łuku Sie­kier­kow­skie­go, tyle że znacz­nie sku­tecz­niej od­cię­ty od cy­wi­li­za­cji przez kolej ob­wo­do­wą, po­bli­skie za­ple­cze Cmen­ta­rza No­wo­dzie­wi­cze­go, a zwłasz­cza uru­cho­mio­ną pod ko­niec lat 30. bu­do­wę mo­nu­men­tal­ne­go Pa­ła­cu Rad. W prze­ci­wień­stwie jed­nak do Sie­kie­rek, je­sie­nią 1939 roku znacz­nie ła­twiej było tu spo­tkać lisa niż czło­wie­ka. W do­dat­ku u wej­ścia do cer­kiew­nych za­wa­lisk czy­jaś tro­skli­wa ręka sta­ran­nie umie­ści­ła roz­kła­da­ją­ce się i śmier­dzą­ce pod nie­bio­sa ścier­wa kilku psów. Z miej­sca ni­we­lo­wa­ło to chęć eks­plo­ra­cji u ewen­tu­al­nych przy­pad­ko­wych gości, nawet u naj­bar­dziej zde­spe­ro­wa­nych mo­skiew­skich bez­dom­nych. Nie­wi­dzial­na ręka, ani chybi rodem z tej samej „Dwój­ki”, od­po­wied­nio wcze­śniej za­ko­pa­ła też w ko­ry­ta­rzu, od­cię­tym od resz­ty piw­nic ster­tą po­ła­ma­nych desek i ce­gla­nym ru­mo­szem, sześć­dzie­siąt ki­lo­gra­mów su­che­go wy­so­ko­ka­lo­rycz­ne­go pro­wian­tu w her­me­tycz­nych po­jem­ni­kach.

W tej wła­śnie kry­jów­ce, po­śród ciszy i doj­mu­ją­ce­go smro­du i chło­du, otu­le­ni w de­san­to­we śpi­wo­ry, od­bie­ra­jąc przez słu­chaw­ki wia­do­mo­ści so­wiec­kie­go radia za po­mo­cą de­tek­to­ro­we­go od­bior­ni­ka, w mil­cze­niu kon­ser­wu­jąc apa­ra­ty od­de­cho­we, broń i amu­ni­cję, roz­ma­wia­jąc szep­tem, stop­nio­wo za­ra­sta­jąc bru­dem, a głów­nie na zmia­nę śpiąc, czte­rej mło­dzi bez­i­mien­ni Po­la­cy do­cze­ka­li końca paź­dzier­ni­ka. Nie mieli po­ję­cia, ile ze­spo­łów po­dob­nych do ich grupy, ukry­wa­ło się gdzieś w Mo­skwie. Ta wie­dza była im naj­zu­peł­niej zbęd­na. Po pro­stu ro­bi­li swoje.

 

***

Kiedy przy­szedł wy­zna­czo­ny czas, gdy sześć go­dzin przed so­bot­nim póź­nym świ­tem za­czął sypać pierw­szy tej je­sie­ni mo­skiew­ski śnieg, po­rzu­ci­li cer­kiew i Łuż­ni­ki. Po­now­nie w stro­jach nur­ków za­nu­rzy­li się w nurt rzeki Mo­skwy i wró­ci­li pod wodą na jej prawą stro­nę. Nie­wi­docz­ni pod osło­ną wy­so­kie­go brze­gu po­ko­na­li kil­ka­set me­trów pod prąd i wpły­nę­li w uj­ście rzecz­ki Sie­tu­ni, wpa­da­ją­cej do Mo­skwy kilka ki­lo­me­trów na wschód od Da­wyd­ko­wa, w po­bli­żu Wo­ro­bio­wych Wzgórz.

Po dro­dze mu­sie­li prze­lać pierw­szą krew. Cicho i spraw­nie zli­kwi­do­wa­li dwój­kę bro­da­tych ro­bo­cia­rzy, dy­żu­ru­ją­cych od piąt­ko­we­go wie­czo­ru na ogro­dzo­nym placu przy uj­ściu Sie­tu­ni i pil­nu­ją­cych ma­te­ria­łów do bu­do­wy jej ka­mien­nych ob­wa­ło­wań. Po trzech ty­go­dniach pro­wa­dzo­nych no­ca­mi ob­ser­wa­cji z łuż­nic­kie­go brze­gu, za­bój­cy wie­dzie­li, że ko­lej­na zmia­na przyj­dzie do­pie­ro w nie­dzie­lę wie­czo­rem, a do tego czasu nie zaj­rzy tu pies z ku­la­wą nogą. Pra­wie cały po­nu­ry krót­ki dzień prze­sie­dzie­li w cie­płym, osło­nię­tym krza­ka­mi ba­ra­ko­wo­zie. Po zmierz­chu, tuż przed siód­mą, znów ze­szli pod lo­do­wa­tą wodę.

W kau­czu­ko­wych kom­bi­ne­zo­nach ter­mo­izo­la­cyj­nych, ale tym razem już bez płetw, ru­szy­li po dnie pod le­ni­wy prąd Sie­tu­ni, cią­gnąc obły kon­te­ner z bro­nią i amu­ni­cją. Dwie go­dzi­ny póź­niej le­d­wie żywi ze zmę­cze­nia wy­szli na opu­sto­sza­ły brzeg ki­lo­metr za bez­lud­nym w so­bot­ni wie­czór kom­plek­sem Mos­fil­mu. Po­śród coraz sła­biej sy­pią­cej z nieba mo­krej waty roz­pa­ko­wa­li her­me­tycz­ny po­jem­nik. De­li­kat­nie wy­ję­li jego za­war­tość owi­nię­tą w suche ska­fan­dry, któ­ry­mi z miej­sca za­stą­pi­li nur­ko­we kom­bi­ne­zo­ny, a nie­po­trzeb­ne już alu­mi­nio­we sko­ru­py za­to­pi­li w rzecz­ce. Dobry kwa­drans od­po­czy­wa­li pod osło­ną nocy, śnie­gu i mło­dych so­se­nek. Zje­dli po ta­blicz­ce cze­ko­la­dy, ta­blet­ki ben­ze­dry­ny po­pi­li skon­den­so­wa­nym mle­kiem. Mieli do prze­by­cia ostat­ni od­ci­nek, naj­trud­niej­szy, bo w bez­po­śred­niej stre­fie dzia­ła­nia sta­li­now­skiej ochro­ny.

Po ko­lej­nych dwóch kwa­dran­sach, przy­kry­ci zbu­twia­ły­mi li­ść­mi, śnie­giem i ma­sku­ją­cy­mi pe­le­ry­na­mi, le­że­li już wśród ko­rze­ni brzóz na skra­ju nie­wiel­kie­go za­gaj­ni­ka. Spo­glą­da­li na bie­gną­cy przed nimi pod­le­śny od­ci­nek szu­tro­wej drogi, 160 me­trów na pół­noc od ostre­go za­krę­tu w lewo od szosy Sta­ro­wo­łyń­skiej. Także i to miej­sce nie było przy­pad­ko­we. Kilka lat wcze­śniej, zanim jesz­cze Koba prze­pro­wa­dził się do Da­wyd­ko­wa, a ten aku­rat dziki frag­ment ów­cze­sne­go przed­mie­ścia po­kry­ła sieć cze­ki­stow­skich ochro­nia­rzy, od­wie­dzi­li go „grzy­bia­rze” i „węd­ka­rze” z pol­skiej am­ba­sa­dy. To dzię­ki ich zdję­ciom i za­po­bie­gli­wo­ści grupa za­ma­chow­ców mogła przy­go­to­wać atak. Ko­lej­ne trzy ner­wo­we go­dzi­ny prze­trwa­li reszt­ka­mi sił i am­bi­cji. Mi­ja­ją­ce co pe­wien czas ich od­ci­nek szosy pa­tro­le, ska­żo­ne ru­ty­ną i nie­spe­cjal­nie uważ­ne, nie były groź­ne – nie pro­wa­dzi­ły psów.

 

***

Tuż przed pierw­szą w nocy kon­wój rzą­do­wych po­jaz­dów opu­ścił, jak nie­mal co wie­czór, mo­skiew­skie przed­mie­ścia, minął od po­łu­dnia Po­kłon­ną Górę i do­jeż­dżał sta­ran­nie utrzy­ma­ną trasą do pierw­szych za­gaj­ni­ków Da­wyd­ko­wa. Po­śród so­sno­we­go lasu, za po­dwój­nym trzy­me­tro­wym pło­tem mie­ści­ła się tu utaj­nio­na przed lud­no­ścią im­pe­rium oraz spec­służ­ba­mi im­pe­ria­li­stycz­ne­go Za­cho­du, acz od dłuż­sze­go już czasu nie przed pol­skim Wy­dzia­łem IIA, z II Od­dzia­łu In­for­ma­cyj­ne­go Szta­bu Głów­ne­go WP, zwa­ne­go skró­to­wo „Dwój­ką”, świe­żo od­no­wio­na i roz­bu­do­wa­na Bli­ska Dacza. Od­da­lo­na od Krem­la za­le­d­wie o je­de­na­ście ki­lo­me­trów, od roku 1934 ulu­bio­na re­zy­den­cja Sta­li­na. Do­kład­ne jej po­ło­że­nie ka­mu­flo­wa­ne było dez­in­for­ma­cja­mi od lat sze­rzo­ny­mi w ZSRS przez Wy­dział I Głów­ne­go Za­rzą­du Bez­pie­czeń­stwa Pań­stwo­we­go i ko­lej­nych sze­fów sta­li­now­skiej ochro­ny, w tym ak­tu­al­ne­go jej do­wód­cę Ni­ko­ła­ja Wła­si­ka. Od­le­głe o trzy ki­lo­me­try od Da­wyd­ko­wa Kun­ce­wo było naj­bar­dziej znaną z wielu fał­szy­wek. Ku roz­ba­wie­niu i Wła­si­ka, i Sta­li­na, za­chod­ni agen­ci i dzien­ni­ka­rze z Nie­miec, Fran­cji i USA ły­ka­li je jak gęś klu­ski.

W ka­wal­ka­dzie po­jaz­dów dyk­ta­to­ra nieco ma­syw­niej­szą syl­wet­ką od­zna­cza­ły się dwa so­lid­nie opan­ce­rzo­ne „czar­ne kro­ko­dy­le” – sze­ścio­to­no­we ZiS-y 101E. W jed­nej z tych pan­cer­nych li­mu­zyn sie­dział teraz, jak zwy­kle pod­czas trans­fe­ru wodza do Bli­skiej Daczy, jego so­bo­wtór. W dru­giej, na roz­kła­da­nym fo­te­li­ku ochro­ny, mię­dzy dwoma rzę­da­mi luk­su­so­wych fo­te­li obi­tych gra­na­to­wo-sza­rym pi­ko­wa­nym plu­szem, tkwił sam Koba. W kąt krem­low­skie­go ga­ra­żu od­sta­wił ofia­ro­wa­ne­go mu przez Ro­ose­vel­ta pan­cer­ne­go Pac­kar­da Twe­lve. Ame­ry­kań­skie cacko zbyt się wy­róż­nia­ło, a ostroż­ność wy­da­wa­ła się ko­niecz­na. Wła­śnie koń­czy­ła się że­la­zna czyst­ka po Je­żo­wie, wro­go­wie wciąż za­ja­dle knuli, a co do­pie­ro przy­ja­cie­le. Dla­te­go pod ko­niec 1939 roku daczy stale strze­gło trzy­stu trzy­dzie­stu soł­da­tów pod bro­nią.

Mi­ja­ją­ca so­bo­ta dla nie­mło­de­go już Sta­li­na była pie­kiel­nie cięż­ka. Ca­ło­dnio­we ob­ra­dy Biura Po­li­tycz­ne­go WKP(b) na Krem­lu od trzech ty­go­dni zdo­mi­no­wał pro­blem nie­miec­ki. Nie dość, że przy jed­nym z za­ma­chow­ców w War­sza­wie Ge­sta­po zna­la­zło le­gi­ty­ma­cję WKP(b), a przy dru­gim zdję­cia „ro­dzi­ny” zro­bio­ne w Mo­skwie, pod po­mni­kiem Mi­ni­na i Po­żar­skie­go, to jesz­cze te trzy ich te­tet­ki z amu­ni­cją wy­pro­du­ko­wa­ną le­d­wie pięć mie­się­cy wcze­śniej!

– Job ich mat, pro­wo­ka­to­rów! – Koba za­klął pod nosem po ro­syj­sku, co było u niego, ro­do­wi­te­go Gru­zi­na, ostat­nio coraz częst­sze. – Ileż się trze­ba było na­tłu­ma­czyć nie­miec­kim par­te­ige­nos­sen, że nasi lu­dzie nie mieli z tym nic wspól­ne­go. A tak do­brze szło…

Walka o wła­dzę po Hi­tle­rze oka­za­ła się w III Rze­szy krót­ka, lecz krwa­wa. Go­ering już dru­gie­go dnia po śmier­ci führera skoń­czył pod gra­dem kul, gdy nie­zi­den­ty­fi­ko­wa­ni ban­dy­ci, po­dob­no lu­dzie Hessa, do­rwa­li go w dro­dze z re­zy­den­cji Ca­rin­hall do Ber­li­na. Hey­dri­cha za­strze­lił jego wła­sny ochro­niarz, by tuż po tym pal­nąć sobie w łeb. I do­pie­ro wtedy pro­za­chod­nia frak­cja Hessa ob­ję­ła więk­szość sta­no­wisk par­tyj­nych. Troj­ga imion Ru­dolf Wal­ther Ri­chard Hess, znany w okre­ślo­nych krę­gach Ber­li­na pod czwar­tym mia­nem – jako „panna Hess”, a nawet „czar­na Berta” – dążył do po­ko­ju z An­glią i Fran­cją, lecz nie miał za grosz sza­cun­ku wśród ge­ne­ra­li­cji. Wszyst­ko to kom­pli­ko­wa­ło da­le­ko­sięż­ne plany Go­spo­da­rza – jak na­zy­wa­li Sta­li­na naj­bliż­si pod­wład­ni – i do­da­wa­ło mu pracy. Jak tu na­kło­nić no­we­go führera do ataku na Za­chód?

Teraz jed­nak Mo­skwa i grube ścia­ny Krem­la po­zo­sta­ły z tyłu. Cięż­kie chmu­ry stop­nio­wo od­cho­dzi­ły na pół­noc­ny wschód, od­da­jąc niebo gwiaz­dom. Drogę, pola i za­gaj­ni­ki wokół po­kry­wał świe­ży śnieg, roz­ja­śnia­ny świa­tłem księ­ży­ca, tej aku­rat nocy w pełni. Jesz­cze kilka minut i Koba za­szy­je się wresz­cie w bez­piecz­nym zie­lo­nym sank­tu­arium…

 

Pol­scy ope­ra­to­rzy ostrze­la­li naj­pierw z pan­ce­rzow­ni­cy przed­ni wóz ob­sta­wy, co sku­tecz­nie wy­ha­mo­wa­ło kon­wój, a na­stęp­nie z boy­sów za­ata­ko­wa­li jed­no­cze­śnie oba znaj­du­ją­ce się z tyłu po­jaz­dy ra­dziec­kie­go dyk­ta­to­ra. Po tra­fie­niach z rusz­nic dwa pan­cer­ne sa­mo­cho­dy sto­czy­ły się cięż­ko, po­zor­nie nie­usz­ko­dzo­ne, na po­bo­cza, ale nikt z nich nie wy­sia­dał, dzię­ki czemu mogli w nie wła­do­wać resz­tę za­war­to­ści ma­ga­zyn­ków. Po czym wy­mie­nić je i do­koń­czyć de­mo­lo­wa­nia po­jaz­dów. Tak wła­śnie dzia­ła­ła mięk­ka po­więk­szo­na amu­ni­cja, rodem z pol­skie­go prze­ciw­czoł­go­we­go ka­ra­bi­nu Ur. Ener­gia ki­ne­tycz­na po­ci­sków, czte­ro­krot­nie wyż­sza niż w pier­wo­wzo­rze, wy­bi­ła we­wnątrz aut wszyst­ko, co żywe, za spra­wą roju od­pry­sków roz­trza­ska­nych trzy­ca­lo­wych szyb i odłam­ków dwu­dzie­sto­mi­li­me­tro­wych sta­lo­wych płyt.

Z sze­ściu wozów wy­sy­pa­ła się ochro­na i ru­nę­ła w kie­run­ku Po­la­ków. Po­zo­sta­ła im więc naj­trud­niej­sza cześć za­da­nia, ta, do któ­rej pod opie­ką spe­cja­li­stów przy­go­to­wy­wa­li się naj­dłu­żej: od­pa­lić ostat­ni ła­du­nek wy­bu­cho­wy. I umrzeć.

 

 

ZSRR, Mo­skwa, Łu­bian­ka, 29 X 1939, godz. 1.12

 

– To­wa­rzy­szu Beria – głos w spec-te­le­fo­nie drżał z na­pię­cia – tu Mier­ku­łow. Go­spo­darz za­bi­ty. Po­wta­rzam, Go­spo­darz za­bi­ty. Za­mach pod Da­wyd­ko­wem. Praw­do­po­dob­nie An­gli­cy, po akcji wy­sa­dzi­li się w po­wie­trze, ale przy tym, co zo­sta­ło z jed­ne­go z nich, zna­leź­li­śmy zdję­cie zro­bio­ne z jakąś bla­dzią w Lon­dy­nie, na tle tego ich ze­ga­ra. Mieli bry­tyj­ską pan­ce­rzow­ni­cę i rusz­ni­ce boys. Prze­ciw­pan­cer­ne. Tak, tylko wy wie­cie, ciało do­wieź­li­śmy do Bli­skiej Daczy. Tak, ści­sła blo­ka­da.

Beria nie za­sta­na­wiał się ani chwi­li. Gło­sem wy­pra­nym z emo­cji wy­po­wie­dział tylko czte­ry zda­nia:

– Zająć krem­low­ski i mo­skiew­ski węzły łącz­no­ści. Skie­ro­wać na ulice Mo­skwy, na Plac Czer­wo­ny, pułk czoł­gów T-35. Zdjąć Chrusz­czo­wa, Ma­len­ko­wa i Mo­ło­to­wa. Resz­cie przy­dzie­lić wzmoc­nio­ną ochro­nę!

 

 

Wlk. Bry­ta­nia, Lon­dyn, Do­wning Stre­et 10, 6 XI 1939, godz. 18.11

Troje ludzi wdar­ło się do we­wnątrz, jeden za­ata­ko­wał na ze­wnątrz bu­dyn­ku. Po­li­cjant na ze­wnątrz leżał nie­przy­tom­ny na ziemi, ob­sta­wa z Se­cu­ri­ty Se­rvi­ce nie miała tyle szczę­ścia. Sala na pierw­szym pię­trze, wraz z su­fi­tem, pod­ło­gą i po­miesz­cze­nia­mi wokół, zo­sta­ła już zneu­tra­li­zo­wa­na dwie­ma wiąz­ka­mi so­wiec­kich gra­na­tów obron­nych F-1, prze­szmu­glo­wa­nych pół roku wcze­śniej na Wyspy via Fran­cja, z pod­da­nej cau­dil­lo Fran­co Hisz­pa­nii, z któ­rej czas temu jakiś, wraz z pię­ciu­set to­na­mi hisz­pań­skie­go złota, wy­co­fa­li się sta­li­now­scy „do­rad­cy”. Odłam­ki nie­odwo­łal­nie i osta­tecz­nie po­szat­ko­wa­ły pełen skład bry­tyj­skie­go ga­bi­ne­tu. W tym cy­ga­ro i sa­me­go Pierw­sze­go Lorda Ad­mi­ra­li­cji, czyli od trze­cie­go wrze­śnia spra­wu­ją­ce­go tę za­szczyt­ną funk­cję sir Win­sto­na Chur­chil­la.

Z jed­nym wy­jąt­kiem: tego dnia Rolls Royce Phan­tom II sir Edwar­da Wooda, pry­wat­nie Lorda Ha­li­fa­xu, a służ­bo­wo mi­ni­stra spraw za­gra­nicz­nych Zjed­no­czo­ne­go Kró­le­stwa, do­znał na rów­nej dro­dze awa­rii opony i od Do­wning Stre­et znaj­do­wał się ak­tu­al­nie dwa ki­lo­me­try w linii pro­stej. Na tyl­nym skó­rza­nym sie­dze­niu sir Wood, zde­kla­ro­wa­ny zwo­len­nik po­ko­ju z Niem­ca­mi, od­su­wa­ny coraz sku­tecz­niej od spraw Im­pe­rium przez nie­udol­ne­go pre­mie­ra Cham­ber­la­ina i jego fa­wo­ry­ta Chur­chil­la, trwał w sta­nie uprzej­me­go wzbu­rze­nia. Po ob­ję­ciu wła­dzy w Niem­czech przez Hessa, a w czer­wo­nej Rosji przez Berię, który oku­pił to krwią po­ło­wy sta­li­now­skie­go Po­lit­biu­ra, Lord Ha­li­fax sta­wał się dla chur­chil­low­skich ja­strzę­bi coraz bar­dziej nie­wy­god­ny. Ale nie to wy­trą­ci­ło go z rów­no­wa­gi. Nigdy nie po­zwa­lał sobie na spóź­nie­nie, eks­tra­wa­gan­cję nie­wy­ba­czal­ną u czło­wie­ka jego po­zy­cji. Za kil­ka­dzie­siąt minut ten na­strój miał jed­nak ulec zmia­nie.

Kiedy wresz­cie do­tarł na miej­sce, po­li­cja i świe­ża ekipa Se­cu­ri­te Se­rvi­ce wy­no­si­ła wła­śnie do sa­ni­ta­rek zwło­ki za­ma­chow­ców. Przed odłam­ka­mi nie ochro­ni­ły ich ani dę­bo­we bo­aze­rie, ani ścia­ny sali po­sie­dzeń bry­tyj­skie­go rządu. Nie­chluj­nie pod­ro­bio­ne do­ku­men­ty, to­por­na woj­sko­wa bie­li­zna i ze­gar­ki, so­wiec­kie pi­sto­le­ty i po par­tac­ku ła­ta­ne, czę­ścio­wo nie­kom­plet­ne szczę­ki jed­no­znacz­nie wska­żą na miej­sce ich po­cho­dze­nia: Kraj Rad. Jed­nak ich praw­dzi­wych na­zwisk i oj­czy­zny świat nigdy nie pozna. Po­rucz­ni­cy Fi­jał­ka, Ga­wor­ski i Rybka oraz ka­pi­tan Ści­gien­ny swoją ta­jem­ni­cę za­bra­li do bez­i­mien­nych gro­bów.

 

 

Ber­lin, Kan­ce­la­ria Rze­szy, 15 XI 1939, godz. 9.00

 

Führer Rze­szy Nie­miec­kiej Ru­dolf Hess do Jego Eks­ce­len­cji Edwar­da Wooda, Pierw­sze­go Mi­ni­stra Rządu JKM Je­rze­go VI. Ści­śle tajne.

 

W po­wyż­szej sy­tu­acji, w któ­rej oby­wa­te­le obu na­szych mi­łu­ją­cych pokój kra­jów, jak i całej cy­wi­li­zo­wa­nej Eu­ro­py, nie po­tra­fią zna­leźć słów obu­rze­nia wobec be­stial­skich ata­ków za­ma­cho­wych do­ko­na­nych w Lon­dy­nie i War­sza­wie przez agen­tu­rę bol­sze­wic­kiej Rosji, Rząd Rze­szy Wiel­ko­nie­miec­kiej wy­sto­so­wu­je do Rządu Zjed­no­czo­ne­go Kró­le­stwa Wiel­kiej Bry­ta­nii pro­po­zy­cję pil­nych roz­mów, w celu za­war­cia trak­ta­tu po­ko­jo­we­go i wie­lo­let­nie­go ukła­du o nie­agre­sji. In­for­mu­ję za­ra­zem, że po­dob­ną pro­po­zy­cję mi­łu­ją­ce pokój Niem­cy skie­ro­wa­ły do Jego Eks­ce­len­cji Edu­ar­da Da­la­die­ra, pre­mie­ra Rady Mi­ni­strów Re­pu­bli­ki Fran­cu­skiej.

 

 

USA, Wa­shing­ton DC, Biały Dom, 14 I 1940, godz. 18.00

 

Fran­klin De­la­no Ro­ose­velt co­nie­dziel­ną ra­dio­wą „Po­ga­dan­kę przy ko­min­ku” za­koń­czył moc­nym ak­cen­tem:

Co mo­że­my i po­win­ni­śmy, jako Ame­ry­ka­nie, pa­trio­ci ko­cha­ją­cy swój kraj, zro­bić dziś i jutro, gdy pań­stwa Eu­ro­py ura­to­wa­ły przez mądry kom­pro­mis pokój świa­to­wy? Nie za­po­mi­nać o do­tych­cza­so­wych ofia­rach prze­mo­cy, ale przede wszyst­kim sku­pić się tu i teraz na bu­do­wie po­tęż­nej i sil­nej Ame­ry­ki, sta­no­wią­cej wzór dla ca­łe­go świa­ta. Ame­ry­ki nie mie­sza­ją­cej się do spraw in­nych państw, ale i nie po­zwa­la­ją­cej innym kra­jom, zwłasz­cza kie­ro­wa­nym przez dyk­ta­tu­ry, na mie­sza­nie się w spra­wy nasze.

 

 

USA, Il­li­no­is, Chi­ca­go, Jac­ko­wo, „Po­lish Dum­plings & Sau­sa­ge Szwiec”, 22 I 1940, godz. 6.20

 

– No nie guz­draj się, synek, pakuj te pie­ro­gi. Tak, do du­że­go ter­mo­su. Za­wie­ziesz je zaraz do Ste­ven­sa. Tak, do tego splaj­to­wa­ne­go ho­te­lu. Eeee, to nic, że splaj­to­wa­ny, salę ba­lo­wą dziś otwie­ra­ją na spo­tka­nie przed­wy­bor­cze. Kogo? A to nie wszyst­ko jedno? De­mo­kra­tów. Tylko oni teraz się tu nam pod­li­zu­ją, ob­łud­ni­ki. Je­sie­nią wy­bo­ry, to się łaszą. Tu masz, Wal­duś, numer za­mó­wie­nia, już za­pła­co­ne, od­bie­rze od kuch­ni Big Stef. Nie, nie mógł sam. Jego re­stau­rant się po­szka­pił, mieli w nocy awa­rię elek­try­ki. Tylko im z całej ulicy wy­wa­li­ło prąd, za to tak, że ko­niec balu, panno Lalu. Nie spóź­nij się tylko, to idzie na naj­wyż­szy stół…

– Okey, ojcze.

Uro­dzo­ny w roku 1915 w Chi­ca­go syn wła­ści­cie­la zna­nej et­nicz­nej re­stau­ra­cji, uczest­nik pol­skiej wojny obron­nej, pod­po­rucz­nik Szwiec za­brał się do szy­ko­wa­nia na wynos por­cji gar­ma­żer­ki. Zanim za­mknie sta­lo­wy ter­mos, musi jesz­cze dys­kret­nie wstrzyk­nąć do pie­ro­gów spec-przy­pra­wę. Zdro­wi lu­dzie pra­wie nie za­uwa­żą jej skut­ków. Ci z nad­ci­śnie­niem za­no­tu­ją ostry, lecz przej­ścio­wy ból głowy. Ale ci, któ­rzy stale przyj­mu­ją eks­tre­mal­nie duże dawki no­wo­cze­snych i dro­gich me­dy­ka­men­tów ob­ni­ża­ją­cych ci­śnie­nie i prze­krwie­nie serca, zwłasz­cza osoby z po­ra­że­nio­wym nie­do­wła­dem koń­czyn dol­nych, za­re­agu­ją na nią zgod­nie z za­ło­że­nia­mi, spraw­dzo­ny­mi do­świad­czal­nie w jed­nym z war­szaw­skich in­sty­tu­tów me­dycz­nych tuż przed wy­bu­chem wojny. Lecz to nie zaj­mo­wa­ło za­nad­to mło­de­go Szwie­ca.

Do naj­więk­szej nad je­zio­rem Mi­chi­gan sali ba­lo­wej u Ste­ven­sa, od lat słu­żą­cej jako miej­sce naj­waż­niej­szych spo­tkań po­li­tycz­nych w Chi­ca­go, tym razem za­wi­ta gość, który do końca do­ce­ni wa­lo­ry i et­nicz­nej kuch­ni, i jej do­dat­ków. Nawet tro­chę szko­da, że tylko raz.

 

 

Paryż, 24 I 1940, godz. 14,20

 

Ko­men­tarz agen­cji in­for­ma­cyj­nej Havas.

 

Po nie­spo­dzie­wa­nej śmier­ci F.D.Roosevel­ta, scho­ro­wa­ne­go pre­zy­den­ta Sta­nów Zjed­no­czo­nych, izo­la­cjo­ni­sty i współ­twór­cy aktu neu­tral­no­ści prze­gło­so­wa­ne­go w Kon­gre­sie USA już w roku 1935, mamy do czy­nie­nia z nowym ame­ry­kań­skim otwar­ciem w świa­to­wej po­li­ty­ce. Do­tych­cza­so­wy wi­ce­pre­zy­dent, a obec­nie nowy pre­zy­dent Sta­nów Zjed­no­czo­nych Ame­ry­ki, 45-let­ni John Nance Gar­ner zwany Cac­tus Jac­kiem, wraz z nowym wi­ce­pre­zy­den­tem Har­rym Tru­ma­nem z pew­no­ścią skupi się na zmia­nach za­po­wie­dzia­nych w prze­mó­wie­niu in­au­gu­ra­cyj­nym. Na li­be­ra­li­za­cji po­li­ty­ki go­spo­dar­czej, wpro­wa­dze­niu niż­sze­go po­dat­ku po­głów­ne­go oraz na ostrzej­szym po­dej­ściu do so­wiec­kie­go re­żi­mu ko­mu­ni­stycz­ne­go w Eu­ro­pie i Azji.

Z do­brze po­in­for­mo­wa­nych kół w Wa­szyng­to­nie do­cho­dzą opi­nie, że o ile sam Gar­ner po­świę­ci się po­li­ty­ce we­wnętrz­nej, to spra­wa­mi mię­dzy­na­ro­do­wy­mi zaj­mie się Tru­man – jako zwo­len­nik twar­dej i ak­tyw­nej linii w re­la­cjach z pań­stwa­mi nie uzna­ją­cy­mi de­mo­kra­cji i wol­nej go­spo­dar­ki za pryn­cy­pia ustro­jo­we. Zwłasz­cza teraz, w sy­tu­acji gdy ZSRS wy­stą­pi­ło prze­ciw Eu­ro­pie, do­ko­nu­jąc nie­spro­wo­ko­wa­ne­go ni­czym aktu bar­ba­rzyń­skie­go gwał­tu w Lon­dy­nie je­sie­nią ubie­głe­go roku oraz ata­ku­jąc Fin­lan­dię.

 

 

Oku­po­wa­na Pol­ska, Ge­ne­ral­ne Gu­ber­na­tor­stwo, War­sza­wa, ul. Kre­dy­to­wa 6, 26 I 1940, godz. 7.50

 

Dwój­ka męż­czyzn w ob­szer­nych pal­tach i mod­nych ofi­cer­kach po­de­szła do nie­po­zor­ne­go prze­chod­nia, spo­koj­nie idą­ce­go w stro­nę Mar­szał­kow­skiej. W rze­czy­wi­sto­ści był to ko­mu­ni­stycz­ny funk­cjo­na­riusz Ko­min­ter­nu prze­rzu­co­ny dwa ty­go­dnie wcze­śniej z Łap do War­sza­wy, w celu wy­do­by­cia i prze­wie­zie­nia do ro­syj­skiej stre­fy oku­pa­cyj­nej war­szaw­skie­go taj­ne­go ar­chi­wum KPP. Zbio­ry te zo­sta­ły ukry­te w piw­ni­cy jed­ne­go z gma­chów w cen­trum mia­sta przez ad­wo­ka­ta Teo­do­ra Du­ra­cza, przed­wo­jen­ne­go obroń­cę pod­czas war­szaw­skich pro­ce­sów ko­mu­ni­stów z KPP, a nie­ofi­cjal­nie czo­ło­we­go agen­ta so­wiec­kiej siat­ki wy­wia­dow­czej. Sam Du­racz tego zro­bić nie zdą­żył, po śmier­ci Hi­tle­ra spra­wy szły za szyb­ko.

Du­racz na razie po­zo­sta­wał poza za­się­giem chło­pa­ków z grupy li­kwi­da­cyj­nej Służ­by Zwy­cię­stwu Pol­ski, choć już się na niego szy­ko­wa­li, co in­ne­go stary agent No­wot­ko, na co dzień so­wie­ty­zu­ją­cy wschod­nie Ma­zow­sze i część Pod­la­sia, czyli wy­da­ją­cy setki wy­ro­ków śmier­ci na Po­la­ków, ogar­nię­tych 17 wrze­śnia przez bol­sze­wic­ką in­wa­zję. Ów prze­cho­dzień to był wła­śnie on. W we­wnętrz­nej kie­sze­ni ma­ry­nar­ki niósł zmi­kro­fil­mo­wa­ny naj­śwież­szy przed­wo­jen­ny wykaz człon­ków KPP, dzia­ła­ją­cych także w struk­tu­rach in­nych pol­skich par­tii. Lecz co waż­niej­sze, miał tam rów­nież nie­mal kom­plet­ny spis lo­kal­nych sia­tek i ci­chych zwo­len­ni­ków ko­mu­ni­stów aż po Bra­sław, Równe i Tar­no­pol. In­for­ma­cji było tam nie­po­rów­na­nie wię­cej niż w zbio­rach przed­wrze­śnio­we­go pol­skie­go kontr­wy­wia­du i po­li­cji pań­stwo­wej.

– Pan Mar­ce­li No­wot­ko?

Za­py­ta­ny z miej­sca wy­czuł spra­wę, szarp­nął się w bok, jed­no­cze­śnie wolną prawą ręką się­ga­jąc po te­tet­kę. Za późno. Li­kwi­da­to­rzy na nagle opu­sto­sza­łej Kre­dy­to­wej wy­strze­li­li rów­no­cze­śnie, opróż­nia­jąc pełne ma­ga­zyn­ki. Na­stęp­nie nie nie­po­ko­je­ni przez ni­ko­go, nawet przez trój­kę gra­na­to­wych po­li­cjan­tów, któ­rzy po roz­po­czę­ciu strze­la­ni­ny znik­nę­li w pierw­szej wol­nej bra­mie, szyb­ko prze­szu­ka­li zwło­ki.

– Mam – po­wie­dział pierw­szy z za­ma­chow­ców, ści­ska­jąc w dłoni za­krwa­wio­ny bre­zen­to­wy pa­ku­nek, przy­po­mi­na­ją­cy woj­sko­wy pa­kiet opa­trun­ko­wy.

– Na pewno ten?

– Po­cze­kaj, niech spraw­dzę. Tak! Taki sam jak wczo­raj przy Mo­łoj­cu.

– To w nogi!

Po­dob­ne strze­la­ni­ny trwa­ły na uli­cach pol­skich miast i wsi pod oku­pa­cją nie­miec­ką już od kil­ku­na­stu dni. Pa­ra­dok­sal­nie, ku ci­che­mu za­do­wo­le­niu nie tylko Po­la­ków, ale rów­nież Niem­ców. Tajna wspól­na akcja „Róża Czer­wo­na/Die Rote Rose”, dla któ­rej łącz­ni­kiem mię­dzy pod­zie­miem a oku­pan­tem stał się Wła­dy­sław Stud­nic­ki, ob­ję­ła pol­skich ko­mu­ni­stów, w prak­ty­ce pra­wie co do jed­ne­go so­wiec­kich agen­tów daw­niej sta­li­now­skie­go, a obec­nie be­riow­skie­go wy­wia­du. Mniej znacz­nych Niem­cy zwi­ja­li po cichu i hur­tem li­kwi­do­wa­li w ka­tow­niach Ge­sta­po. Po­la­cy strze­la­li do bar­dziej pro­mi­nent­nych, któ­rych śmierć tłu­ma­czo­no w Ber­li­nie, pod­czas dy­plo­ma­tycz­nych spo­tkań, od­sta­wia­ne­mu stop­nio­wo na bok wschod­nie­mu so­jusz­ni­ko­wi hi­tle­row­ców, ak­tyw­no­ścią „pol­skich ban­dy­tów”.

Ulice spły­nę­ły krwią. Pol­skie grupy li­kwi­da­cyj­ne w GG i na Kre­sach pod so­wiec­ką oku­pa­cją, wspie­ra­ne po cichu przez Ge­sta­po, zli­kwi­do­wa­ły w ciągu kilku ty­go­dni pra­wie dwa­dzie­ścia ty­się­cy ludzi. Nie była to tania ani łatwa ope­ra­cja. Kosz­to­wa­ła z górą ty­siąc po­le­głych „chłop­ców z pod­zie­mia”, bo druga stro­na, nim jej nie­do­bit­ki ucie­kły pod opie­kę Berii, od­gry­za­ła się krwa­wo i bez­względ­nie, jak przy­sta­ło na za­wo­do­wych ter­ro­ry­stów. W efek­cie jed­nak pod­le­głe so­wiec­kie­mu wy­wia­do­wi śro­do­wi­sko ko­mu­ni­stycz­nych zdraj­ców Pol­ski prak­tycz­nie prze­sta­ło ist­nieć. Brud­na, choć nie­zbęd­na ro­bo­ta. Dla­te­go do­ty­czą­ce jej do­ku­men­ty i roz­ka­zy co do jed­ne­go znisz­czo­no.

 

 

Oku­po­wa­na Pol­ska, Kra­ków, Wawel, 1 II 1940, godz. 10.50

 

Oświad­cze­nie Hansa Fran­ka, gu­ber­na­to­ra Ge­ne­ral­nej Gu­ber­ni Wiel­ko­nie­miec­kiej Rze­szy:

 

Jeśli trak­tu­ję Po­la­ka opie­kuń­czo, jeśli, że tak po­wiem, przy­jaź­nie go do­piesz­czam, to spo­dzie­wam się, że od­pła­ci mi dobrą pracą. W sy­tu­acji, w któ­rej dzia­ła­ją­ce do­tych­czas na ob­sza­rze Ge­ne­ral­ne­go Gu­ber­na­tor­stwa naj­waż­niej­sze lo­kal­ne or­ga­ni­za­cje ter­ro­ry­stycz­ne ofi­cjal­nie i jed­no­stron­nie wy­rze­kły się an­ty­nie­miec­kiej prze­mo­cy na te­re­nie po go­spo­dar­sku za­rzą­dza­nym przez Rze­szę, uwa­żam, że nasze wy­sił­ki po­win­ni­śmy od tej pory sku­pić przede wszyst­kim na kwe­stiach ze­wnętrz­nych. Na dziś je­stem upo­waż­nio­ny do stwier­dze­nia, że w za­mian za neu­tral­ność i spo­koj­ną pracę pol­ska lud­ność Ge­ne­ral­ne­go Gu­ber­na­tor­stwa bę­dzie nie­ba­wem ko­rzy­sta­ła z praw po­dob­nych do tych, któ­ry­mi już cie­szą się miesz­kań­cy Pro­tek­to­ra­tu Czech i Moraw.

 

 

Wa­shing­ton DC, Biały Dom, 9 II 1940, godz. 11.30

 

Pro­to­kół ze spo­tka­nia pre­zy­den­ta Johna Gar­ne­ra, wi­ce­pre­zy­den­ta Harry’ego Tru­ma­na i Dy­rek­to­ra FBI Johna E. Ho­ove­ra.

 

Ści­śle tajne. W trzech eg­zem­pla­rzach. Kon­klu­zja: Na po­le­ce­nie Pre­zy­den­ta Johna Gar­ne­ra Stany Zjed­no­czo­ne roz­po­czy­na­ją re­ali­za­cję pro­gra­mu o kryp­to­ni­mie „Man­hat­tan En­gi­ne­ering Di­strict”. Do­ce­lo­wo do po­ło­wy roku 1944 USA mają dys­po­no­wać co naj­mniej trzy­dzie­sto­ma spraw­ny­mi i moż­li­wy­mi do prze­no­sze­nia na da­le­kich dy­stan­sach jed­nost­ka­mi koń­co­wy­mi Pro­jek­tu oraz za­ple­czem do wy­pro­du­ko­wa­nia na­stęp­nych trzy­dzie­stu jed­no­stek oraz środ­ków prze­no­sze­nia na efek­tyw­nym dy­stan­sie do 7200 mil. W tym celu, oprócz zde­cy­do­wa­ne­go przy­spie­sze­nia trwa­ją­ce­go już pro­gra­mu bu­do­wy su­per­for­te­cy B-29, zwiększeniu po­win­ny ulec do­sta­wy rudy uranu z Konga i in­nych do­stęp­nych złóż tego ma­te­ria­łu.

Od­po­wie­dzial­ność i nad­zór nad pro­gra­mem obej­mie bez­po­śred­nio wi­ce­pre­zy­dent Harry Tru­man, zaś osło­nę kontr­wy­wia­dow­czą, w tym szcze­gól­nie w Los Ala­mos Na­tio­nal La­bo­ra­to­ry i Oak Ridge Na­tio­nal La­bo­ra­to­ry, wezmą na sie­bie FBI i służ­by De­par­ta­men­tu Obro­ny. Za­ple­cze i in­fra­struk­tu­rę na­uko­wą oraz wspar­cie eks­perc­kie za­pew­nią Naval Re­se­arch La­bo­ra­to­ry, Car­ne­gie In­sti­tu­tion for Scien­ce, Ca­li­for­nia In­sti­tu­te of Tech­no­lo­gy, Uni­wer­sy­te­ty… (…)

Pro­jekt ma cha­rak­ter prio­ry­te­to­wy.

 

 

ZSRS, Mo­skwa, Kreml, ga­bi­net Berii, 11 II 1940, godz. 14.40

 

Prag­ma­tycz­ny do bólu Ław­ren­tij Beria, mimo że tuż przed śmier­cią Wiel­kie­go Na­uczy­cie­la Na­ro­dów i na jego oso­bi­ste po­le­ce­nie sam za­czął przy­go­to­wy­wać pierw­sze har­mo­no­gra­my roz­strze­la­nia dwu­dzie­stu pię­ciu ty­się­cy pol­skich ofi­ce­rów, wła­śnie się za­wa­hał. I zmie­nił zda­nie. Niem­cy coś knuli. Wbrew wcze­śniej­szym, cięż­ko wy­ne­go­cjo­wa­nym po­ro­zu­mie­niom, nie­mal z dnia na dzień za­prze­sta­li u sie­bie ma­so­wej eks­ter­mi­na­cji Po­la­ków. Do tego sa­mych pol­skich ko­mu­ni­stów zro­bi­ło się zde­cy­do­wa­nie za mało, by w przy­szło­ści so­wie­ty­zo­wać Pol­skę głów­nie ich rę­ka­mi.

Je­dy­ny lo­gicz­ny wnio­sek na­su­wał się nie­od­par­cie: w przy­szłej, nie­uchron­nie lu­do­wej Pol­sce trze­ba bę­dzie zwol­nić tempo w okre­sie przej­ścio­wym. Tym bar­dziej że ostat­nio Po­la­cy, zwłasz­cza niż­sze i śred­nie szar­że ofi­cer­skie trzy­ma­ne w taj­nych obo­zach je­niec­kich, ma­so­wo de­kla­ro­wa­li chęć włą­cze­nia się w po­wo­jen­ną od­bu­do­wę „de­mo­kra­tycz­nej Rzecz­po­spo­li­tej” pod kie­row­nic­twem mi­łu­ją­ce­go pokój Kraju Rad.

Ow­szem, to­wa­rzysz Sta­lin miał co do nich inne plany, ale cóż… nie ma go. Plany no­we­go gen­se­ka będą lep­sze dla ZSRS. Zli­kwi­do­wać pol­ską kontrę za kilka lat za­wsze się zdąży, na razie le­piej ją re­edu­ko­wać. Już on, Beria, na­uczy ich praw­dzi­wej po­ko­ry wobec po­tę­gi oj­czy­zny pro­le­ta­ria­tu. O, to­wa­rzysz Mier­ku­łow wła­śnie in­for­mu­je, że Gułag pil­nie po­trze­bu­je no­we­go wsadu siły ro­bo­czej. Bo stary jakoś szyb­ko się zużył. Niech sobie tam bia­ło­pa­no­wie przez rok czy dwa doj­rze­ją do nowej świa­do­mo­ści kla­so­wej, przy oka­zji wy­rą­bu­jąc wę­giel w Wor­ku­tła­gu i rudy oło­wiu na Ko­ły­mie, a potem się zo­ba­czy. Zwłasz­cza że Po­lit­biu­ro wła­śnie za­de­cy­do­wa­ło: Wiel­ki Plan to­wa­rzy­sza Sta­li­na zo­sta­nie kon­se­kwent­nie zre­ali­zo­wa­ny, jego start, na sku­tek nie­ocze­ki­wa­nych zmian za oce­anem – przy­spie­szo­ny, więc Eu­ro­pę tak czy siak czeka wy­zwo­le­nie przez Armię Czer­wo­ną. Tym samym ta hi­sto­rycz­na chwi­la, kiedy nad Re­ich­sta­giem, a potem po­zo­sta­ły­mi sto­li­ca­mi Sta­re­go Kon­ty­nen­tu, za­ło­po­ce czer­wo­ny sztan­dar zwy­cię­skie­go pro­le­ta­ria­tu, zbli­ża się coraz szyb­ciej. Bo Kraj Rad nie ma in­ne­go wyj­ścia.

Nikt tak jak Beria na po­cząt­ku 1940 roku nie zda­wał sobie spra­wy z traf­no­ści ostrze­żeń Le­ni­na i Sta­li­na: albo szyb­ka świa­to­wa re­wo­lu­cja, albo nie­uchron­ny stop­nio­wy uwiąd czer­wo­ne­go pań­stwa. Po dro­dze przyj­dzie co praw­da „od­wró­cić” Ja­po­nię i wspól­nie za­blo­ko­wać zry­wa­ją­cych z sa­mo­izo­la­cją Ame­ry­kań­ców, ale czer­wo­ni dy­plo­ma­ci to­wa­rzy­sza Li­twi­no­wa już nad tym pra­cu­ją. Po­dob­nie jak cała Armia Czer­wo­na.

Beria nie wie­dział jed­nak, że za ma­so­wym od­dol­nym ru­chem „pol­skiej zgody i pod­dań­stwa” stał jeden czło­wiek. Prze­rzu­co­ny z War­sza­wy spec­ku­rier Służ­by Zwy­cię­stwu Pol­ski rot­mistrz Wi­told Pi­lec­ki. Kilka ty­go­dni wcze­śniej, za­ro­śnię­ty i ob­szar­pa­ny, dał się uwię­zić NKWD „po wyj­ściu z lasu” na Za­chod­niej Bia­ło­ru­si, gdzie jak ze­znał, ukry­wał się po 17 wrze­śnia 1939 roku. Pi­lec­kie­go po wstęp­nych prze­słu­cha­niach prze­rzu­co­no do Ostasz­ko­wa. Paru in­nych „od­na­le­zio­nych” po nim ofi­ce­rów WP i Po­li­cji Pań­stwo­wej – do Ko­ziel­ska i Sta­ro­biel­ska.

I o to wła­śnie pol­skie­mu do­wódz­twu cho­dzi­ło. Chro­nią­ce jeń­ców wo­jen­nych Kon­wen­cje Ge­new­skie z 1929 roku Zwią­zek So­wiec­ki od­rzu­cił prze­cież nie­przy­pad­ko­wo. Tylko skoń­cze­ni głup­cy za­wcza­su nie wy­cią­gnę­li­by z tego wnio­sków. „Win­kel­ried na­ro­dów” miał odtąd de­fi­ni­tyw­nie przejść do hi­sto­rii. I srał pies ofi­cer­ski honor, gdy druga stro­na dzia­ła wy­łącz­nie zdra­dą i pod­stę­pem!

 

 

War­sza­wa, 2 V 1941, godz. 11.20. Ści­śle tajne

 

Ge­ne­rał Ste­fan Ro­wec­ki-Grot, do­wód­ca Związ­ku Walki Zbroj­nej, do wszyst­kich jed­no­stek i pod­od­dzia­łów ZWZ na zie­miach pol­skich oku­po­wa­nych przez Trze­cią Rze­szę i Zwią­zek So­wiec­ki:

Nasz wróg i oku­pant, Zwią­zek So­cja­li­stycz­nych Re­pu­blik So­wiec­kich, wczo­raj rano na całej dłu­go­ści linii de­mar­ka­cyj­nej za­ata­ko­wał hi­tle­row­ską Trze­cią Rze­szę, sfor­so­wał Bug i wszedł pierw­szym ude­rze­niem armii pan­cer­nych na 40 do 70 ki­lo­me­trów w ob­szar zaj­mo­wa­ny przez Niem­ców, osią­ga­jąc prze­wa­gę ope­ra­cyj­ną. W ob­li­czu to­tal­nej wojny mię­dzy na­szy­mi za­bor­ca­mi i spo­dzie­wa­ne­go prze­su­nię­cia so­wiec­kiej stre­fy oku­pa­cyj­nej na za­chód, wy­da­ję wszyst­kim żoł­nie­rzom i pra­cow­ni­kom Pań­stwa Pod­ziem­ne­go zakaz ujaw­nia­nia się, a dla ofi­ce­rów do­dat­ko­wo roz­kaz peł­nej wy­mia­ny ken­kart/do­ku­men­tów toż­sa­mo­ści i miejsc za­miesz­ka­nia we­dług planu „W” (z ob­ni­że­niem rangi i po­zio­mu do­ku­men­to­wa­ne­go wy­kształ­ce­nia).

Po­nad­to pod­le­głym mi jed­nost­kom i od­dzia­łom wy­da­ję roz­kaz, przed wej­ściem Armii Czer­wo­nej i apa­ra­tu re­pre­sji ZSRS: za wszel­ką cenę i nie li­cząc się z ofia­ra­mi, znisz­czyć prze­cho­wy­wa­ne we wszyst­kich do­stęp­nych ar­chi­wach i urzę­dach, także nie­miec­kich, na całym ob­sza­rze RP, akta per­so­nal­ne, za­wie­ra­ją­ce dane ofi­ce­rów i pod­ofi­ce­rów Woj­ska Pol­skie­go, Po­li­cji Pań­stwo­wej i in­nych for­ma­cji zbroj­nych i zmi­li­ta­ry­zo­wa­nych, a także pra­cow­ni­ków wyż­szych urzę­dów i in­sty­tu­cji pań­stwo­wych oraz na­uko­wych, w tym ab­sol­wen­tów szkół wyż­szych i śred­nich.

Za­bra­niam pod ry­go­rem kary śmier­ci po­mo­cy przy iden­ty­fi­ko­wa­niu przez oku­pan­ta da­nych per­so­nal­nych oby­wa­te­li RP. Broń, amu­ni­cję i wy­po­sa­że­nie, w tym środ­ki łącz­no­ści, na­ka­zu­ję po za­kon­ser­wo­wa­niu ukryć w celu póź­niej­sze­go uży­cia. (…). Wobec sił oku­pan­ta nie sto­so­wać czyn­ne­go oporu. Jego pol­sko­ję­zycz­ne sługi – izo­lo­wać lub li­kwi­do­wać.

 

 

Oku­po­wa­ne Niem­cy, Han­no­ver, wię­zie­nie Ge­sta­po Han­no­ver Ahlem, 21 XI 1941, godz. 12.05

 

– To­wa­rzysz Ernst Thal­l­man, czło­nek Ko­mi­te­tu Wy­ko­naw­cze­go Mię­dzy­na­ro­dów­ki Ko­mu­ni­stycz­nej, prze­wod­ni­czą­cy Ko­mi­te­tu Cen­tral­ne­go Ko­mu­ni­stycz­nej Par­tii Nie­miec? – Py­ta­nie to, skie­ro­wa­ne do ły­se­go wy­nędz­nia­łe­go więź­nia w obo­zo­wym pa­sia­ku, zadał oso­bi­ście Iwan Alek­san­dro­wicz Sie­row, za­stęp­ca Lu­do­we­go Ko­mi­sa­rza Spraw We­wnętrz­nych to­wa­rzy­sza Mier­ku­ło­wa. Do Han­no­ve­ru do­tarł nie­speł­na dwa­na­ście go­dzin po cał­ko­wi­tej i bez­wa­run­ko­wej ka­pi­tu­la­cji III Rze­szy, za­la­nej pan­cer­ny­mi dy­wi­zja­mi Armii Czer­wo­nej.

– Tak, to­wa­rzy­szu – cicha od­po­wiedź nie mogła być już krót­sza bez ry­zy­ka ob­ra­że­nia py­ta­ją­ce­go.

– Tu macie nowe ubra­nie cy­wil­ne, pod wasz wy­miar, w są­sied­nim po­miesz­cze­niu cze­ka­ją fry­zjer i le­karz. Oraz go­rą­cy po­si­łek. Niech mi bę­dzie wolno jako pierw­sze­mu po­gra­tu­lo­wać wam mia­no­wa­nia na urząd pre­mie­ra rządu Nie­miec­kiej Re­pu­bli­ki Lu­do­wej. Wasi mi­ni­stro­wie cze­ka­ją już w na­szej bazie pod Ber­li­nem. Obozy, w tym je­niec­kie, mo­że­cie prze­jąć po fa­szy­stach. I jesz­cze jedno: jeń­ców wo­jen­nych z Pol­ski na razie nie wy­pusz­czaj­cie. Nie­ba­wem sami się nimi zaj­mie­my. To­wa­rzysz Beria pyta, czy kwar­tał wy­star­czy wam na za­po­cząt­ko­wa­nie bu­do­wy ro­bot­ni­czo-chłop­skiej armii i or­ga­nów bez­pie­czeń­stwa, de­na­zy­fi­ka­cję, wy­bo­ry do lu­do­we­go par­la­men­tu i nową kon­sty­tu­cję Nie­miec­kiej Re­pu­bli­ki Lu­do­wej?

– Jeśli, to­wa­rzy­sze, po­mo­że­cie nam w tym wiel­kim za­da­niu, nie za­wie­dzie­my wa­sze­go za­ufa­nia, kwar­tał w zu­peł­no­ści wy­star­czy!

 

 

Je­niec dwóch oku­pan­tów – wspo­mnie­nia puł­kow­ni­ka Je­rze­go Skrzy­mow­skie­go, ps. „Ko­stek”, wy­da­nie pierw­sze, roz­dział drugi, Pol­ski In­sty­tut Wy­daw­ni­czy, Lwów, 1964 r.

 

Oflag? Jak to oflag. Numer VI B Do­es­sel, Nad­re­nia Pół­noc­na West­fa­lia. Prze­nie­śli nas tam z Ofla­gu IV C w Col­ditz. Kiedy ZSRS na­padł na Niem­cy, 1 maja 1941 roku, a Fran­cu­zi od za­cho­du też się tro­chę ru­szy­li, cie­szy­li­śmy się jak wa­ria­ci. Naj­waż­niej­sze stało się wtedy, kto pierw­szy do nas doj­dzie.

Jed­nak z na­sze­go na­słu­chu wy­ni­ka­ło, że Fran­cu­zi, jak to ża­bo­ja­dy: bili się dziw­nie. Tym­cza­sem ruscy szli na­przód jak taran. W czerw­cu od­cię­li Niem­ców od ru­muń­skiej ropy, pod ko­niec li­sto­pa­da za­la­li III Rze­szę aż po Ren, i było po na­szych na­dzie­jach. Potem prze­ję­li nasz oflag od Niem­ców. Nic nam nie mó­wi­li o zwol­nie­niach, pro­wa­dzi­li tylko wiecz­ne prze­słu­cha­nia i agi­ta­cje. Więc sie­dzie­li­śmy w ba­ra­kach po sta­re­mu, tyle że Niem­ców na wie­życz­kach za­stą­pi­li rów­nie jak oni okrut­ni, ale bar­dziej zdzi­cza­li Azja­ci, co na obóz wo­ła­li zona.

Wtedy, 6 grud­nia 1941 roku, spró­bo­wa­li­śmy, pra­wie w pięć­dzie­się­ciu, uciecz­ki, żeby prze­do­stać się do Fran­cji ko­pa­nym pod obo­zem tu­ne­lem. Ale wy­ła­pa­li nas we­spół z Niem­ca­mi z tej ich bol­sze­wic­kiej re­pu­bli­ki, która gład­ko za­stą­pi­ła Trze­cią Rze­szę. Więk­szość schwy­ta­nych roz­strze­la­li w Bu­chen­wal­dzie i Do­rt­mun­dzie. Nie­po­trzeb­na śmierć, jak się póź­niej oka­za­ło. Bo nie­dłu­go potem i tak za­czę­li zwal­niać do Pol­ski. Tylko kilku udało się uciec, w tym mnie.

Długo opi­sy­wać, jak prze­do­sta­łem się do kraju. Sze­dłem no­ca­mi, omi­ja­łem mia­sta i więk­sze wio­ski. Ja­dłem nie­ze­bra­ne ziem­nia­ki z pól, raz z tru­dem wy­do­iłem kro­wi­nę pę­ta­ją­cą się sa­mo­pas po la­sach. Pew­nej nocy pod Dre­znem zo­ba­czy­łem, jak na wschód ru­skie gnają ko­lum­nę na­szych jeń­ców ze sta­la­gów. Szli niby pod eskor­tą, ale o dziwo – bez więk­szej dys­cy­pli­ny. Ukry­ty w krza­kach przy dro­dze z uryw­ków roz­mów w ko­lum­nie do­my­śli­łem się, że pędzą ich jako prze­sie­dleń­ców, już zwol­nio­nych i po­łą­czo­nych z cy­wi­la­mi wra­ca­ją­cy­mi z wy­wóz­ki wprost na Górny Śląsk, pod Gli­wi­ce, które do­łą­czy­li do wcie­lo­nej do im­pe­rium ZSRS wa­sal­nej pol­skiej re­pu­bli­ki lu­do­wej.

Byłem bez pa­go­nów, na wcho­dzą­cej w las dro­dze wmie­sza­łem się w ten tłum, z górą pię­cio­ty­sięcz­ny. Na po­pa­sach raz kar­mi­li, raz nie, aby do przo­du. Raz nawet ka­wa­łek je­cha­li­śmy po­cią­giem w by­dlę­cych wa­go­nach. Widać było, że tłum sze­re­gow­ców i ka­pra­li nie jest dla so­wie­tów in­te­re­su­ją­cy. Wy­ła­py­wa­li tylko ofi­ce­rów. Mnie się udało. Pra­wie na po­cząt­ku jeden ka­pral, chory na serce, zmarł na po­pa­sie. Przed wy­mar­szem o świ­cie wzią­łem jego pa­pie­ry, płaszcz i strze­lec­kie buty, tro­chę tylko za duże. Jego to­wa­rzy­sze nic nie mó­wi­li, zro­zu­mie­li, w czym rzecz, wszy­scy spo­dzie­wa­li się ostrzej­szej kon­tro­li, jak już bę­dzie­my prze­kra­czać nową gra­ni­cę nie­miec­ko-pol­ską, choć w sumie we­wnętrz­ną so­wiec­ką. Po dro­dze wi­dzie­li­śmy ko­lum­ny Niem­ców wy­sie­dla­nych z Gór­ne­go Ślą­ska.

Pa­mię­tam, że w prze­ci­wień­stwie do ziem rdzen­nie pol­skich, Niem­cy były po­twor­nie znisz­czo­ne. Bro­ni­li każ­de­go domu, bo tak na­praw­dę ich w miarę zor­ga­ni­zo­wa­ny opór za­czął się do­pie­ro na linii Odry i Nysy, wcze­śniej zo­sta­li spa­ra­li­żo­wa­ni i ode­pchnię­ci kil­ka­set ki­lo­me­trów na za­chód jed­nym nie­ocze­ki­wa­nym ude­rze­niem kil­ku­na­stu armii i kor­pu­sów pan­cer­nych so­wie­tów. W dwóch wiel­kich ko­tłach na wscho­dzie za­mknię­to Niem­com więk­szą część za­wo­do­we­go woj­ska, ich sprzę­tu i za­pa­sów, po­dob­no ruscy ude­rzy­li do­słow­nie na kilka ty­go­dni przed szy­ko­wa­ną nie­miec­ką ofen­sy­wą.

Na szczę­ście dla Pol­ski te wiel­kie bitwy od­by­ły się w na­szych mniej lud­nych re­jo­nach wiej­skich, da­le­ko na wschód od Wisły. Tak mó­wi­li nam na po­sto­jach, kie­dy­śmy jedli po­st­ną kaszę z kotła, ich ofi­ce­ro­wie po­li­tycz­ni, pro­wa­dzą­cy nie­ustan­ną agi­ta­cję. Roz­ma­wia­li z nami nie­mal wy­łącz­nie po ro­syj­sku, co dało mi do my­śle­nia. Wy­glą­da­ło na to, że „pol­skich” po­moc­ni­ków so­lid­nie im bra­ko­wa­ło.

Praw­dzi­wa rzeź za­czę­ła się po przej­ściu przez Ro­sjan Warty i Odry. Zgi­nę­ło osiem­na­ście mi­lio­nów Niem­ców i sześć mi­lio­nów Ro­sjan. Obie stro­ny na ma­so­wą skalę użyły bo­wiem gazów bo­jo­wych, po in­cy­den­cie w Ham­bur­gu, kiedy ktoś, do dziś nie wia­do­mo kto, od­pa­lił kil­ka­na­ście moź­dzie­rzo­wych gra­na­tów z sa­ri­nem w za­tło­czo­ne cy­wil­ny­mi uchodź­ca­mi cen­trum mia­sta. Hi­tle­row­cy na­tych­miast od­po­wie­dzie­li Ro­sja­nom tym samym i w Niem­czech roz­pę­ta­ło się pie­kło.

Do Pol­ski wra­ca­li nasi, bo pol­skich więź­niów za­stę­po­wa­li świe­żo „re­edu­ko­wa­ni” nie­wol­ni­cy nie­miec­cy, wę­gier­scy, fiń­scy, ru­muń­scy, buł­gar­scy, a nawet cze­scy i sło­wac­cy… Szło to stop­nio­wo, ale nie­prze­rwa­nie. Naj­pierw wy­pusz­cza­li ze sta­la­gów sze­re­gow­ców i ka­pra­li, potem kor­pus pod­ofi­cer­ski, a kiedy pod ko­niec roku do­tar­łem pod War­sza­wę, z by­łych nie­miec­kich ofla­gów zwol­ni­li nawet młod­szych ofi­ce­rów: po­rucz­ni­ków, ka­pi­ta­nów… Wy­pi­ska, bo­che­nek czar­ne­go chle­ba, i wra­caj do swo­ich, tu już dla cie­bie w ba­ra­kach miej­sca nie ma, już inni je zaj­mu­ją, waż­niej­si, bra­ku­je nawet amu­ni­cji do ma­so­wych roz­strze­li­wań, bo więk­szość idzie na by­łych to­wa­rzy­szy na­zi­stów.

To samo dzia­ło się na wscho­dzie. W ten wła­śnie spo­sób wró­ci­li wtedy do Pol­ski z ła­grów i spec-zon Gu­ła­gu pra­wie wszy­scy pod­ofi­ce­ro­wie i młod­si ofi­ce­ro­wie z Ko­ziel­ska, Ostasz­ko­wa i Sta­ro­biel­ska, po „tur­nu­sach” w taj­dze i ła­gro­wych ko­pal­niach. Tuż potem, a nawet wraz z nimi, nie­kie­dy po­cią­ga­mi, a głów­nie przy­god­nym trans­por­tem i pie­szo, wró­ci­ły setki ty­się­cy cy­wi­lów wy­wie­zio­nych z Kre­sów w 1939 i 1940 i osa­dzo­nych w ła­grach i spe­co­sa­dach jak ZSRS długi i sze­ro­ki. I re­pa­trian­ci z Wilna, Lwowa, Wo­ły­nia. Masy ludzi.

Ru­skie da­wa­li im dwie opcje: mogli iść na za­chód, za Bug, na nie­licz­ne – bo wtedy jesz­cze pra­wie bez Dol­ne­go Ślą­ska, Wro­cła­wia i Szcze­ci­na – Zie­mie Od­zy­ska­ne, bu­do­wać „lu­do­wą et­nicz­nie pol­ską de­mo­kra­cję” i do­star­czać kon­tyn­gen­ty So­wie­tom, albo… do­ży­wot­ni so­wiec­ki pasz­port i Sy­be­ria lub Ka­zach­stan. Wia­do­mo, co nasi wy­bie­ra­li. Tym bar­dziej że tuż po mojej uciecz­ce z ofla­gu 7 grud­nia 1941 roku Ja­poń­czy­cy za­ata­ko­wa­li Ame­ry­ka­nów na Pa­cy­fi­ku. Każdy z nas chciał to prze­cze­kać jak naj­bli­żej domu.

 

 

Oskar Lange, Eko­no­mia upad­ku, roz­dział 2: 1941/1942 – kry­zys so­wiec­kich ła­grów i wy­mu­szo­na li­be­ra­li­za­cja, Na­kła­dem Ge­be­th­ne­ra i Wolf­fa, War­sza­wa 1955

 

Ma­so­we zwol­nie­nia i prze­sie­dle­nia Po­la­ków, po­czy­na­jąc od końca roku 1941, nie były przy­pad­ko­we. Wpi­sy­wa­ły się w jesz­cze sta­li­now­ską kon­cep­cję two­rze­nia et­nicz­nej i zwa­sa­li­zo­wa­nej Pol­ski. Trwa­ły nawet wów­czas, gdy so­wiec­ka lo­gi­sty­ka i go­spo­dar­ka cy­wil­na we­szły bez­pow­rot­nie w kry­zys, po prze­kro­cze­niu przez Gułag sied­miu mi­lio­nów „pen­sjo­na­riu­szy”. Tego chyba żaden ich wódz się nie spo­dzie­wał, nawet in­te­li­gent­ny Beria, choć dziś by­ło­by to oczy­wi­ste dla każ­de­go, nawet śred­nio wy­edu­ko­wa­ne­go eko­no­mi­sty: sys­tem ła­grów po za­ję­ciu Nie­miec mu­siał szyb­ko upaść pod wła­snym cię­ża­rem.

Resz­ta ZSRS, od nie­let­nich po sta­rusz­ków, pra­co­wa­ła już po dwa­na­ście go­dzin na dobę, i tak ob­su­wa­jąc się w po­tęż­nie­ją­cy de­fi­cyt wszyst­kie­go, zwłasz­cza żyw­no­ści. Stany ucię­ły So­wie­tom do­sta­wy z pro­gra­mu „Cash and Carry”. ZSRS ścią­gał więc bra­ku­ją­ce dobra z pod­bi­tych ziem w ra­mach „opła­ty za wy­zwo­le­nie”.

Ale i tego było mało. W końcu Beria mu­siał zre­du­ko­wać nie­wy­dol­ny Gułag o po­ło­wę. Trze­ba gdzieś prze­cież było umiesz­czać mi­lio­ny Niem­ców oraz jeń­ców i przed­sta­wi­cie­li wyż­szych warstw z pod­bi­ja­nych po kolei kra­jów Eu­ro­py. Amne­stia! Nie zmniej­szy­ło to jed­nak de­fi­cy­tu ka­lo­rii u so­wiec­kiej siły ro­bo­czej. Ani jej ob­cią­że­nia pracą. Sys­tem bol­sze­wic­ki za­pa­dał na po­stę­pu­ją­cą nie­straw­ność, lecz mi­li­tar­nie nadal pró­bo­wał ją prze­zwy­cię­żyć, po­że­ra­jąc jesz­cze wię­cej niż do­tych­czas. Wpraw­dzie nie udało mu się, z braku lo­kal­nych kadr, zso­wie­ty­zo­wać szyb­ko kra­jów ta­kich jak Pol­ska, ale teraz, jeśli bol­sze­wi­cy chcie­li iść dalej na za­chód, gdzie się tylko dało mu­sie­li prze­rzu­cić wszyst­kie obo­wiąz­ki na sa­mych pod­bi­ja­nych, pod osło­ną oku­pa­cyj­nych gar­ni­zo­nów.

 

 

Je­niec dwóch oku­pan­tów – wspo­mnie­nia puł­kow­ni­ka Je­rze­go Skrzy­mow­skie­go, ps. „Ko­stek”, wy­da­nie pierw­sze, roz­dział trze­ci

 

Na prze­ło­mie 1941 i 1942 roku prze­do­sta­łem się do mojej ro­dzin­nej, uko­cha­nej War­sza­wy, znisz­czo­nej nieco przez re­pre­sje z 1939 i przez prze­cho­dzą­cy ostat­ni front, ale oprócz tego nadal w więk­szo­ści pięk­nej i oca­la­łej. Peł­nej przed­wo­jen­nych zna­jo­mych, z żywą na szczę­ście ro­dzi­ną. Spo­ty­ka­łem się z bli­ski­mi w ta­jem­ni­cy, mia­łem już prze­cież cudze, lewe pa­pie­ry. Dzię­ki po­mo­cy przed­wo­jen­nych sze­re­go­wych urzęd­ni­ków, sie­dzą­cych w niby już „de­mo­kra­tycz­nej” ra­dzie miej­skiej, wy­ro­bi­łem ko­lej­ne do­ku­men­ty, tym razem moc­niej­sze. Było to tym ła­twiej­sze, że więk­szość przed­wo­jen­nych ar­chi­wów i ewi­den­cji oso­bo­wych w urzę­dach, fir­mach, a nawet pa­ra­fiach znik­nę­ła albo spło­nę­ła w okre­sie bez­po­śred­nio po­prze­dza­ją­cym wej­ście Ro­sjan. So­wiec­cy nad­zor­cy mieli z tym ogrom­ne pro­ble­my. Nie tylko zresz­tą u nas.

Nie wzię­li pod uwagę, że po utra­cie lwiej czę­ści przed­wo­jen­nej agen­tu­ry, po za­ję­ciu tak wiel­kich ob­sza­rów Eu­ro­py, będą mu­sie­li oprzeć swój apa­rat w Pol­sce na daw­nych ka­drach. Więc i nasz pożal się Boże „so­cja­lizm” już od po­cząt­ku bę­dzie naj­wy­żej „ró­żo­wy”. Tym bar­dziej że wła­śnie wra­ca­ła do kraju więk­szość pol­skiej in­te­li­gen­cji. Na sze­ro­ką pomoc lo­kal­nej „pią­tej ko­lum­ny” Ro­sja­nie mogli li­czyć do­pie­ro w Niem­czech, gdzie ichni ko­mu­ni­ści, potem na­zi­ści, znów ma­so­wo zmie­nia­li barwę ko­szul.

W Pol­sce tym­cza­sem od po­cząt­ku roku 1942 od­twa­rzał się pry­wat­ny han­del, a cała drob­na i śred­nia wy­twór­czość, zwłasz­cza spo­żyw­cza, skry­ła się za pa­ra­wa­nem „spół­dziel­ni pracy”. Duże fa­bry­ki zbro­je­nio­we i huty, choć­by w COP, zmi­li­ta­ry­zo­wa­no, lecz pra­co­wał w nich tylko ten, kto nie zdą­żył uciec. Mło­dzież była pa­trio­tycz­na, na­uczy­cie­le prze­my­ca­li na za­ję­ciach co tylko mogli z przed­wo­jen­ne­go pro­gra­mu. Na uczel­niach zaś ko­lej­ne fale „ide­owo po­praw­nych” pół­a­nal­fa­be­tów z so­wiec­kich na­bo­rów top­nia­ły już po pierw­szej sesji.

Na pol­skiej wsi było tak samo. So­cja­lizm kwitł. Ale… pil­no­wa­li go sami swoi. W tym ja w ZWZ, a potem w AK.

Pa­mię­tam na przy­kład, jak bo­daj­że trzy­dzie­ste­go marca 1942 razem z chło­pa­ka­mi z PSL-owskich Ba­ta­lio­nów Chłop­skich ob­sta­wia­li­śmy ze­bra­nie za­ło­ży­ciel­skie i wy­bo­ry władz nowo po­wsta­łej spół­dziel­ni rol­ni­czej w Łęcz­no­wo­li pod Łu­ko­wem. Ru­skie wy­ma­ga­li, by sko­lek­ty­wi­zo­wać pol­skie rol­nic­two, no to się sko­lek­ty­wi­zo­wa­ło. Bły­ska­wicz­nie. Jak to mó­wi­li­śmy wtedy – aby tylko ze­szyć fa­stry­gą, na pokaz i dla picu, ła­twiej się to potem z po­wro­tem spru­je. W Łęcz­no­wo­li prze­wod­ni­czą­cym zo­stał w ten spo­sób An­drzej Sa­pie­ha. Lo­kal­ny do­wód­ca AK, przed wojną wia­do­mo – zie­mia­nin. Po­stać warta upa­mięt­nie­nia. To on pod osło­ną dętej spół­dziel­czo­ści za­po­cząt­ko­wał na zie­miach oku­po­wa­nych ma­so­wą pro­duk­cję bim­bru w celu roz­pi­ja­nia so­wiec­kich gar­ni­zo­nów. Z peł­nym zresz­tą suk­ce­sem.

Rok 1942 w ogóle był dziw­ny. Po­czą­tek upły­nął pod zna­kiem wy­bo­rów do „lu­do­we­go Sejmu”. Oczy­wi­ście, w znacz­nej mie­rze kie­ro­wa­li tym po­rząd­ni przed­wo­jen­ni pe­pe­esia­cy i lu­do­wcy. Potem ta chry­ja w Mo­skwie. Kiedy kie­row­nic­two „brat­niej Pol­skiej Re­pu­bli­ki Lu­do­wej” miało pod­pi­sać akt przy­stą­pie­nia do „Świa­to­wej Wspól­no­ty Rad”, w przed­ter­mi­no­wo od­da­nym do użyt­ku mo­skiew­skim Pa­ła­cu Rad, naj­więk­szym bu­dyn­ku świa­ta, ze stu­me­tro­wą, ob­ra­ca­ją­cą się w ślad za słoń­cem, sta­tuą Le­ni­na na szczy­cie.

War­szaw­ska de­le­ga­cja, po­dró­żu­ją­ca w pię­ciu po­cią­gach spe­cjal­nych, zo­sta­ła uro­czy­ście po­wi­ta­na na wszyst­kich pe­ro­nach Dwor­ca Bia­ło­ru­skie­go. Lecz go­ście z Pol­ski, za­miast przyj­mo­wać kwia­ty, już na dwor­cu za­czę­li roz­da­wać wi­ta­ją­cym ich „lu­dziom pracy” su­szo­ną kieł­ba­sę i wódkę – dar na­ro­du pol­skie­go dla pro­le­ta­ria­tu Mo­skwy i oko­lic. Opróż­nia­nie z dar­mo­wej bez­kart­ko­wej wę­dli­ny i żyt­niów­ki sześć­dzie­się­ciu wa­go­nów, nie­mal na­tych­miast do­pro­wa­dzi­ło do za­mie­szek. Wie­ści ro­ze­szły się bo­wiem bły­ska­wicz­nie, wy­głod­nia­ły pro­le­ta­riat sztur­mem wziął Dwo­rzec Bia­ło­ru­ski. Re­wo­lu­cyj­ny po­rzą­dek po wielu go­dzi­nach przy­wró­ci­ło do­pie­ro woj­sko, a wście­kły Beria od­wo­łał galę w Pa­ła­cu Rad. Po­ło­wa Mo­skwy cho­dzi­ła przez trzy dni na­je­dzo­na i pi­ja­na, a druga jej za­zdro­ści­ła. Wszy­scy zaś po cichu dzi­wi­li się, że bied­ną Pol­skę po przej­ściu fron­tów i prze­gra­nej woj­nie stać na tak eks­tra­wa­ganc­kie pre­zen­ty dla do­stat­nie­go, zwy­cię­skie­go ZSRS.

Ko­lej­ną ważną datą oka­zał się czwar­ty lipca. Po de­spe­rac­kim wspól­nym ude­rze­niu Ja­poń­ców i nie­ozna­ko­wa­nych ru­skich na Ala­skę i bazę w Dutch Har­bo­ur na Aleu­tach Ro­sja­nie i Ja­poń­czy­cy co praw­da wy­sa­dzi­li tam de­san­ty i opa­no­wa­li ala­skań­skie wy­brze­że, ale za to śmier­tel­nie wku­rzy­li Wuja Sama.

Czer­wo­ni spu­ści­li nas wtedy na długo z oka, a my im to uła­twia­li­śmy. Bo jakże to tak pa­cy­fi­ko­wać pol­ską, sko­lek­ty­wi­zo­wa­ną do­bro­wol­nie wieś, z uśmie­chem i bez bicia do­star­cza­ją­cą ter­mi­no­wo koł­cho­zo­wy kon­tyn­gent? Na­wia­sem mó­wiąc, so­wiec­cy do­rad­cy „lu­do­we­go rządu PRL”, nie zo­rien­to­wa­ni w rze­czy­wi­stej wy­daj­no­ści pol­skie­go rol­nic­twa, usta­li­li wiel­kość tych kon­tyn­gen­tów we­dług wła­snych, że­nu­ją­co ni­skich ko­mu­ni­stycz­nych norm.

Lecz że ra­do­sna spra­woz­daw­czość w pol­skich koł­cho­zach sze­rzy­ła się ni­czym pożar, zgod­nie z roz­ka­za­mi Pań­stwa Pod­ziem­ne­go, to cała ukry­wa­na nad­wyż­ka, kil­ka­krot­nie wyż­sza od tych norm, tra­fia­ła bez re­gla­men­ta­cji na kra­jo­we tar­go­wi­ska. A kiedy jesz­cze do­szły do tego ma­so­wo fał­szo­wa­ne kart­ki na żyw­ność, so­wiec­kie cen­tral­ne pla­no­wa­nie w Pol­sce po pro­stu się roz­pa­dło.

 

 

Pol­ska, War­sza­wa, Aleje Je­ro­zo­lim­skie, 11 XI 1942, 22.46

 

– Alek, dawaj bu­tel­ki, już idą. Dobry towar, świe­ża do­sta­wa z Ło­wi­cza, spół­dziel­cy od Sa­pie­hy pędzą na po­tę­gę. – „Zośka” wziął w garść fla­chę i z pro­mien­nym uśmie­chem wy­szedł na­prze­ciw dwu­oso­bo­we­go pa­tro­lu w so­wiec­kich uni­for­mach. – To­wa­risz­czi, s pol­skim prazd­ni­kom dla was w po­dar­kie!

– Wot ma­ła­diec, pri­jat­no zdies’, w Pol­szie, słu­żit’. Żałko, szto eto kon­cza­jet­sia. Pri­kaz. W konce goda wo wsiej Pol­sze ucho­dim w za­kry­ty­je gar­ni­zo­ny. Ili gdie to dal­sze. Ka­niec prazd­ni­ka. – So­wiec­ki star­szy­na pie­czo­ło­wi­cie prze­jął butlę od Za­wadz­kie­go i klep­nął go w ramię. – A my­sliw­ska­ja koł­ba­sa u was jest? Za­ku­sit’ cho­czet­sia!

– Imie­jem dwa ki­lo­gram­ma, no… zna­je­tie cenu.

– Dzier­ży, mal­czik pa­tro­ny, piat­dzie­siat za kilo eto pro­sto darom! Nu, nam nada idti. Pra­sz­czaj­tie, rie­bia­ta.

– Pra­sz­czaj, skur­wie­lu – ostat­nie zda­nie Zośka wy­mam­ro­tał, gdy pa­trol od­da­lił się nieco, by spo­żyć litr bim­bru pod ape­tycz­nie pach­ną­cą wę­dzar­nią wę­dli­nę z pa­dłych świń.

W tym kwar­ta­le tylko on i Alek roz­da­li w sto­li­cy dwa ty­sią­ce li­trów sa­mo­go­nu skraj­nie już zde­pra­wo­wa­nym po­by­tem w Pol­sce soł­da­tom. To samo dzia­ło się w całej PRL. Nie­le­gal­ne i pół­le­gal­ne go­rzel­nie na po­trze­by akcji prze­ra­bia­ły zgni­łe wa­rzy­wa i obite owoce już w każ­dym po­wie­cie, a akow­skie ma­ga­zy­ny broni pę­ka­ły w szwach.

Tym­cza­sem Beria za­sta­na­wiał się, jak to wszyst­ko znowu ogar­nąć, gdy wy­da­ny zo­sta­nie cał­ko­wi­ty zakaz kon­tak­tów jego wojsk z kra­jow­ca­mi, po wy­co­fa­niu od­dzia­łów w Pol­sce do ko­szar.

 

 

Ta­de­usz Za­wadz­ki „Zośka”, harc­mistrz, major w sta­nie spo­czyn­ku, War­sza­wa 1974, spo­tka­nie w Hufcu ZHP War­sza­wa Pra­ga-Pół­noc, tekst zre­pro­du­ko­wa­ny z na­gra­nia ama­tor­skie­go

 

Do końca 1942 roku „Szare Sze­re­gi” już nie­mal w ca­ło­ści we­szły do Lu­do­wych Har­ce­rzy. Gdzie ro­bi­li­śmy dalej swoje, tyle że nie pcha­jąc się ru­skim w oczy. Ro­syj­scy opraw­cy z NKWD, choć pod wszyst­ki­mi więk­szy­mi pol­ski­mi mia­sta­mi stały so­wiec­kie gar­ni­zo­ny, bez sze­ro­kie­go opar­cia w miej­sco­wych sprze­daw­czy­kach mu­sie­li z ko­niecz­no­ści dzia­łać ostroż­nie, wy­biór­czo. Je­dy­ne, co jesz­cze na więk­szą skalę mogli, kiedy Gułag im się po­sy­pał, a ko­le­je za­kor­ko­wa­ły, to utrzy­my­wać wobec wy­bra­nych Po­la­ków oso­bi­sty szan­taż, za spra­wą prze­trzy­my­wa­nych nadal po ła­grach dzie­sią­tek, lecz już nie setek ty­się­cy bli­skich z ich ro­dzin. Lecz ten kij miał i drugi ko­niec: uwię­zio­nych trze­ba było utrzy­my­wać przy życiu, po­zwa­lać im na ko­re­spon­den­cję…

Do tego So­wie­ci mieli praw­dzi­wy pro­blem z po­bo­rem do pod­po­rząd­ko­wa­nej Mo­skwie „lu­do­wej armii”. Po­la­cy nie chcie­li się za nich i we­spół z nimi bić. Bran­ka do „lu­do­we­go woj­ska” oka­za­ła się, przy braku ewi­den­cji oraz boj­ko­cie spisu po­wszech­ne­go, ab­so­lut­nie nie­sku­tecz­na. Wcie­le­ni de­zer­te­ro­wa­li przy pierw­szej oka­zji. A w naj­gor­szym przy­pad­ku, kiedy nie można było zwiać, uda­wa­li bez­u­ży­tecz­nych idio­tów. I co tu robić? W końcu, jak ma­wia­li sami Ro­sja­nie, pię­ciu mi­lio­nów od ręki nie za­mkniesz, mi­lio­na od ręki nie roz­strze­lasz. So­wie­ci za­czę­li więc na dużą skalę wy­ła­py­wać Po­la­ków na przy­mu­so­we ro­bo­ty – wcie­lać siłą ty­sią­ce ludzi wprost z ich za­kła­dów do ta­bo­rów i fa­bryk zbro­je­nio­wych! No i stąd te nasze akcje ma­łe­go sa­bo­ta­żu… Zna­cie? Skoro tak, to opo­wiem wam le­piej o na­szym uda­nym za­ma­chu na ko­mu­sze­go agen­ta Bie­ru­ta…

Wiem, wiem, że to wszyst­ko brzmi dla was, druh­ny i dru­ho­wie, dość bez­tro­sko. Nie­ste­ty, okres w miarę bez­piecz­ne­go prze­cze­ki­wa­nia wła­śnie mijał. Kiedy za­czął się czer­wiec roku 1943, czer­wo­ny agre­sor znów za­ata­ko­wał w Eu­ro­pie…

 

 

So­wiec­ko-fran­cu­ska linia de­mar­ka­cyj­na w Niem­czech mię­dzy oku­pa­cyj­ną stre­fą ZSRR i stre­fą Alian­tów Za­chod­nich na Renie, 7 km od mostu imie­nia Eri­cha Lu­den­dorf­fa, 19 VI 1943, godz. 2.32

 

Lejt­nant Wa­si­lij Mar­gie­łow, trzy­dzie­stocz­te­ro­let­ni do­wód­ca kom­pa­nii zwia­du si­ło­we­go z 4. ba­ta­lio­nu II Kor­pu­su Wojsk Po­wietrz­no­de­san­to­wych RKKA, do­strzegł pod sobą sza­ra­wą wstę­gę naj­więk­szej nie­miec­kiej rzeki i dwie wieże pod­trzy­mu­ją­ce kon­struk­cję naj­waż­niej­sze­go dziś mostu na Renie. Do­kład­nie pod jego no­ga­mi sta­cjo­no­wa­ło zgru­po­wa­nie wojsk alianc­kich, kon­kret­nie sztab fran­cu­skiej 2. armii, z ude­rze­nio­wym trzo­nem w po­sta­ci fran­cu­skiej 4. dy­wi­zji pan­cer­nej do­wo­dzo­nej przez ge­ne­ra­ła de Gaul­le’a. Nad nim roz­gwież­dżo­ne niebo za­sła­nia­ła wy­dę­ta cza­sza de­san­to­we­go spa­do­chro­nu.

Po­dob­ne gwiezd­ne za­ćmie­nia Wasia wi­dział jak okiem się­gnąć w pro­mie­niu ki­lo­me­tra. To była jego pierw­sza akcja po chwa­leb­nym de­san­cie na Ala­skę. kiedy ramię w ramię z żółt­ka­mi ostro dali po­pa­lić ka­pi­ta­li­stycz­nym wy­zy­ski­wa­czom. Opa­no­wa­li Dutch Har­bo­ur, Sitkę, przy oka­zji wy­rżnę­li w pień An­cho­ra­ge. Co praw­da nie było zbyt wiele do wy­rzy­na­nia, bo lud­ność gre­mial­nie zwia­ła w ala­skań­ską tajgę, ale dla Waśki i jego kum­pli wy­star­czy­ło.

Dzię­ki prze­rzu­to­wi do baz zdo­by­tych na Ala­sce, aż po Ju­ne­au, a także na lot­ni­ska po­lo­we zbu­do­wa­ne si­ła­mi chiń­skich zeków do­star­czo­nych przez Ja­poń­ców oraz ko­łym­skich zeków z Dal­stro­ju, przy­wie­zio­nych przez flotę to­wa­rzy­sza Mier­ku­ło­wa, od wielu mie­się­cy ja­poń­skie i pro­le­ta­riac­kie cięż­kie bom­bow­ce sku­tecz­nie blo­ko­wa­ły Ame­ry­ka­nom więk­szą część szla­ków że­glu­go­wych na pół­noc­no-wschod­nim Pa­cy­fi­ku. I co naj­waż­niej­sze – porty oraz bazy ame­ry­kań­skiej ma­ry­nar­ki wo­jen­nej i lot­nic­twa na za­chod­nim wy­brze­żu Sta­nów: od Eve­rett pod Se­at­tle, po Los An­ge­les i San Fran­ci­sco. So­jusz­ni­cze ma­szy­ny rą­ba­ły w za­blo­ko­wa­ną w por­tach Za­chod­nie­go Wy­brze­ża flotę Wuja Sama set­ka­mi ćwierć­to­nó­wek z pu­ła­pu sied­miu ki­lo­me­trów w te i nazad, ile tylko Trans­sib prze­wiózł, a Ja­poń­ce ze swo­ich wysp pod­rzu­ci­li. Na tych wy­so­ko­ściach po­ści­go­we ame­ry­kań­skie Hawki nie da­wa­ły ich rady do­go­nić, Air­cobr mieli ame­ry­kań­ce wciąż za mało.

Wy­stra­szo­na Ka­na­da sie­dzia­ła cicho, po­dob­nie jak nadal neu­tral­ni An­gli­cy – Ja­poń­czy­cy na mocy taj­nych po­ro­zu­mień z ZSRS na razie nie ru­szy­li nawet ich azja­tyc­kich ko­lo­nii. Most po­wietrz­ny i mor­ski z Wła­dy­wo­sto­ku, Yoko­ha­my i Osaki do An­cho­ra­ge, Sitki i na Aleu­ty pra­co­wał na okrą­gło od wio­sny do je­sie­ni. Co z kolei uła­twi­ło Nip­po­no­wi zdo­by­cie Mi­dway i za­to­pie­nie kilku ame­ry­kań­skich lot­ni­skow­ców, po ko­lej­nym ataku na Ha­wa­je.

 

– Ale dość bu­ja­nia w ob­ło­kach – roz­ka­zał sam sobie Wa­si­lij. – To już prze­szłość a przed nami wiel­kie czyny, lejt­nan­cie!

Mar­gie­łow le­ciał w dru­giej fali. Pierw­szą, kwa­drans wcze­śniej, sta­no­wi­ło osiem­na­stu „mi­ne­rów gwar­dii”, któ­rzy już opa­no­wa­li wieże mo­sto­we, wy­bi­li ich za­ło­gi i czę­ścio­wo zde­mon­to­wa­li sys­tem za­mi­no­wa­nia. Resz­tę ła­dun­ków zneu­tra­li­zo­wa­ły re­gu­lar­ne od­dzia­ły sa­per­skie. Po mo­ście je­chał już rząd śred­nich czoł­gów T-34, po­prze­dza­nych przez lek­kie szo­so­we BT-7.

Roz­kaz wy­da­ny przez ge­ne­ra­ła armii Kon­stan­te­go Ro­kos­sow­skie­go był jasny: w ciągu pierw­szych dwóch go­dzin prze­rzu­cić na za­chod­ni brzeg Renu 260 czoł­gów śred­nich, 120 lek­kich i dy­wi­zję pie­cho­ty zme­cha­ni­zo­wa­nej wraz z za­ple­czem. Na­stęp­nie roz­sze­rzyć przy­czó­łek. Zdez­or­ga­ni­zo­wać prze­ciw­dzia­ła­nie fran­cu­skiej 4. dy­wi­zji pan­cer­nej, zneu­tra­li­zo­wać sztab i węzły łącz­no­ści oraz lot­ni­ska fran­cu­skiej 2. armii. Po prze­rzu­cie mo­sta­mi na Renie, w tym pon­to­no­wy­mi, całej Pół­noc­nej Grupy Wojsk Fron­tu Za­chod­nie­go, w ko­or­dy­na­cji z Po­łu­dnio­wą Grupą na­cie­ra­ją­cą z re­jo­nu ze­środ­ko­wa­nia wokół Karls­ru­he, przy za­bez­pie­cze­niu tyłów for­ma­cja­mi po­li­cyj­ny­mi Nie­miec­kiej Re­pu­bli­ki Lu­do­wej, pla­no­we roz­wi­nię­cie Grupy Pół­noc w kie­run­ku Liege – Char­le­roi – Amiens. Cele dal­sze – Paryż, Ca­la­is.

 

***

Le­onid Breż­niew, młody i pełen par­tyj­ne­go en­tu­zja­zmu po­li­truk w dy­wi­zji Mar­gie­ło­wa, od ty­go­dni prze­ko­ny­wał, że pój­dzie to bez pro­ble­mu i Fran­cja zo­sta­nie wkrót­ce ko­lej­ną lu­do­wą re­pu­bli­ką, bo do bu­do­wy „ba­giet­ko­we­go so­cja­li­zmu” za­bie­rze się w niej z miej­sca trzy­sta ty­się­cy fran­cu­skich ko­mu­ni­stów i trzy razy tyle so­cja­li­stów.

– Jak tylko nasze czoł­gi wjadą do Pa­ry­ża – pe­ro­ro­wał – cie­mię­żo­ny lud po­wsta­nie i na­tych­miast po­wo­ła brat­ni Front Lu­do­wy, który ogło­si i pro­kla­mu­je Fran­cu­ską Re­pu­bli­kę Lu­do­wą. Po­łą­czo­ną z ZSRS wiecz­nym so­ju­szem!

Zo­ba­czy­cie, to­wa­rzy­sze – wiesz­czył Breż­niew, jak się wkrót­ce miało oka­zać, cał­kiem traf­nie – wkrót­ce czer­wo­ni Fran­cu­zi sami, pod wodzą przy­by­łe­go z nami to­wa­rzy­sza Mo­ri­sa To­rie­za, roz­pra­wią się z wła­sny­mi bur­żu­ja­mi, sami ich po­za­my­ka­ją, a nawet sami, bez na­szej po­mo­cy, będą ich ści­nać ta­śmo­wo i z en­tu­zja­zmem, tych krwio­pij­ców, ni­czym w cza­sach chwa­leb­nej Wiel­kiej Re­wo­lu­cji Fran­cu­skiej! Mówię wam, tego ich fa­szy­stę Die­go­la też zetną, i to przy wtó­rze na­szej Mar­sy­lian­ki!

Nie na­le­ży się dzi­wić, że po tak ra­do­snych dla świa­to­we­go pro­le­ta­ria­tu za­po­wie­dziach lejt­nant spec­na­zu Wa­si­lij Mar­gie­łow z za­pa­łem i od­wa­gą wy­peł­niał ko­lej­ne roz­ka­zy. Pod no­ga­mi za­ma­ja­czy­ły mu wozy dy­wi­zyj­ne­go węzła łącz­no­ści. Skon­cen­tro­wał się, za­klął cicho, lekko ugiął nogi w ko­la­nach i wy­lą­do­wał… Znowu przy­szła pora, by za­bi­jać.

 

 

Rej­kia­wik, Is­lan­dia, lot­ni­sko woj­sko­we USAAF, 509 Com­po­si­te Group, 23 V 1944, godz. 15.10

 

Puł­kow­nik Paul Tib­bets, do­wód­ca spe­cjal­nej grupy lot­ni­czej, w skład któ­rej wcho­dzi­ło dwa­dzie­ścia osiem bo­ein­gów B-29 su­per­for­tress, sta­ran­nie przy­pi­nał się do fo­te­la sze­ro­ki­mi pa­sa­mi bez­pie­czeń­stwa. Pro­ce­du­ry tej do­peł­niał nie tylko on, ale cała dwu­na­sto­oso­bo­wa za­ło­ga. Już od pra­wie roku latał w skła­dzie prze­kra­cza­ją­cym no­mi­nal­ny. Teraz jed­nak miał po­waż­niej­sze zmar­twie­nia. Do­wód­ca Tib­bet­sa, ge­ne­rał major Cur­tis LeMay, pod­czas ostat­niej od­pra­wy nie po­zo­sta­wiał wąt­pli­wo­ści: to bę­dzie trud­na misja, ale wy­ko­nal­na.

Trasa lotu w prak­ty­ce wy­klu­cza pro­ble­my z obro­ną prze­ciw­lot­ni­czą nie­przy­ja­cie­la, so­wiec­kie sa­mo­lo­ty nie miały szans na do­pad­nię­cie su­per­for­tec, nad­la­tu­ją­cych trój­ka­mi na mi­ni­mal­nej wy­so­ko­ści nad mia­sta – i wzno­szą­cych się do­pie­ro tuż przed nimi na mak­sy­mal­ny pułap dzie­się­ciu ty­się­cy me­trów. Co praw­da prze­ję­ta przez Ro­sjan tech­no­lo­gia ra­da­ro­wa hi­tle­row­skiej III Rze­szy po­zwa­la­ła śle­dzić sa­mo­lo­ty już z od­le­gło­ści stu czter­dzie­stu ki­lo­me­trów, ale były bez­u­ży­tecz­ne w przy­pad­ku celów po­ru­sza­ją­cych się tak nisko.

Ope­ra­cję ataku na ZSRS przy­go­to­wy­wa­no od końca roku 1943, od kiedy pro­jekt Man­hat­tan wszedł w de­cy­du­ją­cą fazę. Rej­kia­wik sta­no­wił je­dy­nie miej­sce śród­lą­do­wa­nia na do­tan­ko­wa­nie i szyb­kie prze­glą­dy. Sa­mo­lo­ty grupy do­wo­dzo­nej przez Tib­bet­sa miały już za sobą mor­der­czy rajd, naj­pierw nad pół­noc­no-wschod­ni­mi ob­sza­ra­mi kon­ty­nen­tu ame­ry­kań­skie­go, a potem ko­lej­ny skok – na Is­lan­dię, zmie­nio­ną przez sprzy­mie­rzo­nych w nie­za­ta­pial­ny i uzbro­jo­ny po zęby lot­ni­sko­wiec.

Wyspa sta­no­wi­ła ostat­ni spo­koj­ny przy­sta­nek dla załóg, od lu­te­go 1941 roku szko­lo­nych w Wi­chi­ta do pi­lo­to­wa­nia z za­mknię­ty­mi ocza­mi naj­po­tęż­niej­sze­go sa­mo­lo­tu, jaki kie­dy­kol­wiek uno­sił się nad Zie­mią. Roz­ka­zy były jasne, lu­dzie od­po­wied­nio zmo­ty­wo­wa­ni, sprzęt spraw­ny. W ciągu czter­dzie­stu ośmiu go­dzin bomby nowej ge­ne­ra­cji miały spaść na ośrod­ki pro­duk­cji zbro­je­nio­wej oraz na zgru­po­wa­nia wojsk armii so­wiec­kiej w Le­nin­gra­dzie, Baku, Char­ko­wie, Mur­mań­sku, Wła­dy­wo­sto­ku czy Ki­jo­wie. A do­dat­ko­wo na za­kła­dy zbro­je­nio­we w Ber­li­nie, Ham­bur­gu, Bre­slau, Stet­ti­nie, Ca­la­is i Dun­kier­ce.

Ge­ne­rał Cur­tis LeMay trzy­mał już w sej­fie ko­lej­ne roz­ka­zy pre­zy­den­ta Gar­ne­ra, w razie gdyby com­mies po pierw­szej fali na­lo­tów za­re­ago­wa­li opor­nie na we­zwa­nie do na­tych­mia­sto­wej ka­pi­tu­la­cji w pod­bi­tej przez nich Eu­ro­pie. A jego pod­wład­ni na Pa­cy­fi­ku wła­śnie od­pa­la­li sil­ni­ki su­per­for­tec nio­są­cych ła­dun­ki nad Hi­ro­szi­mę i Na­ga­sa­ki. Po pół­no­cy z 26 na 27 maja Tib­bets i jego ko­le­dzy za­czną zrzu­cać pod­ra­so­wa­ne trzy­dzie­sto­ki­lo­to­no­we „Gru­ba­sy” i „Ma­łych Chłop­ców” na Mo­skwę, No­wo­sy­birsk, a także za­kła­dy zbro­je­nio­we we wszyst­kich ośrod­kach ZSRS o za­lud­nie­niu prze­kra­cza­ją­cym sto ty­się­cy osób. Aż do skut­ku, czyli bez­wa­run­ko­we­go pod­da­nia się prze­ciw­ni­ka. Wuj Sam nie miał już in­ne­go wyj­ścia: Ja­poń­czy­cy i Ro­sja­nie wciąż blo­ko­wa­li mu Pa­cy­fik, pa­no­szy­li się na Ala­sce i Aleu­tach i coraz moc­niej roz­py­cha­li się na Atlan­ty­ku.

„Enola Gay” Tib­bet­sa ła­god­nie za­opie­ko­wa­ła się jego ludź­mi. Unio­sła ich w po­wie­trze w czu­łych ob­ję­ciach, jako przed­ostat­nia w tej fazie ope­ra­cji. Ich celem był Le­nin­grad. Co praw­da słyn­ne tam­tej­sze „białe noce” za­czy­na­ły się w po­ło­wie czerw­ca, jed­nak w tym roku za­ło­ga „Enoli” za­po­cząt­ku­je je wcze­śniej, za­pa­la­jąc naj­ja­śniej­sze ze słońc przed drugą nad ranem.

 

War­sza­wa, 27 V 1944, godz. 9.00

 

Ge­ne­rał Ste­fan Ro­wec­ki-Grot, do­wód­ca Armii Kra­jo­wej, do jed­no­stek i pod­od­dzia­łów AK na zie­miach pol­skich, do wszyst­kich oby­wa­te­li Rze­czy­po­spo­li­tej Pol­skiej:

 

Ro­da­cy!

Wy­bi­ła go­dzi­na po­wsta­nia. Na ru­inach Mo­skwy i Ber­li­na roz­pa­dły się plany oku­pan­tów. Tyran Ław­rien­tij Beria i jego sta­li­now­scy po­plecz­ni­cy nie żyją, zmie­ce­ni przez gniew wła­snych nie­wol­ni­ków. Nowy tym­cza­so­wy rząd so­wiec­ki trzy go­dzi­ny temu, na gru­zach zbom­bar­do­wa­nej Mo­skwy, przy­jął w pełni wa­run­ki ka­pi­tu­la­cji, po­sta­wio­ne mu przez Rząd Sta­nów Zjed­no­czo­nych Ame­ry­ki Pół­noc­nej, Rząd Zjed­no­czo­ne­go Kró­le­stwa Wiel­kiej Bry­ta­nii oraz pra­wo­wi­te rządy państw z nimi sprzy­mie­rzo­nych, w tym Rząd na Wy­chodź­stwie Rze­czy­po­spo­li­tej Pol­skiej.

Na wszyst­kich zie­miach Rze­czy­po­spo­li­tej, zgod­nie z po­le­ce­niem Pre­mie­ra Rządu RP, przy­by­łe­go do Pol­ski z Wa­szyng­to­nu Sta­ni­sła­wa Mi­ko­łaj­czy­ka, roz­ka­zu­ję wy­ko­nać Plan Orkan!

 

 

Pol­ska, Po­znań, Dwo­rzec Głów­ny, 27 maja 1944, godz. 14.30

 

Jurek Skrzy­mow­ski, daw­niej w kon­spi­ra­cji „Ko­stek”, oparł się skraj­nie zmę­czo­ny na sta­lo­wej po­rę­czy swo­je­go „Fedka” – cięż­kie­go so­wiec­kie­go pa­ro­wo­zu FD.

Zaj­mo­wał się nim z ro­sną­cą nie­chę­cią i obrzy­dze­niem od ponad pół roku, za spra­wą de­kre­tu Bo­le­sła­wa Bie­ru­ta, agen­ta-pre­zy­den­ta oku­po­wa­nej przez So­wie­tów „lu­do­wej Pol­ski”, wy­da­ne­go tuż przed jego śmier­cią w za­ma­chu zor­ga­ni­zo­wa­nym przez AK. Wcie­lo­ny przy­mu­so­wo, jak po­ło­wa war­szaw­skiej za­jezd­ni tram­wa­jo­wej, do zmi­li­ta­ry­zo­wa­nych so­wiec­kich kolei, z wy­da­ną przez ja­kie­goś ka­pu­sia ro­dzi­ną za­mknię­tą w cha­rak­te­rze za­kład­ni­ków w Oświę­ci­miu, woził z Fran­cji do So­wie­tów roz­sza­bro­wa­ny ma­ją­tek, głów­nie żyw­ność. Z po­wro­tem na­to­miast za­opa­trze­nie woj­sko­we do ewi­dent­nie szy­ko­wa­nej przez ru­skich in­wa­zji na Wyspy Bry­tyj­skie. Pły­wa­ją­ce czoł­gi t-40, trans­por­to­we szy­bow­ce, amu­ni­cję, żoł­nie­rzy, w tym wielu star­szych, albo bar­dzo mło­dych. Przede wszyst­kim jed­nak – po osiem sta­lo­wych barek de­san­to­wych na wagon, wło­żo­nych w sie­bie jak ma­triosz­ki.

Ro­zu­miał, że po Fran­cji przyj­dzie pora na znów bo­jo­wo na­sta­wio­ną Wiel­ką Bry­ta­nię. So­wie­ci po­szli na ca­łość. Od stycz­nia, rów­nież w dość li­be­ral­nie do­tych­czas trak­to­wa­nej Pol­sce, za­czę­ło się robić zde­cy­do­wa­nie głod­niej i nie­bez­piecz­niej. Po mak­sy­mal­nie prze­cią­gnię­tym okre­sie uda­wa­ne­go so­cja­li­zmu, fał­szy­wej ule­gło­ści i po­zo­ro­wa­nej współ­pra­cy, żarty się skoń­czy­ły i maski spa­dły nie­mal rów­no­cze­śnie z obu stron. Bru­tal­nym ak­cjom oku­pan­ta od­po­wie­dział ma­so­wy sa­bo­taż, pierw­szym eg­ze­ku­cjom akty od­we­tu… W po­ło­wie marca 1944 po­now­nie ru­szy­ło koło lu­do­bój­czej prze­mo­cy. Na szczę­ście na krót­ko.

 

24 maja wie­czo­rem Ko­stek do­jeż­dżał wła­śnie skła­dem peł­nym sprzę­tu woj­sko­we­go pod sto­li­cę Nie­miec, kiedy nagle przed ber­liń­skim Lich­ten­ber­giem coś z nie­wy­obra­żal­ną siłą roz­świe­tli­ło niebo, na­stęp­nie grzmot­nę­ło, by po chwi­li za­ko­ły­sać stu­trzy­dzie­sto­to­no­wym pa­ro­wo­zem FD.

Gruba stal ten­dra osło­ni­ła czte­ro­oso­bo­wą za­ło­gę przed bez­po­śred­ni­mi skut­ka­mi pro­mie­nio­wa­nia, choć i tak wszyst­kich so­lid­nie ośle­pi­ło. Nie wie­dzie­li, że bomba, która ude­rzy­ła nad Mo­abi­tem, w oko­li­cach Lehr­te Haupt­bahn­ho­fu, miała trzy­dzie­ści jeden ki­lo­ton. W wy­ni­ku eks­plo­zji na miej­scu zgi­nę­ło ponad sto dzie­więć­dzie­siąt ty­się­cy ludzi. W tym około sto dwa­dzie­ścia ty­się­cy sa­mych Ro­sjan, sko­sza­ro­wa­nych w tran­zy­to­wych mia­stecz­kach na­mio­to­wych wokół naj­waż­niej­sze­go ber­liń­skie­go węzła ko­le­jo­we­go. Dru­gie tyle miało umrzeć nie­ba­wem z ran i na cho­ro­bę po­pro­mien­ną.

Na naj­bliż­szym oca­la­łym placu roz­jaz­do­wym cały sprzęt z esze­lo­nu Kost­ka zwa­lo­no bez­ce­re­mo­nial­nie na zie­mię. Na puste plat­for­my za­czę­to ła­do­wać setki ran­nych czer­wo­no­ar­miej­ców, do­wo­żo­nych jak po­pad­nie. W końcu kła­dzio­no ich jak leci, wprost na go­łych de­skach. Do­dat­ko­wo za­pa­ko­wa­li się nie­miec­cy i so­wiec­cy sa­ni­ta­riu­sze. Po­ciąg ru­szył z po­wro­tem na Po­znań, do naj­bliż­szych sta­cjo­nar­nych szpi­ta­li woj­sko­wych. Po pierw­szej dobie, skła­da­ją­cej się głów­nie z po­sto­jów, po­ło­wa upior­ne­go ła­dun­ku, w sumie ponad sześć­set osób, już nie żyła. Ro­syj­scy fel­cze­rzy wy­rzu­ca­li ko­lej­ne zwło­ki wprost na nasyp.

Teraz esze­lon stał pusty na bocz­ni­cy. Ran­nych już wy­wie­zio­no. Ko­stek nie mógł za­po­mnieć twa­rzy prze­no­szo­nych tuż obok Fedka ostat­nich stu pięć­dzie­się­ciu jesz­cze ży­wych soł­da­tów.

Nagle ze swego miej­sca uj­rzał coś kilka dni wcze­śniej kom­plet­nie nie­wy­obra­żal­ne­go: nad dwor­cem Po­znań Głów­ny wzle­cia­ła jak ptak praw­dzi­wa bia­ło-czer­wo­na flaga! Bez ko­mu­ni­stycz­nych ozdó­bek, z bielą nie­zre­du­ko­wa­ną do wą­skie­go paska. To było sil­niej­sze od roz­sąd­ku, stra­chu o za­mknię­tych przez Ro­sjan za­kład­ni­ków, o matkę, sio­strę… Na sztyw­nych no­gach wy­siadł na peron i nie od­wra­ca­jąc się, ru­szył przed sie­bie.

Ro­syj­scy ko­le­ja­rze z jego skła­du nie po­wie­dzie­li ani słowa, nie wyj­mo­wa­li broni, nie strze­la­li w plecy, tylko po­nu­ro spo­glą­da­li na bu­dy­nek dwor­ca. Ko­stek nie my­ślał o ni­czym, po pro­stu szedł tam, skąd bie­gli uzbro­je­ni lu­dzie, Po­la­cy.

Po kil­ku­dzie­się­ciu mi­nu­tach wszedł do ra­tu­sza, gdzie dzia­łał już sztab po­wstań­czy. Wy­le­gi­ty­mo­wał się, do­stał fa­brycz­nie nową so­wiec­ką pe­pe­szę i kilka ta­le­rzy naboi, bia­ło-czer­wo­ną opa­skę i pię­ciu mło­dych ludzi jako pod­ko­mend­nych. Po­biegł z nimi roz­bra­jać so­wiec­kie pa­tro­le. Ro­sja­nie, spa­ra­li­żo­wa­ni skalą i grozą od­we­tu, z rzad­ka tylko sta­wia­li opór.

I tak wła­śnie dla Kost­ka i ponad trzy­dzie­stu czte­rech mi­lio­nów jego ro­da­ków za­czę­ła się znów Nie­pod­le­gła.

 

 

War­sza­wa, Kra­kow­skie Przed­mie­ście 26/28, Uni­wer­sy­tet War­szaw­ski, Wy­dział Hi­sto­rii, 31 X 1968

 

Hi­sto­ria nie wy­ba­cza na­ro­dom braku wy­obraź­ni ich elit. Pierw­sza Rzecz­po­spo­li­ta za­pła­ci­ła za to naj­wyż­szą cenę. – Czwart­ko­wy wy­kład pro­fe­so­ra Lecha Bey­na­ra, pu­bli­ku­ją­ce­go pod wo­jen­nym jesz­cze pseu­do­ni­mem Ja­sie­ni­ca, jak zwy­kle przy­cią­gnął tłumy stu­den­tów. Sala pę­ka­ła w szwach. – Druga Rzecz­po­spo­li­ta, a pa­trząc sze­rzej, utwo­rzo­na z jej ini­cja­ty­wy w roku 1955 środ­ko­wo­eu­ro­pej­ska unia go­spo­dar­cza i woj­sko­wa, wy­cią­gnę­ła wnio­ski za­rów­no z prze­szło­ści da­le­kiej, jak i tej bliż­szej. Re­gio­ny i sze­ro­ka au­to­no­mia dla mniej­szo­ści ucy­wi­li­zo­wa­ły re­la­cje i sto­no­wa­ły dawne na­cjo­na­li­zmy. Wy­mia­ny te­ry­to­rial­ne, uła­twio­ne re­pa­ra­cja­mi wo­jen­ny­mi od Nie­miec i So­wie­tów, wy­gła­dzi­ły naj­ostrzej­sze spory. Wszy­scy byli za, bo czuli jesz­cze na kar­kach twar­de bu­cio­ry ger­mań­skich kul­tur­tra­ege­rów i azja­tyc­kich soł­da­tów. To nie­waż­ne, że zde­ko­mu­ni­zo­wa­na Rosja do dziś bo­ry­ka się z dłu­go­fa­lo­wy­mi skut­ka­mi klę­ski, wojny do­mo­wej, głodu i epi­de­mii… Zaś Trze­cia Rze­sza zo­sta­ła po woj­nie roz­bi­ta na kil­ka­na­ście sła­bych i wy­lud­nio­nych gło­dem, cho­ro­ba­mi i kry­zy­sem kra­ików, omi­nię­tych przez po­wo­jen­ny eu­ro­pej­ski cud go­spo­dar­czy, także dzię­ki na­sze­mu dłu­go­trwa­łe­mu sprze­ci­wo­wi wobec ame­ry­kań­skich pla­nów po­mo­cy dla Nie­miec. Twar­do wy­ko­rzy­sta­li­śmy tę moż­li­wość jako stały czło­nek Rady Bez­pie­czeń­stwa od­no­wio­nej Ligi Na­ro­dów.

Zda­nia te pa­da­ły w uważ­ną ciszę. Pierw­szo­rocz­nia­cy, w tym Anna Ba­czyń­ska, któ­rej oj­ciec Krzysz­tof, obec­nie naj­słyn­niej­szy pol­ski poeta, z nie­wia­do­mych przy­czyn dość długo sprze­ci­wiał się po­ma­tu­ral­ne­mu wy­bo­ro­wi uko­cha­nej córki, wsłu­chi­wa­li się w każde słowo au­to­ra hi­sto­rycz­nych be­st­sel­le­rów.

Chciej­stwo i ego­izm elit za­wsze się msz­czą – cią­gnął Bey­nar. – Ale naj­bar­dziej mści się ich brak wy­obraź­ni. Bo nawet z nią wiel­kość państw bu­du­je się za­wsze z tru­dem, co naj­mniej przez de­ka­dy, ale bez niej – bły­ska­wicz­nie się ją traci. Za­pra­szam Pań­stwa do tre­no­wa­nia wy­obraź­ni, nie­zbęd­nej nie tylko przy­szłym hi­sto­ry­kom, ale też przy­szłym pol­skim i eu­ro­pej­skim eli­tom. W gru­pach ćwi­cze­nio­wych moi asy­sten­ci do­ko­na­ją przy­dzia­łu te­ma­tów pań­stwa wy­pra­co­wań se­me­stral­nych na temat hi­sto­rii, które się nie wy­da­rzy­ły…

Pół go­dzi­ny póź­niej Anna jako ostat­nia w gru­pie roz­wi­nę­ła wy­cią­gnię­tą z asy­stenc­kie­go ka­pe­lu­sza kart­kę i od­czy­ta­ła temat swej przy­szłej pracy: Hi­tler i Sta­lin nie giną w roku 1939. Skut­ki dla Pol­ski i Eu­ro­py. Obok wid­niał spis wy­ma­gań. To nie miało być zwy­kłe gdy­ba­nie. Cze­ka­ła ją mrów­cza praca hi­sto­rycz­ne­go de­tek­ty­wa. Lecz jakże pa­sjo­nu­ją­ca!

W domu, nie­du­żej willi na Żo­li­bo­rzu, oczy­wi­ście po­chwa­li­ła się ojcu. Zdu­mia­ła ją jego re­ak­cja. Kiedy tylko po­ka­za­ła mu kart­kę, Krzysz­tof Kamil Ba­czyń­ski za­marł, po czym wy­szep­tał:

– Więc jed­nak Leon u schył­ku życia nie wy­trzy­mał.

– Tato, o co cho­dzi? Co ty mó­wisz? – Anka z cie­ka­wo­ścią spoj­rza­ła na czło­wie­ka naj­bliż­sze­go jej po śmier­ci matki, zmar­łej dwa lata temu. Oj­ciec owdo­wiał wtedy po­now­nie, gdy jego druga, po­wo­jen­na żona, le­karz epi­de­mio­log, za­pa­dła na śmier­tel­ną cho­ro­bę w cza­sie pe­ters­bur­skiej misji PCK, wal­cząc z epi­de­mią ospy.

Ba­czyń­ski przez wielu ty­po­wa­ny był na przy­szłe­go li­te­rac­kie­go no­bli­stę, jakby Po­la­kom nie wy­star­cza­ła nie­daw­na, le­d­wie z roku 1965 na­gro­da dla sę­dzi­we­go Wit­ka­ce­go. Do­stał ją za Ostat­nie trans­atlan­ty­ki, wstrzą­sa­ją­cy i jak to u niego – po­zor­nie sur­re­ali­stycz­ny, choć w pełni prze­cież tym razem zgod­ny z fak­ta­mi opis epo­pei kilku ty­się­cy naj­wy­bit­niej­szych pol­skich twór­ców, na­ukow­ców i ar­ty­stów, wy­sła­nych przez MSZ w po­ło­wie sierp­nia 1939 roku na Wy­sta­wę Świa­to­wą w Nowym Jorku. Gdy kilka ty­go­dni póź­niej Niem­cy i So­wie­ty za­ata­ko­wa­ły Pol­skę, wy­da­lo­ne z izo­lu­ją­cych się Sta­nów m/s „Pił­sud­ski” i m/s „Ba­to­ry” po­pły­nę­ły dalej, aż do pierw­szych przy­ja­znych por­tów Ar­gen­ty­ny i Chile, by po woj­nie przy­wieźć pa­sa­że­rów z po­wro­tem do kraju. To ostat­nie wiel­kie dzie­ło mi­strza, w isto­cie psy­cho­lo­gi­zu­ją­cy re­por­taż, Anna wręcz uwiel­bia­ła.

Oj­ciec pa­trzył na nią teraz ze smut­kiem.

– Bo wi­dzisz, có­recz­ko, ja cię znam. Masz do­cie­kli­wość i za­wzię­tość po matce. Jeśli się tym zaj­miesz, w końcu do­ko­piesz się ta­kich rze­czy, po któ­rych wszyst­ko może się zmie­nić. Od­puść, pro­szę.

– Prze­cież wiesz, że nie mogę. Los zde­cy­do­wał. Ta praca jest dla mnie ważna. Czuję to.

– Nie ma cze­goś ta­kie­go jak los – nad­spo­dzie­wa­nie ostro za­re­ago­wał Krzysz­tof, od­wra­ca­jąc się od im­bry­ka z her­ba­tą, którą wła­śnie na­le­wał do jesz­cze przed­wo­jen­nych, kru­chych por­ce­la­no­wych fi­li­ża­nek. Prze­trwa­ły nawet bom­bar­do­wa­nia mia­sta z wrze­śnia 1939, w miesz­ka­niu na Ba­ga­te­li, gdzie ro­dzi­na Ba­czyń­skich miesz­ka­ła aż do nie­miec­kiej oku­pa­cji. – Los nie­mal za­wsze można ograć! Ale to kosz­tu­je. Cza­sem za­pła­cisz je­dy­nie utra­co­ną nie­win­no­ścią. Lecz nie­kie­dy całym ży­ciem. Pro­szę cię raz jesz­cze, wnieś o zmia­nę te­ma­tu!

– Tato, po­wiedz, czy cho­dzi ci o… sty­czeń 1940? – już za­da­jąc to py­ta­nie, wie­dzia­ła, że wkra­cza na nie­bez­piecz­ny grunt, ale nie zdą­ży­ła ugryźć się w język.

Krzysz­tof Kamil Ba­czyń­ski, jako żoł­nierz pod­zie­mia i nie­odrod­ny syn przed­wo­jen­ne­go ka­pi­ta­na „Dwój­ki”, by­łe­go le­gio­ni­sty, brał ak­tyw­ny udział w nie­chlub­nej „Róży Czer­wo­nej” – wspól­nej pol­sko-nie­miec­kiej akcji li­kwi­du­ją­cej sta­li­now­ską agen­tu­rę w Pol­sce. Kilka razy uczest­ni­czył w za­ma­chach pod Bia­łym­sto­kiem w jed­nej gru­pie z Ja­sie­ni­cą. Wie­rzył w to, co robi, ale i tak zbyt mocno to prze­żył. Od­bi­ja­ło się to póź­nej w jego wier­szach.

– Nie tylko. – Ba­czyń­ski głę­bo­ko ode­tchnął, jakby wresz­cie pod­jął ważną de­cy­zję i spra­wi­ło mu to ulgę. – Wi­dzisz, có­recz­ko, już pora, byś się do­wie­dzia­ła: twój dzia­dek, a mój oj­ciec Sta­ni­sław, był w gro­nie tych ludzi Mar­szał­ka, któ­rzy już przed wojną zmie­ni­li nasz los. Zanim zmarł w 1939, po­wie­dział mi na łożu śmier­ci, że wkrót­ce, jak wielu in­nych, wezmę udział w ra­to­wa­niu Pol­ski. I żebym wy­ko­ny­wał zwią­za­ne z tym roz­ka­zy, wszel­kie roz­ka­zy, z czy­stym su­mie­niem i ser­cem, bo nie będą one przy­pad­ko­we. Wtedy my­śla­łem, że to ma­ja­cze­nie umie­ra­ją­ce­go. W 1940 coś mi jed­nak za­świ­ta­ło, nawet po­wie­dzia­łem o tym Bey­na­ro­wi. On zaś kazał mi trzy­mać język za zę­ba­mi. Jak widać, po woj­nie pew­nie za­czął sam kopać i chyba do­wie­dział się cze­goś wię­cej, bo ten twój „temat”, jak sądzę, zręcz­nie ci pod­rzu­co­ny, to jego prze­kaz, su­ge­stia ra­czej do mnie niż do cie­bie. Może bym nadal sie­dział cicho? Wi­dzisz, w czter­dzie­stym ósmym, pod­czas prze­pro­wadz­ki po ślu­bie z twoją mamą, roz­wa­li­ła się stara ko­mo­da po moich ro­dzi­cach. Ze skryt­ki w bla­cie wy­pa­dły bi­buł­ki, mi­kro­fil­my… Wy­ni­ka­ło z nich, że twój dzia­dek, już w cza­sie po­wstań ślą­skich do­wo­dzą­cy spec­gru­pą dy­wer­syj­ną na ty­łach Niem­ców, od po­cząt­ku lat trzy­dzie­stych jako za­ufa­ny czło­wiek Mar­szał­ka i czło­nek jego za­ka­mu­flo­wa­ne­go ze­spo­łu ko­or­dy­no­wał moduł so­wiec­ki „Ba­sio­ra”.

– „Ba­sio­ra”…?

– Taj­ne­go pol­skie­go planu eli­mi­na­cji Sta­li­na, Hi­tle­ra i kilku in­nych czo­ło­wych świa­to­wych po­li­ty­ków tam­tych cza­sów. Po to, by oni nie wy­tłu­kli nas. Dla­te­go pro­szę cię, nie drąż te­ma­tu i wy­myśl coś lek­kie­go, nie­zo­bo­wią­zu­ją­ce­go. Z Bey­na­rem sam po­ga­dam. Jeśli chce mi coś prze­ka­zać, to bez po­śred­ni­ków. Skoro świat wciąż nie wie o „Ba­sio­rze”, to zna­czy, że za upu­blicz­nie­nie tej ta­jem­ni­cy nadal płaci się głową… Więc jak, od­pu­ścisz? Za dwa­dzie­ścia lat sam prze­ka­żę ci pa­miąt­ki po dziad­ku. Wtedy zro­zu­miesz.

 

 

Pol­ska, War­sza­wa, ul. Mie­dzia­na 11, 10 V 1999, godz. 19.30

 

Na sze­ro­kim ekra­nie pre­mie­ro­we­go Mul­ti­ki­na „Sfinx” po­ja­wi­ły się pierw­sze kadry naj­now­szej su­per­pro­duk­cji Je­rze­go Hof­f­ma­na Niech świat za­pło­nie!, opar­tej na su­per­be­st­sel­le­rze pro­fe­sor Anny Ba­czyń­skiej-Wań­ko­wicz. Książ­ka, zbe­le­try­zo­wa­ne roz­wi­nię­cie jej ha­bi­li­ta­cji, sprze­da­ła się na wszyst­kich kon­ty­nen­tach w bez­pre­ce­den­so­wym na­kła­dzie ponad dwu­dzie­stu mi­lio­nów eg­zem­pla­rzy, a wy­daw­nic­two Ge­be­th­ner i Wolf już szy­ko­wa­ło ko­lej­ne wy­da­nia.

Nic dziw­ne­go. Jej pier­wo­wzór – praca na­uko­wa z roku 1994, zło­żo­na na Uni­wer­sy­te­cie War­szaw­skim i udo­stęp­nio­na w sieci – wy­wo­ła­ła mię­dzy­na­ro­do­wy szok i po­tęż­ny dy­plo­ma­tycz­ny skan­dal. Choć Anna nie opi­sa­ła szcze­gó­ło­wo akcji w Lon­dy­nie i Chi­ca­go, bo do tych aku­rat ma­te­ria­łów nie do­tar­ła, a jej roz­mów­cy, nawet jeśli coś wie­dzie­li, mil­cze­li jak grób, Wiel­ka Bry­ta­nia wy­sto­so­wa­ła pro­test. Stany Zjed­no­czo­ne za­gro­zi­ły kon­se­kwen­cja­mi, ale po zgod­nych sprze­ci­wach wpły­wo­wych lob­bies ży­dow­skie­go i pol­skie­go, w ob­li­czu re­al­nej pol­skiej groź­by wy­co­fa­nia stu­ty­sięcz­ne­go na­ro­do­we­go kon­tyn­gen­tu ze wspól­nych sił sta­bi­li­za­cyj­nych, osła­nia­ją­cych utwo­rzo­ny wresz­cie w Pa­le­sty­nie Erec Isra­el, za­si­lo­ny czte­ro­mi­lio­no­wą mi­gra­cją z Pol­ski, chył­kiem się z tego wy­co­fa­ły.

Na wszyst­kich kon­ty­nen­tach po­li­ty­cy i dzien­ni­ka­rze py­ta­li, na ile te sen­sa­cje są zgod­ne z praw­dą, a jeśli tak, to jak po­win­no się w tej sy­tu­acji za­re­ago­wać, pół wieku po woj­nie. Naj­ostrzej od­po­wie­dzia­ły, co oczy­wi­ste, ka­dłu­bo­wa Rosja i po­wo­li łą­czą­ce się Niem­cy.

Niem­ca­mi Pol­ska nie prze­ję­ła się w ogóle. Rosja sta­no­wi­ła tylko nieco więk­szy pro­blem. Mo­skiew­ski am­ba­sa­dor wy­je­chał z War­sza­wy na dłu­gie czte­ry lata, ku żywej ra­do­ści Litwy, Bia­ło­ru­si i Ukra­iny. W końcu wró­cił, lecz do­pie­ro wtedy, gdy pod ko­niec stu­le­cia Kreml buń­czucz­nie ogło­sił, że wła­śnie prze­pro­wa­dził pierw­szą udaną pod­ziem­ną eks­plo­zję ato­mo­wą na Uralu i ma już nawet środ­ki prze­no­sze­nia. Po­twier­dzi­ły to sej­smo­gra­fy i sa­te­li­ty szpie­gow­skie Paktu Środ­ko­wo­eu­ro­pej­skie­go. Co z kolei na po­wrót za­cie­śni­ło współ­pra­cę woj­sko­wą Pol­ski z USA, osła­bio­ną po „Afe­rze Ulama” w la­tach 50., kiedy nad Wisłę tra­fi­ły plany ame­ry­kań­skich bomb wo­do­ro­wych.

Ulam wró­cił do kraju do­pie­ro w 1980, dzię­ki go­spo­dar­czo-po­li­tycz­nej od­wil­ży mię­dzy Sta­na­mi a tą czę­ścią Eu­ro­py. Anna wspo­mi­na­ła go z praw­dzi­wym po­dzi­wem. Także dzię­ki niemu u progu XXI wieku li­czą­ca pięć­dzie­siąt pięć mi­lio­nów miesz­kań­ców Pol­ska coraz bar­dziej li­czy­ła się jako dy­na­micz­ne re­gio­nal­ne mo­car­stwo. Jako filar Unii Środ­ko­wo­eu­ro­pej­skiej i za­bez­pie­cza­ją­cej ją wspól­no­ty obron­nej za­czy­na­ła roz­da­wać karty nie tylko w naj­bliż­szym oto­cze­niu.

Córka Ba­czyń­skie­go, stała uczest­nicz­ka ma­ni­fe­sta­cji z oka­zji ma­jo­we­go Dnia Zwy­cię­stwa, nie raz miała oka­zję po­dzi­wiać prze­la­tu­ją­ce nad Pla­cem Pił­sud­skie­go su­per­my­śliw­ce PZL P-88 Sokół i dud­nią­ce po sto­łecz­nym bruku czoł­gi trze­ciej ge­ne­ra­cji An­ders 91. Kiedy zaś od­wie­dzi­ła wraz z mężem Wi­tol­dem młod­sze­go syna Pio­tra, po­rucz­ni­ka w Mar­Wo­ju, mogła przyj­rzeć się jed­no­st­ce, którą wy­ru­szał w wie­lo­mie­sięcz­ne pa­tro­lo­we rejsy na pół­noc­ny Atlan­tyk. Jed­ne­mu z sze­ściu ato­mo­wych okrę­tów pod­wod­nych pły­wa­ją­cych pod pol­ską ban­de­rą.

Teraz Witek też przy niej był, gdy tym­cza­sem ona ob­ser­wo­wa­ła coraz gło­śniej re­agu­ją­cą wi­dow­nię. Wielu wi­dzów ko­lej­ny raz oglą­da­ło film, wcze­śniej roz­po­wszech­nia­ny nie­ofi­cjal­nie na za­mknię­tych po­ka­zach dla wy­bra­nych. Zbli­ża­ła się klu­czo­wa scena z hi­sto­rii od­two­rzo­nej przez Ba­czyń­ską. Spo­tka­nie w Bel­we­de­rze, to z 16 kwiet­nia 1932 roku, od któ­re­go wszyst­ko się za­czę­ło. To po nim Pol­ska za­wró­ci­ła ze ścież­ki wio­dą­cej ku za­gła­dzie. Cały frag­ment zo­stał opar­ty wprost na ste­no­gra­mie z ar­chi­wum prze­ka­za­ne­go Ba­czyń­skiej przez ojca, zgod­nie z umową z roku 1968.

 

***

Uję­cie zro­bio­no z dba­ło­ścią o hi­sto­rycz­ną wier­ność. Anna je lu­bi­ła. Sce­no­pis nad­zo­ro­wa­ła oso­bi­ście, jako kon­sul­tant­ka na­uko­wa.

– I wi­dzisz, drogi Hu­go­nie, jak po­ucza­ją­ce są karty? Już w Le­gio­nach i ty, i ja gra­li­śmy w nie na­mięt­nie. Ostat­nio po­my­śla­łem sobie nawet, że karty są tak na­praw­dę psy­cho­lo­gicz­nym prze­ło­że­niem i naj­do­sko­nal­szym zo­bra­zo­wa­niem re­la­cji mię­dzy­pań­stwo­wych. Ale nie wszyst­kie gry. Nawet nie moje ulu­bio­ne pa­sjan­se. Naj­lep­szy oka­zu­je się poker – zda­nie to wy­po­wie­dział spod oka­za­łe­go wąsa szczu­pły męż­czy­zna w sza­rym mun­du­rze do sie­dzą­ce­go po dru­giej stro­nie sto­li­ka Se­mi­ty w śred­nim wieku, o wy­so­kim czole i prze­ni­kli­wych oczach.

– In­te­re­su­ją­ce – za­mru­czał roz­mów­ca mar­szał­ka Pił­sud­skie­go, Hugo Ste­in­haus, twór­ca świe­żo po­wsta­łej lwow­skiej szko­ły ma­te­ma­tycz­nej, po­cią­ga­jąc łyk go­rą­ce­go na­pa­ru z por­ce­la­no­wej fi­li­żan­ki. – Ale prze­cież nie po to pań­ski Wie­nia­wa przy­wiózł mnie z Lwowa do War­sza­wy…

– Słusz­nie, nie po to. Lecz wra­ca­jąc do na­sze­go po­ke­ra, pro­fe­so­rze… Po pierw­sze – gra­czy jest nie­mal do­wol­nie wielu i z re­gu­ły są wśród nich si­ła­cze i sła­be­usze. Po dru­gie – cała ta gra jest ni mniej, ni wię­cej tylko na­rzu­ce­niem swej woli prze­ciw­ni­kom przy sto­li­ku, w celu po­zba­wie­nia ich za­so­bów. Po trze­cie – ele­men­ty gry od­po­wia­da­ją praw­dzi­wym re­la­cjom mię­dzy pań­stwa­mi. Mamy oto gra­cza, czyli wład­cę albo wodza. Mamy za­so­by: jego pie­nią­dze więk­sze lub mniej­sze, co od­po­wia­da w życiu bazie ma­te­rial­nej pań­stwa, jego eko­no­mii i za­miesz­ku­ją­ce­mu je na­ro­do­wi, zwłasz­cza jego zdol­no­ści re­ge­ne­ra­cji. Mamy lep­sze czy gor­sze karty, co nie­świa­do­mi na­zy­wa­ją śle­pym losem, a świa­do­mi – roz­kła­dem sił mię­dzy­na­ro­do­wych, wpły­wem gra­cza na swe za­ple­cze i miesz­kań­ców. Mamy nawet in­dy­wi­du­al­ne ukła­dy mię­dzy gra­cza­mi. Więc to, co w życiu na­zy­wa­my dy­plo­ma­cją albo…

– …wojną?

– Widzę, że nie na darmo lwow­scy ma­te­ma­ty­cy chleb jedzą – uśmiech­nął się lekko mar­sza­łek. – Lecz co naj­waż­niej­sze: kiedy je­ste­śmy do­brym gra­czem, to wiemy, że w tej grze nie koń­czy się na jed­nej par­tii, a w ko­lej­nych karty mogą się od­mie­nić. Czyli nie wolno nam w sy­tu­acjach z góry nie­ko­rzyst­nych sta­wiać wszyst­kie­go na jedną kartę. Po klę­sce za­so­by z cza­sem mogą wró­cić, ale tylko w jed­nym przy­pad­ku…

– Jeśli wro­go­wie przez nasze wła­sne błędy nie po­zba­wią nas… ludzi?

– Otóż to. Bo wła­śnie lu­dzie są i będą za­so­bem naj­waż­niej­szym; klu­czem do zwy­cię­stwa w nad­cho­dzą­cej woj­nie, a co naj­waż­niej­sze – po niej! Boję się, i mam ku temu pod­sta­wy, że na­stęp­ne roz­da­nie bę­dzie znacz­nie dla nas gor­sze. Mo­że­my na za­wsze stra­cić Pol­skę.

Ma­te­ma­tyk za­marł.

– Na pewno po­wi­nie­nem o tym wie­dzieć? – za­py­tał po chwi­li.

– Na pewno – padła zde­cy­do­wa­na od­po­wiedź. – Bo mam już pewne wnio­ski. Stąd za­da­nie dla cie­bie i two­ich ge­niu­szów. – Pił­sud­ski ujął w dło­nie cien­ką książ­czy­nę z ty­tu­łem po fran­cu­sku. – Znasz Sun Zi?

Sztu­kę wojny? Na­tu­ral­nie. Lecz jak to się ma do mojej roli? Je­stem ma­te­ma­ty­kiem, a nie woj­sko­wym, zaj­mu­ję się mo­de­lo­wa­niem pro­ce­sów, ana­li­zą da­nych.

– O nic in­ne­go cię nie po­pro­szę. Ma­te­ma­ty­ka to kró­lo­wa nauk, bo wszyst­ko można nią wy­mo­de­lo­wać. I za­na­li­zo­wać.

– Nawet grę w po­ke­ra z oszu­sta­mi?

– Zwłasz­cza w po­ke­ra. To nawet nie­trud­ne, jeśli tylko wiemy, jaki ma być re­zul­tat koń­co­wy i mamy kom­plet in­for­ma­cji po­cząt­ko­wych. Więc jak, zaj­miesz się tym? Przy­naj­mniej spró­bu­jesz? Oczy­wi­ście w ści­słej ta­jem­ni­cy. Masz tam prze­cież pa­sjo­na­tów tej mod­nej teo­ryj­ki, jak jej tam, o! teo­rii gier! Choć­by Ba­na­cha i tego mło­de­go ge­niu­sza Ulama.

– To jakie są te wa­run­ki?

– Naj­gor­sze moż­li­we roz­da­nie dla Pol­ski, naj­lep­sze dla na­szych wro­gów. Naj­lep­sze za­so­by dla nich i słabe dla nas. Dla nich naj­lep­si gra­cze, przy nas prze­cięt­ni. Wiesz, ja już je­stem stary, długo nie po­ży­ję… Do­sta­niesz opra­co­wa­nie. Bar­dzo silna prze­my­sło­wo i mi­li­tar­nie, uzbro­jo­na po zęby Rosja, rzą­dzo­na przez czer­wo­ne­go cara, dą­żą­ce­go do pod­bo­ju Eu­ro­py po tru­pie Pol­ski. To raz.

– A dwa?

– Zmi­li­ta­ry­zo­wa­ne na nowo Niem­cy pod wła­dzą dyk­ta­to­ra, który co do Pol­ski ma te same plany co Sta­lin.

– Hi­tler? Ten ope­ret­ko­wy führe­rek lum­pen­pro­le­ta­ria­tu? A co na to nasza armia? Co so­jusz­ni­cy?

– Prze­cież masz umysł ści­sły. Znasz sto­su­nek na­szych sił, eko­no­mii, lud­no­ści, armii. Już dziś jest dla nas za późno na wojnę pre­wen­cyj­ną z Niem­ca­mi. W do­dat­ku Fran­cja jej nie chce. Mo­że­my je­dy­nie od­wle­kać, ba­lan­so­wać. Lecz tylko do czasu. Wal­czyć oczy­wi­ście bę­dzie­my. Ale gdy nas roz­gro­mią na po­lach bitew, je­dy­ne, co ci po­zo­sta­je, to le­piej od nich grać i kan­to­wać. I nie mar­no­wać za wiele sił i środ­ków na star­cie czo­ło­we, bo o to im tylko cho­dzi.

– Prze­ra­żasz mnie. Prze­cież ży­je­my w cy­wi­li­zo­wa­nym świe­cie, kto na to po­zwo­li, po co w ogóle takie dia­bel­skie teo­rie?

– Nie bądź­my dzieć­mi, myśl­my re­al­nie. Nim cy­wi­li­zo­wa­ny świat się za nich weź­mie, na zimno i z roz­my­słem za­bi­ją nam wszyst­kich no­si­cie­li na­ro­do­we­go ducha, wszyst­kich umie­ją­cych coś wię­cej niż tylko się pod­pi­sać. Ich agen­tu­ra nie od wczo­raj prze­sy­ła do Mo­skwy i Ber­li­na listy co lep­szych Po­la­ków do roz­strze­la­nia, uwię­zie­nia i zsył­ki. My­ślisz, że oszczę­dzą nam tego, co tak hoj­nie robią dzi­siaj swoim?

– Nie przyj­mu­ję ta­kich wa­run­ków wstęp­nych!

– Po­wiem ci, Hugo, coś strasz­niej­sze­go: re­zul­tat koń­co­wy, który mu­sisz wziąć pod uwagę, bę­dzie jesz­cze gor­szy. Pol­ska w naj­lep­szym wy­pad­ku sta­nie się kra­jem ka­dłu­bo­wym, zdzie­siąt­ko­wa­nym i nie­wol­ni­czym dla Rosji, a w naj­gor­szym – na­ro­do­wą pu­sty­nią do za­sie­dle­nia przez Niem­cy. Przyj­mij, że w ciągu nad­cho­dzą­cej wojny znisz­cze­je pra­wie cały ma­ją­tek na­sze­go kraju, prze­pad­ną dobra kul­tu­ry i wszyst­ko to, co ofiar­nie two­rzy­ły po­ko­le­nia. Już w ciągu kilku pierw­szych lat zginą, a w naj­lep­szym przy­pad­ku uciek­ną na za­wsze z Pol­ski jej wszy­scy świa­do­mi oby­wa­te­le z klas śred­nich i wyż­szych. A to tylko po­czą­tek, bo potem, kiedy ko­lej­ne mi­lio­ny za­czną ucie­kać z na­szych ruin, a resz­tę ogar­ną ko­lej­ne za­bo­ry i wy­wóz­ki, bę­dzie coraz go­rzej. Zaś to, co po ewen­tu­al­nym po­ko­na­niu na­jeźdź­ców przez świat cy­wi­li­zo­wa­ny po­zo­sta­nie, bę­dzie we­ge­to­wać przez wiek, nim się choć tro­chę od­two­rzy, ale już nie z na­ro­do­wym du­chem, a skun­dlo­nym, po­dat­nym na byle wark­nię­cie sil­niej­sze­go.

– Pan osza­lał, mar­szał­ku?!

– Chciał­bym, Hugo, chciał­bym. Ale je­stem re­ali­stą. Pra­cu­je­my nad tymi pro­gno­za­mi od roku. Naj­trud­niej i naj­bo­le­śniej było od­rzu­cić nasze ar­cy­pol­skie po­boż­ne ży­cze­nia. Och, jak to bo­la­ło! Wie­rzysz mi?

Cisza po tych sło­wach trwa­ła długo. Wresz­cie Ste­in­haus wy­krztu­sił:

– Wiara temu prze­czy, ale wie­dza i do­świad­cze­nie mówią mi, że wśród naj­gor­szych, to może być fak­tycz­nie re­al­na hi­po­te­za. Zatem?

– Twoim za­da­niem bę­dzie ma­te­ma­tycz­ne, więc cał­ko­wi­cie po­zba­wio­ne mo­ral­no­ści i ja­kie­go­kol­wiek ho­no­ru, czy­sto prag­ma­tycz­ne i zimne wy­mo­de­lo­wa­nie i za­pla­no­wa­nie głów­nych ele­men­tów stra­te­gii prze­trwa­nia na­ro­du. Czyli okre­su od szyb­kie­go upad­ku Pol­ski po agre­sji na­szych wro­gów aż do ich klę­ski, za naj­wy­żej pięć–sześć lat, byśmy w tym cza­sie stra­ci­li jak naj­mniej ludzi. A tam­tych zgi­nę­ło jak naj­wię­cej. Lecz co naj­waż­niej­sze, nie w walce z nami, pro­fe­so­rze! Nie mamy tyle dia­men­tów, by rzu­cać je lekką ręką na sza­niec. Na­jeźdź­cy i ich elity muszą polec w walce z sil­ny­mi tego świa­ta. Któ­rzy – uwzględ­nij i to – gdy my zo­sta­nie­my za­ata­ko­wa­ni, na pewno nas zdra­dzą i opusz­czą. Tak jak za­wsze.

– Skoro jed­nak, wy­bacz mi, z tego rów­na­nia jasno wy­ni­ka, że nie mamy szans na sy­me­trię po obu jego stro­nach… to… nasza re­ak­cja wy­ma­gać bę­dzie wy­war­cia sił nie­sy­me­trycz­nie. Atak nie kar­ta­mi, ale bez­po­śred­nio na naj­groź­niej­szych trzy­ma­ją­cych je gra­czy! Chcesz po­za­bi­jać ich wo­dzów? To w ogóle moż­li­we? Ziuk, na Boga, co ty pla­nu­jesz…?

– Chcia­łeś za­py­tać, co nam po­zo­sta­je? Drogi pro­fe­so­rze – po raz pierw­szy tego wie­czo­ra Pił­sud­ski uśmiech­nął się na­praw­dę szcze­rze i sze­ro­ko – zro­bi­my do­kład­nie to samo, co czy­ni­li­śmy przez ostat­nie ćwierć wieku przed od­bu­do­wą Pol­ski. Tyle że ci­szej. Kiedy w 1904 od­wie­dzi­łem Ja­po­nię, po­ka­zy­wa­li mi tam ich fa­na­tycz­nych i nad­zwy­czaj sku­tecz­nych za­bój­ców-stra­ceń­ców, jak to im było? Pin­dzia, nin­dzia? Za­pa­mię­taj: jeśli tylko w po­li­ty­ce i ter­ro­rze można coś sobie wy­obra­zić, to jest to moż­li­we! Jed­nak odium tego ter­ro­ru – wy­łącz­nie na na­szych wro­gów.

– I pan to mówi, twór­ca Le­gio­nów?!

– Może świat aż tak szyb­ko dzi­cze­je, a może na sta­rość wresz­cie tro­chę zmą­drza­łem – wes­tchnął cięż­ko Ziuk.

– I to wszyst­ko wła­śnie ja mam wy­mo­de­lo­wać?

– Znam twoje moż­li­wo­ści. Do końca grud­nia spo­dzie­wam się klu­czo­wych ele­men­tów rów­nań, na któ­rych końcu ma być ten nasz je­dy­ny moż­li­wy i ko­rzyst­ny dla Pol­ski re­zul­tat. Po­trze­bu­ję pro­stych cią­gów lo­gicz­nych – jeśli A to B, jeśli C to D, oraz ich moż­li­wych roz­ga­łę­zień po naj­waż­niej­szych na­szych ru­chach…

– Ma­try­cy?

– Dobre okre­śle­nie. W efek­cie ma dojść do peł­ne­go mi­li­tar­ne­go i po­li­tycz­ne­go za­an­ga­żo­wa­nia naj­sil­niej­szej de­mo­kra­cji świa­ta, ale wal­czą­cej nie o zyski, jak w 1917, lecz już tylko o wła­sne życie. Dla­te­go go­to­wej na wojnę to­tal­ną.

– Sta­nów Zjed­no­czo­nych?

– Tak. I to nie po kilku la­tach, lecz nie­mal od razu, na pełną skalę. Bo Pol­ska tego czasu mieć po pro­stu nie bę­dzie. Wsta­wiaj do swych rów­nań naj­więk­szych gra­czy globu bez po­dzia­łu na swo­ich i ob­cych. Naj­waż­niej­szych zgła­szaj tylko Wie­nia­wie. Nie mu­sisz mieć wszyst­kich moż­li­wych in­for­ma­cji, by uzy­skać wynik koń­co­wy, po na­szej roz­mo­wie już go masz. I jesz­cze jedno – nikt, ale to nikt nie może tego po­wią­zać z Pol­ską. Ude­rza­jąc w ich tuzy, nasze pion­ki po­świę­caj bez wa­ha­nia. Kosz­ty mo­ral­ne biorę na sie­bie.

– Tych da­nych będą tony!

– Nie prze­sa­dzaj, twój Ulam może ci pomóc, stwo­rzyć, bo ja wiem?, me­to­dę przy­bli­żo­ne­go ty­po­wa­nia z nie­kom­plet­nych da­nych? Tro­chę jak w Monte Carlo? Prze­cież ja też nie mu­sia­łem wie­dzieć wszyst­kie­go, gdy­śmy szli z kontr­ata­kiem znad Wie­prza. Dla cie­bie ważne będą wy­łącz­nie klu­czo­we punk­ty na­szej przy­szłej taj­nej in­ter­wen­cji. Pro­jekt ma kryp­to­nim: „Ba­sior”. O szcze­gó­ły i fi­nan­se się nie martw. To jak, dasz radę?

– Spró­bu­ję. Lecz po­wiedz mi: co byś zro­bił, gdy­bym od­mó­wił?

– To, o czym mó­wi­li­śmy, przy­ja­cie­lu, jest tak ważne dla Pol­ski, że już za­wie­ra od­po­wiedź. I niech nas Bóg ma w swej opie­ce, jeśli pierw­szy raz w hi­sto­rii bę­dzie­my mu­sie­li za­po­mnieć o ho­no­rze i strze­lać po równo, wro­gom i przy­ja­cio­łom, pro­sto w plecy!

 

***

Seans zbli­żał się ku koń­co­wi. Na tle ka­drów z kwit­ną­cej, prze­szło już czte­ro­mi­lio­no­wej War­sza­wy końca XX wieku, uka­za­ły się ta­be­le z rze­czy­wi­sty­mi i hi­po­te­tycz­ny­mi stra­ta­mi Pol­ski, wy­ję­te wprost z opra­co­wa­nia córki pol­skie­go no­bli­sty. On sam, lau­re­at szwedz­kiej na­gro­dy z 1983 roku, też po­ja­wił się na wi­dow­ni. W sześć­dzie­sią­tym ósmym po cichu spo­tkał się z Bey­na­rem. Prze­jął od niego ko­lej­ne do­ku­men­ty. Potem Anna długo roz­ma­wia­ła z Ula­mem, kiedy na kilka lat przed śmier­cią wró­cił do swego uko­cha­ne­go Lwowa. Ale Ba­czyń­ski nigdy nie po­ka­zał córce – i pew­nie już nie po­ka­że – kart­ki, wy­ję­tej przez niego ze ste­no­gra­mu z Bel­we­de­ru, na któ­rej Pił­sud­ski pod ko­niec roz­mo­wy, niby żar­tem ujaw­nia Ste­in­hau­so­wi, że pierw­szy im­puls dla ana­liz le­żą­cych u pod­staw „Planu Ba­sior” prze­ka­zał mu pod­czas se­an­su spi­ry­ty­stycz­ne­go w Bel­we­de­rze przed­wo­jen­ny ja­sno­widz Osso­wiec­ki.

Teraz jed­nak oj­ciec Anny, który oglą­dał film po raz pierw­szy, nie po­wstrzy­my­wał łez. Nie tylko on. Nie wia­do­mo dla­cze­go lu­dzie pła­ka­li ma­so­wo, bi­le­ter­ki już od pierw­szych przed­pre­mie­ro­wych pro­jek­cji wie­dzia­ły, że przed tym se­an­sem fa­bu­la­ry­zo­wa­ne­go do­ku­men­tu nie pro­po­nu­je się pra­żo­nej ku­ku­ry­dzy, ale jed­no­ra­zo­we chu­s­tecz­ki. Może dla­te­go, że wi­dzo­wie py­ta­li sami sie­bie, gdzie by­li­by teraz, gdyby nie czy­jaś… wy­obraź­nia?

Licz­by z ko­lej­nych lat, od­czy­ty­wa­ne zza kadru przez ak­to­ra gra­ją­ce­go Mar­szał­ka, po­ra­ża­ły wi­dow­nię, ni­czym od­da­wa­ne w bez­bron­ny tłum salwy z ka­ra­bi­nów ma­szy­no­wych. Jak to? Czy na­praw­dę bez planu „Ba­sior” Pol­ska mia­ła­by po woj­nie góra 23–24 mi­lio­ny miesz­kań­ców i te­ry­to­rium zre­du­ko­wa­ne o po­ło­wę, wli­cza­jąc w to nawet Zie­mie Od­zy­ska­ne, z Wro­cła­wiem i Szcze­ci­nem? A w roku 1989 le­d­wie 39 mi­lio­nów i pię­cio­krot­nie mniej­szą go­spo­dar­kę? Ot, de­fi­ni­tyw­nie zbied­nia­łe trze­cio­rzęd­ne pań­stew­ko bez żad­ne­go zna­cze­nia?

Wi­dzo­wie w nie­do­wie­rza­niu wy­mie­nia­li uwagi, ale na­ra­sta­ją­cy szmer ucię­ło jak nożem po­ja­wie­nie się koń­co­we­go na­pi­su, frag­men­tu z Dzieł wszyst­kich tego, dzię­ki któ­re­mu Pol­ska dwu­krot­nie w ostat­nim stu­le­ciu od­zy­ska­ła i obro­ni­ła nie­pod­le­głość:

W ni­czy­je gwa­ran­cje nie wierz­cie. Ba­lan­suj­cie, do­pó­ki się da, a gdy się już nie da, pod­pal­cie świat…!

Józef Pił­sud­ski

Mar­sza­łek Pol­ski

 

 

Od Au­to­ra:

Wszyst­kie (poza nie ma­ją­cy­mi szans na uro­dze­nie dzieć­mi na­szych elit, wy­bi­tych w cza­sie II WŚ) po­sta­cie wy­mie­nio­ne z na­zwi­ska na stro­nach tej no­we­li dzia­ła­ły w rze­czy­wi­stej hi­sto­rii Pol­ski, Eu­ro­py i świa­ta, choć po roku 1939 naj­czę­ściej ode­gra­ły w niej inną rolę. Dy­wer­san­ci „Ba­sio­ra” mają pier­wo­wzo­ry pięk­nie za­zna­czo­ne na kar­tach praw­dzi­wej hi­sto­rii, jako ci­cho­ciem­ni, w tym Wal­dek – rodem z Chi­ca­go.

Opis za­ma­chu na Hi­tle­ra wraz z „listą obec­no­ści” jest zgod­ny z rze­czy­wi­sto­ścią, poza tym… że „u nas” za­ma­chow­cy nie do­tar­li na miej­sce. Zgod­nie z praw­dą po­da­ne zo­sta­ły szcze­gó­ły tech­nicz­ne i te­re­no­we, w tym po raz pierw­szy w Pol­sce – rze­czy­wi­sta lo­ka­li­za­cja Bli­skiej Daczy Sta­li­na. Opis głu­po­ty ostat­nie­go am­ba­sa­do­ra II RP w Mo­skwie jest nie­ste­ty praw­dzi­wy.

Wit­ka­ce­go nikt nie ewa­ku­ował, zroz­pa­czo­ny po klę­sce wrze­śnio­wej, po­peł­nił sa­mo­bój­stwo. Ba­czyń­ski zgi­nął na po­cząt­ku krwa­we­go Po­wsta­nia War­szaw­skie­go. Lange zo­stał so­wiec­kim agen­tem. Gdyby nie izo­la­cjo­nizm i nie­chęć Ro­ose­vel­ta, Pro­jekt „Man­hat­tan” wy­star­to­wał­by w USA o pół­to­ra roku wcze­śniej i zmie­nił­by hi­sto­rię świa­ta oraz Pol­ski.

Ulam u nas był twór­cą ob­li­czeń (wła­śnie me­to­dą „Monte Carlo”), które umoż­li­wi­ły ze­spo­ło­wi Tel­le­ra bu­do­wę ame­ry­kań­skiej bomby wo­do­ro­wej. W Pol­sce bo­wiem nikt nie miał dla niego god­nej pracy, więc tuż przed wojną wy­emi­gro­wał. Inni emi­gran­ci w na­szym świe­cie, np. gen. Wła­dy­sław Tu­ro­wicz, z po­wo­dze­niem two­rzy­li w la­tach 50. i 60., choć­by w bied­nym Pa­ki­sta­nie, woj­ska ra­kie­to­we, cen­tra badań ko­smicz­nych i ośrod­ki pro­du­ku­ją­ce broń ato­mo­wą.

Ppor. Jerzy Skrzy­mow­ski ps. „Ko­stek” w na­szej wer­sji hi­sto­rii uciekł z ofla­gu w Do­es­sel 20 wrze­śnia 1943 roku. Po­legł w War­sza­wie, 1 sierp­nia 1944. A Ro­sja­nin Mar­gie­łow „u nas” stał się naj­słyn­niej­szym so­wiec­kim do­wód­cą wojsk po­wietrz­no­de­san­to­wych w całej ich hi­sto­rii.

Ostat­nie zda­nia opo­wie­ści, po­cho­dzą­ce spod pióra Jó­ze­fa Pił­sud­skie­go, padły i w na­szej rze­czy­wi­sto­ści. Są wciąż ak­tu­al­ne…

 

Koniec

Komentarze

Rrybaku, będziesz wrzucał to opowiadanie od nowa aż do skutku?

Po przeczytaniu spalić monitor.

Zbyteczna, acz spodziewana złośliwość. Miałem jeszcze trochę roboty nad nim, a roboczą w międzyczasie skasowałem. Komórka to ZUO! Przecież widzisz, że na razie bez piórka.

1.0 Życie jest za krótkie na niechlujne researche 2.0 Wyobraziłem sobie Braci Karamazow edycja 2020, wersja 4.0.... I ryknąłem śmiechem!

Czytało mi się równie dobrze (a nawet lepiej, bo obszerniej) niż w papierowej Fantastyce :)!

Lubię takie gdybania, szczególnie gdy są poparte głęboką wiedzą Autora.

Trochę mi tylko zgrzyta, że drogą do uniknięcia strat wśród Polaków były skrytobójcze zamachy… Ale jesli nie było innego wyjścia?

 

Posprzeczam się o drobiazgi:

– “Tuż przed pierwszą” – z tego, co pamiętam, pierwsza to był moment niemal największej aktywności Stalina; dzień pracy kończył koło 4-5 rano (to z głowy, ale jakby co poszukam źródeł);

– “pułk czołgów t35” – nawet Rosjanie ten czołg oznaczają “T-35”; później jest podobnie z T-34;

– “Zdjąć Chruszczowa, Malenkowa i Mołotowa” – Chruszczow siedział wtedy na Ukrainie, Mołotow nie błyszczał inteligencją; nie było bystrzejszych ludzi do zdjęcia?;

– “sir Edwarda Wood’a” – tu bez apostrofu: Wooda;

– “świeża ekipa Securite Service” – tak się nazywały te służby? a nie Secret Service?;

– “rozszerzeniu powinny ulec dostawy rudy uranu z Konga i innych dostępnych złóż tego materiału” – to nie brzmi; może tak “zwiększeniu powinny ulec (…) i rozszerzeniu miejsca pozyskiwania tego materiału z dostępnych złóż”?;

– “po przekroczeniu przez Gułag siedmiu milionów „pensjonariuszy” – to też nie bardzo: “po “przepuszczeniu” przez Gułag”?;

– “11 listopada 1942” – wszędzie indziej masz miesiące liczbami rzymskimi;

– “p-88 Sokół” – a tu chyba P-88, analogicznie do P-11?

 

Bardzo dobre, aż szkoda, że nie rozwinąłeś do gruuuubej książki :D!

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Security. Sprawdziłem i to:). Popoprawiam co się da.:). Kończył, ale na swej daczy, gdzie wzywał mu potrzebnych z Moskwy. Mołotow robił za "złego policjanta" w tym duecie. Miał ogromne przełożenie na aparat. Jeśli chodzi o Chruszczowa, to w 1939 już nie siedział w praktyce na Ukrainie, sowietyzował w aparacie wojskowym tereny wschodniej Polski, właściwie krążył między Moskwą a dowództwem frontów, pilnując z polecenia Stalina przygotowań do "Burzy". Nie bez powodu był jedynym szefem partii w republikach (poza Berią), którego Stalin zachował przy życiu po 1937. Jego rola w planach Stalina długo była niedoceniana za sprawą referatu na XX zjeździe, a to był krwawy kat Stalina tak naprawdę. Ukręciłby łeb Berii natychmiast, gdyby mu dać szansę (co nastąpiło w 1953). Dzięki za lekturę:)

 

edit: Jeszcze coś o Chruszczowie masz u góry;). A tak na marginesie– to była upiorna praca, ten tekst, właśnie przez research. Ładnych kilka miesięcy… Zaś co do książki: Basior to taki jej wstęp. Właśnie piszę część główną…

1.0 Życie jest za krótkie na niechlujne researche 2.0 Wyobraziłem sobie Braci Karamazow edycja 2020, wersja 4.0.... I ryknąłem śmiechem!

Securite. Sprawdziłem i to:)

Szacun :D!

 

A godziny pracy Stalina sprawdzę w wolnej chwili (czyli nie za prędko) :P

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Staruchu – ponanosiłem :)

Dzięki.

1.0 Życie jest za krótkie na niechlujne researche 2.0 Wyobraziłem sobie Braci Karamazow edycja 2020, wersja 4.0.... I ryknąłem śmiechem!

Rybaku, nie do końca jestem adresatką takich opowiadań, co nie zmienia faktu, że uważam Twój tekst za bardzo dobry. Podziwiam za posiadaną wiedzę, doceniam bezbłędną narrację, niezwykłą dbałość o szczegóły, rewelacyjne opisy, porządnie przemyślaną fabułę.

To co mi przeszkadzało, to moje braki w wiedzy historycznej :( Tak czy inaczej, niezmiernie satysfakcjonująca lektura i zgadzam się ze Staruchem, że spokojnie opowiadanie mogłoby zostać rozwinięte do gruuubej książki :)

 

I jeszcze raz serdecznie gratuluję publikacji w Nowej Fantastyce. Z pewnością na to zasłużyłeś :)

Katiu, jak przyjemnie Cię tu gościć :). Książka się pisze, ale Plan jest dla niej jakby prologiem. Fabułę mam, rozpisałem na sceny, wątki, postacie, sęk w tym, że ciągle czasu mało:/. Ale w końcu napiszę. I będzie książka:). Pozdrawiam Cię serdecznie i dziękuję za klik. P.S. W sumie pisanie trzech książek równocześnie, przy dwuetatowej pracy zawodowej, czasochłonne jest:). Ale trza się wyrabiać:D

1.0 Życie jest za krótkie na niechlujne researche 2.0 Wyobraziłem sobie Braci Karamazow edycja 2020, wersja 4.0.... I ryknąłem śmiechem!

Pozdrawiam Cię serdecznie i dziękuję za klik

A to złotopiórkowe teksty też się klika :-O ???

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Inaczej na zawsze zostaną w Poczekalni;). I to wcale nie jest żart.

1.0 Życie jest za krótkie na niechlujne researche 2.0 Wyobraziłem sobie Braci Karamazow edycja 2020, wersja 4.0.... I ryknąłem śmiechem!

Staruchu, dokładnie, pewnie, że się klika :)

 

Rybaku, życzę wytrwałości w pisaniu i czekam na książkę :)

Staruchu, dzięki:)

1.0 Życie jest za krótkie na niechlujne researche 2.0 Wyobraziłem sobie Braci Karamazow edycja 2020, wersja 4.0.... I ryknąłem śmiechem!

Rybaku, ale serio myślałem, że nie trzeba.

To jakieś odwrócenie pojęć zdaje się :-O!

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Tekst absolutnie nie dla mnie, ale głupio, żeby złote siedziało w poczekalni.

No i za dedykację :P

 

Dzięki;)

1.0 Życie jest za krótkie na niechlujne researche 2.0 Wyobraziłem sobie Braci Karamazow edycja 2020, wersja 4.0.... I ryknąłem śmiechem!

Oj… lubię takie, bardzo! Tematy historyczne używane w nowych przebraniach i różnych modyfikacjach to jest to.

Podobało mi się, tylko ciężko przez to przebrnąć z uwagi na długość i czytanie z monitora. Chyba już dziś nic więcej nie przeczytam. Może jakiś link do PDF żeby do czytnika wrzucić, bo sam byłem na to za leniwy :D

Pozdrawiam serdecznie.

JohnnyTrestle

Ups. Duże i dobre. 

Na ile potrafię, z grubsza, zweryfikować wszystko się zgadza. Chodzi mi o wprowadzenie do althistory i dalej. W ogóle dbałość o szczegóły historyczne w całej opowieści jest naprawdę imponujące. To świetnie! Kurcze, nawet drobiazgi, gdzie wyszli, weszli, miejsce cerkwi, nazwy potoczne, skrótowce, rozeznanie w układach, broń, postaci, dokumenty… Czasami odnosiłam wrażenie, że aż tyle szczegółów nie byłoby potrzebne, że warto w niektórych miejscach coś wyciąć, aczkolwiek nie wiem, ponieważ jest to jeden ze smaków Twojej opowieści.

Czy jest/było dla mnie ciekawe?

Początkowo potykałam się o (IMHO) za długie zdania z dookreśleniami i odczuwałam nieodpartą pokusę, aby coś uciąć, przyśpieszyć, zmienić rytm. Odpuściło mi przy Dawydkowie. I jest zajmujące, miejscami nawet bardzo. 

Cholipciuś, rzeczywiście alt, fajne i zupełnie inaczej napisane. Zmienna narracja, dokumenty, notatki. Bohaterem jest? – Historia i trzymamy kciuki za Polskę, a żołnierzy poległych bardzo żal. Jednocześnie, z tak potraktowanym bohaterem, mamy przy obecnym indywidualizmie – kłopot, bo ciężko kibicować miazmatowi, czyli rojeniom o potędze. Jednak to fantastyka, ale ja jestem ukąszona przez węża „na odwrót”, więc weź z tego tylko silniejsze wysycenie tekstu pojedynczymi doznaniami postaci, gdyż szczegółowość + enigmatyczne postaci utrudniają się związać z czytanym i wejść w świat, kibicować. 

Choć tekst hermetyczny to był zajmujący jak diabli! Ależ jestem ciekawa, że nie mam tego numeru Fantastyki, w którym się pojawił „Basior”, aby sprawdzić, jak wprowadziła Twoje opko redakcja, mc.

Najfajniejsze dla mnie – wszystko, a poza tym albo szczególnie – Dawydkow, wyimki z dziennika „Kostka” i fragmenty z „Zośką”. W ogóle, części z dialogami i z dzienników bardziej mnie wciągały, chyba przez osobisty punkt widzenia. Też chyba skażonam tym indywidualizmem.

 

Kilka rzeczy, które w tym tekście poprawiłabym/zmieniła/pomyślała nad. Są w całości opka, wypisałam z kilku fragmentów. To są drobiazgi i nie poprawiaj, bo bardziej chciałam pokazać, o co mi chodzi, aby nie być gołosłowną. Nie dotyczą przeładowania treści detalami. Tego nie ruszam, trzeba byłoby wyważyć, gdyby książka.

Po trafieniach z rusznic dwa pancerne samochody stoczyły się ciężko, pozornie nieuszkodzone, na pobocza, ale nikt z nich nie wysiadał, dzięki czemu mogli w nie władować resztę zawartości magazynków. Po czym wymienić jedokończyć demolowania pojazdów. Tak właśnie działała miękka powiększona amunicja, rodem z polskiego przeciwczołgowego karabinu Ur.

Wysiadał – zmieniłabym na „wysiadł”; mogli – nie osłabiałabym; „po czym” -niepotrzebne; kolejne dwa bezokoliczniki, dlaczego na nie przeszedłeś?, nie przechodziłabym. 

Niechlujnie podrobione dokumenty, toporna wojskowa bielizna i zegarki, sowieckie pistolety i po partacku łatane, częściowo niekompletne szczęki jednoznacznie wskażą na miejsce ich pochodzenia: Kraj Rad. Jednak ich prawdziwych nazwisk i ojczyzny świat nigdy nie pozna.

Rozumiem, dlaczego przeszedłeś na przyszłość, ale wybija. Czy tak wiele zmieniłoby, gdybyś dalej w przeszłym?

wobec bestialskich ataków zamachowych dokonanych w Londynie i Warszawie

Po co dublować – nie wystarczyłoby „zamachów”

Ameryki nie mieszającej się do spraw innych państw, ale i nie pozwalającej innym krajom, zwłaszcza kierowanym przez dyktatury, na mieszanie się w sprawy nasze.

Pierwsze wyboldowane – zdaje mi się niepotrzebne; drugie przestawiłabym szyk – „nasze sprawy”.

– No nie guzdraj się, synek, pakuj te pierogi. Tak, do dużego termosu. Zawieziesz je zaraz do Stevensa. Tak, do tego splajtowanego hotelu. Eeee, to nic, że splajtowany, salę balową dziś otwierają na spotkanie przedwyborcze. Kogo? A to nie wszystko jedno? Demokratów. Tylko oni teraz się tu nam podlizują, obłudniki. Jesienią wybory, to się łaszą. Tu masz, Walduś, numer zamówienia, już zapłacone, odbierze od kuchni Big Stef. Nie, nie mógł sam. Jego restaurant się poszkapił, mieli w nocy awarię elektryki. Tylko im z całej ulicy wywaliło prąd, za to tak, że koniec balu, panno Lalu. Nie spóźnij się tylko, to idzie na najwyższy stół…

Upiii!, ale ciekawy zapis! Dobry. Wyboldowane – usunęłabym, a obłudników ewentualnie podmieniłabym na obłudnicy, ale tu – nie mam pewności.

Zdrowi ludzie prawie nie zauważą jej skutków

Tu pewnie pokombinowałabym, bo nie chodzi o skutek, będzie konsekwencją, a raczej o powiązanie potrawy w trakcie jedzenia, więc chyba smak? Subtelna różnica.

Do największej nad jeziorem Michigan sali balowej u Stevensa, od lat służącej jako miejsce najważniejszych spotkań politycznych w Chicago, tym razem zawita gość, który do końca doceni walory i etnicznej kuchni, i jej dodatków. Nawet trochę szkoda, że tylko raz.

Z pierwszym bym podumała, wprost nasuwa się – albo usunąć albo miał docenić; drugie – usunęłabym. 

Truman – jako zwolennik twardej i aktywnej linii w relacjach z państwami nie uznającymi demokracji i wolnej gospodarki za pryncypia ustrojowe.

Jako – chyba, niepotrzebne?

Dzięki pomocy przedwojennych szeregowych urzędników, siedzących w niby już „demokratycznej” radzie miejskiej, wyrobiłem kolejne dokumenty, tym razem mocniejsze. Było to tym łatwiejsze, że większość przedwojennych archiwów

Usunęłabym, aby się nie powtarzało „tym”.

Młodzież była patriotyczna, nauczyciele przemycali na zajęciach(+,) co tylko mogli z przedwojennego programu.

 

Podsumowując. Fajne! ale żeś mi zafundował lekturę, Rybaku! Niełatwą i szczegółową. Zestawienie Witkacego z Baczyńskim i szkoła lwowskich matematyków – cudne. Czasem (myślę) pospieralibyśmy się o historię. Naturalnie pod warunkiem, że na równych prawach, bo nie mam takiej wiedzy jak Ty. Opko idzie zdecydowanie w kierunku książki, lecz trzeba byłoby wzmocnić indywidualnych bohaterów.

Dobra robota:DDD

Gratuluję złotego piórka!

pzd srd:)

a

Ps. Dzisiaj znalazłam Twoje opowiadanie. Nie Ninedin, a Bella i na szczęście nie usunąłeś opka. Dzięki:)

PS2. Biblio Ci niepotrzebne, gdyż złoto błyszczy, ale widzę że inni klikają, więc ja też się skarżę! xd

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Fajnie, że Ci się spodobało!:). Jutro dłuższa odpowiedź, dziś tylko napiszę, że przy zamachu na Stalina uparłem się tak go zorganizować, by był skuteczny także i w "naszym" świecie. Byłoby to prawie niemożliwe, ale postanowiłem pokonać owo "prawie" :). Chyba nawet przygotowując ten "zamach" w rzeczywistości, nie sprawdzał bym szczegółów staranniej. Pokazałem nawet ten fragment rodowitemu Moskwianinowi. Sam sprawdzał kilka dni, a potem mi rzekł, że gdyby Niemcy w 1944 przygotowali swój zamach na Stalina równie metodycznie i z uwzględnieniem tylu zmiennych, to… Miałby prawo się udać!:). Dopiero wtedy uznałem, że nic więcej nie mogę tam wcisnąć z dbałości o szczegóły:). Co do zmian MC… Powiem tylko tyle, że pierwotna wersja miała grubo ponad 200 tys. znaków i była rzeczywiście zbyt szczegółowa przez co trudna do przebrnięcia. Przywróciłem wyłącznie kilka drobnych kawałeczków, może 2 tys. znaków sprzed ostatecznych muśnięć MC. I zdziwisz się: początkowo podchodził do mnie z obawą (ach, jak pozory z portalu mylą;), i chyba się zdziwił łatwością naszej współpracy przy szykowaniu tekstu do druku. Od razu poznałem profesjonalistę i po prostu robiłem, o co prosił.:D. Nawiasem mówiąc, każdy szczegół sprawdzałem do spodu. Stąd nie Kuncewo a Dawydkowo. Stąd liczba ochroniarzy Stalina zgodna z rzeczywistą w tym czasie. Nawet te dwa opancerzone Zisy 101e, jedyne takie auta w tej wersji, o których istnieniu mało kto wie (uważa się, że pancerne wersje miały dopiero Zisy 110, po IIwś, tymczasem zrobiono to dla Stalina wcześniej. Oczywiście ich szczegóły techniczne, a nawet sposób podróżowania Stalina, w końcu – kolor tapicerki– też sprawdziłem ::D! W wiecznym kalendarzu sprawdziłem nawrt kwadrę Księżyca w noc zamachu w Dawydkowie, bo miała znaczenie. W surowym wstępnym tekście znalazłem nawrt, jak zamaskowano ich produkcję (pod pozorem tworzenia sportowego prototypu Zisa w 1939 r.). Broń zamachowców: tu także musiało się wszystko zgadzać. Taktyka zamachu: absolutnie zgodna z wymogami. Itd itp. Przy zamachu na Hitlera– nawet Leni stała faktycznie tam, gdzie ją ustawiłem w opku. Zamach na Roosevelta: tu trochę pojechałem, ale i topografia, i personalia się zgadzają. Nawet godzina pogadanki radiowej, już nie mówiąc o wiceprezydencie:). Oraz możliwości rozpoczęcia Projektu Manhattan rzeczywiście wcześniej. Nawiasem mówiąc, wybuch nad Berlinem i jego skutki odtwarzałem z symulatorem wybuchów jądrowych (jest w sieci). Ale to wszystko, to była ta lżejsza warstwa opowiadania. Bo zależało mi, poprzez zrobienie z niego z premedytacją parafokumentu głównie na jednym: na zmuszeniu Czytelników do podświadomej lub świadomej refleksji nad tym, co dla narodu i jego przetrwania w ciężkich czasach jest naprawdę ważne. A ważne jest ratowanie przed eksterminacją kapitału ludzkiego. Polska, gdyby zagrała w 1939 inaczej, naprawdę miałaby dziś ok 50 mln mieszkańców…

1.0 Życie jest za krótkie na niechlujne researche 2.0 Wyobraziłem sobie Braci Karamazow edycja 2020, wersja 4.0.... I ryknąłem śmiechem!

rybaku:), czuło się to podczas czytania, że wszystko sprawdzone, każdy nawet mniej istotny detal. Niewiarygodne! Masa poświęconej pracy, czasu, a potrafię wyobrazić sobie – ile.

pozdrowienia:)

a

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

A klikanie jest potrzebne. Portal ustawiony jest tak, że bez klikania złote pióro do Biblioteki nie trafi. Poważnie!

1.0 Życie jest za krótkie na niechlujne researche 2.0 Wyobraziłem sobie Braci Karamazow edycja 2020, wersja 4.0.... I ryknąłem śmiechem!

O, dobrze, że napisałeś, bo nie wiedziałam!:)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Hmmm. To powinna być książka.

W tej wersji pokazujesz jedynie tło historyczne. Dopracowane, sprawdzone w szczegółach, ale tylko tło.

Zabrakło mi bohaterów, którym mogłabym kibicować – podajesz tylko scenki. A to z Iksem, a to z Igrekiem… Śmiertelność wysoka. A bez stałych bohaterów z tekstu robi się podręcznik do historii.

OK, podpuszczenie innych, żeby skoczyli sobie do gardeł to bardzo sprytny plan. Ale przy prezydencie USA zawieszenie niewiary zaczęło trzeszczeć. Jasne, można go zabić (załóżmy nawet, że są trucizny działające aż tak wybiórczo). Ale wiedza, że jego zastępca okaże się pod jakimś względem lepszy – to już wymaga jasnowidztwa (tak, jest w tekście) albo ponadludzkiego geniusza. OK – wiadomo, że pałeczkę przejmuje wiceprezydent. Ale czy jego poglądy są aż tak dobrze znane? Czy wiadomo, kogo wybierze na własnego wicka?

Nie jestem też pewna, czy wystarczyło zacząć program Manhattan wcześniej, żeby wyniki dostać szybciej. Bo może coś trzeba było odkryć najpierw, może któryś fizyk musiał zdążyć skończyć uczelnię i popracować z kimś tam, ktoś musiał zdążyć wyemigrować…

Mieszanie różnych form narracji. Takie eksperymenty na ogół są fajne. Tutaj momentami miałam wrażenie, że są zbyt gęsto – fragment książki, fragment pamiętników, znowu coś podobnego… To już sprawia wrażenie infodumpu i wywoływało we mnie tęsknotę za scenkami z akcją i dialogami. A tu streszczenia i streszczenia.

Powtarzam – jako tło historyczne do książki sprawdziłoby się lepiej.

Babska logika rządzi!

Akurat wiceprezydenta Garnera poglądy znane są doskonałe. A ten okres w historii USA znam bdb. No i relacje Garnera z Trumanem. Tak więc niewiarę możesz odłożyć na półkę. Podobnie jak w przypadku Projektu Manhattan. List atomistów do Roosevelta czekał pdwa lata… Więc geniusza to nie wymaga, jedynie pilnego ucznia;). I… Owszem. Basior to część powstającej książki. Pozdr.

1.0 Życie jest za krótkie na niechlujne researche 2.0 Wyobraziłem sobie Braci Karamazow edycja 2020, wersja 4.0.... I ryknąłem śmiechem!

Dobrze mi się czytało :)

Przynoszę radość

Miło mi z tego powodu, Anet:)

1.0 Życie jest za krótkie na niechlujne researche 2.0 Wyobraziłem sobie Braci Karamazow edycja 2020, wersja 4.0.... I ryknąłem śmiechem!

Nowa Fantastyka