- Opowiadanie: Filip - Nadempatyczny

Nadempatyczny

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Biblioteka:

Łosiot

Oceny

Nadempatyczny

Jestem Marek, ratownik medyczny. Jeszcze miesiąc temu nie miałem nic: narzeczona mnie rzuciła, wylądowałem na bruku, praca w pogotowiu oznaczała brak czasu i pieniędzy. Teraz jednak, po spotkaniu z pewnym tajemniczym pacjentem i otrzymaniu intrygującej propozycji zatrudnienia…

 

Cóż, nadal nie mam żadnej z tych rzeczy. Ale za to lecę fregatą medyczną klasy "Buspiron" na akcję ratunkową gdzieś w gwiazdozbiorze Wieloryba. Mam egzoszkielet taktyczny dwa razy cięższy ode mnie, pozwalający w warunkach grawitacji ziemskiej skakać na siedem metrów wzwyż, biec szybciej niż Usain Bolt, a to wszystko nie przerywając RKO. A obok siedzi mój nowy najlepszy kumpel, Xlaa, dwumetrowy drakoid o paszczy aligatora (musielibyście zobaczyć ją w skafandrze) i pogodnym usposobieniu. Wdraża Nowego, to znaczy mnie, w system. Tak, nawet lata świetlne od Ziemi ksywa Nowy jest znana i ceniona. Próbowałem przekonać chłopaków, żeby mówili na mnie Stalowy Anioł, ale nie. Ten Nowy jakoś przylgnął.

 

– Hej, Xlaa? – Zagadnąłem jaszczura. 

Odwarknął pytająco.

– Bo mi leci dwudziesta szósta godzina dyżuru. Jadę na dopalaczach z pancerza, ale wiesz, niezbyt to zdrowe na serducho.

– Sorry Winnetou, ale nie ma bata, jesteś na akcji jak amen w pacierzu. To wisienka na torcie naszej roboty. – Translog przetłumaczył serię warknięć na w miarę zrozumiałą wypowiedź. Skalibrowałem pokrętłem poziom frazeologii. Oprogramowanie tłumacza słabo radziło sobie z językiem polskim, używanym w skali wszechświata, jak możecie sobie wyobrazić, rzadko. Dobrze chociaż, że mój kumpel miał krtań. Translog gubił się całkiem przy blobowcach i świstoświatłowcach.

– Mówiłeś, że lecimy do jakiejś umierającej kobiety. – Wyjrzałem przez iluminator. – W czterdzieści statków?

– Kobiety? – zarechotał drakoid. – Musisz częściej regulować Translog. Umierającej planety.

 

Wyhamowaliśmy z nadświetlnej na wysokości rdzawoszarego księżyca. Świat, na który zdążaliśmy, lśnił w oddali błękitnie, całkiem jak Ziemia. Mieliśmy jeszcze dość czasu na krótką odprawę. Wspomagacze nakręcały mnie, ale zmęczenie dawało o sobie znać i miałem problemy ze skupieniem uwagi. Dopiero po jakichś trzydziestu sekundach zorientowałem się, że Stary do nas gada z ekranu.

– …superwulkan. Więc przygotujcie się na dużo pyłu i mrok. Tubylcy latający, segmentowi. – Tu na monitorze pojawiła się warstwowa rycina, wprowadzająca w anatomię i fizjologię lokalsów, wyglądających jak skrzyżowanie osy z krabem o oliwkowym pancerzyku. – Miejcie w pogotowiu respiratory tchawkowe i nie uciskajcie zewnętrznie narządu cyrkulacji, bo ich połamiecie. I najważniejsze: cywilizacja niekosmiczna, poziom silnika spalinowego, pierwsze eksperymenty z atomem. Reakcje mogą być różne.

Spojrzeliśmy na siebie z Xlaa i skinęliśmy zgodnie, po czym przykleiliśmy na pancerze kilka wizerunków postaci z miejscowych kreskówek, przechwyconych przez głęboki nasłuch. Badania wykazały zmniejszenie śmiertelności operatorów o osiemnaście procent, jeżeli mieli na sobie lokalny odpowiednik Myszki Miki.

– I przypominam ratownikom z ras nadempatycznych: ratujemy rozumny gatunek, a nie jednostki do niego należące. Robicie triaż według rozdzielnika, stabilizujecie i pakujecie do karetek. Jak mi który przywiezie nierokującego pacjenta na kwarantannę, to wyleci w próżnię razem z nim.

Westchnąłem z rozrzewnieniem. Aż mi się mój szef z Ziemi przypomniał.

 

Byliśmy już całkiem blisko i mogłem dostrzec więcej szczegółów. Tau Ceti f była planetą skalistą, większą od Ziemi, ale ciężko było mi oszacować, o ile. Lądy w różnych odcieniach zieleni, od oliwkowego, do głębokiego szmaragdu. Naszym oczom i innym światłoczułym narządom ukazały się słupy czarnego dymu, unoszące się wysoko w okolicy równika. Stratosferyczne wiatry porywały je i rozwiewały po całej planecie. Obniżyliśmy lot, mijając superwulkan, który szybko został w tyle.

– Ehm, Xlaa, oddalamy się – zauważyłem. Jaszczur spojrzał na mnie i kiwnął głową.

– Jasne, że tak. Nikogo żywego tu nie znajdziemy. Lecimy na antypody.

– Och. – Zamilkłem. Spoglądałem zasępiony na powierzchnię planety, teraz już całkiem bliską. Jej skorupa była poorana bruzdami, spod których wylewała się gorąca magma. Na wielkich powierzchniach szalał ogień. Oby Yellowstone nigdy nie zrobił takiego kawału na Ziemi.

 

Nad drzwiami zapaliło się czerwone światło. Wstrząsnął mną dreszcz podniecenia, wspomagany substancjami z pancerza. To chyba z tej ekscytacji nie byłem w stanie poprawnie założyć plecaka odrzutowego. Na szczęście Xlaa pomagał mi z anielską cierpliwością. Podopinał sprzączki, piąty raz objaśnił sterowanie i tryb awaryjny i dopiero gdy zapewniłem, że rozumiem, zabrał się za swój zestaw.

 

Ruszyliśmy. Nasze latające karetki opuściły fregatę i w luźnym szyku zmierzały w kierunku najbliższego osiedla. Słońce ledwo przebijało się przez zasłonę wulkanicznych chmur, więc głównym źródłem światła były szperacze. Sprawdziłem poziomy paliwa w plecaku. Piętnaście minut podstawy i dwuminutowy puls awaryjny. Mijaliśmy strzeliste formacje skalne, mieniące się w świetle reflektorów oliwkowymi kryształami. Xlaa z właściwym sobie spokojem manewrował karetką. Serce podskoczyło mi do gardła tylko raz, kiedy bomba wulkaniczna minęła nasz pojazd o jakieś dwadzieścia metrów. Na szczęście obyło się bez ofiar.

 

Dotarliśmy do miasta, które składało się z wielkich budynków, przypominających trochę ule, a trochę pisanki. Xlaa posadził karetkę na dachu jednego z nich. Ulic nie było widać, bo spowijały je tumany gęstego, tłustego dymu. Wyskoczyłem z przedziału załogi i ruszyłem do akcji. Rozdzielnik pokazywał, że mam do uratowania młodego samca. Parametry osobników do ewakuacji były dość mocno sprecyzowane, żeby potem ocaleni mieli szansę odtworzyć gatunek.

Miałem właściwie pięć minut, żeby kogoś znaleźć i drugie tyle na powrót. Zacząłem okrążać płonący budynek. Stalowe przęsła wydawały z siebie piekielne ryki, gnąc się pod wpływem temperatury. Błogosławiłem w myślach klimatyzowany kombinezon. Nagle jedno z trójkątnych okien rozsypało się w drobny mak. Buchnął płomień i z zadymionego wnętrza wypadł jeden z miejscowych. Nazwijmy ich osowcami, dobrze? Zatem, osmalony osowiec spróbował rozłożyć błoniaste skrzydła i wzbić się w powietrze. Niestety, ogień za bardzo je uszkodził. Kosmita runął w dół i byłby się rozbił o ulicę, gdyby nie ja. Jednym impulsem plecaka przyśpieszyłem na tyle, by go złapać. Osowiec zdawał się tracić przytomność, był wiotki. Przeczyściłem mu tchawki dmuchawą, zapobiegawczo podałem uspokajacze do żyły i odstawiłem do karetki. W środku czekało już trzech kolejnych.

– Cholera, Xlaa, zostaw coś dla mnie! – wykrzyczałem w słuchawkę.

– Spokojnie, młody. To nie jest konkurs.

– To nie ty decydujesz, czy to jest konkurs – zaśmiałem się.

 

Następne dwie godziny minęły w takim właśnie rytmie. Tankowanie plecaka, rzut oka na rozdzielnik, znalezienie pacjenta i transport. Dałem sobie chwilę przerwy, żeby coś przekąsić. Dozownik wspomagaczy błyskał na czerwono. Będę potrzebował dużo snu, gdy to się skończy. Co do żarcia, kwatermistrz niestety uznał, że skoro jestem ssakiem, to da mi dietę płynną, “do ssania”, więc podczas akcji jechałem na koktajlach. Nie dało się przetłumaczyć.

Na rozdzielniku pojawił się ostatni pacjent. Ruszyłem na poszukiwania, ale tym razem szczęście mi nie sprzyjało. Powoli kończyło się paliwo. Nagle coś wyleciało pionowo w górę, o mało mnie nie zahaczając. Okazało się, że był to osowiec. Chyba samica, może z jakichś służb, bo miała przylegający do ciała, zielony kombinezon z filtrami w miejscu przetchlinek i hełm. Leciała prosto ku słońcu, unosząc ze sobą jakby siatkę z pajęczyny, w której wiły się… poczwarki. W pierwszym odruchu chciałem lecieć za nią, ale nie była na rozdzielniku. Nie mówiąc już o kilku młodocianych osobnikach. Stary by mnie zabił.

 

Patrzyłem więc, jak leci, unosząc młode poza szalejący ogień, zdeterminowana, silna. W końcu jednak zawisła w miejscu i rozejrzała się rozpaczliwie. Z tej wysokości musiała dobrze widzieć ciągnącą się po horyzont pożogę. Nie było dokąd uciekać.

Bip, bip, bip, z zamyślenia wyrwał mnie alarm rakietowego plecaka.

– Cholera, Xlaa! Przyleć po mnie, bo wacha mi się kończy. Nie wrócę.

Mam nadzieję, że już skończył swoją robotę i przyleci. Spojrzałem w stronę osówki.

Walić Starego – pomyślałem i podleciałem ku niej pulsem awaryjnym. 

– Zaraz przyleci pomoc! – krzyknąłem, mając nadzieję, że Translog zadziała.

Spojrzała na mnie, nie mówiąc nic. Mój silnik zaczął się krztusić.

O nie. Jeżeli spadnę, Xlaa jej nie znajdzie. Objąłem kosmitkę w pasie i razem runęliśmy ku powierzchni planety. Ta zbliżała się szybko. Translog zasypywał mnie tłumaczeniami wyzwisk i krzyków przerażenia. Wpadliśmy w tuman wiszący nad ulicą, zrobiło się ciemno. W ostatniej chwili uderzyłem w guzik awaryjnego lądowania. Dysze plecaka automatycznie się uruchomiły i zamortyzowały upadek konwulsyjnymi resztkami ciągu.

 

Następna minuta dłużyła się niemiłosiernie. Starałem się przekonać kosmitkę, że naprawdę ich ratuję, uruchomić respirator przetchlinkowy, wywoływać Xlaa i wykombinować, jak nie zostać wyrzuconym w próżnię przez Starego.

Ale w końcu zobaczyłem światła szperaczy. Wbrew protestom kumpla, wprowadziłem pacjentkę z poczwarkami do ładowni towarowej, po czym uszkodziłem zamek.

– No co, trudne warunki były, awarie się zdarzają.

Xlaa popatrzył na mnie, jak na wariata, ale nic już nie mówił, tylko wystartował, by wkrótce zadokować nas na fregacie.

 

Drakoid uciekał wzrokiem, gdy zdawałem karetkę zmiennikom.

– Leków za dużo nie poszło, tylko zatankujcie zasobnik do plecaków. Aha i coś w towarowej stuka.

– To czemu sami nie sprawdziliście?

– Wybacz, ciężki dyżur.

Zasalutowałem zawadiacko i udałem się do kantyny, nieco za szybkim krokiem, licząc, naprawdę mocno licząc, że sprawa rozejdzie się po kościach. A jak mnie Stary wyrzuci w kosmos, to trudno. Przynajmniej w końcu się wyśpię.

 

A tak w ogóle to nie mogłem wiedzieć, że poczwarki są takie żarłoczne.

Nie mogłem.

Stary na odprawie nie mówił.

Prawda?

Koniec

Komentarze

Nie porwało mnie jakoś specjalnie. Lekka lektura na nocny dyżur. Dłużyły się opisy

Opowiadanie napisane sprawnie, szybka akcja, według mnie opisy nie były długie nawet nieco przykrótkie. Jestem fanem egzoszkieletów i egzopancerzy wszelkiego rodzaju więc rozczarował mnie fakt że było o nim jedynie dwa zdania i to nie opisu ale osiągów. Jako żeby mój komentarz był pomocny chciałbym zwrócić ci uwagę na słowa jakich używasz. Czasami niszczyły dla mnie klimat opowiadania. Przykłady: 1. klimatyzacja, uzyles tego slowa w kontekscie systemu utrzymywania temperatury w kombinezonie ratownika. 2. Glupi jaś – tez mi nie pasuje No na ostatek trochę brakuje mi jakiegoś zakonczenia z przytupem, jakiejś konsekwencji złamanego rozkazu np. Uratowana osa miała chorobę która wybiła wszystkich uratowanych / w tej fazie poczwarki są żarłoczne i żywią się samcami itp… cos takiego na zakonczenie. Ale ogólnie dynamiczne opowiadanie, ktore po paru przeróbkach moze byc czyms w rodzaju "szpitala kosmicznego" whitea.

Dzięki za komentarze. BrunoSiak – Przepraszam za skrótowość przy opisie pancerza. ;) To i pozostałe usterki (skrótowość opisów, nierozbudowane zakończenie) składam na karby konkursowego limitu znaków, choć pewnie faktycznie mógłbym jeszcze coś zmieścić, inaczej rozkładając akcenty. Może jakaś wersja reżyserska po konkursie? A "głupi Jaś" w takim razie do zmiany, bo już mi żona na to zwracała uwagę, to trzeba. Zrobię polowanie na inne słowa łamiące klimat. A pomysł z żarłocznym i poczwarkami mi się podoba. Kradnę. Pozdrawiam.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Hej,

Całkiem dobry tekst, wciągający i sprawnie napisany (z drobnymi zgrzytami). To, co wzbudziło moje wątpliwości, to początek, który jest, chyba mimowolnie, pewną zmyłką. Zaczynasz tak, jakby opowiadanie miało być o, lub przynajmniej nawiązywać do, historii tajemniczego pacjenta i tego, jak doszło to tego, że Marek został kosmoratownikiem. Przez cały czas zastanawiałem się, kiedy ten wątek się pokaże. Wyszło, że tak tylko to wrzuciłeś, żeby jakoś zacząć…

 

Ze zgrzytów:

 

W ostatniej chwili uderzyłem w guzik awaryjnego lądowania, na piersi. – coś nie tak z szykiem w ty zdaniu. 

 

Serce podskoczyło mi do gardła tylko raz, kiedy bomba wulkaniczna minęła nasz pojazd o jakieś dwadzieścia metrów. Na szczęście obyło się bez ofiar – nie złapałem, co to za bomba? I kropeczkię na koniec warto dać. 

 

I wreszcie, bardziej problem pod dyskusję niż uwaga Bo czy mieszkańca innej planety, przebywającego na tej planecie, należy nazwać kosmitą? Czy kosmitą nie jest przybysz z innej planety? Sam nie wiem, w sumie zabawny dylemat. 

 

Podsumowując – fajny, lekki tekścik akcji, z fajnymi smaczkami ale i leciuchno niedorobiony. 

P.S. 

Fajny motyw z żarłocznymi larwami :)

 

 

Dzięki za komentarz. Historia o której piszesz jest w opowiadaniu z linku podanego we wstępie. Ale jeśli były takie wątpliwości, to może nie udało się do końca napisać tekstu, będącego zamkniętą całością. Bomba wulkaniczna to, za Wikipedią: rodzaj materiału piroklastycznego, który jest wyrzucany w powietrze w czasie wybuchu wulkanu. Tak, z tym kosmitą to w sumie ciekawe. W sumie pochodzą z planety obcej z punktu widzenia narratora, więc z kosmosu, więc kosmici? Może w ten sposób? Za motyw z larwami dziękuję raz jeszcze BrunoSiakowi. Pozdrawiam.

Całkiem sympatyczne. Dużym plusem jest pierwszoosobowa narracja bohatera i pomysł, żeby akcja miała ocalić gatunek, nie osobniki. Pewnym minusem jest dość oczywista i przewidywalna fabuła, w której dość łatwo zgadnąć, co się stanie. Niemniej, w całości tekst IMHO raczej udany. 

Fajne :)

Przynoszę radość

Przyjemnie i łatwo się czytało. Całkiem fajna historia :)

 

Wciągająca historia, ciekawe opisy miejsc i postaci– jednym slowem przyjemne. Jednak wstęp czyli pierwsze dwa zdania jakoś tak jakby były z innej beczki. Nie, że od razu zgrzyt, ale klimat zdecydowanie inny od reszty tekstu.

Dziękuję za komentarze. Widzę, że początek nie gra. No to postaram się pamiętać a przyszłość, żeby zwrócić większą uwagę na spójność.

Nietypowy dyżur dość szczególnego ratownika. Nie mogę powiedzieć, że to był porywający pomysł, ale czytało się całkiem nieźle. ;)

 

ale cięż­ko było mi osza­co­wać… –> …ale trudno było mi osza­co­wać

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka