- Opowiadanie: katia72 - Aż do szpiku kości

Aż do szpiku kości

Horror napisany specjalnie dla Reg :) Oczywiście będzie mi bardzo miło, kiedy inni też przeczytają :) Ilustracje mojego autorstwa.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Aż do szpiku kości

Boże, jak bardzo piszczało mi w uszach. Zaciskałem ręce na kierownicy, modląc się, by nie wypaść z drogi. Jeszcze tylko jeden zakręt, nie za szybko. Cholera, jakiś gówniarz bawił się przy szosie kamieniami; zaraz wyskoczy przed maskę. Uderzyłem w klakson. Smarkacz wycofał się w krzaki. Przyspieszyłem. Moje serce biło tak głośno i mocno, jakby chciało rozerwać klatkę piersiową.

Z piskiem opon zatrzymałem się przy kładce nad kanałem ze ściekami. Nie dało się dalej jechać. Przetarłem pot z czoła i ruszyłem błotnistą ścieżką do domu matki. Po prawej zarośnięty, niczyj ogród – splątane ze sobą pnącza, żałośnie walczące o światło pędy, pozbawione liści gałęzie. Smutek, szaleństwo, tęsknota. Westchnąłem. Spojrzałem w lewo – opuszczona chata, do połowy zapadnięta w ziemi. Odkąd pamiętałem, nikt tam nie mieszkał. Jako dzieci straszyliśmy się z bratem, że w zabitej dechami chałupie grasują gigantyczne, żywiące się ludzkim mięsem szczury. Strach, mrok, ucisk.

Zanim dotarłem do zniszczonych mrozami, w paru miejscach mocno pokruszonych, trzystopniowych schodków, w moich butach chlupotała woda. Zapukałem. Nic. Cisza. Matka bez aparatu prawie nic nie słyszała. Otworzyłem drzwi własnym kluczem i wszedłem do przedsionka. Śmierdziało tu trutką na myszy i naftaliną.

– Dzień dobry, mamo.

Matka drzemała przed telewizorem.

– Dzień dobry, mamo – powtórzyłem, delikatnie szturchając ją w ramię.

– Aa… Kubuś. Dzień dobry, synu. Miło, że wpadłeś. Narąbiesz mi drewna?

– Narąbię. – Zdjąłem przemoczone mokasyny i sięgnąłem po stojące obok pieca gumiaki.

– Synu… – Matka wyłączyła telewizor i odwróciła się w moim kierunku. – Synu, wczoraj jakieś paskudne robactwo zaatakowało pomidory. Rano pousuwałam je z liści, ale boję się, że znowu przylazło. Zerknąłbyś na ogródek? Mnie tak bolą nogi.

– Tak, pewnie, że zerknę. Tylko coś na siebie narzucę. Znowu pada.

– Kubuś, a co z Piotrusiem?

– Wszystko dobrze. Jest z panią Elą.

– Pani Ela to anioł.

– Mamo, przecież jej za to płacą – odpowiedziałem ze złością w oczach.

Matka ciężko westchnęła i zaczęła rozmasowywać opuchnięte kostki, a ja włożyłem płaszcz i wyszedłem na podwórko, ale zamiast do ogródka, ruszyłem do szopy. Szare, ciężkie chmury i błoto. Przed szopą utworzyła się wielka kałuża, której nie zdołałem ominąć.

– Cholera – przekląłem po cichu i wtargnąłem do tonącego w półmroku pomieszczenia.

Jaki tu był bajzel. Wiadra po ostatnim tynkowaniu, spróchniałe drewno, mnóstwo szmat, słoików, grabie… A gdzie cholerna łopata? Odgarnąłem wiszące na hakach ubrania – część z nich należała pewnie do zmarłego trzy lata temu ojca – i wreszcie znalazłem mocno zardzewiałe narzędzie. Było mi duszno, pot spływał już nie tylko po czole, ale też po plecach. Mimo że ciągle padało, zdjąłem płaszcz.

Za szopą mieścił się wychodek, a dalej pas ziemi przy płocie, osłonięty przez jabłonki w sadzie sąsiadów. To tutaj zacząłem kopać. Z pierwszą namokniętą deszczem warstwą poszło sprawnie i szybko, ale potem… Nie dość, że sama ziemia była twarda, to na dodatek łopata raz za razem uderzała w kamienie. Łup, łup, łup. Odgłos, jakby ktoś wbijał gwoździe w czaszkę. W moją czaszkę. Zaraz… Odłożyłem narzędzie na trawę i wróciłem do domu.

– Kubuś? Kubuś i co z tymi robakami? Długo cię nie było. Nie zaatakowały owoców?

Podszedłem do kredensu i zacząłem szukać tabletek przeciwbólowych. Matka miała tu wszystko. Leki na nadciśnienie, na reumatyzm, na krążenie, krople żołądkowe.

– Czego szukasz, synu?

– Mamo, głowa mnie napieprza.

– Kubuś, dlaczego tak brzydko mówisz? Masz, tylko uważaj, bo mocne.

Połknąłem dwie pigułki, popiłem zimną herbatą.

– I co z tymi robakami?

– Dobrze, to znaczy… Muszę jeszcze iść do ogródka. Już część usunąłem, ale…

– Nie zaatakowały owoców?

– Owoców? Nie, nie. Były na liściach i łodygach, ale… Mamo, nie martw się, idź, odpocznij, ja się wszystkim zajmę.

Matka zmarszczyła czoło, rzuciła mi nieufne spojrzenie, po czym szeroko się uśmiechnęła i powiedziała:

– Za pięć minut „Diamentowy brzeg”, oglądałeś ostatni odcinek? Myślisz, że Mark rozstanie się z Lilą?

– Tak, nie, nie wiem. Mamo, muszę iść.

Na szczęście przestało padać. Przez chmury przebijały nawet gdzieniegdzie słoneczne promienie. Zacisnąłem wargi i zabrałem się do kopania. Łup, łup, łup, lecz tym razem nie były to wbijane w czaszkę gwoździe, lecz delikatne stuknięcia młotkiem w czoło i skronie.

Gdy dziura wydała mi się odpowiednio głęboka, odniosłem łopatę do szopy i skierowałem się w stronę ogródka. Podszedłem do płotu i rzuciłem okiem na pomidory. Wyglądały podobnie jak parę dni temu, no może owoce były odrobinę większe i bardziej czerwone, ale robaki… Nic z daleka nie zauważyłem.

 

***

 

Matka spała przed telewizorem. Telenowela już dawno się skończyła, a na ekranie mężczyzna w lśniącym, grafitowym garniturze rozmawiał o czymś z kobietą w różowej sukience i szpilkach na przesadnie wysokim obcasie. Obydwoje uśmiechnięci, młodzi, sztuczni. Słyszałem wypowiadane przez nich słowa, ale nie miałem pojęcia, o czym dyskutują. Ich głowy przywodziły mi na myśl cholernie słodkie landrynki o smaku maliny i truskawki. Powinienem iść porąbać drewno, ale nie mogłem się poruszyć. Po prostu stałem i gapiłem się na ekran. Siedemnasta trzydzieści, jeszcze przynajmniej ze trzy godziny zanim zapadnie zmrok.

 

***

 

– Kubuś, ja… „Diamentowy brzeg” się już skończył? Kubuś, jak te robaki? I co z moim drewnem? Narąbałeś? Kubuś, co ci, taki blady jakiś jesteś. Synu, dobrze się czujesz?

Głos matki docierał do mnie jakby zza niewidzialnej ściany. Przełknąłem ślinę i popatrzyłem na nią pytająco.

– Kubuś, co z robakami i drewnem?

– Robaki? Mamo, jakie robaki? Tam nie ma żadnych robaków. A drewno… zaraz porąbię.

Matka wciągnęła dolną wargę między zęby, przez chwilę milczała, po czym obrażonym tonem oznajmiła:

– To będzie twoja wina, kiedy robactwo zeżre pomidory. A poza tym, co wsadzę do pieca, kiedy mi drewna nie narąbiesz? Nawet mleka sobie nie zagotuję.

Otrząsnąłem się, rozprostowałem zdrętwiałe palce rąk i powiedziałem:

– Już idę.

 

***

 

Dochodziła dziewiętnasta, mimo to niebo było bardziej czyste niż parę godzin temu. Usunąłem szarą płachtę, którą zabezpieczone zostało przed deszczem drewno, postawiłem na pniu spory kloc, podniosłem siekierę, uderzyłem. Rozpadł się na trzaski. Przez ułamek sekundy nic nie widziałem, a gdy odzyskałem wzrok, sięgnąłem po kolejny kawałek, uderzyłem. Drewno… To nie było drewno, lecz głowa dziecka. Krew rozbryzgnęła się na gumiaki, na trawę, na otynkowaną na biało ścianę domu. Kolejne uderzenie – posoka ochlapała mi twarz. Wbiłem siekierę w pień. Nie mogłem. Huk, pisk, gruchot łamanych kości.

Dotknąłem palcami skroni. Pulsujący ból. Ciśnienie w oczach jak przed eksplozją. Niczym po omacku doszedłem do schodów i przytrzymując się betonowego murku, wspiąłem do domu. Kuchnia, kredens, pigułki. Tym razem połknąłem trzy. Zajrzałem do pokoju. Matka spała przed telewizorem. Owinięta kocem w beżowo-brązowe pasy wyglądała jak olbrzymia, zmumifikowana pszczoła. Zwymiotowałem.

 

***

 

Kiedy wreszcie uporałem się ze sprzątaniem własnych rzygowin, któremu towarzyszyło coraz głośniejsze chrapanie matki, na zewnątrz pociemniało. Podszedłem do okna, zdjąłem z parapetu doniczki z przerośniętymi kwiatkami i wbiłem wzrok w niebo. Zawsze lubiłem wpatrywać się w powoli zmieniające barwy płótno szalonego malarza. Artysty, po którym nigdy tak naprawdę nie wiadomo było, czego się spodziewać. Spokojnego kobaltu, ponurego atramentu, smutnej angielskiej sadzy. Ja też kiedyś, dawno temu, chciałem tworzyć. Przelewać swoje emocje i uczucia, chociażby na papier, chociażby pastelami…

Wieczne rozczarowanie i niespełnienie. Nie zostałem artystą, lecz spawaczem. Czy to ja byłem zły, czy świat, w którym przyszło mi się urodzić? A może winą trzeba by obarczyć Boga matki? Ja też wierzyłem, ale inaczej niż ona. Spojrzałem na wiszący na ścianie, tuż obok aluminiowej chochli, obraz Matki Boskiej z Dzieciątkiem, oprawiony w tandetną, połyskującą na srebrno i fioletowo ramę.

Dwudziesta trzydzieści siedem. Wciąż było zbyt widno. Jak na złość niebo nie chciało się więcej chmurzyć. Na jutro zapowiadali okropny upał, temperatura w cieniu ponad trzydzieści stopni. Może dlatego tak cholernie bolała mnie głowa?

 

***

 

Wyszedłem z domu parę minut po dziesiątej. Matka ciągle spała. Podreptałem do szopy, kałuża znacznie się zmniejszyła i tym razem bez problemu zdołałem ją obejść. Oświetliłem wnętrze latarką. Taczka, którą przywoziłem matce węgiel na zimę, też od razu wpadła mi w oko. Wygramoliłem się z nią na zewnątrz i ruszyłem do samochodu. Próbowałem zachowywać się najciszej, jak się dało, niestety, kółko przy każdym obrocie cholernie skrzypiało.

Zatrzymałem się przy aucie, po czym z gulą w gardle rozejrzałem wokół siebie. Pusto, ni żywej duszy, ni kota, ni psa. Po drugiej stronie mieścił się sklep wielobranżowy – zamykali go o siedemnastej, a w weekendy w ogóle nie pracował. Dzisiaj była sobota. W przylegającym do sklepu domu paliło się światło w pokojach na drugim piętrze, ale na szczęście kotary były zasłonięte, a poza tym tak zaparkowałem, że nie dało się stamtąd dostrzec bagażnika.

Przez moment popatrzyłem na księżyc. Srebrny glob bacznie mnie obserwował, ale on był niemy lub zbyt leniwy, by cokolwiek komukolwiek mówić. Nabrałem powietrza w płuca, naciągnąłem kaptur i ostrożnie otworzyłem bagażnik. Czerń, folia, strach, oślizgłość materiału, śmierć. Zacisnąłem zęby tak mocno, że poczułem ból w szczękach, po czym podniosłem ciało i delikatnie umieściłem w taczce.

Zarośnięta trawą ścieżka, błoto, moje kroki i coraz głośniejsze skrzypnięcia kółka. Ile czasu idzie się od ulicy do domu? Pięć minut? Dla mnie to była wieczność. Opuszczony ogród i dom, w którym biegały szczury. Niemalże słyszałem tupot ich nóg i obrzydliwy odgłos wbijanych w zgniłe mięso zębów. Szybciej, Kuba, szybciej. Ostatni odcinek pokonałem, niemalże biegnąc. Zwolniłem dopiero przy schodach, minąłem wychodek i dotarłem do dołu.

 

***

 

Dół. Dół, czyli dziura. Dół, czyli utrata wartości. Czyli upadek, czyli wyzbycie się nadziei, że kiedykolwiek będzie lepiej. Było mi okropnie zimno, pusto i brudno, ale… Zrobiłem znak krzyża na worku, w miejscu, w którym znajdowała się głowa, chrząknąłem i zepchnąłem ciało do dołu. ŁUP. Gigantyczny gwóźdź wbił się w moją potylicę. Osunąłem się na kolana, zakryłem dłońmi twarz i ostatkiem silnej woli, powstrzymałem krzyki.

 

***

 

Kurwa, po co odnosiłem tę przeklętą łopatę do szopy? Gdzie się podziała latarka? Jakub, spokojnie. I sam ze sobą gadam, czy ja tracę zmysły? W mojej rodzinie nie było wariatów, a przynajmniej o żadnych nie słyszałem. Rozglądając się na boki, poszedłem do szopy. Ciemno choć oko wykol. Nie miałem pojęcia, jakim cudem udało mi się znaleźć latarkę, którą nieopatrznie zostawiłem obok jednego z wiader. Na szczęście wiedziałem, gdzie jest łopata. Wróciłem do „grobu” i zacząłem zakopywać dziurę, starając się nie myśleć. Tylko obraz. Dół, ziemia, dół, ziemia.

Gdy skończyłem, okropnie kręciło mi się w głowie, miałem mroczki przed oczami. Niczym pijany, chwiejnym krokiem podreptałem do domu. Dziwne, drzwi były otwarte, mimo że dobrze pamiętałem, że zamknąłem je na klucz. Zapalone światło w przedsionku, w kuchni i w pokoju.

– Mamo? – powiedziałem, czując, że coś jest nie tak.

Cisza.

– Mamo! – krzyknąłem, wbiegając do pokoju.

Łóżko puste, fotel pusty, telewizor wyłączony. Zakradłem się do pomieszczenia, w którym matka praktycznie nie przebywała. Pokoiku, w którym zmarł ojciec i w którym przed przeprowadzką do miasta spaliśmy ja i brat. Drżącą ręką nacisnąłem pstryczek.

Żarówka w sufitowej lampie rozbłysnęła na pomarańczowo, zasyczała i zgasła. Bądź co bądź nie było tu nikogo.

Czyżby matka udała się do wychodka? Wyszedłem na zewnątrz. Zimno i jakoś tak czarno. Spojrzałem na niebo. Księżyc przesłoniły kłębiaste chmury, wysmarkałem nos i potarłem dłońmi ramiona. W głowie wykwitła mi myśl, że może matka siedziała na desce przez cały ten czas, kiedy zakopywałem dół. Dopadłem do drewnianych drzwi. Uderzyłem. Raz, drugi, trzeci… Pociągnąłem za rączkę. Otwarte. I tu też nie było matki.

Druga w nocy, przecież niemożliwe, żeby wybrała się w odwiedziny do sąsiadów. Ogródek! Ona na pewno poszła sprawdzić pomidory! To niedorzeczne, ale matka miewała takie idiotyczne pomysły.

 

***

 

Nie pomyliłem się – furtka stała otworem. Tylko wciąż nie widziałem matki. Oświetlając drogę latarką, wkroczyłem do ogródka, spojrzałem w stronę pomidorowych krzaków…

– Mamo!

Matka leżała na ziemi i… kiedy do niej podbiegłem, zobaczyłem, że po jej ciele pełzają obrzydliwe, tłuste, białe robale.

– Mamo, mamo!

Nie wiedziałem, co robić. W pierwszej chwili chciałem gołymi dłońmi zacząć strącać z niej robaki, ale nie mogłem. Były zbyt ohydne. Sięgnąłem po patyk. Oczyściłem prawe ramię i szyję. Na szczęście oddychała.

– Mamo!

Pognałem do przedsionka, w którym na drabinie leżały rękawice. Najszybciej jak potrafiłem, naciągnąłem je na dłonie i z językiem na wierzchu, prawie że tracąc równowagę, gdy pokonywałem schody, wróciłem do ogródka. Pozbyłem się robaków, wziąłem matkę na ręce i zaniosłem do domu.

Była przeraźliwie blada i trzęsła się niczym osika. Ostrożnie ułożyłem ją na łóżku, przykryłem kocem i sięgnąłem po telefon. Dziewięć, dziewięć, dziewięć. Sekunda, dwie i odebrała jakaś kobieta. Po drugiej stronie słuchawki rozległ się piskliwy głosik:

– Pogotowie ratunkowe. W czym mogę pomóc?

– Potrzebuję karetki. Natychmiast. Matka została zaatakowana przez robaki. Straciła przytomność. – Zrobiłem krok w tył, oparłem się o komodę. Moje nogi były jak z waty.

– Proszę dokładniej opisać, co się stało. Jakie robaki?

Wziąłem głęboki oddech i siląc się na spokojny ton, powiedziałem:

– Obrzydliwe, nie mam czasu… Czy pani nie rozumie? Moją matkę oblazło jakieś robactwo i… ja…

– Czy spożywał pan alkohol?

O czym ona pieprzyła? – pomyślałem, a odparłem, tym razem już nie tak spokojnie, jak poprzednio:

– Czy coś piłem? Kobieto, słuchaj uważnie. Matka poszła do ogródka sprawdzić pomidory, coś zlazło z krzaków i… Cholera. Czy nie możecie po prostu przyjechać?

– W jakim stanie znajduje się obecnie pana matka?

– Ona… – Urwałem, bo… matka stała w progu i patrzyła na mnie ze zdziwieniem w oczach. Zacisnąłem dłoń na słuchawce i powiedziałem drżącym głosem: – Ja… przepraszam, już chyba, już chyba wszystko dobrze.

Przerwałem połączenie.

– Mamo? Co się stało? Nic cię nie boli?

– Nie, synu. Napijemy się herbaty?

 

***

 

Grubsza ze wskazówek kuchennego zegara bardzo powoli sunęła ku cyfrze trzy, a jej szczuplejsza koleżanka truchtała do dwunastki. Tyk, tyk, tyk. Siedzieliśmy z matką przy stole i piliśmy herbatę z sokiem malinowym, przyrządzanym z malin wyhodowanych w naszym ogródku. Kolczaste krzaki znajdowały się pod samym płotem od strony pastwiska sąsiadów, nie tak daleko od przeklętych pomidorów.

– Mamo, powiesz, co się stało?

– Spokojnie, Kubuś, spokojnie. Wciąż mi trochę zimno. Dopiję herbatę. Bardzo dobra, prawda?

Przytaknąłem, czując, że z minuty na minutę coraz bardziej boli mnie nie tylko głowa, ale też brzuch. Tyk, tyk, tyk. Wybiła trzecia. Przejechałem wzrokiem po matce, po jej pomarszczonych rękach, po jeszcze bardziej pomarszczonej szyi, po brodzie z brodawką, po zapadniętych policzkach, po małych, jakby wbitych młotkiem w twarz oczach… Czy rzeczywiście było z nią wszystko dobrze?

– Mamo, czy nie powinniśmy już iść spać?

– Spać? Ja się wyspałam przed telewizorem. – Roześmiała się tak jakoś nienaturalnie, złowrogo, po czym zmarszczyła czoło i powiedziała: – To twoja wina.

Aż podskoczyłem.

– Co jest moją winą?

– Że nie usunąłeś robaków.

Chwyciłem ją za rękę.

– Mamo, przepraszam.

Uniosła lewą brew, chrząknęła i oznajmiła:

– Dobrze, chodźmy spać.

 

***

 

Matka spała w łóżku, a ja na tapczanie po przeciwnej stronie pokoju. To znaczy – ona spała, a ja przewracałem się z boku na bok. Głośne chrapanie, tykanie zegara, tego wiszącego tuż nade mną i tego w kuchni, dochodzące z piwnicy chrobotanie, chyba myszy lub… Nie, to przecież nie mogły być robaki. Koniecznie jutro z samego rano musiałem pojechać do miasta i nabyć silny środek owadobójczy. Pewnie to były larwy motyla albo ćmy, albo gąsienice. Jedynie stres i zmęczenie sprawiły, że jawiły się w moich oczach tak obrzydliwie, gdy widziałem je na leżącej na ziemi matce.

Miałem tylko nadzieję, że nic jej nie zrobiły, nie wstrzyknęły jakiegoś dziadostwa do krwi lub nie spowodowały uczulenia… Ale przecież larwy nie są zdolne do takich rzeczy. Matka poszła w nocy do ogródka… Właściwie to, po jaką cholerę tam polazła? Tak czy inaczej, poszła do ogródka, po ciemku, a ona słabo widzi, nawet kiedy jest widno, potknęła się o korzeń, padła jak długa, uderzyła głową o kamień i zemdlała. Tak, to była najbardziej prawdopodobna wersja zdarzeń.

Westchnąłem ciężko, zakryłem uszy poduszką i obróciłem się w stronę ściany. Bądź co bądź nie sądziłem, że tej nocy zmrużę oko.

 

***

 

Wpadające przez okno księżycowe światło malowało na chropowatej powierzchni ściany rwące potoki i wysokie góry, szumiące drzewa i rozkołysane łąki. Tyk, tyk, tyk. Słyszałem tylko tykanie. Miarowe, spokojne, melancholijne. Zamknąłem powieki i bardzo powoli zacząłem zapadać się w ciemność, ale nie straszną, tylko magiczną i słodką. Miękka poduszka, ciepła kołdra, zapach lawendy.

– Kubuś, Kubuś, Kubuś…

Skąd dobiegał ten głos? I do kogo należał? Do matki! Podniosłem się gwałtownie, otworzyłem oczy i ujrzałem stojącą tuż obok matkę.

– Mamo, co się dzieje? Ja dopiero zdążyłem zasnąć.

– Kubuś. Coś jest w waszym pokoju… Chyba mysz. Chodź, sprawdzimy.

– Pewnie ci się tylko wydawało. Mamo, wracaj do łóżka, proszę. A poza tym tam się spaliła żarówka, więc i tak nic nie zobaczymy. A… i ten pokój już nie jest „nasz”.

Matka wykrzywiła wargi w półuśmiechu, odwróciła się i ruszyła, ale nie do łóżka, lecz do kredensu. Wyjęła z szuflady pamiątkową gromnicę.

– Chodź, świeca wskaże nam drogę.

Powoli wstałem i poszedłem za matką. Zaskrzypiały dawno nieoliwione zawiasy umalowanych na ciemnozielono drzwi i znaleźliśmy się w malutkim pokoju. Gromnica rzucała upiorne światło na drewnianą podłogę i dwa wąskie łóżka.

– Po tej stronie spałeś ty, a po lewej Piotruś. Moje dwa aniołki.

– Mamo, ja nic nie widzę. Jeśli była tu mysz, to już się wystraszyła i uciekła.

Matka westchnęła, zrobiła krok do przodu i powiedziała stanowczym tonem:

– Kubuś, usiądźmy na chwilę.

Już miałem odpowiedzieć, że nie siadam, tylko wracam spać, kiedy dostrzegłem na prawym nadgarstku matki krwawiącą ranę.

– Mamo, co ci się stało w rękę?

– Jak to co, przecież upadłam w ogródku. To twoja wina.

– Mamo, z całego serca przepraszam za te robaki. Mamo, masz wodę utlenioną? Musimy jak najszybciej odkazić ranę. Możesz złapać tężca. Mamo…

Matka pociągnęła mnie za rękaw. Usiedliśmy na łóżku, na tym „moim”. Z minuty na minutę narastał we mnie lęk; po plecach ciekły strużki potu, piszczało w uszach, a w podbrzuszu czułem bardzo nieprzyjemny ucisk.

– To twoja wina. Nie musiałeś go zabijać.

Zesztywniałem. Pokój najpierw się rozmazał, a potem zalała go czerwień. Morze krwi.

– Jakubie, to był twój brat!

Chciałem się podnieść i uciekać, ale nie mogłem. Nie potrafiłem wydobyć z siebie nawet pojedynczego słowa. Zostałem zamieniony w słup soli.

– Twój młodszy brat! – Ponownie krzyknęła matka, po czym złapała mnie zranioną ręką za ramię i…

Wrzasnąłem. Ten wstrętny, obrzydliwy robal wyskoczył z jej zakrwawionej dziury i wbił się przez koszulę w moje ciało niczym rozgrzany gwóźdź. Okropny, palący ból. Zakręciło mi się głowie. Przewróciłem się na łóżko i zacząłem zapadać w czerń…

– Robaki przyszły nie po mnie, lecz po ciebie. – Jakby z innego świata dotarł jeszcze do moich uszu zachrypnięty głos matki.

 

***

 

Miałem piętnaście lat, a Piotruś dwanaście. Staliśmy razem na podwórku przy płocie, w milczeniu, wpatrzeni w niebo, które powoli zmieniało kolor z cyjanu na popielaty. Nagle usłyszeliśmy przeraźliwy huk, gdzieś z tyłu. Obróciliśmy się i zobaczyliśmy nasz dom stojący w ogniu. Z płomieni wyszła kobieta w powłóczystej, czarnej sukni. Podeszła do brata i ścisnęła białymi jak mąka dłońmi jego głowę. Krzyknął i upadł na ziemię.

Podbiegłem do nieznajomej i z całej siły uderzyłem ją w brzuch. Rozpadła się na miliony maleńkich, srebrnych pyłków. Ponownie spojrzałem na dom, już nie płonął, ba, on nawet nie był spalony. Ze środka wyszła matka. Wzięła Piotrusia na ręce i powiedziała:

– Jakub, musisz się nim zaopiekować, twój brat potrzebuje twojej pomocy. Rozumiesz? Obiecaj mi to.

– Do… do… brze, ma… mo… – wyjąkałem.

 

***

 

Sen. Koszmarny sen. Obudziłem się zlany potem, cały się trząsłem, chyba miałem gorączkę. Obraz falował. Łóżko, okno, moje palce… Rozmazane kontury. Szum, pisk. I ostry ból przeszywający ramię. Boże, co ona mi zrobiła. Ostrożnie dotknąłem miejsca, w które wlazł robak. Było mocno opuchnięte i… to przeklęte stworzenie siedziało pod skórą.

Zacisnąłem wargi i powoli się podniosłem. Niczym pijany, przytrzymując się ścian, dotarłem do kuchni. Wypiłem wodę prosto z czajnika. Poczułem się odrobinę lepiej. Nie miałem pojęcia, gdzie jest matka, ale niewiele mnie to obchodziło. Musiałem, jak najszybciej dostać się do szpitala. Tylko… tylko przecież ja nie byłem w stanie prowadzić samochodu.

Zataczając się, wyszedłem na zewnątrz. Gorąco, ale tak czy inaczej, świeże powietrze sprawiło, że szedłem trochę pewniej. Która to mogła być godzina. Nie dałem rady odczytać czasu. Obraz wciąż był za bardzo rozmazany. Nie wiedziałem, jakim cudem udało mi się dojść do ulicy, a potem dotrzeć do przystanku. Niedziela, przecież będę czekał na autobus wieczność. Położyłem się na ławce. Zamknąłem powieki.

 

***

 

– Proszę pana, proszę pana.

Ktoś szarpnął mnie za ramię, to z robakiem. Syknąłem z bólu, po czym uchyliłem powieki i ujrzałem starszego mężczyznę o siwych włosach. Przywiódł mi na myśl ojca.

– Proszę, pana… Nie może pan tu tak spać. Zaraz zgarnie pana policja. Pan jest chory czy…

– Nie, nic nie piłem. Coś mnie ugryzło.

Mężczyzna zmarszczył brwi. Przez chwilę nic nie mówił, a potem zapytał:

– Co pana ugryzło?

– Chy… ba pszczoła, a mam uczulenie. Czy… mógłby pan za… dzwonić po pogotowie? – wybełkotałem, z trudem podpierając głowę na sprawnej ręce.

– Źle pan wygląda. Ja pana zawiozę do szpitala. Może pan oddychać?

Przytaknąłem. Mężczyzna pomógł mi wstać, a następnie dojść do zaparkowanego niedaleko przystanku samochodu. Usadowił mnie na tylnym siedzeniu, a sam usiadł za kierownicą. Ruszyliśmy.

Jechałem z zamkniętymi oczyma, modląc się, by nie zwymiotować. Każdy wstrząs, każde przyhamowanie powodowało we mnie mdłości. Było mi niedobrze i próbowałem nie myśleć. Bezskutecznie. Przez moją głowę przepływała rzeka pytań. Skąd matka wiedziała, że zabiłem Piotra? Co to za robak wlazł mi pod skórę? Czy niedługo umrę? Nawet jeśli mnie uratują, to co się ze mną stanie? Czy zgniję w więzieniu? Powinienem najpóźniej dzisiaj zgłosić zaginięcie brata. On czasem lubił wychodzić do parku, a potem nie wracać, bo pomylił drogę, ale… A może to matka wymierzy mi sprawiedliwość? Zawsze kochała Piotrusia bardziej, a gdy zachorował… Ja przestałem istnieć dla niej jako syn.

Zatrzymaliśmy się; z trudem otworzyłem powieki i wyjrzałem przez okno. To jeszcze nie szpital, tylko czerwone światła. Czerwone niczym oczy Diabła. Zdaniem matki to Szatan uszkodził brata. Ona nigdy nie wierzyła lekarzom. Kiedy u Piotra w wieku dwunastu lat zdiagnozowano padaczkę z elementami psychotycznymi i podwyższoną skłonnością do agresji wynikającą z nieprawidłowości mózgu, matka zabrała go do kościoła i skropiła święconą wodą. Pewnie, gdyby to jedynie od niej zależało, nigdy by go nie leczyła, ale ojciec do tego nie dopuścił.

Samochód ponownie zahamował. Na szczęście dotarliśmy do szpitala.

 

***

 

Izba przyjęć. Jaskrawe światło jarzeniówek, jasny seledyn, biel, i ohydna akwamaryna. Ile razy czekałem tu z moim bratem? Tak czy inaczej, tym razem było ze mną tak źle, że nie musiałem czekać. Szerokie korytarze, charakterystyczny szpitalny zapach i skrzypiące kółka łóżka, na którym mnie wieźli. Skrzyp, skrzyp, skrzyp. To nie łóżko, tylko taczka. Boże, ocal moją duszę.

Nie wiedziałem, dokąd mnie zabrali. Twarz jakiejś kobiety w białym fartuchu, ukłucie, strzykawka.

– Co… co to jest? – wymamrotałem.

– Poczuje się pan lepiej, a potem zajmiemy się pana ręką.

Zawieziono mnie do małej sali, przykryto kołdrą. I… nie miałem pojęcia, co mi wstrzyknęli, ale niemalże z minuty na minutę ból w ramieniu ustępował, przestało mnie mdlić i… nawet nie wiedziałem kiedy, zapadłem w sen.

 

***

 

Gdy się obudziłem i otworzyłem oczy, ujrzałem stojącego obok łóżka lekarza. Jego twarz, kitel, dłonie w błękitnych rękawiczkach. Wszystko miało kontury, wyraźne, nierozmazane. Przełknąłem ślinę i zapytałem:

– Co ze mną będzie?

– Jeśli chodzi o ramię, podejrzewamy Dirofilaria repens. Tak czy inaczej, musimy przeprowadzić dalsze badania, ale to już jutro. Jak się pan czuje? Wciąż nie znamy przyczyny wysokiej gorączki, z którą został pan do nas przywieziony. Czy próbował się pan czymś na własną rękę leczyć?

– Nie, ja… Co to jest diro… czy to…

Lekarz chrząknął.

– Tak, ma pan pod skórą pasożyta, jak to pan określił robaka, ale proszę się nie martwić, jutro go usuniemy.

 

***

 

Po wyjściu lekarza przyniesiono mi kolację, zjadłem i ponownie zasnąłem. Obudziłem się w środku nocy. Znowu śnił mi się brat. Tym razem chwilę po śmierci, leżący na dywanie z rozkrwawioną głową. Mimo że nie żył, jego kończyny drżały, a z ust toczyła się karmazynowa piana.

Wziąłem głęboki oddech i spojrzałem na leżący na półce obok zegarek. Piętnaście po dwunastej. Rozpiąłem śmierdzącą czymś chemicznym, szpitalną koszulę i delikatnie dotknąłem opuszką rany po ugryzieniu. Wydała mi się mniejsza niż rano. Przejechałem palcem wzdłuż ramienia. Nic nie wyczułem. Gdzie ten cholerny robal? Chyba sobie tak po prostu nie wyszedł? Może przedostał się do tętnic, a teraz skrada się do mózgu? Czemu mi go od razu nie usunęli?

Usiadłem. Było mi bardzo zimno. Czyżby znowu atakowała mnie gorączka? Rozejrzałem się w poszukiwaniu jakiegoś przycisku, którym mógłbym wezwać pomoc, ale… Obraz zafalował. Wstałem i skierowałem się do drzwi. Musiałem jak najszybciej znaleźć pielęgniarkę i zażądać, żeby natychmiast usunęli pasożyta. Nie jutro, tylko teraz, bo jak nie to sam się go pozbędę.

Wydostałem się na korytarz i… na jego końcu ujrzałem czyjąś sylwetkę. To chyba było dziecko. Chłopiec. Brzdąc odwrócił się i pomachał ręką w moją stronę.

– Kubuś, chodź się ze mną pobawić.

Zesztywniałem, po czym niepewnie zrobiłem krok naprzód. Skąd on znał moje imię? Zatrzymałem się, nie chciałem tam iść, ale nogi… one same się ruszały, tak jakbym to nie ja nimi sterował, lecz to dziecko.

– Kubuś, Kubuś, Kubuś…

Szedłem coraz szybciej aż… To był mój brat! Taki mały, chudy, blady… miał może pięć, sześć lat…

– Co ty tu ro… bisz? – wybełkotałem, a on uśmiechnął się szeroko, ukazując szparę między górnymi jedynkami, a potem wziął mnie za rękę i ruszyliśmy w kierunku schodów.

Biel i cisza, nie było nawet słychać naszych kroków, nic, nawet oddechów. Znaleźliśmy się na ulicy, a potem… chyba w autobusie. Przystanek, asfaltowa droga, kładka nad kanałem, błotnista ścieżka. Dopiero mijając opuszczoną chałupę, zorientowałem się, że brat zniknął, że idę sam… Dotarłem do podwórka.

 

***

 

Matka stała w oknie. Wszedłem do domu.

– Dobrze, że wróciłeś, Kubusiu. Usiądź, napijemy się herbaty i wszystko mi opowiesz. Dobrze, że nie usnąłeś robaka, on przyniesie ci odkupienie.

– Odkupienie – powtórzyłem drżącym głosem, a matka postawiła na stole srebrny świecznik, umieściła w nim płonącą gromnicę i zgasiła światło.

– Kubuś, mów.

Oparłem łokcie o drewniany blat, wbiłem wzrok w tańczący cień świeczki i powiedziałem:

– Mamo, ja przepraszam. To nie była moja wina.

– Nie przepraszaj, tylko opowiadaj. Chcę to od ciebie usłyszeć.

Zacisnąłem dłoń na porcelanowym kubku z kotkiem. Nie wiedziałem, że matka wciąż go miała. Myślałem, że się zbił. Jako dziecko piłem z niego mleko i kogel-mogel. Pyszny kogel-mogel. Przełknąłem ślinę i zacząłem opowiadać:

– Dwa dni temu, w piątek, to było parę minut po piętnastej, Piotr dostał strasznego ataku. Wił się na podłodze, ślinił. Zadzwoniłem po karetkę. Zanim przyjechali, już się uspokoił. Przebadali go, podali zastrzyk i wyszli, a Piotr usiadł na kanapie i oznajmił, że w nocy idzie na miasto… Zapytałem, co ma na myśli. Odparł, że chce się zabawić, że jemu też się coś należy. Oczywiście powiedziałem, że nie może sam w nocy włóczyć się po ulicach. Miałem rację, prawda? – Spojrzałem pytająco na matkę, ale ona nie przytaknęła, przejechała jedynie palcem po gromnicy.

– Gorące. Mów.

Jako dziecko lubiłem się bawić woskiem, lepić z niego śmieszne ludziki o przesadnie długich nogach lub wielkich głowach, lub o wilczych uszach, lub krowich pyskach. Zanurzyłem usta w herbacie, jeszcze przez chwilę milczałem, by w końcu ponownie zabrać głos:

– Piotr bardzo się zdenerwował, rzucił się na mnie z pięściami, ugryzł w szyję… Mamo, tego było za dużo. – Poczułem napływające do oczu łzy. – Mamo, Piotruś zniszczył mi życie. Zabrał Ewkę.

– Ewka na ciebie nie zasługiwała. – Matka wstała i dolała nam do kubków wody. Moja herbata zmieniła kolor z ciemnego brązu na płowy. – Ewka była głupia i grzeszna.

Wypiłem łyk zimnej lury. Wysmarkałem nos.

– Nie, ona odeszła, bo nie mogła znieść jego obecności. On wyzywał ją od szmat, rzucał w nią ciapami, a raz… Trafił ją kluczem w jedynkę. Musiała… Mamo, musisz mnie zrozumieć. On… on był niepoczytalny, chory…

– Więc go zabiłeś?

– Nie, ja nie chciałem, żeby umarł. Ja się tylko broniłem, złapałem w rękę to, co było najbliżej… mosiężny posążek aniołka. Uderzyłem. Upadł. Z jego głowy ciekła krew. Chwyciłem telefon, ale… Mamo, ja się bałem. Pobiegłem po ręcznik, przycisnąłem do rany, próbowałem zahamować krwotok, a potem zrobiłem mu sztuczne oddychanie i masaż serca… tak jak mnie uczono…

– Piotruś zmarł o dziewiętnastej, prawda?

– Tak… skąd mama wie?

Matka włożyła palec w płomień. Syknęła. Zgasiła świeczkę. Przez parę minut siedzieliśmy w ciszy i w ciemności, po czym matka oznajmiła:

– W piątek o dziewiętnastej usłyszałam jakieś chrobotanie, pisk, szum… Najpierw myślałam, że telewizor się zepsuł, a potem, że do pokoju wbiegły myszy, ale nie… Wiesz, synu, te odgłosy były bardzo dziwne, do niczego niepodobne… bo, te dźwięki nie pochodziły ze zewnątrz, lecz z mojej głowy. A potem znalazłam na pomiodorach robaki.

– Mamo, czy mogę zapalić światło?

– Nie, bolą mnie oczy, a poza tym powinieneś przyzwyczajać się do ciemności.

Zrobiło mi się bardzo zimno. Poczułem ból w ugryzionym ramieniu, a potem… coś, robak, zaczął ruszać się pod skórą, rosnąć, naciskać na żyły, na mięśnie i na kości.

– Piotruś zawsze kochał pomidory, szczególnie te duże, malinowe… na kanapkach, ze śmietaną, smażone… Skarżył się, że mu ich nie dawałeś, że zatrzymywałeś je dla siebie lub gdy już gniły, wyrzucałeś do kosza. Dlaczego, Kubuś, dlaczego?

Złapałem się za ramię i głośno zaszlochałem.

 

***

 

Wyszliśmy z matką na podwórko. Czarno, na niebie tylko chmury, ani księżyca, ani gwiazd. Zimno. Oświetlałem drogę latarką. Płot, furtka…

– Kubuś, poczekaj.

Matka wkroczyła do ogródka, dotarła do pomidorów, zerwała dwa najdorodniejsze owoce, po czym schowała je do kieszeni brudnej kufajki.

– Dobrze, chodźmy. Późno już.

Spojrzałem na zegarek. Dochodziła trzecia.

– Rzeczywiście – odparłem.

Minęliśmy szopę i wychodek.

– Kop. Tylko ostrożnie, nie chcę, byś go uszkodził.

Rozejrzałem się wokół w poszukiwaniu łopaty. Leżała tuż obok ogrodzenia, pod wystającą na naszą stronę jabłonką sąsiadów. Wbiłem w ziemię czerpak. Miękko, wręcz płynnie, a przecież w ciągu dnia nie padało. Kopałem, a matka stała za mną i coś nuciła. To chyba była kołysanka, którą śpiewała mnie i bratu do snu, kiedy jeszcze dzieliliśmy jedno łóżko, jeszcze zanim Piotr zachorował. „Zmruż swe oczka, ciemno już, otulony mym oddechem, zmruż swe oczka, mój maleńki, ciemno już”.

Natrafiłem łopatą na… Zesztywniałem. Matka przestała nucić, położyła dłoń na moim ramieniu i wyszeptała:

– Idź.

Odłożyłem łopatę i powoli ześlizgnąłem się do dołu. Odgarnąłem ziemię z worka, rozerwałem folię. Matka podświetliła twarz brata. Zaschnięta krew, grymas cierpienia.

– Kubuś…

Podniosłem się, spojrzałem w górę.

– Masz. – Matka uśmiechnęła się szeroko i wręczyła mi pomidory. – Dla ciebie i dla Piotrusia. A teraz go przytul.

Zrobiłem, co powiedziała. Objąłem martwe ciało brata, położyłem głowę na jego piersi.

– Niech Bóg was błogosławi – głos matki, a po chwili pierwsza garść ziemi spadła na moje czoło.

Zamknąłem powieki. W grobie było bardzo zimno. Chłód przenikał mnie aż do szpiku kości.

Koniec

Komentarze

– I co z tym robakami? – literówka :)

Głośnie chrapanie – I tu :)

– To twoja winna. – I jeszcze tutaj :)

Jakby z innego świata dotrał jeszcze od moich uszu zachrypnięty głos matki. – A i tu też :)

nawet nie wiedziałem kiedy, zapałem w sen. – I do kompletu :)

kładka na kanałem – I ostatnia :)

rzucił się na mnie pięściami – z?

 

Hej, Katiu!

Nie jestem jakimś wielkim fanem horrorów ale Twój postanowiłem przeczytać. I nie żałuję :) Przez tekst płynie się gładziutko niczym wypasionym jachtem po spokojnym oceanie. No i udało Ci się zrobić to, co w tego typu tekstach cenię najbardziej, czyli stopniowanie napięcia. Bez żadnych wydumanych scen stworzyłaś historię, która trzymała mnie we wspomnianym napięciu od początku do samego końca :)

Jakbym już na siłę chciał się do czegoś przyczepić, to byłby to fakt, iż w zasadzie wszelkie niby fantastyczne elementy, które zawarłaś w tym tekście, łącznie z robalem pod skórą, można uznać za zwyczajne omamy i wizje. Nawet tak to w zasadzie w większości odbierałem, biorąc pod uwagę, że bohater od samego początku miewa w głowie różne obrazy. Tak czy siak, z elementami fantastycznymi czy bez, horror superaśny :)

Pozdrawiam

 

Realuc – bardzo dziękuję za bardzo szybkie przeczytanie, cieszę się, że ogólnie się podobało. Jeśli chodzi o fantastykę, robaki mogły się przewidzieć, ale skąd matka wiedziała, że zabił Piotrusia? Bo powiedziały jej robaki ;) Żartuję ;) Moim zdaniem najgorsze horrory rozgrywają się w naszej głowie…

Dzięki za błędy, zaraz poprawiam i życzę miłego dnia :)

niczyi » niczyj

 

No, no.

Bardzo nastrojowe w swojej obrzydliwości. Skutecznie ewokujesz w tym tekście brak nadziei i narastające szaleństwo bohatera – także dlatego, że naprawdę ogromnie sprawnie posługujesz się postacią niewiarygodnego narratora, którego oczyma widzimy zdeformowaną, pokrętną wizję rzeczywistości. Tłuste białe robaki jako straszak są… brrr, bardzo skuteczne.

Przyznam, że chętnie wiedziałabym minimalnie więcej o relacji braci, o tym, kim tak naprawdę był Piotr, czy Kuba miał powód go zabić, czy też jedynie jego własny chory umysł kazał mu to zrobić, ale rozumiem, że w tej konwencji narracyjnej trudno by to było zrobić. Ogólnie rzecz biorąc, kolejny udany Twój tekst. 

 

Moim zdaniem najgorsze horrory rozgrywają się w naszej głowie…

Zgadzam się w zupełności i również życzę miłego dnia :)

No niestety, mnie nie porwało ;(. Gdzieniegdzie udało Ci się stworzyć naprawdę fajny klimat, ale całość była, jak dla mnie, trochę przydługa. Czytałem jednak dalej, ciekawy zakończenia, które, na szczęście, okazało się fajne, zaskakujące. 

Czytało się dość lekko, wiec na styl pisania nie będę narzekał.

Pozdrawiam serdecznie ;)

Dobry horror, trochę ponury, trochę obrzydliwy. Dużo daje narracja z perspektywy bohatera, ładnie buduje nastrój obłędu. Zakończenie bardzo satysfakcjonujące. Dobry warsztat, parę sugestii poniżej:

zmarłego trzy lata ojca

zmarłego trzy lata temu ojca

Taczka, którą przywoziłem matce węgiel na zimę, w przeciwieństwie do łopaty, też od razu wpadła mi w oko.

Dlaczego też, skoro w przeciwieństwie?

– Mamo? – powiedziałem, z chwili na chwilę, czując, że coś jest nie tak.

Coś mi tu zgrzyta. Ale nie potrafię określić co.

trzęsł

Dwa razy występuje, powinno być trząsł

Znowu śnił mi się brat. Tym razem chwilę przed śmiercią, leżący na dywanie z rozkrwawioną głową. Mimo że nie żył, jego kończyny drżały, a z ust toczyła się karmazynowa piana.

To chwilę przed śmiercią, czy już nie żył?

Ninedin – wielkie dzięki za przeczytanie i kliczka :) Miło mi, że ogólnie się podobało.

 

Odnośnie relacji braci – Jakub jakieś tam powody miał, ale… cóż, pewnie gdyby był “normalny” nie posunąłby się aż do tak drastycznych środków…

 

Dovio – ja na mnie to i tak dosyć krótki tekst :( W przyszłości postaram się mnie przedłużać…

 

Herox002 – dziękuję :) Cieszę się, że się spodobało :) I wielkie dzięki za wyłapanie błędów :) Zaraz poprawiam.

 

Pozdrawiam wszystkich serdecznie

Kolejny Twój bardzo dobry tekst, ale inny od poprzednich. Tym razem wydarzenia płyną powoli, mrok zacieśnia się stopniowo wokół bohatera. Ostatnia scena mnie zmroziła, nawet bardziej niż robaki. Nie wiem, czy Kuba popada w szaleństwo, przed odwiedzinami u matki wydawał się normalną osobą. Myślę, że to raczej poczucie winy i zmaganie się z trudną sytuacją w młodości.

Na początku miałam wrażenie, że akcja pójdzie w stronę analizy relacji Jakuba z matką. Pokazujesz więź między nimi w realistyczny sposób, podobnie, jak starość. Bardzo prawdziwe jest np. dopytywanie się przez matkę ciągle o to samo i domaganie się pomocy. Podobał mi się też bardzo plastyczny opis ogrodu.

Idę zgłosić opowiadanie do biblioteki. :)

Mi również się bardzo podobało. Ogólnie lubię motywy gdzie granica pomiędzy rzeczywistością a urojeniami lub światem nadprzyrodzonym się zaciera. Dodatkowym plusem jest tragiczne tło opowieści związane z konsekwencjami opieki nad chorym i trudnym człowiekiem oraz wpływem choroby na relacje pomiędzy członkami rodziny i otoczeniem. W sumie dla mnie ten wątek jest najstraszniejszy. Ciekawi mnie też wątek robaków. To jest metafora jakaś? Na przykład strasznego i obrzydliwego sekretu, który powoli wychodzi na jaw niszcząc człowieka coraz bardziej? Czy chodziło o co innego zupełnie?

Ando – bardzo dziękuję za szybkie przeczytanie i kliczka :) Tekst rzeczywiście inny od pozostałych moich opowiadań, bo Reg poprosiła o horror… poprzednie moje horrory to miało być fantasy :)

Jeśli chodzi o Jakuba nie był “totalnym szaleńcem”, chociaż skoro zabił, to było coś z nim nie tak. Tak czy inaczej, później w ogóle nie sobie z wyrzutami sumienia i ogólnie ze stresem…

Pozdrawiam ciepło i życzę spokojnej nocy.

 

Maria – również bardzo dziękuję za odwiedziny. Cieszę się, że spodobał Ci się wątek społeczny. Odnośnie robaków to pewnie, że oprócz elementu fantastycznego, mają też znaczenie metaforyczne. Coś, co siedzi gdzieś głęboko, coś jak napisałaś obrzydliwego, wstrętnego… Specjalnie umieściłam je na pomidorach, które kochał Piotruś, bo morderstwo było wynikiem choroby, ale nie konkretnie tej która dotknęła jednego z synów, ale tej która zjadła rodzinę. 

Jeszcze raz wielkie dzięki, pozdrawiam serdecznie :)

Najbardziej podobało mi się to, że nie do końca nie wiadomo, co się dzieje naprawdę, a co tylko wydaje się bohaterowi. Trzeba przyznać wychodzą Ci ponure nastroje, choć robisz wrażenie osoby pogodnej i pozytywnej. :)

Nikolzollern – wielkie dzięki za odwiedziny :) Poprzez pisanie i rysowanie uwalniam to, co we mnie złego siedzi… by potem wiecej się uśmiechać smiley

Może narysujesz mi coś do Fredegara? Jeźdźca na asteroidzie, cokolwiek ci się spodoba.

Spróbuję :) Tylko niestety, nie obiecuje, że to będzie szybko :( Przede mną pokaźna kolejka ilustracji do wykonania…

Jupiii! W koncu kawałek porządnego horroru! 

 

UWAGA, BĘDĘ TROCHĘ SPOJLEROWAŁ

 

Od razu przyszła mi na myśl (zaskakująco dobra) jedna z części bardzo nierównej serii Hellriser. Nie pomnę tytułu – był tam facet, który pozwoli pogrążał się w szalonym koszmarze, coraz gorszym, coraz bardziej potwornym. Film straszył nie tyle okropnościami czy obrzydlistwem, a raczej atmosferą braku wyjścia z czarnej spirali grozy, pozornym brakiem logiki, przyczyny i celu tego, co się bohaterowi przytrafia; czy to obłęd, chore wizje, czy nadorzyrodzona rzeczywistość? Czy rozsypał się umysł, czy świat? Gdzie kończy się namacalność a zaczyna ułuda? Bo najstraszniej jest wtedy, gdy to co znane i uporządkowane, zmienia się w dziki chaos. A na końcu okazało się, że facet nie wiedział o tym, że nie żyje, był w piekle i musiał odpokutować za różne paskudztwa, które zrobił innym, głównie swojej rodzinie. 

Ten opis nieźle pasuje do Twego tekstu. I nie jest to, uchowaj Bafomecie, oskarżenie o wtórność, a raczej zachwyt nad świetnie wykonaną robotą. Dobry horror nie wymaga jakiejś wielkiej oryginalności i niepowtarzalności pomysłu, w zupełności wystarczy skuteczność w budowaniu nastroju i straszeniu. No dobrze – jesteśmy dorośli – może nie tyle straszeniu, co niepokojeniu. A im bardziej nieokreślony i abstrakcyjny ten niepokój, tym lepiej. I z precyzją stosujesz znane chwyty – rozedrgana narracja kogoś, kto prawdopodobnie jest szalony, albo przynajmniej na granicy szaleństwa, nieodróżnialność realizmu od koszmaru, bohater w sytuacji bez wyjścia, znajomy świat (matka, jej dom) zmjeniający się w coś obcego i strasznego, niepokojąca scenografia (opuszczona chata, robaczywe pomidory) i elementy obyczajowe, które potrzebne są, by napędzić fabułę, ale kompletnie nie dominują ani nie przysłaniają horroru. To nie typowo katiowa obyczajówka z elementami grozy i niesamowitości, to rasowy horror, w którym zgrabnie i pokrótce nakreślone relacje obyczajowe i rodzinna tajemnica potrzebne były, żeby ubrać to wszystko w fabułę i nadać jakiś sens. Słowem – bardzo dobry tekst. 

Pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

O, kliczek od Thargone :) Bardzo dziękuję, już zaczełam się martwić, że nikt więcej tu nie trafi… I jeszcze jedno ƒ„O”, że Twoim zdaniem to bardzo dobry tekst :) Naprawdę bardzo mi miło :):):)

Rzeczywiście starałam się zadbać w tym opowiadniu głównie o klimat i tym bardziej się cieszę, że mi się udało. Reg poprosiła o horror (hm, szkoda, że jeszcze nie przeczytała, bo jestem ciekawa jej opinii…) i dla mnie horror to przede wszystkim odpowiednia atmosfera. „Krondus” to tak szczerze nie miał być horror, tylko fantastyka…

Jeszcze raz wielkie dzięki, pozdrawiam serdecznie i życzę spokojnej nocy :)

Zacznę od tego, że horror to trudny gatunek, w dzisiejszej dobie wszelkich efektów specjalnych, trudno jest zaskoczyć i przestraszyć widza, a to przekłada się również na literaturę.

Mi Hellriser na myśl nie przyszedł, ale podejrzewam też, że gdybym zobaczył serię ponownie po 25 latach, pewnie nie zrobiłaby już takiego wrażenia jak wtedy.

Jeśli chodzi o Twoje opowiadanie, to bardzo dobrze oddajesz stan i zachowanie głównego bohatera. Dobrze też oprowadzasz po wymyślonej scenerii, z jednej strony typowej dla horrorów, z drugiej takiej właśnie (chyba) się oczekuje. Wtedy czytelnik podskórnie wie, że coś tu się za chwilę stanie. I te elementy są zdecydowanie na plus. Co na minus, dla mnie jest trochę za mało horroru w tym horrorze. Pamiętam jeszcze Freddy’ego Kruegera i całkiem sporo horrorów Grahama Mastertona, więc przyzwyczajony jestem do okrutniejszych scen. 

Gdybyś częściej chciała pisać horrory, to polecam przeczytać kilka klasyków od Mastertona, Kinga czy Koontza. Nie, żeby zrzynać, ale na jakie sceny można sobie pozwolić. 

Od strony warsztatowej jest dobrze, ale masz rękę do snucia wciągających opowieści, więc nie zwracam takiej uwagi na technikę.

Pozdrawiam.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Darcon – dziękuję bardzo za przeczytanie, komentarz i kliczka. Cieszę się, że jak na mój pierwszy horror nie wypadło źle :) A że za mało horroru w horrorze… Zgadzam się. Sama sobie narzucam sporą “cenzurę”. 

Kinga i Koontza sporo się naczytałam, będąc nastolatkę, ale pewnie jeśli chcę pisać horrory, to warto do nich wrócić… Dzięki za radę.

 

Pozdrawiam serdecznie i życzę udanego weekendu :)

A wiesz, masz rację, ja też czytałem te horrory za nastolatka. Może teraz klasyki trącają już myszką, kto wie. W takim razie na pewno warto sięgnąć po dwa czy trzy i się przekonać.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Może i trącą, ale ja do niektórych książek Kinga, właśnie tych “starych” mam duży sentyment :)

Kochana Katiu, nie wiem co powiedzieć, bo mnie zatkało. Z wrażenia, że napisałaś opowiadanie dla mnie. Jakże żałuję, że dotarłam do Aż do szpiku kości dopiero kiedy zaczęłam czytać teksty nominowane do piórek, a nie wcześniej. Jestem Ci niezmiernie wdzięczna i czuję wielkie wzruszenie, bo pierwszy raz znalazłam się w takiej sytuacji i muszę wyznać, że to nad wyraz przyjemne uczucie. Katiu, bardzo Ci dziękuję. heart

Opowiadanie okazało się takie, jaki powinien być horror – od początku zastanawiający był Jakub, bo jego poczynania nijak nie przystawały do moich wyobrażeń o zachowaniu syna odwiedzającego matkę, zwłaszcza kiedy, zamiast rąbać drewno i zajrzeć do pomidorów, zaczął szukać szpadla. Nabrałam podejrzenie, co do intencji Jakuba, a kopanie pod płotem i dalsze wydarzenia utwierdziły mnie w przekonaniu, że dół nie pozostanie pusty… Potem nabrałam też podejrzeń, co do poczytalności matki…

Kolejne wydarzenia tworzyły doskonały klimat, pełen niepokoju, wstrętnych momentów i osobliwego zachowania tak Kubusia jak i mamusi, co tylko zagęszczało atmosferę i choć pewne sprawy wyjaśniły się, to nic nie zostało powiedziane do końca.

Katiu, raz jeszcze bardzo dziękuję. heart

 

Na jutro za­po­wia­da­li okrop­ne upały… ―> Na jutro za­po­wia­da­li okrop­ny upał

Chyba że zapowiadali kilka upałów.

 

Na­bra­łem po­wie­trze w płuca… ―> Na­bra­łem po­wie­trza w płuca

 

Osu­ną­łem się na ko­la­na, za­kry­łem dłoń­mi twarz i ostat­kiem sil­nej woli, po­wstrzy­ma­łem przed krzy­kiem. ―> Kogo/ co powstrzymał przed krzykiem? Pewnie chciałaś uniknąć drugiego się, ale wyszło nie najlepiej.

Proponuję: Osu­ną­łem się na ko­la­na, za­kry­łem dłoń­mi twarz i ostat­kiem sil­nej woli po­wstrzy­ma­łem krzy­k.

 

Ciem­no jak oko wykol. ―> Ciem­no choć oko wykol.

 

świa­tło ma­lo­wa­ło na chro­po­wa­tej po­wierzch­ni ścia­ny po­ry­wi­ste po­to­ki i wy­so­kie góry… ―> Porywiste mogą być wiatry, ale chyba nie potoki.

Proponuję: …świa­tło ma­lo­wa­ło na chro­po­wa­tej po­wierzch­ni ścia­ny rwące po­to­ki i wy­so­kie góry…

 

Skąd do­bie­gał ten głos? I do kogo na­le­żał? Do Matki! ―> Dlaczego wielka litera?

 

Nagle usły­sze­li­śmy prze­raź­li­wy huk, gdzieś z tyłu, za nami. ―> Masło maślane – skoro usłyszeli huk z tyłu, to nie mogli usłyszeć go przed sobą.

 

Chwy­ci­łem za te­le­fon, ale… ―> Chwy­ci­łem te­le­fon, ale

 

ko­ły­san­ka, którą śpie­wa­ła mi i bratu… ―> …ko­ły­san­ka, którą śpie­wa­ła mnie i bratu

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Może dlatego[-,] tak cholernie bolała mnie głowa?

Fajne opowiadanie, podobało mi się :)

 

Przynoszę radość

Kochana Reg heart Niezmiernie się cieszę, że tekst Ci się spodobał i tak naprawdę to ja muszę podziękować Tobie, bo ten tekst bez Twojego komentarza pod “Powiedz , kim jesteś” nigdy by nie powstał… Zaczęłam go pisać dwie godziny później ;)

A poza tym, myślę, że ten moment, w ogóle zmienił moje podejście do własnego pisania… 

Dziękuję za kliczka, błędy oczywiście poprawiłam, pozdrawiam ciepło i życzę miłego dnia :)

 

Anet – przecinek usunięty, fajnie, że fajne i że się podobało :):):) Pozdrawiam serdecznie i miłego dnia :)

Katiu, jeśli w jakimś stopniu przyczyniłam się do powstania Aż do szpiku kości, to nie ukrywam, że jest mi niezmiernie miło, jednak to Ty napisałaś opowiadanie i jest to niezaprzeczalnie wyłącznie Twoja zasługa. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hmmm. Sorry, Winnetou, ale jestem na nie.

No, nie porwało. Dobrze opisane szaleństwo. Może aż za dobrze, bo nie byłam w stanie zanurzyć się w tekście. Brak logiki, oniryzm, postępujące odloty bohatera – to wszystko mnie wypychało ze świata.

Wypadałoby jakoś porządniej uzasadnić głos na nie. Zawsze mogę się upierać, że mało fantastyki. Dla mnie to tekst o patologicznej rodzinie, chorej na różne sposoby. Robaki i jasnowidzenia pełnią funkcję dekoracji. To nie robaki doprowadziły do zabójstwa.

Jak rozumiem, bohater ma dziecko, ale żona go rzuciła. I to on opiekuje się dzieckiem? Nie mówię, że niemożliwe, ale w Polsce raczej nietypowe i… Hmmm, jak zdołał przekonać sąd, że będzie dobrym ojcem?

W sumie, ciekawe w tej rodzinie jest to, że każdy jest chory i każdy w inny sposób.

Babska logika rządzi!

Finklo, bohater nie miał ani żony, ani dzieci – on opiekował się chorym, o trzy lata młodszym, własnym bratem.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Aaaa, faktycznie. Moje niedopatrzenie. To zdrobnienie mnie zmyliło.

Babska logika rządzi!

Finkla – dziękuję za przeczytanie i komentarz i oczywiście rozumiem, że tekst mógł się nie spodobać. 

 

Reg – bohater rzeczywiście nie miał żony, nie opiekował się synem, tylko młodszym bratem.

A tak poza tym, nie wiedziałam, że tekst jest nominowany :) Nie sądzę, że ma jakiekolwiek szanse na piórko, ale i tak bardzo miło :):):)

Zdaje się lubisz, Katiu, wątek połączenia myśli, zdalnego wyczucia innej osoby?

Tym razem opowiadanie do mnie nie trafiło, choć jest mroczne, dobrze skonstruowane, głębokie, pełne połączenia thrilleru i horroru. Nawet nie bardzo potrafię powiedzieć co dokładnie nie wpasowało do odczuć jako czytelnika. Swoją drogą znasz książkę “Siostra” Saramonowicz? Trochę wątek z robakami skojarzył się z tym tytułem.

 

A ogólnie to ciekawie ewoluuje Twój styl pisania.

 

Wilku – dziękuję za opinię, chociaż myślę, że większość moich tekstów akurat do Ciebie nie do końca trafia ;)

To prawda, choć raczej z zupełnie innych przyczyn, niż w przypadku tego konkretnego tekstu. Chyba muszę się nad nim zastanowić za kilka dni, bo w tym przypadku w grę wchodzi oddzielenie “co ja uważam o tekście” od “jak tekst prezentuje się obiektywnie, poza moimi gustami”.

 

Ale większość tekstów jak większość… Na przykład “Ostatni kurs” z perspektywy czasu robi coraz większe wrażenie. Ostatnia scena “Kursu” do teraz siedzi w głowie.

 

“Ostatni kurs”… Dżdżownica to raczej dla nie mnie tekst nietypowy. Taki “wypadek” przy pracy. 

Jeśli chodzi o ten tekst to myślę, że on się mało komu na stronie fantastyki, a szczególnie loży, spodoba. Nie spodziewałam się nominacji.

Tak czy inaczej, teraz pracuję nad kilkoma horrorami, ale nie będę ich tutaj publikować… Na stronę postaram się od czasu do czasu napisać coś bardziej fanatycznego :)

Pozdrawiam serdecznie i życzę spokojnej nocy.

 

 

A ja mimo wszystko chętnie te inne horrory zobaczę jeśli będą publikowane gdzieś na ogólnodostępnych stronach :-)

I akurat co jak co, ale fakt pogranicza fantastyki z szaleństwem nie uważam za cokolwiek złego. Wręcz przeciwnie, często to atut :-)

 

Dam znać, jeśli będą :)

Najgorsze horrory toczą się w naszych głowach.

Tu sama nie wiem, czy historia, którą opowiadasz toczy się w głowach matki i syna, czy też jest realna. I nie jestem pewna, czy Ty to wiesz. Mam wrażenie jakiegoś takiego niezdecydowania autorki w kwestii tego, co jest, a co nie jest realne.

To może być historia patologicznej rodziny, z matką tak fanatycznie wierzącą, że odbija się to na jej psychice. Jeden z synów jest realnie chory, ale za zdrowie psychiczne drugiego też bym głowy nie dała. W tym wypadku pasożyt będzie jedynie przypadkiem, który pięknie wpisuje się w ciąg wydarzeń.

Z drugiej strony może być i tak, że matka jest aż taką fanatyczką, że znalazła się już po drugiej stronie, po stronie zła. Zyskała jakieś moce i to ona jest sprawcą wypadków.

I ten dylemat nie pozwolił mi w pełni wejść w świat, który wykreowałaś.

Tym razem jestem na nie.

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Bardzo dobrze napisane, co nie dziwi. Dobrze opowiedziane, ditto. Nastrój jak malowanie, a ja nieustająco podziwiam Twoją wyobraźnię.

Niemniej w samej historyjce nieco się pogubiłam – przydałoby się minimalnie więcej o braciach, o Piotrusiu, o relacjach rodzinnych. No i mało tu fantastyki sensu stricto – to wszystko mogą być wytwory choroby, wyobraźni, szaleństwa. Co nie umniejsza zalet tego tekstu jako horroru. Jest autentycznie przerażający i przy tym, że również odrażający, świetnie się go czyta.

http://altronapoleone.home.blog

Irka, Drakaina – dziękuję bardzo za przeczytanie i opinie. Następnym razem postaram się o więcej fantastyki i więcej klarowności. 

Pozdrawiam serdecznie.

W objęciach szaleństwa – tym razem nie na Marsie, a na Ziemi, i to tej bliskiej…

Fajnie się czytało. Spodobała mi się ta swojskość – wszystko jakby żywcem wyjęte z mojego dzieciństwa. Prócz zabójstwa brata, naturalnie. Nie mam brata.

Otoczka horroru przypomina mi pewną serię koszmarów, które nawiedzały mnie, gdy przebywałem u babci. Miałem chyba z pięć, może sześć lat… Sny były nie do odróżnienia od rzeczywistości, dopóki coś w nich zaczynało nie grać – np. telewizor nagle miał pokrętła po drugiej stronie, czy jakaś znajoma mi osoba nagle zaczynała się dziwnie zachowywać… i wiedziałem już, że to nie jawa, tylko kolejny koszmar, i że zaraz wszystko dokoła mnie się posypie i “się zacznie”. A zaczynało się, i działo się w tych koszmarach. Po jakimś czasie nauczyłem się budzić z nich na zawołanie.

Czytając opis rozmowy z matką – ot, niby zwyczajna rozmowa – dotarłem do momentu, w którym roześmiała się złowrogo. I cofnąłem się do swoich dziecięcych koszmarów.

Bardzo udany tekst!

Pozdrawiam,

— Nie cmyka! Mówiłem, że nie ma zębów.

Horror z gatunku psychodelicznych. Wszystko tutaj może być urojeniem bohatera dręczonego do szaleństwa wyrzutami sumienia, ale może być też jakimś poplątaniem osobowości, bo przecież zabity brat też miał problemy psychiczne itd. Czyli fantastyka prawdopodobnie bardzo umowna. Z drugiej strony to nie jest obyczajówka, żebym miał zaraz skreślać i podważać nominację.

Nie lubię horrorów obrzydliwych. Jak mam się bać, to ma być groza, klimat, strach, a nie obrzydzenie wywołane robalami, albo tryskającą krwią jak w utworach gore. Ale nie oceniam tekstu przez pryzmat lubienia gatunków. Szczerze mówiąc, przez niemal połowę lektury byłem na TAK. Sprawnie budowany klimat, napięcie, niepokój, technicznie bardzo dobrze, ciekawie literacko. Sporo było detali, szczegółów życia codziennego, obserwacji ludzkich zachowań, środowiska, zimnej herbaty, pomidorów, wygódki w ogrodzie, zasypiania przed tv, no ogólnie prawdziwie było, mimo już nieco rozchwianej rzeczywistości. Potem zacząłem się gubić w opowieści, zaczęło być dziwnie dla samej dziwności i zacząłem podejrzewać, że opowieść prowadzi mnie donikąd. Że będzie otwarte zakończenie z gatunku "no to by było na tyle", że nie poznamy wyjaśnienia czym są robaki, co jest nie tak z tym światem przestawionym, matką itd. Cała symbolika (jeśli była) jakoś mi umknęła, sensy się rozmyły, kolejne sceny okazały się jakby jałowe, bo nie pchały fabuły do przodu, za to pojawiły się momenty słabsze literacko (a poziom początku był naprawdę wysoki).

Sam finał wydaje się w porządku od strony klimatycznej, bardzo obrazowy i pewnie znaczący, ale ja rzeczywiście pozostałem z niczym. Niby kara, niby jest odkupienie, może nawet nigdy nie było dwóch braci tylko zawsze był jeden? Ale po co te robale poza wywołaniem obrzydzenia? To jakieś wyimaginowane larwy pośmiertne? Po co ten szpital bez sensu? Skąd braciszek w szpitalu? Po co tyle porzuconych detali? Itp. Czy to może jednak tylko zlepek wizji Autora?

Owszem, rozumiem, że tak mogło być w zamyśle. Może to jeden z tych tekstów, w którym liczy się klimat, poszczególne obrazy, wrażenia, jakie wywołują. W których liczy się sama podróż na krawędzi jawy i snu, na granicy rzeczywistości i szaleństwa? W takim razie wolałbym, żeby Autorka poszła na całość. Żeby mnie zachwyciła tymi obrazami, majakami, przygniotła i wywróciła na lewą stronę. Tak się nie stało.

Dobry tekst, ale za ciut za mało na TAKa.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Paradust – dzięki za wizytę i komentarz. Bardzo mi miło, że tekst przypadł Ci do gustu :) Masz rację, kolejny mój tekst w objęciach szaleństwa ;) , ale teraz trochę innego niż na Marsie :) Jeszcze raz dziękuję. Pozdrawiam serdecznie :)

 

Mr. Maras – bardzo dziękuję za wnikliwy komentarz i cóż zgadzam się, że początek lepszy od drugiej części… I niestety, to pierwsze moje opowiadanie, w którym występuje taki problem. Ale tak sobie myślę, że to częste zjawisko wśród osób, które dopiero uczą się pisać. Jakoś tak dużo łatwiej jest zaczynać…

Pozdrawiam serdecznie :)

Cały urok opowiadania w tym, że jest zadziwiająco realne, jeśli chodzi o “dekoracje”. Opis powoduje, że mam poczucie, że towarzyszę narratorowi idącego ścieżką, czy wchodzącego do domu. Są w nim również elementy, których boimy się wszyscy. Dwuznaczne jest, czy jest to efekt szaleństwa, czy raczej tabletek, które łyka matka i Jakub. Ta myśl, że być może to tylko tabletki ciut uspokaja. Jednak opisy przechodzenia z jednego stanu psychozy w drugi są zatrważające. Nie życzę nikomu, aby w takim stanie się znajdował. Może nie do końca podążyłam drogą “co autorka ma na myśli”, ale bardzo mi się podobało.

Nigdy się nie poddawać

Zielonka – autorka sama nie wie, co do końca miała na myśli ;) Dziękuję bardzo za przeczytanie i jest mi bardzo miło, że tekst Ci się spodobał :):):)

Pozdrawiam serdecznie i życzę spokojnej nocy :)

To opowiadanie po serii szorcików było jak orzeźwiający, letni deszcz w gorący dzień. Wreszcie tekst, który nie jest napchany schematami i kliszami. Wreszcie opowiadanie, w którym nie wiedziałam, co się za chwilę wydarzy. Wreszcie tekst, który zdołał mnie zakłopotać i zaskoczyć.

 

W zasadzie mogłabym się podpisać pod komentarzem Thargone’a. Solidny tekst o misternie zbudowanych relacjach rodzinnych, unikający podziału na czarne i białe, drobiazgowo zgłębiający ludzką psychikę. Tekst jest okraszony nadającymi smaku detalami i drobiazgami, które budzą w wyobraźni żywe obrazy i sprawiają, że historia staje się bardziej namacalna.

 

Generalnie lektura dostarczyła mi ogromnej satysfakcji i w zasadzie nie mam żadnych uwag. Gratuluję świetnego tekstu i jestem na TAK.

www.facebook.com/mika.modrzynska

Przepraszam, że krótko, ale szukam od tygodnia czasu, żeby w końcu nadrobić ten komentarz i za diabła nie mogę go znaleźć.

Podobało mi się, że opierasz horror na pewnej tragedii rodzinnej. To jest taki element dosyć zdradliwy. Z jednej strony tworzysz fajną podbudowę pod lekkie uwiarygodnienie historii (piszę lekkie, bo przecież to jednak fantastyka) z drugiej owo uwiarygodnienie może też odzierać w pewnym sensie tekst z fantastyki, bo do końca, jako czytelnik, nie wiesz, czy to faktyczne zdarzenia (a więc mocno nakreślony element fantastyczny) czy może zwykły obłęd.

Jest to więc taki element, który, w zależności od czytelnika, może być uznany za wadę albo zaletę. Dla CM-a był tym drugim. Takim fajnym dodatkiem wzmacniającym całą historię.

Drugiej fajny element to taka delikatna chaotyczność historii, fajnie podkreślająca, że to rzeczywiście horror. Pisząc o chaotyczności, nie mam na myśli wad w wykonaniu, ale chodzi mi o takie specyficzne prowadzenie narracji, które ładnie wpisuje się w gatunek opowiadania.

Słowem, dobra lektura (bo pisać przy robactwie przyjemna to jednak przesada ;)).

Niestety tylko tyle. Innym razem rozpiszę się bardziej.

Pozdrowił i poszedł. ;)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Kam_Mod – dziękuję bardzo za “tak”, niewiele w mojej sytuacji zmienia, ale bardzo mi miło, że opowiadanie Ci się spodobało :) I fajnie, że uważasz tekst nie jest czarno-biały. Moim zdaniem nic nie jest czarno-białe, jeśli chodzi o ludzką psychikę, szczególnie, gdy człowiek umieszczony został w niejednoznacznej sytuacji. I to właśnie tutaj chciałam pokazać :)

Pozdrawiam serdecznie :)

 

CM – krótko? Ach, drogi CM… Ja chyba nigdy nie napisałam tak długiego komentarza :) bardzo dziękuję za przeczytanie i wyrażenie opinii. I bardzo się cieszę, że ogólnie horror Ci spodobał. Pozdrawiam serdecznie :)

Nowa Fantastyka