- Opowiadanie: mike1385 - Paradoks V616 Monocerotis

Paradoks V616 Monocerotis

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Paradoks V616 Monocerotis

Zbudziłem się i zobaczyłem stację – srebrną igłę na tle czarnej dziury V616 w gwiazdozbiorze Monocerotis.

− Nie! – mój głos brzmiał obco. – Nie! Zawracać! – trzasnąłem pięścią w pulpit sterowniczy statku.

Przed chwilą nachylał się nade mną anestezjolog, a teraz obudziłem się z hibernacji sto czterdzieści lat później. Drżącymi rękoma wyjąłem z kieszeni złożone na pół zdjęcie trzyletniej Vivi, która została w kolonii. Pocałowałem je. Wzruszenie złapało mnie za gardło. Vivi już nie żyła.

− Straciłem dziecko. – Zaparło mi dech. Miałem wrażenie, że znajduję się w rozszerzonej rzeczywistości, a ten świat jest tylko projekcją. Przecież przed chwilą była ze mną…

Rano krzyczała i nie chciała się ubrać. Poniosło mnie i rzuciłem jej butem tak, że na białej ścianie został ślad ubłoconej podeszwy. Wstydziłem się tego. W drodze do przedszkola żartowaliśmy. Gniew przepadł, jakby nigdy nie istniał, starty ciekawością świata dziecka. Cmoknąłem ją na pożegnanie, pięć razy w każdy policzek, po czym uśmiechnięta zniknęła za drzwiami.

Na pulpicie sterowniczym zapaliła się zielona kontrolka.

− Muszę iść – wydusiłem.

Przypomniałem sobie o milionie ludzi w kolonii. Kiedy stacja przestała przesyłać energię z czarnej dziury, promieniowanie gwiazd zaczęło przenikać przez osłony. Niszczyło uprawy, powodowało nowotwory.

Założyłem skafander i hełm, po czym zszedłem do śluzy. Moja dłoń kreśliła znaki w powietrzu, jakby ponownie składała podpis w kontrakcie. Jednym ruchem ręki skreśliłem swoje życie. Nikt nie chciał pełnić dyżuru, gdyż wezwanie oznaczało podróż w jedną stronę. Mimo to łudziłem się, że robot nadzorujący stację nie zepsuje się, a ja nie będę musiał lecieć. Nigdy wcześniej robot trzeciej generacji nie uległ awarii. Ale potrzebowałem pieniędzy. Nie po to, by mieć za co żyć, lecz żeby chronić Vivi.

Nagle podłoga zatrzęsła się. Krew uderzyła mi do głowy. Poleciałem do tyłu, odbiłem się od ściany i zacząłem wirować, gdy ustało ciążenie. Statek musiał zderzyć się ze stacją w czasie dokowania.

Złapałem się taśmy mocującej i podciągnąłem do przeszklenia włazu. W tunelu przejścia unosiły się kłęby gazów, co oznaczało, że spojenie ledwo trzyma. Powietrze syknęło, właz rozwarł się. Poleciałem do przodu i wkrótce sztuczne ciążenie stacji osadziło mnie w miejscu. Zwolniłem zaczepy, a statek zniknął w otchłani kosmosu. Nie był już potrzebny.

Wtedy poczułem w żołądku żar. Zrzuciłem hełm, zgiąłem się w pół i zwymiotowałem żółto-białym płynem o konsystencji ciepłego masła.

„Co to jest?” – Trząsłem się, jak w gorączce. – „To ze mnie wyszło? Coś z hibernacji?”

Stałem oparty o ścianę, aż się uspokoiłem. Na wprost znajdował się komputer główny i okno z widokiem na kosmos, zaraz obok napisu „poziom 0”. Poniżej umieszczono maszynownię, a powyżej magazyn części. Poziomy połączone były stalową drabinką, biegnącą obok włazu.

Zrobiłem krok, a światło zapaliło się.

„To dziwne. Na modelu stacji w kolonii nie było fotokomórek.” – Nacisnąłem wyłącznik, ale światło nie zgasło.

Poszedłem dalej. Po lewej stała ścianka działowa, za którą znajdował się warsztat. Zajrzałem tam i znieruchomiałem. Na stole leżał robot. Przypominał człowieka, choć cały pokryty był pancerzem. Twarz z hartowanego szkła była przepalona w miejscu oczu.

„Wypadek?” – Potarłem dłońmi twarz. Poczułem znużenie.

Z podręcznego schowka zabrałem żagiel słoneczny oraz koce termiczne i wtargałem je na piętro. Tam, pośród przetworników, transformatorów i kabli, urządziłem sobie posłanie. Zasnąłem natychmiast.

Śniła mi się Vivi. Stała w kącie, twarzą zwrócona do ściany. Miała poszarpane włosy, a bose stopy oblewała żółta kałuża. Obok piłowała paznokcie dziewczyna, którą niegdyś kochałem, a której nie potrafiłem już nazywać inaczej niż „ta kobieta”. Ścisnęło mnie za serce i po raz pierwszy pojąłem, że muszę ochronić Vivi przed nią.

Kiedy się zbudziłem, myślałem tylko o zgaszonych, pustych oczach mojego dziecka. Zrozumiałem, że będę je oglądał każdego ranka, do końca życia.

„Może, kiedy naprawię robota, wstrzyknę nerwosol i umrę? To byłoby dobre.”

Wstałem, wypiłem płyny wzmacniające i zsunąłem się po drabinie na poziom zero.

„Co to?” – Zmroziło mnie.

Robot leżał na ziemi, trzy metry od stołu, na którym go wczoraj znalazłem.

„Przeczołgał się?” – pomyślałem, choć nie wierzyłem w to.

Przyjrzałem się mu. Tak jak wczoraj był zupełnie nieaktywny. Przeniosłem go na stół i przez kolejne godziny luzowałem mocowania pancerza. Potem podniosłem osłonę korpusu i zabrałem się za sprawdzenie elektryki, systemu ruchu, percepcji. Wziąłem do ust rurkę z płynem B i lekko pociągnąłem. Płyn był trujący, ale mimo zakazu wszyscy diagności tak robili. Oszczędzało to żmudnego badania sieci neuronowych. Smak był cierpki, co oznaczało przepalenie mózgu.

Zakasłałem, a serce podeszło mi do gardła.

„Połknąłem coś?”

Nic się nie wydarzyło.

„Przewrażliwienie” – pomyślałem.

Znalazłem gniazdo główne i zacząłem podłączać robota do kolejnych urządzeń diagnostycznych. Z czasem zdałem sobie sprawę, że powtarzam czynności. Nie chciałem przyjąć wyniku. Robot był trwale uszkodzony i nie mógł prowadzić stacji. Złapałem się za włosy i pociągnąłem aż do bólu.

Wiedziałem, co to oznacza. Przez kolejne lata sam będę musiał kalibrować aparaturę tak, by energia znów popłynęła do kolonii. Zacisnąłem dłonie na stalowym ramieniu robota, aż zbielały mi kostki i spojrzałem z bliska w jego spalone oczy.

− Nie chcę tu dłużej być – syknąłem w szklaną twarz.

Myślałem o kobiecie. Walczyłem o córkę, ale ona była matką. Potrafiła nadać oczom słodki, niewinny wyraz, który niegdyś mnie ujął, a w końcu dał jej wyłączną opiekę nad dzieckiem. Wtedy Vivi uciekła. Przeszła sama trzy mile korytarzy kolonii i stanęła zapłakana u moich drzwi. Powiedziała, że kobieta na siłę karmiła ją zgniłym jajkiem.

Wiedziałem, że zabiorą mi Vivi i miotałem się, niczym zwierzę w klatce. W rozpaczy postanowiłem moją córkę od kobiety kupić. W centrum nawigacji zażądałem dyżuru na stacji przy V616 Monocerotis. To był lukratywny kontrakt, który pozwolił mi zawrzeć ugodę. W zamian za Vivi, kobieta wzięła wszystkie pieniądze z kontraktu i trzy czwarte mojej zwykłej pensji.

Pod koniec każdego miesiąca, dojadaliśmy z Vivi resztki, ale byliśmy razem. Starałem się być dobrym ojcem i coraz lepiej mi to wychodziło. Pół roku później centrum zabrało mnie na szkolenie. W bazie zorientowałem się, że kłamali. Nie pozwolili mi się pożegnać, obawiali się, że ucieknę z córką. Mieli rację. Potem wystrzelili mnie w kosmos.

Moje dziecko żyło beze mnie, wróciło do kobiety. Stało mi teraz przed oczami – już stare, samotne i zgarbione. Trzęsło się w kącie i z pustym wzrokiem wbitym w ścianę, zastanawiało się, gdzie podział się ojciec.

Szarpnęło mną. Złapałem łeb robota i zacząłem tłuc nim o stół.

− Wczoraj! – krzyczałem. – To było zaledwie wczoraj! Zwróćcie mi ją, ludzie! Muszę ją przytulić…

Zerwana głowa potoczyła się po posadzce. Z wnętrza wypłynął mlecznobiały płyn B. Wtedy zgasło światło. Trzasnąłem ręką włącznik, ale światło nie zapaliło się.

Nie pamiętam, kiedy wszedłem na górę i zasnąłem.

Zbudziła mnie wizja smutnych oczu Vivi. Zsunąłem się po drabinie na sam dół, do maszynowni, gdzie rozpocząłem przegląd aparatury. Najpierw skalibrowałem prądownice, wykonując kilka testów przesyłowych.

Kiedy rozkładałem kabel mocy pierwszego rzędu, poczułem na ramieniu zimny, twardy uścisk. Zabolało. Coś pochylało się nade mną. Poczułem, jak moje serce podskoczyło.

Krzyknąłem, wykręciłem się i wcisnąłem kabel prądowy w twarz istoty, która mnie ujęła. Robot zakołysał się, wyciągnął przed siebie ręce i wykonał trzy piruety, niczym w upiornej parodii baletu. Potem oparł się plecami o drabinę, wczepił palce w szczeble i na piętach wbiegł poziom wyżej.

Siedziałem w kącie, sapiąc. Kabel prądowy skrzył się błękitem, oświetlając strup białego płynu na posadzce. Wtedy zrozumiałem…

„Przy wejściu na stację, zwymiotowałem płynem B. Tym samym, który połknąłem dzień później.”

Skutek poprzedził przyczynę. Na stacji naruszona była zasada przyczynowości.

Zdobyłem się na odwagę i ostrożnie wspiąłem na górę. Robot leżał na podłodze poziomu zero.

 „Pierwszego dnia znajdował się na stole” – pomyślałem. – „Następnego dnia leżał już na ziemi, jak teraz. To ja zaniosłem go na stół…”

Spojrzałem na żarówkę. Pamiętałem, że kiedy wszedłem, zapaliła się, a dopiero potem wcisnąłem przełącznik. Podobnie było, gdy światło zgasło po autopsji robota – nacisnąłem wtedy przełącznik, gasząc światło w przyszłości. Na stacji czas płynął wstecz, zapętlał się.

Stacja musiała poruszać się szybciej niż prędkość światła w próżni. To dlatego statek się z nią zderzył. Autopilot błędnie skalkulował podejście, gdyż stacja poruszała się z prędkością niemożliwą.

„Ale jak?” – zastanawiałem się. – „Szczególna teoria względności zabraniała rozpędzenia się do prędkości nadświetlnej, ale nie wykluczała samej podróży z prędkością większą niż światło. Zatem obiekt musiałby rozpędzić się poza wszechświatem…”

Spojrzałem z ukosa na V616 Monocerotis. To ona była rozwiązaniem. Stacja, zamiast wejść w ergosferę czarnej dziury i przejąć jej energię wirowania, skapotowała i została wchłonięta. Za horyzontem zdarzeń rozpędziła się powyżej prędkości światła, dzięki czemu wydostała się z powrotem na zewnątrz.

„Ale w jaki sposób zaburzenie czasu dosięgło mnie w kolonii?”

To ja spaliłem robota. Moje działania wpłynęły na przeszłość, na zdarzenia sprzed stu czterdziestu lat.

„Paradoks czasowy musiał dotykać wszystkiego, co znalazło się na stacji.” – Wstrzymałem oddech, bo efekt rozumowania poraził mnie. Wiedziałem, co muszę zrobić.

Przyczepiłem zdjęcie Vivi do okna wychodzącego na czarną dziurę, jakbym chciał powiedzieć mrokowi: „Patrz na nią”.

− Tata ma tu twoje zdjęcie, córeczko – szeptałem gorączkowo. – Ty też zostaniesz objęta paradoksem. Może zdołam wszystko zmienić, wiesz? – mój oddech świszczał szybko i gorączkowo.

Stanęły mi przed oczami wyschłe twarze ludzi z kolonii, bez jedzenia w ustach i z guzami w ciałach. Patrzyli w niebo, w nadziei, że kiedyś popłynie z niego energia.

− Nie liczycie się – powtarzałem drżącymi ustami. – Zabraliście mi córkę, zmarnowaliście życie…

Zobaczyłem swoje odbicie w szkle – zaciętą twarz ze zbielałymi wargami. Skierowałem stację ku czarnej dziurze.

Na obrzeżach horyzontu zdarzeń tańczyły pomarańczowe błyski najbliższej gwiazdy – karła o typie widmowym K5 V. Zaplotłem dłonie na ramionach i mocno ścisnąłem, jakbym tulił fantomowe ciało.

Spadałem w czerń wraz ze światłem.

Koniec

Komentarze

To je dobre. Są emocje. Ładnie podane, nie takie z recyklingu po wysokobudżetowych filmach i serialach Netflixa. Czarne dziury i typy widmowe karłów to nie moja bajka, więc biorę wszystko z dobrodziejstwem inwentarza, niemniej całość bardzo mi się podobała.

Oczywiście kliczek.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Cześć MichałPe,

Cieszę się, że tekst się podobał i doceniasz oryginalność. Kwestie astronomii dopracowane, ale widzę, że wierzysz na słowo.

Dzięki!

 

Fajne, prawdę mówiąc wzruszające… nawet łza w oku by się może pojawila ;)

Przeczytałabym dłuższą wersje tej historii i jej finał :) Bardzo chciałabym happy endu dla Vivi!

 Niekumata jestem chyba, bo musiałam się skupiać mocno, aby tekst zrozumieć. Z czasowych zawirowań to ogarniam ledwo “paradoks dziadka” ;-)

Jednak sam pomysł doceniam. Wątek zmiany losu naszego, czy naszych bliskich stary, ale ciągle nośny. Ty pokazałeś go rysując ciekawą postać ojca i to na duży plus.

W niektórych miejscach można by styl trochę poprawić, ale ogólnie to podobało mi się :-) 

Witam nowe Czytelniczki,

 

E.Raj, cieszę się, że opowiadanie wzruszyło. Jesteś kolejną osobą, która sugeruje mi dłuższą wersję historii. Dzięki za komentarz!

 

Matka Chrzestna, fajnie że przeczytałaś, mimo że tekst wydał ci się trudny. Na pewno nie chodzi o to, że “jesteś niekumata”– myślę, że przyczyna leży po mojej stronie. Cieszę się, że główny bohater wypadł przekonująco. Pozdrawiam!

Bardzo dobre, Mike. Delikatnie uniosłem brew przy szczególnej teorii względności i paradoksie czasowym, ale na szczęście nie zabrnąłeś zbyt daleko w górnolotno-naukowe rejony zachowując odpowiedni dystans w beletrystyce. Ciekawy pomysł i dobrze napisany. Gdyby tylko reakcje emocjonalne bohatera były trochę bardziej trafione ze swą impulsywnością (brak mi tu pewnej podbudowy tych emocji w narracji i opisach), nominowałbym do piórka. Dobra robota.

Pozdrawiam.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

 

Darcon, dzięki za ciekawe uwagi krytyczne. Przemyślę sprawę.

mr.maras, Arnubis, Blacktom, dzięki za odwiedziny.

Nawet jak dla osoby, która woli fantasy od science-fiction muszę przyznać, że przyjemnie czytało mi się Twój tekst. Co było dla mnie miłym zaskoczeniem. Zwykle w takich opowiadaniach jest dużo technikaliów, dziwnych nazw – a w tym tekście wszystko wydaje się takie naturalne. Więc, mimo że te elementy także występują, nie rażą mnie jakoś specjalnie. Jest to zapewne zasługa tematyki, bo lubię paradoksy i zawirowania (nie tylko czasu), więc nie ma wielkiego znaczenia czy jest to fantasy, czy s-f. Jedyne co mi trochę przeszkadzało, to tłumaczenie tych zawirowań (dla mnie było jasne co się działo, ale rozumiem, że jest to kwestia gustu).

I nie wiem, czy słusznie, ale klimat przypomina mi ten z serialu zrealizowanego dla Netflixa "Miłość Śmierć i Roboty" odc. “Za szczeliną orła” ;)

Bardzo dobry pomysł, równie dobre wykonanie, ale im dłużej z Tobą podróżywałem, tym bardziej zaczynałem wątpić. Jako, że hard sci-fi uwielbiam, pozwolę sobie pomarudzić/pogawędzić.

 

Kiedy stacja przestała przesyłać energię z czarnej dziury (…)

Wiem, że limit nie pozwolił Ci tego rozwinąć, ale jestem ciekawy, jak byś to widział? Promieniowanie Hawkinga jest żałośnie słabe, jedyna możliwość to stacja korzystająca z cząstek wypadających z ergosfery, ale i to wymaga dziury typu Kerra-Newmana. Z punktu widzenia techniki, przez wieeeeele lat nie będziemy posiadali technologii, materiałów, nawet zapasu paliwa/energetycznego, żeby taką stację zbudować (i utrzymywać).

Jest jeszcze opcja, kilkanaście (chyba) lat temu zaproponowana, w której moglibyśmy wystrzeliwać w stronę takiej dziury wagony ze śmieciami, te podczas zawracania wyrzuciłyby ładunek i rozpędzając się na łuku ergosfery wróciłyby do stacji – problemem byłyby jedynie odpowiednie chwytaki, które musiałyby przejąć tak zgromadzoną energią wagonu, złapać go i nie pozwolić uciec w przestrzeń. ;)

Wziąłem do ust rurkę z płynem B i lekko pociągnąłem. Płyn był trujący, ale mimo zakazu wszyscy diagności tak robili. Oszczędzało to żmudnego badania sieci neuronowych.

Uśmiechnąłem się szeroko, pierwszy raz spotkałem się z tak bezwstydną analogią sprawdzania elektronicznych układów neuronowych do badania samochodu. Świetne to w sumie, proste i świetne.

 

Na stacji czas płynął wstecz, zapętlał się.

Nie sądzę, nie mamy szans z entropią. ;)

A czas to tylko wektor zmian ustalony przez człowieka, nie ma fizycznego odniesienia.

 

Stacja musiała poruszać się szybciej niż prędkość światła w próżni. To dlatego statek się z nią zderzył. Autopilot błędnie skalkulował podejście, gdyż stacja poruszała się z prędkością niemożliwą.

Stacja miałaby w jakiś sposób osiągnąć ujemną masę? Niezerową i nie dodatnią, więc ujemną (a to zasadnicza różnica, fizycznie trudno sobie to wyobraźnić, ale matematyka przyjmie wszystko).

 

Za horyzontem zdarzeń rozpędziła się powyżej prędkości światła, dzięki czemu wydostała się z powrotem na zewnątrz.

Faktycznie istnieje minimalna szansa, że obiekt jest w stanie ślizgnąć się po łuku dzielącym ergosferę i horyzont zdarzeń, więc tak byłoby bezpieczniej. Według obecnej wiedzy w horyzoncie ginie wszelka informacja, zostaje obrzydliwie zagęszczony szum cząsteczek, więc jeśli mamy się twardej fantastyki trzymać, to niestety – w obecnej formie tego wyjaśnienia nie kupuję.

Tak czy inaczej, zgłaszam szorta do biblioteki. Jako fantastyka daje to radę, nad hard bym się zastanowił.

Witam nowych Czytelników,

 

kasjopejatales, bardzo mi miło, że opowiadanie się podobało. Przyznam, że sporym wyzwaniem jest to, żeby przemycić pomysł i nie zamęczyć czytelnika technikaliami. Cieszę się, że się udało. Widziałem “Za szczeliną orła”, ale przyznam, że w ogóle nie myślałem o tym filmie, kiedy pisałem. Może siedział w podświadomości, razem z “Moon” :)

 

stn, z dużym zaciekawieniem przeczytałem Twój komentarz. Dzięki za pogłębioną analizę i spieszę z odpowiedziami:

 

Pobieranie energii z czarnej dziury oparłem na modelu Rogera Penrose’a zakładającego przejmowanie energii wirowania, poprzez wstrzelenie obiektu pod odpowiednim kątem, rozpad obiektu, wchłonięcie jednej części i ucieczkę drugiej z wyższą prędkością. Nie wchodziłem w szczegóły, aby nie rozpraszać czytelnika. Zresztą, wyjaśniając, przekroczyłbym limit słów, a sposób poboru energii nie był istotny dla fabuły.

 

Co do upływu czasu, musiałem skupić się na wyjaśnieniu tego w jaki sposób skutek poprzedza przyczynę. Przekroczenie prędkości światła spowodowałoby taki efekt. Natomiast, czy przekroczenie prędkości światła jest paradoksem samym w sobie? Tak, gdyż mamy choćby ujemną masę, o której piszesz. Niemniej, gdzieś trzeba postawić granicę i rozwinąć to, co znane w to, co może zaistnieć. W pełni rozumiem, że u Ciebie granica może być w innym miejscu niż u mnie.

 

Ze “ślizganiem się po łuku dzielącym ergosferę i horyzont zdarzeń” trafiłeś w punktu, gdyż taki tor lotu stacji sobie wyobrażałem.

 

Na marginesie, V616 Monocerotis to miejsce odległe, ale rzeczywiste. Można o nim poczytać choćby na anglojęzycznej Wiki pod hasłem A0620-00 (najbliższa znana nam czarna dziura).

 

Pozdrawiam!

 

 

 

 

 

 

W sumie pasuje to pod Moon, choć brakowało klonów. Wydaje mi się, że film miał nad Tobą przewagę dodatkowych mediów, to jest scenografii oraz muzyki – bez nich musimy liczyć na wyobraźnię czytających. Dlatego jest po prostu trudniej.

Kojarzyłem tę nazwę, to chyba nawet najbliżza znana czarna dziura. Moje zainteresowanie nimi wzięło się od książki Kipa Thorne’a, Time Warps – Einstein’s Outrageus Legacy, takiej trochę już starej cegły. Nie przeczytałem całości, ale dużą część. A zaczęło się od tego, że autor był również głównym konsultantem naukowym Nolana przy tworzeniu Interstellar. ;)

 

Zresztą, wyjaśniając, przekroczyłbym limit słów, a sposób poboru energii nie był istotny dla fabuły.

Zebrałeś doświadczenie, sprawdziłeś czy taka pocztówka jest interesująca – w następnym opowiadaniu masz tyle znaków, ile tylko zapgraniesz. ;)

 

W pełni rozumiem, że u Ciebie granica może być w innym miejscu niż u mnie.

Bo to wszystko jest kwestią układu odniesienia. ;)

 

Ciekawe opowiadanie. Musiałem przeczytać dwa razy bo parę razy chyba się zgubiłem, ale to może dlatego, że hard sci-fi od dawna nie czytałem. Mi pomysł z córką przypomniał Interstellar i za to duży plus. Kolejny plus z cofaniem się czasu, fajnie to wyszło. 

Sympatyczne :)

Przynoszę radość

Edward Pitowski, Anet, dziękuję za przychylne komentarze.

Pozdrawiam!

Nie no, są sprawy na niebie i ziemi, których nigdy nie zrozumiem.

 

Dlaczego ten tekst nie jest jeszcze w bibliotece???

Naprawdę dramatycznie i bez nadmiernego patosu oddane emocje bohaterów. Ciężkie w sensie ładunku emocjonalnego, ale dobre jako historia sama w sobie.

Michał Pe, dzięki za wsparcie. Brakuje jednego klika, tak? Widocznie to klątwa debiutanta ;)

oidrin, fajnie, że historia Cię zaciekawiła.

Pozdrowienia

Zaciekawiło i dobrze się czytało. A ponieważ mój rozum zdecydowanie opiera się zrozumieniu, jak to jest z czasem, który biegnie w różne strony, przyjmuję że wszystko co przeczytałam,  wydarzyło się tak, jak to opisałeś. ;)

Z przyjemnością odsyłam opowiadanie do Biblioteki. ;)

 

– Nie! Za­wra­cać! – trza­sną­łem pię­ścią w pul­pit ste­row­ni­czy stat­ku. ―> – Nie! Za­wra­cać! – Trza­sną­łem pię­ścią w pul­pit ste­row­ni­czy stat­ku.

Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać dialogi: http://www.forum.artefakty.pl/page/zapis-dialogow

 

„To dziw­ne. Na mo­de­lu sta­cji w ko­lo­nii nie było fo­to­ko­mó­rek.” ―> „To dziw­ne. Na mo­de­lu sta­cji w ko­lo­nii nie było fo­to­ko­mó­rek.

Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu. Ten błąd pojawia się kilkakrotnie.

 

Potem pod­nio­słem osło­nę kor­pu­su i za­bra­łem się za spraw­dze­nie elek­try­ki… ―> Potem pod­nio­słem osło­nę kor­pu­su i za­bra­łem się do sprawdzenia elek­try­ki

 

Za­plo­tłem dło­nie na ra­mio­nach i mocno ści­sną­łem… ―> Można położyć dłonie na ramionach, ale nie wiem, jak na ramionach można je zapleść.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka